piątek, 31 lipca 2015

Rozdział:2

  

- Jesteś natrętny wiesz? - odparł, machając z bezsilności głową we wszystkie strony
- Widziałem cię wczoraj. " Nie gram w piłkę" - dobre sobie... Nigdy nie widziałem, kogoś takiego z takim kopniakiem... Przydałbyś się...
Axel otworzył usta i chciał coś powiedzieć, gdy nagle podbiegł do mnie cały zdyszany Steve. 
- Mark? 
- Co się stało? - spytałem z deka zdezorientowany.
- Chodzi o nasz klub... .  "

* No One's POV *

Chłopak po usłyszeniu tych słów, szybko wybiegł z sali. Po mimo wielu nawoływań Pana Hemmings'a chłopak biegł przed siebie.
Chłopak stanął przed drewnianymi, dębowymi drzwiami z srebrnym napisem DYREKTOR. Bez zastanowienia mocno pchnął konstrukcje. Ta wydała przeraźliwy huk, a dyrektor widząc zaistniałą sytuację bardzo się przestraszył. Następnie z wielkim uśmiechem zaprosił chłopca, aby usiadł i wysłuchał co ma mu do powiedzenia. Chłopak spodziewał się najgorszego.
- Mark, chciałbym ci coś bardzo ważnego powiedzieć. Powiem wprost chodzi o klub... Dostaliśmy propozycję zagrania meczu towarzyskiego. 
Marka opanowało zmieszanie. Nigdy jeszcze nie grali meczu towarzyskiego. Przez całe 2 lata trenowali, a teraz mają zagrać poważny mecz z poważnymi zawodnikami? Mark zaczął nerwowo tupać o podłogę. To będzie ogromne wyzwanie dla jego drużyny i dla niego samego. Onieśmielony spytał.
- A z kim będziemy grać? 

