środa, 4 maja 2016

Rozdział:36

"Nieśmiale zapukałem, usłyszałem chrząknięcie i wszedłem do środka.
- Dzień dobry. - powiedziałem, siadając na krześle. - Mam sprawę
- O co chodzi? - spytał lekarz, patrząc na jakieś dokumenty.
- Słyszałem, że Nathan Swift potrzebuje transfuzji... - odparłem, wzruszając ramionami. - Mogę być dla niego dawcą. 
- Ale..
- On ma A i ja mam A.
- Skąd ty....
- Znam go jak na wylot... więc co z tym robimy? - wycedziłem, drgając nerwowo nogą. 
- Dobrze, więc nie mamy na co czekać! - wstał z krzesła. - Trzeba go ocalić i to ja najszybciej."

* Axel's POV *



Po mimo, że przeżyliśmy wielką chwilę grozy zafundowaną przez Nathana, zdaje się, że wszystko idzie ku dobrej drodze. Gdy tylko oznajmiłem wspaniałe nowiny lekarzowi, natychmiast udałem się za doktorkiem do sali, w której będzie przeprowadzana transfuzja. Wszedłem do sali numer 21 i zobaczyłem go, leżał tak spokojnie, miał poprzyczepiane jakieś dziwne rurki. Popatrzyłem na wykresy, nie było za dobrze. Ciśnienie miał niskie, a kreska która, sygnalizowała rytm jego serca wlekła się strasznie wolno. Usiadłem na krześle obok niego, a pani pielęgniarka podwinęła mi delikatnie rękaw od mojej bluzy i szybko poszła po igłę. Westchnąłem ciężko, nadal nie spuszczając oka z mojego przyjaciela. Po moim umyśle kłębią mi się właśnie te czarne myśli, które nie powinny. Pielęgniarka właśnie w tym momencie wróciła z igłą, na samą myśl miałem ochotę uciec. Ale nie mogę... dla niego muszę przezwyciężyć mój strach.
- No to co? Już? - spytała, na co pokiwałem twierdząco głową.
Pielęgniarka szybko wbiła igłę w moją rękę. Dosłownie myślałem, że się tam zesram z bólu. Poczułem się przez dziwnie senny, lecz pielęgniarka szybko mnie obudziła "leciutkim" uderzeniem w twarz.
- Paniczu, nie śpimy! - zamrugałem szybko. - Halo!
- Odbiór. - wymamrotałem.
- W porządku, trzymaj to.  - odparła, przyciskając mi wacik do mojej ręki. - Jesteś wolny.
- Nie mógłbym z nim zostać? - spojrzałem na niego, a potem na nią błagalnym wzrokiem. 
- Nie, przykro mi. - powiedziała, otwierając mi drzwi.
- To mój przyjaciół do cholery! - wrzasnąłem.
- Proszę się uspokoić. - powiedziała cicho, łapiąc mnie za ramię.
Ponownie westchnąłem i wyszedłem z sali. Nagle moja kieszonka zaczęła brzęczeć, z ledwym trudem wyjąłem telefon i odebrałem - to był Eric.
- Halo?
- Axel? I jak, co u niego?
- Nie będę cię kłamał....  Jest nie ciekawie.
- Do jasnej...
- Tak, ja też... Na razie przeprowadzają transfuzję.
- Co? Skąd tak szybko mają jego grupę krwii? 
- Ja im użyczyłem. 
- Co? Ej, nic ci nie jest? 
- Nie, nie jestem w ciąży, Eagle.
- Ja się pytam na poważnie... Zaraz tam będę z Silvią.
- Nie jedźcie, za dużo nas tu.
- Axel, nie gwarantuję ci tego. To nasz kolega z drużyny, nie możemy go zostawić.
- Zostańcie, cholera no!
- Blaze, jesteśmy w drodze... już za późno!
Rozłączyłem się i usiadłem na pobliskim krześle. Nadal miałem małe mroczki przed oczami i nie zapowiadało się na to, żeby ten stan mnie opuścił. Ostatnie co zobaczyłem to pielęgniarkę biegnącą w moją stronę.

* Holy POV *


♫ 

Boję się, tak bardzo się boję, że już nie zobaczę go. Nie przeżyłabym jego śmierci. Najgorsze jest to, że siedząc bezczynnie, nie odmienię jego losu. Z moich oczu lał się potok łez, gdyż wyobrażałam sobie już najgorsze. Nagle zaczęła mnie prześladować myśl, że mieliśmy mało czasu i nie zdążyłam mu nawet powiedzieć o tym co czuję. Ukradkiem spojrzałam na brunetkę, po mimo, że nie darzymy się dużą sympatią to robiło mi się jej strasznie szkoda. Nie powinnam była mówić, że to jej wina, gdyż nie jest to nikogo wina. Wszystko to rozegrało się u Nathana w głowie i już wtedy było to nieuniknione i nikt nie zawinił temu stanu rzeczy.  Przybliżyłam się do niej.
- Diana... - szepnęłam, na co dziewczyna smutno na mnie spojrzała.
- Czego chcesz?  - odparła, pociągając nosem.
- Przepraszam cię za to. 
Dziewczyna smutno uśmiechnęła w moją stronę. Nie wiem czemu, przytuliłam ją do siebie. Znowu zaczęłam ryczeć, tak jak ona.  
- Cholera... - urwałam, ocierając łzę. - Miałam nie ryczeć.
- Widocznie obie złamałyśmy tę zasadę. - odparła, śmiejąc się.
- Ale jak tu nie płakać, kiedy ważna dla ciebie osoba walczy o życie? - odrzekłam, patrząc w sufit.
- Za niedługo odwodnimy z tych emocji. - sapnęła, przecierając łzę. - Ale... żyjmy nadzieją, że jakoś się z tego wykaraska.
Teraz to mi się zrobiło jeszcze głupiej. Okazało się, że to fajna dziewczyna, najwidoczniej przez moją chorą zazdrość, a ja już na starcie zaczęłam ją postrzegać w złym świetle. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest do mnie niemalże podobna, jeśli chodzi o charakter. Nagle podszedł do nas ponownie ten doktorek, a po jego twarzy wywnioskowałam, że to nie będzie raczej dobra nowina. 
- Przepraszam, pani Blaze? - zwrócił się w kierunku Diany.
To oni są ożenieni czy jak? Co? Axel mi nic o tym nie powiedział, ale co się dziwić to tajemniczy typ... Ach, no tak! Przecież lekarze mogą tylko informować kogoś z rodziny o zdrowiu pacjenta. Ciekawa też jestem, czy doczekam ich ślubu albo też mojego z Nathanem...
- Najwidoczniej t-tak. - odparła zdziwiona brunetka. - Coś się stało?
- Otóż pański małżonek, Axel jak dobrze pani wie, poddał się transfuzji i wszystko przebiegło pomyślnie. - klasnęłam w dłonie z radości. - Niestety...krótko po tym pielęgniarka znalazła go na podłodze... nieprzytomnego. 
Spojrzałyśmy po sobie, kolejna ofiara. Mam po dziurki w nosie tego całego dnia. Dziewczyna momentalnie na tą wiadomość zbladła, ona na serio go musi strasznie kochać. Nathan opowiadał mi, że są jak papużki nierozłączki i miał rację, ta reakcja mówi wszystko.
- Diana! - usłyszałam z końca korytarza, to był ten słynny Amerykanin wraz jego dziunia i jeszcze ten Mark stał obok nich.  

