niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział:9



"- Podnoś swoje dupsko.. - warknął Axel.
- Ostatni raz... - odrzekł niezbyt przekonany Jack.
Jack i Axel decydują się na ich strzał. Czy znowu to będzie niewypał? Jednak coś się zmieniło, jakby poczuli coś co pozwoliło im wzbić się nad Dzikimi przeciwnikami. Axel jak od trampoliny odbija się od klatki piersiowej Jack'a i uderza z całej siły piłkę. Ona wędruje do bramki.... I.. Udało się. Jest pierwszy gol! 1:0 dla Raimon'a. Chłopcy pragną to powtórzyć, ale słyszą gwizdek. To koniec meczu. A co to oznacza? Przechodzą do dalszego etapu! Z kim teraz się przyjdzie im zmierzyć? "


* No One's POV *

Mecz został ukończony. Zapisuję dane z symulacji. Prawdopodobieństwo wygrania wynosi 99,9 procent. - ogłosił wielki ekran graczom.

- Mam nadzieję, że to wszystko było warte moich pieniędzy Henry. - odrzekł ponuro Ray Dark.
Kim on właściwie jest? Sam do końca nie jestem tego pewien. Jest trenerem niepowstrzymanego, niezwyciężonego potwora, jaką jest Akademia. Wydaje się, że jest on mężczyzną cichym i spokojnym, gdyż pupilki zajmują się całą destrukcją, a on nie przykłada nawet do tego palca. To tylko takie pozory, ta jego tajemniczość zwiastuje tak zwaną wielką burzę, taką pełną terroru. Co ten człowiek tu robi? Wyczuwam tutaj wielkie kłopoty.
- Dzięki nim - wskazał wspomniany Henry, wskazując na grupkę jedenastu chłopców. - mamy wygarnę w kieszeni.
Ci "oni", wyglądali zupełnie inaczej niż inne nastolatki tudzież gracze piłki nożnej. Do ich głów były przyczepione jakieś kable, natomiast przed oczami miały coś w rodzaju ekrany podobne do tych w komórkach lub telewizorach. Przypominały mniejsze wersje Robokopów.
- Nie zależy mi tylko na wygranej... - pociągnął trenera za koszulę, a w jego oczach świeciło czyste zdenerwowanie. -Chcę zniszczyć tych śmieci raz na zawsze.  
Obok Dark'a stoi jego wierny pupilek, Jude. Wyglądali zupełnie jak ojciec i syn, jednak nie byli krwią powiązani. Chłopak również wyglądał również na zdenerwowanego, ale miał on zupełnie inne powody tego stanu niż jego mentor. 
- Zrównamy Raimon z ziemią! - krzyknął Henry, pocierając ręce z podniecenia.
A więc miałem rację. Czy Raimon kiedykolwiek wyrwie się z ciemnych szpon Dark'a?

