" - Dziękuję. - wydukałam, wtulając się w jego koszulkę.
Zanim mnie zaprowadził, postanowiliśmy spontanicznie odwiedzić ją. Mimo, że już na prawdę robiło się ciemno, nie baczyliśmy na nic. W tym momencie było nam już wszystko obojętne. Weszliśmy do pokoju numer 23, tam gdzie leżała jego maleńka siostra. Axel usiadł obok jej łóżka, zacisnął wargi. Podeszłam do niego by dodać mu otuchy, położyłam mu dłoń na ramieniu, a on ją złapał.
- Julia... wróciłem do tego co kocham, do piłki. Jak ci obiecałem, tak zrobię - wygram.. - pogłaskał ją po jej brązowych włosach. - Jeśli mnie słyszysz to, proszę obudź się. Nie chcę byś przespała taką piękną chwilę."
* Mark's POV *
To już dziś! Mecz z tymi "dzikami". Jestem bardziej przestraszony niż podekscytowany. To pierwszy etap Strefy Football'u, a boje się, że będzie nasz ostatni. Kolejna nieprzespana noc właśnie z tego powodu, na mojej głowie jest cała drużyna, a szczególnie Jack. Słońce leniwie podnosiło się do góry, a delikatnie promienie słoneczne raziły moje czekoladowe oczy. Takie momenty tylko o 4:58 rankiem. Wróciłem do siebie i opadłem na łóżko, wzdychając. Chyba popełniłem błąd. W całej tej sytuacji tak na prawdę zabrakło szczerej spokojnej rozmowy o uczuciach Jack'a. Za to było za dużo pośpiechu i wymyślania coraz to nowych argumentów do pokonania strachu. Czuję się winny, ponieważ na koniec ze swojej własnej bezsilności, zostawiłem go z tym samego. Czasami mam ochotę walnąć siebie w głowę, aby się opamiętać. Ale co się stało, się nie odstanie. Została tylko nadzieja, matka głupich i zagubionych ludzi. Właśnie do takiej grupy, zaliczałem samego siebie. Usłyszałem głośną rozmowę rodziców, przybliżyłem się do drzwi.
- Lily, wysłuchaj mnie... - jęknął przeraźliwie ojciec.
- Ksawery. - zastopowała jego jęk głosem generała. - Nie pozwolę, aby Mark skończył jak mój ojciec!
- Ale kochanie.. to jego pasja.
- Mało mnie to obchodzi... najważniejsze, żeby był bezpieczny..
- Ciszej Lily. Obudzisz ich... Martwisz się w końcu jesteś jego matką... Ale to co się stało twojemu ojcu nie musi się przydarzyć naszemu dziecku, zrozum...
- Skąd ty możesz o tym wiedzieć, do cholery? - usłyszałem głośny trzask szkła i płacz.
- Spokojnie... Uspokój się, skarbie.
Myślałem, że to zaakceptuje. Odkąd byłem mały, chowała wszystko co związane z tym sportem. Jednak przeznaczenie chciało bym to odnalazł i się temu bezwzględnie oddał. Myślałem, że to po prostu zrozumie, każda matka by to zrobiła tylko nie ona. Nie chcę jej krzywdzić, ale też nie chcę zrezygnować z piłki. Postanowiłem zejść na dół, gdy mnie zobaczyli zrobili wielkie oczy.
- Co ty tu.... - urwał ojciec, poprawiając okulary.
- Słyszałem to.
- Synu ja.. - jęknęła podchodząc do mnie powoli.
- Nie mamo, już nie. Nie wiem co zrobić byś mi na prawdę zaufała.. - Ufam ci synu. - złapała mnie za rękę, by mnie uspokoić.
Lecz ja nie dawałem za wygraną, mój gniew wydobywał się ze mnie niczym dym z fabryki.
- Gówno prawda..
- Mark, to jest twoja matka.
Nie chciałem się wdawać w głębszą dyskusję, więc wyszedłem.
* Nathan's POV *
Spałem sobie w najlepsze, gdy nagle mój telefon zaczął brzęczeć jak komar w piękne lato. Najpierw to zignorowałem, ale nadal ktoś się próbował dobić do mnie. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, usłyszałem dzwonek do drzwi. Zdziwiłem się, gdyż było bardzo wcześnie i raczej o tej godzinie nikogo się nie spodziewałem. Leniwie zszedłem na dół i nim złapałem za klamkę, drzwi się nagle otworzyły. Był to Mark.
- Słucham? - oparłem się o framugę drzwi.