* Diana's POV *



Minęło już raptem pięć minut, a on jeszcze nie wraca. Zaczęłam się nie tylko martwić o życie Nathana, ale też o Axela. Nie mogłabym przeżyć dwóch strat raptem w jeden dzień. Podkuliłam nogi, schowałam głowę i zamknęłam oczy, by odgonić ciemne chmury myśli, które kłębią się w mojej głowie. 
- Diana... - spojrzałam w moje prawo, zobaczyłam obok siebie Holy.
- Czego chcesz?  - odparłam, pociągając nosem.
- Przepraszam cię za to. 
Nie miałam ochoty dyskutować na temat tego, że powinna przeprosić mnie już na samym początku naszej znajomości, po prostu uśmiechnęłam się do niej blado. Najwidoczniej dziewczyna uznała to za uznanie ich przeprosin, ponieważ szybko mnie przytuliła. Nie odrzuciłam jej uścisku, którego swoją drogą bardzo potrzebowałam. Znowu zaczęłam ryczeć, tak jak ona.  
- Cholera... - urwała, ocierając łzę. - Miałam nie ryczeć.
- Widocznie obie złamałyśmy tę zasadę. - odparłam, nerwowo śmiejąc się.
- Ale jak tu nie płakać, kiedy ważna dla ciebie osoba walczy o życie? - odrzekła, patrząc w sufit.
- Za niedługo odwodnimy z tych emocji. Ale... żyjmy nadzieją, że jakoś się z tego wykaraska.
Już myślałam, że gorzej być nie może. A jednak, życie potrafi mnie zaskakiwać, dopóki nie pojawiła się ta śmierć w białym kitlu.
- Otóż pański małżonek, Axel jak dobrze pani wie poddał się transfuzji i wszystko przebiegło pomyślnie. Tylko niestety, potem pielęgniarka znalazła go na podłodze, nieprzytomnego. 
Wszechświat chyba nie chce by wykres mojego szczęścia wzniósł się w górę, z moich oczu poleciały kolejne łzy. 
- Diana... uspokój się...
- Nie próbuj nawet tak gadać... - burknęłam w jej stronę. - Nie potrzebuję opieki psychologa, moja psychika nie jest do odbudowania.
Dziwi a zarazem przeraża ta informacja, gdyż zdawało mi się, że chłopak to okaz zdrowia. Najwidoczniej, nie mówi mi całej prawdy, to też mnie nie dziwi, w końcu tajemniczość to jego drugie imię. I jeszcze na dodatek zapomniałam wypić moich tabletek, to wszystko mnie tak bardzo przytłacza... Nagle ponownie usłyszałam moje imię, które dudniło mi w głowie.
- Diana! - spojrzałam w bok, moim oczom ukazał się Eric wraz z Silvią, a za nimi dreptał Mark i Nelly. 
Matko, po co ich tu? Nim zdążyłam się otrząsnąć szybko do nas podbiegli. Wpadłam w objęcia Eric'a, chciało mi się okropnie płakać, ale wiedziałam, że moja woda w organiźmie już mi się kończy i moje oczy nie moją co wylewać. Mogłam sobie tylko powzdychać i jęczeć z bólu..
- Ej mała, co się dzieję? - urwał, oglądając moją twarz. - Jesteś strasznie blada... 
- Axel jest nieprzytomny, Nathan walczy o życie.. a ty się pytasz co się dzieje? - odrzuciłam jego rękę. - Mną się nie przejmuj... najważniejsze jest stan Axela i Nathana.
- Diana. - powiedziała stanowczo Nelly. - Czas zadbać w końcu o siebie, chodź zawiozę cię do domu. 
- Nie mam zamiaru nigdzie iść. - krzyknęłam w jej stronę. - Zostaję tu!
- Tak będzie najlepiej...  - powiedział z troską Mark, gładząc mnie na plecach.
- Skąd wiesz, co będzie dla mnie najlepsze? - zaczęłam się histerycznie śmiać. - Mój przyjaciel i mój chłopak potrzebują mojej obecności, a ja mam sobie iść? 
- Evans tobie wystarczy na dziś... - sapnęła Holy.
- Nie właśnie, że nie! Kocham ich do cholery! Mam w dupie swoje zdrowie albo to czy śmierdzę, nie mam zamiaru jechać do domu. 
- Dzwońcie do Jude'a. - powiedział Mark. - Jeśli my nie przemówimy ci do rozsądku, to może on do ciebie dotrze.
Gdy to usłyszałam coś normalnie we mnie drgnęło. Ja mam jechać do niego? Co? Dlaczego? Nie wiem co on chce osiągnąć, ale gwarantuję mu, że to się nie uda! Dopiero co zakończyłam z nim miłosną przeszłość, czyżby miało to powrócić? Może teraz ma w moim życiu ma odegrać rolę niani i ma się zjawiać kiedy nikt sobie ze mną nie radzi? M o w y. n i e. m a.
- Żartujesz sobie, tak? - złapałam się za głowę.
- Właśnie, że nie. - skrzyżował ręce, chowając komórkę. - Właśnie jedzie po ciebie.

* No One's POV *

Od tego dnia zaledwie minęło 5 tygodni. Do tego czasu, Axel wyszedł z szpitala i wrócił do swojego domu. Natomiast Diana została przewieziona do rezydencji państwa Sharp'ów i zapowiada się na to, że jeszcze tutaj zostanie, ze względu na to, że nikt nie jest w stanie zapanować nad temperamentem dziewczyny. Pewnie zapytacie - a co się dzieje z Swift'em? Jego stan ani trochę się nie zmienił... A przepraszam... no może ciśnienie ma lepsze, poza tym więcej dobrych nowin na ten temat niestety nie mam.

* Jude's POV *

♫ 

Po tym jak Mark zadzwonił do mnie, abym przyjechał do szpitala, zacząłem biec w stronę drzwi jak na złamanie karku. Wyobrażałem sobie milion scenariuszy, w którym Diana ginie, cholernie mnie to przerażało. Jednak kiedy dotarłem na miejsce okazało się, że wszystko z nią okej, po mimo, że patrzyła na mnie wrogo, była w jednym kawału. O czym nie mogę powiedzieć o Nathanie, który jest dość w kiepskim stanie, a Blaze chyba też zaraził się tym samym, gdyż również wylądował na szpitalnym łóżku.
- Dzięki stary, że przyjechałeś. - odparł Mark. 
- Pewnie... - spojrzeliśmy na Dianie. - Co z nią? Wygląda okropnie...
- Zgodzę się z tobą. - pokręcił głową. - Pewnie nie brała leków... Dlatego...
- ...kazałeś mi przyjechać, po to żeby ją zabrać i się nią zaopiekować? - zaśmiałem się mu w twarz. - Jestem ostatnią osobą, którą chce widzieć. To się nie uda.
- Diana. - spojrzała na nas wściekła. - Na ciebie już czas.
- Kpisz sobie... to już nie jest śmiesznie. - pokazała na mnie, śmiejąc się nerwowo. - Ale masz rację, na ciebie już czas.
- Cholera, ale ty jesteś uparta... - zaczął mamrotać do siebie Mark.
- Proszę was... albo ona zacznie o sobie myśleć i pójdzie ze mną grzecznie do domu... - uniosła brew na znak, że brzmi to niedorzecznie. - Albo oboje wypad z lokalu.
Spojrzeli po sobie, Diana tylko przewróciła oczami z poirytowania i nie czekając na mnie, udała się w stronę wyjścia. Gdy wsiedliśmy do taksówki, nawet słowem się do mnie nie odezwała, a jej wzrok utkwił w szybie.  I tak już od ponad pięciu tygodni się do mnie nie odezwała. Nie dziwię się jej, gdyby mnie siłą wywieźli od swojej miłości, to bym zły jak cholera. Dziewczyna tymczasem siedziała na kanapie i czytała jakąś książkę. Rozumiejąc czytanie, mam na myśli, zajęcie się czymkolwiek byle by nie wdawać się ze mną w żadne interakcje. Jej myśli kręcą się wokół Swifta i Blaze'a. Jest strasznie wrażliwa i przywiązana do ludzi, jednym słowem - nic się nie zmieniła. Za to ją najbardziej kochałem... a raczej kocham. Niby to się wszystko uspokoiło, ale kiedy ją widzę, to moje serca zaczyna szybciej bić. Nawet nie zauważyłem, że się na nią gapię. 
- Powiedz coś Diana. - sapnąłem.
- Coś. - odrzekła, zamykając książkę.
Powędrowała na schody.
- Czekaj. - urwałem, na co dziewczyna obróciła się w moją stronę.
- Na co? 
- Mogłabyś ze mną porozmawiać? To, że jesteś zła na Marka....
- Nie licz na to. - szybko zeszła ze schodów. -  Nie mieliście prawa stawiać mnie przed faktem dokonanym.
- Nie rozumiesz, że tutaj nie chodziło o jakieś twoje zakichane prawo? - sapnąłem. - Martwimy się o ciebie i o to ile stresu na siebie przyjmujesz. 
- Dobrze za niedługo będzie tu Axel. - odchrząknęła.
- Co?
- To co słyszysz. - skrzyżowała ręce na piersiach. - Skoro mam zadbać o siebie, to chcę to zrobić z osobą, która szanuje moje zdanie.
Rzuciłem szklanką o podłogę. To tak będzie wyglądała nasza relacja. Będziemy tylko się kłócić i nie odzywać się do siebie - nie chcę tak. 
- Co do cholery, Jude?!  - wrzasnęła, kładąc walizkę na kanapę. 
Podeszła do rozbitego szkła i zaczęła je  powoli zbierać. 
- Przepraszam, po prostu...
- Chciałeś się wyładować. - dokończyła za mnie, wsypując szkło do kosza.
Nagle usłyszałem dzwonek, to zapewne on, Blaze. I nie myliłem się, moim oczom ukazał się rozradowany blondyn, który zadzwonił dzwonkiem. Dziewczyna szybko otworzyła drzwi i rzuciła mu się w ramiona.
- Kochanie... postaw walizki obok taxi.  - powiedział, wchodząc do domu. - Muszę coś jeszcze zrobić.
- Dzięki, że się nią zaopiekowałeś. - odparł, podając mi rękę.
- Raczej podziękuj Mark'owi, to jego sprawka. - powiedziałem, ściskając jego rękę.
- Dopiekła ci, co? - spytał, śmiejąc się pod nosem.
- Wiesz... kiedy ją przywiozłem, to ledwo uszedłem z życiem. - odrzekłem, również się śmiejąc.
- Axel, szybciej! - usłyszałem jej pisk zza drzwi.
- Okej, zbieram się. - powtórzył, przybijając ze mną żółwika. - Jeszcze raz wielkie dzięki!
Pozostawił mnie samemu sobie. Ale spokojnie, już się przyzwyczaiłem, że tylko samotność mnie nie opuszcza.

* Axel's POV *



- Kochanie... postaw walizki obok taxi.  - powiedziałem, wchodząc do domu. - Muszę coś jeszcze zrobić.
- Dzięki, że się nią zaopiekowałeś. - podałem mu rękę.
- Raczej podziękuj Mark'owi, to jego sprawka. - ścisnął mi rękę.
- Dopiekła ci, co? - spytałem, śmiejąc się pod nosem.
- Wiesz... kiedy ją przywiozłem, to ledwo uszedłem z życiem. - odrzekł, również się śmiejąc.
- Axel, szybciej! - usłyszałem jej pisk zza drzwi.
- Okej, zbieram się. - przybiłem z nim żółwika. - Jeszcze raz wielkie dzięki!
Usiedliśmy w taksówce. Musiałem poczekać chwilę z tą wiadomością. Otóż dziś rano dostałem SMS-a od doktora Jefferson'a, otóż Nathan się wybudził! Ale nie chcę na razie mówić jej o tym, przez całą sytuację ona ledwo żyję to samo i ja. Patrzyłem na jej ostatnie wyniki i nie wygląda to zbyt dobrze, powinna odpocząć - choć na moment.
- Ukrywasz coś? - spytała, patrząc mi prosto w oczy.
Teraz to już po mnie.
- Chodzi o to, że....  - urwałem, na co dziewczyna wytrzeszczyła oczy. - Nathan się wybudził.
- Co? I ty mi to... t-teraz? - poklepała siedzenie taksówkarza. - Panie kierowco! Kierunek, szpital. 
To miało zupełnie inaczej wyglądać. Spojrzałem na jej telefon, na wyświetlaczu wyświetlało się imię, Mark. Dziewczyna jednak nie miała zamiaru tego najwidoczniej odbierać.
- Odbierz to. - powiedziałem, dźgając ją w bok.
- Nie mam zamiaru. 
- Diana... Jesteście rodzeństwem. - przewróciła oczami na moje słowa. - Czuję się z tym źle, że się kłócicie. Jesteście dla mnie oboje ważni. 
- Axel, proszę nie mieszaj się do tego... nie chcę abyś ty oberwał. - odparła, kładąc głowę na moim ramieniu. - Dopóki Mark mnie traktuje jak dziecko, nie zamierzam się do niego odzywać.
- Hmm, no nie wiem. - spojrzała na mnie. - Jak ja tak patrzę na ciebie, to muszę się z nim zgodzić... 
- Co masz na myśli?
- Patrzyłem na twoje wyniki. - zagryzła wargę. - Możesz mi to jakoś sensownie wyjaśnić? 
- To, że mam takie a nie inne wyniki.. - urwała.
- To znaczy, że trzeba ci odpoczynku. 
- Axel... - ale ja nie zamierzałem skończyć na jednym zdaniu.
- Po tym jak wrócimy ze szpitala, nigdzie się nie ruszasz. - powiedziałem stanowczo, patrząc w jej oczy. - Będziesz pod moją opieką. 
- Okej, niech ci będzie. - odparła, wyrywając się z mojego uścisku.
Gdy dotarliśmy pod budynek, brunetka szybko wyszła z auta. Czasami mam ochotę się od niej kompletnie odciąć, jest niekiedy bardzo nieznośna, ale moje serce mi na to nie pozwala, za bardzo ją kocham. Podbiegłem do niej i ją pocałowałem.
- Kocham cię, wiesz? 
- Widać. - burknęła z ironią.
- I czuć... Przynajmniej nie śmierdzisz. - odwdzięczyłem jej się, na co dziewczyna dźgnęła mnie w bok.
Weszliśmy do środka, a tam skrzętnie wypytaliśmy się gdzie znajduje się sala, w której leży nasz przyjaciel.. 

* Nathan's POV *



Siedziałem w dużym, pustym, czarnym pokoju. Najgorsze jest to, że nie mogłem się z niego wydostać. Słyszałem natomiast głosy ludzi. Niestety nie mogłem rozpoznać czyje... Niekiedy były to tylko pojedyncze jęki. I tak wygląda śmierć? Czy jestem już na t y m innym świecie? Nie podoba mi się tu, chcę wrócić, już! Ale niestety, chyba nie ma odwrotu, czyż nie? Ale patrząc na to wszystko z góry, to przynajmniej ochroniłem swoich przyjaciół, pozostawiłem im ból, ale dla nich to pestka. Nagle poczułem ból i wtem w tym dziwnym pokoju otworzyły się drzwi. Zaatakowała mnie dziwna jasność i przed moimi oczami pojawił się obraz szpitalnego pokoju. Ja żyję? Chciałem się walnąć w twarz dla pewności, lecz to nie było zbyt dobrym pomysłem. Poczułem podwojony ból, a na mojej twarzy znajdowała się jakaś maska Wadera. Spojrzałem na moją rękę, były w nią wbite jakieś dziwne kabelki. Muszę połączyć kropki.
- Doktorze, obudził się! - usłyszałem podekscytowany jakiejś babki w białym wdzianku.
Wtedy podszedł do mnie jakiś koleś, chyba wspomniany przez tamtą doktor. Musiałem zrobić focusa na jego plakietkę - Mr. Jefferson, fajne nazwisko. 
- Nathan, słyszysz mnie? - do moich oczu dobiegł jego chrypki głos.
Dopiero co otworzyłem oczy i nawet nic nie widzę, a ten prosi mnie o tak wiele. Powoli pokiwałem głową, chciałem coś powiedzieć, ale moje gardło chyba kompletnie umarło albo po prostu chce mi się pić.
- Okej, siostro daj mu wody. - wydał jej polecenie, a ta szybko wybiegła z pokoju. - Dodatkowo wymień kroplówkę. 
Nawet nie minęła minuta, a ta już była z kubkiem wody oraz z wielkim worem płynów. Uśmiechnąłem się w jej stronę i podziękowałem ją za ocalenie mojej krtani. Spojrzałem w bok, przez szybę mignęła mi blond czupryna. Drzwi zaczęły głośno skrzypieć, aż do nie zniesienia - moje uszy momentalnie zaczęły również umierać. 
- Nate! - jęknęła Diana, siadając obok mnie i łapiąc za rękę.
Ścisnąłem ją lekko. Doktorek wyszedł i zostałem z nimi sam na sam.
- Witaj w świecie żywych, paniczu. - powiedział Axel, klepiąc mnie po ramieniu.
- Jak dobrze was widzieć. - odparłem lekko zachrypłym głosem. - To było głupie...
- Żebyś wiedział. - głęboko westchnął. - Zapadnie mi to w głowie na zawsze. Ty, most... i twoja krew na ziemi. 
Ma rację, ale nie chcę mu tego pokazać. Cały czas tak jest, chciałbym, żeby kiedyś szala przechyliła się w stronę mojej racji. 
- Ty mnie nie zrozumiesz. 
- Nikt cię nie zrozumie człowieku! Nikt! - zaczął wymachiwać rękami. - Przez ciebie wszystko w naszym życiu się poprzewracało.
- Axel... daj sobie na wstrzymanie - sapnęła Diana, patrząc na niego błagalnym wzrokiem.
- Diana, musiałem mu oddawać własną krew! - jęknął pretensjonalnie.
- Co? - wtrąciłem się do ich rozmowy. - Mogliście mnie równie dobrze opuścić. Nie kazałem wam tu zostawać i oddawać krwi. Obeszło by się. 
- Najchętniej bym w ogóle cię nie szukał i też żyłoby się nam dalej. - wrzasnął, składając rękę w pięść.
- Jesteście niepoważni! - wrzasnęła Diana. - Zamiast się cieszyć, że uszliście z życiem... to się chcecie pozabijać!
- Diana... - sapnęliśmy żałośnie.
- Nie interesuje mnie to. - odparła stanowczo. - Macie przestać i to już!
- No Axeluniuniu, chodź daj mi pysia. No chodź. - odrzekłem robiąc z ust dziubek, na co blondyn się skrzywił.
- Choćbyś był ostatnim człowiekiem na ziemi... - wymamrotał Axel.
- Kocham was, chłopaki! - szepnęła dziewczyna, przytulając nas obu. - Dobrze, że jesteście.