* Mark's POV *


Gdy tylko usłyszałem te słowa, momentalnie wbiło mnie w siedzenie.
- Czy pan jest pewny, że to jest ta Akademia Królewska? - spytałem podekscytowany.
Dyrektor kiwnął głową. W moich oczach pojawiły się iskierki. Gramy z mistrzami! Akademia Królewska od ponad 40 lat wygrywa każdą Strefę Football'u. To ogromny przeciwnicy i właśnie oni wybrali nas do gry. Na prawdę, nie mogę uwierzyć, jaki spadł na nas ogromny zaszczyt. Zerwałem się z krzesła i zapominając o całym bożym świecie, zacząłem tańczyć. Kiedy jestem szczęśliwy, po prostu tańczę. Wtedy wszyscy patrzą na mnie na wariata. Zrobiłem się czerwony i powróciłem na swoje miejsce.
 - Dyrektorze, zgadzam się! - wykrzyczałem niemalże.
- Ale pamiętaj jedno. Kiedy przegracie usunę wasz żałosny klubik, a jeśli zdobędziecie choć punkt klub będzie funkcjonował. - odrzekła niewzruszona Nelly.
Nelly Raimon - córka pana Raimon'a. Tak zwany magnes na chłopaków. Jestem z jednych łosiów, którzy dużą się w niej. Jednak nie umyka mi fakt, że jest ona zapatrzona w siebie i nie zauważa nikogo poza swojej pięknej buzi. Tak był i teraz, stała podparta o ścianę i piłowała szpony. Nie nowość, że poluje tylko na to by zabrać nam clubik. Zwracałem tym swoją uwagę, a w szkole z imieniem tatusia to niedozwolone.
- Eej, nie pozwalaj sobie Nelly! - warknąłem lekko poirytowany tym samym tekstem.
- Mark... - odparł ostrzegawczym tonem, wskazując na brunetkę -  Nelly to córka pana Raimon'a, która jest również jego prawą ręką. Uszanuj jej zdanie.
Prychnąłem na jego słowa. Nie chciałem by złość przesłoniła podekscytowanie i udałem się do klasy. Gdy wszedłem do klasy, na wejściu zostałem zapytany przez panią Hemming's. I nie, tu nie jest zbieżność nazwisk. Tak, to jest żonka mojego wychowawcy. Zdecydowanie pan Hemmings jest o wiele milszy niż ona. Z matematyki nie jestem orłem. A jeszcze śmieszniejsze, jest to, że to ja jestem jej pupilkiem. Chyba tego nigdy nie zrozumiem. 
- O Mark, w samą porę.
"Ups." - pomyślałem i udałem się na ścięcie.
- A teraz może się popytamy? Mam nadzieję, że się pouczyłeś trochę o arytmetyce.
 - Jestem w wielkiej dupie.. - wymamrotałem żałośnie.
- Mówiłeś coś? 
- Jestem gotowy. - urwałem, rozglądając się po klasie. 
Zobaczyłem Silvię, która puściła mi oczka. To była moja jedyna pomoc, w końcu jest najlepszą w klasie. To co wiedziałem to powiedziałem. Z pomocą mojej przyjaciółki, uzyskałem +3. Ta ocena mnie usatysfakcjonowała, można powiedzieć, że to moja najlepsza ocena z matematyki. Resztę lekcji zajmowaliśmy się liczbami całkowitymi, które najmniej w tym momencie mnie interesowały. Po skończonych zajęciach udałem się do domku klubowego, by ogłosić dobrą nowinę moim chłopakom.
- Co Ty zrobiłeś? Zgodziłeś się? - spytał przestraszony Kevin, nie dowierzając moich słów.
- Oczywiście, nie pozwolę aby nasz klub został rozwiązany! - odparłem, ponieważ odpowiedź była oczywista.
- Teraz to na pewno usuną nasz klub... - jęknął Todd, gryząc paznokcie.
- Staniemy się pośmiewiskiem szkoły! - urwał Jack, chowając twarz w ręce.
- A co najgorsze.. Nie będziemy grać już w piłkę... 
- Przestańcie! Musimy się zmobilizować! - warknąłem, zaciskając  pięści.
Myślałem, że ich nastawienie będzie zupełnie inne. Przecież po to dołączyli do tego clubu, by grać. A kiedy przychodzi do meczu, to biorą dupę w troki.
- Nadal mamy tylko 7 członków. - odrzekł smutno Steve.
- Ośmiu.. - odrzekł  ponuro Jim, na co reszta drużyny się przeraziła.
Chłopak zachowywał się lekko dziwnie. Ale tylko on jeden, zjawił się po przeczytaniu naszego plakatu. Zostało znaleźć jeszcze tylko 3. Niestety to nie jest takie proste. Willy Glass, to mądrala z pierwszej klasy zgodził się, ale miał warunek. Chciał on być naszym 11 zawodnikiem. Cały dzień spędziłem na lataniu i pytaniu wszystkich o dołączenie do zespołu. Ze spuszczoną głową i bez jakichkolwiek rezultatów, udałem się do mojego azylu. Znajdował obok wieży Inazumy. Pamiętam jak mama mówiła, że zawsze dziadek tu trenował. Co dziadka, to moje. Na ogromnym dębie była uwiązana wielka opona, która była częścią mojego treningu. Może wyglądać to dziwne, ale to miało na celu wzmocnienie mnie. Na sobie również miałem oponę, była obciążeniem dla mojego ciała. Odpychałem więc mocno oponę od siebie i starałem się ją zatrzymać. Oczywiście wiele razy dostawałem mocno po twarzy, ale pomimo tego, nie poddawałem. Jestem tak uparty, gdyż znalazłem ostatnio wspaniałą taktykę obronną w dzienniku dziadka. Chcę nauczyć się jej, gdyż pomoże mi w zablokowaniu piłki od Królewskich. Nazwa tej taktyki obronnej to Boska Ręka. Poczułem, że opona potężnie uderza w moją twarz, upadłem. Usłyszałem kroki, podniosłem wzrok. Przede mną stał chłopak z blond czupryną. Gdy odzyskałem odpowiednią ostrość, wiedziałem kim był ten jegomość. To Nathan Swift, z tego co mi wiadomo, należy on do grupki najlepszych biegaczy.
- Mark, co Ty robisz ? - spytał lekko zmartwiony, powoli podnosząc mnie z ziemi.
- Jak to co? Trenuję. - odpowiadam, otrzepując się z kurzu, który osiadł na mojej twarzy.
- Przeforsujesz stary.. nie ma bezpiecznego sposobu na to twoje karate? 
- Spokojnie... Jeszcze chwilę potrenuję i to opanuję. - odparłem, zacierając ręce.
Pokazałem mu zeszyt. Niestety mój dziadek nie miał nieskazitelnego pisma, więc dla innych mogły to być zwykłe bazgroły. Tylko ja, jestem w stanie go odczytać, co czyni mnie unikatowym. Nathan popatrzył na mnie przez dłuższą chwilę.
- Chcę się do was przyłączyć. - sapnął, podając do mi rękę.
Byłem bardzo zdumiony. Był on pierwszą osobą, którą zapytałem o club, niestety wtedy się nie zgodził. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Czułem wzruszenie, że swoją postawą nagromadzam coraz więcej ludzi do piłki nożnej. Niemal od razu go przytuliłem. Nawet nie zauważyłem, kiedy obok mnie pojawił się cały zespół. Coś do nich dotarło.. ja do nich dotarłem. Z tą motywacją, niemalże do późnego wieczora trenowaliśmy jak woły. Nie ma mowy o przegranej!

