sobota, 1 lipca 2017

Rozdział:54

" Po tym telefonie zacząłem biec jak szalony. Wiedziałem, że teraz nie mogłem zwolnić a zwłaszcza w takiej sytuacji jak ta. Otworzyłem z zamachem drzwi i wyciągnąłem za kaptur Erica.
- Stary, jesteś jakiś niespokojny dziś. - stwierdził, patrząc na mnie. 
- Co ty nie powiesz. - spojrzałem na niego rozdrażnionym wzrokiem. 
- Właśnie wyciągasz mnie z najlepszej biby cały w piórkach i ja się pytam.... - klasnął w dłonie. - Na co?
- Potem ci powiem. - uciąłem i zacząłem przyśpieszać kroku.
Nawet nie zauważyłem, że jesteśmy już na parkingu szpitalnym.
- O-oo... teraz rozumiem! - sapnął, klaszcząc dłonie. 
- Czas poznać wyrok, mój przyjacielu. - odparłem i wtedy pewnym krokiem przekroczyliśmy progi budynku."

* No One's POV *

Może wam się teraz wydawać, że nasz bohater Jude właśnie odszedł na tamten świat. Bądźmy szczerzy nikt nie przetrwałby takie postrzału, dużej utarty krwi i operacji zagrażającej życiu. Za pewne przygotowaliście sobie chusteczki by obcierać łzy, ale jeszcze chwilę musicie się powstrzymać. Dzisiaj mija dokładnie sześć miesięcy od tego momentu w którym Jude został w śpiączce farmakologicznej. Jak dobrze wiecie taka śpiączka nie może przekraczać sześciu miesięcy, dlatego do szpitala została wezwana rodzina Sharpa. Doktor Jefferson nieśmiało zaprowadził państwo Sharp do swojego gabinetu.
- Wezwałem państwa ponieważ.... 
- Chodzi o naszego syna? - spytał bezpośrednio pan Sharp.
Lekarz pokiwał powoli głową, usiadł za swoje biurko i położył kartę chłopca.
- Jak wiecie wasz syn jest pod śpiączką farmakologiczną....
- Jak jego wyniki? - spytała nieśmiało żona pana Sharpa.
- Właśnie miałem przechodzić do tego tematu. Chodzi o to, że pan syn po mimo najśmielszych starań...
- To niemożliwe! - sapnął mężczyzna wstając z krzesła.
- Jest mi bardzo przykro.. - na te słowa kobieta zaczęła cicho szlochać.
- Czy jest jeszcze coś co ocali mojego syna? 
- Niestety... ale wykorzystaliśmy wszystkie opcje.
- Chce nam pan powiedzieć, że... - spojrzała  na niego przerażona. - ...Jude umiera?
Kobiecie odpowiedziała cisza która równała się z potwierdzeniem jej przypuszczeń.
- Czy możemy go zobaczyć?
- Oczywiście. - odparł doktor Jefferson.
I tak cała w smutku i cierpieniu rodzina Sharp miała zamiar ostatni raz zobaczyć swojego wychowanka. Gdy weszli do sali na ich twarzach ponownie zagościły łzy wraz z doktorem podeszli do łóżka na którym leżał chłopak. Gdy się mu przyjrzeli jego twarz była blady, a na niej gościł błogi spokój. Kobieta usiadła przy jego łóżku i w swoim maraźmie wzięła jego dłoń i zaczęła całować.
- Mój ukochany.. - jęknęła, ściskając jego dłoń.
- Jude... proszę cię, obudź się! - krzyknął przeraźliwe mężczyzna.
- James uspokój się... - skarciła go kobieta. - To na nic.
I w tym momencie ręka chłopaka zaczęła ściskać jej rękę, a jego powieki zaczęły lekko drgać.
- Wołajcie doktora! - krzyknął James Sharp widząc to co się dzieje.
W momencie kilka pielęgniarek przybiegło do nich
- Szybko, doktorze! - jedna z nich zaczęła go poganiać. - Coś się dzieje z pacjentem Sharpem!
- Jakie parametry? - spojrzał zdezorientowany na to całe widowisko. 
- Są... - spojrzały na maszynę monitorującą pracę serca. - ..w porządku. 
- To niemożliwe! 
- Czy to jakiś kiepski żart, doktorze?
- Sam nie wiem co się dzieje... - mruknął do siebie doktor.
- Ten dzieciak przeleżał u nas niecałe sześć miesięcy!
- Powinniśmy go już dawno odpiąć od aparatury!
- Ale nie zrobiliśmy! - klasnął w dłonie doktor. - To jest nasz mały cud!

* Jude's POV *



Przymrużyłem oczy i próbowałem je otworzyć ale powieki były tak ciężkie, że tylko mogłem je mrużyć. 
- Jude! - usłyszałem głos doktora.
Natychmiast moje oczy się otworzyły i wtedy zobaczyłem jego ucieszoną twarz, stojące wokół mnie zdziwione pielęgniarki oraz moich roztrzęsionych rodziców posłałem mu słaby uśmiech. 
- Co się ze mną działo? - szepnąłem.
- Przez prawie sześć miesięcy twój organizm się regenerował. - odparł lekarz. 
- A ty... przespałeś to wszystko. - odparł ojciec
Moje oczy nie dość, że były zmęczone to zdziwione natłokiem nowych wiadomości. Nie mogłem temu szaleństwu uwierzyć przecież miałem robioną natychmiastową transfuzję. No ale ten proces najwidoczniej nie przywrócił mi tej dużej dawki krwii, którą utraciłem. Zauważyłem, że doktorek szybko zmył się za drzwiami sali i zostawił mnie z moimi starymi. Moje łóżko akurat stało blisko drzwi, więc dokładnie mogłem usłyszeć każde słowo, wypowiedziane przez każdego. Rozmawiał z moim wcześniej wspomnianym, Bobby'm.
- Jest pan najbliższą...
- Tak... - jego głos był załamany. 
Za pewne przeczuwał najgorsze, ale chyba każdy z nich nawet ja sam - z lekcji biologi wiem, że śpiączka farmakologiczna nie powinna tyle trwać. 
- Muszę pana powiadomić, że pan Sharp... - wybudził się. 
Teraz mogę sobie wyobrażać jak jego twarz wygląda. Pewnie te wielkie brązowe oczy na wieść o moim zmartwychwstaniu  są  teraz przepełnione radością i zdziwieniem jednocześnie, a z tych nerwów przygryza swój język. Nie minęło kilka sekund a on zaczął się krzyczeć ze szczęścia. 
- To jest jakiś cud! 
- Proszę się uspokoić.
- Muszę powiadomić wszystkich i to już! - chłopak klasnął w dłonie.
- Ależ proszę zachować nerwy na wodzy. - próbował go uspokoić doktorek.
- Można go już odwiedzić?
- Musi pan poczekać...
 Skrzypienie drzwi i Bobby był już w mojej sali. Ten widok mnie nie dziwi gdyż chłopak zawsze ma w nosie przestrogi kogoś starszego od siebie. Stał przez parę minut jak wryty patrząc na mnie, a  posłałem mu słaby uśmiech gdyż tylko na tyle było mnie stać. Czuję się jakbym był martwy z zewnątrz ale żywy w środku. Przez sześć miesięcy byłem w szpitalu i na samą myśl o tym czuję się przerażony. Tymczasem chłopak po chwili jednak zdecydował się podejść. Robił to jednak powoli jakbym był jakimś zwierzęciem w zoo, a na mojej klatce byłby znak z napisem "NIE ZBLIŻAĆ SIĘ".
- Stary... to ja! 
- Jude.... bracie! - odparł, siadając obok mnie. - Ominęło cię wiele rzeczy...
- Zdaję sobie z tego sprawę. - odparłem mu na to. - Co z resztą ?
- Bądź o to spokojny. - odparł, lekko klepiąc mnie po ramieniu. - Zawiadomiłem Dianę i jestem pewien, że już jadą... wszyscy. 
Do jego oczu nagle napłynęły łzy, położył się na moim łóżku i zaczął ryczeć. 
- Bobby... nie teraz. - odparłem, głaszcząc go po głowie. - Mogę cię o coś prosić?
- Co ci potrzeba? - zerwał się nagle.
- Zabiłbym za szklankę... - i nim zdążyłem dokończyć zdanie on już wracał z kubkiem pełnym wody. 
Podał mi papierowy kubek pełny po brzegi wody a ja wypiłem całą zawartość kubka duszkiem. 
- A więc... - odparłem, poprawiając się na łóżku. - Co mnie ominęło?
- To długa historia...
- Mamy czas. - odparłem, a chłopak ciężko westchnąć.
- Od czego mam zacząć? 
- Najlepiej od początku. - podpowiedziałem mu.
- Przepraszam bardzo, ale musi pan na chwilę wyjść.. - odparła pielęgniarka.
- Zresztą ona ci wszystko opowie. - machnął na to ręką i wyszedł.
- Bobby!

* Diana's POV *



- Max, nie mamy czasu! - odparłam zdenerwowana. 
- Przed chwilą zasłabłaś... - sapnął, pchając mnie abym wróciła na swoje miejsce. -  Odpocznij sobie.
Przez ze mnie możemy się spóźnić a nawet nie zdążyć... się pożegnać. Teraz nie miałam ochoty na żaden odpoczynek zależało mi teraz na to aby dostać się do tego miejsca jak najszybciej i dowiedzieć się coś o Judzie. Nie wierzyłam, że będę kiedyś w stanie tak przeżywać stan człowieka, który zamienił moje życie w piekło. Mój brat najwidoczniej na mnie wpłynął - Mark w każdym człowieku widział tą dobrą stronę. 
- Carson, z drogi! - krzyknęłam, popychając go. 
Brunet poprawił swoją czapkę i tylko pokręcił na mnie głową. Zaczęłam niezdarnie wstawać - jak widzicie to nie mój dzień. Chyba każdy dzień nie jest mój, ale jakoś dzisiaj czuje się wyjątkowo słabo. Może to jakiś znak? Jeśli tak to nie zanosi się na to aby historia Sharpa miała szczęśliwe zakończenie. Na chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami na szczęście był tam Max, dzięki któremu mogłam się zebrać w sobie po mimo mojego beznadziejnego stanu. 
- Kiedy ty zaczniesz dbać o siebie zamiast o innych?
- Zamknij się. - burknęłam. 
- Przestań się mi przeciwstawiać, teraz...
- Mam to gdzieś, okej?! - zaczęłam krzyczeć i piąstkować jego tors. 
Ale i na to nie miałam siły usłyszałam głębokie westchnięcie. Brunet bez zastanowienia wziął mnie na ręce i razem zmierzaliśmy w kierunku szpitala - na szczęście byliśmy niedaleko. Kiedy weszliśmy na teren szpitala chłopak postawił mnie na ziemię. Zmęczeni drogą weszliśmy do środka, ociężale opadłam na krzesło. 
- Czekaj, idę ci załatwić jakieś leki. - sapnął udając się do pokoju pielęgniarskiego. 
Pokiwałam głową i miałam ochotę tam zasnąć, ale gdy tylko zamknęłam oczy to czułam, że już nie będę mogła się obudzić. Wolałabym być jeszcze świadoma tego co się stanie albo już stało. Max usiadł obok mnie i bez słowa podał mi wodę z tabletkami. Połknęłam je i łapczywie popiłam wodą - może ten gorzki posmak, sprawi, że będę spokojniejsza. Poczułam jak chłopak łapie mnie za rękę. Nie próbował ze mną rozmawiać gdyż doskonale wiedział, że to nic nie da, zacisnęłam mocniej jego rękę. Po chwili wyszedł z sali Shearer a ja rzuciłam mu się w objęcia. 
- Mów. - zażądałam.
- On żyje. - odparł z uśmiechem na twarzy. - Jest nieznośny, ale... żywy. 
Po moje twarzy momentalnie popłynęły łzy. Wtedy nawet nie wiedziałam co robię i po prostu nie panowałam nad sobą. I gdy podszedł do mnie Carson to go pocałowałam. A on oddał pocałunek, a ja mając w sobie te emocje przyssałam się do jego ust. Moje serce w tym momencie próbuje zastąpić Axela w tym przypadku Max'em. Ale Axel jest niezastąpiony, nasza historia to co zupełnie coś innego. Poza tym Carsona traktowałam zawsze jak brata. Po tych przemyśleniach szybko oderwałam się do niego i udałam zaczerwieniona do sali. Rozglądnęłam się po sali i patrzyłam za nim. Gdy go zobaczyłam podbiegłam do jego łóżka.
- To prawda! - jęknęłam, biorąc jego ręce i całując. - Jajciu...
- Jestem Jude, ale... to też mi pasuje. - odrzekł, śmiejąc się pod nosem. 
- Po tak długim okresie humorek ci nie słabnie.  - odparłam, słabo się uśmiechając. - Zupełnie jak Axel.
- Jak się czujesz? - spytałam, patrząc na te wszystkie elektroniczne tabliczki.
- Powinien chyba zapytać o to ciebie. - spojrzał na mnie uważnie. 
- Jak jedna wielka beznadzieja.
- Nawet kiedy mnie nie ma daję ci kopniaki.
- Największym kopniakiem była ucieczka Axela. - palnęłam, zatykając usta.
- Ucieczka?
- Tak... - urwałam niepewnie. - Okazało się, że ma... zatargi z mafią.
- O matko... - jęknął, łapiąc się za głowę.
- Ale nie o tym teraz. - ucięła szybko. - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. 
- Mówią, że mój stan jest w porządku. - sapnął, zamykając oczy. - Ale ja w środku jestem strasznie słaby.
- To znaczy, że żyjesz. - odparła, śmiejąc się pod nosem. - Zobaczysz wszystko w twoim ciele musi się uspokoić i zregenerować.  
Położyłam się na jego torsie a jego serce waliło mu jak oszalałe. Podobno wybudził około godziny piętnastej - spojrzałam ukradkiem na zegar wiszący na przeciwko jego łóżka, jest piętnasta piętnaście. Jestem w sam raz. 
- Czy to prawda, że Celia chciała się zabić? - wycedził nagle. 
Skierowałam mój wzrok na jego twarz. Co mam powiedzieć? "Tak, chciała to zrobić." - przecież ta informacja może go wprowadzić do grobu. Pewnie zapytacie jak to się stało? Otóż jak wiecie ta cała sytuacja najbardziej przerosła właśnie ją a gdy wszystko nas przytłacza to wolimy po prostu zniknąć i nie czuć nic. Świat bez bliskiej osoby nie jest normalnym życiem tylko jedną wielką pustką. Na szczęście był przy tym wszystkim Bobby, która wyrwał jej nóż z ręki w ostatnim momencie. On też miał po dziurki w nosie tej sytuacji dlatego też miedzy nimi nastała cisza, która trwa do dziś.  
- Cholera. - zacisnął pięści. - Co gdybym...
- Nie ma żadnego gdyby... zrozum to co się stało nie jest twoją winą. Nie planowałeś tego, że Joe cię zastrzeli. - wtrąciłam się. 
- To mnie tam nie było... - sapnął. - Mogłem ją uchronić.
- Oczywiście, że byłeś. - odparła. - nie fizycznie ale duchowo wspierałeś nas wszystkich.
- Ale to nie wystarczyło...
- Nie gdybaj Jude... skup się na teraźniejszości. - uścisnęłam jego dłoń. - Ty żyjesz!
- Ale bez ciebie bym tego nie zrobił.
- Co masz na myśli? - odparłam rozbawiona.
- Ocaliłaś mnie. - spojrzałam na niego zdziwiona. 
- Jak to? - nadal byłam oszołomiona jego wyznaniem. - Że ja?
- Z nicości pojawiłaś się w mojej głowie. - odparł, uśmiechając się w moją stronę. - Byłaś taka wesoła i uśmiechnięta tak jak za dobrych czasów. 
- I co dalej?
- Podałaś mi rękę i pomogłaś mi się wybudzić. - ścisnął moją rękę. - Zawdzięczam ci życie, Dan. 
- Zwariowałeś. - odparłam, całując jego czoło. 
- On tam jest?! Wpuszczajcie mnie!!
-  Chyba czas już na mnie. - odparłam, wychodząc i mijając się z Celią.
Na poczekalni zobaczyłam cały Raimon, w tej dużej grupie zauważyłam mojego brata, podbiegłam do niego i przytuliłam. Jednak nie wszyscy tu byli. Zauważyłam, że Max się zmył i już wiedziałam dlaczego. Teraz muszę go znaleźć dlatego zaczęłam rozglądać się za Nathanem. 
- Jest na zewnątrz. - odparł Eric, wskazując na wyjście. - To znaczy oni. 
Skierowałam swoje kroki w stronę wyjścia. Gdy byłam na zewnątrz pokręciłam głową to w lewo to w prawo. Po chwili zauważyłam ich, mieli dość krótką wymianę zdań, a na mój widok blondyn szybko się oddalił i minął mnie bez słowa.

* Max's POV *



Przez całą tą drogę już miałem jej dość, ale widok tego uśmiechu, był tego warty. Podszedłem do nich, a ona mnie pocałowała. Teraz moją głowę zaprząta właśnie ten nieszczęsny pocałunek. To było takie... cudowne? Ale sama myśl, że zrobiłem to z Dianą przyprawiała mnie o ciarki. Nie żeby coś, Diana jest piękną i wspaniałą dziewczyną. Ale od zawsze widzę w niej przyjaciółkę i traktuję ją jak własną siostrę - w końcu jest moim najlepszy ziomkiem. A teraz co? Nie dość że oddałem pocałunek, to ona jakoś zapragnęła by ta chwila potrwała dłużej i się przyssała do mnie. Na szczęście w miarę się szybko opamiętała i sama się ode mnie odcięła po czym jak gdyby nigdy nic poszła do Juda. Po tym wszystkim czułem się dziwnie sparaliżowany. I widziałem, że nie tylko ja czuje się z tym nie najlepiej. Zdałem sobie sprawę, że zostałem bezprawnie wykorzystany. Jak dobrze pamiętacie w takich sytuacjach to Axel był przy jej boku - to on był ten od całowania, wspierania i miziania. A jako że go nie ma i napatoczyłem się ja to wygląda jakbym zajął jego miejsce - po prostu pojawiłem się w odpowiednim miejscu i czasie. Zawsze zastanawiałem się widząc ich razem jakie to uczucie i już wiem, to okropność - moja ciekawość została zaspokojona.
- Halo... Max? - usłyszałem Bobby'ego 
- Co? - otrząsnąłem się z amoku.
- Co tu się... - spojrzał na mnie rozradowany.
- Stary.... - pokręciłem głową. - ...to pomyłka. 
- I co podobało się? - dźgnął mnie w bok.
- W sumie... - szybko się otrząsnąłem. - Ja nie powinienem w ogóle.... 
- Nie mów, że ty pierwszy raz... 
Tak. - uciąłem szybko chowając się pod moim płaszczem wstydu.
- O-ooo... mój miły! - odparł, klepiąc mnie po ramieniu. 
- Nie, nie.... na samą myśl, mam ochotę się zrzygać. 
- Powinieneś się cieszyć! 
- Bobby... to jest moja przyjaciółka... to nieetyczne. - jęknąłem, łapiąc się za głowę. 
- Szczerze mówiąc gdybym miał mieć z pierwszy pocałunek to z Dianą. - odrzekł, zastanawiając się przez chwilę. - Zawsze sobie myślałem....
- Bobby. - warknąłem. - Na prawdę nie chcę wiedzieć, co sobie myślałeś albo myślisz. 
- Czy ty lubisz...
- Nie jestem gejem. - burknąłem naburmuszony. - Nigdy nie szukałem miłości po prostu uznałem, że ona sama przyjdzie. Ale kurka, nie spodziewałem się, że aż tak  jej się spieszy! 
- Rozumiem cię, chyba... - zmarszczył czoło. - Ale nie wiem co ci powiedzieć więcej ponieważ jestem taki jaki jestem...
- Więc może już się zamkniesz?  
Wiedziałem, że muszę stąd uciekać i to jak najszybciej. Po chwili zobaczyłem Swifta, którego od razu chwyciłem go za kaptur i zaprowadziłem na zewnątrz. 
- Co jest? - urwał, patrząc na moje zabiegane spojrzenie. 
- No bo... ja i Diana... - ledwo wykrztusiłem ze siebie słowa.
- Coś ty narobił? - spojrzał na mnie uważnie.
- Może chciałem.... ja nie wiem! - burknąłem, kładąc ręce na piersi.
- Ostatni raz widziałem cię takiego, jak zobaczyłeś komedię romantyczną. - stwierdził.
- Nate! - zacząłem wymachiwać rękami. - Nie pogarszaj tej sytuacji jeszcze bardziej. 
- Po prostu to powiedz! - krzyknął poirytowany moim roztrzepaniem.
- Diana mnie pocałowała. - wycedziłem przez zęby z zamkniętymi oczami. 
- Co? - odchrząknął zdziwiony. 
- Matko... - przetarłem twarz. -Jak tylko wróci Blaze, pierwsze co zrobi to skroi mi japę. 
- Jak ty się z tym czujesz
- Czuję się dziwnie... - skrzywiłem się na samą myśl o tym. - Mam odruchy wymiotne i na dodatek zdradziłem najlepszego kumpla.
- Co.
- Co lepsze oddałem ten pocałunek nie wiem co w mnie wstąpiło. 
- Stary... - spojrzał na mnie nadal zszokowany. - Zgrywasz się?
- Czy wyglądam na takiego co się zgrywa?! - złapałem go za ramiona. - To poważna sytuacja jełopie a ty jedyne co możesz mi powiedzieć to tylko "co". 
- Ja nie mogę w to uwierzyć... - urwał, patrząc na mnie rozbawiony. - W końcu ktoś poznał smak tych ust.
- Nie ma z ciebie pożytku. - machnąłem na niego ręką.
- Te, na horyzoncie!  - oglądnąłem się za siebie zobaczyłem ją. 
Na samą myśl moje serce zaczęło walić jak oszalałe. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze ten potworny stres.
- Ja idę.. - sapnął zakłopotany Nathan. 
Tak najlepiej tak zrobić, zmyć się i zostawić mnie z tym gównem, tak?  
- Max... - urwała powoli do mnie podchodząc.
- Nie zbliżaj się do mnie. - odparłem ostrzegawczo i obróciłem się do niej. 
- Przepraszam.... - sapnęła, pochodząc do mnie. - Żałuję tego cholera.
Cofnąłem się. 
- Zdajesz sobie sprawę co ty zrobiłaś? - sapnąłem, łapiąc się za głowę.
- To był zwykły pocałunek. - odparła, wzruszając ramionami.
- Diana, dobrze wiedziałaś... 
- Spaprałam to, prawda? 
Po prostu mnie wykorzystałaś. - odparłem z wyrzutem. 
- Co?
- Potrzebowałaś maskotki to padło na mnie. 
- Jak śmiesz! - odparła, waląc mnie w ramię. - Po prostu nie panowałam nad sobą... tak trudno to zrozumieć?
- Pomyślałaś przez chwilę jak ja mogę się poczuć?
- Max ja na prawdę nie wiem co mam ci powiedzieć... - urwała zrezygnowana.
- Żadne słowa nie zmienią tej sytuacji. - stwierdziłęm. - Już za późno, już po fakcie..
- Może to dobrze... 
- Dobrze? - spojrzałem na nią zdezorientowany.
- Przynajmniej pocałowałeś się z osobą zaufaną. 
Sam nie wie... - i ponownie wbiła się w moje usta.
Po tym wszystkim dziewczyna zaczęła się śmiać.
- O matko... - próbowała się powstrzymać od śmiechu. - Gdybyś widział swoją minę! 
- To wcale nie jesteś śmieszne, Diana! 
- Wyluzuj.. - poklepała mnie po ramieniu. - Wiem, że nie powinnam tego robić. 
- Jak widać nie zrozumiałaś też tego, że mam swoją przestrzeń osobistą, którą przekroczyłaś.
- Wielkie mi halo! - machnęła na mnie ręką.
- Jak ja mam dalej żyć? - sapnąłem bezradny.
- Teraz będziesz musiał z tym żyć... - pogroziła mi palcem przed twarzą. - I nie patrz się na mnie jakbym ci zabiła kota, ja cię tylko pocałowałam.
- Ty wredna tutko. - odburknąłem, łapiąc ją i czochrając jej włosy.

* Celia's POV *



Tej nocy nie mogłam zasnąć, przewracałam się z jednej na drugą strony. A mimo tego moje oczy były otwarte, a mózg wędrował w ciemne uliczki moich myśli. Mam problemy ze spaniem od tego feralnego dnia i nie umiem sobie z tym poradzić. Kiedyś przy moim boku był Bobby, który zawsze potrafił sprawić, że przenosiłam się do krainy Orfeusza. Teraz jest zupełnie inaczej, ja jestem zupełnie inna. Mijała kolejna godzina, a ja nadal leżałam wpatrzona w biały sufit. Nagle zaczęło powracać do mnie jedno z wspomnień, które spędza mi kompletnie sen z powiek.
"- Zro-oo-bię to! - zaczęłam machać nożem mu przed twarzą. 
- Oddaj mi to! - odparł, szybko podchodząc do mnie.
Złapał mnie mocno za rękę w której dzierżyłam czarny nóż, który moja mama dostała od mojego ojca. Spojrzał mi w oczy, w których już nic nie było
- Prędzej czy później... - mruknęłam, patrząc mu w oczy. - zabiję się.
- Okej, śmiało. - nagle odpuścił i odszedł do mnie. 
- Tak szybko się poddałeś? - zaczęłam się śmiać.
- Nie ma sensu ci wybijać ci z głowy, więc... - wzruszył ramionami. - Nie krępuj się!
- Kiedyś i tak umrę! - odparłam, przybliżając narzędzie do mojej szyi. - i to na twoich oczach.
- Na przód, Celia!  Dlaczego z tym zwlekasz?
- Na prawdę pozwolisz mi na to? - spojrzałam na niego z nadzieją, że przerwie tą udrękę.
Chłopak natomiast jak gdyby nigdy nic usiadł na kanapie. Widząc to rzuciłam nóż na podłogę i podeszłam do niego.
- Pozwoliłbyś żebym się wykrwawiła, tak?
- Wiedziałem, że tego nie zrobisz...
- Co jest z tobą? - warknęłam, a on nagle wstał z sofy.
- To pytanie zadaję ci non stop. - złapał mnie za ramiona. - Lecz się, Celia!
- Czyli jestem wariatką, co? - odparłam, popychając go. - Co ty tutaj robisz, Shearer?
- Zastanów się teraz co mówisz. - mruknął, patrząc na mnie poważnie.
- Wynoś się! - krzyknęłam, pokazując mi drzwi. - Mam cię dość.
- Masz rację... co ja tutaj robię? - odparł, podchodząc swoją kurtkę. - Jesteś niemożliwa.
- Nie ma cię tutaj! - pomachałam mu na do widzenia.
- Wiedz jedno.... - złapał za klamkę. - Ja już tutaj nie wrócę. "
Ter az sobie uświadomiłam, ze Bobby miał rację - ja oszalałam i już nic nie jest w stanie pomóc. Już minęło sześć miesięcy a ja czuję się najgorzej na świecie. Codziennie widzę tę scenę jak Bobby wbiega do mnie i mówi mi, że mój brat jest w szpitalu i walczy o życie. Nie umiem już chyba normalnie żyć bez niego, teraz tak wygląda moja normalność - płacz, płacz i jeszcze raz p ł a c z. Nie potrafię, wrócić do normalności, jak oni - ci którzy kiedyś byli dla mnie przyjaciółmi, a teraz unikają mnie jak woda ognia. Z dnia na dzień rosła we mnie wielka agresja nie tylko do Królewskich, ale i do moich przyjaciół i rodziny. Bobby jak widać przetrwał ze mną jedynie 3 miesiące. 3 miesiące obrażania, jęków, płaczu, bicia i drapania po twarzy. Pewnego dnia uznałam, że nie mam już po co tu żyć. Samolubna - pomyślicie. Zdałam sprawę, że stałam się inną wersją siebie, której zawsze się bałam. 
Jesteś zbyt spokojna Celia.. - może to racja... Ale kiedyś właśnie taka byłam. A teraz? Nie poznaję samej siebie, przemieniłam się w psychopatkę. 
"Dzisiaj jednak chciałam wyjść z tej wielkiej klatki, miałam przejść się i odetchnąć na chwilę. Zaczęłam iść w stronę przystanku i zdecydowałam się na zakup biletu w jedną stronę. Udałam się w odwiedziny do Akademii Królewskich - do miejsca, która doprowadziła mojego brata do wielkiej tragedii. Zauważyłam z daleka, że wiernego przyjaciela Juda - Davida. On również mnie zobaczył i szybko do mnie podszedł.
- Celia.. nie powinno cię tu być. - zaczął mówić nerwowo, odwracając się na strony. 
Nawet nie zauważyłam jak wyciągam z plecaka nóż i kieruję go w jego stronę. Chciałam pomścić mojego brata, a chłopak zaczął się powoli wycofywać. Ta scena nie umknęła jednak ochronie, która od razu wkroczyła do akcji. Szybko zostałam od chłopaka odseparowana a potem mój nóż został na posterunku a moi rodzice powiadomieni."
Wtedy już zrozumiałam, że nie jestem stworzona do życia z ludźmi. Nastał kolejny dzień, a ja wstałam jak zawsze z wielkim trudem i zeszłam w piżamie na dół gdzie byli moi rodzice. Odkąd się to stało wzięli dłuższy sobie urlop. Teraz mają lepszą pracę otóż nadzorują mnie cały czas i to cud, że jeszcze nie zamontowali kamer w całym domu. Stracili do mnie kompletne zaufanie do tego stopnia, że nawet nie mogę sobie posiedzieć w toalecie bo czuję, że albo mama albo tato jest pod moim drzwiami i liczą mi czas. Cieszę się, że nie wysłali mnie do pierwszego, lepszego psychiatryka - tam bym jeszcze bardziej ześwirowała i nikt by mnie wtedy nie odratował. Nagle usłyszałam wielkie pukanie do drzwi, otworzyłam nieśmiale drzwi to był Mark a tuż przy nim stał lekko rozkojarzony Eric. Spojrzałam zdezorientowana to na jednego to na drugiego. Drzwi były lekko uchylone a Evans wkroczył do mojego mieszkania tuż za nim Eagle.
- Celia... musisz z nami iść. - rzucił Mark rozglądając się po mieszkaniu. 
- Ale... ja nie mogę wychodzić. - jęknęłam, obracając się do nich tyłem.
- Rozmawialiśmy z twoimi rodzicami... to jest wyjątkowa sytuacja, w której możesz wyjść z nami. - odparł Eric, zbliżając się do mnie i łapiąc mnie delikatnie za ramię. 
Poczułam jak jego ciepło przechodzi przez moje ciało. 
- Nie mogę.. rozumiecie? - warknęłam, napięcie się obracając.
- Celia.. tu chodzi o twojego brata. - spojrzał na mnie znacząco. -Musimy tam być. 
Coś mną drgnęło na samo wspomnienie tego imienia. Usiadłam na kanapie i zaczęłam nerwowo rozglądać.
- Nie wierzę wam! - krzyknęłam, chowając swoją twarz.
Usłyszałam ogromne westchnięcia. Mają mnie za wariatkę jak zdecydowana większość Inazumy. 
- Mark, tylko nie krzycz na nią.. - nie zdążył go powstrzymać cieniutki głos Amerykanina.
Poczułam szarpnięcie za rękę i przed sobą zobaczyłam ogromne, rozgniewane, brązowe oczy Marka. Kątem oka zobaczyłam jak chłopak ściska mnie mocno za ramiona. 
- Celia! - zaczął mną potrząsać. - Nie wiem co narozrabiałaś i nie mam pojęcia jak jest ci ciężko. 
- Nie masz pojęcia....
- Każdy przeżywa to inaczej. - przerwał mi. - Ale teraz nie czas na wielkie histerie Jude potrzebuje mnie, Erica, a przede wszystkim ciebie czyli swojej  młodszej siostrzyczki. 
- To nie jest jakiś podstęp? - spojrzałam na niego, a on pokręcił głową
- Ruszaj, przebierz się i wychodzimy! - sapnął, patrząc na zaniepokojonego Erica. 
Pokiwałam głową na jego słowa - on ma rację. Mark miał zawsze predyspozycje do wielkich przemów i do motywowania ludzi był pierwszy. Zawsze jak go słuchałam gdy wygłaszał swoje przemówienia to było to zupełnie co innego gdy on mówi do innych niż to jak mówi do indywidualnej jednostki. Wtedy czujesz jakby te twoje bateryjki zostały naładowane nową mocą - to właśnie poczułam. Natychmiast wstałam z kanapy i biegiem udałam się do łazienki, ubrałam się i byłam gotowa do wyjścia. Pod moim domem już dawno stała taksówka. Pojechałam nią z moją mamą, a chłopcy nagle się zmyli w momencie gdy wchodziłam do auta. Piętnaście minut potem będą pod szpitalem, poczułam jak moje tętno się powoli podnosi. 
- Mamo, wracaj do ojca. - odparłam, łapiąc ja za rękę.
- Na pewno?
- Dam sobie radę. - odparłam, zamykając drzwi od samochodu.
Przeszłam przez drzwi i zauważyłam kolejno Max'a, Nathana i resztę zawodników Raimona. Za moimi plecami usłyszałam głosy Mark'a i Erica. Widząc mnie wszyscy rzucili się na mnie z ogromem uścisków i ciepłych słów. Był również i Bobby wtedy poczułam, że muszę go pocałować i tak też zrobiłam. Chłopak o dziwo pozwolił mi na to, a nawet oddał mój pocałunek.
- Bobby, przepraszam... - jęknęłam, tuląc się do jego torsu. 
- Nie to ja przepraszam.... zostawiłem cię w najgorszym okresie. - odparł smutno.
- To wszystko było szalone, ale to już przeszłość. - spojrzałem na wszystkich wokół. - Co z nim?
- On żyje. - ta wiadomość momentalnie włączyła moją nową nadzieję na lepsze jutro. 
Przez tą całą sytuacje czułam się osłabiona, zabłąkana i kompletnie pusta. To co właśnie powiedział mój ukochany sprawiło, że na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech. Z pośpiechem podeszłam do drzwi i pchnęłam je niespodziewanie. Minęłam Dianę i usiadłam obok niego. Wyglądał fatalnie ale świadomość tego, że oddycha, podnosiła mnie na duchu. Usiadłam obok niego i chwyciłam jego rękę.
- Nareszcie... co ci tak z tym zeszło? - odparłam, a chłopak zaczął się śmiać.
- Ale jestem... warto było czekać, prawda? - sapnął, ściskając moją rękę.
- Nawet nie wiesz jak za tobą tęskniłam...
- Ale za to wiem co zmalowałaś, siostrzyczko. - odparł zachrypnięty.
- Tia... - skrzywiłam się. - dosyć sporo tego było.
- Jak to się stało?
- Pyta się jeszcze... - spojrzałam na nie znaczącym głosem. - Ciebie  nie było a ja pragnęłam się zabić nie udało się.
- Celia...
- Chciałam cię też pomścić zabijając Davida, ale to też się nie udało...
- Rzeczywiście sporo się działo. - wydukał, przecierając twarz.
- Masz mnie za wariatkę, co?
- Oczywiście, że nie.- odparł, ściskając moją rękę. - Ale teraz chcę usłyszeć czy wszystko jest u ciebie okej. 
- Jude, to pytanie powinnam zadać ja. - odparłam z wyrzutem. - Przecież to jakiś cud, że widzę cię żywego! 
- Proszę cię... prawie się zabiłaś, próbowałaś skrzywdzić David'a.... i ja mam nie zadawać pytań? - spojrzał na mnie znacząco. - Nie było mnie tu bite sześć miesięcy i oczekuję wielu odpowiedzi.
- Zawiodłam cię... - urwałam a po moim policzku poleciała mimowolnie gorzka łza. - Nawet nie wyobrażam sobie co by było jakbym ja zniknęła, a ty byś się obudził.
- Nie mów tak. - odparł, siadając na łóżku i obejmując mnie. -Powinienem być tuż przy tobie. 
- Dobrze wiesz, że to nie twoja wina...
- Jak to? - westchnął głęboko. - Przeze mnie tyle ludziom się życie posypało, a szczególnie tobie siostrzyczko. 
- A dzięki twojemu zmartwychwstaniu poskładałeś nasze marne życia. 
- Eee tam... przesadzasz. - odparł, a ja dźgnęłam go w bok.
- Kocham cię siostrzyczko. - szepnął, całując moje czoło.
- Ja ciebie też braciszku. - sapnęłam, opierając swoją głowę na jego ramieniu. 

sobota, 15 kwietnia 2017

Rozdział:53

"- Przykro mi, ale nie mam czasu na ckliwe znajomości. 
- Hej teraz powinieneś powiedzieć coś w stylu " Cześć, miło mi cię poznać Travis, jestem....." - urwał. - ...i tu powinno paść twoje imię. 
- Axel. - głęboko westchnąłem, a on uśmiechnął się w moją stronę. 
- No i widzisz? A teraz dawaj mi tą mapę. - po czym wyrwał mi ją z rąk. - Znam skrót, oszczędzę ci cierpień. 
- Dlaczego ty mi pomagasz? - spytałem zdezorientowany tym wszystkim. 
- Przypominasz mi kogoś, ale... - jego wzrok zawiesił się na mnie. - ...to rozmowa na kiedy indziej."


* kilka miesięcy później *

* Bobby's POV *



W śnie migają mi migawki w których razem z Judem gramy w piłkę, rozmawiamy i cieszymy się życiem. Jednak gdy tylko otworzyłem oczy przede mną pojawia się smutna rzeczywistość. Przecierając zmęczoną twarz, zdałem sobie sprawę, że to już trwa sześć miesięcy miesięcy. Jak ten czas szybko płynie - trudno się zorientować kiedy ucieka, a co dopiero go złapać w ręce. Przez te miesiące przepełnione wielkim stresem, smutkiem i cierpieniem w moim sercu zapanowała pustka. Ale w porównaniu do Celi jestem drobnostką, dziewczyna przez to wszystko zamknęła się w sobie całkowicie. A ja nadal nie potrafię do niej dotrzeć, a na dodatek ona nic do mnie nie mówi. Nie wychodzi z domu i nie spotyka się z nikim (poza mną ) gdyż w innych jego znajomych ciągle widzi jego twarz. Nim się spostrzegłem już siedziałem z Markiem w tej przeklętej kawiarni. Wszędzie gdzie nie spojrzę to widzę go jak wchodzi i zmierza w moją stronę, ale gdy tylko mrugnę chłopak się rozpływa. Tak było i teraz, a ja czułem się bezsilny z faktem, że nic nie mogę zrobić by zatrzymać go przy sobie. Spojrzałem na Marka, który myślami nie był tu, chłopak przygryzał nerwowo wnętrze policzka i podskakiwał lewą nogą. Jak widać wszyscy wokół są zestresowani, a zwłaszcza on. W pewnych momentach takich jak ten był nieobecny, a odkąd Axel zniknął nie dało się z nim nawet normalnie porozmawiać. Ze smutkiem stwierdzam, że nikt z nas nigdy nie będzie miał normalnego i spokojnego życia. Możecie zastanawiać dlaczego się tak mówię, przecież po mistrzostwach byliśmy naładowani pozytywną energią, nasze marzenia zostały spełnione i mogliśmy się napawać własnymi możliwościami - tak  było do czasu. Jak jest z nami teraz? Jako drużyna jesteśmy kompletnie rozbici i wygląda na to, że ten team przestał już funkcjonować. Niby nasz jedyny motywator Evans próbuje ich poskładać, ale sobie nie radzi i nie poradzi sam, w pojedynkę. Machnąłem mu ręką przed twarzą, a chłopak szybko się otrząsnął i przetarł dłonią zmęczoną twarzą.
- Gdzie jesteś, Mark? - spytałem, patrząc na niego uważnie.
Odwrócił wzrok ode mnie, zauważyłem, że robi to coraz częściej. Kiedy pierwszy raz grałem z nim wraz z Akademią Królewską, nieustannie wpatrywał się każdemu z nas w oczy - t to nie tak zwyczajnie. W jego oczach zawsze widać było te małe uparte iskierki, które chciały niemalże wejść nam w skórę i poznać nasze charaktery. Teraz te oczy są puste i po prostu brązowe.
- Cholera, Evans! - wrzasnąłem, waląc w stół. 
- Co mam ci powiedzieć, co?  - nasze spojrzenia się spotkały, posłałem mu wściekłe spojrzenie. 
- Mów do mnie! - zażądałem. - Stary jesteśmy tu od ponad godziny i nie rozmawiamy ze sobą. 
- To nieprawda...
- I wygląda na to, że ty masz mnie ewidentnie daleko w dupie. 
- Co ty wiesz... - prychnął na moje słowa.
- Co jest? - sapnąłem, patrząc mu prosto w oczy.
- Po prostu już nie daję rady... - jęknął, machając głową.
- Ja wiem....  - złapałem go za rękę. 
- Ty nie rozumiesz. - mruknął, wyrywając się z mojego uścisku.
- Gdyby tu siedział Sharp to byś mu powiedział, tak? - spojrzał na mnie znacząco.
- Przestań o nim gadać. - sapnął. - Mam dość tego, że ludzie cały czas mają na ustach jego imię..- Spójrz na mnie. - przewrócił na mnie oczami po czym powoli skierował swój wzrok na mnie.
- I co dalej? - odparł, patrząc na mnie obojętnie. 
- Dobrze wiesz jakiego spojrzenia oczekuję. - odrzekłem, wlepiając wzrok w jego twarz. Gdzie ono jest?
- Sam chciałbym wiedzieć, Shearer. 
- Gdzie się podziewa ten irytujący uśmieszek? 
- Sam nie wiem... - urwał niepewnie.
- Wiem, kto może nam na nie odpowiedzieć... - urwałem, szybko wstając i zamaszyście otwierając drzwi. 
Za mną usłyszałem jego kroki mimo tego, nie zamierzałem zwalniać. Udałem się prosto pod szpital przy czym biegłem jak oszalały i po mimo tego, że momentami mój kaszel palacza mnie przytłaczał to pchałem w zaparte. Aż w końcu cały zdyszany padłem na kolana pod schodami budynku. 

* Jude's POV *




- Trzeba ich powstrzymać. - wymamrotał poddenerwowany Bobby.
- Bobby, nie mogę ci tego obiecać. - jęknął Mark. - Football rządzi się swoimi prawami ii-i..
- Mam to aktualnie w dupie, wiesz? - odparł obojętnie. 
- Nie krzyczcie.. pp-roszę. - wykrztusiłem parę słów, a potem poczułem się słabo.
- Nie daj się nabrać, ten ciućmok pewnie znowu udaje! - sapnął, wkładając ręce do kieszeni.
Moje oczy mimowolnie zaczęły się zamykać, a ja był zdezorientowany całą sytuacją. Tymczasem ta dwójka nadal się kłóciła, gdy ja powoli traciłem przytomność i świadomość.
- Debilu, spójrz! - usłyszałem stłumiony głos Evansa. - On nie oddycha! Wołaj pielęgniarki!
Usłyszałem jeszcze dzwonek, który przywołuje panie w białych fartuszkach i to wszystko co pamiętam z tego dnia. Zamknąłem oczy i nagle przeniosłem się w zupełnie inne miejsce.
- Siostra, tlenu! - krzyczał doktor. - Tlenu.
Tymczasem ja rozglądałem się wokoło jednak zdałem sobie sprawę, że nikogo tu nie ma. Rozejrzałem się dookoła, wszędzie widzę kolor biały i szary.
- Trzymaj się, Jude!
Chciałem im tak bardzo powiedzieć, że jest ze mną okej i jakoś się stąd wydostanę. Ale... nie mogłem, gdyż byli głusi na moje wołania. Nagle "pokój" w którym się znajdowałem zaczął się zmieniać. Kolory bledły, mieszały się i zlewały w jeden kolor - czerń. Przez chwilę przeleciała mnie myśl, że już po mnie - czy ja umarłem? Wszelkie głosy ustały i tylko dźwięki maszyn dawały mi znać, że jeszcze walczę. Zrobiło się tutaj strasznie tu ciemno. Ta ciemność mnie przytłacza od tamtego dnia. Jak tutaj mija czas? Podejrzewam, że upłynął... jakiś tydzień? Zwykle nie boję się ciemności, ale w momencie zaczęła mnie zwyczajnie przygniatać, wywołując u mnie lęk. Najgorsze jest to, że nic nie widzę i mogę  słyszeć tylko te same głosy - doktora, pielęgniarek, moich rodziców, Celi i innych członków z teamu. Jednak czegoś mi tu brakuje, a raczej kogoś. Nagle usłyszałem mi znajomy głos, który był słodki jak miód, najdziwniejsze było to, że słyszałem go bardzo wyraźnie. Czy to... Diana? Nagle w ciemności pojawiła się dziewczyna. Nie mogłem zobaczyć jej twarzy, gdyż biło od niej jakieś dziwne białe światło. Zasłoniłem oczy i zacząłem się bać, gdyż przewidziałem co teraz nastąpi. To koniec, już nigdy nie wyjdę z tej światłości. Po prostu zniknę z tego świata i tylko będę mógł się z nimi spotkać w ich snach. Zacząłem głośno płakać i w swojej beznadzei skuliłem swoje kolana. Poczułem nagle jej ciepły dotyk na swojej twarzy, jakby ktoś przecierał moje łzy, rozejrzałem się wkoło siebie. Ciemność zamieniła się w światłość i zewsząd otaczały mnie jakieś białe ściany. Byłem zdezorientowany tym wszystkim, powoli wstałem z miejsca i znów dziewczyna pojawiła się przede mną. Spojrzałem na jej twarz, która była uśmiechnięta tak jak wtedy gdy ją spotkałem po raz pierwszy. Jej oczy rozbawione i pełne energii, by się upewnić czy to dzieje się na prawdę przybliżyłem się do niej i dotknąłem jej włosów. Cholera, to jest niemożliwe. Na mój widok brunetka zaczęła się melodyjnie śmiać, również podeszła do mnie bliżej i wzięła moją twarz swoje dłonie.
- Dawno się nie widzieliśmy, kochany. - odparła, całując moje czoło.
- Dianka? - jęknąłem, patrząc w jej oczy. - Czy ja już nie wrócę?
Roześmiała się. 
- Jude, dlaczego się boisz? - spytała zdezorientowana.
- A dlaczego ty jesteś taka spokojna?! - wrzasnąłem. 
Zrobiła na mnie wielkie oczy - te same wielkie oczy, które pojawiały się na jej twarzy za każdym razem kiedy przyciskałem ją do ściany i miażdżyłem jej nadgarstki. 
- Nie martw... będzie dobrze.
- Dla kogo? 
- Głuptasie... zadajesz za dużo pytań. - odparła, głaszcząc moje włosy. 
Wtuliła się w mój tors i zdawało mi się, że czułem jej obecność - i to tą taką fizyczną. Czułem się jak w niebie, może tak ma to wyglądać? 
- Nie, nie.. - odparłem, odpychając od siebie. - Ty jesteś wytworem mojej chorej wyobraźni!
Zacząłem chodzić w tą i tamtą stronę. Spojrzałem w jej stronę, ona tam nadal była i patrzyła na mnie jak na jakiegoś dziwaka a z jej twarzy nie schodził uśmiech. Czy to jakiś znak? Może ja sam chcę sobie pomóc? Pomóc się wybudzić po przez wspomnienia?
Zamknąłem oczy i powoli oddychałem. Po sekundzie otworzyłem oczy, przede mną stały wielkie drzwi z napisem "WSPOMNIENIA". Złapałem niepewnie za klamkę i stanowczo pchnąłem konstrukcję, która wydała przeraźliwy dźwięk i ukazała mi coś dziwnego. Przeszedłem przez próg i przede mną pojawiła się jedna chmura, która wyglądała zupełnie tak jak ta burzowa. Czyli to wszystko to moje wspomnienia? 
- Pogmatwany jesteś, Jude! - usłyszałem głos Samford'a, dochodzący z tego "czegoś".
- Nieźle mnie podsumowałeś, stary. - szepnąłem sam do siebie. 
Podskoczyłem wysoko jak tylko potrafiłem, aby dotknąć jej. Nim się oglądnąłem to coś wessało mnie do środka. Wirowałem przez chwilę, a potem wylądowałem w jakimś przypadkowym wspomnieniu. 
"- Diana... kopę lat. 
- Tak, spędzonych w świętym spokoju. - usiadłem obok niej.
- Dlaczego to zrobiłeś? - spojrzałem na nią jak na wariatkę. - Wiesz o czym mówię...
- Dan, posłuchaj. - złapał  ją mocno za ręce. - To nie była moja decyzja... ja zawsze cię kochałem... i nadal kocham.
- Nie mów tak do mnie... to na mnie nie działa!  
- Kochanie...  Gdybym tego nie zrobił... 
- To co? Twoja kariera piłkarza poszła na straty? Straciłbyś względu ojca i trenera? Ale w końcu straciłbyś uwielbienie dziewczyn? - zaczęła się nerwowo śmiać. - Chcesz mi powiedzieć, że właśnie w tamtej chwili... kariera była ważniejsza ode mnie?! 
- Uspokój się, cholera. - warknąłem. " 
Matko... jeszcze to pamiętam? Po tym spotkaniu czułem się strasznie, pewnie za chwilę zjawi się tu kuśtykający Axel i da mi w ryj. Zaśmiałem się pod nosem na samą myśl o tej bójce. Nigdy nie pomyślałbym, że mój największy wróg zostanie moim przyjacielem. Patrząc na to wszystko nawet jej nie przeprosiłem za to wszystko, tylko głupkowato się tłumaczyłem i dlatego wyszedłem na przegranej pozycji. Przed spotkaniem miałem wszystko poukładane w głowie, ale wszystkie myśli poprzewracały się kiedy ją zauważyłem. Była zupełnie inna można powiedzieć, że wyglądała na silniejszą psychicznie niż ja sam. Wtedy nasze wspólne chwile obijały się o moje uszy, byłem nią oszołomiony tak jak wtedy gdy ujrzałem ją na korytarzu. To co się stało później, nie tak miało wyglądać... Obejrzałem się za siebie i wtedy pojawiła się za mną wielka, czarna dziura, która mnie wciągnęła i wyrzuciła do kolejnego wspomnienia. 
"- Jude, czym zawdzięczam sobie to spotkanie? - obrócił się na swoim skórzanym krześle.
- I jeszcze się pan pyta? - wrzasnąłem, pokazując na boisko. - Co to ma być?
- Ach, tak to... - był niewzruszony. - To miała być mała niespodzianka. 
- Mogłeś ich zabić do cholery. 
- Bez tego nie miałbym pewności. - stwierdził, cmokając niesmacznie ustami. 
- Przecież dalibyśmy..
- Potrafiłbyś obiecać to zwycięstwo? - nie miałem na to odpowiedzi. - No właśnie, nie. 
- Nie za taką cenę!
- To jest nie fair! - krzyknął Joe, a wraz z nim cała drużyna.
- O widzę, bunt. - zaśmiał się. - A zresztą nie potrzebuję was... "
Zacisnąłem pięści ponieważ sama myśl o tym człowieku doprowadzała mnie do szału. Dziwi mnie to, że akurat to wspomnienie się tutaj pojawiło chociaż nie chciałem tego pamiętać, a jednak mój mózg wyrył to wspomnienie. To całe gówno zapoczątkował właśnie Dark. W momencie gdy praktycznie wskazywało na jego winę nie wyglądał na zaskoczonego a nawet wtedy kiedy jego plan się walił w gruzach. Pan Dark był zawsze pewny siebie a swoje niepowodzenia zwalał na innych. To wszystko przez ciebie, Dark - szepnąłem do siebie. Gdybym tylko nie przestąpił progu tej placówki wszystko byłoby umiarkowanie. Za pewnie nadal byłbym sobą, spełniał marzenia z piłką, miał dobry kontakt z siostrą, zakochałbym się w Dianie ponownie i nigdy nie skrzywdził. Ale nie ma już żadnego g d y b y... Te wstrętne rzeczy są nie do odwrócenia. To całe zło, które wyrządziłem odbija się echem na mojej psychice a wszystko dzięki ukochanemu trenerowi, mentorowi, który miał każdemu z nas zaproponować świetlaną przyszłość. A dzięki niemu zapewnia nam ciepłe miejsce w więzieniu lub w trumnie - kłamstwo, kłamstwo i jeszcze raz k ł a m s t w o. Ponownie pojawiła się znajoma mi czarna dziura, która pociągnęła mnie i ponownie wylądowałem w jakimś wspomnieniu. 
" - To nie ma sensu, Mark. - mruczę pod nosem.
- Stary, oczywiście, że ma! - podszedł do mnie i popatrzył mi głęboko w oczy. - Czy nie chciałeś grać fair? 
- Skąd ty...
- Czytam ci w myślach Sharp. - pokiwał na moje zdziwienie głową. - A teraz... przestań się mazgaić i rozegrajmy ten mecz jak prawdziwi piłkarze.
Jest dokładnie taki sam jak mój ojciec. Za dzieciaka, za każdym razem jak grałem z nim w piłkę, często upadałem to on mówił mi zawsze "przestań się mazgaić" .
- Panie Kahaiti czy zostanie pan naszym trenerem? - słyszę za sobą głos King'a.
Asystent naszego trenera niepewnie kiwa twierdząco głową.
- No to co... - zączał trzeć ręce z podekscytowania.- Dajmy sobie kilka minut przerwy i równo o 16 zagramy mecz, co ty na to? - Wyciągnął do mnie rękę, a ja uścisnąłem ją pewnie.
- Zniszczę cię Evans.
- Nie mogę się doczekać, Sharp. - odparł, udając się w stronę wyjścia."
Ponownie pojawił się na mojej twarzy uśmiech. Spodziewałem się, że właśnie ta postać prędzej czy później zjawi się w mojej głowie, a wspomnienia go przywołają. Od wtedy zacząłem grać w piłkę tak jak chciałem - bez żadnych ograniczeń a przy okazji odzyskałem dawnego siebie oraz zaufanie mojej siostry. A wszystko to dzięki mojej nowej motywacji, którą widziałem właśnie w tym człowieku - w Marku Evansie. Od tego czasu poczułem, że ten człowiek zmieni moje życie a co więcej będzie w nim aktywnie uczestniczył. I nie myliłem się - odmienił mnie i sprawił, że stałem się nie tylko sobą ale też dobrym człowiekiem. Zyskałem przez to nowe życie i czystą kartę  ale... czy znowu wrócę? Jeśli tak ma wyglądać niebo to chyba się w nim znalazłem więc wydaje mi się, że to  koniec. Ponownie czarna dziura tym razem odrobinę mniejsza od pop. 
"- Spodziewałem się ciebie, panie Blaze. - odparłem, powoli się odwracając.
- Czy coś jest nie tak?
- Wszystko jest okej. - sapnąłem, wkładając ręce do kieszeni.
- Ach, tak?  Dobrze wiem, że przeżywasz bardzo mocno ostatni mecz. 
- Co ty wiesz... możesz sobie tylko wyobrażać...
- Jesteś roztrzęsiony, tylko tego nie chcesz pokazać. 
- Sherlock Holmes. - zacząłem klaskać jego inteligencji. - Tak jest,  właśnie przez tą głupią piłkę, straciłem wszystko... Dianę, Celię, przyjaciół
- Ej, ej, ej... - przerwał mi. - To nie jest wina piłki. Jeżeli dobrze pamiętam, to Diana odeszła dlatego, że byłeś kompletnym dupkiem wobec niej. 
- Jakbym tego nie wiedział. - przewróciłem oczami na jego słowa.
- A twoi przyjaciele nadal z tobą są. - nadal kontynuował. -Dobrze wiedzą, że nie mogłeś z powodu nogi... 
- Ciekawe kto jest przyczyną tego wszystkiego, co? 
- To ci mogę przyznać... Ale co do tamtego tematu, twoi przyjaciele doskonale cię znają, wiedzieli o twojej kontuzji i o tym, że byłeś dupkiem. 
- Wow... nie spodziewałem się tego z twoich ust, Axel.
- Czy to prawda, że się zmieniłeś?
- A ty co o tym myślisz? 
- Sam nie wiem co o tym sądzić. - podrapał się po głowie. - Ale skoro Mark ci zaufał, musiało się coś zmienić... Może, czas przejść na jego stronę?
- Czy ja wiem... - kopnął w moją stronę piłkę tak mocno jak potrafił. 
Dogoniłem najszybciej jak potrafiłem i wykopałem w jego stronę, przy czym wydałem z siebie jęk boleści, gdyż odebrałem ten strzał kontuzjowaną nogą. Piłka poleciała wysoko, a Axel wzbił się aż do nieba i wykonał OGNISTE TORNADO. Piłka wylądowała gdzie indziej, przez ten wykop wyparowało z niej całe powietrze.
- Może dołączysz do Evans'a... - sapnął, wycierając z twarzy pot. - Pokaż swoim przyjaciołom jak ci zależy na nich i na piłce."
I pojawia się i on, Axel Blaze. Po tym właśnie spotkaniu  dołączyłem do teamu Evansa przy czym zdobyłem nowych przyjaciół. Może nie tak szybko, ale też nie oczekiwałem od nich jakichkolwiek zrozumienia tym bardziej od kogoś kto połamał nie jedne żebra w Inazumie. Ale z czasem przyzwyczaili się mimo tego, nie było ze mną dobrze. Z jednej strony - super, gram nadal w turnieju a z drugiej wyglądało na to, że olałem swoich najlepszych przyjaciół z Akademii. Byłem wtedy zagubiony i zdezorientowany. I właśnie teraz stało się coś dziwnego, gdy popatrzyłem w prawą stronę już nie było czarnej dziury. Tym razem to był fragment tej  cholernej ciemniej uliczki obok kawiarni. 
"- Kto tam jest? - krzyknął, rozglądając się wokół. - Słyszałem kroki!
- Ty. - odparł stanowczo King. 
kradkiem zauważyłem jak Joe ze swojej bluzy wyciąga pistolet. 
- Odstaw to. - zażądałem zdecydowanie. - Proszę.. 
- Dlaczego? Trzeba cię usunąć stąd!  - krzyczał Joe, a jego ręka drżała. - To przez ciebie! Ten cały koszmar! Opuściłeś nas!  
- To nie tak jak myślisz... - zacząłem się jąkać przy czym powoli się wycofując. 
I wtedy Joe zwolnił palec ze spustu i trafił we mnie. A ja zdezorientowany upadłem na ziemię tymczasem z mojego brzucha sączyła się krew. Joe podszedł do mnie i gdy zobaczył czerwoną plamę szybko się zmył, chwilę potem zjawiła się przy mnie Diana.
- Dianka nie chce umierać! - wrzasnąłem, łapiąc ją za rękę. 
- Cicho... 
- Gdzie jest Joe? - wymamrotałem, a moje oczy powoli się zamykały. - Nie znikaj Dan....
- Jude... za wszelką cenę nie zasypiaj i nie zamykaj oczu! - klepnęła mnie w twarz, a ja ledwo otworzyłem powieki.
- Nie wiem czy dam radę... - uśmiechnąłem się blado, po czym zacząłem kaszleć. - ...ale spróbuję.
- Dzwonię po pogotowie... trzymaj się. - złapała mnie mocno za rękę. - Jestem tutaj przy tobie i zawsze będę."
To wspomnienie było najnowsze i najbardziej bolesne. Na samą myśl pojawia się w mojej duszy ból.. Na samą myśl o tym mam ochotę wymazać to ze swojej pamięci, gdy byłem pogrążony w swojej melancholii ponownie zjawiła się Diana. 
- No chodź, Jude! 
- Gdzie ty mnie prowadzisz?
- Nie mamy czasu! - usłyszałem jej głos i zobaczyłem tą roześmianą twarz. - To nasza ostatnia szansa.
Chwyciłem mocno jej rękę i zamknąłem oczy.

* Diana's POV *



Pewnie zapytacie jak minęły mi te sześć miesięcy? Otóż były one bez życia, przebyte w bezsilności i w kompletnym braku nadziei. Tymczasem w mojej głowie jest wielki bałagan, którego sama nie umiem poskładać. I tak już od godziny trzynastej siedzę w swoim łóżku, w za dużej piżamie i potarganych włosach, a na mojej twarzy pojawiły się wielkie wory pod oczami. Przez ten cały czas jedyne co robiła to patrzyłam w swoją ścianę. Te wszystkie wydarzenia sprowadziły mnie do właśnie do tego stanu - do paraliżu. Nic nie potrafię zrobić by zmienić moją marność a co więcej cokolwiek bym nie zrobiła to i tak nie mogę odwrócić biegu historii. Jedyne co robię to przeglądam nasze stare zdjęcia, krótkie filmiki w mojej galerii i przy tym płaczę. Lecz dziś postanowiłam się podnieść z mojego wyrka. Sama nie wiem co mnie do tego skłoniło, ale musiało mieć potężnego kopa. Krokiem zombie podążyłam więc do łazienki, a tam wzięłam porządny, ciepły prysznic a potem wyczesałam pokołtunione włosy i oczywiście pomalowałam się. A następnie ubrałam się i udałam się na dół. Na schodach spostrzegłam swoją mamę, która jak zwykle krzątała w kuchni. Teraz do mnie dotarło jak szybko nasz kontakt się urwał, dobre relacje z mamą trwały do Strefy Footballu, a teraz? Gdyby tylko ona wiedziała co się teraz dzieję w naszych życiach... To nawet nie chodzi o kontakt z rodziną, moje wszystkie przyjaźnie zmniejszyły się do zwykłego "hej" na ulicy. Niektórzy tacy jak Max, uciekają z tego miejsca aby po prostu odciąć się od tego. Najchętniej bym to zrobiła, ale drugi raz tego nie zrobię. Nawet mój bart, który niegdyś był dla mnie przyjaciel aktualnie bawi się po clubach, zapija się w trzy dupy i nocuje w hotelach - oczywiście, nie robi tego sam. Dzielnie pomaga mu w tym Eric, który był jedynym z naszych optymistów. Wszystko się zmieniło, gdy okazało się że jego comiesięczne badania stały się słabe, a na dodatek napędzały wieczne kłótnie z Silvią. Żaden z nich już się nie uśmiecha tak jak na nas początku, gdyż nasza grupa optymistów bawi się po clubach i zapomina o problemach - ale tylko na chwilę, t y l k o n a c h w i l ę. Weszłam cicho do kuchni i usiadłam przy stole, podparłam rękami podbródek i obserwowałam każdy jej ruch. Po chwili podeszła do mnie z talerzem na którym leżał omlet z owocami oraz szklanką soku pomarańczowego. Nawet nie spojrzała na mnie tylko podeszła do zlewu i głęboko westchnęła.
- Czy tak to będzie wyglądać? - spytała, patrząc mi w oczy. 
- Nie planowałam tego... - urwałam, wzruszając ramionami.
- Gdzie podziała się nasza rodzina, Diano? - sapnęła, czyszcząc szklankę po kawie.
- Sama chciałabym wiedzieć, mamo. - sapnęłam, biorąc kawałek omleta na widelec. 
- Diana. - nagle do mnie podeszła i spojrzała na mnie uważnie. - Powiedz co się dzieję? 
- Sama tego nie rozumiem. - urwałam niepewnie.
- Czy w końcu tym domu usłyszę prawdę? - uderzyła ręką o blat stołu tak mocno, że szklanka z sokiem zadrżała. - Nie chcę wymówek. 
- Nie mogę ci powiedzieć o tym, zrozum mamo...
- A Mark? - spojrzała na mnie rozżalona. - Co on do cholery  wyprawia ze swoim życiem? 
- Marnuje je. - mruknęłam.
- Musisz wiedzieć coś więcej! - usiadła na przeciw mnie i spojrzała się prosto w moje oczy. 
Ten wzrok świdrował mnie od środka, moja matka próbowała mnie przyprzeć do ściany i jak na razie udawało jej się to świetnie.
- Mark ma trudny okres w swoim życiu. - odparłam, patrząc w jej oczy. - Jak każdy z nas. 
- I?
- Nic nie wiem o tym co robi, gdzie jest... - sapnęłam, łapiąc mnie za rękę.  
- Proszę cię... powiedz mi co się dzieję. - odparła, ściskając moją rękę.
- Chcesz wiedzieć? - pokiwała głową. - Okej, ale to jest twoja sprawa jak to przyjmiesz.
- Do rzeczy Diana. - ucięła szybko.
- Zacznijmy od tego, że jak sama wiesz nasza szkoła spłonęła... - urwałam niepewnie. - I od tego wszystkiego rzeczy zaczęły się srać.
- Uważaj na język, młoda damo.
- Okazało się, że Axel zamieszany jest w szemrane interesy z mafią. - spojrzała na mnie zdziwiona. - Akademia Królewska to legowisku  ćpunów i właśnie dzięki temu Jude leży w śpiączce farmakologicznej w naszym szpitalu.  
- Jak ty się z tym trzymasz? - złapała mnie za rękę. - Ty i Axel byliście ze sobą blisko..
- Jest źle i to bardzo. - stwierdziłam fakty.
- O matko. - westchnęła, po wysłuchaniu całej mojej historii. - A ja nic nie wiedziałam.... czy to moja wina?
- To nie twoja wina mamo... - jęknęłam, próbując powstrzymując łzy.
Wyglądała na zdezorientowaną, zagubioną i bezsilną.
- Jesteśmy aż tacy źli. - stwierdziła. - Zaniedbywaliśmy was, nie rozmawialiśmy i byliśmy obojętni na wasze apokalipsy. - sapnęła przy tym płacząc.
Szybko ją do siebie przytuliłam. 
- A co do Marka... - odparłam, patrząc przestraszona w jej stronę. 
- Co z nim?
- Przez to wszystko załamał się i prawdopodobnie pije kolejny kieliszek wódki. 
- Słucham?
- Chciałaś całej prawdy, mamo. - jęknęłam.
- Zwariuje z wami. - odparła, po czym stanowczo dodała. - Powiem tylko jedno... ta sytuacja się poprawi i moja w tym głowa.
- Jesteś tego pewna?
- Tak kochanie. - odparła, całując mnie w czoło. 
Nagle poczułam wibracje w mojej kieszeni i na ekranie pojawił mi się numer Bobby'ego.
- Diana, mam sprawę.
- Czego chcesz? 
- Nie tym tonem, Diana.
- Kim tym jesteś by mnie pouczać?
- Twoim przyjacielem.
- Co jest tak pilne, że do mnie dzwonisz? 
- Musisz być w szpitalu, najlepiej teraz.
- Ale...
- Nie mam czasu na opowiadanka, po prostu tu bądź.
- Czy Jude...
- Zbieraj się i przy okazji.. zaalarmuj resztę. 
- Bobby, cholera!
- Spotkamy się na miejscu, a teraz na prawdę muszę kończyć.
- Trzymaj się...
- Ty też. 
Po tym telefonie szybko ubrałam płaszcz i moje trampki. Ucałowałam mamę w policzek i podążyłam w stronę szpitala. Wiedziałam, że jeśli pójdę normalną, główną drogą do szpitala to mogę być zdecydowanie za późno. A zwłaszcza gdy chodzi o życie największego dupka na świecie, Juda. Zdecydowałam się więc na skrót koło kawiarni weszłam w tą ciemna uliczkę i modliłam się by nic mi się nie stało. Gdy byłam już bliżej przystanku wysłałam wszystkim wiadomość grupową. 
do INAZUMA ELEVEN: Musicie przyjść do szpitala, chodzi o Juda - odbiór.
Gdy chowałam telefon z daleka zobaczyłam znaną mi twarz. To był Carson, który miał na sobie plecak i głowę spuszczoną w dół. Krzyknęłam za nim, on widząc mnie zaczął biec w moją stronę. Wpadliśmy sobie w objęcia, a ja z tych wszystkich nerwów zaczęłam płakać. 
- Widziałem wiadomość.... co jest grane? - spytał strapiony, ocierając moje łzy. 
- Musisz iść ze mną... - jęknęłam, próbując się uspokoić.
- Ale najpierw uspokój się, no już... - odparł, przyciskając mnie mocniej do siebie. 
- Nie mogę...
- Chodzi o Juda? - spojrzał w moje oczy. - Nie mów, że..
- Max wiem tyle co ty.... czyli blade nic. - odparłam, wzruszając ramionami. - Bobby dosłownie przed chwilą do mnie dzwonił i kazał każdego z was powiadomić, musimy być wszyscy szpitalu. 
- Ja nie mogę tam iść. - uciął szybko.
- Dlaczego?
- Zamiast tutaj być i cię wspierać to uciekłem. - sapnął, drapiąc się po karku. - Przepraszam, że cię zawiodłem.
- Ale...- Nie.. to co zrobiłem to tchórzostwo! - wrzasnął, wymachując rękami. - Nie powinienem się tam pokazywać.  
- Uspokój się! - krzyknęłam, a chłopak się zawstydził. - W pełni wystarczają mi własne nerwy.
- Ja... - urwał niepewnie. - ...nie chciałem na ciebie na krzyczeć.
- Spójrz na mnie Max. - chłopak nieśmiale skierował wzrok na mnie. - To co zrobiłeś było w pełni zrozumiałe, każdy z nas by uciekł z tego przeklętego miasta. 
- Ale...
- Nawet sobie nie wmawiaj, że przez to Jude nie chciałby byś przy nim był. - jęknęłam, ponownie płacząc. - Nawet jeśli byłby to jego koniec...
- Nie mów tak.... - odparł, łapiąc mnie za rękę. - Nie traćmy czasu, chodźmy.
Gdy byliśmy już na parkingu szpitala mój telefon ponownie zaczął wibrować, tym razem to był Mark.
- Diana co to za wiadomości?
- Słuchaj gnojku. 
- Stęskniłaś się za braciszkiem... ciebie też miło słyszeć.
- Nie wiem jaka gruba impreza się szykuje... ale masz ją odwołać.
- Mają darmową gorzałkę, sis!
- Ja teraz mówię ciućmoku! 
- Dajesz... oto twoje pięć minut.
- Chodzi o Jude więc proszę nie spapraj tego. 
- Jaja sobie robisz?
- Masz w tej chwili przyjechać do szpitala!
- Diana czy mogę chociaż jednego wlać na odwagę?
- Nie ma mowy. 
- Ale..
- Po tym wszystkim niezależnie jak to się skończy... masz skończyć z tym wszystkim. 
- I mam się zgodzić na te warunki, ponieważ?
- Nie masz wyboru i tak już masz na pieńku z matką z którą swoją drogą masz porozmawiać. 
- Ona wie?
- Powiedziałam jej o wszystkim i wygląda na to, że wie wszystko. 
- Niech cię, Diana!
- Przestań udawać samolubnego gówniarza i weź się w garść.
- Skoro tak stawiasz sprawę to... zaraz tam będę tylko muszę poszukać Erica...
- To już nie moja sprawa.... po prostu postaraj się tutaj być jak najszybciej.
- Kocham cię, siostro. 
- Ja ciebie też. 

* Mark's POV *



" - Musicie wyjechać. - odparł, przecierając talerz.
- Jak to? Teraz? - sapnąłem zaniepokojony.
- Posłuchaj tu chodzi o coś wielkiego. - odrzekł, obracając się w moją stronę. - Otóż nie tylko nasza szkoła została spalona. 
- Chce pan powiedzieć, że...
- Szykują następnym atak.  - uciął szybko. - Od swojego informatora wiem, że ich celem będzie Wellington. 
- Co dalej?
- Potrzebują was. 
- Teraz? - spojrzałem na niego znacząco. - Nasz club praktycznie się rozpadł tylko zachowujemy pozory. 
- Musisz znaleźć jakiś sposób aby ich podeprzeć na duchu. Stracili lidera. - odparł, spoglądając na mnie. 
- Jude jest w śpiączce już od bardzo dawna, niespełna dwa tygodnie minęły odkąd Axel się zmył i pan sądzi, że da się to jakoś naprawić? 
- Warto spróbować. - odparł, przecierając talerz.
- Ich psychika jest tak nadszarpnięta, że nie da jej się z powrotem zaszyć od tak.- odparłem, przecierając twarz ręką. - Przez to wszystko zaczęliśmy się po protu mijać na ulicy, inni uciekli. 
- Brzmi jakbyś się całkowicie poddał, a to nie leży w naturze Evansów. - sapnął, przypatrując mi się.
- Przepraszam za to, że nie jestem taki jak mój dziadek. - klasnąłem w dłonie.
- Myślisz, że twój dziadek zawsze był taki zdeterminowany? - zaśmiał mi się w twarz. - Jesteśmy ludźmi, każdemu zdarzy się chwila słabości. Od nas zależy czy będziemy w nie tkwić czy też się z wydostaniemy. 
- Musisz być silny? 
- Ale... jak?
- Wiem że potrafisz. "
Po tym spotkaniu czułem się gotów do działania tak jakby dawny Mark wrócił na rejony. Jednak nadal tkwił we mnie ogromny strach przed zrobieniem kroku na przód. Jak ja mam to zrobić? Przez to wszystko aby zapomnieć zacząłem chodzić na jakieś imprezy i zapijać swoje smutki w alkoholu. Nie byłem w tym sam, Eric był moim wiernym kompanem. Wspominałem wam o wspaniałych związkach? A raczej ich braku? Wszystko się wypaliło - ja i Nelly oddaliliśmy się na tyle, że nawet już jej nie widuje na mieście. Bobby i Celia się od siebie odseparowali się od miasta i ludzi, a Eric nieustannie kłóci się Silvią o stan jego zdrowia na którego chłopak nie ma wpływu. Już nie jest jak dawniej, kochani. Zdyszany stanąłem na chwilę - jak widać nie tylko moja wiara w lepsze jutro osłabła ale też i moja forma osłabła, nie dziwi mnie to. Już od paru ładnych miesięcy nie kopałem piłki i nie ganiałem jak głupi po boisku. Ale teraz nie mam ochoty na nic oprócz balowania i zapijania się do nieprzytomności. Spojrzałem na telefon SMS-a od Eric'a i jedna wiadomość od grupowego czatu. Szybko odczytałem pierwszą wiadomość.
od EAGLEEE: Stary, gruba akcja! Wbijaj na kawiarnię!
Złapałem się za głowę, gdyż przeczuwałem co się wydarzy. Jeśli on zrobi jakąś głupotę a zwłaszcza w lokalu naszego trenera to wtedy mogę się liczyć z wielkimi konsekwencjami. Podążyłem pośpiesznie w stronę lokalu. W między czasie na wyświetlaczu pojawiła się kolejna wiadomość.
od INAZUMA ELEVEN: Musicie przyjść do szpitala, chodzi o Juda - odbiór.
Po przeczytaniu tej wiadomości wykręciłem numer Dan. 
- Diana co to za wiadomości?
- Słuchaj gnojku. 
- Stęskniłaś się za braciszkiem... ciebie też miło słyszeć.
- Nie wiem jaka gruba impreza się szykuje... ale masz ją odwołać.
- Mają darmową gorzałkę, sis!
- Ja teraz mówię ciućmoku! 
- Dajesz... oto twoje pięć minut.
- Chodzi o Jude więc proszę nie spapraj tego. 
- Jaja sobie robisz?
- Masz w tej chwili przyjechać do szpitala!
- Diana czy mogę chociaż jednego wlać na odwagę?
- Nie ma mowy. 
- Ale..
- Po tym wszystkim niezależnie jak to się skończy... masz skończyć z tym wszystkim. 
- I mam się zgodzić na te warunki, ponieważ?
- Nie masz wyboru i tak już masz na pieńku z matką z którą swoją drogą masz porozmawiać. 
- Ona wie?
- Powiedziałam jej o wszystkim i wygląda na to, że wie wszystko. 
- Niech cię, Diana!
- Przestań udawać samolubnego gówniarza i weź się w garść.
- Skoro tak stawiasz sprawę to... zaraz tam będę tylko muszę poszukać Erica...
- To już nie moja sprawa.... po prostu postaraj się tutaj być jak najszybciej.
- Kocham cię, siostro. 
- Ja ciebie też. 
Po tym telefonie zacząłem biec jak szalony. Wiedziałem, że teraz nie mogłem zwolnić a zwłaszcza w takiej sytuacji jak ta. Otworzyłem z zamachem drzwi i wyciągnąłem za kaptur Erica.
- Stary, jesteś jakiś niespokojny dziś. - stwierdził, patrząc na mnie. 
- Co ty nie powiesz. - spojrzałem na niego rozdrażnionym wzrokiem. 
- Właśnie wyciągasz mnie z najlepszej biby cały w piórkach i ja się pytam.... - klasnął w dłonie. - Na co?
- Potem ci powiem. - uciąłem i zacząłem przyśpieszać kroku.
Nawet nie zauważyłem, że jesteśmy już na parkingu szpitalnym.
- O-oo... teraz rozumiem! - sapnął, klaszcząc dłonie. 
- Czas poznać wyrok, mój przyjacielu. - odparłem i wtedy pewnym krokiem przekroczyliśmy progi budynku.

niedziela, 26 lutego 2017

Rozdział:52

"- Axel wróci. 
- Jaką masz pewność?
- Obiecał mi to i tak będzie. - odparłem, głaszcząc ją po plecach. - W końcu... to człowiek honoru. Zobaczysz, wszystko się ułoży. 
- Serio tak myślisz, Nathan? - spojrzała na mnie zdziwiona.
- Tak... i jeszcze jedno. - odparłem, unosząc jej podbródek. - Nie waż się tak mówić o sobie, okej? Jesteś wspaniałą dziewczyną, wierną przyjaciółką... posiadającą wybuchowy charakter oraz wiele niezliczonych talentów. 
- To tyle? - spojrzała na mnie, śmiejąc się z moich nieudolnych starań pocieszenia jej.
- A i najważniejsze... - wzniosłem palec do góry, dając jej znak, że znalazłem coś jeszcze w swoich zwojach mózgowych. - ...dla mnie jesteś moim najukochańszym i najwredniejszym skrzatem jakiego znam. 
- Akurat to ze skrzatem mogłeś sobie darować...
- Dlatego uśmiechu zrobię wszystko. - dźgnąłem ją w bok.
- Dziękuję ci, Nathan. - odparła, całując mnie w policzek.
Założyłem na nią swoją czarną bomberke i razem udaliśmy się do domu. "


* Mark's POV *


Kiedy już odszedłem z tego miejsca, z boiska na którym w oko stanąłem Xavierem - podpalaczem, który nawet się z tym nie krył. Wiedziałem, że nie mogę tego trzymać długo przy sobie. Doskonale wiedziałem do kogo z taką informacją się zgłosić. W mojej głowie majaczyła mi jedna myśl - "Axel, nie uwierzysz co się dzisiaj stało!". Co jak co, ale właśnie ten człowiek uwielbia maczać swoje czyste łapy w brudnych sprawach takich jak ta. Pochłonięty ekscytacją i swoim odkryciem nawet nie zauważyłem jak wpadam w wielką kałużę, przez co moczę swoje buty, skarpetki i spodnie. Po mimo tego moje myśli nadal krążyły nad rozmową Xavierem, postanowiłem jednak, że przed spotkaniem z Axel zmienię swoje ubranie. Wchodząc do domu byłem pewien, że nikt mnie nie zatrzyma przed moimi planami, gdyż mama była na popołudniowych pogaduchach u pani Bundy, a Dianą nie muszę się martwić, gdyż dziewczyny prawie zawsze nie ma w domu. Szybko wdrapałem się na duże, długie schody prowadzące do naszych pokoi, zwinnie prześlizgnąłem się do środka swojej sypialni i zmieniłem ubranie. Gdy już byłem gotowy do wyjścia i kierowałem swoje kroki na dół, zauważyłem, że drzwi od Diany pokoju są uchylone. Pewnie to wiatr - powiecie, musicie coś wiedzieć o mojej siostrze. Ona nigdy nie pozwala aby jej tajemnice trzymane skrzętnie właśnie w tym pokoju ujrzały światła dziennego, dlatego też dokładnie zamyka to pomieszczenie. Zaintrygowany właśnie tymi uchylonymi drzwiami, postanowiłem zaspokoić swoją ciekawość. Pchnąłem lekko konstrukcję, która zaczęła niemiłosiernie skrzypieć.
- Mark? - sapnął Nathan, odruchowo narzucając koc na głowę mojej siostry. - Co ty tu robisz?
- Mógłbym cię zapytać o to samo, Nathan. - odparłem patrząc na niego uważnie.
Nagle koc się poruszył, a zza niego wyłoniła się moje siostra, która wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle. Jej twarz była trupio blada, oczy miała przekrwione, a po policzkach leciały jeszcze ciepłe łzy.
- Mam dosyć tajemnic... - spojrzała porozumiewawczo na Nathana. - On musi wiedzieć.
- Co tu się dzieje? - obserwując ten obrazek rozpaczy w postaci w mojej siostry, zgodnie pokiwali na to głową.
- Chodzi o Axela... - urwał niepewnie.
- Skoro tak... - klasnąłem w dłonie. - Sam go zapytam i tak miałem się dziś z nim spotkać.
- Obawiam się, że nici z waszego spotkania. - jęknęła, przecierając twarz.
- Zawsze można...
- Mark. - spojrzał na mnie smutno Nate.
- Wy coś wiecie... - sapnąłem. - Mówcie!
- Sam nie wiem jak ci to powiedzieć. - odparł, głęboko wzdychając.
- Axel ma brudne porachunki z mafią i właśnie dzisiaj uciekł z Inazumy. - ucięła p bko Diana.
- Co? - spojrzałem na nich rozbawiony. - Jeśli to jakiś dowcip...
- Też chciałbym w to wierzyć... - wymamrotał.
- Jak to się stało?
- Niby nie miał wyboru.. - odparła, sama nie dowierzając swoim słowom. - Gdyby nie uciekł to... każdy z nas by leżał zabity jak kaczka.
Usiadłem zdruzgotany natłokiem tak negatywnych emocji i wiadomości. To jest dla mnie wielki szok w stosunku jakim człowiekiem jest Axel - dobry, honorowy i odpowiedzialny. Teraz te trzy słowa nie pasują do całej układanki i nie mam pojęcia co z tym zrobić. Nastał kolejny dzień i w momencie gdy otworzyłem swoje oczy już wiedziałem, że nic się nie zmieni. I to nie dlatego, że mój humor nadal był przejęty wczorajszą rozmową. Właśnie zdałem sobie sprawę, że wszystko nad czym pracowałem nie najmniejszego sensu, wyciągnąłem z szafki kasetę. Byliśmy tak blisko do rozwiązania tego śledztwa, ostatnio Axel dał mi kasetę z nagraniem z monitoringu z dnia podpalenia, a ja rozmawiając z Xavierem zebrałem ostatni, niezbity dowód - przyznanie się do winy. I co teraz? Bez niego to jest absurdalne, można śmiało powiedzieć, że wszystko padło trupem. Właśnie byłem w pobliżu naszego domku, gdy w doniczce piwonii zobaczyłem kopertę, a na niej znajomy charakter pisma - "Do ekipy"

" Moi najwierniejsi przyjaciele z clubu Raimon!
Pewnie teraz myślicie, że jestem tchórzem ponieważ uciekłem od was. Czy ja nie brzmię teraz jak egoista? Otóż to nie jest tak. Ja wiem jak to wygląda, ale moja sytuacja mnie do tego zmusiła. Ale, może od początku... Pamiętam, że zaczęło się już kiedy miałem 8 lat. Mój porządny tatuś nie był taki porządny jak jest teraz. Matka mi mało mówiła o tym co tak na prawdę co się dzieje, ponieważ uważała, że to nie mój czas. Nie przewidziała tego, że umrze... Po śmierci mojej matki ojciec wyjawił mi potworną prawdę. Okazało się, że mój starszy ma zatargi z jakąś grupką gangsterską. To był dla nas trudny okres oto byliśmy bez matki, bez pieniędzy po prostu bez niczego. Byliśmy tylko ja, Julia i mój ojciec. Wiecie dlaczego mnie przenosili do innych szkół? Właśnie przez tych ludzi. Staliśmy się ich celem numer jeden na ich brudnej liście, byli uparci i potrafili nas znaleźć nawet w zakamarkach, które uchodzą za bezludne. W końcu uciekliśmy tutaj, do Inazumy i poczuliśmy się tutaj na prawdę bezpiecznie - przez jakieś kilka miesięcy. Po tym jak wygraliśmy Strefę Footballu, a wokół nas zrobił się wielki szum, byliśmy we wszystkich gazetach - od wtedy zaczęli mnie nachodzić i zastraszać. Na początku olewałem to, ponieważ nadal głupi łudziłem się, że nic nam nie zrobią. Teraz już nie mam żadnego wyjścia, które byłoby dla mnie a przede wszystkim dla was korzystne. Zadecydowałem, że muszę wyjechać - sam. Nie zrozumcie mnie źle to nie przez Was przecież jesteście dla mnie jak druga rodzina. Więc zrozumiecie też, że to co robię jest dla waszego dobra. Nie wyobrażam sobie, jak strasznie was ranię robiąc to co robić muszę. Moi bracia i siostry, nie martwcie się o mnie! Obiecuję, że wrócę do Was jak tylko znajdę coś co pozwoli zakończyć to chore gówno raz na zawsze. Wiedzcie, że wspieram was cholernie mocno! Wierzę, że teraz może być tylko lepiej. Gdy mnie tutaj nie ma, proszę znajdźcie prawdziwych sprawców tego podpalenia. Jestem pewien, że rozwiązanie jest blisko zupełnie tak jak ja. Mimo tego, że mnie tu nie ma fizycznie to pamiętajcie, że zawsze będę z tutaj duchowo i za pewnie teraz klepię Was krzepiąco po plecach i życzę powodzenia!
                                                                                                  xyz,
                                                                                     - wasz Axel"                       
Gdy skończyłem czytać jego list nastała niezręczna cisza. Wszyscy spuścili smutne głowy i przez chwilę sam miałem ochotę to zrobić i zapłakać. Wiedziałem jednak, że Blaze nie pozwoliłby mi na to, aby wszyscy po nim rozpaczali. Jak napisał "wrócę do was" i na pewno tak będzie - mocno w to wierzę. Ten koleś nie rzuca słów na wiatr, jest zbyt dumny i honorowy na to. I znowu czuję to okropne uczucie zwisające na mojej duszy.  Znowu czuję się winny, znowu nie byłem w stanie mu pomóc. Zresztą Axel to człowiek, który kryje swoje problemy doskonale. Gdybym spytał czy wszystko okej, to na pewno by mi tego nie powiedział. Zdałem sobie sprawę, że teraz ja muszę przejąć nad tym wszystkim ster. Muszę jakoś nad tym zapanować, gdyż nasza grupa przeżywa trudny okres i tak jak powiedział Xavier " powoli się rozpadamy, kawałek po kawałku". W tak beznadziejnej sytuacji moim zadaniem jest to by złożyć te wszystkie kawałki w jedną całość. I już wiem, że będzie to trudne, ale kto powiedział, że w życiu nie trzeba walczyć o własne szczęście? Nagle z moich przemyśleń wyrwał mnie głos Kevina. 
- Zostawił nas? - zaczął wymachiwać rękami. - Nie, nie wierzę w to, co ten gnojek napisał. 
- Co my teraz zrobimy? - jęknął przerażony Todd łapiąc się kurczowo ręki Sama. 
- Wpakowaliśmy się w niezłe łajno i nie damy rady się już z niego wygrzebać. - sapnął, rozkładając bezradnie ręce.
- Utonęliśmy. - wymamrotał Jim. 
- O zamknij się! - wyrwał się Swift. - Nie rozumiesz i nawet tego nie chcesz pojąć. 
- A więc proszę wytłumacz mi jak ma nas ocalić jego ucieczka? - sapnął poirytowany Kevin.
- Jakbyś nie zauważył Axel w jakiś niezdarny sposób próbuje ratować nam tyłki.
- Fakt... podał nam wszystko na tacy. - szepnąłem do siebie, przypominając sobie kasetę i Xaviera.
- Teraz czas na to, abyśmy się tym zajęli. - kontynuował Nathan, zaciskając pięści.
- Powiedzmy sobie szczerze, tylko on w tym całym chaosie coś ogarniał! - dodał pośpiesznie Willy, poprawiając okulary.
- Nathan, z całym szacunkiem stary. - sapnął Steve, powoli podnosząc się z miejsca. - Axel wybrał sobie nieodpowiedni moment na zniknięcie... mamy ogromne straty w naszej grupie. 
- Najpierw Jude, teraz Blaze. - złapał się za głowę Todd. - Kto jeszcze? 
- Powinniśmy być razem, a nie się rozdzielać niby "dla naszego dobra" . - sapnął Steve.
- Tak, Grimm ma rację. - poklepał go po ramieniu Dragonfly.
- Walka nie polega na uciekaniu. - urwał Steve patrząc na poirytowanego Nathana.
- On uciekł od swoich problemów i od nas. - klasnął w dłonie Kevin. - Zostawił nas w tym wszystkim i oczekuję, że wszystko się ułoży?
- Powiedział, że wróci do cholery! - krzyknęła Diana. 
Oczy wszystkich skierowały się na sfrustrowaną brunetkę, która nie mogła zapanować nad własnym oddechem, który był przyspieszony. Bądźmy szczerzy, w tym momencie moja siostra nie trzymała się najlepiej. Ale cóż się dziwić? Straciła swojego ukochanego od tak, od zaraz, od już.
- Diana ja... - Kevin wyciągnął do niej rękę, a ona szybko już odrzuciła. 
- On wam zwierzył się ze swojego problemu, a wy... - spojrzała na wszystkich oburzona ich szybką zmianą zdania na temat Axela. -  ...obrzucacie go błotem. 
- Diana ty nas nie zrozumiałaś. - próbował załagodzić napiętą sytuację Steve, ale dziewczyna już go nie słuchała. 
- To co zrobił nie wygląda dobrze. - spojrzała na wszystkich. - Każdy z nas uważa, że to nie jest odpowiedni moment na uciekanie, ale jakoś musimy to przetrwać. 
- Tylko jak? - wyrwał się Willy.
- Jeśli to spotkanie się już skończyło to pozwolicie, że już wyjdę. 
- Poczekaj! - krzyknąłem za nią.
- Rzygać mi się chce jak na was patrzę. - wysyczała, trzaskając drzwiami. 
Na ten widok, od razu za nią wybiegł Eric i Nathan. Pokiwałem na to wszystko głową, gdyż ta sytuacja jest jeszcze bardziej popaprana niż myślałem. 
- Kapitanie? - z moich myśli wyrwał mnie Steve.
- Powiedz coś, cholera! - krzyknął Todd.
Głęboko westchnąłem i przetarłem swoją twarz. Spojrzałem na zatrwożonego Todda, to na rozwścieczonego i rozżalonego Kevina, i na końcu na skonsternowanego Steve'a. 
- Co wy robicie? - krzyknąłem, a wszystkie żałosne jęki ucichły. - To jest wasze trzymanie razem? Trzymanie się razem nazywacie wzajemnym obrzucaniem winą, które nic w tym nie pomoże? Jak widzicie nie tylko wam jest ciężko. Mimo waszych smutków i złości  musicie uszanować decyzję Blaze'a. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nie jest z niej zadowolony, ale to już fakt dokonany. Jego z nami już nie ma! On sam musi stawić swoim problemom twarzą w twarz, a naszym zadaniem jest to aby w tym czasie go wspierać najmocniej jak się da. Więc przestańcie się kłócić o to jaka jest prawda, ponieważ to wszystko co wam przed paroma minutami przeczytałem nią jest. Ja, wasz kapitan wierzę w to, ponieważ Axel to najbardziej szczery koleś jakiego znam. 
- Kapitanie, a co zrobimy z tym podpaleniem? - spytał nieśmiale Bobby. - W końcu Axel się tym zajmował, a skoro go teraz nie ma...
- To ja przejmuję jego stery. - uciąłem szybko. - Ostatnio spotkałem się jednym z ludzi, którzy prawdopodobnie podpalili naszą szkołę. 
- Co? - krzyknęli jednocześnie razem.
- Mówił, że nasz team teraz jest kruchy, ale jeszcze możemy mu pokazać na co nas stać! - klasnąłem energicznie w dłonie. - Jesteśmy silniejsi niż myślicie. Sami widzicie, że ta cała sytuacja wykształtowała wasz charakter i determinację, nie czas na płacz i jęki! Musimy powstać, otrzepać się z popiołu i iść dalej. I nie róbmy tego dla siebie, ale dla Japonii, dla naszych braci Axela i Jude, dla Inazumy. 
Na moje słowa wszelkie ich jęki i zgrzyty ustały. Zastąpiła je głucha cisza, ale brzmiała ona zupełnie inaczej niż parę minut wcześniej. Czułem, że w końcu poruszyłem ich serca i to konkretnie - oto chodziło od samego początku. Po co mam ich karmić złudnymi nadziejami. Wiedziałem, że muszę im dać coś czego im bardzo brakuje czyli pewność siebie, którą tak szybko utracili. Z tej wielkiej ciszy wyłonił się najmniejszy z nas Jimmy, który miał załzawione oczy i ledwo co mógł oddychać. Ten obraz najbardziej poruszył moje serce, spojrzałem na niego a moje serce napełniło się dumą. 
- Kapitanie.. - przetarł morką twarz. - ...to co powiedziałeś... potrzebowaliśmy tego jak nigdy. - sapnął, siadając speszony. 
Po tym cała moja drużyna wstała i ukłoniła mi się. Wtedy poczułem się jeszcze bardziej zażenowany i zawstydzony, złapałem się za głowę.
Przestańcie, no. - odparłem, śmiejąc się pod nosem.- Nie jestem prezydentem, abyście się mi kłaniali.  
- Należy ci się to, Mark. - powiedział Jack, łapiąc się za serce.
Uśmiechnąłem się wzruszony w ich stronę - tak właśnie wygląda nasz nowy, wielki początek. Jak to mówią początki zawsze się dobrze zaczynają, oby ten się dobrze skończył. Po spotkaniu wszyscy wyszli, został ze mną Shearer.
- Jude miał rację... masz dar. - sapnął, klepiąc mnie po ramieniu.
- Na prawdę tak mówił? - spojrzałem na niego lekko wzruszony na samą myśl o Judzie, chłopak odwrócił wzrok.
- Tak... - westchnął głęboko. - to było dobre jak wszystkie twoje przemowy.
- To nie było dobre.... to było prawdziwe, Bobby. - spojrzałem na niego znacząco. 
- Wiadomo co u niego? - jego wyraz twarzy zmienił się diametralnie.  - Och, przepraszam... to głupie..
- Nie, Evans nie róbmy z tego takiej niezręczności.... - sapnął, drapiąc się po szyi. - Nie byłem u niego ani razu. 
- Żartujesz sobie?
- Nie mogę tam jechać odkąd.... sam wiesz. 
- Dobrze wiesz, że nie masz co się zadręczać. - szybko uciąłem, łapiąc go za ramię.
- Uważasz mnie za tchórza?
- A czy ty uważasz mnie za tchórza. - spojrzał na mnie zdziwiony.
- Ty i tchórz? - zaśmiał się mi w twarz.
- Zawsze to Axela wysyłałem na zwiady. - westchnąłem głęboko. -Tak jak ty dawno mnie tam nie było przy nim.
- Mark, to jest strasznie. - jęknął, a jego warga zaczęła drgać. - Wszędzie ma powpinane kable.... ledwo co porusza się jego klatka piersiowa... a jego wyniki są niepewne... - odparł.
Zauważyłem, że zaczął się jąkać - jak widać ta cała sytuacja mocno na nas wpłynęła i wszystko zmieniła, nawet takie Bobby'ego Shearera. Bez wahania przytuliłem go do siebie, a on zaczął płakać na moim ramieniu. Zacisnąłem uścisk, aby się również nie poryczeć, a kiedy się uspokoił, spojrzałem mu prosto w oczy.
- Kurde.... - urwał, wycierając twarz. - Pozwoliłeś abym się rozkleił, niech cię...
- Potrzebowałeś tego. - odparłem, klepiąc go po plecach. - Gdybym nie ja, to pewnie byś się na czymś innym wyżył.
- Wiedziałeś o tym, że Blaze zamierzał nadać Kinga i całą tą zgraję na policję? - wypalił niespodziewanie.
Nie będę was okłamywał, to co Axel wymyślił było najodpowiedzialniejszym zachowaniem w tej sytuacji. Nawet gdybyśmy ich nie wydali, to na pewno Dark by na ubiegł i oskarżył o to nas. Żeby zaoszczędzić cierpień przede wszystkim Celi i innym, chcieliśmy to zrobić potajemnie. List miał być wsunięty pod drzwi komendy jednak Blaze zmienił swoje plany.
- W pewnym sensie... 
- Poprosił mnie żebym na nich doniósł. - sapnął, łapiąc się za głowę.
- Zrobiłbyś to? - spojrzałem na jego roztrzepanie. 
- Ja.... nie rozumiem i nadal nie potrafię tego zrozumieć. - westchnął.
- Nikt nie rozwikła tego gnoja myśli. - szepnąłem, śmiejąc się. - Axel zawsze był krok przed nami. 
- To był dupek jak ich mało. - odparł, również się śmiejąc.
Kiedy schylił się po swoją torbę i zmierzał w kierunku drzwi - coś nie dawało mi spokoju.
- Shearer? - chłopak odwrócił się do mnie jak na rozkaz. - Masz jakieś plany na dzisiaj?
- A pytasz bo?
- Skoro nie byłeś u niego dłużej niż 3 sekundy to... - szybko zdałam sobie sprawę, że to o co go chcę poprosić jest absurdalne. - albo nie... zapomnij o tym. 
Nagle zdałem sobie sprawy, że nie jestem na to gotowy a co dopiero on - to zbyt wielki cios dla mnie i mojego serca.
- Zgadzam się. - uścisnął moją dłoń.
- Jutro, rano. - również uścisnąłem jego dłoń.
- Będę czekał przy drzwiach szpitala. - odparł, zamykając drzwi.
Ja również zabrałem swoje rzeczy, zamknąłem domek i udałem się do domu. Przez drogę zastanawiałem się nad tym wszystkim. Usłyszałem swój dzwonek i sięgnąłem do kieszeni po telefon. Na ekranie pojawił nieznany mi numer i już miałem nie odbierać, ale jakieś wewnętrzne uczucie sprawiło, że nacisnąłem zieloną słuchawkę.
- Halo? 

* Eric's POV *



Wśród grupy na nowo zagościł smutek, strach i złśość z powodu odejścia Blaze'a. A w środku tego bałaganu siedziałem ja, który jakby głuchy na słowa Marka spokojnie siedziałem na swoim miejscu. Sam nie wiem dlaczego tak jak reszta nie zaczynam wyklinać jego imienia i nie rzucam w każdego kamieniem. Może dlatego, że przeżyłem tyle by uznać, że życie już niczym mnie nie zaskoczy. Kiedy zacząłem myśleć o ucieczce, mafii i Axelu zdałem sobie sprawę, że zaczynam się z nim utorżsamiać. On tak samo jak ja uciekł by napisać swoją historię na nowo dla siebie i dla swoich bliskich. Z moich myśli wyrwał mnie głos Diany.
- Powiedział, że wróci do cholery! - krzyknęła Diana. 
Spojrzałem na jej twarz, na której widniała tylko pustka. To nie ta sama nastolatka, którą spotkałem wtedy w barze? Cisną mi się na ustach słowa - deja vu. Ale teraz wygląda jeszcze gorzej niż wtedy. Gdyby tak patrzeć na to co się wokół dzieje jej oczami to to wszystko wydaje się przerażające. Jude jej były, a od pewnego czasu przyjaciel walczy o życie. A Axel czyli jedyna osoba, która ją darzyła szczególnym zrozumieniem i miłością zdecydowała się odejść w momencie gdy jej dusza jest rozkruszona na najmniejsze kawałki. I właśnie te wszystkie emocje widziałem w jej oczach w których zniknęła cała nadzieja na lepsze jutro. Wiedziałem, że lada moment, że prędzej czy później ona wybuchnie. 
- Diana ja... - Kevin wyciągnął do niej rękę, a ona szybko już odrzuciła. 
- On wam zwierzył się ze swojego problemu, a wy... obrzucacie go błotem. 
- Diana ty nas nie zrozumiałaś. - próbował załagodzić napiętą sytuację Steve, ale dziewczyna już go nie słuchała. 
- To co zrobił nie wygląda dobrze. - spojrzała na wszystkich. - Każdy z nas uważa, że to nie jest odpowiedni moment na uciekanie, ale jakoś musimy to przetrwać. 
- Tylko jak? - wyrwał się Willy.
- Jeśli to spotkanie się już skończyło to pozwolicie, że już wyjdę. 
- Poczekaj! - krzyknąłem za nią.
- Rzygać mi się chce jak na was patrzę. - wysyczała, trzaskając drzwiami. 
Po tych gorzkich słowach dziewczyna niezwłocznie ewakuowała się z domku. Nathan podążył za jej tropem i wtedy poczułem taką wewnętrzną potrzebę, aby również obdarzyć ją swoim wsparciem. Nawet nie zauważyłem, że wybiegam z pomieszczenia i pędzę za Nathanem. 
- Co tu robisz, Eric? - spytał, łapiąc się za klatkę piersiową i próbując złapać oddech.. 
- To samo co ty.
- Ziom, nie powinieneś... 
- Nie mów mi co powinienem. - szybko wciąłem mu się w słowo. 
- Eric... ona jest wystarczająco tym przytłoczona.
- Zrozum, że to dla mnie równie ważna osoba jak i dla ciebie. - uciąłem szybko.
- Eric z całym szacunkiem ale.
- Nie wiesz jak wyglądała i się zachowywała po zerwaniu z Sharpem. - palnąłem, a w jego oczach pojawiło się zdziwienie. - Nie słyszałeś jak płakała, z dnia na dzień coraz głośniej. I dlatego nie mogę pozwolić na to aby się jej pogorszyło. 
Blondyn spojrzał na mnie poważnym wzrokiem i gestem ręki zachęcił mnie abym szedł razem z nim i uczestniczył w poszukiwaniu Diany. 
- Opowiedz mi o tym.
- Po tym zajściu w barze zaczęliśmy się spotykać częściej. - sapnąłem, uśmiechając się na samą myśl o tych wspaniałych wspomnieniach. - Przychodziła do mnie na treningi, a ja wpadałem do niej do kliniki. Wtedy jeszcze nie domyślałem się jaką wspaniałą rolę aktorską szczęśliwej nastolatki, odgrywała przede mną. Aż pewnego dnia, wybuchła.  
- Byłeś przy niej kiedy Axel zniknął. - podsumował nagle, a ja pokiwałem twierdząco głową.
- Pozwoliłem jej na to choć przez chwile się jej bałem. - kontynuowałem dalej. - Ucierpiał na tym mój stolik, szklanka, która stała na nim oraz moja twarz. 
- Czy ona...
- Gdy mnie spoliczkowała.... - skrzywiłem się na samą myśl o tym. - ...to wtedy  jakby jej ulżyło, doszła do siebie i zaczęła płakać. Czasami mnie drapała podczas gdy ja nieudolnie próbowałem ją uspokoić. 
- Tego się nie spodziewałem... ta dziewczyna przeszła tak wiele.
- W końcu zrozumiałem, że muszę jej dać trochę swobody. - rozłożyłem ręce. - Po tylu godzinach opiekowania się jej duszą było mi bardzo trudno po prostu odpuści, ale po pewnym czasie sama zaczęła zmierzać ku dobrej drodze. 
- I to wszystko? - spojrzał na mnie zmartwiony i jednocześnie podekscytowany zakończeniem mojej historii.
- Później bez słowa pożegnania przeniosła się do innego miasta, potem jej nie widziałem. - sapnąłem. - Aż do teraz. 
Nathan po usłyszeniu tego wszystkiego patrzył na mnie zdumionym wzrokiem. Chłopak próbował coś powiedzieć, ale jednocześnie martwiło go to, że jego słowa nie uchwycą jego emocji. 
- Eric.... - złapał się za kark. - ja nie wiedziałem.
- Nie winię cię za to, że mnie odsunąłeś. 
- Po prostu obiecałem mu, że się nią zaopiekuję. - westchnął głęboko. - Myślałem, że dam radę... dopóki mi o tym nie powiedziałeś.
- I dasz radę. - złapałem go za ramię. - Jesteś najsilniejszym człowiekiem jakiego znam.
- Przepraszam... ale na mnie już czas.
- Nie będę ci się w to aż tak wtrącał... - urwałem, a chłopak obrócił się w moją stronę. - ale też nie mogę tego od tak olać.
- W takim razie... - sapnął, klaszcząc w dłonie. 
- Chodźmy. - odparłem, przybijając z nim żółwika.  
- Okej, straciliśmy niecałe piętnaście minut. - odparł, patrząc na zegarek. 
- Jak myślisz, gdzie może być? - spytałem, rozglądając się wokoło.
- Założę się o dolara, że po pięciu minutach zaczęła iść... - odparł zamyślony. - Myślę, że jest w drodze do miejsca gdzie wyznali sobie miłość. 
- Ale wiesz gdzie to jest, prawda? 
- Tak mi się wydaje... - urwał niepewnie.
- Powinienem zapoznać się z tym miastem, cholera. - strzeliłem ręką w kolano. - W końcu jestem tu już trzeci miesiąc. 
- Coś wymyślimy, a teraz... chodź. - odparł, analizując wzrokiem drogę.
- Swift, nie ma czasu. - odparłem, szybko przyśpieszając kroku. - Trzeba biec.  
Po kilku minutach biegłem jak oszalały, a za mną podążał Swift. A gdy chłopak mnie dogonił zatrzymał mnie. 
- Co ty... - urwałem zdezorientowany.
- Słuchaj. - złapał mnie za ramię, jakby chciał mi coś uświadomić. - Masz problemy z sercem. 
- I co związku z tym? - odparłem, nie zwalniając tempa.
Jeśli będziesz tak biegł to twoje serce będzie narażone na duży wysiłek. - odparł, nadal mnie trzymając. - Pikawa może ci paść, a wtedy ja ci nie pomogę, ponieważ zwiewałem z każdej możliwej lekcji EDB.
- Nie rozumiesz... - wyrwałem się z jego uścisku.
- Nie, to ty nie rozumiesz. - przeciął mi drogę. - Diana poczeka, a tym czasem zwolnij. 
- Im szybciej pójdziemy, tym jest większa szansa na to, że szybciej ją złapiemy. - odrzekłem, a chłopak tylko przewrócił na mnie oczami.

* Diana's POV *


Zaczęłam biec najszybciej jak się da być jak najdalej od tego miejsca pełnego wspomnień z dobrze wiecie kim. Jednak nie wyszło mi to najlepiej ponieważ po dziesięciu minutach moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Upadłam na ziemię, na kolana a mój oddech zaczął słabnąć. Przez chwile zakręciło mi się w głowie i wtedy z tego marazmu wyrwał mnie czyjś głos. 
- Halo, słyszysz mnie? 
Moim oczom ukazał się David, który wyglądał inaczej niż ostatnio. Był blady, a na jego twarzy pojawiła się czarna opaska zasłaniająca jego prawe oko.
- Spokojnie... - powoli podniósł mnie z ziemi. -  ...nic ci nie zrobię. 
Gdy tylko odzyskałam wzrok spojrzałam na niego by się upewnić. Tak, to ten David Samford, zaczęłam powoli wstawać.
- E-ej... co ty wyprawiasz? - spytał zmartwiony łapiąc mnie za rękę.
- Dam sobie radę... - sapnęłam, wyrywając się z jego uścisku. - dzięki za troskę.
- Wszystko u ciebie okej? 
W zasadzie to ja powinnam cię o to zapytać... - spytałam, patrząc nieśmiało w jego stronę. - David, co się u was dzieje? 
Chłopak słysząc moje pytanie kompletnie zamilkł. Podeszłam do niego bliżej i niespodziewanie zdarłam jego opaskę z twarzy - to co zobaczyłam wyglądało okropnie. 
- Okropne, prawda? - zaśmiał się, a ja szybko oddałam jego opaskę.
- O matko... - jęknęłam, zatykając otwarte usta pełne zdziwienia.
- A wracając do twojego pytania. - westchnął głęboko. - Pewnie już wiesz, że nasz trener faszeruje nas amfą i innymi świństwami. 
- Jak się trzymasz?- Aktualnie mój organizm wysiada. - sapnął. - A na dodatek jestem na głodzie.  
Uniosłam jego podbródek, patrząc na jego twarz która wyrażała całe cierpienie jakie przeżył przez ten czas. To co ten człowiek z nimi wyprawia to jakiś obłęd. Gdybym tylko mogła to Dar raz na zawsze zniknął by z ich życia - zabiłabym go. I wiem, że to co mówię i myślę jest nieludzkie, ale ze względu na to wszystko co nam wyrządził i wyrządza nadal - zrobiłabym to. Jego ofiary nie są niczemu winne, to tylko bezmyślnie marionetki w jego rękach. 
- Jak to się stało? - spytałam, delikatnie głaszcząc go po policzku. 
- To było tydzień po tym jak Joe postrzelił Juda. - niespodziewanie złapał mnie za rękę. - Praktycznie nic z tego nie pamiętam, ponieważ byłem pod wpływem.
- Czy ktoś o tym wie? - na jego twarzy pojawił się grymas.
- Moi rodzice wyczuli, że coś jest nie tak i wysłali mnie na test narkotykowy. - klasnął w dłonie. - Wykryli wysokie stężenie narkotyków w mojej krwi i w tym momencie byłem bezsilny. Tydzień siedziałem w ośrodku dla narkomanów, aż w końcu mnie wypuścili. 
- Kto ci to zrobił? - mój wzrok wylądował na tej opasce.
- To Caleb postrzelił moje oko. - uciął szybko. - Po prostu powiedziałem co o tym myślę, wkurzył się i tak oto zostałem bez jednego oka. 
Z moich oczu mimowolnie polały się łzy, wtuliłam się w jego tors i wsłuchiwałam się w szybkie bicie jego serca.
- Przepraszam...
- Przestań, to nie twoja wina. - odrzekł, wycierając moje mokre policzki.
- Gdybym tylko wiedziała... pomogłabym ci wydostać się z tego piekła.  
- Diana, na mnie już za późno. Ratuj więc swoich ludzi póki jeszcze masz czas. - sapnął, odwracając się i odchodząc.
Jeszcze przez chwilę darłam się za nim, ale chłopak był głuchy na moje wrzaski. Gdy już zniknął z mojego punktu widzenia postanowiłam dać sobie z spokój, gdyż na tą chwilę mam ważniejszą sprawę od tego. Udałam się w dalszą drogę, miałam zamiar pójść do naszego miejsca - mojego i Axela. Tam prawie zawsze spędzaliśmy wspólny czas, będąc na tym wzgórzu widzieliśmy całe miasto. Stanęłam na samym jego czubku, aby mieć podgląd na Inazumę. Od razu moją uwagę przykuło miejsce naszej szkoły. Otóż zauważyłam, że to puste miejsce po naszej szkole zapełnia się masą ludzi. To zapewne budowlańcy, ponieważ nosili jakieś belki, to w jedną to w drugą stronę. Usiadłam zmęczona tym wszystkim na zielonej trawie pokrytej stokrotkami i makami. Wzięłam do ręki kopertę - tak, napisał do mnie list. Mówił, wszystko wyjaśni - czy aby na pewno? Jeszcze przez chwilę bawiłam się kopertą z moim imieniem i w pewnym momencie bez zastanowienia rozerwałam ją. 

" Najdroższa,
Piszę do ciebie ten list, ponieważ nie chcę mieć przed Tobą tajemnic. Nie chcę od odejść nie mówiąc ci kompletnie nic. Wiem,  że nie byłem świętoszkiem - okłamywałem Cię. Wiem, że nie ma dla mnie żadnego usprawiedliwienia. Pamiętasz jak kiedyś to ty mnie okłamywałaś dla mojego dobra?  Jak widzisz role się odwróciły. Zapewne całą historię usłyszałaś już w innym liście. Ci gangsterzy o których tak często wspominam to nie jest mój wymysł, to są naprawdę niebezpieczni ludzie. Moja matka była właśnie ich sprawką - zabili ją na oczach mojego ojca. Mi natomiast  wcisnął to, że chorowała na gruźlicę. Jednak kiedy miałem już trzynaście lat wyjawił mi brzydką prawdę. Nawet nie wiesz jaki byłem na niego zły - przez te jego kontakty właśnie to się dzieję. Myślałem, że los obdarzy mnie szczęściem na dłużej, ale... najwidoczniej nie mam na to wpływu. Wiem, jak bardzo chciałabym bym został, ale wtedy dawno byś została zastrzelona, a Julia odpięta od kablów. Wiem, że to dziwne, że dopiero teraz, w środku listu to piszę, ale... Kocham Cię. Pewnie uważasz, że to głupie i nierozsądne?  Ja też, przecież to przeczy moim regułom. Ale teraz to nieważne, gdyż nie ma innego wyjścia. Pamiętasz jak mówiłaś mi, żebym o nas walczył? Właśnie to robię w najgorszy sposób w jaki sobie możesz wyobrazić. Zamierzam udać się w bezpieczne miejsce, proszę nie szukajcie mnie. Obiecuję ci, że postaram się ich jakoś pozbyć. Na tą chwilę nie wiem ile to będzie trwać, gdyż teraz piszę ten list i ostrożnie dobieram moje słowa. Muszę głębiej nad tym pomyśleć. Będziesz miała wiele negatywnych emocji wokół mojego imienia, nie winię cię za to. Ale musisz to wiedzieć, że nigdy nie starałem się bawić twoimi uczuciami. Zależy mi na tobie, nas. Dobrze wiesz, że twoje szczęście zawsze stoi u mnie na pierwszym miejscu. Dlatego Ty musisz żyć dalej - szczęśliwie i bez moich problemów. Zrób to dla mnie. Pisząc to już wiem, że bez ciebie moje życie stanie się strasznie puste. Ta sytuacja rozrywa nie tylko twoje, ale i moje serce na najmniejsze kawałki. Jeszcze jedno nie wmawiaj sobie, że mnie straciłaś. Głuptasku... przecież przez cały czas mnie masz! Może nie jestem tutaj obok ciebie, ale tak mocno zawładnęłaś moim sercem, że nie ma niczego na tym świecie aby mój duch cię opuścił, skarbie. Może dlatego robię takie głupie rzeczy? Sam nie wiem. Wiem jedno teraz to ty i Mark musicie kontynuować moje śledztwo. Ostatnio podarowałem mu kasetę z nagraniem, które może rzucić nowe spojrzenie na tą sprawę. Niestety, nie mam czasu jej sprawdzić... sama wiesz dlaczego. Wiem, że nie jestem godzien prosić cię o tak wiele, ale proszę cię o jedno - bądź ostrożna i słuchaj się Nathana. Tak wiem jak ta ostatnia prośba brzmi. Ale gdy mnie nie ma to on jest dla ciebie oparciem i jestem pewien, że nie pozwoli aby stała ci się jakakolwiek krzywda. To co zrobiłem napawa cię nienawiścią do mnie, ale ja mimo wszystko... i tak cię kocham. I obiecuję ci do cholery, że wrócę i nie pozwolę na to abym cię stracił - już nigdy. Jesteś najlepszym co mi się w tym melancholijnym życiu przydarzyło. 
P.S Mam nadzieję, że będzie pasował. 
                                                                                            Na zawsze
                                                                                            twój,      
- Axel"

Sięgnęłam po kopertę i wyciągnęłam z niej srebrny pierścionek z wygrawerowanym jego imieniem. Najpierw chciałam go wyrzucić gdzieś w trawy, aby przepadł tak jak moja miłość do niego, ale nie mogłam. Powoli założyłam go na palec, a łzy pociekły mi po policzkach. To dopiero jeden dzień bez niego, a już za nim tęsknię. Wiem co powiecie - przywiązujesz się do ludzi zbyt mocno. Spojrzałam ostatni raz na niebo i udałam się w drogę powrotną. Gdy już byłam blisko parku, weszłam do środka królestwa zieleni i usiadłam na ławce. Chwilę potem zobaczyłam Erica i Nathana, którzy widząc mnie, szybko podbiegli do mojej ławki i zamknęli w szczelnym uścisku. 
- Diana... jak się czujesz? - wyrwał mnie z rozmyśleń głos Amerykanina.
- Możemy usiąść? - zręcznie ominęłam temat, którym już byłam zmęczona. - To był długi dzień.
- Czytałaś jego list? - palnął Nathan, a Eric uderzył go w ramię.
- Jak myślisz? - spojrzałam na niego smutno. - Mam wiele na głowie przez to.
- Niech zgadnę... powierzył ci podpalenie? - pokiwałam twierdząco głową.
- No nieźle... - klasnął w dłonie. - Ale wiesz, że podczas tego wszystkiego musisz dbać o swoje zdrowie?
Jakbym słyszała samego Blaze'a... - odparłam, smutno się uśmiechając.
- Coś jeszcze pisał? - zagadnął Eric.
- Pisał, żebym słuchała się Nathana. - chłopak się zarumienił.
- On o mnie napisał? - wydukał zachwycony.
- W każdym razie... Nathan ma rację teraz liczysz się ty. - sapnął Eric łapiąc mnie za rękę. 
- Sugerujesz, że mam żyć dalej i zapomnieć o nim? - spytałam oburzona, wyrywając się z jego uścisku.
- Wiem, że to egoistyczne... ale musisz przestać się zadręczać z jego powodu. - sapnął. - Nie możesz nic z tym zrobić, więc daj sobie spokój.
- Myślisz, że przestanę o nim myśleć od tak? - odburknęła.
- Nie... oczywiście, że nie. - odparł Nathan, próbując bronić Amerykanina. - Eric miał na myśli to, abyś zajęła się w tym czasie sobą.
- Ale ja nie potrafię i nie chcę. 
- Nie ma, że nie chce. - brunet strzelił rękę o kolano. - I my ci w tym pomożemy!
- Nie zrozumcie mnie źle, ale... - urwałam niepewnie. - Chcę zostać sama. 
Spojrzeli po sobie.
- Nie możemy cię zostawić... - jęknęli obaj naraz.
- Chcę to przemyśleć sama... więc wychodzi na to, że musicie. - przybliżyli się do mnie. 
- To boli jak cholera.. coś o tym wiem. - jęknął Nathan, patrząc na mnie ze współczuciem. - Wiem też, że w takich momentach nie można zostawiać takiej osoby samej.
- Niezupełnie... ty zostałeś zdradzony. - odparłam. - A my i Axel to zupełna inna historia, która się nie kończy. Tak przynajmniej myślałam...
- Bądź dobrej myśli. - odparł Eagle. 
- Dziękuję wam... 
- W takim razie.... - Eric klepnął Nathana po ramieniu. - na nas już czas. 
- Co? Oszalałeś? - sapnął spanikowany blondyn. - Zapomniałeś już o czym rozmawialiśmy
- Nie, po prostu Diana też musi mieć jakąś przestrzeń. - odparł łagodnie. 
- Ale..
- Więc jej ją dajmy. - pociągnął go za kaptur. - Teraz. 

* Axel's POV *



Minął jeden dzień, a ja nadal jestem w tym mieście. Z bólem serca muszę się w końcu stąd zmyć, muszę im dać dowód, pewność, że opuściłem Inazumę - niech ją mają. Przeszedłem przez wielkie chaszcze lasu, a słońce powoli chowało się za wzgórzem oznaczała to, że trzeba przyśpieszyć. Nagle usłyszałem szelesty jeszcze bardziej przyśpieszyłem kroku po czym zacząłem biec. Gdy już wyszedłem na zewnątrz tego ciemnego, wielkiego lasu ujrzałem przystanek autobusowy. Podszedłem bliżej, zmęczony usiadłem i wyciągnąłem mapę. Nie wiem jeszcze w jakim kierunku pójdę, ale oby jak najdalej stąd. Nawet nie zauważyłem, że nie jestem tu zupełnie sam, usłyszałem chrząknięcie.
- Spokojnie stary. - odparł właściciel głosu. - ...nie zabiję cię. 
- Całe szczęście. - wymamrotałem.
Spojrzałem na niego i okazało się, że to jakiś niegroźny przybłęda. Wyglądał na o wiele starszego od nas, był umięśniony a na piersi nosił tatuaż który obrazował dom. 
- Gdzieś chcesz się urwać? - usłyszałem nad sobą. 
- A nawet jeśli... to co? - warknąłem, łapiąc mapę. 
- Eyy, stary nie zaczynajmy tak znajomości.. - przybliżył się do mnie.
- Nie zamierzam jej nawet zaczynać i nie mów do mnie, stary. - odparłem, patrząc mu prosto w oczy a jednocześnie dając mu do zrozumienia, że nie mam zamiaru zwierać z nim żadnych przyjaznych stosunków.
Chłopak na chwilę się przymknął i dobrze, dzięki temy będę się mógł skupić nad tym co najważniejsze - nad ucieczką. Wtem do moich uszu dobiegło gwizdanie, kątem zobaczyłem, że to on to robi. 
- Ja na twoim miejscu... - chrząknął, patrząc ponownie na mapę. - ...nie jechałbym na północ. 
Przesunął palcem w kierunku południa i wskazywał na zupełnie inny kontynent - to daleko a nawet bardzo daleko. To było by idealne miejsce, ale... ja chcę jeszcze wrócić do domu, do nich. Na samą myśl, że ich zostawiłam serce mnie boli. Ale trudno, czasu nie cofnę a decyzja zapadła. Na samą myśl o Ameryce Południowej czuję się cudownie.Otóż morskie klimaty do mnie przemawiają, a zwłaszcza podczas gdy fale muskają klif a mną targa choroba morska. Ostatni raz kiedy byłem na statku to z rodziną, kiedy miałem zaledwie pięć lat. Pamiętam, że to nie należał do najszczęśliwszych wypadów - jak się domyślacie, cały rejs rzygałem jak kot, a kiedy przestawałem to mdlałem, połowy tej podróży nie pamiętam. Na samą myśl o morzu, mam ciarki na plecach i robię się zielony. - Nie ma opcji. - skrzywiłem się. - Mam chorobę morską.
- Auć. - syknął. - Może coś na to poradzę... 
- Nikt nie powiedział, że jadę tam z tobą. - uciąłem szybko. 
- Ale..
- Dziękuję za twoją pomoc, ale dam sobie radę. - jęknąłem szybko.
- Sam 
- Już to wiedzę, śliczna mordko. - urwał, klepiąc mnie po plecach. 
- Śliczna mordko?
- Uciekasz przed kimś? - spojrzał na mnie uważnie.
- To nie twój interes.
- Śliczna buzia była niegrzeczna. - podsumował, wyciągając ze swojego plecaka piwo.
- Możesz się zamknąć? - warknąłem, łapiąc się za głowę. 
Koncentracja przy nim jest niemożliwa, a wręcz a wykonalna.- Wiesz, nie chciałbym ci przeszkadzać, ale... - spojrzałem na niego wściekłym wzrokiem. 
- W zasadzie robisz to od początku mimo, że dałem ci do zrozumienia...
- O-oo wyglądasz jak uroczy troszeczkę wściekły psiaczek.
- Lepsze to niż śliczna mordka. - szepnąłem do siebie, opierając się o szklaną ścianę. - Gbur z ciebie. - dźgnął mnie w bok. - Lubię takich. 
- Jesteś innej orientacji? - spytałem sarkastycznie, próbując przekonać samego siebie, że jego tak na prawdę nie ma i gadam sam do siebie.
- Uuu, cios poniżej pasa. - sapnął. - Lubię dziewczyny. 
- Cudownie...
- Może spróbujmy od nowa, hmm? - spytał, podając mi rękę. - Travis jestem. 
- Przykro mi, ale nie mam czasu na ckliwe znajomości. 
- Hej teraz powinieneś powiedzieć coś w stylu " Cześć, miło mi cię poznać Travis, jestem....." - urwał. - ...i tu powinno paść twoje imię. 
- Axel. - głęboko westchnąłem, a on uśmiechnął się w moją stronę. 
- No i widzisz? A teraz dawaj mi tą mapę. - po czym wyrwał mi ją z rąk. - Znam skrót, oszczędzę ci cierpień. 
- Dlaczego ty mi pomagasz? - spytałem zdezorientowany tym wszystkim. 
- Przypominasz mi kogoś, ale... - jego wzrok zawiesił się na mnie. - ...to rozmowa na kiedy indziej.