* Jude's POV *

- Co jest tam takiego ciekawego, chłopcze? - zgromił mnie głos mojego trenera, Darka.
Spojrzałem lekko zdezorientowany na to co się dzieje i gdzie się właściwie znajduję.
- To nic takiego. - przyjrzałem się bliżej sytuacji. - Co to właściwie jest?
Chwycił mnie za ramię i razem podeszliśmy do szyby. Wyglądało to zupełnie tak samo jak w scenie, w której Mufasa pokazuje Simbie jego królestwo - Lwią Ziemię. Zobaczyłem wielkie boisko, piłkę i dwadzieścia dwie nogi podążające za nią. Przyjrzałem się zawodnikom, wyglądali dość nietypowo. Mieli na sobie wszelkiego rodzaju technologię, to mnie zastanowiło.
- Widzisz - wskazał na grupkę graczy. - stworzyłem sobie nowe maszynki do zabijania.
- Ale, my jesteśmy od tej roboty.
Odkąd tam wstąpiłem miałem przypisaną misję - niszczyć wszystko co napotkam, bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. I tak to się dzieje już przez dłuższy czas i tak, przez dłuższy czas czułem się spełniony. W końcu została mi wyznaczone zadanie, zostałem wyznaczony na pozycję lidera i miałem misję długoterminową. Jednak upłynęło sporo lat, a ja sam zacząłem się zastanawiać czy to co robię jest dobre. W porę - pomyślicie, ale ja już na prawdę nie wiem co mam robić w swoim  życiu. Będąc dzieckiem myślałem, że rodzice nadadzą memu życiu sens, ale jak widać nawet nie mieli szansy tego zrobić. Jestem pogubiony i rozdarty, gdyż rola, którą tak świetnie odgrywam zaczyna mnie trochę uwierać.
- Jesteście, w rzeczy samej. - wzruszył ramionami. - To jest taka mała pomoc.. ode mnie dla was.
Pokiwałem na to głową i ponownie zanurzyłem się w ekran swojego smartfona. Wybrałem ten sam numer, choć wiedziałem, że nic z tego by ta mi osoba odpisała. Cholera. Wysyłam jej codziennie po 3 SMS'y. Niestety nie dostaję na nie żadnej odpowiedzi. Zaczyna mnie to denerwować.
do Dan'a: Dawno nie widziałem twojego uśmiechu.
do Dan'a: Jestem strasznie zazdrosny o każdego kto ma cię w objęciach.
do Dan'a: 11:11 wiem, że nienawidzisz tych durnych godzinek.
Czy żałuję, że właśnie tak to się potoczyło między nami? Żałuję,  bardzo żałuję tego co zrobiłem. Jedno co mogę powiedzieć w obronie mojego okropnego zachowania, to to, że działałem wbrew swej woli. To nie tak jak myślicie. Oczywiście jeśli chcielibyście patrzeć z innej perspektywy będzie to wyglądać źle, ale chciałbym wtrącić wam też swoją stronę, swoją historię. Gdy powiedziałem trenerowi, że kogoś mam i na dodatek z nazwiskiem EVANS zaczął demolować własne biuro. Trwało to zaledwie kilka minut, poprawił swój krawat.
- Zerwij z nią znajomość. - powiedział to tak spokojnie, jakby to była najprostsza i najzwyklejsza rzecz na świecie.
 Zapewne dla niego tak, u mnie to wyglądało zupełnie inaczej. Bolało mnie to, ponieważ po raz pierwszy znalazłem kogoś z kim jestem. Kochałem ją. Wróć... nadal ją kocham. Nie mogę przestać o tym myśleć, o tym jak ją potraktowałem, poniżałem. W mojej głowie czasami szumi jej głośny płacz, a ja ze złości zaciskam pięści. Chcę jej to wszystko wytłumaczyć. Ale na co ja liczę?Przecież ona mi już w oczy nie spojrzy.
- Nienawidzę cię, gnojku! - uderzyłem ją w twarz, to był impuls. Jej policzek zapłonął kolorem, złapała się za twarz. Przez chwilę patrzyła się na mnie, tym samym przestraszonym wzrokiem. Trwało to zaledwie chwilę, wstała, podniosła torbę i wyszła. Starałem się zapomnieć, zatopić się w inne znajomości z przeciwną płcią. Ale do teraz nie znalazłem kogoś takiego jak ona. Gdy tylko się dowiedziałem, że jest tutaj, w Japonii, wspomnienia ożyły. Po części w tym celu wysłałem tam Bobby'ego. Z drugiej jednak strony chcę mieć oko na tego całego RAIMON'A. Siedziałem pod tym całym gimnazjum mechatroniki i tylko czekałem, aż ktoś przekroczy próg szkoły. Szczególnie wyczekiwałem na Thomas'a i Neil'a. Gdy w końcu wyszli postanowiłem z nimi pogadać.
- No witam. - zagrodziłem im drogę.
- Czego chcesz? - spytał Thomas, patrząc na mnie złowrogo.
- Oj nie ładnie tak mówić do kapitana Jude'a Sharp'a, nieprawdaż? - odparłem, podchodząc do niego bliżej.
- Chcę was ostrzec. - dodałem nieco poważniej.
- Przed czym? - prychnął na moje słowa Neil. - Przecież to banda nieudaczników.
- Radziłbym się przyjrzeć bliżej Raimon'owi.  Może to "banda nieudaczników", ale zmienicie zdanie kiedy spotkacie Mark'a Evans'a. - odrzekłem, chytrze się uśmiechając.
Nie pozostało mi nic innego, więc udałem się w stronę wyjścia.