* dzień meczu *


* No One's POV *


Był Piątek, po południu. To właśnie dziś ma się odbyć pierwszy, od 40 lat mecz towarzyski Inazumy Eleven. Na mecz przyszła praktycznie cała szkoła. Chłopcy od rana trenowali, nie dając sobie ani chwili wytchnienia. Około godziny 16, miało się rozpocząć wielkie wydarzenie dla tego miasta. Wszyscy byli zestresowani. Nie dziwota, w końcu był to ich 1 tak poważny mecz. Gdy nadszedł czas, na boisku zebrała się cała drużyna. Jednak jednej osoby brakowało w ich drużynie. 
- Gdzie jest Jack? - spytał mały Timmy.
- W łazience. - odrzekł Todd, drapiąc się po głowie.
- Idę tam. -  postanowił kapitan stanowczo.
Wiedział gdzie się udać. Szybkim krokiem wszedł do męskiego. Usłyszał przeraźliwy jęk dobiegający z trzecich drzwi ubikacji.
- Jack, wiem , że tam jesteś. - powiedział spokojnie Mark, trąc twarz ręką.
- Kapitanie, ja nie mogę...
- Możesz, możesz. A teraz rusz się mecz się zaczyna. - warknął groźnie. 
Jęk ustał, a drzwi cichutko zaskrzypiały. Z kabiny wypadł Jack, który poślizgnął się i upadł na Marka. Na szczęście nic mu się nie stało. I w końcu też nadszedł moment rozpoczęcia. Na teren szkoły wjechała ogromny pojazd z sztandarem Akademii Królewskiej. Wyszedł  z niego wysoki, chudy mężczyzna. To Ray Dark,  przesławny trener, ma wiele zwycięstw na swoim koncie. Ma na sobie fioletowy kostium, a na nosie nosi czarne okulary przeciwsłoneczne. Za nim wychodzi brunet. Wygląda na minimum 17 lat. Na jego twarzy znajduje się złowieszczy uśmieszek, który zawsze obdarowywał swoje "ofiary". Na nosie nosił również okulary przeciwsłoneczne. Kapitanowie podali sobie ręce. Mecz zaczął się. Między Królewskimi zachodzi pierwsze, jakże gładkie podanie. Jednak Kevin Dragonfly, odbiera z łatwością piłkę Lukas'owi i zmierza w kierunku bramki.
- To mój ziom, jedziesz Kev! - udarł się Mark, machając z bramki.
Oddaje strzał.. Niestety bramkarz Królewskich, Joe King łapie piłkę bez problemu. Nagle Jude, David i Hugo wykonują ZABÓJCZĄ FORMACJĘ. Evans niestety tego nie broni. W pierwszej połowie Królewscy zdobywają 10 punktów, natomiast w drugiej 18 punktów.
- No na co czekasz, wyłaź! - krzyczy kapitan Królewskich, Jude Sharp celując w twarz Marka przy czym uważnie się rozgląda.
Inni zawodnicy leżą ledwo oddychający i żywi. Kolejne podania, które trafiają w twarz bramkarza Inazumy. Połowa ludzi widząc tą jadkę, wyszła już po pierwszej połowie. Akademia miała na celu wymęczyć całą drużynę, a zwłaszcza biednego Marka... Na boisku pozostał przestraszony i drżący Willy Glass. Jako jedyny trzymający się na nogach, zdejmuje koszulkę Raimon'a i ucieka z boiska.

* Axel's POV *


Nie mogę na to patrzeć. Ich starania są wielkie, jednak to oni zdobywają gole. Muszę stwierdzić, że podziwiam Evans'a, który podnosi się za każdym razem kiedy dostaje piłką w twarz. Biłem się w środku z myślami i samym sobą. Miałem tyle argumentów za i przeciw, że zrobił się wielki mątlik w mojej głowie. Popatrzyłem na pozostawianą przez Will'ego koszulkę. Poczułem ukłucie w sercu. Jak ja bardzo chciałbym to zrobić... W mojej głowie pojawiła się moja siostra Julia. Moja młodsza siostra, która zawsze była uśmiechnięta. Moja siostrzyczka była na każdym moim meczu, była najwierniejszym moim fanem. Pamiętam jak za każdym razem mówiła:
"Axel, kiedy będziesz grać to strzel dla Mnie bramkę"
Uwielbiałem ją przytulać i głaskać po małej główce. Jednak to wspomnienie szybko znika i wtedy widzę tego cholernego, wielkiego tira, który wjeżdża w biegnącą  Julię. Teraz jest ona w szpitalu, w śpiączce. Obiecałem wtedy sobie, że już nigdy nie zagram w football i nie tknę piłki palcem. To właśnie przez ten sport, prawie straciłem moją Julię. To ja ją zabiła... ja ją zabiłem. Dlaczego nie odejdę jak reszta ludzi?Nienawiść przeplata się z miłością, nie mogę pozwolić na traktowanie piłki w agresywny sposób. Po prostu nie umiem przejść obok niej obojętnie."Ostatni raz."  - pomyślałem, ubierając koszulkę Glass'a. Wyszedłem zza drzewa i podążyłem na boisku. Nadal nie wiedziałem, czy to co robię jest słuszne. Jude walił bezlitośnie w tego człowieka. Który jest tak upierdliwy i uparty, że po mimo targizmu całej sytuacji podnosi się i szuka desparacko wyjścia. Jestem dla nich jedynym zbawieniem. Pora zakończyć tą rzeź. 
- Czy to już koniec Evans? - usłyszałem jego szorstki głos.
- Nie pozwolę na to, abyś krzywdził ludzi MOJĄ PIŁKĄ! - darł się w niebo głosy. 
Sharp powoli obrócił głowę i spojrzał na mnie. Zatrzymał piłkę nogą i otworzył ręce jakby chciał mnie przytulić. 
- Zjawiłeś się.

* Mark's POV * 


Są bezduszni, bezlitośni. Co ja im zrobiłem. Piłka nie służy do zadawania bólu. Piłka to zabawa. Nie pozwolę na to. Wszystko mnie boli. Ale... jest coś co pozwala mi wstać. Miłość. Miłość do tego sportu i wiara. Jude nie wie co robi, chciałbym, żeby się opamiętał.
- Czy to już koniec Evans? - usłyszałem jego szorstki głos.
- Nie pozwolę na to, abyś krzywdził ludzi MOJĄ PIŁKĄ!
Ponownie czuję, że piłkę wbija się w mój brzuch. Jest rozwścieczony. Nigdy się nie spotkał się z tak upartym zawodnikiem. O to jestem ja. Zadał mi z 100 ciosów, które powaliło wielu, ale nie mnie. 
I wtem Jude obraca się, a ja opadam i zamykam oczy z bólu.
- Zjawiłeś się.
Nagle widzę przed sobą Axela w naszej... że co? Co on tu... Skąd... 
Wait, wait muszę się uszczypnąć. Aua.. to nie jest zdecydowanie sen. Jude nagle odchodzi od mojej bramki, podchodzi do Axel'a z otwartymi rękami. Jakby czekał na to, aż Blaze wejdzie na boisko. Ponownie ZABÓJCZA FORMACJA zostaje wycelowana w naszą bramkę. Ale Axel biegnie w przeciwnym kierunku.. Chyba wyniuchałem jego plan. Liczy na moje padanie, na mnie... na moją obronę. Czuję, że moje serce zyskuje nową, lepszą energię. Ręce mi się niemiłosiernie trzęsą. Ale.. mam pewność, że ja to zatrzymam. Nie wierze, że właśnie stosuję BOSKĄ RĘKĘ! Wszyscy są pod wrażeniem, nawet pan Sharp. Obroniłem to. Bez zastanowienia szybko rzucam to w stronę Axel'a. Wznosi się w górę i robi piruet, a piłka niczym OGNISTE TORNADO  mknie do bramki. Strzela gola, 20:1. Niby marny wynik, ale... mamy punkt! 
- Królewscy ogłaszają, że mecz oddają walkowerem. - ogłasza speaker.
A ja nie mogę uwierzyć. Chłopaki lecą do mnie i przytulają mnie do siebie. Jesteśmy wszyscy wzruszeni i zdziwieni, że przetrwaliśmy.
- MY... WYGRALIŚMY!? - krzyczę na cały regulator.
Niestety nie widzę już pośród zawodników Axel'a. Zniknął. Zastanawiam się, dlaczego w ogóle nam pomógł...

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział:1





* No One's POV *

Japonia. Miasto ogromnego rozwoju gospodarczego jak i kulturowego. Inazuma to jedno z niewielkich, japońskich miast położonych na obrzeżach tego państwa. A w nim mieszka chłopak o marzeniu zostania światowej sławy piłkarzem. Ma na imię Mark Evans i chodzi do 3 klasy, to jego ostatni rok w gimnazjum Raimon'a. To miasto ma za sobą bardzo długo historię. Mianowicie... właśnie tu powstał pierwszy w historii tego miasta klub piłkarski. Jego założycielem był David Evans - dziadek Marka.
Drużyna odnosiła sukcesy podczas swoich potyczek piłkarskich.
Nadszedł czas na turniej Strefy Football'u do którego, piłkarze Raimon'a z łatwością się dostali. Pewnego słonecznego dnia, drużyna udała się swoim karawanem na swój pierwszy mecz turniejowy. Nikt się tego nie spodziewał... Ktoś przed wyjazdem majsterkował przy karawanie. Nieświadomy kierowca wpadając w poślizg, niestety nie mógł się zatrzymać. Pojazd wpadł wprost na ogromne drzewo. Wszyscy zginęli w wypadku. Mieszkańcy byli zszokowani, jednak najbardziej przeżyła to rodzina zawodników i ich przyjaciele. Od wypadku minęło niespełna 40 lat..  Mama Marka - Lily przyrzekła sobie, że nie pozwoli na to, aby jej syn grał w piłkę. Jednak los obrócił się na jej niekorzyść. Podczas sprzątania mały Mark dostrzegł notatnik i piłkę należącą do jego dziadka. Chłopiec niemalże, od razu zaczął kopać piłkę w płot sąsiadów. Matka widząc ten widok, czuje bolesne ukłucie w sercu, rozpada się. Szybko wybiegła na zewnątrz i zabrała dziecku piłkę. Mark zaczął płakać, krzycząc przy tym " Dlaczego  mamusiu?! " Z biegiem czasu widząc uśmiech chłopca, pod namową - męża Lily pozwala z wielkim smutkiem na to aby Mark grał w piłkę. To była przeszłość, przenieśmy się do teraźniejszości. 


* Mark's POV *


Usłyszałem przerażający dźwięk budzika. Momentalnie zasłoniłem uszy moją poduszką. Najchętniej nie wychodziłbym dziś z łóżka.
" Przymknę oko na 5 minut i wstanę! " pomyślałem, powoli zamykając zmęczone powieki. Jednak i tym razem coś musiało mi przeszkodzić w spaniu. Nie coś, lecz ktoś - moja mama. Z hukiem otworzyła drzwi i siłą wydarła mnie z mojego łóżka.
- Panie Mark'u Davidzie Evans'ie,  proszę w tej chwili doprowadzić się do ładu i bezpiecznie pójść do szkoły. Gdzie są twoje majtki na poniedziałek? - spytała, wymachując rękoma we wszystkie strony.
Oto moja BARDZO troskliwa mamusia. Wspominałem, że mama jest pedantką? Nie? To mówię to teraz. Praktycznie każda moja para bokserek jest na dany dzień tygodnia, a tak samo jest z skarpetkami i resztą rzeczy.
- Mamo.. - westchnąłem, czując, że moja twarz nabiera koloru świeżego buraczka.
Po czym, tak jak mówiła mama - tak zrobiłem. Wziąłem prysznic, założyłem jakieś ubrania leżące na koszu. Lekcje? Jak zwykle strasznie mi się dłużyły.. gdy na ostatniej godzinie miałem matematykę, tylko modliłem się o dzwonek. Matematyka to przedmiot, który sprawia mi największe trudności. Na dodatek, akurat dzisiaj pani miała mnie zapytać, ze względu na to, że jako jedyny nie mam oceny z odpowiedzi. Nagle usłyszałem zbawczy dźwięk dzwonka i wybiegłem z sali jak poparzony oraz z wielkim bananem na twarzy. Udałem się do szatni i przebrałem się w swój strój piłkarski. Następnie pobiegłem w kierunku domku klubowego. Kiedyś ten domek zajmował mój dziadek wraz ze swoją drużyną. Teraz ja kontynuuje plany dziadka. Rozchyliłem drzwi i wziąłem jedną z piłek, leżącą w koszu.
- Czas potrenować! - krzyknąłem, odpowiedziało mi tylko echo.
- Czas na trening chłopaki! - a tu nadal nic.
Jest nas razem siedmiu, ale za niedługo będzie nas więcej - na pewno. Są świetnymi piłkarzami, w głębi serca czuję to. Czasami zdaję mi się, że nie traktują tego na poważnie. Ja podchodzę do tego z wielkim zaangażowanie, a oni? Ale oprócz piłki nożnej, mają różne pasję. Spójrzmy na Timmy'ego, który jest najmniejszy z nas - trenuje nowe techniki kung-fu. Todd, jeden z pomocników - gra w najlepsze z rudowłosym Samem. Steve czyta kolejny komiks z serii "Avengers". Jack, największy z nas wcina kolejną paczkę chips'ów.
A Kevin kołysze się bez celu na krześle. Zastanawiam się czy to ci sami ludzie, którzy przyszli do mnie na początku. Wkurzyłem się na nich.. Nie robią kompletnie nic w stronę piłki nożnej.
- Powiedziałem... Czas na trening! - krzyknąłem rozwścieczony.  
- Tia.. a masz jakiekolwiek boisko na ten twój trening? - spytał z sarkazmem Steve.
Zacząłem kombinować.
- Możemy... udać się na kort tenisowy...
- Nie to się nie uda! - odrzekł Todd.
- Dołączyliście do tego klubu, bo kochacie piłkę nożną, tak? - spytałem poirytowany ich biernością.
- No oczywiście, że tak! - krzyknęli zgodnie.
- Więc przestańcie płaszczyć swe tyłki i chodźcie trenować! 
- Mark... przecież nie mamy boiska. Jest nas 7... 
- Dobra, idę sam. - krzyknąłem i zamknąłem z hukiem drzwi.
Od drzwi aż odpadła tabliczka klubowa. Przystanąłem więc na chwilę, pochyliłem się i spokojnie zawiesiłem ją na miejsce. Tymczasem, podbiegła do mnie Silvia - moja najlepsza przyjaciółka.
- Cześć Mark. Coś nie tak? - spytała z niemałą troską w głosie.
- Wszystko... Zawiodłem się na nich... Liczę na to, że się ogarną i przyjdą potrenować. Idę nad rzekę. - odrzekłem, pokazując szereg białych zębów.
- Grać z podstawówką? Przecież to nie wyzwanie! - dźgnęła mnie w ramię, śmiejąc się. 
- Gdybyś ich tylko widziała, są świetni! - powiedziałem, klepiąc ją po ramieniu i rozpościerając rękę, jakbym pokazywał jej jaki skrawek ziemi ma dostać. 
Gdy byłem już na miejscu, zająłem się szkoleniem młodziaków.
Nie uważam, że podstawówka jest gorsza od nas gimnazjalistów. Wręcz przeciwnie są tego samego poziomu co my. 

* No One's POV *


Dzieci z rozmachem strzelały do bramki, a chłopak wszystkie piłki złapał z łatwością. Następnie podał do chłopczyka o imieniu Dylan. Gdy już miał strzelić, jedna z dziewczynek z szybkością odzyskała piłkę.
- Bardzo ładnie, Maddie. - pochwalił ją,pokazując kciuk w górę.
W pobliżu boiska kręciło dwóch łobuzów z liceum, byli to Thomas i Robert . 
- Teraz patrz Mark na mój śmiercionośny strzał. - krzyknął złowieszczo Dylan i ze wszystkich swoich sił kopnął piłkę. 
Piłka poszybowała w stronę jednego z łobuzów, trafiła ona z impetem Thomas'a twarz. Chłopczyk zatrwożony, szybko schował się za plecami Evans'a. Mark powoli podszedł do chłopaków.
- Czy mogę odzyskać swoją piłkę? - spytał spokojnie, po czym niespodziewanie dostał w brzuch.
W jego uszach nadal dzwoniły mu złowrogie rechoty.
- Teraz pokaże wam jak wygląda prawdziwy football! - krzyknął jeden z nich i mocno kopnął piłkę
Leciała ona prosto w stronę bezbronną Maddie. Przechodzący tam blondyn widząc to, niczym jak piorun podbiegł do dziewczyny i z mocą wystrzelił piłkę w stronę Roberta. Wystraszeni całym wydarzeniem zaczęli uciekać.
- Dziękuję Panu.- odparła nadal zatrwożona dziewczynka
Mark widząc ten strzał, nie mógł się napatrzeć na tego tajemniczego strzelca. Tym bardziej, nie mógł odpuścić tego, być poznać chłopaka bliżej. Nie zastanawiając się dłużej, podążył w kierunku, którym poszedł blondyn. Szybko przeciął mu drogę.
- Cześć... To było niesamowite! Może dołączysz do naszej drużyny? - spytał, podając rękę blondynowi w dowodzie uznania. 
Ten odtrącił rękę Evans'a i zaczął odchodzić. Nasz bohater to człowiek uparty, krzyknął za nim
- Poczekaj.
Chłopak odwrócił się na ułamek sekundy. A na jego twarzy malowało się strapienie. Chciał powiedzieć coś więcej, ale nie mógł z siebie wydusić słowa.
- Ja nie gram w piłkę. - sapnął, nie wdając się w dalszą rozmowę z Markiem, odszedł.
Evans był jednocześnie poruszony, zachwycony i zainteresowany jego zachowaniem. Spojrzał na zegarek i zorientował się, że jest już 18. Niemalże biegiem pobiegł do domu.

* Mark's POV *

" Mama mnie zabije..."  pomyślałem, zatrzymując się przed furtką.
Wleciałem do domu niezauważony. To chyba mój szczęśliwy dzień.
Zatrzymałem się i spojrzałem na fotografię dziadka.
- Dziadku... dzisiaj widziałem niesamowity strzał. Ten chłopak... jest potrzebny naszej drużynie. Chciałbym go spotkać. - powiedziałem z lekka zamyślony. 
- Mark, proszę w tej chwili idź się myć.
- Mamo... Rozmawiam z dziadkiem. - sapnąłem, zawiedziony tym, że nawet na chwilę nie mogę pobyć i porozmawiać z dziadkiem. 
Zawsze pragnąłem jak każdy wnuk, pogadać z nim i pograć w piłkę, jednak los nie wszystkim daje po równo ze swojego worka.
- Równie dobrze możesz to robić w łazience
Przewróciłem na jej słowa oczami. Po zaledwie 5 minutach. byłem czyściutki i właśnie spisywałem zadanie z matematyki. Nie jestem super uczniem, który zbiera same szóstki, no ale... staram się na miarę swoich możliwości. Rzuciłem zeszyt w kąt i sięgnąłem po stary notes. Jeszcze chwilę rozmyślałem nad zeszytem, który należał do mojego dziadka. Są tam różne techniki, które pozwolą mi stać się silniejszym - a przynajmniej mam taką nadzieję.

***

* No One's POV *

Zabrzmiał dzwonek i uczniowie udali się do swoich klas. Mark w tym czasie miał godzinę wychowawczą, gdzie mógł spokojnie odetchnąć od innych przedmiotów. Do klasy wszedł nauczyciel Hemmings, a wraz z nim chłopak z którym, Mark się wczoraj spotkał. Brunet próbując nie zasnąć z wycieńczenia, bębnił ołówkiem w zeszyt.
- Drodzy uczniowie! Do naszej klasy dołączy nowy uczeń, Axel Blaze. 
Głos nauczyciela wyrwał Marka z krainy marzeń. Chłopak nie mógł uwierzyć, że znów go widzi. 

* Mark's POV *  

Uszczypnijcie mnie! Czy mi się śni? Znów go widzę. Dałbym sobie po twarzy, by sprawdzić czy to nie sen. Przede mną stał właśnie ten chłopak o którym rozmawiałem z dziadkiem. Teraz wiem o nim troszkę więcej - ma na imię Axel. Spojrzałem do góry.
" Dziękuję, dziadku na ciebie zawsze można liczyć " - i  chyba troszeczkę za głośno myślałem i bez zastanowienia wstałem z ławki.
- Ja go znam! - krzyknąłem, pokazując palcem na zdezorientowanego blondyna.
- Ooo.. to świetnie Mark. Mógłbyś wrócić na miejsce? - spytał retorycznie pan Hemmings, wskazując abym wrócił na miejsce. Jednak ja podążając za dobrą passą, podszedłem do jego ławki. Kątem oka widziałem, że ma dość mojej twarzy i tego jakim wzrokiem go darzę.
- Grasz w jakiejś drużynie?
- Tak, to znaczy grałem.. - odrzekł lekko speszony blondyn.
Następnie nauczyciel zajął się wypełnianiem krzyżówek. Nie miałem zamiaru czekać. Zadałem pytanie nurtujące mnie od wczoraj.
- Dlaczego nie chcesz z nami zagrać, Axel?
Blondyn westchnął głęboko na moje zapytanie.
- No cześć. - próbowałem zwrócić na siebie uwagę, ale on odwrócił ode mnie wzrok.
- Tak w ogóle to jestem Mark Evans. - próbowałem z wszelkich stron, byle by powiedział choć jedno słowo w moją stronę.
- Jesteś natrętny wiesz? - odparł, machając z bezsilności głową we wszystkie strony
- Widziałem cię wczoraj. " Nie gram w piłkę" - dobre sobie... Nigdy nie widziałem, kogoś takiego z takim kopniakiem... Przydałbyś się...
Axel otworzył usta i chciał coś powiedzieć, gdy nagle podbiegł do mnie cały zdyszany Steve. 
- Mark? 
- Co się stało? - spytałem z deka zdezorientowany.
- Chodzi o nasz klub... 


czwartek, 23 lipca 2015

Bohaterowie:

  
                Mark Evans



Mark to jeden z wielu narratorów tego opowiadania. Ma 17 lat i mieszka w swoim rodzinnym mieście Inazumie. Po swoim dziadku odziedziczył niesamowitą pasję do sportu jakim jest piłka nożna. Jak można opisać tego młodego człowieka? Wielki optymista, jest uparty i stawia czoła nawet najcięższym wyzwaniom zgotowanym przez los. Jak zapisze się w historii rodu Evans'ów? 

                 Diana Evans



Diana to młodsza siostra Marka. Poznajemy ją trochę później, więc warto poczekać! Ma niesamowity temperament, który odbiega od Marka. Jest wrażliwą dziewczyną z dużymi przejściami. Choruje na anemię sierpowatą. Dlatego też będąc 5-latką , matka wysyła ją do ciotki - do Stanów, gdyż jest tam o wiele lepsze leczenie i życie dla niej. Wraca po 12 latach do miasta, jak jej los się potoczy?

          Axel Blaze 





Najbardziej tajemnicza postać w tej całej historii. Tak jak większość bohaterów, kocha piłkę. Jednak pewne zdarzenia sprawiły, że odłożył pasję na bok. Uwielbia rozwiązywać wszelkie rodzaju łamigłówki. Jest najlepszym przyjaciele Diany, czy będą kimś więcej dla ciebie? Przez całe swoje życie ucieka przed przeszłością. Czy znajdzie swoje miejsce na ziemi?

     Maxwell Carson



Max'a trudno opisać jednym zdaniem. Dołączył do club'u piłkarskiego, tylko po to, by oderwać się od gier komputerowych. Uwielbia śmieszkować ze swoim najlepszym przyjacielem Nathanem. Jest fanem wszelkich rodzajów kapeluszy. Jest w paczce przyjaciół do której należy Diana, Axel i Nathan.


         Celia Hills 


Najspokojniejsza dziewczyna z wszystkich, które się tutaj pojawią.
Od początku zajmuje się gazetką szkolną, ponieważ w przyszłości chce zostać dziennikarką. Jest młodszą siostrą Jude'a, z którym przez dłuższy czas nie utrzymuje dłuższego kontaktu. Po tragicznym wypadku samolotowym ich rodziców, zostają rozdzieleni do zupełnie innych rodzin zastępczych. Czuje się odpowiedzialna za swojego brata, mimo, że on jest tym starszym. Dobro własne przekłada nad swoje własne. 


               Jude Sharp



 Na pierwszy rzut oka, można stwierdzić iż Jude to postać bardzo pewna siebie, okrutna i egoistyczna. Jednak rzeczywistość jest zupełnie inna, w środku jest zagubiony i nie wiem co z tym zrobić. Jest starszym bratem Celii, trzyma ją na dystans, ponieważ nie chce jej zranić tak jak Diany. Kocha grać w piłkę, jest to jego jedyna ucieczka od problemów. Czy znajdzie własne szczęście i ukojenie?


              Nathan Swift


  Kolejny śmieszny i pozytywny chłopak, mimo, że jego w życiu było mnóstwo smutku. Samobójstwo matki zdecydowanie odbiło się na chłopaku, wszystkie frustracje wyładowuje na swojego ojca. Jego pasją od zawsze było bieganie, dlatego należy do klubu biegaczy. Porzuca na chwilę swoją pasję, na rzecz piłki nożnej.



          Silvia Woods


Przyjaźni się z Markiem od małego. Jest zauroczona chłopakiem, jednak boi się odtrącenia. Będąc na wakacjach u swojej babci, poznaje Bobby'ego oraz Eric'a. Niestety jej dzieciństwo nie jest zbytnio wesoła. Pewnego dnia, jej przyjaciel Eric ginie w nieszczęśliwym wypadku. Wraz z Nelly, Celią i Dianą opiekuje się klubem. 


      Bobby Shearer



Nie może też zabraknąć tutaj typowego łobuza, jakim jest Bobby. Jednak prawda jest inna, ten chłopak wiele razy pomylił się w swoim życiu. W dzieciństwie miał najlepszego przyjaciela, Eric'a, który zginął w wypadku. Od tego czasu balował i podrywał laski przez wiele lat, jego życie odmienił Jude zapraszając go do Akademii Królewskiej. Nałogowo pali papierosy jest to spowodowane stresem, gdyż pracuje by utrzymać swoją rodzinę.  

           Nelly Raimon


Większość z was pewnie ją znienawidzi. Oto Nelly, córka założyciela szkoły Raimon, przewodnicząca szkoły i wszystkiego. Pragnie atencji od każdego chłopaka, gdyż doskonale wie, jak działa na chłopców. Za wszelką cenę, chce zniszczyć domek klubowy 11-tki. Czy miłość przemieni ją w pięknego motyla? 

            Eric Eagle




Jedna z niewielu postaci podobna do Marka. Na ogół jest on pozytywny, jednakże jest nieszczęśliwy. Po wypadku, lekarze dawali mu małe szanse na odzyskanie pełnego zdrowia. Było to dla niego bardzo przejmujące, gdyż od dziecka uwielbiał grywać z Bobbym i Silvią w piłkę. Po kilku miesiącach rehabilitacji, wyjechał do Stanów by w pełni oddać się piłce. Nawet nie podejrzewa, że dla swoich najlepszych przyjaciół jest już martwy.







wtorek, 21 lipca 2015

Prolog.



Mieliście kiedyś takie uczucie, że jesteście słabi, bezsilni? To poczucie, że jest się na marginesie społecznym. Każdy ma marzenia, choć tak naprawdę nie dąży do ich spełniania. Gdy teraz patrzę w przeszłość, nie mogę pojąć jaki głupi byłem. Ale tak było na samym początku... Mówią: "Początki są zawsze najtrudniejsze." W moim przypadku również. Nikt nie wierzył, że zrobię takie postępy... Wydoroślałem, choć nadal czułem się jak małe dziecko.
Nie przedstawiłem Wam się? Myślę, że na tą chwilę, nie potrzebujecie wiedzieć jak się nazywam. Kiedyś byłem malutką "torpedą", która przyciągała wszystkich jak jeden, wielki magnes. W większości były to problemy. Ale gdy tylko zobaczyłem to zacięcie w oczach... to musiało się udać... Ale chwilka, przecież to
to nadal trwa! Codziennie szczypię się w ramię myśląc, że to sen.
JA mógłbym być spełnionym człowiekiem? Kiedyś w to kompletnie nie wierzyłem. Teraz wiem, że mogę i jestem. Pewność siebie miałem od zawsze do teraz. Choć były chwilę zwątpienia... chciałem rzucić to wszystko w cholerę. Lecz gdy tylko nachodziły mnie takie myśli, zawsze znalazła się osoba, a raczej przyjaciel która doda mi trochę WIARY. Ludziom tego zdecydowanie brakuje. Nawet jeśli są idealni (choć nie są), to brakuje im tej wcześniej wspomnianej. Ale to nie takie - hop siup, to jest trudniejsze niż myślicie. Tej wiary nauczył mnie dziadek i  wiele innych ludzi. Mówią u mnie w mieście, że właśnie z tego słynę. Na pierwszy rzut oka ludzie uważają mnie za dziwaka - nie umiem się na nikogo gniewać. Dziwne, prawda? Nie wiem czy to zaleta/wada? Zapytacie mnie pewnie... czy uważam się za jakiegoś IDEALNEGO CHŁOPAKA BEZ SKAZY? O nie, nie. Niestety popełniałem i popełniam błędy. Wiecie ile ludzi zawiodłem? Nie starczyło by miejsca aby wypisać. Czasami pomimo dużych chęci, nie umiem pomóc ludziom. A nawet im szkodzę. Gdy już byłem bliski spełnienia, to wszyscy moi znajomi odchodzili. Pogubili się i nie wiedzieli co ze sobą zrobić. Czasem nawet skręcali na drogę zła właśnie przeze mnie. Wszyscy mówili, żebym się nie obwiniał... Ale ja w głębi wiedziałem, że schrzaniłem. Musiałem o nich zawalczyć. Pamiętam tą złość jak dziś, kiedy oni byli zachłyśnięci swoją ciemnością. Wtedy do moich oczu dochodziły łzy. Lecz zamiast się złamywać, z zacięciem przywoływałem nasze WSPÓLNE walki, emocje i wspomnienia. Może życie nie jest takie złe? Co innego powiedzą samobójcy - dla nich jest złe, na ich drodze pojawiają się trudności, których nie potrafią. Ale ja Wam mówią, nie wydawajcie pochopnie opinii na temat życia. Może się okazać, że się zmieni na takie jakie sobie wymarzyłeś. Jest jeden warunek, to ty musisz nim kierować. Nie oddawaj swojego steru komuś innemu, bo wtedy będziesz w kompletnej ciemności. Nic nie osiągniesz. Weź w sprawy w swoje ręce. Nie mów mi, że nie wiesz jak to zrobić - ty to wiesz, ja to wiesz.Weź się w garść i dąż do szczęścia. Będziesz upadać, ale to nie oznacza, że już nie wstaniesz. Otrzepiesz się z wstrętnych wspomnień i będziesz iść pod wiatr. WIERZĘ W CIEBIE! Ale przede wszystkim, nie rób tego dla mnie - zrób to dla siebie. Nie bądź ciamajdą - doskonale wiesz, że nią nie jesteś. Twoja podświadomość Ci to podpowiada? Nie mylę się? "O NIE,ON BĘDZIE ZARZĄDZAŁ MOIM ŻYCIEM, CO ZA ŚMIEĆ."  Ja Ci daję najlepszą radę na szczęścia. Ale oczywiście, to twoja wola co z tym zrobisz. Jak mówi porzekadło "Albo jesteś albo Cię nie ma". Ufam Ci, że postąpisz słusznie. Ja tu gadu-gadu, a muszę opowiedzieć Wam moją drogę spełniania marzeń.
Yym.. od czego tu zacząć?