Wyglądał jakoś inaczej. Zupełnie inaczej niż na początku. Zawsze uśmiechnięty i niezłomny, a teraz taki zdenerwowany i zagubiony.
- Mogę wejść?
Wpuściłem go do środka i usadowiłem na kanapie.
- Kawy? - pokiwał głową.
Wyciągnąłem dwa kupki, nastawiłem czajnik i wsypałem kawy. Kątem zauważyłem, że chłopak odkąd przyszedł jest zbyt spokojny i cichy.
- Gadaj, co cię gryzie. - zagaiłem, siadając na ramieniu sofy.
- Chodzi o moją matkę..
- Co z nią? - podszedłem do kuchni, by zalać kubki.
- Ona nie akceptuje tego co robię.. nie wiem co mam robić.
Podałem mu kubek.
- Co mogę ci powiedzieć? Traktuj ją najlepiej jak potrafisz. Ona nie chce ci w nim czym przeszkodzić.
- Czy ja wiem? - wtrącił się nagle. - Wszystko przez to co się przydarzyło mojemu dziadkowi.
- Powiedz, czy gdyby to chodziło o twojego ojca, zrobiłbyś tak samo? - odpowiedział mi ciszą. - No właśnie.. musisz ją trochę zrozumieć.
- Ale cóż z tego? Ona mnie nie rozumie, a jak ja mam to zrobić? - wziął spory łyk napoju. - Ochyda.
- Przyzwyczai się, musisz jej dać po prostu czas.
* Diana's POV *
♫
Nie mogę spokojnie spać, wszystko przez tą sytuację. Nie potrafię zamknąć oczy, gdyż wciąż widzę jego wściekłą twarz. W dzieciństwie wystarczyło opowiedzieć piękną bajkę i zasypiało się bez przeszkód. Jeśli jest się już nastolatkiem, to przychodzi z trudem. Dojrzewamy, a co za tym przychodzi dochodzą nowe, większe problemy. Potrzebuję z kimś porozmawiać.. bez zastanowienia wykręcam numer do Blaze'a.
- Halo? - powiedział zaspany Axel.
- Co tam u Ciebie?
- Diana jest piąta nad ranem. - jęknął żałośnie. - Było cudownie, dopóki nie zadzwoniłaś.
- Bardzo śmieszne... nie mogę zasnąć.
- Dan. - i już wiedziałam, że szykuje dla mnie wielki moralizujący monolog. - To jest nienormalne. To przez tego gnoja? O nie.. mówię ci jak go spotkam to ci obiecuję.. że ta morda w końcu kapcia ujrzy.
- Axel, proszę cię.
- Nie ma mowy. Ten człowiek cię zranił, pobił i poniżał przez cały ten czas. A teraz chce to zrobić ponownie... Nie mogę tak bezczynnie patrzeć na to wszystko.
- Nie rób czegoś czego będziesz żałować.
- Evans.. Bądźmy szczerzy. Oboje wiemy, że ty również chcesz tego kapcia na jego buzi.
- Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo.. ale to nic nie zmieni.
- Dla niego zmieni, nauczy się trzymać łapy przy sobie... W sumie to dzięki tobie już nie zasnę, więc mogę spokojnie wyłączyć mój budzik.
- No widzisz, jednak są jakieś plusy.
- Ty jesteś moim wielkim plusem.
- Masz mi coś do powiedzenia?
- O kurde... to nie tak. Miałem na myśli, że jesteś dla mnie najlepsza.
- Ty to już wiesz.
Zaśmiał się na moje słowa.
- Jednak wracam do łóżka, do zobaczonka.
- Dobranoc. - po czym nacisnęłam czerwoną słuchawkę.
Na mojej twarzy pojawił się wielki uśmiech. Ten człowiek umie mnie rozśmieszyć właśnie w tych najgorszych chwilach. Kiedy mieszkałam w Stanach, to ja go rozśmieszałam. Teraz role się odwróciły. Jednak coś się zmieniło, gdyż od pewnego czasu czuje do niego coś zupełnie innego. I nie jest uczucie, którym darzy się przyjaciela.
hejcia naklejcia!
- Lily, wysłuchaj mnie... - jęknął przeraźliwie ojciec.
- Ksawery. - zastopowała jego jęk głosem generała. - Nie pozwolę, aby Mark skończył jak mój ojciec!
- Ale kochanie.. to jego pasja.
- Mało mnie to obchodzi... najważniejsze, żeby był bezpieczny..
- Ciszej Lily. Obudzisz ich... Martwisz się w końcu jesteś jego matką... Ale to co się stało twojemu ojcu nie musi się przydarzyć naszemu dziecku, zrozum...
