piątek, 26 lutego 2016

Rozdział:31


"To Eric. O kurde, to mój przyjaciel niedźwiedź? Obojga przytuliłem ich do siebie. On żyje, on oddycha i on gada. Tak, wiem to brzmi, co najmniej, jakbym nigdy nie widział normalnego człowiek i co najmniej jakbym był jakimś kosmitą. Ale to takie... niewyobrażalne. Uszczypnąłem się w ramię - to nie sen.
- Eric! - wrzasnęła Dan, wskazując na niego palcem. - To ten Eric?!
- Panienka, która wpadła w słup! - krzyknął, śmiejąc się.
Ukradkiem spojrzał na jej nadgarstek i wtedy ponownie zaczęły się pocić słoną substancją. Czy ja o czymś nie wiem? "


* Eric's POV *



- Tato... tak się ostatnio zastanawiałem, co się stało z Silvią i Bobby'm. - odparłem, opierając się o ścianę.
Już dłuższy czas żyję w niepewności, to dziwne ponieważ mnie nawet nie odwiedzili.
- Już mówiłem ci... - nie oderwał wzroku od gazety.
Pokręciłem na to głową i postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Gdy nastał wieczór, zakradłem się do jego gabinetu - tylko tak mogłem się dowiedzieć prawdy. Zasiadłem w czarnym, dużym fotelu i szafka po szafce patrzyłem za czymś, co zaspokoi moją ciekawość. I gdy otworzyłem ostatnią, już traciłem nadzieję na znalezienie czegokolwiek i wtedy moją uwagę przykuło małe zawiniątko. To była gazeta, ta z dnia wypadku, na pierwszej stronie widniało moje czarno-białe zdjęcie, a napis pod nim zmroził mnie - Niewinna gra i nierozważna jazda kierowcy doprowadziły do śmierci syna naszego burmistrza. Trzasnąłem pięściami w biurko i wybiegłem stamtąd. Już było bardzo późno, a ja podjąłem decyzję - muszę wyjechać, wyjąłem torbę i zacząłem się pakować. O 4 rano postanowiłem się zmyć, nie miałem zamiaru wysłuchiwać słabych argumentów ojca, już nie jest w stanie mnie omamić. 
I tak znalazłem się wewnątrz latającej machiny, minęło parę dobrych godzin i wyszedłem z samolotu. Wziąłem głęboki wdech, poczułem jak świeże powietrze trafia do moich nozdrzy i tak oto znalazłem się w Japonii. Nigdy bym się tu nie wybrał, jednak przez to wielkie gówno, które narobił mój ojciec - muszę wszystko naprawić i oto jestem. Nigdy mu tego nie wybaczę, pamiętam to jak dziś... Miałem jakieś 9 lat, jak zwykle graliśmy piłkę (ja, Silvia i Bobby), i w nieodpowiednim momencie piłka wyleciała na jezdnię, a ja za nią pobiegłem... i wtedy też potrącił mnie tir. To dziwne uczucie mrowienia, które pojawiło się po raz pierwszy po wypadku - towarzyszy mi nawet do teraz. Przez parę ładnych lat leżałem w szpitalu. Gdy odleżałem swoje czyli - jakieś 2 lata trafiłem do reprezentacji jako najmłodszy. A później co się dowiedziałem? Nie jestem jednak już tak idealny jak wcześniej, wszystko przez ten cholerny wypadek. Otóż, stwierdzono, że moje serce nie wytrzymuje tak szybkiego ruchu. Mało się tam nie zalałem ze śmiechu, na prawdę? Co jeszcze masz mi do zaoferowania losie? Mimo tego, robię to co kocham, a teraz najważniejsze jest to, że muszę to wszystko naprawiać. Ostatnio  nawet, zauważyłem Bobby'ego i Silvię w telewizji z jakimś club'em o nazwie Raimon. Nie mogłem poskromić swojej ciekawości. Nawet zadzwoniłem do Sil lub do Bobby'ego, ale pewnie mieli nieaktywny numer - ponieważ gdy wybierałem ich numer, to słyszałem puste b r a k o d p o w i e d z i. Ja rozumiem.. mój ojciec miał ciężkie chwile, w  końcu zajmuje stanowisko burmistrza. Ale żeby mnie uśmiercać? Dla dobra kogo? Jego? No nieźle... niech jeszcze poradzi się  swojego świetnego psychologa to może za niedługo matkę przemieni w alkoholiczkę. Stanąłem w miejscu - no tak, przecież nie wiedziałem gdzie jestem. Po krótkich zwiadach dowiedziałem co gdzie i jak, udałem się wedle wskazówek tutejszych do gimnazjum, gdzie chodzą moi przyjaciele. Nie tylko ta sprawa mnie tu sprowadziła, chciałem się odseparować od ojca i dlatego przeniosłem się też do tutejszej szkoły. W końcu jest mi to obojętne, dla wszystkich jestem martwy. Szedłem sobie spokojnie, gdy nagle usłyszałem jakiś dziwny brzęk. Obróciłem się i jakaś dziewczyna najwidoczniej była tak zafascynowana swoim jedzeniem, że aż przydzwoniła głową w słup. Zaśmiałem się pod nosem. Swoją drogą, gdy tak na nią spoglądnąłem,ona mi kogoś strasznie przypomina. Ale czy to ona? Czy to możliwe.. Nie wydaje mi się. Pewnie nadal siedzi w szpitalach na praktykach. Pamiętam jak kiedyś przyszła na mój sparing i zaczęła śpiewać i ten głos anielski! Pod koniec lata niespodziewanie zniknęła. Sam nie wiem... może przenieśli ją? Sama mi często mówiła, że pragnie, a nawet musi wrócić do swoich. Ale gdzie są ci jej "swoi"? Chyba się nigdy nie dowiem. Nim się zorientowałem już znajdowałem się nad boiskiem. Na nim jacyś goście rozgrywali meczyk, z fascynacją oczach podszedłem bliżej. Rozpoznałem w mig kapitana tego całego Raimona - toż to Mark Evans tak zwany przez cały internet jako człowiek ze skały. Nagle pod moimi nogami podpełza  piłka. No nie mogłem się powstrzymać... wziąłem ją do ręki i zacząłem kopać. Wyminąłem parę zawodników, nawet tego całego Blaze'a. Kolejny już nie był taki hop-siup do ominięcia, chwilami nawet próbował mnie wyczuwać, jednak kochaniutki jeszcze nie jest w stanie tego zrobić, nadejdzie jeszcze moment ten moment. Posuwałem się coraz bliżej bramki i z impetem strzeliłem prosto na bramkę. Zmieszany Evans rzucił się na piłkę. To wywołało niemałe zmieszanie pomiędzy nimi, obróciłem się i zauważyłem go - tego dupka do trójkąta! Ach, zmienił się, wydoroślał i jest sto razy większy ode mnie. Tymczasem on nie odrywał ode mnie wzroku. Bez zastanowienia zamknąłem go w szczelnym uścisku.
- Ej, stary... Nie poznajesz? -  zaprezentowałem się wszystkim wokół, że jestem cały i zdrów.
- Nie znam cię... Stary? - spojrzał przenikliwie. - Czekaj. Tylko jeden mógł mi tak mówić...
- Ha! Shearer, to ja! - powiedziałem, salutując. - Eric Eagle.
- Ty nie żyjesz.
- Tak szybko wam mnie mój ojciec uśmiercił? Ajć.
W tłumie gapiów ujrzałem i Silvię, która nadal była piękna, a nawet może piękniejsza. Również wpadłem w jej objęcia.
- To ty... - jęknęła, nadal będąc we łzach. 
- Eric! - wrzasnęła brunetka, która znalazła się nagle przy boku Sil. - To ten Eric?!
- Panienka, która wpadła w słup! 
Ukradkiem spojrzałem na jej nadgarstek. Fajny tatuaż, dziwnie znajomy... Osz w dupę! To nie może być! Zacząłem biegnąć w jej stronę i uścisnąłem ją. Ona również zmieniła się i to znacznie - z biednego, zbitego psiaka po rozstaniu w dość fajną, silną dziewczynę.
- Misiaczek, kochanie moje drogie! - jęknąłem, ponownie biorąc ją w objęcia i całując po policzkach i czole.
- Eagle udusisz mnie. - wymamrotała. - Tęskniłam za tobą i za tym...
- ... odeszłaś bez pożegnania i to nieładnie z twojej strony, wiesz?
- nadal trzymałem ją w objęciach. - Więc należy mi się okazanie mojej ogromnej tęsknoty!
Zacząłem nucić znaną mi i jej piosenkę. Same nogi aż skaczą!

* Mark's POV *



Albo to rzeczywistość albo jakiś wielki nieskładny sen, gdyż pewnie jak zawsze, nażarłem się sera przed snem. Muszę to wszystko poukładać sobie w głowie, najpierw widzę tego gościa przytulającego Bobby'ego i Silvię, a teraz... mówi do mojej siostry... Misiaczku? Kochanie? A potem zaczęli śpiewać jakąś piosenkę i do tego tańczyć. Spojrzałem po innych, Axel był jakoś dziwnie niespokojny, szybko podszedł do nich.
- Przepraszam, że przeszkadzam obściskiwaniu.. - Diana skrzywiła się w jego stronę. - ale co tu się odwala? 
Oni zaczęli się śmiać. 
- To może... pizza? - zaproponował Eric. 
- Czekaj pan. - wyskoczył za nim Nathan. - Najpierw gadanie, później jedzenie.
- Bez jedzenia nigdy nie jestem rozgadany. - sapnął i nim się spostrzegłem doszliśmy do jakieś pobliskiej knajpki. 
- To jak było? - spytał Bobby, udając werble
Chłopak na chwilę się zamyślił.
- Okej. To było tak...
" Udałem się do pobliskiego pub'u, aby się odstresować od tego wszystko, ponieważ w drużynie byłem pod dużą presją, ze względu na wiek. W każdym razie.. Gdy wszedłem do baru, moją uwagę przykuła pewna dziewczyna. Była inna niż te typowe "Stanowce" - nie miała na sobie makijażu, na jej twarz upadały kosmyki kasztanowych, małych loczków. Sączyła jakiś sok, a ja jakoś  postanowiłem do niej dołączyć.
- Witaj. - odparłem, przysiadając się.
Dziewczyna wręcz nie zauważyła mojej obecności. 
- Wiesz, jeśli chcesz ze mną flirtować. - sapnęła. - To nie dziś.. ani nigdy. 
Uśmiechnąłem się w jej stronę. 
- Lubisz niszczyć marzenia facetów, co? 
Ona tylko pokiwała na to głową.
- W sumie to mało mi zostało do stracenia? - wzruszyłem ramionami. - Pewnie i tak zaraz wrócę w podskokach do szpitala, także..
Dziewczyna nagle na mnie spojrzała i wtedy mogłem zobaczyć jej całą twarz - miała delikatne rysy, a jej oczy po tej wiadomości dziwnie się zaszkliły. 
- Coś o tym wiem. - przetarła twarz. - Tak jakoś grozi mi białaczka, moja oddana przyjaciółka anemia również mnie nie opuszcza.
Spojrzałem na jej oczy i nagle zaczęły się z nich sypać grochy łez. Jakiś bodziec kazał mi coś zrobić i ją przytuliłem. Czułem z nią takie wielkie powiązanie, jakbyśmy byli oboje z innego świata. 
- Panienko... - usłyszałem za sobą jakiś gruby głos. 
Szybko się odwróciłem.
- Odwal się koleś. - wstałem z krzesłą. 
- Oo Romeo, miło z twojej strony, że bronisz tej pani. Ale teraz zjeżdżaj. - i nim się spostrzegłem uderzyłem go pięścią w twarz. 
Moje serce szybko podskoczyło z tej adrenaliny. Nie zdawałem sobie sprawę z tego, że mój przeciwnik również nie był mi dłużny zadał mi cios w brzuch.
- Zostaw go! - jęknęła, przytulając mnie do siebie.
Oprawca zniknął z moich oczu. Poczułem na mojej twarzy jej dłonie. Głaskała mnie po głowie.
- Najchętniej też bym cię pobiła, ale zlituje się. - powiedziała, ciężko wzdychając.
Powoli wstałem. Trochę kręciło mi się w głowie. Nagle poleciała piosenka, Walk to the Moon - Shut up and dance with me. Podałem w jej stronę rękę i zaczęliśmy tańczyć. Nie zapomnę tego jak później nas z tego pub'u wywalali."
- Jesteś mistrz, gościu! - krzyknął Bobby, przybijając z nim żółwika.
- Się wie!

* Axel's POV *



Sam nie wiem co we mnie wstąpiło, to jaką miał z nią relację... jak bardzo chciałbym móc podróżować w czasie, wtedy mógłbym być z nią tak blisko. Przytulał się do niej i patrzyli sobie głęboko w oczy - nie wytrzymam.
- Przepraszam, że przeszkadzam obściskiwaniu.. - Diana spojrzała na mnie lekko zdezorientowana. - ale co tu się odwala? 
Oni zaczęli się śmiać. 
- To może... pizza? - zaproponował Eric. 
- Czekaj pan. - wyskoczył za mną zarówno jak ja zaintrygowany Nathan. - Najpierw gadanie, później jedzenie. 
- Bez jedzenia nigdy nie jestem rozgadany. 
Mam ochotę, aby tego Eric'a jeszcze raz ten tir przejechał, ale teraz tak konkretnie. No powiedzcie mi, co wy byście zrobili - gdyby jakiś nie wiadomo kto, nagle powiedział do waszej wybranki czułe kochanie. I na dodatek trzyma łapy na twojej lubej... aż na samą myśl o tym wspomnieniu, zaczynam się gotować z zazdrości i gniewu. Gdy ją odprowadzałem, cały czas się uśmiechała, ale pewnie nie z mojego powodu.
- Coś się stało? - spytała niepewnie.
Ja tylko pokiwałem głową. Co miałem jej powiedzieć?  -  No wiesz jest taka sprawa... jestem o ciebie cholernie zazdrosny, więc nie będziesz miała nic przeciwko, aby spacyfikować Erica, prawda? Nie miałem zamiaru wypowiadać tych myśli na głos.
- Axel. - zatrzymała mnie. - Chodzi o Eric'a?
- Czy ten cały dzień musi wokół niego kręcić? 
Dziewczyna dziwnie na mnie spojrzała.
- Jesteś zazdrosny? - zaczęła się śmiać.
Na mojej twarzy nagle pojawił się rumieńce.
- Nie prawda.. - próbowałem się wykręcić. - Jesteśmy przecież najlepszymi przyjaciółmi.
- To prawda... ale to jak na niego naskoczyłeś...
- Po prostu nie wiedziałem co się dzieje... myślałem, że jesteś w niebezpieczeństwie... 
- Spokojnie. - sapnęła, machając ręką na moje słowa.- Ja i Eric jesteśmy bardzo bliskimi przyjaciółmi... zupełnie tak jak ja i ty. Pamiętaj, nic nie zaważy na naszej relacji, ponieważ mi na niej bardzo zależy. - odparła, ściskając mnie za ramię. - Zawszę cię będę uwielbiać, pączuszku.
- Nawet nie wiesz jak mi się ciepło zrobiło na serduszku!- uśmiechnąłem się lekko. 
Skoro on tu jeszcze jest, to... muszę rozegrać i to szybko! Muszę jej powiedzieć co czuję, inaczej pan Eagle przejmie ją na wyłączność. Nie mogę w nieskończoność tego chować (to i tak już się wymyka się spod kontroli). Nathan od początku miał rację, miałem tyle czasu... a teraz już go coraz mniej. Muszę się pośpieszyć, gdyż całe swoje życie będę siebie nienawidził, za to, że odpuściłem sobie najwspanialszą rzecz na świecie, jaką jest miłość do Diany. 

* Silvia's POV *



Po przepracowanym dniu oraz treningu chłopaków, wróciłam do domu późno. Jako, że zazwyczaj w wieczory poświęcam sobie najwięcej czasu, postanowiłam nałożyć jakąś maseczkę. Tak był wczoraj wieczorem, jednak gdy byłam wciągnięta w fabułę filmu, ktoś do mnie dzwonił. Pamiętacie słynną zasadę, którą nauczyli was rodzice?- nie otwieraj i tym bardziej nie odbieraj od nieznajomych, tak więc nie odebrałam. Ale kiedy dowiedziałam się, że to było połączenie ze Stanów, mało nie dostałam zawału. I po południu miałam wielkie zakłopotanie jak większość grupy,  jak powiedział do Diany - kochanie. Odkąd pamiętam podobał mi się Mark, ale Nelly jak łasy niedźwiedź rzuciła się na niego. Trafiony-zatopiony. Ale teraz coś się zmieniło, uświadomiłam sobie, że to Eric mi się od zawsze podobał. Mówią: "Stara miłość nie rdzewieje", racja moje serce stanęło w miejscu kiedy go zobaczyłam. Zmienił się, jest bardziej... dojrzalszy? Jak patrzę na niego i Bobby'ego to aż serce mnie ściska, po mimo przeciwności losu zawsze się odnajdziemy. Mam przy sobie dwie największe miłości z dzieciństwa. Związek z Bobby'm było jak pole bitewne,  na którym patrzy się tylko czy ci ktoś bombę pod ucho nie przystawi. Też tak było, pamiętam jak tą "bombą" okazała się jakaś ładna dziunia z wielkimi cyckami. Wracając do rzeczywistości, w barze spędziliśmy jeszcze dwie godziny, potem ja i Eric byliśmy sam na sam, spojrzałam na niego nadal nie dowierzając. 
- Co się gapisz? - zaśmiał się. - Nadal zamurowana?
- No wiesz, mi nie było do śmiechu, kiedy musiałam wygłaszać mowę pożegnalną na twoim pogrzebie. - odparłam, wzdychając.
Jako jeszcze dziesięciolatka potrafiłam pisać świetne przemowy, a tak wtedy mi się przynajmniej wydawało. Przynajmniej wiedziałam, że umiałam pisać... nie to co Shearer. Chłopak przybliżył się do mnie i objął ramieniem.
- Narobiłem ci niezłą psychiczną klatkę. - sapnął, patrząc w gwiazdy. - Cholera.. jesteś silna Silvia.
- Ja nie powróciłam zza światów. - machnęłam na jego słowa ręką.
Uszczypnęłam jego nos, a na jego twarzy twarzy pojawił się słodki grymas, po czym zaczął kichać.
- Nawet teraz uwielbiasz mi to robić, co? - spytał, po czym dodał. 
- Eric... nie!
- Czas się więc odegrać! Zemsta będzie słodka! - biegłam jak oszalała pomiędzy drzewami. 
W końcu ukryłam się nieopodal wierzby. I gdy już myślałam, że jestem bezpieczna, nagle on  przygwoździł mnie do drzewa. 
- Bang, bang! - krzyknął, formując z dłoni pistolet.
- Amerykanie!  - jęknęłam, na co on zbliżył się do mnie. - Co ja... biedna ofiara losu mam począć?
Matko, miałam tę scenę tak tylko w snach. Zawsze wtedy przerywał nam dźwięk budzika, ale... tu nie ma budzika. Spojrzałam nieśmiało w jego oczy, znalazłam w nich pełno małych iskierek. Odległość między nami zmalała, ręką gładził mi twarz.
- Chcę to naprawić. - i kiedy już miał mnie pocałować, ja szybko się oddaliłam. - Przynajmniej tak mogę ci te lata wynagrodzić...
- E-eric... - musiałam unormować mój oddech. - Nie wiesz jak bardzo czekałam na tą chwilę, ale.... mieszasz. 
- Co masz na myśli? - spojrzał na mnie zdziwiony. - Czy nie tego zawsze pragnęłaś?
- Dopiero co przyjechałeś.. a ja jestem w szoku... - złapałam się za głowę. - Przepraszam.
- Kurwa, głupi jestem. - warknął, łapiąc się za głowę. - Choć raz chciałbym być szczęśliwy, chciałem ciebie uszczęśliwić. Może.. powinienem pójść tam... skąd wróciłem.
- Eric.. to nie tak. - w jego oczach nagle pojawiły się łzy.
- Silvia, wpadam do waszego życia i oczekuję cudów, to wszystko... 
- Nie mów tak! - powiedziałam, łapiąc za go za rękę. 
On ją szybko wyrwał. 
- To nie jest mój moment, to nie jest nasz moment. - sapnął i zaczął biec w nieokreślonym kierunku. 


* następnego dnia *


* Diana's POV *


Obudziłam się w idealnym nastroju, spojrzałam na telefon i zauważyłam nieodebrane połączenie od Erica. Spojrzałam na godzinę, 7;36 -  mam mało czasu, szybko skierowałam się do łazienki. Tam doprowadziłam się do ładu i składu, z szafy wyjęłam parę ciuszków. I jak to zwykle bywa mój oddany piesek o imieniu Axel przyszedł po mnie do szkoły. Zachowywał się... jakoś inaczej. Uśmiechał się, co mnie przerażało, ponieważ nie zawsze goszczę taki widok u niego na twarzy. Wyglądało na to, że coś szykuje albo coś poważnego się stało i nie chce mi tego powiedzieć. Moje urodziny są dopiero późną jesienią... może, on idzie na randkę z kimś? Na samą myśl, aż coś zakuło mnie w serce. 
- Przestań, dobrze? 
- Raz w roku człowiek będzie uśmiechał, to już zło? - przewrócił oczami.
- Zazwyczaj jesteś ponury, irytujący i sarkastyczny. - spojrzałam na jego twarz.- A dziś... jesteś jak Nathan.
- O nie, nie porównuj mnie nawet do niego. - powstrzymał mnie. --Dobrze wiemy, że żeby stać Swift'em trzeba nie mieć odpowiedniej klepki w głowie.
Nagle poczułam wibrację w kieszeni, to mój telefon, spojrzałam na ekran - dostałam wiadomość, to było od Silvii.
od SIV: Diana! Wczoraj Eric chciał mnie pocałować i...
ja go odtrąciłam, a on się spłoszył i nie wiem co zamierza zrobić. 
Przez chwile straciłam oddech. Odkąd tu przybył nic się od niego nie dowiedziałam i nie wiem co u niego. Nie wierzę w to, żeby coś sobie zrobił, ale... jeśli Silvia go odtrąciła...
do SIVI: Co zrobiłaś!? Silvia, bądź dobrej myśli. Spokojnie, na pewno znajdzie się cały i zdrowy.
Przyśpieszyłam kroku, blondyn widząc to chwycił mnie za rękę.
- Diana... co jest? - spytał zaniepokojony.
- E-eric... - wydukałam. - Może być w niebezpieczeństwie.
Dziwnie się zmieszał.
- Obdzwoniłaś Bobby'ego? - zaczął wymachiwać rękami. - Może jest u niego... w końcu są przyjaciółmi. 
Pięć minut później znajdowaliśmy się w szkole - ja na angielskim, a Axel na matmie. Przez chwilę pisaliśmy do siebie gdy była taka okazja, ale zrezygnowałam z tego, gdyż mogło by się to skończyć odebraniem mojego telefonu przez nauczycielkę. Czekałam tylko aż lekcja się skończy, aby wygalopować z klasy i pogadać z Bobby'm. On musiał coś wiedzieć. Jak widać, dzisiaj moje prośby się spełniają! Jak na klaśnięcie rąk zadzwonił dzwonek, kierowałam swoje kroki do szafki Shearer'a.
- Dianka! - krzyknął i już chciał mnie przytulić, ale mu przerwałam.
- Gdzie jest Eric?
- U mnie w domu. - odparł, głupio się szczerząc.
Ja z Silvią prawie obgryzłyśmy nasze wszystkie paznokcie, a ten poszedł do Bobby'ego.
- Niech cię trafi... Amerykanie. - wyklęłam go. - Wszystko u niego okej.
- Evans... - urwał cicho, drapiąc się po karku.
- Proszę powiedz, że jest w kawałku! - złapałam go za ręce. 
Nagle u mojego boku znalazła się Silvia, a jej oczy wyglądały zupełnie jak duże kocie ślepia, kiedy jest już ciemno.
- Co sobie zrobił!? - krzyknęła, przyciskając Shearer'a do ściany.
- Oj no.... - próbował nie zdradzić przyjaciela. - Pociął sobie całą rękę... 
- I ty na to pozwoliłeś? - złapałam się za głowę.
- Okej, puść mnie teraz, już! - jęknął żałośnie. - Silvia, ja ładnie proszę... 
- Miałeś zamiar nam o tym powiedzieć? - warknęła w jego stronę i nie odpuszczała
 - Axel!  - krzyknął w stronę Blaze'a.
Ten podbiegł do nas. Lecz jeszcze za nim mu pomógł, zrobił mu pamiątkowe zdjęcie. Potem podszedł na szatynki i powoli uwolnił spoconego i zatrwożonego o swoje życia blondyna.
- Jedźmy do Eric'a. - powiedział spokojnie Axel, próbując ją uspokoić.
Dziewczyna spojrzała na Bobby'ego złowrogo.
- No dziękuję, że ją w ogóle powstrzymałaś. - zaczął poprawiać zmiętą koszulkę. - I tak oto bluzka poszła się jebać..
- Trzeba było nam od razu powiedzieć lub napisać, że Eric jest u ciebie. - wymamrotała Silvia, łapiąc się za głowę.
- Wy nie rozumiecie...
- Przecież do ciebie napisałam, głupku, a ty mnie zbyłeś. - przystawiłam mu mój telefon do twarzy.
- Nie... Eric wziął mój telefon. Uwierz, że chciałem coś zrobić, ale... - sapnął. - Wtedy powiedział mi, że jak zadzwonię do którejś z was, to zrobi sobie coś. Jako że ja nie jestem podatny na żaden szantaż, powiedziałem, że i tak zadzwonię. On wtedy wziął wtedy nóż... coraz bardziej przybliżał go do swojego ramienia. 
- Matko kochana? - Silvia opadła w ramiona Axela.
- ...I w końcu zrobił sobie sieczkę na ramieniu. - przetarł twarz. -Nie miałem innego wyboru i nie zadzwoniłem, bo byście go już żywego nie zobaczyły. 
Nie wierzę w to, że Eric był w stanie sobie zrobić coś takiego. Ale co się dziwić? - czuł się niepotrzebny. Silvia go odrzuciła, ojciec uśmiercił, a na dodatek najlepszy przyjaciel chciał wydać. 
Od razu po szkole, udaliśmy się do mieszkania Shearer'ów. 

* Eric's POV *


- E-eric... Nie wiesz jak bardzo czekałam na tą chwilę, ale.... mieszasz. 
- Co masz na myśli? - poczułem, jakbym został uderzony w policzek. - Czy nie tego zawsze pragnęłaś?
- Dopiero co przyjechałeś.. a ja jestem w szoku... - złapała się za głowę. - Przepraszam.
- Kurwa, głupi jestem.  Choć raz chciałbym być szczęśliwy, chciałem ciebie uszczęśliwić. Może.. powinienem pójść tam... skąd wróciłem.
- Eric.. to nie tak. 
- Silvia, wpadam do waszego życia i oczekuję cudów, to wszystko... 
- Nie mów tak! - powiedziała, wyrwałem się z jej uścisku 
- To nie jest mój moment, to nie jest nasz moment. - skołowany tą całą sytuacją, chciałem zniknąć, więc po prostu uciekłem.
Ale ja na prawdę nie chciałem włazić z buciorami w ich życie i wszystko zmieniać. Po tym jak Silvia mnie odrzuciła, miotałem się jak kupka siana po mieście. Chciałem nawet ze sobą skończyć, ale wtedy nie wiadomo skąd pojawił się w mojej ręce telefon, wybrałem numer do Bobby'ego.
- Halo?
- Weź mnie do siebie.
- Słucham?
- Bobby.. nie mogę sobie sam z tym poradzić.
- Cholera Eric, gdzie jesteś?
- Na moście..
- Dobra, zaraz do ciebie idę. - szybko się rozłączyłem.
Zacząłem ryczeć jak dziecko, nie wiedziałem co zrobić, czułem się nikomu niepotrzebny, moje życie więc nie miało określonego celu. 
Nagle zobaczyłem blondyna, podbiegł do mnie, zauważyłem, że miał na szyi ślady szminki. 
- Od Celi, co? 
- Tak... Co tutaj robisz? 
- Zawieź mnie do swojego domu. - odburknąłem.
Chłopak podszedł do ulicy i zaczął gwizdać. Oczywiście pierwsza z taksówek się zatrzymała - szczęściarz. Zawiózł mnie do siebie, a ja Położyłem się na kanapie i owinąłem się kocem. Nagle usłyszałem dziwny dźwięk, spojrzałem na Bobby'ego. Chwycił swój telefon i już wiedziałem, że to któraś z nich już się do niego dobija. 
- Nie waż się! - warknąłem, wstając.
- Coś ty zrobił Eagle!? - wrzasnął. - Muszę to odebrać.
Chwyciłem nóż leżący na blacie.
- Spróbujesz, a...
- Eric, wiesz, że to na mnie nie działa. - zaczął się śmiać.
Zacząłem krzyczeć i wtedy... skończyło się to tak jak skończyło -nadszarpniętym ramieniem. Cały dzień to wielki ból. Wiem, że to zabrzmi bardzo źle, ale cieszę się, że matka Bobby'ego jest pijaczką, przynajmniej nie będzie pamiętać tego co tu się wydarzyło. Czytałem właśnie jedną z książek, gdy wszedł Bobby i one. Spojrzałem w ich stronę i szybko odwróciłem wzrok.
- Bobby, chyba Celia chce się z Tobą widzieć. - na jej słowa chłopak pośpiesznie wyszedł.
- Co wy tu robicie?
- Co ty wyprawiasz?! - krzyczała Sil.- Nie myślałam, że tak to się wszystko potoczy... chciałeś zniknąć tym razem na zawsze! Egoista!
Odpowiedziałem jej ciszą. 
- Eric... - jęknęła Evans, łapiąc się za głowę. -  Powiedz coś do mnie.
- To moja decyzja i guzik wam do tego! - warknąłem, trzaskając książką o ścianę.
- Eric.... Pociąłeś sobie ramię... - sapnęła szatynka. - Matko dobrze, że Bobby tutaj był... nie przeżyłabym gdybym cię kolejny raz straciła.
Skierowałem swój wzrok na nią. 
- Mówiłaś, że nie jesteś gotowa na mnie. - odparłem jakby to były zwykłe słowa, którymi one nie były. - Nauczyliście się żyć beze mnie, więc proszę nie mów, że nie wyobrażasz sobie życia beze mnie.
- Postradałeś zmysły. - wskazała na ramię. 
- Ja? Ależ skądże, ja się bawię w Popka. 
- To na prawdę nie jest śmieszne. - oglądnęła ranę. - Mogłeś się wykrwawić...
- A wy znowu swoje. Widzę, że wam nie przegadam... - podniosłem książkę z ręki. - Czy możecie łaskawie wyjść?
- Mam dość. - fuknęła Diana, biorąc moje ubrania w garść. - Wiedz, że kiedy przekroczę ten próg... nie wrócę, więc nie dzwoń do mnie jak ci się zrobi kuku.
Po czym oburzona trzasnęła drzwi i opuściła dom Bobby'ego. Ponownie zostaliśmy sami, ja i Silvia.
- Silvia... - zacząłem klękać. - Kocham cię. 
Dziewczyna spojrzała na mnie zatrwożona, a potem niespodziewanie mnie pocałowała, lecz nie puściłem jej ust tak szybko. Gdy ta piękna chwila się skończyła, dostałem od niej siarczystego policzka.
- Co tym razem zrobiłem źle? - jęknąłem, masując pulsujący czerwony placek na policzku.
- Nigdy prze nigdy już tak nie zrobisz, rozumiesz? 
Nagle zaczęło mi się kręcić w głowie. Usłyszałem jak brunetka zaczęła krzyczeć i wybiegła z domu. Mignęła mi nad głową sylwetka Diany.. i tu się film urywa. Tak to jest kiedy moje serce jest nasączone zbyt dużą dawkę adrenaliny.


niedziela, 21 lutego 2016

Rozdział:30


"Uśmiechnąłem się. Teraz zrozumiałem, dlaczego Mark mógłby być dla nich motywacją na każdy dzień. On jest sercem tej drużyny - jeśli on zawodzi, to reszta też. Właśnie staję przed największym wyzwaniem, jeszcze kiedyś bym czegoś takiego nie zrobił. Chyba stałem się bardziej spontaniczny. W sumie... podoba mi się to!"




* No One's POV * 

Rywalem okazał się, niepokonane jak dotąd, Technikum Rolnicze. Placówka z farmerami, rolnikami? Ale.. jak oni mogli wygrać? Zadźgali na śmierć przeciwnika... motyką? A ta ich wspaniała obrona to pewnie - GRABKI SPRAWIEDLIWOŚCI. Nastały zmiany w drużynie Raimon, za Sama gra teraz Jude. Chwilę potem Raimon i "Rolnicy" pojawili się na boisku, kapitanie jak to zwykle bywa, podali sobie ręce. Jasnym było, że rozpoczyna gość - Raimon. Nim zdążylibyście mrugnąć, nastąpiło szybkie podanie Kevin'a, a potem do Axel'a. Blondyn popędził szybko do strefy ataku technikum, zręcznie omijając obronę. Wszystko przebiegało w miarę dobrze, a można rzec idealnie... Dopóki podanie nie zostało doprowadzone do Steve'a. Steve z konsternacją na twarzy skierował piłkę do Timmy'ego, lecz piłka poleciała zupełnie gdzie indziej. Na szczęście piłka pojawiła się w pobliżu Bobby'ego, a chłopak podał do Todd'a. Piłka poleciała jak błyskawica i nawet sam Ironside jej nie zauważył. Coś jest nie tak... Na treningu były podobne sytuacje, ale nikt się tym nie przejmował. Wszyscy żartowali, że to z powodu stresu. Jednak to nie to było tego powodem... To nie umknęło również uwadze bystrego oka Sharp'a. Próbował to jakoś rozgryźć, jednak jeszcze nie znał pewnej odpowiedzi na swoje pytania. Tymczasem piłka była w posiadaniu Rolników i ku zdziwieniu wszystkich, żaden z nich nie użył wspomnianej wyżej motyki ani grabek. Raimon przy nich poruszał się jak ślimak, to na prawdę dziwne. Na bramkę Evans'a zmierzał Sunset, jeden z atakujących technikum. Nagle przy jego nodze pojawił się dziwny blask, niczym promienie słońca. I taka oto piłka poleciała w stronę pola bramki, a jej blask ogarnął całą halę. I gdy już promienie znikły, piłka już leżała w siatce. Na prowadzenie więc wychodzi Rolnicze. Jednak Raimon nie załamuje się tak łatwo, w końcu też znalazł się sposób na dobre podania. Po prostu trzeba było się posłuchać Sharp'a, czyli najlepszego stratega pod słońcem. Pomachał ręką do Mark'a i chociaż nie było czasu na pogawędki, trener poprosił o czas.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że tu jesteś.. - jęknął, przecierając czoło.
- Nie ty jeden... - murknęła nadal naburmuszona Diana.
- Ale my tu gadu-gadu a czas tyka. - przerwał naszą pogawędkę Kevin.
- Okej... postawię sprawę jasno. - klasnął w dłonie Jude. - Wiem, że podczas treningów ciągle zdobywacie nowe umiejętności, wasze postępy są rewelacyjne.
- Aż się zarumieniłem. - sapnął Jack, chowając twarz.
- W każdym  razie... - kontynuował Jude. - Nie wszyscy jesteście na tym samym poziomie.
- A no tak... trzeba być czterdziestoletnim zwycięzcą by stanąć obok ciebie na boisku. - wystrzelił Nate.
- Nie czas na nieprzyjemności Swift. - sprostował go trener.
- Tak jak mówiłem.. każdy z was poprawił się w różnym stopniu.
- I stąd te nieścisłości w grze. - dokończyła Diana, a oczy wszystkich zwróciły się w jej stronę.
- Dokładnie.
- A więc to nie jest wynik stresu? - zapytał Sam.
- Co proponujesz. - na twarzy Jude pojawił się przenikliwy uśmiech.
- Są to różnice stosunkowo niewielkie i wiem jak im zaradzić. - spojrzał w stronę Nathana. - Ale musicie mnie posłuchać.
- A więc to dlatego on tutaj jest. - zajarzyła Celia wraz Silvią.
- Skoro tak mówisz... to cała naprzód! - klepnął go w ramię Mark.
I w tym samym momencie dobiegła końca ich przerwa, zawodnicy znaleźli się na murawie. Przez następne pięć minut Raimon nie udolnie próbowało dostać się do pola karnego. Gdy już był przy piłce Dragonfly, nie zamierzał zrezygnować z okazji i zastosował SMOCZY CIOS. Ale niestety... przed nim pojawił się mur, a piłka się od niego odbiła. Nigdy nie mówicie B, zanim powiecie A - tak to przysłowie idealnie pasuje do mojego i (zapewne waszego) mniemania o tym przeciwniku. Nastał koniec pierwszej połowy, co teraz pocznie Raimon?
- Jest źle... - położył się zdewastowany Jim. 
- Nie ma co się załamywać.. - odparł Mark, lejąc na siebie zawartość butelki. - Na pewno jesteśmy w stanie to wygrać.
- Tia, jak tylko się przedostaniemy na drugą stronę. - sapnął Max. 
- A to będzie trudne. - zawył Jack, wzdychając.
- E tam, da się zrobić. - Sharp machnął na ich obawy. - Potrzebny jest do tej akcji Dragonfly.
- To nie zadziała. - wyskoczył Max, stwierdzając fakty.
- Będzie wabikiem, poudaje, że naciera na bramkę. Wtedy będzie kryła go piątka... A co się z tym wiąże? Nie będą mogli zastosować swojej obrony. 
Między zawodnikami powstało wielkie poruszenie. Otóż kiedy Kevin zostanie przynętą, Axel nie będzie mógł wykonać strzału.
- Czyli... Axel, nie będzie uczestniczył w akcji? - miliony zwątpień przeszło przez chłopców. 
- Zwariowaliście? - odburknął Steve. - To nie ma najmniejszego sensu. 
Do konwersacji dołączyła się młoda Evans.
- Nie mamy za dużo czasu. - przerwała ich żałosny lament. - Postawmy sprawę jasno, temu człowiekowi nie można ufać...
- Diana... - jęknął Mark.
- ... ale, to nasza szansa, żeby cokolwiek zrobić. Poza tym Axel sam po boisku latać nie będzie, nie zapominajcie o tym. - odparła, mierzwiąc włosy blondyna.
Zawodnicy powoli pokiwali głowami twierdząco.Tak jak powiedziała Diana, czasu jest coraz mniej, nadeszła kolejną cześć meczu - druga połowa. Piłka jest teraz w posiadaniu Raimon'a, a więc czas na akcję z wabikiem. Wszystko szło dobrze, do czasu... I gdy już się wydawało, że teraz Raimon zdobędzie punkt dzięki  lecącemu w powietrzu SMOCZEMU TORNADO, wtedy znowu pojawiła się żelazna obrona. Kolejna piłka przy nodze zawodników Raimona, tym razem akcja rozgrywa się z udziałem Wallside'a i Blaze'a - ZRZUT INAZUMY. To na nic, został im już tylko Mark do wykorzystania. Jude kopnął piłkę w stronę swojego bramkarza, wtedy kapitan Raimon wykonał akcję z Axel'em tak zwaną - INAZUMA 1. Kolejny porażka, czuję, że duch walki powoli opuścił drużynę. Czy to koniec? To co, rączki do góry i się poddajemy?

* Jude's POV *





Spojrzałem na innych zawodników. Ich oczy już nie błyszczały tak jak wcześniej, malowało się w nich zmęczenie. Każdy ma już dość, odpala im się słaba wola walki... Co ja mam tu do powiedzieć? Od zawsze byłem pewny siebie, w końcu wygrywałem kilka lat pod rzędu, a moje słowa im nie pomogą, gdyż pogrążyłem ich na samym początku. 
To koniec. - jęknął Todd, padając na ziemię.
Pewność według moich kalkulacji wynosi ledwo pięćdziesiąt procent i podczas mojego obliczania, usłyszałem jego głos, głos kapitana.
- Chłopaki... co wy robicie!  - pokazał palcem na widownię. - Spójrzcie na nich, oni na nas liczą, a przede wszystkim j a  na was liczę. 
- Kapitanie... - Jack'owi cisnęły się łzy do oczu.
- Jesteście cholernie silni, sami nie wiecie jacy jesteście utalentowani... - rozłożył ręce. - Tej mocy doświadczyła Akademia Królewska, Cyborgi z technikum Mechatroniki, nawet gimnazjum Jing-jang miało z nami ciężko, zwariowane Dzikie gimnazjum udało nam się ujarzmić i zmierzyliśmy się z czymś dziwnym z gimnazjum Otaku. Wiecie ile ludzi chciało być teraz na waszym miejscu? Walczymy nie tylko o wygraną, ale i o uznanie oraz szacunek dla całego kraju. Bierzemy w dupę w troki i użyjmy naszej determinacji, która nas nigdy was nie zawiodła!  
Podniósł pięść do góry, a reszta zrobiła to samo, wydaliśmy mężny okrzyk.  Podziwiam go - Mark to na prawdę mądry chłopak. Spełnił swoje marzenia, nie miał żadnych barier. Tak samo jak ja, miał własną motywację (swojego dziadka), którego nie dane mu było poznać. Nagle w mojej głowie zabrzmiały głosy i przed moimi oczami pojawiła się retrospekcja.
- Spodziewałem się ciebie, panie Blaze. - odparłem, powoli się odwracając.
- Czy coś jest nie tak?
- Wszystko jest okej. 
- Ach, tak?  Dobrze wiem, że przeżywasz bardzo mocno ostatni mecz. 
- Co ty wiesz... możesz sobie tylko wyobrażać...
- Jesteś roztrzęsiony, tylko tego nie chcesz pokazać. 
- Sherlock Holmes. - zacząłem klaskać, gdyż dokładnie mnie rozgryzł. - Tak jest, właśnie przez tą głupią piłkę, straciłem wszystko... Dianę, Celię, przyjaciół
- Ej, ej, ej... - przerwał mi. - To nie jest wina piłki. Jeżeli dobrze pamiętam, to Diana odeszła dlatego, że byłeś kompletnym dupkiem wobec niej. 
- Jakbym tego nie wiedział. - przewróciłem oczami.
- A twoi przyjaciele nadal z tobą są. - on kontynuował swój monolog. - Dobrze wiedzą, że nie mogłeś z powodu nogi... 
- Ciekawe kto jest przyczyną tego wszystkiego, co? 
- To ci mogę przyznać... Ale co do tamtego tematu, twoi przyjaciele doskonale cię znają, wiedzieli o twojej kontuzji i o tym, że byłeś dupkiem. - wypuściłem powietrze z ust.
- Wow... nie spodziewałem się tego z twoich ust, Axel.
- Czy to prawda, że się zmieniłeś? - nadal zadawał pytania, był bezpośredni. 
- A ty co o tym myślisz? 
- Sam nie wiem co o tym sądzić. - podrapał się po głowie. - Ale skoro Mark ci zaufał, musiało się coś zmienić... Może, czas przejść na jego stronę?
- Czy ja wiem... - kopnął w moją stronę piłkę tak mocno jak potrafił. 
Dogoniłem ją najszybciej jak tylko potrafię i kopnął z tą samą mocą  w jego stronę, przy czym wydałem z siebie jęk boleści, gdyż odebrałem to jego kontuzjowaną nogą. Piłka poleciała wysoko, a ja wzbiłem się aż do nieba, wykonał OGNISTE TORNADO. Piłka wylądowała gdzie indziej, przez ten wykop wyparowało z niej całe powietrze.
- Może dołączysz do Evans'a... - wytarł z twarzy pot. - Pokaż swoim przyjaciołom jak ci zależy na nich i na piłce. "
Czuję się niczym jak Darth Vader, tylko ja w przeciwieństwie do niego, przeszedłem na dobrą stronę i raczej na niej pozostanę. Drużyna na jego słowa odżyła jak nowa, to dlatego są nie do złamania, podstawą tego jest ich (nasz) kapitan. Jest im jak wielki ojciec, jak serce bez którego cały organizm nie potrafi normalnie funkcjonować. A więc tak jak powiedział... cała na przód!


* No One's POV *

I kiedy wszyscy weszli na boisko, zaczęły się wielkie przepychanki. Jak widać determinacja wzrosła u obu zespołów, do bramki technikum już zbliżał się (określają go tak chłopcy z zespołu) doskonały kapitan - Mark, a zanim genialny strateg, Jude i ognisty chłopak, Axel.
- Co zamierzasz zrobić? - krzyknął zdezorientowany Axel.
- Mark... cholera. - jęknął Jude, który zauważył, że są coraz bliżej bramki.
- Zostawcie to wszystko mnie i biegnijcie. - warknął kapitan.
I w tym momencie, to można rzec - idealne trio wykonało świetną ewolucję 
- Już wiem.. to jest TARAN INAZUMY! - krzyknął podekscytowany Willy. 
Ta mieszanka wycelowała prosto w obronę przeciwnika i.. mur się rozpadł. Wraz z tym powróciły nadzieje na zwycięstwo. Widząc tą akcję, nie mogli się już zatrzymać, dosłownie wszyscy zaczęli biegać jak na sterydach. I teraz kolejna szansa na punkty, tym razem Kevin przy piłce uderza swoim SMOCZYM TORNADO. Gol! I tylko sekundy dzielą nas do zakończenie tego meczu! Gospodarze próbują się ratować, ale na marne... We wszystkich uszach dudni gwizdek sędziego, a to oznacza, że Raimon zostaje wygrywa to spotkanie! 



* Axel's POV *




- Co zamierzasz zrobić? - krzyknąłem.
- Mark... cholera. - jęknął Jude, który zauważył, że jesteśmy coraz bliżej bramki. 
- Zostawcie to wszystko mnie i biegnijcie. - warknął Mark i zaczął biec coraz szybciej.
Wzbiliśmy się w powietrze (ja i Mark) z impetem podaliśmy piłkę do Jude, który był na ziemi. Piłka niczym kula ognia poszybowała w obronę... i bum! Mamy gola! Nie minęło kilka sekund, a Kevin zajął się już całą resztą. Wszyscy na przemian tańczyli, śpiewali i płakali. Spojrzałem w stronę Sharp'a. To dziwne, czuję, że Jude stał mi się nawet pewnego rodzaju bliski? Wiem, wiem powiecie - przecież to była tylko jakaś niewinna akcja na boisku i to wszystko. Nie użyłbym wcześniej nigdy takie sformułowania. I z moich rozmyśleń wyrwała mnie Diana, która nagle rzuciła się na moją szyję. W mojej głowie, właśnie w tej chwili, całowała moje usta... ale rzeczywistość jest inna. Tylko ucałowała mój policzek.
- Bąbel. Dałeś czadu. - odparła, bawiąc się moimi włosami. 
Zarzuciłem ją na swoje plecy i zacząłem latać z nią po całym boisku. Ta tylko piszczała, wiec potem położyłem ją na ziemi. Jej włosy zasłaniały jej połowę, pewnie wściekłej twarzy. 
- Ja ci dam bąbel! - pogroziłem jej palcem.
- E-ej, słabo mi...  - na co przybliżyłem się do niej i podałem dłoń w jej stronę. - Mógłbyś mi pomóc wstać?
I to był mój błąd, szybko mnie pociągnęła i  wylądowałem na niej. Zrobiło się co najmniej niezręcznie. I już by coś się wydarzyło, gdyż jej oczy wraz z moimi nie chciały przerwać tej chwili, ale dosłownie znikąd przygalopował tu Nathan i Max.
- O stary, kanapka! - krzyknął, po czym miałem na swoich plecach Nathan'a i Max'a.
Czy wspominałem, że może być gorzej? Nie? Jack również się dołączył. I wtedy już wiedziałem, że moje żebra będą krzyczeć z bólu. A mogło być tak pięknie...

* Nelly's POV *



Otworzyłam oczy, rozglądnęłam się po sali, nic się nie zmieniło - najwidoczniej musiałam zasnąć przy czytaniu mojej książki. Wzięłam ją z mojej twarzy i spojrzałam na widok za oknem, skierowałam teraz swój wzrok na łóżko, na którym leżał mój ojciec. Miał taki spokojny wyraz twarzy, a jego klatka piersiowa delikatnie i powoli się unosiła. Uśmiechnęłam się w jego stronę, chyba mamy okazję pobyć ze sobą trochę dłużej niż zazwyczaj. Nie oszukujmy się - bycie dyrektorem takiego gimnazjum to bardzo pracochłonne zajęcie. Papiery, papiery i jeszcze raz p a p i e r y. Nie zdziwiłabym się gdybym trafił tu właśnie przez swój niezdrowy styl życia. Zawsze wypijał kilkadziesiąt hektolitrów kawy, mimo, że mówiłam mu, że to szkodliwe, ten tylko mnie zbywał. Czasami mi go na prawdę brakuje, zastępuje mi mamę, która jest tymczasowo w rozjazdach. Każde tak samo zapracowane - zarządzają innymi, podobnie jak ja kiedyś. Mam wpojoną zasadę, że mogę być wodzem wszystkiego co chodzi po ziemi. Chwyciłam jego dłoń, po moim policzku poleciało parę słonych łez. Niby moje życie wydaje się być idealne. Córeczka tatusia szkoły może wszystko, czasami chciałabym to wszystko zostawić i być normalną nastolatką. Nie wiem nawet, po co kandydowałam na przewodniczącą szkoły. I po co mi to wszystko skoro nie mam mocy by uchronić mojego ojca przed śmiercią. Wtedy do pomieszczenia weszła pielęgniarka, uśmiechnęła się w moją stronę i wymieniła ojcu kroplówkę na nową. 
- Panienka niezmęczona? - odparła troskliwie. - Mogę zmienić się za ciebie.
- Może trochę... Ale spokojnie, dam radę.- powiedziałam, również się uśmiechając.
- Wiesz gdzie mnie szukać, jeśli coś będzie nie tak? - pokiwałam głową i wyszła.
- Niech cię jasno cholera.. chłopcze, uważaj!
Spojrzałam na korytarz i zobaczyłam ponownie brązową czuprynę, mało nie wywalił pielęgniarce przyrządów. 
m- Proszę pana, nie można tam wejść. - odparła dyżurująca. -  Nie jest pan nikim z rodziny.
- A co jeśli jestem?
- Skoro tak... to kim jest dla ciebie pan Raimon?
- To mój teść.
- Słucham? 
- To znaczy... - jęknął, pocierając nerwowo kark. - Mój przyszły... Tam jest moja narzeczona, muszę tam wejść. 
- Nie za szybko na wesele? - spytała podejrzliwie. - Coś mi się wydaje..
- Miłość nie czeka, proszę panią. - i nim się spostrzegłam pojawił się w drzwiach. 
W ręce trzymał bukiet mojej ulubionej lawendy, a w drugiej jakieś owoce. Odłożył reklamówkę na stół, a ja szybko do niego podleciałam i obdarowałam namiętnym pocałunkiem.
- Chciałem tylko powiedzieć cześć. - odparł, śmiejąc się. - Ale... to może wystarczyć.
Wziął mnie w objęcia i obrócił wokół własnej osi. 
- Jak mecz?
- A jak myślisz?
- Jestem zbyt zmęczona na te twoje łamigłówki. - jęknąłem. 
- Przegraliśmy. 
Spojrzałam w jego oczy. Jeśli robi ze mnie żarty, to będzie z nim źle.
Nagle chłopak zaczął się śmiać. 
- Uwielbiasz to robić co, sadysto? - zaczęłam piąstkować jego tors.
- Tak, nawet nie wiesz jak bardzo. - nagle dziwnie się zamyślił, po czym szybko dodał. - Jude do nas dołączył. 
- Teraz to na pewno nie dam się na to nabrać. - zaśmiałam się w głos.
- Na prawdę. - odparł trochę poważniej. - On jest w naszym zespole. 
- Ale...
- Nie mogłem się doczekać, aż z nim zagram!
- Ty to masz życie, marzenia ci spełniają, rodziców masz na co dzień, a ja jestem.. taką trochę sierotką.
Nagle usłyszałam dziwne charknięcie. Zauważyłam, że na twarzy mojego taty coś się zmieniło, jego powieki lekko drgały i wtem otworzył oczy.
- Aż takim złym ojcem jestem? - spytał, na co moje oczy wypełniły się morzem łez.
Szybko zamknęłam go w szczelnym uścisku.
- O, M-mark.  - spostrzegł bruneta. - Witaj zięciu, skoro mamy zostać rodziną, to i ty chodź się przytulić!


* następnego dnia *

* Diana's POV *


Miałam taki piękny sen - naprawdę nie chciałam go kończyć, ale nic nie trwa wiecznie, nagle coś sobie coś przypomniałam. Szybko otworzyłam powieki i wzięłam do ręki telefon, sama jeszcze nie wiedząc co się toczyło po mojej głowie. 
- Cholera! - krzyknęłam. - Trening!
Wynurzyłam się spod kołdry i zaczęłam krzątać się w łazience. Szybko zaplotłam tam włosy w warkocza i zrobiłam make-up. Podeszłam do szafy i wybrałam parę ciuszków. Wzięłam ze sobą jabłko i sok pomarańczowy i ruszyłam w drogę. Przed sobą zauważyłam jakiegoś chłopaka. Był dziwnie opalony, zupełnie jakby wrócił.. ze Stanów? Co? Kogoś mi przypominać.. Chwila... To nie może być... Niby wszystko się zgadza... Z tych całych przemyśleń, wpadłam na słup. Nieznajomy obrócił się, a ja tylko złapałam się za czoło, gdy już ból przeszedł chłopak podążył w kierunku... gimnazjum? Czyżby kolejny koleś z wymiany? Podążyłam w trop za nim. Krok w krok za nim i dotarłam na boisko. Chłopak stał obok Silvii i patrzył na to wszystko z fascynacją. Piłka poleciała pod jego stopy, on ją wziął i zaczął z nią biec. Ze świetnym dryblingiem wyminął nawet niezawodnego Axel'a. Jude próbował go nawet rozgryźć, ale i jemu się to nie udało. Chłopak strzelił prosto do Mark'a, a ja aż zakrztusiłam się moją papierówką. Kim on jest do cholery? Nagle nie wiadomo z jakiej przyczyny zaczął ściskać Bobby'ego i Silvię. Nie mogłam tego dłużej znieść, więc szybko podeszłam do nich. Usłyszałam jedno imię - Eric. Ostatnio to moja pamięć płata mi figle, czy to może być ten sam chłopak, którego poznałam w USA?  Gdy tylko spojrzałam na jego twarz, już wiedziałam, żeby częściej ufać mojej intuicji.

* Bobby's POV *


Spojrzałem na niego. Cholernie, do złudzenia mi kogoś przypominał. Kiedy zaczął kopać, wtedy już wiedziałem z kim mam do czynienia - amerykański magikiem boiska. Ale chwila... Przecież to nierealne. Wtem on niespodziewanie zaczął mnie ściskać. Nie wiedziałem jak na to zareagować, przyciągnęło to uwagę innych.
- Ej, stary... Nie poznajesz? - spytał zdziwiony, obracając się wokół.
- Nie znam cię... Stary? - spojrzałem na niego przenikliwie. - Czekaj. Tylko jeden mógł mi tak mówić...
- Ha! Shearer, to ja! - powiedział, salutując. - Eric Eagle.
Moje całe ciało zostało, w tym momencie sparaliżowane. 
- Ty nie żyjesz. - odparłem zmieszany, na co chłopak zaczął się śmiać.
- Tak szybko wam mnie mój ojciec uśmiercił? - skrzywił się. - Ajć.
Wtedy podeszła do nas Silvia. Ten "ktoś", bo nadal nie jestem pewny jego torżsamości, rzucił się na nią. Dziewczyna zaczęła nagle płakać i on również.
- To ty... - jęknęła, nadal będąc we łzach. 
To Eric. O kurde, to mój przyjaciel niedźwiedź? Obojga przytuliłem ich do siebie. On żyje, on oddycha i on gada. Tak, wiem to brzmi, co najmniej, jakbym nigdy nie widział normalnego człowiek i co najmniej jakbym był jakimś kosmitą. Ale to takie... niewyobrażalne. Uszczypnąłem się w ramię - to nie sen.
- Eric! - wrzasnęła Dan, wskazując na niego palcem. - To ten Eric?!
- Panienka, która wpadła w słup! - krzyknął, śmiejąc się.
Ukradkiem spojrzał na jej nadgarstek i wtedy ponownie zaczęły się pocić słoną substancją. Czy ja o czymś nie wiem?

czwartek, 18 lutego 2016


Rozdział:29

♫ 


"Aż żal patrzeć jak cierpi bez piłki.
- A więc... zgadzam się!
- Fantastycznie. Czy syn mógłby przyjść w następną środę o 15 do kawiarni, która się mieści się na ul. Dona Chichota 34? Omówiłbym z nim parę spraw, dotyczących clubu.
- Nie mam nic przeciwko.
- Dziękuję panu, na wszelki wypadek będziemy w kontakcie. 
- To ja dziękuję. "





* Nelly POV *



To był miły, przyjemne niedzielne popołudnie - a przynajmniej, myślałam, że takie pozostanie do końca. Czekałam na mojego wiecznie zapracowanego i zmęczonego ojca, który lubował wychodzić do kasyna z kumplami, by szczęście napakowało się do kieszeni. Tymczasem ja siedziałam znudzona na kanapie i oglądałam magazyny modowe. Właśnie miałam przewracać następną kartkę, gdy od tej czynności oderwał mnie dźwięk dzwoniącego telefonu stacjonarnego. Nigdy nie odbieram akurat tego telefonu, gdyż zawsze się spodziewam ludzi, którzy naciągają nas na kasę. Jednak tego wieczoru coś mnie podkusiło, jakieś przeczucie i podniosłam słuchawkę.  
- Słucham? Co?! Jak to? Jak tam trafił? Gdzie jest?! Dobra jadę tam. - to była moja reakcja, gdy dowiedziałam się, że mój ojciec jest w szpitalu. 
Nadal się trzęsę na samo wspomnienie o tym. Jego stan był tragiczny, dlatego jest teraz w śpiączce, a dodatkowo z wstrząsem mózgu. Nie wiem co mam z tym zrobić. Wszystko spadło na mnie -  dziś chłopcy grają mecz, a ja jako manager'ka zespołu powinnam tam być, poza tym interesy ojca są bez opieki. Wyciągnęłam telefon w panice i wybrałam numer jedynej osoby, która wydawała mi się racjonalna - Diana. Sama nie wiem, dlaczego akurat uznałam za taką, może pod wpływem emocji? Może dlatego, że nie umyka mojemu oku, jak dobrze dogaduje się z naszymi piłkarzami i rozumie ich w stu procentach.
- Halo?
- Cześć. 
- Co jest?
- Mam do ciebie prośbę.
- No dawaj, bo nie mam czasu.
- Mogłabyś zająć się nimi należycie?
- Ja? Z jakiej okazji? 
- Czemu ty zadajesz mnóstwo pytań? Nie możesz się po prostu zgodzić!
- Ej spokojnie... Po twoim tonie wnioskuje, że coś poważnego jest na rzeczy...
- Mój ojciec jest w szpitalu, a ja ledwo co oddycham, wystarczy ci?
- A Mark wie?
- Cholera, po prostu się zgódź. 
- A co twojego brata, to nie... Od razu po telefonie ze szpitala, wyparowałam z domu, więc nie miałam czasu mu nawet wysłać SMS-a.
- Możesz na mnie liczyć, trzymaj się tam! - rozłączyłam się.
W tym samym momencie zauważyłam burzę brązowych loków. To Mark, gdy mnie zauważył, szybko do mnie podbiegł, a ja bez słowa go przytuliłam.
- Nelly, będzie dobrze. - odrzekł, głaszcząc mnie po głowie.
- Możesz nie mówić jak te wszystkie pielęgniarki? - odparłam z wyrzutem. - Od tego mu się nie polepszy.
- Spokojnie. - złapał mnie za rękę. - Dzwoniłaś do Diany?
- Skąd wiesz? - on tylko się uśmiechnął.
- Nie myślałem, że do niej zadzwonisz. - sapnął. - Ale miałem jakieś przeczucie, że w końcu zakopiecie ten topór wojenny i..
- Ja tylko ją poprosiłam o przysługę. - ucięłam jego gadkę.
- Jak to. - odparł zdziwiony. - Ciebie nie będzie?
- Jakbyś jeszcze nie zauważył mój ojciec jest w szpitalu. - zaczęłam się powoli denerwować całą tą sytuacją. - Nie mogę ot tak, bezstrosko jechać na mecz i nie myśleć o tym co z nim jest, w jakim jest stanie... Ja muszę przy nim być, w końcu jestem jego córką. On był przy mnie, gdy miałam świnkę czy różyczkę, można powiedzieć że zawsze. Zatem ja nigdzie się nie ruszam. Mam nadzieję, że zrozumiesz.
- Chciałbym z tobą tu zostać, ale to było by kompletne szaleństwo. - urwał, drapiąc się po głowie. - W razie czego dzwoń. 
- Dziękuję. - jęknęłam, nie odrywając wzroku od okna.
- Kurde, będzie mi ciężko grać nie widząc twojej kochanej, rumianej buzi. - chwycił delikatnie moją twarz i pocałował mnie w czoło. - Ale jakoś dam radę.. mimo, że cię nie będzie, to wiem będziesz nam stąd kibicować. 
Za to go najbardziej kocham - on nigdy nie ma do mnie pretensji mimo, że czasem doprowadzam go do szału i na odwrót. Doskonale rozumie wszystko. 
- Oczywiście, że będę. A teraz idź. - pchnęłam go w stronę wyjścia. - Trenuj! Nie pozwolę abyście przegrali właśnie przeze mnie!

* Diana's POV * 



Właśnie przygotowywałam drużynę do kolejnego spotkania, wszyscy trzęśli portkami ze stresu - w końcu zaszli tak daleko i to tak w krótkim czasie. Nie umiałam na nim zapanować ani ja, ani Celia, ani Silvia. W tych momentach zaczęło mi brakować stanowczości Nelly, no właśnie... gdzie ona się podziewa? Zawsze jest na czas, spojrzałam na zegar, nie ma jej już grubo dwadzieścia minut, coś jest nie tak. Nagle usłyszałam dzwonek mojego telefonu, szybko chwyciłam urządzenie - o wilku mowa.
- Halo?
- Cześć. 
- Co jest?
- Mam do ciebie prośbę.
- No dawaj, bo nie mam czasu.
- Mogłabyś zająć się nimi należycie?
- Ja? Z jakiej okazji? 
- Czemu ty zadajesz mnóstwo pytań? Nie możesz się po prostu zgodzić!
- Ej spokojnie... Po twoim tonie wnioskuje, że coś poważnego jest na rzeczy...
- Mój ojciec jest w szpitalu, a ja ledwo co oddycham, wystarczy ci?
- A Mark wie?
- Cholera po prostu się zgódź. 
- A co twojego brata, to nie... Od razu po telefonie ze szpitala, wyparowałam z domu, więc nie miałam czasu mu nawet wysłać SMS-a.
- Możesz na mnie liczyć, trzymaj się tam! 
To dziwne, że to właśnie do mnie dzwoni, przecież nie jestem jedyną manager'ką zespołu. Odkąd pamiętam nienawidzi mnie i wzajemnie, jednak minęło trochę czasu i wiele spraw się przewinęło, teraz nasza relacje może wyglądać zupełnie inaczej niż wcześniej. 
- Mam dla was wiadomość.
- Dobra czy zła? - jęknął Todd, obgryzając paznokcie.
- Czy ja wiem... sami oceńcie. - sapnęłam. - Nie będzie Nelly na dzisiejszym meczu.
Chłopcy spojrzeli po sobie i zaczęli się uśmiechać.
- A więc.. zastąpię ją. - a wtem wszyscy niespodziewanie zaczęli klaskać, śpiewać, tańczyć i ogólnie się cieszyć.
- Z taką manager'ką wygramy każdy mecz! - odparł Willy, zaciskając pięść.
- To tylko chwilowe. - usłyszałam smutne jęki. - Wasze umiejętności zdobywają gole... nie ja.
- Gdzie Evans? - rozglądał się Sam.
Na wspomnienie jego imienia, szybko chwyciłam telefon i wysłałam mu krótką wiadomość.
do Mark: Pędź do szpitala.
- Co to za pytanie. - odpowiedział mu Axel.
- Tam gdzie Mark, tam jest i Nelly. - zachichotał Nate, a wraz z nim Max i Axel.
- Ale wpierw, musimy iść na hawajską. - krzyknął Bobby. - Kto za?

* Jude's POV *



Od rana tata zrobił się jakiś tajemniczy i mało rozmowny. Nie żeby mnie to dziwiło, gdyż zawsze taki był. Jednak dzisiaj jego zachowanie stało się dla mnie podejrzane, na bank coś ukrywał przede mną, tylko nie wiem co. Zamierzam rozwiać moje wątpliwości.
- Mogę? - uchyliłem drzwi, a on mnie zaprosił jednym gestem dłoni.
- Jude masz spotkanie.
- Jakie? 
- Zobaczysz.- odparł dziwnie się uśmiechając.
- Nienawidzę kiedy to robisz... nie możesz mi po prostu powiedzieć? - jęknąłem poirytowany. 
- Jeszcze mi za to mi podziękujesz. - powiedział, wchodząc na górę do swojego gabinetu.
Pokręciłem bezwiednie głową. I wtedy na jego biurku zauważyłem kopertę, otworzyłem ją. A w kopercie biała kartka, na niej jakiś adres. Za pewnie tam mam się udać na swoje spotkanie. Jest już grubo po piętnastej, a ja odsypiam mój kac i dlatego nadal siedzę w swojej piżamie, zastanawiając się nad tym, co mój ojciec wyczynia. Czytam wszystko słowo po słowie, analizując je powoli - wyraźnie jest napisane, na spotkaniu mam być o równej szesnastej. Leniwie ześlizgnąłem się więc z sofy i udałem do łazienki. Gdy się wypucowałem do czystości, ubrałem pierwsze ubrania, które jako wpadły z szafy prosto w moje ręce. Zacząłem szybko biec po schodach, bo zdałem sobie sprawę, że zostało mi mało czasu. W mojej myśli, powtarzałem sobie adres - ulica Donchichota 34. Skądś kojarzę tę ulicę... Czy tam czasami nie mieści się ta kawiarnia, do której chodzi Raimon? Gdy dotarłem pod wskazane miejsce, okazało się, że nie myliłem się. Przede mną prezentował się okazały, duży, kremowy budynek z którego zionął zapach chińskiego jedzenia. Nad drzwiami mieścił dzwoneczek, przez chwilę miałem ochotę zawrócić, ale jakoś moje nogi skierowały mnie w kierunku drzwi frontowych. Więc niepewnie przekroczyłem próg kawiarni i usłyszałem dźwięk dzwonka. Znalazłem się w środku, rozglądnąłem się i zauważyłem, że ludzi nie było zbyt dużo, a przy barze siedział jakiś koleś zasłonięty gazetą. Chwilami popijał kawę i mamrał coś pod nosem, przyjrzałem się bliżej tej gazecie. Zobaczyłem zdjęcie Akademii Królewskiej, mojej drużyny z nagłówkiem " Mistrze zniszczeni!" Skrzywiłem się, byłem u nich ostatnio,  nie dość, że są połamani, to są bardzo rozgoryczeni. Jeszcze długo poleżą na szpitalnych łóżkach, ale przynajmniej im się trochę poprawiło. Tak bardzo chciałbym znów z nimi zagrać, chociaż na chwilę poczuć adrenalinę i w ogóle dotknąć piłki. Czasami zastanawiam się nad tym, dlaczego po prostu nie wyjdę na trawnik i jak zawsze nie porobię parę kapek. Kiedyś tak robiłem, był to mój codzienny rytuał, ale teraz... staram się piłki unikać. Nadal boli, rana, która przez dłuższy czas była otwarta, niby jest zamknięta, a szwy założone. Ale gdy tylko spojrzę na piłkę, szwy się rozdzierają na nowo i czuję ból. Usiadłem na jednym z krzeseł, nagle podszedł do mnie pan Hillman i usiadł na przeciwko mnie. Posłał mi ciepły uśmiech. To niemożliwe... To z nim mam to spotkanie?
- Cieszę się, że przyszedłeś. - odparł, uśmiechając się.
- Po co mnie pan tu zaprosił? - odparłem obojętnie, krzyżując ręce na piersi. - Chciałem w spokoju pograć na konsoli w swoim domu i zjeść jakaś chińszczyznę.
- Nie udawaj, że nie wiesz po co cię tu wysłałem. - powiedział, śmiejąc się pod nosem. - Może jesteś świetnym manipulatorem, ale mnie nie omotasz. 
Prychnąłem na jego słowa. 
- Proszę więc o rozjaśnienie mojego umysłu. - na te słowa mężczyzna uderzył ręką w stół.
- Jude. - podskoczyłem na krześle. - Jesteś dobrze zapowiadającym się piłkarzem, przez kilka lata wygrywałeś wszystkie mecze wraz z Akademią...
- Tak, to prawda. - sapnąłem. - Ale trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. 
- Cholera, dzieciaku! Czy wiesz co ty mówisz? - jego słowa mnie mocno uderzyły. - To, że przegrałeś mecz nie znaczy, że to koniec twojej przygody z football'em. 
- Ty nie rozumiesz! Pan nic nie rozumiesz! - wzburzyłem się. - Ja nawet nie brałem udziału w meczu... Nie mogłem ich uratować, ponieważ Blaze mnie skosił i moja noga była niesprawna. Patrzyłem jak kładli swoje słabe, zmęczone, ubrudzone ciała na murawie. Zawiodłem ich, na pewno nie wrócę do tego po czymś takim, kumasz staruchu?! 
Wtedy uświadomiłem sobie jakie słowa wycelowałem w jego stronę. Mój przyśpieszony oddech powoli się unormował, ponownie usadowiłem się na swoim krześle.
- A więc o to chodzi... - pokiwał na moje zdenerwowanie głową. -Powiem ci coś... też kiedyś nie brałem udziału w meczu i moja drużyna przegrała. Byli poturbowani i obwiniałem siebie, nie potrzebnie. Oni wiedzieli, że nie mogłem im pomóc. Co więcej, byli mi wdzięczni za to, że byłem tam z nimi. Czuli moje wsparcie, mimo tego, że ich ciała nie miały już w sobie żadnej siły. 
- Brednie..
- ...Nie zawiodłeś swoich przyjaciół... powiem ci więcej, ty ich uratowałeś od zwątpienia. Na pewno chcą jeszcze grać w piłkę, nie wierzę, żeby tak nie było. Ale też chcą twojego szczęścia, dlatego... 
- Nie mogę, po prostu nie! - rołorzyłem bezradnie ręce.
- Uwierz, że możesz. Dlatego dołącz do Raimon! I graj w football. 
- To nie takie proste...
- Jednym który zrezygnował, był twoim trenerem, wiesz o kim mówię. - ciężko westchnął. - Wierzę w ciebie, Mark również. W końcu chciałeś kiedyś zobaczyć jak to jest z nim grać. 
- Skąd pan..
- Daję ci taką szansę... to będzie tylko jedna jedyna, drugiej nie będzie. Teraz albo nigdy!
- Okej, zgadzam się. - wypaliłem. - Ale tylko raz i nic więcej. 
Hillman tylko się uśmiechnął i uścisnął moją rękę. A ja w szoku, szybko wyszedłem, musiałem ochłonąć. Mecz zaczyna się równo o 18, nie ma co zwlekać, poszedłem prosto do szpitala. Wszedłem do sali 213, gdzie leżeli David i Joe.
- Cześć chłopaki. - pomachali mi ręką. - Muszę wam coś powiedzieć...
- Wiemy, że dołączasz do Raimon'a. - jęknął Joe, próbując podnieść głowę i spojrzeć prosto w moje oczy. 
- Jako, że cię bardzo kochamy to.... z wielkim, ale to ogromnym bólem serca pozwalamy ci odejść. - sapnął David.
- Zrób to dla nas, dla Akademii, a przede wszystkim dla siebie.- pokiwałem na ich słowa głową i zamknąłem drzwi. 

* No One's POV *

Wszyscy o godzinie 17:30 stawili się pod szkołą, wszyscy w wielkich nerwach. Brakowało tylko trenera, okazało się jednak, że Hillman nie jedzie z ekipą, ponieważ musi coś jeszcze pilnie załatwić. Wszyscy nie pewnie weszli do samochodu. Nie dziwota, dla nich teraz każdy mecz to jedna, wielka walka przetrwania. Jeden błąd, jedna przegrana i tracą wszystko na co tak ciężko pracowali. Zawodnicy byli w mieszanych nastrojach, po tym jak powiedziano im o tym, że drużyna z którą, mają się zmierzyć jeszcze nigdy nie przegrała. Pojawiły się po między nimi wątpliwości, pewność siebie zdecydowanie osłabła. Wtedy na pomoc przychodził niezastąpiony kapitan, Mark Evans.
- Hej ludzie! - klasnął w ręce. - Co jest nie tak? Czy nie na tym polega ten sport? To kolejne wyzwanie, które nas czeka, a wy się nie cieszycie? Mi aż kości trzeszczą z podniecenia, a wy trzęsiecie portkami.
- Kapitanie...
- No cholera... Ja też się boję. - bił się w pierś. - Gdyby była tu Nelly, poczułbym się pewniej... Ale, wiecie co? Gdy patrzę na moją siostrę Dianę, na Silvię, na Celię, na was to moja moc znów powraca. 
- Zróbmy to chłopaki! - wyrwał się Axel.
Gdy chłopcy dojechali na stadion, weszli na niego pewnym krokiem, razem z trenerem, który dotarł na ostatnią chwilę na mecz. Za niedługo wszystko miało się zacząć. Ale cóż to? Gdy tylko sędzia podszedł do zespołu, trener Raimon nie miał zamiaru rozpoczynać meczu. To było co najmniej dziwnie.
- Poczekajmy.
- Trenerze, o co chodzi? - ciągle zadawał jedno i to same pytanie Mark.
Jednak pan Hillman nie miał zamiaru na nie odpowiadać, tylko kiwał głową i się uśmiechał.
- Ej, panie! Co to ma znaczyć?! - krzyczała Diana, która miała się już na niego rzucić, ale na szczęście Nathan, zatrzymał ją i utrzymał w szczelnym uścisku. - Przez pana chłopcy wylecą z turnieju! 
Zawodnicy byli zdezorientowani.
- Jeśli nie wyjdziecie za 10 sekund, mecz zakończy się walkowerem. - podsumował fakty sędzia.
Wszyscy jęknęli z przerażenia, a Simon (trener) ciągle był zasypywany milionami pytań. Na co on czeka? - pewnie zapytacie, musi być to czymś na prawdę wartym tego czekania. I wtedy na murawie pojawił się on - Jude Sharp.


* Mark's POV *



- Trenerze, co się dzieje? - pytał po kolei każdy z nas, jednak on milczał.
Nie rozumiem co ma na celu nasz trener... Jeśli teraz nie wyjdziemy, to będzie walkower!
- Jeśli nie wyjdziecie za 10 sekund, mecz zakończy się walkowerem. 
Moje wnętrze aż krzyczy z wściekłości, ale mamy się słuchać się trenera, więc p o c z e k a m y. W końcu dzięki niemu, trafiliśmy tu gdzie jesteśmy. Na pewno nie chce nam zaszkodzić i kiedy ta myśl mi się napatoczyła, ktoś wszedł na murawę,  to był Jude i to w naszych barwach, w naszej koszulce. Marzyłem o tym, odkąd go spotkałem, a więc - moi drodzy, marzenia się spełniają! Posłałem mu uśmiech i mocno go uściskałem. Reszta drużyny najwidoczniej była tym wszystkim tak zaszokowana, nawet nie mogli się ruszyć z miejsca. Nasz trener tylko mrugnął w moją stronę -  a więc, o oto chodziło! Zwerbował Jude'a, niesamowite!
- Cześć Diana. - odparł, machając w jej stronę.
- Po co tu jesteś? - spytała, patrząc podejrzliwie w jego oczy.
- Przyszedłem pograć w piłkę? - urwał, rozglądając się po chłopakach. - Czy jest jakiś problem, pani manager?
- Nie. - warknęła. - Ale jeśli przegramy właśnie przez ciebie to będziemy go mieli. 
- Miała na myśli... witamy w zespole. - ucałował dłoń Celi, na co Diana była niewzruszona, a przynajmniej próbowała taką udawać. Jednak po między nami jest jeszcze trochę iskierek... 



* Jude's POV *



Wszedłem na boisko, na znak sędziego, gdyż tak jak mi przykazał Hillmann, miałem wejść na słowa "dziesięć minut". Teraz wszystkie światła były skupione na mnie. Zwracałem na siebie wielką uwagę, wiadomo dlaczego - w końcu jestem wychowankiem Dark'a. Udałem się w ich stronę, przywitał mnie ciepły uśmiech i uścisk Mark'a. Inni nie byli zadowoleni z mojej obecności. Diana szybko do mnie podeszła. 
- Cześć Diana. - odparłem, machając w jej stronę.
- Po co tu jesteś? - spytała, patrząc podejrzliwie w moje oczy.
- Przyszedłem pograć w piłkę. Czy jest jakiś problem, pani manager?
- Nie. - warknęła. - Ale jeśli przegramy właśnie przez ciebie, to będziemy go mieli. - odrzekła, po czym dodała. 
Miała na myśli... witamy w zespole. - ucałowałem  dłoń Celia, a ona lekko się zarumieniła. 
Uwielbiam kiedy zachowuje się, jakby była nie wzruszona moją osobą. Z tyłu głowy nadal brzmi mi głoś, że chyba... nadal coś jest między nami. Nawet kiedy się nienawidzimy, nie potrafimy być obojętni na siebie. Za chwilę ma się rozpocząć mecz, Mark zwołał wszystkich.
- Posłuchajcie. Wiem, że Jude to ostatnia osoba, którą chcielibyście widzieć. - poklepał mnie po plecach. - to mój przyjaciel i cieszę, że wreszcie może walczyć u naszego boku! Teraz jesteśmy jak jedna wielka rodzina, a rodzina się wspiera, czyż nie? Więc pokażmy im co potrafimy! Skośmy tych gości! 
Uśmiechnąłem się. Teraz zrozumiałem, dlaczego Mark mógłby być dla nich motywacją na każdy dzień. On jest sercem tej drużyny - jeśli on zawodzi, to reszta też. Właśnie staję przed największym wyzwaniem, jeszcze kiedyś bym czegoś takiego nie zrobił. Chyba stałem się bardziej spontaniczny. W sumie... podoba mi się to!