* Mark's POV *



Tak jak zawsze trenowaliśmy nad rzeką, byliśmy spoceni do suchej nitki. To stało się dla nas normą, zawsze wracaliśmy śmierdzący, brudni i zmęczeni. " Dzień bez treningu, jest dniem straconym." stał się naszym mottem drużynowym, jak i życiowym.
- Świetnie Nathan! - pochwaliłem chłopaka za wspaniałe podanie.
Byliśmy tak skupieni na grze, że nawet  nie zauważyliśmy jak na moście zebrał się wielki tłum.
- Mark spójrz! - krzyknął Todd, pokazując na most.
Czyżby po ostatnim meczu staliśmy się sławni. Mamy fanów?
Zmarszczyłem brwi ze zdziwienia.
- MAMY FANÓW! - krzyknął Steve.
Ja, Todd i Jack cieszyliśmy się jak głupi. Reszta tylko patrzyła na nas jak na jakiś świrów. Usłyszałem trzask, na boisku zebrał się wielki kurz. Gdy trochę opadł, zobaczyłem dobrze znaną mi już limuzynę. Tylko państwo Raimon, mają taką wypasioną brykę. Z niej wyszła nasza nowa managerka. Tak dobrze czytacie. Nie miałem wyboru musiałem ją przyjąć, ponieważ nie chcę być wywalony z tej szkoły. 
- Co wy robicie? - trzasnęła tak zamaszyście drzwiami od samochodu, że jej lokaj aż podskoczył.
- Jak widać... trenujemy. - sapnął Nathan, wycierając mokrą twarz koszulką.
- Nie ćwiczcie przy tych ludziach. - wskazała na grupkę gapiów.
- Dlaczego? Przecież to nasi fani. - odrzekł podekscytowany Jack.
- O matko... - złapała się za głowę. - Wy tak na serio? Nie łączycie faktów? Przecież, ci ludzie to szpiedzy z innych szkół. Odkąd pokonaliście Królewskich przyciągnęliście uwagę wielu. Dla waszego dobra, radziłabym dziś nie trenować.
- Nie możemy nie trenować... za niedługo kolejny mecz. - warknąłem niezadowolony z jej słów.
- Musimy znaleźć jakieś miejsce. - odrzekł Steve, klepiąc mnie po ramieniu.
- Ale to już nie moja działka...
Zza moich pleców dochodziły jakieś krzyki. Obróciłem się i zauważyłem Dianę na plecach Max'a. Tymczasem Blaze przyglądał się im uważnie. Jednak nie wyglądało na takie zwykłe gapienie się, tylko jakby chciał sparaliżować ich swoim spojrzeniem. 
- Miłość rośnie wokół nas... - zanucił Nathan nad jego uchem.
- Swift mogę wiedzieć co ty odwalasz? - odwrócił od nich na chwilę wzrok.
- No przecież widzę jak się na nią patrzysz. 
- Jak niby?
- Maślane oczka takie stwierdzenie mi przychodzi na myśl. - zaśmiał się. - Ale w obecności kapitana się do tego nie przyznasz.
- Tobie się już kompletnie w dupie poprzewracało. - sapnął poirytowany.
Po jeździe na plecach, przy nas pojawiła się Diana i Max. Każdego z nas przytuliła jak zwykle robi na powitanie. Wzrok Nelly i Diany się spotkały.
- Ty ty. - mruknęła, podchodząc do niej bliżej.
- Jeśli masz na myśli moje imię.. to tak, ja jestem Diana. - odparła.
Zauważyłam, że atmosfera robi się coraz bardziej napięta.
- I właśnie przez takie zachowanie skupiacie ich uwagę. - w tym momencie wskazała na Max'a i Dianę.
- Słucham?
- Tak. Nie powinno cię tutaj być dziewczyno. Teraz powinni skupić wygranej, na treningu. Wprowadzasz bałagan i szukasz atencji swoją nudną, pustą osobą.