- Skąd ty możesz o tym wiedzieć, do cholery? - usłyszałem głośny trzask szkła i płacz.
- Spokojnie... Uspokój się, skarbie.
Myślałem, że to zaakceptuje. Odkąd byłem mały, chowała wszystko co związane z tym sportem. Jednak przeznaczenie chciało bym to odnalazł i się temu bezwzględnie oddał. Myślałem, że to po prostu zrozumie, każda matka by to zrobiła tylko nie ona. Nie chcę jej krzywdzić, ale też nie chcę zrezygnować z piłki. Postanowiłem zejść na dół, gdy mnie zobaczyli zrobili wielkie oczy.
- Co ty tu.... - urwał ojciec, poprawiając okulary.
- Słyszałem to.
- Synu ja.. - jęknęła podchodząc do mnie powoli.
- Nie mamo, już nie. Nie wiem co zrobić byś mi na prawdę zaufała.. - Ufam ci synu. - złapała mnie za rękę, by mnie uspokoić.
Lecz ja nie dawałem za wygraną, mój gniew wydobywał się ze mnie niczym dym z fabryki.
- Gówno prawda..
- Mark, to jest twoja matka.
Nie chciałem się wdawać w głębszą dyskusję, więc wyszedłem.
* Nathan's POV *
Spałem sobie w najlepsze, gdy nagle mój telefon zaczął brzęczeć jak komar w piękne lato. Najpierw to zignorowałem, ale nadal ktoś się próbował dobić do mnie. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, usłyszałem dzwonek do drzwi. Zdziwiłem się, gdyż było bardzo wcześnie i raczej o tej godzinie nikogo się nie spodziewałem. Leniwie zszedłem na dół i nim złapałem za klamkę, drzwi się nagle otworzyły. Był to Mark.
- Słucham? - oparłem się o framugę drzwi.
Wyglądał jakoś inaczej. Zupełnie inaczej niż na początku. Zawsze uśmiechnięty i niezłomny, a teraz taki zdenerwowany i zagubiony.
- Mogę wejść?
Wpuściłem go do środka i usadowiłem na kanapie.
- Kawy? - pokiwał głową.
Wyciągnąłem dwa kupki, nastawiłem czajnik i wsypałem kawy. Kątem zauważyłem, że chłopak odkąd przyszedł jest zbyt spokojny i cichy.
- Gadaj, co cię gryzie. - zagaiłem, siadając na ramieniu sofy.
- Chodzi o moją matkę..
- Co z nią? - podszedłem do kuchni, by zalać kubki.
- Ona nie akceptuje tego co robię.. nie wiem co mam robić.
Podałem mu kubek.
- Co mogę ci powiedzieć? Traktuj ją najlepiej jak potrafisz. Ona nie chce ci w nim czym przeszkodzić.
- Czy ja wiem? - wtrącił się nagle. - Wszystko przez to co się przydarzyło mojemu dziadkowi.
- Powiedz, czy gdyby to chodziło o twojego ojca, zrobiłbyś tak samo? - odpowiedział mi ciszą. - No właśnie.. musisz ją trochę zrozumieć.
- Ale cóż z tego? Ona mnie nie rozumie, a jak ja mam to zrobić? - wziął spory łyk napoju. - Ochyda.
- Przyzwyczai się, musisz jej dać po prostu czas.
* Diana's POV *
♫
Nie mogę spokojnie spać, wszystko przez tą sytuację. Nie potrafię zamknąć oczy, gdyż wciąż widzę jego wściekłą twarz. W dzieciństwie wystarczyło opowiedzieć piękną bajkę i zasypiało się bez przeszkód. Jeśli jest się już nastolatkiem, to przychodzi z trudem. Dojrzewamy, a co za tym przychodzi dochodzą nowe, większe problemy. Potrzebuję z kimś porozmawiać.. bez zastanowienia wykręcam numer do Blaze'a.
- Halo? - powiedział zaspany Axel.
- Co tam u Ciebie?
- Diana jest piąta nad ranem. - jęknął żałośnie. - Było cudownie, dopóki nie zadzwoniłaś.
- Bardzo śmieszne... nie mogę zasnąć.
- Dan. - i już wiedziałam, że szykuje dla mnie wielki moralizujący monolog. - To jest nienormalne. To przez tego gnoja? O nie.. mówię ci jak go spotkam to ci obiecuję.. że ta morda w końcu kapcia ujrzy.
- Axel, proszę cię.
