Rozdział:2
" - Jesteś natrętny wiesz? - odparł, machając z bezsilności głową we wszystkie strony
- Widziałem cię wczoraj. " Nie gram w piłkę" - dobre sobie... Nigdy nie widziałem, kogoś takiego z takim kopniakiem... Przydałbyś się...
Axel otworzył usta i chciał coś powiedzieć, gdy nagle podbiegł do mnie cały zdyszany Steve.
- Mark?
- Co się stało? - spytałem z deka zdezorientowany.
- Chodzi o nasz klub... . "
* No One's POV *
Chłopak po usłyszeniu tych słów, szybko wybiegł z sali. Po mimo wielu nawoływań Pana Hemmings'a chłopak biegł przed siebie.
Chłopak stanął przed drewnianymi, dębowymi drzwiami z srebrnym napisem DYREKTOR. Bez zastanowienia mocno pchnął konstrukcje. Ta wydała przeraźliwy huk, a dyrektor widząc zaistniałą sytuację bardzo się przestraszył. Następnie z wielkim uśmiechem zaprosił chłopca, aby usiadł i wysłuchał co ma mu do powiedzenia. Chłopak spodziewał się najgorszego.
- Mark, chciałbym ci coś bardzo ważnego powiedzieć. Powiem wprost chodzi o klub... Dostaliśmy propozycję zagrania meczu towarzyskiego.
Marka opanowało zmieszanie. Nigdy jeszcze nie grali meczu towarzyskiego. Przez całe 2 lata trenowali, a teraz mają zagrać poważny mecz z poważnymi zawodnikami? Mark zaczął nerwowo tupać o podłogę. To będzie ogromne wyzwanie dla jego drużyny i dla niego samego. Onieśmielony spytał.
- A z kim będziemy grać?
* Mark's POV *
Gdy tylko usłyszałem te słowa, momentalnie wbiło mnie w siedzenie.
- Czy pan jest pewny, że to jest ta Akademia Królewska? - spytałem podekscytowany.
Dyrektor kiwnął głową. W moich oczach pojawiły się iskierki. Gramy z mistrzami! Akademia Królewska od ponad 40 lat wygrywa każdą Strefę Football'u. To ogromny przeciwnicy i właśnie oni wybrali nas do gry. Na prawdę, nie mogę uwierzyć, jaki spadł na nas ogromny zaszczyt. Zerwałem się z krzesła i zapominając o całym bożym świecie, zacząłem tańczyć. Kiedy jestem szczęśliwy, po prostu tańczę. Wtedy wszyscy patrzą na mnie na wariata. Zrobiłem się czerwony i powróciłem na swoje miejsce.
- Dyrektorze, zgadzam się! - wykrzyczałem niemalże.
- Ale pamiętaj jedno. Kiedy przegracie usunę wasz żałosny klubik, a jeśli zdobędziecie choć punkt klub będzie funkcjonował. - odrzekła niewzruszona Nelly.
Nelly Raimon - córka pana Raimon'a. Tak zwany magnes na chłopaków. Jestem z jednych łosiów, którzy dużą się w niej. Jednak nie umyka mi fakt, że jest ona zapatrzona w siebie i nie zauważa nikogo poza swojej pięknej buzi. Tak był i teraz, stała podparta o ścianę i piłowała szpony. Nie nowość, że poluje tylko na to by zabrać nam clubik. Zwracałem tym swoją uwagę, a w szkole z imieniem tatusia to niedozwolone.
- Eej, nie pozwalaj sobie Nelly! - warknąłem lekko poirytowany tym samym tekstem.
- Mark... - odparł ostrzegawczym tonem, wskazując na brunetkę - Nelly to córka pana Raimon'a, która jest również jego prawą ręką. Uszanuj jej zdanie.
Prychnąłem na jego słowa. Nie chciałem by złość przesłoniła podekscytowanie i udałem się do klasy. Gdy wszedłem do klasy, na wejściu zostałem zapytany przez panią Hemming's. I nie, tu nie jest zbieżność nazwisk. Tak, to jest żonka mojego wychowawcy. Zdecydowanie pan Hemmings jest o wiele milszy niż ona. Z matematyki nie jestem orłem. A jeszcze śmieszniejsze, jest to, że to ja jestem jej pupilkiem. Chyba tego nigdy nie zrozumiem.
- O Mark, w samą porę.
"Ups." - pomyślałem i udałem się na ścięcie.
- A teraz może się popytamy? Mam nadzieję, że się pouczyłeś trochę o arytmetyce.
- Jestem w wielkiej dupie.. - wymamrotałem żałośnie.
- Mówiłeś coś?
- Jestem gotowy. - urwałem, rozglądając się po klasie.
Zobaczyłem Silvię, która puściła mi oczka. To była moja jedyna pomoc, w końcu jest najlepszą w klasie. To co wiedziałem to powiedziałem. Z pomocą mojej przyjaciółki, uzyskałem +3. Ta ocena mnie usatysfakcjonowała, można powiedzieć, że to moja najlepsza ocena z matematyki. Resztę lekcji zajmowaliśmy się liczbami całkowitymi, które najmniej w tym momencie mnie interesowały. Po skończonych zajęciach udałem się do domku klubowego, by ogłosić dobrą nowinę moim chłopakom.
Zobaczyłem Silvię, która puściła mi oczka. To była moja jedyna pomoc, w końcu jest najlepszą w klasie. To co wiedziałem to powiedziałem. Z pomocą mojej przyjaciółki, uzyskałem +3. Ta ocena mnie usatysfakcjonowała, można powiedzieć, że to moja najlepsza ocena z matematyki. Resztę lekcji zajmowaliśmy się liczbami całkowitymi, które najmniej w tym momencie mnie interesowały. Po skończonych zajęciach udałem się do domku klubowego, by ogłosić dobrą nowinę moim chłopakom.
- Co Ty zrobiłeś? Zgodziłeś się? - spytał przestraszony Kevin, nie dowierzając moich słów.
- Oczywiście, nie pozwolę aby nasz klub został rozwiązany! - odparłem, ponieważ odpowiedź była oczywista.
- Teraz to na pewno usuną nasz klub... - jęknął Todd, gryząc paznokcie.
- Staniemy się pośmiewiskiem szkoły! - urwał Jack, chowając twarz w ręce.
- A co najgorsze.. Nie będziemy grać już w piłkę...
- Przestańcie! Musimy się zmobilizować! - warknąłem, zaciskając pięści.
Myślałem, że ich nastawienie będzie zupełnie inne. Przecież po to dołączyli do tego clubu, by grać. A kiedy przychodzi do meczu, to biorą dupę w troki.
Myślałem, że ich nastawienie będzie zupełnie inne. Przecież po to dołączyli do tego clubu, by grać. A kiedy przychodzi do meczu, to biorą dupę w troki.
- Nadal mamy tylko 7 członków. - odrzekł smutno Steve.
- Ośmiu.. - odrzekł ponuro Jim, na co reszta drużyny się przeraziła.
Chłopak zachowywał się lekko dziwnie. Ale tylko on jeden, zjawił się po przeczytaniu naszego plakatu. Zostało znaleźć jeszcze tylko 3. Niestety to nie jest takie proste. Willy Glass, to mądrala z pierwszej klasy zgodził się, ale miał warunek. Chciał on być naszym 11 zawodnikiem. Cały dzień spędziłem na lataniu i pytaniu wszystkich o dołączenie do zespołu. Ze spuszczoną głową i bez jakichkolwiek rezultatów, udałem się do mojego azylu. Znajdował obok wieży Inazumy. Pamiętam jak mama mówiła, że zawsze dziadek tu trenował. Co dziadka, to moje. Na ogromnym dębie była uwiązana wielka opona, która była częścią mojego treningu. Może wyglądać to dziwne, ale to miało na celu wzmocnienie mnie. Na sobie również miałem oponę, była obciążeniem dla mojego ciała. Odpychałem więc mocno oponę od siebie i starałem się ją zatrzymać. Oczywiście wiele razy dostawałem mocno po twarzy, ale pomimo tego, nie poddawałem. Jestem tak uparty, gdyż znalazłem ostatnio wspaniałą taktykę obronną w dzienniku dziadka. Chcę nauczyć się jej, gdyż pomoże mi w zablokowaniu piłki od Królewskich. Nazwa tej taktyki obronnej to Boska Ręka. Poczułem, że opona potężnie uderza w moją twarz, upadłem. Usłyszałem kroki, podniosłem wzrok. Przede mną stał chłopak z blond czupryną. Gdy odzyskałem odpowiednią ostrość, wiedziałem kim był ten jegomość. To Nathan Swift, z tego co mi wiadomo, należy on do grupki najlepszych biegaczy.
- Mark, co Ty robisz ? - spytał lekko zmartwiony, powoli podnosząc mnie z ziemi.
- Jak to co? Trenuję. - odpowiadam, otrzepując się z kurzu, który osiadł na mojej twarzy.
- Przeforsujesz stary.. nie ma bezpiecznego sposobu na to twoje karate?
- Spokojnie... Jeszcze chwilę potrenuję i to opanuję. - odparłem, zacierając ręce.
Pokazałem mu zeszyt. Niestety mój dziadek nie miał nieskazitelnego pisma, więc dla innych mogły to być zwykłe bazgroły. Tylko ja, jestem w stanie go odczytać, co czyni mnie unikatowym. Nathan popatrzył na mnie przez dłuższą chwilę.
- Chcę się do was przyłączyć. - sapnął, podając do mi rękę.
Byłem bardzo zdumiony. Był on pierwszą osobą, którą zapytałem o club, niestety wtedy się nie zgodził. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Czułem wzruszenie, że swoją postawą nagromadzam coraz więcej ludzi do piłki nożnej. Niemal od razu go przytuliłem. Nawet nie zauważyłem, kiedy obok mnie pojawił się cały zespół. Coś do nich dotarło.. ja do nich dotarłem. Z tą motywacją, niemalże do późnego wieczora trenowaliśmy jak woły. Nie ma mowy o przegranej!
* dzień meczu *
Był Piątek, po południu. To właśnie dziś ma się odbyć pierwszy, od 40 lat mecz towarzyski Inazumy Eleven. Na mecz przyszła praktycznie cała szkoła. Chłopcy od rana trenowali, nie dając sobie ani chwili wytchnienia. Około godziny 16, miało się rozpocząć wielkie wydarzenie dla tego miasta. Wszyscy byli zestresowani. Nie dziwota, w końcu był to ich 1 tak poważny mecz. Gdy nadszedł czas, na boisku zebrała się cała drużyna. Jednak jednej osoby brakowało w ich drużynie.
- Gdzie jest Jack? - spytał mały Timmy.
- W łazience. - odrzekł Todd, drapiąc się po głowie.
- Idę tam. - postanowił kapitan stanowczo.
Wiedział gdzie się udać. Szybkim krokiem wszedł do męskiego. Usłyszał przeraźliwy jęk dobiegający z trzecich drzwi ubikacji.
- Jack, wiem , że tam jesteś. - powiedział spokojnie Mark, trąc twarz ręką.
- Kapitanie, ja nie mogę...
- Możesz, możesz. A teraz rusz się mecz się zaczyna. - warknął groźnie.
Jęk ustał, a drzwi cichutko zaskrzypiały. Z kabiny wypadł Jack, który poślizgnął się i upadł na Marka. Na szczęście nic mu się nie stało. I w końcu też nadszedł moment rozpoczęcia. Na teren szkoły wjechała ogromny pojazd z sztandarem Akademii Królewskiej. Wyszedł z niego wysoki, chudy mężczyzna. To Ray Dark, przesławny trener, ma wiele zwycięstw na swoim koncie. Ma na sobie fioletowy kostium, a na nosie nosi czarne okulary przeciwsłoneczne. Za nim wychodzi brunet. Wygląda na minimum 17 lat. Na jego twarzy znajduje się złowieszczy uśmieszek, który zawsze obdarowywał swoje "ofiary". Na nosie nosił również okulary przeciwsłoneczne. Kapitanowie podali sobie ręce. Mecz zaczął się. Między Królewskimi zachodzi pierwsze, jakże gładkie podanie. Jednak Kevin Dragonfly, odbiera z łatwością piłkę Lukas'owi i zmierza w kierunku bramki.
- To mój ziom, jedziesz Kev! - udarł się Mark, machając z bramki.
- To mój ziom, jedziesz Kev! - udarł się Mark, machając z bramki.
Oddaje strzał.. Niestety bramkarz Królewskich, Joe King łapie piłkę bez problemu. Nagle Jude, David i Hugo wykonują ZABÓJCZĄ FORMACJĘ. Evans niestety tego nie broni. W pierwszej połowie Królewscy zdobywają 10 punktów, natomiast w drugiej 18 punktów.
- No na co czekasz, wyłaź! - krzyczy kapitan Królewskich, Jude Sharp celując w twarz Marka przy czym uważnie się rozgląda.
Inni zawodnicy leżą ledwo oddychający i żywi. Kolejne podania, które trafiają w twarz bramkarza Inazumy. Połowa ludzi widząc tą jadkę, wyszła już po pierwszej połowie. Akademia miała na celu wymęczyć całą drużynę, a zwłaszcza biednego Marka... Na boisku pozostał przestraszony i drżący Willy Glass. Jako jedyny trzymający się na nogach, zdejmuje koszulkę Raimon'a i ucieka z boiska.
Inni zawodnicy leżą ledwo oddychający i żywi. Kolejne podania, które trafiają w twarz bramkarza Inazumy. Połowa ludzi widząc tą jadkę, wyszła już po pierwszej połowie. Akademia miała na celu wymęczyć całą drużynę, a zwłaszcza biednego Marka... Na boisku pozostał przestraszony i drżący Willy Glass. Jako jedyny trzymający się na nogach, zdejmuje koszulkę Raimon'a i ucieka z boiska.
* Axel's POV *
Nie mogę na to patrzeć. Ich starania są wielkie, jednak to oni zdobywają gole. Muszę stwierdzić, że podziwiam Evans'a, który podnosi się za każdym razem kiedy dostaje piłką w twarz. Biłem się w środku z myślami i samym sobą. Miałem tyle argumentów za i przeciw, że zrobił się wielki mątlik w mojej głowie. Popatrzyłem na pozostawianą przez Will'ego koszulkę. Poczułem ukłucie w sercu. Jak ja bardzo chciałbym to zrobić... W mojej głowie pojawiła się moja siostra Julia. Moja młodsza siostra, która zawsze była uśmiechnięta. Moja siostrzyczka była na każdym moim meczu, była najwierniejszym moim fanem. Pamiętam jak za każdym razem mówiła:
"Axel, kiedy będziesz grać to strzel dla Mnie bramkę"
Uwielbiałem ją przytulać i głaskać po małej główce. Jednak to wspomnienie szybko znika i wtedy widzę tego cholernego, wielkiego tira, który wjeżdża w biegnącą Julię. Teraz jest ona w szpitalu, w śpiączce. Obiecałem wtedy sobie, że już nigdy nie zagram w football i nie tknę piłki palcem. To właśnie przez ten sport, prawie straciłem moją Julię. To ja ją zabiła... ja ją zabiłem. Dlaczego nie odejdę jak reszta ludzi?Nienawiść przeplata się z miłością, nie mogę pozwolić na traktowanie piłki w agresywny sposób. Po prostu nie umiem przejść obok niej obojętnie."Ostatni raz." - pomyślałem, ubierając koszulkę Glass'a. Wyszedłem zza drzewa i podążyłem na boisku. Nadal nie wiedziałem, czy to co robię jest słuszne. Jude walił bezlitośnie w tego człowieka. Który jest tak upierdliwy i uparty, że po mimo targizmu całej sytuacji podnosi się i szuka desparacko wyjścia. Jestem dla nich jedynym zbawieniem. Pora zakończyć tą rzeź.
"Axel, kiedy będziesz grać to strzel dla Mnie bramkę"
Uwielbiałem ją przytulać i głaskać po małej główce. Jednak to wspomnienie szybko znika i wtedy widzę tego cholernego, wielkiego tira, który wjeżdża w biegnącą Julię. Teraz jest ona w szpitalu, w śpiączce. Obiecałem wtedy sobie, że już nigdy nie zagram w football i nie tknę piłki palcem. To właśnie przez ten sport, prawie straciłem moją Julię. To ja ją zabiła... ja ją zabiłem. Dlaczego nie odejdę jak reszta ludzi?Nienawiść przeplata się z miłością, nie mogę pozwolić na traktowanie piłki w agresywny sposób. Po prostu nie umiem przejść obok niej obojętnie."Ostatni raz." - pomyślałem, ubierając koszulkę Glass'a. Wyszedłem zza drzewa i podążyłem na boisku. Nadal nie wiedziałem, czy to co robię jest słuszne. Jude walił bezlitośnie w tego człowieka. Który jest tak upierdliwy i uparty, że po mimo targizmu całej sytuacji podnosi się i szuka desparacko wyjścia. Jestem dla nich jedynym zbawieniem. Pora zakończyć tą rzeź.
- Czy to już koniec Evans? - usłyszałem jego szorstki głos.
- Nie pozwolę na to, abyś krzywdził ludzi MOJĄ PIŁKĄ! - darł się w niebo głosy.
Sharp powoli obrócił głowę i spojrzał na mnie. Zatrzymał piłkę nogą i otworzył ręce jakby chciał mnie przytulić.
- Zjawiłeś się.
Sharp powoli obrócił głowę i spojrzał na mnie. Zatrzymał piłkę nogą i otworzył ręce jakby chciał mnie przytulić.
- Zjawiłeś się.
* Mark's POV *
Są bezduszni, bezlitośni. Co ja im zrobiłem. Piłka nie służy do zadawania bólu. Piłka to zabawa. Nie pozwolę na to. Wszystko mnie boli. Ale... jest coś co pozwala mi wstać. Miłość. Miłość do tego sportu i wiara. Jude nie wie co robi, chciałbym, żeby się opamiętał.
- Czy to już koniec Evans? - usłyszałem jego szorstki głos.
- Nie pozwolę na to, abyś krzywdził ludzi MOJĄ PIŁKĄ!
Ponownie czuję, że piłkę wbija się w mój brzuch. Jest rozwścieczony. Nigdy się nie spotkał się z tak upartym zawodnikiem. O to jestem ja. Zadał mi z 100 ciosów, które powaliło wielu, ale nie mnie.
I wtem Jude obraca się, a ja opadam i zamykam oczy z bólu.
- Zjawiłeś się.
Nagle widzę przed sobą Axela w naszej... że co? Co on tu... Skąd...
I wtem Jude obraca się, a ja opadam i zamykam oczy z bólu.
- Zjawiłeś się.
Nagle widzę przed sobą Axela w naszej... że co? Co on tu... Skąd...
Wait, wait muszę się uszczypnąć. Aua.. to nie jest zdecydowanie sen. Jude nagle odchodzi od mojej bramki, podchodzi do Axel'a z otwartymi rękami. Jakby czekał na to, aż Blaze wejdzie na boisko. Ponownie ZABÓJCZA FORMACJA zostaje wycelowana w naszą bramkę. Ale Axel biegnie w przeciwnym kierunku.. Chyba wyniuchałem jego plan. Liczy na moje padanie, na mnie... na moją obronę. Czuję, że moje serce zyskuje nową, lepszą energię. Ręce mi się niemiłosiernie trzęsą. Ale.. mam pewność, że ja to zatrzymam. Nie wierze, że właśnie stosuję BOSKĄ RĘKĘ! Wszyscy są pod wrażeniem, nawet pan Sharp. Obroniłem to. Bez zastanowienia szybko rzucam to w stronę Axel'a. Wznosi się w górę i robi piruet, a piłka niczym OGNISTE TORNADO mknie do bramki. Strzela gola, 20:1. Niby marny wynik, ale... mamy punkt!
- Królewscy ogłaszają, że mecz oddają walkowerem. - ogłasza speaker.
A ja nie mogę uwierzyć. Chłopaki lecą do mnie i przytulają mnie do siebie. Jesteśmy wszyscy wzruszeni i zdziwieni, że przetrwaliśmy.
A ja nie mogę uwierzyć. Chłopaki lecą do mnie i przytulają mnie do siebie. Jesteśmy wszyscy wzruszeni i zdziwieni, że przetrwaliśmy.
- MY... WYGRALIŚMY!? - krzyczę na cały regulator.
Niestety nie widzę już pośród zawodników Axel'a. Zniknął. Zastanawiam się, dlaczego w ogóle nam pomógł...