* Diana's POV  *




Myślałam, że ten dzień będzie dniem spokojnym. Obudziałam się nawet z myślą, że dzisiaj nie będzie żadnych spin, kłótni. Nie mam ochoty na to, co ta laska odstawia w tym momencie. Nie dziś, nie jutro, a najlepiej nigdy. Chcę świętego spokoju od tej negatywnej energii, a zwłaszcza od tej paniusi. Z tego co mi Mark opowiadał, to ta cała Nelly to córka właściciela szkoły. I co z tego? To nie upoważnia ją do wywyższania się nad wszystkie warstwy społeczne Teraz to jakie ma nazwisko i konsekwencje jakie poniosę, miałam  daleko w swoim poważaniu. To co powiedziała wprawiło mnie w osłupienie.
- Słucham? 
- To co słyszysz. Nie mogę pozwolić sobie na narażenie dobrego imienia szkoły.
- Największą kotwicą, co sprowadza to całe miasto, szkołę i nasz zespół jesteś ty sama. - warknęłam i miałam ochotę pociągnąć jej delikatne, równo zrobione, brązowe loki.
- Wiesz do kogo mówisz, wieśniaro? 
Zacisnęłam pięści. Nie zastanawiałam się co właściwie robię,  momentalnie rzuciłam się w kierunku dziewczyny. Axel oplótł ręce wokół mojej talii.
- Puść mnie idioto.
- Nie mam zamiaru Evans. Ochłoń trochę... a wtedy ewentualnie cię puszczę. 
- Puścisz mnie albo i tobie coś się stanie. - syknęłam, wyrywając się z jego uścisku.
I ponownie podeszłam do dziewczyny. Chciałam dokończyć to co zaczęłam, wybić cokolwiek ma tej w pustej makówce. Ale tym razem Nathan stanął mi na drodze. Chłopak zarzucił mnie przez swoje ramię.
- Na prawdę, jeszcze ty?
- Jesteś słodka jak się złościsz. - odrzekł, odstawiając mnie na ziemię. 
Nim się obejrzałam dziewczyny nie było, usłyszeliśmy tylko brzdęk silnika. Wszyscy zaczęli się ze mnie śmiać. 
- No co?
Po chwili i ja zaczęłam się śmiać razem z nimi. Uświadomiłam sobie, jak to musiało wyglądać. Pewnie jak dwa pieski szczekające na siebie i skaczące sobie do gardeł  Nagle usłyszałam warkot silnika. Czyżby wróciła ze swoją armią?

 * Mark's POV *


Wszystkie oczy były skierowane na ogromną, opancerzoną ciężarówkę. Przez głowę przemknęła mi myśl, że mogę być to Królewscy. Jednak kiedy żelazne drzwi otworzyły, a w nich stali jacyś kolesie, którzy definitywnie nie należeli do Akademii. Mieli przy sobie masę komputerów i śmieszne okulary na oczach. 
- Kto to jest? - wyrwał się mały Timmy. 
- Uczniowie gimnazjum mechatroniki. Thomas Felt i Neil Turner. 
Jutro gracie z nimi mecz. - odparła Celia, szperając w notatniku.
- I ty mi to mówisz, właśnie teraz? 
Postanowiliśmy wrócić do naszego treningu. Zauważyłem, że do nas podchodzą. Wyszedłem im na przeciw.
- Okej, rozumiem. Chcecie zobaczyć nas w akcji. - klasnąłem w dłonie. - Ale niestety będę zmuszony was odesłać do waszej metalowej puszki.
- Dlaczego nie ćwiczycie waszych zagrywek?
- Thomas to głupie. - zbastował go drugi. - Przecież wiemy o nich wszystko. Wasze prawdopodobieństwo wygrania wynosi 0 procent.
- Tego nie wiecie. - zaśmiałem się na ich słowa
- Że niby ten dzieciak ma nas pokonać? Zdepczemy was jak robale. - powiedział pewnie Neil.
Wszyscy zamarli. Pierwszy raz do nas podchodzą, pomijając fakt, że nie znają nas jako zespołu, i tak słowa kierują w naszą twarz, w twarz naszego zespołu. Bo co, niby jesteście najlepsi z najlepszych?
- Nie pozwolę na to abyście nas nazywali. - warknąłem. - Nie mam wyjścia, wyzywam was na pojedynek! 
Chłopacy popatrzyli na mnie przerażonym wzrokiem.
- Pokażcie co potraficie! - krzyknął Nathan,  kopiąc piłkę pod ich piłkę.
- Niech będzie. - pokiwali twierdząco głowami.
Ustawiłem się na pozycji. Na przeciwko stanął rudo-włosy Neil. 
Pomachałem mu na znak, że jestem gotowy. Ale tego się nie spodziewałem. Uniósł się do góry, zakręcił wokół własnej osi i... Czekajcie, znam skądś te ruchy. Czy on właśnie wykonał OGNISTE TORNADO? Zaszokowany tym co widzę, za późno użyłem swojej OGNISTEJ PIĘŚCI. Cisza.
- Ja rozumiem obserwacje podczas treningu, ale podrabiać czyjeś ruchy... to skandal! - krzyknął Willy, spoglądając wrogo na Turner'a.
Następny był Thomas Felt, bramkarz.
- Daj mi to. - warknął blondyn, udając się na wyznaczone miejsce.
Nie dziwię mu się, że jest wściekły. To w końcu jego pomysł, jego dzieło, jego ruchy, jego dziecko, a ten typek bierze to sobie na własność Wykonał te same ruchy jak Neil i z całej siły wycelował w siatkę bramki. Piłka jednak znalazła się w rękach Thomas'a. Blaze bezsilny opadł na ziemię. Oświadczam wszem i wobec, że jesteśmy w dupie.
- Pokonamy was.. - warknąłem, patrząc im prosto w oczy.
- Ta, chyba w snach chłopczyku. - odparł uszczypliwie Neil, oddając piłkę w moje ręce.
Około południa wszyscy udaliśmy się za szkołę. Tam Nelly miała nam coś pokazać. Przed nami stała ogromna górka, a w niej drzwi, tylko jej nie ma. Nagle konstrukcja z hukiem się otworzyła, a w drzwiach stała brunetka. Weszliśmy do środka. 
- Tutaj trenował twój dziadek i jego drużyna, Mark. Oto wasze tajne miejsce na treningi, bez żadnej dystrakcji.
Diana wykrzywiła się w jej stronę. Niezwłocznie zaczęliśmy trenować. Z tymi typami nie ma żartów.  

* Axel's POV *


Nie wierzę. Zostałem skompromitowany. Jestem słaby, okropnie słaby. Odebrano mi mój popisowy strzał, jak dziecku smoczek, teraz czuję się ogołocony, nagi. Usiadłem na ławce i podziwiałem jak te machiny wyciskają z nas ostatnie poty.

- Nie przejmuj się. - szepnęła mi do ucha, mocno do siebie przytulając.
Poczułem zapach zielonej herbaty pomieszanej z brzoskwinią. Uwielbiam wąchać jej perfumy. Otrząśnij się Blaze! Dobrze wiesz, że to tylko i wyłącznie przyjaźń. Postawiła na początku sprawę jasno, nie jest gotowa zaangażować się w nowy związek. Zresztą nie chcę jej wyznawać co czuję. Przyjdzie kiedyś taki moment, mam nadzieję, wtedy jej to powiem. 
- Nic się nie stało. 
- Przecież widzę. - chwyciła moją twarz, która była od niej odwrócona. - To przez to, co się stało na boisku?
Pokiwałem głową.
- Wierzę, że coś wymyślisz. To jest twoje, Axel.
- Mówisz? - patrzyłem na jej przepełnione pasją oczy.
- I kiedy rozbłyśnie ognisty blask twego strzału. - zailustrowała to ręką. - To im przewody się spałą i system przeciąży.
Zaśmiałem się na jej słowa.
- Skoro tak mówisz... A teraz odbiegając od tematu, ja, ty, Max, Nate i lody
- Kusząca propozycja. - odrzekła. - A teraz wio! Zasuwaj na trening, póki trwa.
Spojrzałem na jej roześmianą twarz. Kurde coraz bardziej odczuwam, że mam do niej słabość, cholera. Po morderczym treningu udaliśmy się na lody. 
- To chyba będzie nasz ostatni mecz... - jęknął smutno Swift.
- Możesz zmienić temat? - spytałem przesyłając mu poirytowane spojrzenie.
- Ej, co to za nastawienie? - włączyła się do rozmowy zbulwersowana Diana. - Jutro gracie z nimi mecz do cholery! Nie skazujcie się na przegraną. 
- Diana, spójrz na fakty. - próbował jej racjonalnie wytłumaczyć Carson,
- W dupie mam wasze wymyślone fakty. - jednak do niej nic nie docierało. - Ludzie kochani, jesteście po pierwszym etapie. Teraz zrobiło się trudniej i nie wygodniej, to już chcecie uciekać?
- Ey, ey. - wkroczył z urażoną męską dumą Nathan. - Nikt tak nie powiedział, kochana!
- Okej, skoro to mamy załatwione... -  wpakowała sobie dużą łyżkę lodów waniliowych do ust. - Potrzebuję tancerzy, do występu. Rozpoczynam mecz i trochę się stresuje.. potrzebuje wsparcia.
- Ja tańczę! Z chęcią z tobą wystąpię. Poprosi się Max'a i już masz tancerzy. - powiedział Nathan.
- Jak ja was uwielbiam chłopcy.
- Ziom, tańczyłem wieki temu.. Nie ma mowy, wiesz w co nas wpakowałeś? - i w tym momencie Nate zatkał mu twarz.
Po lodach postanowiłem ją odprowadzić do domu, jak to zawsze robię. Kocham z nią spędzać czas, a zwłaszcza sam na sam. Przechodziliśmy przez park, było ciemno i gwiazdy nam świeciły. Było grupo po 21, niebo było pełne gwiazd, nasze dwoje oczu się spotkało. Spojrzałem na jej nadgarstek. Były na nim blizny po okaleczeniach zrobionych przez tego sadystę, kilka z blizn przykrywa literka A. Gdy to zobaczyłem to nie pytałem, zabrałem ją do salonu tatuażu. Pamiętam to jak dziś, na dworze padało, a my biegliśmy po amerykańskich ulicach, w poszukiwaniu tatuażysty. Jakie było moje zdziwienie, gdy zauważyłem jaj nadgarstek, a na nim mała, czarna literka A.
- Axel, jesteś lekiem na całe zło. - uśmiechnąłem się sam do siebie.
Ja też postanowiłem zrobić sobie tatuaż. Z dużym D, gdyż bez niej nie byłbym tutaj gdzie jestem, nie wróciłbym do sportu i znalazł sensu swojego życia. Na samo to wspomnienie, poczułem takie niesamowite ciepło w serduszku. Na reszcie miałem dla kogo żyć. 
- Do zobaczenia. - odrzekła, całując mój policzek i przeszła przez furtkę.


  hej,hej!
kolejny rozdział :3
postanowiłam dawać fragment poprzedniego rozdziału.
aby wam i samej sobie przypomnieć co było w poprzednim rozdziale.
huhu czyżby jakieś LOVE STORY między Axel'em i Dianą.
piszcie pomysły na ship dla tych dwojga? :3
i wchodzcie na ask'a
see ya! :D








1 komentarz: