Rozdział:24
"- Przepraszam. - szepnęłam.
- Nie ma co, Diana. - blado uśmiechnął się. - Erick się nie pogniewa jak o nim poplotkuję.
- Mam nadzieję, że jest w dobrym miejscu.
- Pewnie pełno w nim jest fajnego football'u i puszek Tiger'a.
Sama wiem jak to jest stracić kogoś tak bliskiego. Niby utraciłam swoje relacje z rodziną, ale to nie to samo. W przeciwieństwie do Bobby'ego, ja mogłam odzyskać moją rodzinę którą utraciłam 13 lat temu, a tu żadna siła nie wskrzesi tego Erick'a. Shearer może tylko popatrzeć w gwiazdy i zastanawiać się co tam u niego i gdzie teraz jest. "
* Mark's POV *
Teraz przenieśmy się trochę w czasie, a dokładnie do dnia wczorajszego. Otóż jak zawsze po treningu, udaliśmy się do restauracji. Zajadaliśmy się długimi makaronami i rozluźnialiśmy nasze myśli.
- Ciekawe jak ta Inazuma Eleven sobie radziła.. - jęknął Todd, rozmasowując łydkę.
- Mieli mięśnie ze stali. - mruknął Kevin.
Naszej rozmowie przysłuchiwał się pan detektyw, ten sam, który wsadził Dark'a do paki.
- Hillmann coś o tym wie. - sapnął, a nasz trener odwrócił się na pięcie.
- Jeszcze słowo..
- Grał pan w Inazumie? - wystrzeliłem jak z procy.
Pokiwał głową, a wszyscy podskoczyli z radości.
- Musimy zbadać temat. - krzyknął Nathan.
- Czy ja wiem... - próbował się wymigiwać Hillman.
I nim się obejrzałem, jeszcze tego wieczoru znajdowałem się na boisku. Nie spodziewałem się nawet, kto tutaj przyjdzie - a był to między innymi nasz historyk, woźny i pobliski prawnik. I kiedy doszło co do czego, ich gra... się zmieniła. Byli przeciwnikami łatwymi, zupełnie jakbym grał z dziećmi, tak jak kiedyś.
- Mark... - jęknął Max. - To podpucha.
- Chłopcze... jeszcze zobaczysz. - sapnął detektyw, zakładając nogę na nogę.
I tak jak powiedział, tak się stało, najwidoczniej bardzo dobrze znał tą drużynę i tych ludzi. Nim się obejrzałem - ci "łatwi" przeciwnicy zbliżali się do naszej bramki, pędzili jak szalenie, aż kurz się za nim zbierał. I wtedy wzbili się w powietrze, złapali się za ręce, zrobili salto i niczym OGNISTY KOGUT, wycelowali w moją bramkę. Byłem bezsilny i puściłem piłkę z otwartą buzią. Nawet nasz niepozorny trener nas zaskoczył, będąc na pozycji bramkarza, użył słynnej BOSKIEJ RĘKI. Zaklaskałem w dłonie, po tym spotkaniu wiem dwie rzeczy: musimy opanować OGNISTEGO KOGUTA i pozory to tylko pozory. A teraz, leżę w swoim wygodnym i ciepłym królestwie - łóżku i moja głowa jest wolna od wszystkiego. Moje oczy są zamknięte, a ja mogę wejść do krainy Orfeusza. Jednak nie na długo, słyszę przeraźliwy krzyk, otwieram oczy i patrzę na moje lewo. Na dębowej szafce nocnej odzywał się mój najlepszy przyjaciel (budzik), który oznajmiał mi, że koniec tego dobrego i trzeba wstać.
- Zamknij mordę, no! - krzyknąłem, rzucając go w kąt.
Po mimo tego ten szmelc nadal grał swoją uroczą do bólu melodyjkę.
- Stary nie chcesz ze mną wojny... Chcesz? - groziłem temu piekielnemu urządzeniu. - To się zamknij!
- Mark wstawaj! - tym razem to była moja mama.
Przykryłem twarz poduszką, nie miałem najmniejszej ochoty na robienie nic, tyle ostatnio się napracowałem. Myślałem przez chwilę by symulować gorączkę, ale to by nie przeszło, mając matkę w roli detektywa. A propo niej, właśnie wpadła oburzona do mojego pokoju.
- O nie, tak nie będzie. - i nim się obejrzałem już stałem w łazience z poduszką na głowie.
Przewróciłem oczami i orzeźwiłem swoją twarz zimną wodą. Zszedłem na dół leniwym krokiem, prawie zasypiając na niekończących się schodów, prowadzących do kuchni. Tam już roznosił się zapach jajecznicy, a mama tylko stukała garnkami, a przynajmniej mi się wydawało. Nawet nie zauważyłem, że Axel jest u nas. A sam latałem w samych bokserkach.
- Co ty tu? - wymamrotałem, trąc oczy.
- O... widzę pan domu się obudził. - usłyszałem głos blondyna.
- Axel, przyjacielu. Równie dobrze możesz postać za drzwiami, ale z ubytkami w twoich idealnych, białych ząbkach.
- Lubię swoje ząbki.. - jęknął, a potem oboje zaczęliśmy się śmiać
- Pośpieszyłbyś siostrę, co?
- Znasz drogę do jej pokoju na pamięć, co? - chłopak lekko się zarumienił.
- Wolałbym nie wchodzić.. - urwał, po czym poruszył znacząco brwiami. - Nie wiadomo co by się tam zadziało
- Tee. Nie pozwalaj sobie. - pogroziłem mu placem. - Nie chciałbyś wąchać kwiatków od spodu.
- Łapki przy sobie. - uniósł ręce do góry.
- I tak ma zostać. - podkreśliłem.
Udałem się do pokoju Diany, za poleceniem Blaze'a. Później poszedłem do szkoły, jak reszta moich rówieśników.
* Diana's POV *
♫
Udałam się szybkim krokiem do łazienki, gdyż jak zwykle czas mi ucieka. W porę sobie uprzytomniałam, że jest siódma trzydzieści i nadszedł najwyższy czas by wstać. Spojrzałam na wyświetlacz, pojawiło się na nim nieodebrane połączenie od Nathan'a. Wybrałam pospiesznie jego numer i wsadziłam szczotkę do buzi. Oczywiście jak to miał Swift w zwyczaju, nie odbierał, n i g d y nie odbierał. Gdy już się w miarę ogarnęłam, zaczęłam nakładanie lekkiego make-upu. Ubrałam się i już miałam otworzyć drzwi, kiedy one niespodziewane same to zrobiły, waląc z impetem w mój nos.
- Niech cię trafi.. - syknęłam, łapiąc się za nos, który przypominał teraz wulkan.
- Upsi.. - usłyszałam głos Marka, który już cicho chciał zamknąć drzwi i zniknąć z mojego pola widzenia
- Hej, hej braciszku! Może pomożesz mi wstać, skoro sam wcześniej mnie położyłeś na łopatki.
- Aa... no już, już. - krzyknął, powoli mnie podnosząc. - Axel już jest, więc się rusz Rudolfie!
- Nienawidzę cię! - krzyknęłam rzucając w niego poduszką.
Ale niestety moja celność, z zwłaszcza w takim stanie, jest na takim wielkim minusie, że nawet z takiego bliska, nie umiałam trafić w mojego brata, ponieważ poduszka o odcieniu pudrowego różu trafiła w drzwi.
- Też cię kocham! - krzyczy uradowany.
Potrząsnęłam głową z niezadowolenia, po czym sama zaczęłam się śmiać. Szybko zeszłam na dół.
- Rudolf czerwono-nosy to renifer każdy wie.. - i nim Axel skończył swoją piosenkę, dostał (tym razem precyzyjnie), beżową poduszką z salonu w swoją twarz.
- Chodź już lepiej, chyba że lubisz puch na swojej twarzy. - nie pohamować śmiechu. - Dodaje ci tyle szyku i elegancji.
- Och, na prawdę? - powiedział blondyn, dumnie krocząc na palcach jak prawdziwa modelka. - Skoro to ma być magnezem na kobietki, to tak będę chodzić!
- Kwiaty, rzućcie mu kwiaty! - powiedziałam, śmiejąc się pod nosem. - Dobra koniec pokazu, matematyka czeka!
Na dworze świeciło piękne słońce, czułem się świetnie, mimo, że ten dzień zaczęłam z takim impetem. Dlatego dziś, jakoś nad zwyczaj się nam nie spieszyło do szkoły. Pani Hemmings może poczekać, ale taka pogoda zdarza się rzadko.
- Ej, czy Nathan gadał z tobą? - zaczęłam temat, kiedy przekroczyliśmy progi szkoły.
- Właściwie, to nie. - spojrzał na mnie dziwnie. - Mieliśmy się spotkać wczoraj, ale się nie stawił. Powiedział, że był na meczu ping-ponga.
- Co? - sapnęłam, łapiąc się za głowę. - Przecież on nienawidzi tej gry.
- A no tak... Jak to mawia " Piłka jak jajko odbija się z jednej do drugiej patelni, ale ekscytacja". - zaczął udawać jego głos.
- Oo proszę... - urwał Blaze, pokazując na postać chłopaka. - Coś ukrywa i teraz mamy szansę rozpocząć śledztwo.
Zawsze szedł sam do szkoły, bo zawsze się nie wyrabiał lub po prostu nie szedł w ogóle , zdarzało się też tak, że chodził z Max'em. Nie był on sam dzisiaj, nie był z Max'em. Obok niego szła dziewczyna, była to blondynka o zielonookim spojrzeniu. Co dziwne - wyglądała na to, że znają się bardzo dobrze ze Swiftem.
- Wrócisz do nas biegać, prawda? - zagadnęła go. - Wczoraj było super!
- Holly, proszę cię. - spojrzał w naszą stronę. - Ja nie wiem...
* Nathan's POV *
♫
- Mark, cholera jasna. - wrzasnąłem, gdy kolejny raz mocno zetknąłem się z ziemią.
Od wczorajszego meczu ze starą 11 inazumy, zostałem wyznaczony do zadania specjalnego, trenuję z Blaze'em OGNISTEGO KOGUTA. Gdy wracałem z kolejnego treningu, spotkałem Holly. To była, a właściwie chyba nadal jest, moja najlepsza przyjaciółka z zajęć lekkoatletyki.
- Cześć Nath. - powiedziała, uśmiechając się.
Dobrze wiedziała, że nienawidzę jak ktoś TAK do mnie mówi.
- Holly.. - próbowałem udać, że pierwszy raz ją widzę. - cześć.
- Co u ciebie?
- Hmmm... dobrze. - powiedziałem, trzymając piłkę w dłoniach. - A u ciebie?
Wtedy sobie coś przypomniałem. Właściwie dołączyłem do Raimona aby uzupełnić skład, tylko i wyłącznie po to. A potem miałem do nich wrócić. A ja, zadomowiłem się u nich na stałe, a na dodatek, wsadziłem całą grupę biegaczy daleko w kosmosie, tam gdzie nawet Darth Vader nie sięgnie swoim świetlistym mieczem.
- Leci. - spojrzała na moje ręce. Stałeś gwiazdą piłki nożnej.
- Gdziesz tam... - podrapałem się po głowie, czując się niezręcznie.
- Ale... chyba pamiętasz jak się biega?
- Jasne, na każdym treningu latam wzdłuż boiska.
- No to chodź. - krzyknęła blondynka, klaszcząc w ręce. - Pobiegajmy
- Holly, nie mam czasu! - ale zanim mogłem coś powiedzieć, już biegłem obok niej.
O kurde, no nie... Miałem się spotkać z Blaze'em, co teraz? Zdecydowałem się na szybki blef.
do IDIOTA: Nie mogę przyjść. Właśnie siedzę na meczu ping-ponga i chyba prędko się z niego nie urwę.
od IDIOTA: Ooo... od kiedy się interesujesz ping-pongiem? Jaki wynik?
No to ładnie, lepszego nie mogłeś wymyślić Nathan? On zna mnie na wylot, dobrze wie, że nienawidzę tej gry. Postanowiłem mu nie odpisywać, gdyż pogrążyłbym się kompletnie. I nim się zorientowałem, stałem koło Harry'ego.
- Cześć! - poklepał mnie po plecach. - Słyszałem od Holly, że odnosisz wielkie sukcesy w nożnej!
- Tak, tak. - przytaknąłem, próbując skupić moje rozwiane myśli.
- Ale spokojnie on zawsze będzie z nami biegać. - to jedno zdanie, wypowiedziane z usta Chris'a, wytrąciło mnie z moich rozmyśleń.
Bo oto stoję przed wyborem - Lekkoatletyka vs piłka, cholera. Co ja mam począć? Za 3 dni półfinały, a ja mam ogromny dylemat. Następnego dnia zadzwoniłem do Diany, chciałem się komuś wygadać o tym, ale ta nie odebrała i wtedy zacząłem żałować tego telefonu. Założyłem torbę na ramię i wyszedłem w drogę do szkoły. Po drodze musiałem znów spotkać zielonooką.
- Cześć.. - spojrzała na mnie radośnie, promieniała. - co za spotkanie!
- Tak właśnie, hej. - odparłem, ponieważ ona ponownie przypomniała mi to, jaki dylemat mam przed sobą.
- Nathan, chcę ci coś powiedzieć. - powiedziała poważniej.
- Tak? - przystanąłem.
- A raczej, chcę prosić... - zagryzła wargę. - Abyś wrócił do nas. Do lekkoatletyki. Nawet nie wiesz jak jest tam bez ciebie pusto.
- Nie możesz mnie o to prosić. - sapnąłem, przekraczając próg szkoły.
- Ależ Nath. - złapała mnie za rękę i popatrzyła głęboko w oczy. - To prosty wybór. Przecież zawsze mówiłeś, że "bieganie ponad wszystko", a teraz co? Zostawiłeś nas, dla jakiś nędznych piłkarzy... - dziewczyna nie dawała za wygraną.
A ja z jakże anielskim spokojem wpisywałem kod do szafki.
- Wypraszam sobie. - mruknąłem, choć po części miała rację. - Ja was nie zostawiłem. A jeśli już tak mówisz o tych piłkarzykach, to powiem ci jedno - to są moi przyjaciele.
- Nie zapomniałeś o kimś? - trzasnęła szafką przed moim nosem.
- Nie wiem czy długa potrwa nasza przyjaźń, jak będziesz obrażać moich przyjaciół. - odparłem, odchodząc od niej.
- Zmieniłeś się nie do poznania. - dogoniła mnie
- Wcale że nie. - sapnąłem, poprawiając grzywkę wchodzącą w moje oczy. - Po prostu kiedyś nie mówiłem swojego zdania, a teraz coraz częściej je wyrażam. Musisz się przyzwyczaić.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Głupek jesteś. - uśmiechnęła się figlarnie, złapała mnie za ramię. - Dobrze wiem, że jeszcze do nas na kolanach przyjdziesz.
- Pożyjemy, zobaczymy. - powiedziałem, po czym zorientowałem się, że w szkole już jest Diana i Axel.
Chciałem ich ten cały dzień unikać, bo znając życie i moje szczęście małe dziecko Nathanek dostałoby milion kazań i pouczeń od państwa doświadczonych, dlaczego tak zrobiłem, a nie inaczej. Choć raz chcę swój problem rozwiązać sam.
- Wrócisz do nas biegać, prawda? - wyrwała mnie z przemyśleń. - Wczoraj było super!
- Holy, proszę cię. - urwałem, gdy obok nas zjawiła się brunetka i Axel. - Ja nie wiem.
- Daj znać, jak zmądrzejesz. - odburknęła Holy, kierując się w głąb korytarza.
- Nathan? Jak tam ping-pong? - zaczął mnie sprawdzać Axel.
- Wręcz wyśmienicie... - mruknąłem.
- Podobno nie lubisz tego sportu. - stwierdziła brunetka.
- O widzisz jaka niespodzianka! - wykrzyknąłem, machając zeszytem do angielskiego.
- Kto był? - zadał detektyw
- Ale co? - " serio Nathan, udawaj, że nie wiesz o co chodzi, na pewno się na to nabiorą"
- No ta dziewczyna, jak jej było... Holly? - spytała Diana i wtedy zabrzmiał dzwonek - mój wybawiciel.
To się nazywa mieć farta, popędziłem na angielski. Ale dobrze wiem, że czeka mnie ciężka rozmowa z tymi dwojga.
* Mark's POV *
- Kurde no, kurde no. - mówiłem do kartki papieru.
Od razu na pierwszej lekcji pani od angielskiego zaskoczyła nas kartkówką, na którą byłem bardzo źle nastawiony. Niby coś tam się uczyłem, ale... No właśnie. Zostało jedno słowo, którego na prawdę nie mogłem sobie przypomnieć w tej chwili. To był UGH... co to jest, no!
- Jeszcze 4 minutki, kochani! - usłyszałem piskliwy głos pani Thin, która akurat krążyła nad moją ławką.
I wtedy mój umysł się rozjaśnił, szybko nabazgrałem rozwiązanie i położyłem kartkę na stos innych.
" No widzisz Mark jak chcesz to potrafisz. " - podsumowałem siebie, gdy nauczycielka zabierała kartkę. Gdy zabrzmiał dzwonek, szybko udałem się do domu. W końcu dziś spotykam się z rodzicami Nelly. Boję się jak cholera, nie wiem co ze sobą zrobić. Co jeśli im nie przypadnę do gustu? W końcu to pan Raimon, on liczył na księcia z bajki dla swojej córki, a nie wieśniaka turlającego się po ziemi za piłką. Wybrałem numer do Jude'a.
- Halo?
- Stary... musisz mi pomóc.
- Nawijaj.
- Spotkanie... z rodzicami Nelly.
- Oo widzę grubo.
- Proszę cię przyjedź tu, natychmiast!
- Skoro tak ładnie prosisz, już lecę.
- Szybko!
- Spokojnie, będę za 10 minut.
- Okej. - odparłem, kładąc się na łóżku.
Wypuściłem ciężko powietrze z ust. Spotkanie mam o 17, czyli mam jeszcze 2 godziny. A ja nawet nie mam garnituru i krawatu, ani nawet kwiatów dla matki i Nelly. Zabijcie mnie, Jude jest moją jedyną opcją.
* Diana's POV *
Gdy tylko wyszłam z sali, wzrokiem szukałam blond czupryny z długą grzywą. Nie musiałam go długo szukać, siedział z Blazem i Carson'em przy jednym ze szkolnych kaktusów.
- Cześć chłopcy. - odrzekłam, machając im.
Usiadłam obok Nathan'a.
- Jak tam idzie ćwiczenia OGNISTEGO KOGUTA? - zagadnęłam.
- Możemy nie mówić o piłce?
- Nathan, co ci się dzieje?
Chłopak był spięty jak nigdy i unikał mojego wzroku.
- Słyszysz?
- Nie twój interes. - odburknął, podążając w stronę wyjścia ze szkoły.
- Co mu jest? - chłopaki wzruszyli ramionami.
- Musimy dowiedzieć się od tej całej Holy, co jest grane. - powiedział Max, kręcąc z poirytowania głową.
- Nie. - wtrącił się Axel. - Jak będzie gotowy, to nam po prostu powie.
* Mark's POV *
Chyba zaraz mnie coś rozsadzi. Właśnie wywaliłem dosłownie wszystko z mojej szafy i co? Nie mam tam nic eleganckiego oprócz koszulki ACDC, której już dawno nie nosiłem. Do pokoju wszedł brunet.
- Okej myślałem, że będzie gorzej. - sapnął, przeciągając się. - To co, trzeba jechać do centrum po garnitur, krawat i buty...
- Co?
- No tak. - odrzekł, skanując mnie wzrokiem. - Chyba im się nie pokażesz.
Westchnąłem i szybko narzuciłem na siebie kangur. Udałem się na dwór, gdzie ku mojemu zdziwieniu znajdowała się czarna limuzyna.
- Wsiadasz czy będziesz się tak dalej gapić? - z transu wyrwał mnie głos Juda.
Czułem się co najmniej dziwnie, prestiż nie pasuje do mnie. Dojechaliśmy do najbliższego centrum w mojej okolicy.
- Ej, Jude to się chyba nie uda... - jęknąłem, powoli zawracając do wyjścia.
- Evans dopiero co weszliśmy, nie panikuj. - odparł, klepiąc mnie po ramieniu.
- Mam pytanie. - mój mózg nie mógł mnie przed tym zatrzymać.- Jak to było z Dianą?
- A co ma to wspólnego z zakupami? - próbował ominąć temat.
- Nie zagłębiam się w wasze relacje, ale chciałbym wiedzieć jak sobie poradziłeś.
- Do czego dążysz? - sapnął, drapiąc się po karku
- Chodzi o to, kiedy przedstawiła cię rodzicom (ciotce i wujkowi).
- To było wspaniałe spotkanie. - zaśmiał się sarkastycznie. - Byłem tak samo roztrzęsiony, jak ty teraz. Wiedziałem, że ciocia Diany uwielbia petunię, dlatego też przed spotkaniem zaopatrzyłem się w maleńką doniczkę. Gorzej było z wujkiem, który nie był zwolennikiem piłki nożnej. Wręcz jej nienawidził, gdy powiedziałem czym się zajmuję, odrzekł -" Co w tym jest interesującego? Kopiecie piłkę, ganiacie za nią jak psy za kością." Zauważyłem, że na koszulce miał symbol 30 second to Mars. Jako że lubiłem ten zespół, postanowiłem zmienić temat naszej rozmowy i wykorzystać to jako mój checkpoint. 30 second to Mars rzecz biorąc, uratowało nasz związek i całe spotkanie. Pewnie teraz pan Nicolas wyklina mnie pod nosem. Ale... zawsze będę pamiętać to spotkanie, dobrze.
- No to jestem zgubiony. - sapnąłem, łapiąc się za głowę. - Przestraszyłeś mnie!
- Ciebie nie da się przestraszyć.. widziałem to już przy naszym pierwszym spotkaniu.
- A jednak w takich sprawach ze mnie... cienias. - jęknąłem.
- Dam ci dobrą radę, bądź sobą. Nie udawaj kogoś innego, bo pan Raimon cię doskonale zna i od razu wyczuje, że udajesz.
Weszliśmy do pierwszego sklepu, wyszliśmy z niczym. Następnie kolejny, następny i następny... W końcu w ostatnim znalazłem całkiem spoko marynarkę, krawat a nawet buty.
- Potrzymaj. - powiedziałem, dając telefon Sharp'owi.
* Jude's POV *
♫
Leżałem już dobry tydzień w łóżku, noga w gipsie i dusza w rozsypce. Nadal rozmyślam nad słowami Mark'a, jednak przygłusza to świadomość, że teraz jestem bezużyteczny, bez jakiegokolwiek celu. Nie wychodzę ze swojego pokoju, moja noga coraz bardziej boli, jednak dzisiaj obudziłem się inaczej. Dzisiaj już bez gipsu, połknąłem tą tabletkę i nagle poczułem, że ten dzień będzie mój, będzie szczęśliwy. Pomaszerowałem do łazienki, wyszorowałem się i ubrałem się. Gdy usiadłem na fotelu, telefon na mojej szafce nocnej zaczął brzęczeć, przekląłem w myślach, tego kto każe mi się z mojej strefy komfortu. Pokuśtykałem do stolika, pochwyciłem telefon, na wyświetlaczu pojawił się numer Marka.
- Halo?
- Stary... musisz mi pomóc.
- Nawijaj.
- Spotkanie... z rodzicami Nelly
- Oo widzę grubo.
- Proszę cię przyjedź tu, natychmiast!
- Skoro tak ładnie prosisz, już lecę.
- Szybko!
- Spokojnie, będę za 10 minut.
- Okej.
Zacząłem się zbierać, poprosiłem mojego szofera by zawiózł mnie na posiadłość Evans'a. Gdy wszedłem do domu, zastałem go w kupie ubrań, a na jego twarzy malowała się trwoga.
- Okej myślałem, że będzie gorzej. - sapnąłem, przeciągając się. - To co, trzeba jechać do centrum po garnitur, krawat i buty...
- Co?
- No tak. - spojrzałem na jego szary dres i koszulkę poplamioną ketchupem. - Chyba im się nie pokażesz.
Wyszliśmy na pole i podeszliśmy do auta.
- Wsiadasz czy będziesz się tak dalej gapić? - chłopak się otrząsnął i nim się obejrzałem znaleźliśmy się pod centrum, gdy tylko Evans zobaczył ilość sklepów, zbladł.
- Ej, Jude to się chyba nie uda... - jęknął, powoli zawracając do wyjścia.
- Evans dopiero co weszliśmy, nie panikuj. - odparłem, klepiąc mnie po ramieniu.
Nie myślałem, że nasza znajomość z Markiem się tak potoczy.
- Mam pytanie. - wiedziałem, że kiedyś to pytanie padnie. - Jak to było z Dianą?
- A co ma to wspólnego z zakupami?
- Nie zagłębiam się w wasze relacje, ale chciałbym wiedzieć jak sobie poradziłeś.
- Do czego dążysz? - sapnąłem, drapiąc się po karku
- Chodzi o to, kiedy przedstawiła cię rodzicom (ciotce i wujkowi).
- To było wspaniałe spotkanie. - zaśmiałem się sarkastycznie. - Byłem tak samo roztrzęsiony, jak ty teraz. Wiedziałem, że ciocia Diany uwielbia petunię, dlatego też przed spotkaniem zaopatrzyłem się w maleńką doniczkę. Gorzej było z wujkiem, który nie był zwolennikiem piłki nożnej. Wręcz jej nienawidził, gdy powiedziałem czym się zajmuję, odrzekł -" Co w tym jest interesującego? Kopiecie piłkę, ganiacie za nią jak psy za kością." Zauważyłem, że na koszulce miał symbol 30 second to Mars. Jako że lubiłem ten zespół, postanowiłem zmienić temat naszej rozmowy i wykorzystać to jako mój checkpoint. 30 second to Mars rzecz biorąc, uratowało nasz związek i całe spotkanie. Pewnie teraz pan Nicolas wyklina mnie pod nosem. Ale... zawsze będę pamiętać to spotkanie, dobrze.
- No to jestem zgubiony. - sapnął, łapiąc się za głowę. - Przestraszyłeś mnie!
- Ciebie nie da się przestraszyć.. widziałem to już przy naszym pierwszym spotkaniu.
- A jednak w takich sprawach ze mnie... cienias. - jęknąłem.
- Dam ci dobrą radę, bądź sobą. Nie udawaj kogoś innego, bo pan Raimon cię doskonale zna i od razu wyczuje, że udajesz.
Przemierzyliśmy wiele sklepów, został nam ostatni, a jako, że byliśmy zmęczeni, modliliśmy się by tutaj znalazło się to, czego szukamy. Podszedłem do garniturów, Mark podbiegł do mnie uradowany.
- Potrzymaj. - powiedział, dając mi swoje rzeczy, a w tym swój telefon.
Nie wiem czy jego siostra będzie z tego zadowolona, na pewno nie. Nagle telefon się zaświecił, o wilku mowa. Na wyświetlaczu pojawiło się jej imię. Nie wiem co mnie podkusiło, ale odebrałem.
- Halo? Mark, gdzie jesteś?
- Na zakupach.
- Jude? Co to ma być?
- Spokojnie. Po prostu pomagam mu wybrać odpowiednie ubranie, w końcu ma spotkanie z rodzicami Nelly.
- Skąd ty...
- Poprosił mnie o radę, to wszystko.
- Okej, miłych zakupów. - szybko się rozłączyła.
Zza zasłony wyjrzał Mark.
- Kto dzwonił?
- Diana. - spojrzał na mnie znacząco.
Mi chyba nigdy przejdzie... Ciągle coś do niej czuję, nie powinienem, przecież ona chce ruszyć dalej, a ją trzymam za rękę i nie chcę tak łatwo puścić. Uzależniłem się od niej i nie mogę jej od tak odstawić. Na co ja liczę? Przecież wielokrotnie dała mi do zrozumienia, że nie chce mieć ze mną i resztą przeszłości nic wspólnego.
- Co chciała? - wyrwałem się z przemyśleń.
- Chciała z tobą porozmawiać. - sapnąłem.
- Wszystko jest ok?
- Chyba tak... - urwałem, siadając na pufie.
- Kurde... - złapał się na głowie, siadając obok mnie. - Ty ją nadal kochasz.
- Ale nie zasługuję na nią. - stwierdziłem.
- Nic nie masz do stracenia. - zaśmiałem się. - Przeszłość się dla niej nie liczy, więc... zaczynasz z czystą kartą.
- To nie jest takie proste. - pokręciłem głową.
- Oczywiście, że nie będzie to proste. - westchnąłem. - Nie licz, że da ci kolejną szansę jako chłopak... bo zawiodłeś. Ale możecie zostać chociaż przyjaciółmi.
- To już coś. - przytaknąłem mu. - I jak wdzianko?
- Bierzemy!
* Nathan's POV *
♫
Prosto ze szkoły, pobiegłem na boisko. Wziąłem piłkę i z furią celowałem w bramkę. Chciałem się po prostu wyładować, więc krzyczałem, kopałem i płakałem. Moje emocje rozszalały się na dobre. Nie wiem nawet czy sam dam radę się uspokoić, czy dam radę podjąć tą decyzję i nikogo nie zranić. Usiadłem na ziemi i patrzyłem jak leniwe, czerwone słońce chowa się za zielono-brunatnymi pagórkami.
Spojrzałem na wyświetlacz, to Diana dzwoni.
- Halo.
- Gdzie ty jesteś, pacanie?
- W dupie.
- Aha, czyli tak będziemy rozmawiać?
- Tak właśnie.
- O ty gnoju, zaraz sobie porozmawiamy w realu.
I nim zdążyłem się zastanowić nad jej słowami, ona stała tuż za mną.
- Ładna ta dupa, ci powiem. - powiedziała, kręcąc głową - Nathan, powiedz co się dzieje.
- Nie chcę słuchać twoich durnych kazań.
- Nawet mi nie powiedziałeś o co chodzi. - sapnęła. - Skąd wiesz, że cię zganię?
Nastała po między nami niezręczna cisza.
- Zagramy? - spytałem, podając do niej piłkę.
- Z chęcią. - odparła, kopiąc w moją stronę. - Więc powiesz mi, co cię trapi?
- Nie wiem, czy wiesz... ale moja przygoda z Raimon'em jest trochę pogmatwana.
- Jak to?
- Nigdy nie zamierzałem grać w piłkę, byłem urodzonym biegaczem. A przyszedłem do Mark'a tylko po to aby zasilić ich drużynę. - wziąłem głęboki oddech. - Ale potem coś mnie przywiązało do tego sportu. Coś czego nie da się opisać.
- Pasja?
- Tak to zdecydowanie była pasja. A teraz kiedy spotkałem moją przyjaciółkę Holly przypomniałem sobie jak to jest biegać, mieć rozwiane włosy, pot na czole. Stoję przed ciężkim wyborem, moja droga.
- Musisz sam podjąć tą decyzję, nie ja. - złapała mnie za ramię. - Po prostu przemyśl to na spokojnie.
- Nie potrafię. - jęknąłem bezradnie.
- Ale pamiętaj... - ona nadal kontynuowała wykład. - jeśli odejdziesz z Raimon'a, to nasza przyjaźń się nie rozwiąże, nadall będzie trwać. A jak ci się kiedyś zatęskni za piłką, to wrócisz do club'u. - odparła, klepiąc mnie po ramieniu.
- Masz racę. - pokiwałem na jej słowa głową. - To co może przejdziemy się?
- Czemu nie. - odparła.
- W pobliżu jest jakaś kawiarenka... może wpadniemy?
- A nie lepiej na ping-ponga? - zaczęła się śmiać.
- Och, dalej będziesz mi to wypominać. - przewróciłem na nią oczami. - Na prawdę nie myślałem, kiedy pisałem do niego SMS'a.
* Mark's POV *
♫
Wdech, wydech. Zapukałem do drzwi, byłem zatrwożony, trząsłem się i bałem się, że stłucze na dzień dobry doniczkę z fioletowym kwiatem. Otworzyła moja ukochana, wypuściłem powietrze z ust (ulga).
- Matko, takiej edycji Mark'a Evans'a nie widziałam. - uśmiechnęła się, zatykając usta z podziwu.
- No widzisz... jednak umiem cię zaskoczyć. - odrzekłem, całując ją w policzek.
- Skąd wiedziałeś, że moja mama uwielbia wrzosy? - spytała, jeszcze bardziej zdziwiona, patrząc na doniczkę.
- Tego akurat nie wiedziałem. - podrapałem się po głowie. - Ale to dobrze, że wpadłem w gusta twojej mamy.
- Wchodź. - odparła, otwierając szerzej drzwi.
W środku zastałem państwo Raimon, a ten cały stres minął, czułem się jak ryba w wodzie. Podszedłem do jej taty, ścisnąłem jego rękę.
- A więc to ty. - powiedział pan Raimon. - Mark, chłopak mojej córki.
- No padło na mnie. - zaśmiałem się. - Pańska córka nie mogła lepiej wybrać.
- No ja mam nadzieję. - zachichotała pani Elizabeth, kiedy całowałem jej rękę.
Również odpowiedziałem jej śmiechem.
- Czym się interesujesz poza p i ł k ą n o ż n ą.
Ups.
- Mam zamiłowanie do perkusji. - co było zgodne z prawdą. - Może dlatego, że moim ulubionym perkusistą jest Phil Rudd z ACDC.
- O nie. - jęknęła Nelly, zasłaniając twarz.
- Ooo... - pokiwał na to głową ojciec Nelly. - widzę, że mamy podobne gusta!
- Wygląda na to, że jesteśmy na siebie skazani. - uśmiechnąłem się ciepło.
- Ale pamiętaj, jeśli moja córka przyjdzie z płaczem... - zacisnął pięść. - To nie chcesz wiedzieć co ci zrobię.
- Tato... - sapnęła brunetka, przewracając oczami.
- Twój tata ma racje. - złapałem ją za rękę. - Ale możesz być spokojna, nie pozwolę na to.
Rozdział:23
" - A gdybyś ty nam umarła?
- Ey. - zatrzymałam jego fantazje. - Dopóki biorę leki, wszystko jest okej.
- No ja myślę, ale już nigdy więcej ci na takie coś nie pozwolę. Choćbym musiał wąchać skarpety Jack'a.
Zaczęliśmy się oboje śmiać, spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy.
- Nie śmiej się idiotko! - próbował pohamować swój śmiech.
Poczułam uczucie, które już kiedyś miałam - motylki w brzuchu. Cholerny Blaze, niech cię... Zdałam sobie sprawę, że zakochałam się i nie mam wyjścia z tej sytuacji. "
* Mark's POV *
♫
Od wygrania finałów minęło już sporo czasu, nie mogę się z tego odtrząstnąć . Pamiętam jak z weselem wybiegliśmy z Akademii, chłopaki mnie podnosili, a zaraz po mnie nawet i Diana wzleciała w powietrze, gdy wtarabaniliśmy się do autobusu, zaczęliśmy śpiewać piosenkę Pink "Raise your glass". Oczywiście nie obyło się bez wielkiej fety z tej okazji, wszyscy zgromadzili się w naszej ulubionej knajpce, a wszystko co chcieliśmy zjeść było na koszt naszego trenera i lokalu. Wróciłem do domu o późnej godzinie.
- Gdzieś ty się podziewał? - krzyknęła lekko zbulwersowana matka.
- Odpuść mu... w końcu wygrali finały. - poklepał ją po ramieniu tata. - Jesteśmy z ciebie dumny synu.
- Dzięki, to wiele dla mnie znaczy.. - urwałem, uśmiechając się, udałem na górę.
W dniu dzisiejszym czuję się dziwnie, dosłownie, czasami wydaje mi się, że mnie to odrobinę przytłacza. Każdy już nie patrzy na nas jak na jakiś obłąkanych, ale normalnych, wyluzowanych, jesteśmy niczym jak popularne dzieciaki, odwalające popularne, spektakularne, ale coraz mniej zaskakujące rzeczy. Stałem się obiektem westchnień wielu panienek, ale Nelly akurat nie była z tego faktu zadowolona. Nie mogę w to uwierzyć, wiem, że się powtarzam, ale jestem coraz bliżej celu. Jestem bliżej dziedzictwa, którego tak bardzo pragnął mój dziadek, jak i ja. Minął już tydzień od tego wszystkiego. Tego się nie da ot tak zapomnieć, tych potów, siniaków, łez. Tylu wrażeń, żaden (ale to żaden) mecz mi tak nie doświadczył. Mój idealny przeciwnik, Akademia napoiła mnie swoim lękiem, ale zmierzyłem się z nim dzielnie i go pokonałem. Właśnie... Ciekawe co u niego? Chciałbym z nim pogadać, mimo wszystko powinienem go nienawidzić - w końcu bestialsko traktował moją siostrę, ale to głupie... ale nasza relacje nie jest mi obojętna, tak jak mówiłem, nasza relacja jest dziwnym połączeniem przyjaźni. O ironio (westchniecie) wcześniej chciałeś go zlinczować, a teraz nazywasz go kumplem? Mark, what's happend? Też chciałbym wiedzieć. Nadal mam milion pomysłów jak go zabić, ale widząc go wtedy zdruzgotanego, po prostu nie mogłem. Stracił szansę na zjednoczenie rodziny, ja mu ją odebrałem, ale ja mam serce i nie chciałem go dodatkowo kopać. Udałem się jak zwykle, na trening do naszego centrum. Z daleka można było usłyszeć wrzaski Jack'a, a raczej krzyk panienki Wallside, gdyż piszczał jak baba. W wewnątrz powitała mnie moja pani (Nelly), Silvia i Diana. Bacznie przyglądały się poczynaniom chłopakom.
- A tobie trzeba wysyłać specjalne zaproszenie? Szoruj się przebrać i trenować! - krzyknęła moja siostra.
Na rozkaz generał Diany udałem się do szatni.
* Diana's POV *
♫
Non stop myślę o tym wszystkim. Po ostatniej konforntacji z nim, z moim oprawcą. Rozmyślam nad tym wszystkim, a szczególnie nad moim uczuciami, które ponownie rozpanoszyły się wszędzie gdzie się da, po mojej głowie. Nie mogłam zasnąć, przesuwałam się z boku na bok, a nadal w głowie miałam naszą rozmowę. Teraz już wszyscy wiedzą. Z jednej strony, zaoszczędziłam sobie ckliwej opowiastki o tym strasznym epizodzie mojego życia. Jednak jest ta druga strona, teraz będę okupowana wymuszoną litością, a tego nie chciałam. Chciałam by każdy mnie znał, jako silną osobowość, a nie dzidziusia, któro najzwyczajniej w świecie, trzeba nauczyć jak ten świat funkcjonuje. Po kilku godzinach, zamknęłam oczy i usnęłam.
- Zbieraj się! - ponaglał mnie Axel, stojąc nad moim łóżkiem.
- Co ty tu...
- Patrz. - wskazał na zegarek, wskazujący siódmą czterdzieści pięć. - Musimy się zbierać!
Mimowolnie wstałam z łóżka i leniwym krokiem udałam się pędem do łazienki.
- Zejdź na dół, to potrwa długo. - rzuciłam przez ramię.
- Rób to swoje czary-mary, tylko szybko. - przewrócił oczami i udał się, tak jak mu kazałam, na dół.
Tam doprowadzam się do ładu-składu i ubieram się. Patrzę na zegarek, mam raptem dziesięć minut.
- Izi. - krzyczę, zjeżdżając tyłkiem po schodach.
Pamiętacie zjeżdżanie ze schodów? Zwykle kończy się boleśnie, tak było i teraz. Mój tyłek trzasnął o podłogę, a ja poleciałam jak długa.
- Matko... - krzyknął zaniepokojony Axel, kucając przy mnie. - Aż tak nam się nie śpieszy.
- Wszystko jest na swoim miejscu. - na co chłopak poruszył śmiesznie brwiami.
- A ten tylko o jednym. - sapnęłam, podnosząc się z ziemi. - Chodziło mi o mózg, geniuszu.
- Zdziwiłabyś się jakie Nathan ma dopiero myśli.
- Mnie nic w nim nie zdziwi. - zaczęliśmy się śmieć.
Wyszliśmy z domu i udaliśmy się do szkoły. Po ostatnich wydarzeniach wszystko, tak jakby jest w równowadze. Przynajmniej mi się tak wydaje. Doprowadza mnie do niemałego zdziwienia, gdyż ostatnimi czasy było po między wiele napięć, i to nie takich przyjacielskich. W szkole nie zmieniło się dosłownie nic, oprócz tego, że chłopakom przybyło kilka panienek-fanek. Po lekcjach udałam się wraz z Swiftem, Max'em i Axel'em do centrum treningowego. Tam już zaczynali trening Todd i Jack.
- To ja was zostawiam, miłego trenowania. - odparłam, powoli odchodząc.
- Nie idź. - zajęczał Todd, który jak to zawsze uczepił się moich kostek.
- To jest bardzo przekonujący argument, ale.. - próbowałam oswobodzić swoją nogę.
- Nie daj się prosić... - urwał Nate. - Mam ci powiedzieć miłe rzeczy.. "Jesteś piękna", " Z dnia na dzień rozkwitasz"..
- Dobra, dobra. - pohamował go Axel.
- Coś się wymyśli. - sapnęłam.
- Ktoś musi pilnować te "duże dzieci". - zaczął się chichrać Todd.
- Te Ironside chcesz dostać w pusie, hę? - usłyszałam blondyna.
- O kochany przyjacielu, ależ nie. Dobrze wiesz, że cię szanuje i uwielbiam. - powiedział zatrwożony brunet, nisko się kłaniając.
W kilka chwil później pojawiła się reszta drużyny. Przyszły też dziewczyny.
- Co u ciebie, maleńka? - usłyszałam serdeczny głos Bobby'ego.
Wpadłam w jego objęcia.
- Bardzo dobrze... maleńka? - zaczął się śmiać.
- No dobra, niech ci będzie.. po ostatnim meczu jesteś naszym gigantem.
- A jak u ciebie, panie wygrałemfinałystrefyfootballu?
Axel spojrzał na nas dziwnym wzrokiem.
- Wręcz wyśmienicie mi się wiedzie.
- Nie chcę wam przeszkadzać, ale Bobby chyba przyszedłeś tu doskonalić swoje zdolności piłkarskie, a nie flirtować. - rozmowę przerwała nam Nelly.
- Pardon panno Raimon. Już idę. - powiedział, puszczając jej oczko. - Po treningu... Kawa?
- Zgadamy się. - pomachał mi na pożegnanie i podbiegł do reszty ćwiczących.
I wtem, niczym piorun z jasnego nieba, zjawił się Mark. Muszę przyznać, że odkąd przeszli do półfinałów stał się niesamowicie pełny życia, za każdym widzę jak głowę ma w chmurach i jest dziwnie zamyślony. Teraz kiedy już wie, co zrobił Jude, zaczął się mną strasznie interesować. Czego czasami mam po dziurki w nosie, są takie momenty, że wpada mi do pokoju by zapytać mnie jak się miewam. Powinien zająć się Nelly, tym bardziej, że już jutro spotyka się z państwem Raimon. Chłopak z wielkim uśmiechem wpatrywał się w swoich kolegów.
- A tobie trzeba wysyłać specjalne zaproszenie? Szoruj się przebrać i trenować! - krzyknęłam do niego, na co brunet jak kamień wystrzelony z procy udał się do szatni.
Do centrum wleciała zdyszana Celia. Na jej twarzy malowało się zakłopotanie.
- I jak mecz królewskich? - spytał Carson, podchodząc do dziewczyny.
- Daj jej złapać powietrza. - palnęłam go, na co on tylko syknął.
- 40-0
- Rozgromili wszystkich.. - urwał Steve.
- W końcu, to Akademia. - podsumował ponuro Jim.
- WOW, WOW! - posłyszał tą informację mój brat. - Czyli widzimy się z Akademią w finałach.
- Akademia przegrała ten mecz. - odparła smutno.
* Mark's POV *
Czy to jakiś chory żart? Przecież, oni są najlepsi, niepokonani. Nikt ich nie rozgromił tak jak oni te wszystkie drużyny. Stałem zamurowany, nie mogłem się ruszyć.
- Jak to się stało? - spytałem najspokojniej jak potrafiłem, po mimo tego, że moje nerwy już dawno rozszarpały się na strzępy.
- Nie mieli jak zareagować. Przeciwnik był tak potężny, że połowa drużyny jest w szpitalu. - szepnęła cicho. - W ciężkim stanie.
- Gdzie wtedy był Jude?! - wrzasnąłem zbulwersowany.
- Ja chyba wiem gdzie... - jęknął Blaze, drapiąc się po karku.
- Siedział całą 1 połowę na ławce. - sapnęła, siadając na powoli na ławce obok dziewczyn. - I gdy chciał już wejść... boisko stało się cmentarzem. Koniec meczu.
- Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. - mruknął Kevin.
- Przepraszam, muszę wyjść. - odparłem, obruszony złymi wiadomościami.
Po czym szybko się przebierałem i wyszedłem.
- Gdzie idziesz? - usłyszałem głos Dan za swoimi plecami.
Nie chciałem jej mówić że chodzi o Jude'a. Widzę jak to przeżyła na meczu i jak nadal to przeżywa. Ten człowiek, odcisnął na niej wielkie piętno z którym ona sobie nie radzi. Muszę ją ochronić przed tym wszystkim, za wszelką cenę.
- Przejść się.. - próbowałem ominąć temat.
- Powiedz mi. - powiedziała nieco zdenerwowana. - Do Sharp'a, tak?
Pokiwałem głową.
- Trzeba było tak od razu.
- Ale...
- Nie musisz się martwić. - sapnęła poirytowana. - Tak, on pozostawił ogromną ranę w mojej psychice, ale staram się żyć dalej.
- Jesteś pewna? - spojrzałem jej głęboko w oczy.
- Tak, idź już.
A tymczasem ja pomknąłem na najbliższy przystanek.
* Jude's POV *
♫
Czuję się tak beznadziejnie i niepotrzebnie. Jak jakiś śmieć, jak zabawka, która się nagle zepsuła. Po ostatnim meczu, muszę podkreślić, że przegranym (meczu z Raimonem), byłem jak po jakiś najlepszych sterydach, byle by wleźć na boisko. Każdy najlepszy musiał kiedyś przegrać, prawda? Ale następny mecz, tak bardzo chciałem wygrać Ale niestety nawet nie mogłem w nim zagrać, siedział na ławce z nogą w bandażu. Przeciwnik był tak mocarny, że zdmuchnął jednym uderzeniem naszą drużynę z boiska. Niektórzy mają przez to spotkanie nie małą traumę, a inni leżą połamani w szpitalu. Głupia kontuzja, wszystko przez to, przeze mnie. Z perspektywy widza, to wyglądało jeszcze gorzej, zupełnie jakbym zostawił drużynę na pastwę losu. Niby tam byłem, a siedziałem na ławce i sprawiałem wrażenie, że mało mnie obchodzi co się dzieje na boisku. Ale nie było mnie na boisku, więc moje wsparcie nie było takie odczuwalne. Przez ten cholerny sport nie mam nic, zupełnie nic, tylko problemy. Wszelkie nadzieje na lepsze życie umarły. Siedziałem teraz w zamkniętym pokoju, sam na sam, w jak zawsze pustym domu. Ojciec jak zawsze był w pracy, moi jedyni przyjaciele, jakich posiadam, są w szpitalu. Zostałem sam, kompletnie sam. Zresztą swoim postępowaniem zasłużyłem na takie coś - "A masz gnoju". Ta pustka mnie przygniata, ta psychiczna i fizyczna. Teraz wiem co musiała czuć Diana. Tak bardzo chciałbym znów ją mieć w objęciach, głaskać jej pofalowane, miękkie włosy i czuć jej perfumę o zapachu nektarynki. To były czasy. Wtedy wszystko wydawało się takie proste. A teraz to jakiś jebany koszmar. Z którego resztkami sił chcę się wyrwać. To środowisko, ten człowiek kompletnie poprzewracał moje życie. Zmienił mnie. Stałem się jakimś aroganckim gówniarzem, którym tak na prawdę nie jestem. Byłem taki z przyzwyczajenia. Usłyszałem czyjeś kroki, to dziwne ponieważ, jak wspominałem wcześniej, byłem sam w domu. Drzwi lekko się uchyliły, zobaczyłem w nich Marka. Chłopak tylko się uśmiechnął.
- Dzień dobry.
- Dla mnie chyba nie za bardzo. - skrzywiłem się.
- Nie mów tak. - urwał, siadając obok mnie.
- Łatwo ci mówić. - mruknąłem ponuro. - Udział w półfinałach mamy z głowy. Zostaliśmy pogrążeni. Nie widzisz tego?
- Jude, Jude Jude. To że przegrałeś...
- Przestań pierdolić, dobrze wiem co zrobiłem. - krzyknąłem wstając z łóżka.
- ... nie znaczy, że jesteś nikim. - mimo mojego wybuchu, nie wycofał się. - Na prawdę jesteś wspaniałym piłkarzem. Marnujesz to.
- Piłka nożna zabrała mi wszystko. - zacząłem wymachiwać rękami. - Dziewczynę, przyjaciół a nawet własnego siebie. Więc o czym my mówimy? Ty masz rodzinę, a ja nie. Ty masz kochającą dziewczynę, a ja nie. Ty masz przyjaciół, a ja nie. Całe moje życie to jedno wielkie marnotrawstwo.
- O nie kolego. - obruszył się. - Nie obwiniaj o to piłki. To nie jej wina. To wszystko zrobiłeś niestety ty.. ale to nie oznacza, że sinusoida ci się nie poprawi
- Nie rozumiem cię, Mark. - odparłem bezradny. - Poniżyłem cię przed twoją szkołą, skrzywdziłem twoją siostrę, obraziłem... A ty tu nadal stoisz.
- Po mimo tego co zrobiłeś i jaki byłeś. - urwał, głęboko wzdychając. - Jakaś wewnętrzna siła każe mi przy tobie zostać. Może nie mam podobnej sytuacji, do twojej ale... cię rozumiem. A przynajmniej próbuję to robić. Nie mogę patrzeć na ludzi, którzy mówią, że życie jest do dupy. Bo to wcale nie jest tak. Warto się cieszyć życiem, mieć w dupie jakieś przeznaczenie wywróżone z kart. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce.
- Nie umiem.
- Hola, hola. - klasnął mi przed twarzą. - Nie rób z siebie jakiegoś nieudacznika. Wygrywałeś ze swoją drużyną ponad kilka lat z rzędu, a teraz trudno ci jest życie ułożyć? Nigdy nie uwierzę w taką bzdurę...
- Mark...
- Będzie dobrze. - odrzekł, przybijając z nim piątkę. - Skoro tu przyszedłem, to może porozmawiamy?
- Tak, jasne.
* Diana's POV *
♫
Po treningu udałam się, na ustaloną z Bobby'm, kawę. Przez całe nasze spacerowanie do pobliskiej kawiarni, na jego twarzy widać, że coś go nurtowało. Po mimo tego, że kumplujemy się stosunkowo krótko, doskonale się rozumiemy jakbyśmy się znali od podszewki.
Wiem kiedy jest coś nie tak, tak było i teraz.
- Diana. Mam problem. - odparł, miętoląc kubek po swojej karmelowej kawie.
- Ty i problem? Nie możliwe! - machnęłam ręką.
- Ja się chyba... zakochałem.
Ostatnio wszystko dookoła mnie czuje miłość, tylko ja omijam ją szerokim łukiem, a gdy się pojawia to staram się ją ignorować.
- Kim jest ta szczęściara? - spytałam zaciekawiona.
- Nie wiem czy ci się to spodoba, ale...
- Ale.. - dalej ciągnęłam go za język.
- To Celia. - zaczął się szybko tłumaczyć. - Tak wiem, to siostra Jude'a i...
- Ej, Bobby luz - uspokoiłam go klepiąc go po plecach. - Przyjaźnię się Celią, nie z nim.
- Czyli ci to nie przeszkadza? - spytał by się upewnić.
- Cieszę się, że to akurat ona jest wybranką twojego serca.
- Tylko właśnie się dla niej nie nadaje.
- Dlaczego? - przysiedliśmy na ławce z naszymi kawami.
- Jestem strasznie, ale to strasznie niegrzeczny. Nie widać tego po mnie, ale tak jest. - powiedział, uśmiechając się.
Takie plotki można było usłyszeć wszędzie, ale ja jako, że nie wierzę w pocztę pantoflową, ufałam swoim instynktom. Widząc go przy paczce Jude'a, zawsze się zastanawiałam co on tu właściwie robi. Teraz wszystko się zmieniło, poznaję się z nim na nowo, nasze relacje są zdecydowanie bliższe niż dotychczas.
- Och, gdyby Erick tu był... - sapnął.
- Erick?
- Tak, mój kumpel. - pokiwał patrząc w niebo. - On to by mnie obrzydził tobie na starcie. Opowiedziałby nasze przygody.
- A gdzie on jest? - zadałam pytanie, które najchętniej bym drugi raz nie zadała.
Chłopak nagle się zasmucił.
- Jakby ci to powiedzieć... - zaczął nerwowo podskakiwać nogą. - Tir zmiótł go z drogi, słyszałem tylko jego krzyk.. już nigdy więcej go nie zobaczę.
- Przepraszam. - szepnęłam.
- Nie ma co, Diana. - blado uśmiechnął się. - Erick się nie pogniewa jak o nim poplotkuję.
- Mam nadzieję, że jest w dobrym miejscu.
- Pewnie pełno w nim jest fajnego football'u i puszek Tiger'a.
Sama wiem jak to jest stracić kogoś tak bliskiego. Niby utraciłam swoje relacje z rodziną, ale to nie to samo. W przeciwieństwie do Bobby'ego, ja mogłam odzyskać moją rodzinę którą utraciłam 13 lat temu, a tu żadna siła nie wskrzesi tego Erick'a. Shearer może tylko popatrzeć w gwiazdy i zastanawiać się co tam u niego i gdzie teraz jest.
" - Co? Jak to? - wydukała
- Jeśli Jude wygra ten mecz będzie mógł z nią zamieszkać.
- Celia wie o tym? - złapała się za głowę.
- Chyba nie... sam nie wiem.
- Nie, no nie... - wydukała szatynka. - co teraz?
Mam pustkę w głowie. Za niedługo początek drugiej połowy. A ja mam wybór albo się poddać albo rozbić czyjąś rodzinę i jej szczęście. "
* No One's POV *
Mark powoli wstał z ziemi. Otrzepał się z kurzu, który opadł na jego strój po tym strzale, który swoją drogą zmiótł by każdego i wszystko co się porusza. Jego ciało jakby sparaliżowane, stało teraz nieruchomo. Chłopak zapatrzony w swoje niebiesko-żółte korki, które idealnie pasowały do stroju, był zamyślony. Było mu wstyd, na jego twarz malowało się rozczarowanie. Ale mecz trwa dalej, trzeba więc przerwać chwilę zadumy naszego bohatera. Jude szarżuje na bramkę Evans'a wraz z innymi graczami, czyżby była ta sama akcja co sprzed chwili? Gdy piłka już miała wzbić się w powietrze, coś powstrzymuje tą tak dobrze zapowiadającą się akcje. A raczej ktoś, to Axel. Szybko podbiegł w ich stronę i również podleciał w górę, w ich stronę. Przywarł do piłki nogą, tak aby ani na milimetr nie zbliżyła się do bramki. Ponowny kurz i dźwięk podobny do ptaka spadającego na ziemie. Kolejne straty?
* Diana's POV *
♫
Mecz pełen wrażeń, można rzec. Jednak coś mi tutaj nie pasuje, coś jest nie tak. Siedzę niespokojnie, bębnie nogami o murawę i obserwuję każdą sekundę tego meczu. Mark, po tym strzale, stał się jakiś niewyraźny, dodatkowo zbladł. Jude natomiast gra tak jak zwykle, muszę niestety to przyznać - świetnie, nie dając nawet chłopakom na chwilę oddechu. Przed chwilą Marka najdoskonalsza taktyka zawiodła. Sharp to dobry strateg, zawsze wymyśli pomysł, aby człowieka zaorać. Zbliżał się ponownie do zatrwożonego Mark'a, a ja zacisnęłam usta. I wtem jak piorun z jasnego nieba, Blaze zablokował dostęp do bramki. I kolejny kurz, a na mojej twarzy zaskoczenie i zdenerwowanie. Nie rozumiem tego co się właśnie stało, muszę się dowiedzieć - teraz. Szybko wbiegłam na boisko, a wraz ze mną Celia. Ja pobiegłam do Axel'a, a ona zatrzymała się. Widać, że jest zdenerwowana, nie dziwię się jej relacje z Jude'em jest specyficzna - czasami jest, a czasami jej nie ma. Najwidoczniej chce się zbliżyć do brata, ale po prostu nie wie jak.
- Mark by to obronił. - stwierdziłam, kucając przed skulonym blondynem
Pokręciłam głową patrząc na jego zakurzone ciało.
- Jesteś tego taka pewna? - powiedział, pokazując na postać mojego brata. - Spójrz, że na niego.
Rzeczywiście, Axel ma rację. Był niespokojny jak nigdy i niepewny swoich ruchów.
- Idź, poradzę sobie. - odparł cicho Axel.
Wtem na horyzoncie zobaczyłam szatynkę z apteczką w ręku. Nie mogłam zostawić tego tak po prostu. Szybko podeszłam do ich dwójki. Dziewczyna niezdarnie próbowała opatrzyć nogę Jude'a.
- Oddaj to. - sapnęłam, wyrywając jej bandaż z rąk.
Dziewczyna spojrzała na mnie cała zszokowana, tak samo jak jej brat. Wypsikałam Jude'a łydkę, a następnie zawinęłam w bandaż. Rzuciłam butle ze spray'em w stronę szatynki.
- A jak będziesz chciał wygrać mecz, to nie wykorzystuj do tego swojej siostry. - warknęłam w jego stronę, odchodząc.
Widziałam kątem oka, że chłopak z pomocą siostry podąża za mną. Zwolniłam kroku. Trener wziął na chwilę czas, aby porozmawiać z Markiem. Usłyszałam nagle czyiś krzyk. Zauważyłam dość nieciekawą sytuację, która mnie mocno zdenerwowała. Blondyn dosłownie wycelowałam swoim tornadem prosto w Mark'a.
- Blaze, coś ty zrobił?! - krzyknęłam, szarpiąc go za koszulkę.
Zachowują się jak dzieci. Za niedługo wszyscy się pobiją.
- To co trzeba. - podsumował, nie zaimponowała mu moja agresja.
- Axel, to mój brat do cholery! - warknęłam.
- To niech przestanie się mazgaić! - odparł poirytowany.
Nienawidzę kiedy ten gałgan ma rację, ale tak sytuacja wygląda. A przeważnie zawsze ją ma, w tym momencie na prawdę chciałam, aby jej nie miał.
- Agresją nie rozwiążesz jego problemu. - westchnęłam.
- Inaczej by nie dotarło, kochanieńka. - powiedział Blaze, patrząc ukradkiem na czołgającego się po ziemi Mark'a.
- Nie skończyłam z tobą. - sapnęłam, łapiąc go za rękę.
- Diana, nie pozwalaj sobie.- usłyszałam dobrze znajomy mi głos należący do kapitana królewskich, a Axel wyrwał się z mojego uścisku.
- I kto to mówi? - zaśmiałam mu się w twarz.
- Nie bądź ironiczna. - warknął Sharp zacisnął zęby.
- A tobie jeszcze mało. - jęknęłam, próbując pohamować łzy. - Przez ciebie nic nie mam. Zawładnąłeś moim sercem i straciłam miłość i zaufanie do kogoś.
- Diana...
- I za każdym razem jak mnie lałeś, niemal do nieprzytomności, zabrałeś mi poczucie bezpieczeństwa. Skazałeś mnie na cierpienie, wszystko przez ciebie, cholerny gnojku!
- Przegięłaś.
- Co. ty. zrobiłeś. - powiedział Mark, podnosząc się z ziemi.
Jego głos się zmienił. Nie był już taki delikatny, pełen troski. Zastąpiła go ostra, szorstka barwa.
- Uderzyłeś ją, tak? - spytał ponownie, patrząc z nienawiścią na bruneta.
- Mark..
- Stul pysk. - modliłam się, żeby nie rozwiązali tej kwestii pięściami.
- Diana, ja... - załkała cicho Celia, tuląc się do mnie.
- Już dobrze. To nie twoja wina.
- Co masz na swoje wytłumaczenie? - Celia wbiegła po między nimi.
- Proszę was.. - jęknęła, a jej twarz wyglądała jak ściana deszczu.
- Celia, kocham cię i będę o ciebie walczył. - zacisnął pięści - A co do ciebie Diana...Nie licz, że oszczędzę Blaze'a.
To ostatnie zdanie wprawiło mnie w osłupienie. Zapowiada się niezły horror, moja psychika już tego nie potrafi poukładać.
* Mark's POV *
♫
Nie obroniłem tego, niech to.. było tak bliski. Myślałem, że ta technika jest nie do złamania, do teraz. Otrzepałem się i próbowałem się skupić, ale w mojej głowie wciąż brzmią słowa Darka. Nim zdążyłem się wyrwać z roztargnienia, Jude już był blisko pola bramki, a wtedy Axel ruszył w jego stronę. Zatamował kolejny atak i obaj w kłębie kurzu. Diana i Celia, jak wystrzelone z procy, poleciały w miejsce kraksy. I wtedy Poczułem jak piłka miota uderza moją twarz, ogromny czerwony placek widniał teraz na mojej twarzy. Zachwiałem się i świat zawirował przede mną, zobaczyłem przed sobą Blaze'a. Byłem zdziwiony tym wszystkim i nie mogłem poukładać myśli, gdyż ból pulsował po całej mojej głowie.
- Co do...
- Co tu się dzieje? - warknął, patrząc mi prosto w oczy.
- Axel, ty nie zrozumiesz. - jęknąłem, masując obolałą twarz, siadając na ziemi.
- Nie muszę... Silvia mi o tym powiedziała. - sapnął, łapiąc mnie za ramię. - Sprawy osobiste zostaw za boiskiem.
- On może stracić siostrę, tak jak ty swoją. - obrócił się, szarpnął moją koszulkę.
- Ogarnij się, Mark. - puścił zacisk. - To nie miejsce na takie coś, grajmy.
Pokiwałem na jego słowa, miał rację. Sport wymaga skupienia, muszę się więc skupić. Moją uwagę przykuło konwersacja pomiędzy Dianą i Jude'em.
- I za każdym razem jak mnie lałeś, niemal do nieprzytomności, zabrałeś mi poczucie bezpieczeństwa. Skazałeś mnie na cierpienie, wszystko przez ciebie, cholerny gnojku!
- Przegięłaś.
- Co. ty. zrobiłeś. - wycedziłem przez zęby.
- Uderzyłeś ją, tak? - zapytałem, jakbym się chciał upewnić, że dobrze usłyszałem.
- Mark..
- Stul pysk. - otworzył mi się scyzoryk w ręce.
- Diana, ja... - Celia wpadła w objęcia mojej siostry.
- Już dobrze. To nie twoja wina. - zaczęła ją pocieszać.
- Co masz na swoje wytłumaczenie? - Celia wbiegła po między nami, w tym momencie gdy przysłowiowy "scyzoryk w kieszeni mi się otwiera"
- Proszę was.. - jęknęła, a jej twarz wyglądała jak ściana deszczu.
- Celia, kocham cię i będę o ciebie walczył. - zacisnął pięści - A co do ciebie Diana...Nie licz, że oszczędzę Blaze'a.
Jak on mógł? Moją malutką, bezbronną siostrzyczkę uderzyć. Kobiety się szanuje i kocha, a nie poniewiera.
- Mark.. - urwała, wziąłem ją w objęcia. - Przepraszam..
- Diana... to nie jest twoja wina. - zmusiłem ją by spojrzała w moje oczy. - Zajmę się tym.
Pogłaskałem ją po głowie i zająłem pozycję, gdyż przerwa się już kończyła. Dosłownie wszystko mnie boli. Ten potężny pocisk Blaze'a przyprawił mnie o nowe rany i siniaki. Z ledwą biedą stałem na dwóch nogach.
* No One's POV *
I tak oto rozpoczęła się 2 połowa tego jakże emocjonującego spotkania. W pierwszej połowie Akademia królewska zdobyła 1 punkt, zmiatając Evans'a z pola bramkowego, co dało im chwilowe prowadzenie nad rywalem. Nie ma na co czekać, zaczynajmy!
Piłka błyskawicznie przechodzi z pod nóg Samford'a do Jude'a. Jude Sharp, widzicie go? Ten młodzieniec ma na koncie wiele wygranych, nigdy nie przegrwał. Czy Raimon przełamie tą zwycięską passę?A tutaj już następujące kolejne podanie, tym razem do Wildshild'a. Ten prosto celuje w bramkę przeciwnika, bez jakiegokolwiek namysłu. Ale cóż to? Obok Evans'a nie wiadomo skąd pojawił się Swift. Zatrzymuje strzał swoim ciałem, jakby on sam był bramkwarzem. Obok niego pojawili się inni pomocnicy i pomagali bronić swojego kapitana. Mark osobiście się wzruszył. Taka postawa jego kolegów pobudziła go do działania, nowa energia napełniła jego serce. W pewnym momencie piłka szybuje w powietrze. Wiadomo co się teraz stanie, ponownie 3 zawodnicy akademii skaczą w kierunku piłki. Ustawiają się w trójkąt, niczym ZABÓJCZA FORMACJA. Piłka niezauważona prześlizguje się przez obrońców. Co teraz? Nagle do piłki podbiega Bobby i własną twarzą broni tą piłkę. Co za poświęcenie u drużyny Raimon!
* Diana's POV *
♫
Nie mogę usiedzieć w miejscu. To już nie jest gra, tylko pole bitewne. Cios za cios, a nasi chłopcy padają jeden po drugim. Nie wiem co Mark wyczynia. Czy on nie widzi tego? Musi się do cholery obudzić, nasz bramkarz jest na tyle słaby, że potrzebuje mieć kilku obrońców wokół siebie. Przepraszam bardzo, co się tutaj dzieje? Gdzie jest ten pełny energii chłopak? Gdy zobaczyłam jak Bobby heroicznie broni tą piłkę, wybuchłam. Szybko podbiegłam do niebiesko-włosego, by udzielić mu pierwszej pomocy. Opatrzyłam go, a później czekałam na przyjazd pogotowia. Widząc koszulkę Shearer'a, postanowiłam działać. Chciałam poczuć ponowną adrenalinę, chce być na boisku, chce ich uratować. Pobiegłam z koszulką do najbliższej łazienki. Tam przebrałam się w koszulkę, ubrałam dodatkowo spodenki i moje adidasy. Gdy już byłam gotowa, zawiązałam włosy w koka i podążyłam na boisko. Wbiegłam na murawę, a wszystkie oczy były skierowane na mnie. Spojrzałam na blondyna, który tylko przewrócił na mnie oczami. Natomiast Sharp uważnie mi się przyglądał, jeszcze nie widział mnie w akcji. W końcu zmierzę się z moim największym lękiem, czas najwyższy Diana! Ustawiłam się na obronie. Ale wiedziałam, że nie będę stać jak kołek. Czas aby Mark się otrząsnął, wykurował swoją zranioną dumę.
* No One's POV *
Po zdjęciu Shearer'a z boiska, miał za niego wejść Jim. Jednak zamiast niego pojawiła się brunetka, siostra Marka - Diana. Ustawiła się na obronie, za Bobby'ego. Każde spojrzenie było skierowane na tą dziewczynę. Kto by pomyślał? Czyżby powtórka z rozrywki? Widzieliśmy ją w akcji już wcześniej, to idealne wzmocnienie dla zespołu. Ale.. czy da sobie radę z takimi potęgami? Mecz zostaje wznowiony. Przy piłce znajduje się Dragonfly. Chłopak podąża do bramki, wymija innych zawodników. Wymierza SMOCZY CIOS prosto w bramkę rywala. Ale TARCZA MOCY odbija piłkę do góry. I po nim następuje kolejne zagranie, tym razem Axel atakuje swoim OGNISTYM TORNADEM Joe'go. Na nic, chłopakowi nie imponują żadne strzały wymierzone w jego bramkę. Na czym polega ta ciekawa forma obrony? Jak ją rozbić? To proste. Tarcza odbiera tylko ataki z daleka, natomiast z bliska jest do niczego. Blaze już wiedział co zrobić. Podał do Kevin'a, a ten ponownie wycelował w bramkę. W momencie kiedy piłka już miała się odbić, blondyn swoim kopnięciem pozwolił przejść obronę King'a. GOL, mamy pierwszy punkt Raimon! Ale to jeszcze nie koniec. Błyskawiczne podanie do Jude'a, jest on niepowstrzymany przez nikogo podczas biegu w stronę bramki. Chłopak mocno kopie piłkę w stronę bramki Raimon'a. Tym razem Evans nie będzie stał z założonymi rękami. Wypiąstkował ten strzał, a piłka poleciała wysoko. Chłopak uśmiechnął się sam do siebie. Podanie do Blaze'a zostało szybko odebrane przez Dianę. Dziewczyna mignęła przed blondynem jak błyskawica.
- Niech cię Diana Evans! - krzyczy Axel, ale dziewczyna jest nie wzruszona.
Na jej drodze stanął Jude.
- Czas na zmianę w twojej grze. - mruknęła, patrząc głęboko w oczy swojemu byłemu chłopakowi.
Genialnym dryblingiem wyminęła bruneta. Nawet Samford nie mógł jej zatrzymać.
- Diana, nie rób tego! - krzyczy Carson, biegnąc dużo w tyle za Dan.
Po ostatniej bramce, dziewczyna trafiła do szpitala, omały włos i zniknęła by z naszej opowieści. Chłopcy nie chcieli tak ryzykować. Nim zdążyli ją dogonić, dziewczyna już wznosiła się jak anioł nad boiskiem. Zrobiła jedno salto i z wielką siłą kopnęła piłkę. Piłka przywaliła w TARCZĘ. Ten strzał roztrzaskał ją na kawałki. Diana, delikatnie opadła na boisko. Na szczęście nic się nie stało, stanęła pewnie. Ostatnie minuty meczu! Jest 2:1! Czy Królewscy się podniosą?! 3,2,1 i KONIEC! Drużyna z Gimnazujm Raimona wygrywa te finały!
* Mark's POV *
♫
Udało się? Nie wierze. Niepokonana od 40 lat Akademia Królewska stała się pokonana? Przez nas? Przez pasjonatów sportu? Przecież jesteśmy tylko marnym klubikiem bez perspektyw. Teraz mogę napluć twarz ludziom, którzy w nas wątpili. Podbiegła do mnie uśmiechnięta Nelly. Zamknąłem ją w szczelnym uścisku.
- No, no kapitanie. - szepnęła, całując mnie. - Jesteś najlepszy.
- Ależ owszem, pani manager. - wymruczałem, wpijając się w jej usta.
Spojrzałem kątem oka na Jude'a. Rozmawiał z Celią, ale ja nie chciałem wzlekać. Mimo, że radość przykryła złość, ja i tak muszę wiedzieć co się zadziało. I muszę to usłyszeć od niego, nie chcę rozdrapywać ran Diany, już i tak dużo wycierpiała. Postanowiłem się z nim rozmówić.
* Jude's POV *
Poczułem jak moje wnętrze wybucha. Czemu akurat dziś nie mogłem wygrać, co? Dlaczego? Czy o tak mało proszę ten zakichany los? Chcę mieć siostrę przy sobie, chce odzyskać moją najukochańszą Dianę, a nic z tych rzeczy już nie wydaje się realnym celem, który można osiągnąć.
- Eej, Sharp. - usłyszałem za swoimi plecami. - Nie wkurzaj się, w końcu musieliśmy przegrać.
- David... - sapnąłem.
Właśnie sobie uświadomiłem, że ci ludzie to moja druga rodzina. Dzięki nim jestem gdzie jestem, nie dzięki sobie. W końcu rozumiem, dlaczego ludzie mówią, że "w kupie siła".
- Jeszcze 1 mecz mamy do rozegrania, stary! - powiedział Joe, uśmiechając się.
- Jude? - obok mnie stała moja siostrzyczka.
Przytuliłem ją do siebie, chciałem pohamować łzy. Gdy już jedna spadła, szybko przetarłem twarz.
- To prawda? - sapnęła. - Chciałeś abym z Tobą zamieszkała?
- Nawet nie wiesz jak bardzo, maleńka. - złapałem ją za rękę.
- Ale chyba już z tego nici. - odparła smutno. - Miałeś wygrać mecz, ale go przegrałeś.
- Nawet nie wiesz jak bardzo, nie chciałem napisać takiego scenariusza...
- W rodzinie Hills'ów czuję się naprawdę dobrze. - zapewniła mnie. - Nie musiałeś się starać o to. Wystarczyło zadzwonić i ze mną porozmawiać.
- To co zaczynamy od nowa? - spytałem, podając do niej ręka.
Ona serdecznie ją uściskała. Potem odeszła do swojej drużyny, a ja kątem oka zauważyłem, zbliżającego do mnie, Evans'a. Czeka mnie niezłe manto. Spojrzałem z trwogą na Marka.
- Cześć Jude. - powiedział, uśmiechając się.
Nawet nie wiem czego mam się po nim spodziewać.
- Przyszedłeś mi przywalić czy z przymusu przeprosić?
Chłopak zaczął się śmiać.
- Skrzywdziłeś moją siostrę, przyjacielu. - zaczął trzeć ręce. - Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym widzieć na twojej twarz czerwony ślad po mojej pięści. Ale nie po to przyszedłem. Chciałbym ci podziękować za mecz.
Podaliśmy sobie ręce. Bobby miał racje, chłopak jest bezkonfliktowy. Ale dobrze wiem, że mi nie odpuści.
- Nie ciesz się. - sapnąłem, trzymając moją rękę. - To jeszcze nie koniec udziału Akademii Królewskiej w Strefie Football'u. Rozwalę cię przy najbliższej okazji.
- Cudownie. Będę czekał. - rzucił przez ramię. -Tylko potem nie płacz, jeśli ci zrobię małe kuku.
Odszedł, a po chwili się obrócił się w moją stronę, uformował z ręki pistolet i udawał, że strzela do mnie. Udałem martwego, a ten zaczął się śmiać. Poczułem, że między mną a nim wytworzyła się specyficzna relacja, kiedy go unicestwię, zabiorę go na kawę.
* Diana's POV *
Rzuciłam się w jego objęcie, lekko mnie odepchnął.
- Co to miało być? - zaczął prawić mi morały. - Diana, kazałem Ci? Chyba nie.
- Uspokój nerwy tatuśku, nic się nie stało. - powiedziałam, klepiąc po ramieniu rozwścieczonego Blaze'a.
- To był zamach na twoje życie. - sapnął. - Na moje zresztą też.
- Przestań.. - urwałam, bo wiedziałam, że znowu wejdzie na te śliski temat, jakim jest moja choroba.
- A gdybyś ty nam umarła?
- Ey. - zatrzymałam jego fantazje. - Dopóki biorę leki, wszystko jest okej.
- No ja myślę, ale już nigdy więcej ci na takie coś nie pozwolę. Choćbym musiał wąchać skarpety Jack'a.
Zaczęliśmy się oboje śmiać, spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy.
- Nie śmiej się idiotko! - próbował pohamować swój śmiech.
Poczułam uczucie, które już kiedyś miałam - motylki w brzuchu. Cholerny Blaze, niech cię... Zdałam sobie sprawę, że zakochałam się i nie mam wyjścia z tej sytuacji.
Rozdział:21
" - Rezygnujemy z meczu... - wyrwał się David, a Jude tylko pokiwał głową.
- Jaja se robicie? - wyskoczył Nathan.
- Czekałem na moment, aż zagram z Tobą, odkąd pierwszy raz poharatałeś mi żebra swoimi strzałami. - podszedłem bliżej. - Zagrasz ten mecz, czy tego chcesz czy nie. Uratujesz swoją dumę albo pogrążysz siebie i swoje marzenie ze sobą."
* Jude's POV *
♫
Kompletnie go nie rozumiem. Tego jego głupkowatego uśmieszku, nawet w takich sytuacjach w których nikomu nie jest wesoło. Ten człowiek za każdym razem mnie intryguje i wkurza w tym samym czasie. Spoglądam na niego, a on nadal nie zdejmuje tego banana z gęby.
- To nie ma sensu, Mark. - mruczę pod nosem.
- Stary, oczywiście, że ma! - podszedł do mnie i popatrzył mi głęboko w oczy. - Czy nie chciałeś grać fair?
- Skąd ty...
- Czytam ci w myślach Sharp. - pokiwał na moje zdziwienie głową. - A teraz... przestań się mazgaić i rozegrajmy ten mecz jak prawdziwi piłkarze.
Jest dokładnie taki sam jak mój ojciec. Za dzieciaka, za każdym razem jak grałem z nim w piłkę, często upadałem to on mówił mi zawsze "przestań się mazgaić" .
- Panie Kahaiti czy zostanie pan naszym trenerem? - słyszę za sobą głos King'a.
Asystent naszego trenera niepewnie kiwa twierdząco głową.
- No to co... - zączał trzeć ręce z podekscytowania.- Dajmy sobie kilka minut przerwy i równo o 16 zagramy mecz, co ty na to? - Wyciągnął do mnie rękę, a ja uścisnąłem ją pewnie.
- Zniszczę cię Evans.
- Nie mogę się doczekać, Sharp. - odparł, udając się w stronę wyjścia.
* No One's POV *
Mężczyzna z nadludzkim spokojem wchodzi do furgonetki, jakby nic się nie stało. Tymczasem ludzie pozostali na terenie szkoły, by skrupulatnie i dokładnie obszukać każdy, nawet najmniejszy zakamarek. Kiedy ujęty znajduje się już w areszcie, tam zostaje zsypany mnóstwem pytań detektywa.
- Może mi Pan powiedzieć po co te wszystkie groźby, "niespodzianki"? - trzasnął pięścią w stół. - Niewinne dzieci mogły zginąć!
Ray nieustannie milczał. Patrzył prosto przed siebie.
- Nic mi nie powiesz? - brnął w zaparte detektyw. - To choć zobacz mecz swoich podopiecznych.
- Po co. - skrzywił się. - Są nic warci.
- Może jak zobaczysz ich zaangażowanie, to przypomnisz sobie stare dobre czasy.
Tak, dobrze słyszycie, Ray kiedyś grał w piłkę nożną. A mianowicie jego ojciec. Był jednym z rozgrywających w RAIMONIE, dobrze czytacie. Dokładnie tak, był pośród legendarnego David'a i innych. Najpierw to on był liderem, wygrywał każde spotkanie. Do póki nie przyszedł do zespołu ktoś ambitniejszy - David Evans. Zagarnął jego fanów, jego wszystko, stał się idolem drużyny, a nawet został jej kapitanem. David zajął jego miejsce, a przez to ojciec Darka był najgorszy z drużyny, po meczu zostawał potem obrzucany różnymi śmieciami, gdyż grał do niczego. David go przyćmiewał, to powodowało w nim wielki gniew, który przelewał na Ray'a. Widząc teraz jego wnuka czuje podwójną nienawiść. Nie potrafi tego opanować, pragnie zemsty, pragnie wyginięcia gatunku Evans'a. Przez to, że sport poniżał jego mistrza i ojca teraz on chce się odegrać na sporcie. Tymczasem wybiła godzina 16. Obie drużyny zebrały się na boisku, stanęły na przeciw siebie. Kapitanowie spojrzeli sobie głęboko w oczy, tłum powoli się zbierał na trybunach.
- Powodzenia. - odparł Mark, gdy sędzie kazał podać im ręce.
- Rozniosę wasz zespół, kochaniutki.
- Miło to słyszeć. - skwitował brązowooki. - Wygra lepszy!
Czas zacząć grę, oczywiście jako że są gośćmi, zaczyna Raimon. Szybkie podanie, a przy piłce napastnik Dragonfly. Jego świetny drybling zaskakuje piłkarzy Królewskich. Chłopak zmierza konsekwentnie do bramki. Wraz z Axel wykonują SMOCZY CIOS. A bramkarz stoi niewzruszony, gdy piłka jest tuż przed nim, King unosi się wysoko na bramką i tworzy jakby ŚCIANĘ MOCY, która przechwytuje trajektorię lotu piłki. Przy piłce natomiast jest Jude, przed nim wyrasta Nathan, który zostaje momentalnie ominięty. Najwidoczniej przed tym chłopakiem nie ma żadnych barier. Mknie wprost na Marka. Chłopak wygląda natomiast na zdekoncentrowanego, a jego oczy są rozbiegane. Jude wraz z Samford'em i jeszcze jednym graczem stosują dziwną taktykę. Brunet niespodziewanie gwiżdże, przy jego nodze pojawiają złote pingwiny, które automatycznie przyczepiają się do piłki. Następnie lecą w stronę bramkarza. Mark stosuje BOSKĄ RĘKĘ, ale to na nic. Zostaje przełamana obrona, a bramkarz wraz z piłką znajduje się w bramce. Ta niezwyciężona taktyka zostaje unicestwiona, a kapitan Raimon'a czuje się bezradny. Chłopak pada na kolana. Do końca pierwszej połowy zostało stosunkowo mało czasu, a przeciwnicy grają na czas. Koniec pierwszej połowy.
* Mark's POV *
♫
Szybko wybiegłem z boiska, niczym oparzony. Czułem się słabo i nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Wszedłem do łazienki i obmyłem twarz. Nie mogę normalnie grać, dobrze o tym wiem. Ale jak pomyślę, że mogę komuś zniszczyć życie to czuję się zagubiony. Próbuję unormować swój oddech, a do tego czuję jakbym przeżywał atak paniki. Nie mam pomysłu jak nie uprzykrzyć mu życia.
- Mark? - słyszę nieśmiały głos Silvii. - Co jest?
- Nie zrozumiesz.. machnąłem ręką.
- Wszystko z tobą okej? - podeszła do mnie. - Jesteś cały blady.
- Nic się nie dzieje...
- Evans! - wrzasnęła poirytowana.
- Okej.. - wziąłem głęboki wdech. - Jude może stracić siostrę Celię przez moje zwycięstwo.
- Co? Jak to? - wydukała
- Jeśli Jude wygra ten mecz będzie mógł z nią zamieszkać.
- Celia wie o tym? - złapała się za głowę.
- Chyba nie... sam nie wiem.
- Nie, no nie... - wydukała szatynka. - co teraz?
Mam pustkę w głowie. Za niedługo początek drugiej połowy. A ja mam wybór albo się poddać albo rozbić czyjąś rodzinę i jej szczęście.