- Nie ma mowy. Ten człowiek cię zranił, pobił i poniżał przez cały ten czas. A teraz chce to zrobić ponownie... Nie mogę tak bezczynnie patrzeć na to wszystko.
- Nie rób czegoś czego będziesz żałować.
- Evans.. Bądźmy szczerzy. Oboje wiemy, że ty również chcesz tego kapcia na jego buzi.
- Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo.. ale to nic nie zmieni.
- Dla niego zmieni, nauczy się trzymać łapy przy sobie... W sumie to dzięki tobie już nie zasnę, więc mogę spokojnie wyłączyć mój budzik.
- No widzisz, jednak są jakieś plusy.
- Ty jesteś moim wielkim plusem.
- Masz mi coś do powiedzenia?
- O kurde... to nie tak. Miałem na myśli, że jesteś dla mnie najlepsza.
- Ty to już wiesz.
Zaśmiał się na moje słowa.
- Jednak wracam do łóżka, do zobaczonka.
- Dobranoc. - po czym nacisnęłam czerwoną słuchawkę.
Na mojej twarzy pojawił się wielki uśmiech. Ten człowiek umie mnie rozśmieszyć właśnie w tych najgorszych chwilach. Kiedy mieszkałam w Stanach, to ja go rozśmieszałam. Teraz role się odwróciły. Jednak coś się zmieniło, gdyż od pewnego czasu czuje do niego coś zupełnie innego. I nie jest uczucie, którym darzy się przyjaciela.
***
* No One's POV *
No i mamy, rozpoczyna się kolejna Strefa Football'u! To jest pierwsze od wielu lat, pojawienie się w Strefie jedenastki Raimona. Patrząc na zachowanie uczniów z Dzikiego Gimnazjum, można z całą pewnością stwierdzić, że nie bez powodu nazwano tak tą placówkę. Ale nie ma co przedłużać... zaczęło się całe spotkanie, rozpoczyna je gwizdek sędziego. Raimon bezpośrednio przechodzi do kontrataku. Wszystko niby idzie gładko. Lecz gdy Axel i Kevin stosują swoją taktykę, wtem kapitan Dzikich, Louis niczym kret z swego kopca wyskoczył zza pleców Blaze'a i z łatwością przechwycił piłkę. Dzięki swojemu dryblingowi, zawodnik dzikich - John Speed porusza się jak gepard po wielkiej dżungli. Chłopak podaje do Alana, a on zmierz do bramki. Gdy jest dostatecznie blisko, wyskakuje w górę. Wygląda to niczym SKOK KORMORANA, jednak nie jest to zagrywka w stronę bramkarza. Wręcz przeciwnie, piłka szybuje prosto pod nogi Ed'a. A on strzela piłkę jakby sam TARZAN ją celował. Zmyliło to Evans'a na chwilę, ale on również miał coś w zanadrzu. Dzięki swojej PŁONĄCEJ PIĘŚCI broni ten atak. Piłka szybuje do Axel'a, który niestety szczelnie kryty. Chłopak nie ma wyjścia, więc podaje do Dragonfly'a. Ten postanowił wykonać atak z ziemi, jednak był to zły pomysł, ponieważ jeden z graczy go skosił. Po tej akcji Kevin leżał podkuloną nogą, Axel odprowadził go na ławkę.
- Co z nim? - spytał blondyn, nerwowo patrząc na Dianę.
- Złamał mu nogę.. - odparła, uważnie przyglądając się obolałej nodze.
- Może grać? - sapnął, łapiąc się za głowę.
- Obawiam się, że opatrunek w takim wypadku nie zadziała. Podejrzewam, że to rozległe złamanie. - odrzekła brunetka, przykładając opatrunek do nogi poszkodowanego.
- Może grać? - sapnął, łapiąc się za głowę.
- Obawiam się, że opatrunek w takim wypadku nie zadziała. Podejrzewam, że to rozległe złamanie. - odrzekła brunetka, przykładając opatrunek do nogi poszkodowanego.
- Bobby, wchodzisz. - zadecydowano
Tak jak nikt nie podejrzewał, tak Diana miała rację. Bobby to szpieg Królewskich. Chłopak gdy wywołano podniósł dumnie głowę do góry i uśmiechnął się szyderczo.
- Nie próbuj niczego głupiego. - warknął przez ramię Blaze.
Piłka w grze. Przez chwile należała do Raimon'a, jednak została natychmiastowo odebrana przez przeciwnika. Shearer wykonuje swój wślizg, który mógłby zabić. Dzięki temu zdobywa piłkę. Jack został przesunięty do ataku. Piłka od Bobby'iego trafiła do Axel'a. Wraz z Wallside'em postanowili wykonać słynny atak. Nie udało im się.
- Cholera! - krzyczy rozzłoszczony blondyn, leżąc bezradnie na trawie.
Tak jak nikt nie podejrzewał, tak Diana miała rację. Bobby to szpieg Królewskich. Chłopak gdy wywołano podniósł dumnie głowę do góry i uśmiechnął się szyderczo.
- Nie próbuj niczego głupiego. - warknął przez ramię Blaze.
Piłka w grze. Przez chwile należała do Raimon'a, jednak została natychmiastowo odebrana przez przeciwnika. Shearer wykonuje swój wślizg, który mógłby zabić. Dzięki temu zdobywa piłkę. Jack został przesunięty do ataku. Piłka od Bobby'iego trafiła do Axel'a. Wraz z Wallside'em postanowili wykonać słynny atak. Nie udało im się.
- Cholera! - krzyczy rozzłoszczony blondyn, leżąc bezradnie na trawie.
Milion strzałów zostaje wymierzone w bramkę Raimon'a, lecz za każdym razem piłka zostaje obroniona przez Marka. Wynik nadal wynosi 0:0. Koniec pierwszej połowy, obie drużyny udały się na chwilowy spoczynek.
- Nie jest źle. - podsumował grę kapitan.
Wszyscy pokiwali głowami.
- To przeze mnie... - jęknął Wallside. - Prawda?
Kapitan podszedł do niego.
- Nawet tak nie mów. - złapał go za ramię. - Wierzę w ciebie Jack, dacie radę.
- Nawet tak nie mów. - złapał go za ramię. - Wierzę w ciebie Jack, dacie radę.
- Masz kuku, chodź opatrzę cię. - odrzekła siostra Evans'a, wskazując na jego obolałe ręce.
Ratowniczka zadziała bezzwłocznie. Nałożyła krem na ręce, a drobne ranki wyczyściła wodą utlenioną, następnie przyłożyła kwiat lilii na całe ręce chłopaka. Wszystko zawiązała szczelnie bandażem. Spojrzała z troską na obolały zespół. Ale na to już nie było czasu, pora na drugą połowę. Ponowne ataki są celowane w bramkę Raimon'a, jednak Evans nie poddaj się, zażarcie je broni. Mimo, że jest cały poobijany jak większość jego graczy. Wallside leży na murawie zrezygnowany.
- Jack, otwórz oczy. - powiedział Axel.
Cała drużyna była na skraju swoich możliwości.
- Zróbmy to. - postanowił blondyn, podając rękę chłopakowi.
- Nie uda nam się.. dobrze wiesz. - mruknął na jego słowa.
- Podnoś swoje dupsko.. - warknął Axel.
- Ostatni raz... - odrzekł niezbyt przekonany Jack.
Jack i Axel decydują się na ich strzał. Czy znowu to będzie niewypał? Jednak coś się zmieniło, jakby poczuli coś co pozwoliło im wzbić się nad Dzikimi przeciwnikami. Axel jak od trampoliny odbija się od klatki piersiowej Jack'a i uderza z całej siły piłkę. Ona wędruje do bramki.... I.. Udało się. Jest pierwszy gol! 1:0 dla Raimon'a. Chłopcy pragną to powtórzyć, ale słyszą gwizdek. To koniec meczu. A co to oznacza? Przechodzą do dalszego etapu! Z kim teraz się przyjdzie im zmierzyć?
- Zróbmy to. - postanowił blondyn, podając rękę chłopakowi.
- Nie uda nam się.. dobrze wiesz. - mruknął na jego słowa.
- Podnoś swoje dupsko.. - warknął Axel.
- Ostatni raz... - odrzekł niezbyt przekonany Jack.
Jack i Axel decydują się na ich strzał. Czy znowu to będzie niewypał? Jednak coś się zmieniło, jakby poczuli coś co pozwoliło im wzbić się nad Dzikimi przeciwnikami. Axel jak od trampoliny odbija się od klatki piersiowej Jack'a i uderza z całej siły piłkę. Ona wędruje do bramki.... I.. Udało się. Jest pierwszy gol! 1:0 dla Raimon'a. Chłopcy pragną to powtórzyć, ale słyszą gwizdek. To koniec meczu. A co to oznacza? Przechodzą do dalszego etapu! Z kim teraz się przyjdzie im zmierzyć?
oto kolejny rozdział
dużo się tu wydarzyło hihi
nasi bohaterowie wygrali mecz, huhu!
spełniają marzenia, jak i ja! <333
see ya! :3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz