niedziela, 18 października 2015

Rozdział:19

do Mark: A ty czasami nie miałeś przesadzać bratków, mój malutki?
Mark: Dan, to nie jest śmieszne.
Skierowaliśmy nasze kroki w stronę szkoły Raimon. I nim się obejrzeliśmy staliśmy pod drzwiami domku. Lekko uchyliłam drzwi i weszliśmy do środka.
- A więc moi drodzy, oto nasz nowy trener pan Simon Hillman.
- Co... ale jak? - wrzasnęłam zdezorientowana.
- Przecież to.. zwykły kucharz. - podsumowała Nelly.
- Jeszcze zobaczycie! - krzyknął podekscytowany brunet."

* Mark's POV *




Cholernie się boję, to już jutro. Nerwowo zaciskam pięści, już nie wiem czy to ze stresu czy z podekscytowania. To będzie spotkanie gigantów, jestem tego pewien. Nawet nie wiecie, jaka spoczywa nas odpowiedzialność, wszyscy na nas liczą. Całe miasto Inazuma trzyma za nas kciuki, Było by troszeczkę śmiesznie wypaść z finałów. Ale my się nie damy, mowy nie ma! Przetrwaliśmy tyle trudności podczas turnieju, jesteśmy silniejsi niż wcześniej, nabraliśmy trochę odwagi i pewności w swoje umiejętności. 
Tymczasem przechadzałem się z Nelly po mieście. Brunetka widząc czarną limuzynę, zaciągnęła mnie za pobliski dąb. 
- Co jest? - sapnąłem zdezorientowany.
- To mój ojciec. - popatrzyłem na nią znacząco.
- Nie powiedziałaś mu? - spytałem zdziwiony.
- Jak widzisz. - zacisnęła wargi. - Uwierz mi, nie znasz go i nie wiesz jaka byłaby jego reakcja gdyby dowiedział się, że jego córka chodzi z...
- Nędznym piłkarzykiem. - dokończyłem. 
Ta cała sytuacja mnie irytowała. Nie mogłem tego znieść.
- Wstydzisz się mnie? - na twarzy dziewczyny pojawiło się niemałe zmieszanie.
Pokiwałem głową, odchodząc od niej. To takie smutne, ja po mimo sprzeciwu wszystkich, kocham ją, kocham jej wady. A dla niej liczy się tylko pozycja społeczna. Ludziom tak trudno dogodzić, pragną szacunku i sławy za wszelką cenę. Muszą najpierw mieć dowody, muszą mieć pewność. Krzyknąłem, a cała agresja ze mnie wyzionęła. 
- Mark? - usłyszałem za swoimi plecami. 
Wziąłem głęboki wdech i obróciłem się. Moim oczom ukazała 
Diana.
- Czyżby zły dzień? 
Uśmiechnąłem się krzywo.
- Nikt normalny się tak nie drze. - stwierdziła. - Coś musi być na rzeczy. 
- Ależ skąd, jest świetnie. - jęknąłem.
- Co jak co, ale ty nie umiesz kłamać ty mój ogrodniku. - odrzekła z sarkazmem.  Mów co jest.
- Nelly. - dziewczyna przewróciła oczami. 
- Nadal się nie polubiłyście? 
- Może tak troszeczkę... - powiedziała poprawiając swoje okulary.
- Wstydzi się mnie. - urwałem, patrząc na jej unoszące brwi. - No proszę, powiedz swoje " A nie mówiłam." .
- Z chęcią, ale nic to nie zmieni. 
- Przepraszam... - odparłem, drapiąc się po głowie.
- Na pewno to dla niej trudne. - próbowała się wczuć w jej sytuację, zmarszczyła brwi. - Jesteś jej pierwszym chłopakiem, jest córką tatusia... 
- Ja jestem w stanie to zrozumieć, ale to co mówisz, to tylko teoria. - machnąłem na jej słowa ręką. - Przyznała mi się, wstydzi się mnie...
- O proszę cię Mark, nie rób z siebie ofiary losu! - warknęła w moją stronę.
- Słucham?
- Mówiłeś, że się zmieniła. - pokiwałem na to głową. - Więc jej myślenie za pewnie też, akceptuje cię, lepiej ona cię kocha całość.
- Obyś miała rację, siostra. - położyłem się na trawie.
Oglądaliśmy z zaciekawieniem gwiazdy.
- Może lody by zamroziły nasze smutki.
- Jest dziewiąta w nocy. - zaśmiała się na moje słowa. - Ale spokojnie, mamy jakieś w domu, w lodówce. Na czarną godzinę.


* następnego dnia *


Zagrzmiał dzwonek mojego budzika, a ja szybko rzuciłem w jego stronę poduszką. Po mimo tego nadal nieznośnie oznajmiał mi, że czas na sen się skończył. Przetarłem twarz, sięgnąłem po telefon i spojrzałem na zegarek, 7. Moje oczy natychmiastowo się powiększyły. Jest s i ó d m a, pośpiesznie zacząłem schodzić z łóżka, ale niestety zamiast wstać jak człowiek, moja twarz pocałowała podłogę. Mam zaledwie 30 minut, aby w pełni się ogarnąć. Wybiegłem z pokoju i udałem się od łazienki. Wziąłem orzeźwiający prysznic, by oczyścić swoje myśli. Ubrałem dres klubowy, który wyglądał fatalnie i popędziłem na dół, do kuchni.
- Mark David Evans.
- Tak, kochanie kocham Cię. - odrzekłem, lekko ją całując.
Wlałem sok marchwiowy do szklanki i szybko opróżniłem jej zawartość.
- Nie jesteś zły?
- A powinienem? - spytałem, zakładając w tym czasie moje trampki.
- Wczoraj byłeś wściekły o to, że nie powiedziałam ojcu o naszym związku.
- Aa tak, tak... - urwałem, biorąc torbę. - Było minęło, chodź!
Po czym szybko wyszedłem z mieszkania.
- MARK! - słyszę za plecami zdyszany głos brunetki. - Chciałabym ci to wszystko wyjaśnić.
- Ej mała, nie gniewam się. - odparłem, nie zwalniając kroku.
- Czekaj. - powiedziałam, łapiąc mnie za rękę. - Nie wstydzę się ciebie. Jesteś wspaniały, wręcz idealny. Pojutrze przedstawię cię moim rodzicom, zgoda? 
Spojrzałem rozbawiony w jej oczy. Złapałem jej drobne ręce i złożyłem na nich mały pocałunek.
- Okej, okej. Przyjmuję zaproszenie. - sapnąłem, łapiąc Nelly za rękę. - A teraz proszę cię chodź i tak już mamy 10 minut spóźnienia.
Pośpiesznym krokiem skręciliśmy w dobrze znaną dróżkę prowadzącą do gimnazjum. Wygląda na to, że na mecz spóźnimy się grubo 15 minut. Gdy już trener upewnił się, że wszyscy już są, cała grupka weszła do autokaru. Najchętniej poszedłbym na tylne siedzenia, ale z powodu choroby lokomocyjnej Nelly, usiadłem razem z nią tuż za panem Hilman'em.

* Diana's POV *




Nie mogłam zasnąć. Cały czas w mojej głowie siedział Jude. Wszystko przez ten cholerny mecz. Wszystkie wspomnienia będą wracać do mnie, jedno po drugim. Nie chcę tego, chciałabym znaleźć odpowiednią wymówkę, by się wywinąć. Ale już za późno, już jestem w autobusie.

- Najgorsza scena to była jak tego gościa rozerwali na pół. Ale i to było średnio sklejone. - powiedział tryumfalnie Willy.
- A ty co o tym sądzisz? - pytanie zostało skierowane do mnie.
- Tak, masz rację. - odparłam, nie odrywając wzrok od szyby.
- Wiesz o czym mówimy? - usłyszałam podejrzliwy głos Blaze'a.
- Tak, dokładnie tak. 
- Co jest? - popatrzyłam na niego zdezorientowana.
- Jestem zmęczona, daj mi spokój. - powiedziałam wymijająco.
- Już wiem o kogo chodzi... - w porę twarz Swifta została zatkana przez Max'a.
Podczas rozmowy podszedł do nas trener.
- Mam do ciebie sprawę. - poprosił bym usiadła obok niego. 
- Tak?
- Otóż...  - podrapał się po brodzie. - Przed meczem będzie twoim obowiązkiem sprawdzenie stanu zdrowia naszych chłopców oraz piłkarzy Akademii.
Spojrzałam z przerażeniem w oczy Axel'a. Nie mogę się sprzeciwiać trenerowi, musiałam się zgodzić.
- A czy to konieczne?
- Masz jakiś z tym problem? - zabrzmiał jego głos. 
- Nie-e, skądże. Zajmę się tym. - przełknęłam wielką gulę w moim gardle.
Po chwili karawan się zatrzymał. Przyznam, że sam budynek tej szkoły budzi grozę. Wielkie, strzeliste wieże, a do tego ochrona jak u prezydenta. W oddali można było dostrzec niewielkie, małe okienka. Oczywiście na dachu powiewała flaga Akademii. Ściany szkoły miały ciemnoszary odcień. Słowem DOM STRACHÓW. Chłopcy przełknęli ciężko ślinę. Jedynym śmiałkiem był Mark, jak to zawsze. Jako pierwszy bez żadnej trwogi dotknął drzwi tego budynku. Na powitanie zostaliśmy prześwidrowani wykrywaczem metali, wymacani we wszystkie możliwe miejsca i przeszukani. Po przebadaniu naszych piłkarzyków, przyszedł czas na badanie Królewskich -  czyli ta nieprzyjemna część. Nie miałam zamiaru iść tam sama, miałam obstawę - Max'a i Kevin'a. Weszłam nieśmiało do szatni. Było pusto, rozpłaszczyłam się, wzięłam mały stołeczek i wzięłam głęboki wdech. Przeleciałam wzrokiem listę całej drużyny. Jednak mam dziś odrobinę szczęścia, gdyż Sharp jest ostatni. 
 - Joe King! - wywołałam pierwszego na liście.
Chłopak wszedł z tym swoim łobuzerskim uśmiechem. 
- Boli cię coś? 
Spojrzał na mnie i poprawił niesforną grzywkę. 
- Jestem wspaniałym stanie. - usiadł na typowego luzaka. - Po tatusiu przystojny.
- Jakieś alergie, przypadłości? - pozostałam niezdziwiona na jego zagrywki.
- Moja przypadłość właśnie na przeciwko mnie siedzi. - wzdrygnęłam się.
- Okej.. bierzesz jakieś leki?
Przekręcił przecząco głową.
- To wszystko. - sapnęłam, pokazując mi drzwi.
- Musisz mi coś powiedzieć. - obrócił się do wyjścia, jednak nie nastąpił ani kroku, spojrzał na mnie. 
- Powiedziałam ci, że - wtrącił mi się zdanie
- Co się stało po między wami?
- Nie mam zamiaru o tym rozmawiać. - westchnęłam, bo wiedziałam, że to pytanie padnie tu setki razy i ja na ani jedno z nich nie odpowiem. 
- Posłuchaj.. - już miał zacząć swój monolog, kiedy zorientował się, że za jego plecami znajduje się różowowłosy.
- Słyszałeś? - spojrzał na niego groźnie. - Powiedziała ci, żebyś wyszedł.
- Ja się jeszcze dowiem. - pogroził mi palcem, a Kevin dopilnował, aby trafił do wyjścia.
Spojrzałam ciepło w jego stronę.
- Nie ma za co. - mrugnął w moją stronę.
Zresztą zespołu poszło wyjątkowo szybko, więc jeszcze resztkami nadziei łudziłam się, że takie tempo pozostanie. Jeszcze tylko jedna osoba i o n. Najbardziej obawiam się właśnie tego jegomościa, jest na swoim, więc może robić co chce. Boje się, że złapałam jakąś paranoję. 
- David Samford!
Do szatni wszedł mojego wzrostu chłopak. Miał siwe, długie włosy. Powitał mnie ciepłym uśmiechem. To kolejny jego przyjaciel, jednak jest zupełnie od nich inny. Zawsze jak go widziałam na korytarzu, wydawał się cichy i spokojny w przeciwieństwie do gangu Sharpa.
- Boli cię coś? 
- Noga strzyka. - poruszył mechanicznie nogą.
- Jakieś przypadłości oprócz tego?
- Pewnie już dostrzegłaś moją opaskę. - zaśmiał się pod nosem. - Mam jaskrę.
- Wiesz, że..
- Ciii. - przyłożył palec do ust. - Mam pozwolenie od lekarza.
Przewróciłam kartki i znalazła się tam też druczek z bohomazami lekarskimi. Przyklękłam przy jego kolanie, by się lepiej przyjrzeć. Rzeczywiście coś dziwnie strzykało. Nie dziwię się, w końcu ich treningi są bardzo ciężkie i wiele z tego powodu się po przenosiło. Nasmarowałam obolałe miejsce maścią przeciwbólową. 
- Dziękuję ci. - uśmiechnęłam się w jego stronę. 
Zadziwiające. David jest połączeniem Jude'a z zarazem Blaze'a. Z jednej strony taki niegrzeczny chłopak, a z drugiej tajemniczy przybysz z zupełnie innej planety. 
- Mam pytanie. - sapnął. - Wiem, że to nie moja sprawa...
- A ja ci na nie odpowiem. - odparłam szybko.
- Ale ja muszę wiedzieć. - powiedział poważniej, świdrując mnie wzrokiem.
- Co wyście się uparli, żeby wszystko wiedzieć, co? - warknęłam w jego stronę.
- Podobni jesteście wiesz? - ciarki przeszły mnie po całym ciele. - Tak samo uparci. Jude trafił w dziesiątkę. 
- Tak i koncertowo to spaprał.
- Jak to?
Nie pochwalił ci się co? - trzasnęłam papierami o stół. - Wasz kumpel przez cały czas traktował mnie jak śmiecia, a potem mu się znudziłam i postanowił wsadzić język do gardła Lily.
- Ja nie wiedziałem.. - poprawił się na krześle.
- Dodam jeszcze, że robił to wszystko pod dyktando waszego szefa. 
- Słucham? - wstał nadal mocno zdziwiony nagromadzeniem 
- Koniec, wynoś się! - krzyknęłam poddenerwowana - Tam są drzwi. 
Bez słowa, wyszedł, a ja próbowałam pohamować łzy.

* Jude's POV *


Przez cały ten dzień sprawdzam każdy zakamarek szkoły. Pewnie zapytacie - po co? Chodzi o pułapki zastawione na naszych przeciwników, przez Dark'a. Powiedzmy sobie szczerze... po tym incydencie z mechatronikami, burzeniem szkół, zastraszaniem trenerów, nasz mistrzunio nie zmienił swoich nawyków. Na pewno dla Raimon'a przygotował równie świetne metody. Ten chamowaty, egoistyczny, zły i posłuszny oraz oddany Akademii, Jude machnął by na to ręką, ponieważ nie interesował się losem swoich rywali. Teraz ten Jude, którego szukałem przez dłuższy czas, wyszedł na zewnątrz. Chcę, a nawet zamierza grać fair! Bez żadnych przekrętów, bez demolki. Tylko ja i piłka, tylko ja i Evans. Takie zwycięstwo to nie jest satysfakcja... Obszedłem dosłownie wszystkie pomieszczenia znajdujące się w tej szkole. Nic, podejrzane, ale jednak n i c. Nagle usłyszałem czyjeś kroki. To był David. 

- Już wiem. Wszystko! - warknął w moją stronę.
- O co ci chodzi? - spytałem, unosząc jedną brew do góry.
- Nie wiedziałem, że jesteś taki. - złapał się za głowę. - Ale żeby uderzyć dziewczynę?
- Jeszcze tego brakowało.. - wymamrotałem.
 - ... jeszcze do tego tak wspaniałą jaką jest Diana?! - 
- To nie tak...
- Nie zwalaj tu na trenera. - chodząc z jednej strony na drugą. - Mogłeś równie dobrze nie sugerować się nim i utrzymywać związek w tajemnicy. Ty jednak stchórzyłeś. 
Zacisnąłem pięści. Po raz kolejny zostaje poniżony, ale słusznie. Najbardziej bolą słowa od moich przyjaciół i od niej.
- Powiedz coś. - jęknął, będąc pewien, że wszystkiego się wyprę. - Gdzie jest ten pewny siebie Jude, którego znałem?
- Przesuń się, muszę coś sprawdzić. - sapnąłem, wymijając go.
- O nie. - przydusił mnie do ściany. - Musisz mi to wyjaśnić. 
- Cholera Samford jeśli życie ci niemiłe, to przesuń się. 
W oczach chłopaka pojawił się lekki niepokój. Spojrzałem na niego spod byka i ruszyłem w głąb korytarza, w stronę naszej szatni. Właśnie tam miałem mieć jakieś badania. Nie spodziewałem się jednej rzeczy, a raczej osoby. Wszedłem do środka i moim oczom ukazał się mój skarb, moje szczęście, moja zatracona miłość. Nie patrzyła na mnie, unikała mojego wzroku.
- Więc przyprowadziłaś swoich gogusiów, bo taki jestem straszny, co? - westchnęła głęboko.
- A więc zadam to pytanie po raz 24. Boli cię coś? 
- Szczerze mówiąc to serce. - położyłem rękę na klatce piersiowej. - Ale nawet najlepsze leki nie uśmierzą tego bólu. 
- Możemy zostać sam na sam? - dziewczyna zwróciła się do dwóch piłkarzyków z Raimon'a.
- Okej, ale jak coś będzie nie tak. - poklepał ją po ramieniu. - To wiesz co robić. 
Zostałem sam na sam, jak poprosiła. Z nią, z moją kobietą, z moją spapraną sprawą. Patrzyliśmy na siebie w ciszy, jej wzrok przeszywał w moją duszę w pół. Czułem się tak jak wtedy, w tej cholernej klasie, obejmując Lily w pasie, tak to uczucie nadal mi towarzyszy.
- Zagrajmy w otwarte karty. - rzuciła kartą.
Rozpostarłem ręce, przystawiła mnie do ściany, a ja nie mam zamiaru unikać jej konfrontacji.
- Dlaczego mi to robisz? - spytała, podnosząc się z krzesła. - Cały czas chodzisz mi po głowie. 
- Wicewersa kochana. - pokiwałem głową.
- Cały czas się starasz, wydzwaniasz, piszesz, nachodzisz mój dom, wysyłasz swoich ziomalów do śledzenia mnie... Po co to robisz skoro i tak nic z tego nie będzie?
- Nadzieja matką głupich. - powiedziałem, również podnosząc się z miejsca.
- Dobrze wiesz co zrobiłeś. - zbliżyłem się do niej, zrobiła krok w tył. - Powiedziałabym nawet, że jesteś z tego niesamowicie dumny. 
- Zachowałem się jak komple--
- Daj mi skończyć! - wrzasnęła, piąstkując mój tors. - Po mimo tego, że mnie zraniłeś..
Z jej oczu popłynęły łzy.
 - Ja... Cię kocham. - miałem ją ochotę pocałować, ale widząc moje intencje, odepchnęła mnie tak, że opadłem na krzesło. - Kocham potwora, który mnie wyżera od środka.
- A ten potwór... też cię kocha. - złapałem ją za ręce, a czułem, że mięknie.
- Mimo tego... nie jesteś jedyny. - puściłem jej ręce.
- No pewnie. - stwierdziłem. - Jak raz się koło ciebie zakręcił..
- Nie masz prawa mnie oceniać... chcę ruszyć na przód, proszę cię. 
Diana szybko wybiegła ze szlochem, a ja schowałem twarz w dłonie. Nienawidzę siebie. Rzygać aż się chce. 

* Diana's POV *


Wybiegłam z płaczem z tej szatni. W końcu to z siebie wyrzuciłam. Co za paradoks... Kochać dwóch na raz? Jestem idiotką. Nagle czuję, że na kogoś wpadam. To Axel. Nawet nie mam śmiałości spojrzeć w jego oczy. 

- Diana. Co jest? - spytał, zmuszając mnie do spojrzenia w jego oczy.
- Sama nie potrafię określić co jest ze mną. 
- Gdzie on... - przytrzymałam go.
- Nie Axel. - i nagle nasze twarze zbliżyły się do siebie. - Można kochać dwie osoby?
Zaczerwieniliśmy się oboje.
- Teoretycznie, nie. Ale kto powiedział, że trójkącik to nie jest zły pomysł? - dźgnęłam chłopaka w bok. 
To już wymyka się z kontroli, muszę się opanować, gdyż moja głowa nie jest w idealnym stanie, by przeskakiwać z tak zwanego 'kwiatka na kwiatek". Udaliśmy się razem do szatni. Zamieniłam mój dresowy strój na coś  innegoWzięłam gitarę w dłoń i ruszyłam w stronę stadionu. Przepełniona nową energią, zaczęłam śpiewać. Sharp próbował choć na chwilę nawiązać ze mną kontakt wzrokowy podczas mojego występu, ale ja na to nie pozwoliłam. Chcę zapomnieć. Ale teraz definitywnie, teraz na zawsze. Mój występ się zakończył i nadszedł czas na początek półfinałów. Obie drużyny się ustawiły po dwóch stronach boiska, a ja zamknęłam oczy. Usłyszałam strzępienie się liny i wtedy zdarzyło się coś niespodziewanego.


niedziela, 4 października 2015

Rozdział:18



"Złapałem ją w talii i stanowczo przyciągnąłem do siebie. Ta chwila była magiczna. Jej zimne usta idealnie komponowały się z moimi. Cały mój świat wirował zupełnie tak jakbym właśnie zapalił marihuanę.
- To było miłe.. - mruknąłem, patrząc prosto w moje oczy.
- Nie mogę się nie zgodzić. - urwała, dając włosy za ucho.
- Może pogramy razem w piłkę? 
- Czemu nie."

* Diana's POV *                       


- No bo my i Nelly.. 
Próbuje uspokoić mój rytm serca. Odkąd się dowiedziałam, że Nelly chodzi z Mark'iem nie potrafię się uspokoić. Braciszek przedstawiał mi wiele argumentów na to, że się zmieniła. Żebym dała jej drugą szansę.
- Sama kiedyś powiedziałaś, że w każdym człowieku jest ociupinkę dobra.
- Ale nie w niej Mark. - warknęłam, gdyż jego ptasi móżdżek zapomniał co stosunkowo niedawno zrobiła "jego" Nelly. 
 Ja nie zapomniałam. Nie jest w stanie zamydlić mi oczu. Już na tyle znam tą dziewczynę, że teraz na pewno nie uwierzę w jej magiczną przemianę. Już od 2 godzin siedzę w szkole, przede mną biologia, matematyka, japoński i geografia. Usłyszałam piskliwy dźwięk dzwonka, koniec przerwy. Czas na moją najulubieńszą - biologię. Akurat się złożyło, że siedziałam z Bobby'm. Od czasu kiedy, uratował nas przed śmiercią i pomógł mi załagodzić mój konflikt z Blaze'm, nabrałam do niego zaufania. Gdy pani omawiała bardzo ważne wiadomości, ja tymczasem bazgrałam po kartce. Narysowałam postać panny Raimon i zaczęłam dźgać w rysunek. Po chwili poczułam ukłucie w boku, spojrzałam w stronę blondyna i nim się obejrzałam obok mnie wyrosła pani Huroko.
- Panno Evans, co jest takiego ciekawego w tym zeszycie? 
- Ależ nic proszę panią.. - odrzekłam, zamykając powoli zeszyt.
- Mogę zobaczyć?
Oh shit. Jeszcze tego by brakowało. Udupiliby mnie za to, że w jakiś sposób obrażam córkę właściciela szkoły. 
Bez namysłu kopnęłam Shearer'a w kostkę. Chłopak cicho jęknął.
- Och proszę panią! Po co tracić czas na takie coś? Przecież Diana skrupulatnie zapisuje pani słowa. - bajerant.
- Gdybyś ty tak robił, byłabym o wiele bardziej uradowana. - sapnęła.
Uśmiecham się w jego stronę. Pani Huroko wróciła do omawiania lekcji, a ja mogłam być spokojna o swoje miejsce w szkole.
- Dzięki. - jęknęłam z niemałą ulgą.
I nagle zabrzęczał dzwonek na lunch. Udaliśmy się do stołówki, gdzie roiło się mnóstwo uczniów, wyglądała to zupełnie jak w mrowisku. Gdy tylko podeszliśmy na sekcje z jedzeniem, tradycyjnie wzięłam dla siebie jogurt truskawkowy oraz małą porcję sałatki z kurczakiem. Przy stoliku siedział już Blaze, pałaszując swojego hamburger'a, poklepał mi miejsce obok siebie. Bobby również do nas dołączył.
- Aż tak ją nienawidzisz? - westchnęłam głęboko na pytanie Shearer'a.
- Dziwisz się? - wyrwał się Nate. - Na Diany miejscu rozszarpałbym ją..
- By była kolanami na ryj! - dodał śmiejący się pod nosem Max. 
- A za co ją tu kochać? - zaczęłam wymachiwać rękami. - To, że chodzi z moim braciszkiem, nie oznacza dla niej żadnej taryfy ulgowej. 
- Chyba wywołałaś wilka z lasu. - chrząknął Axel.
Obejrzałam się za siebie i przewróciłam oczami. Mało nie zwymiotowałam swojego jogurtu. Do stołówki weszła ona i Mark, ten widok nadal mnie przeraża, mimo, że trwa to niemalże tydzień. A oni - "zakochani" jak zwykle trzymali się za ręce, on jej coś pluł do ucha, ona też przy czym śmiała się słodko. Urocze, nie prawdaż? Oczywiście musieli usiąść przy stoliku na przeciwko. O mało nie wybuchłam, zaczęłam dźgać sałatę.
- Najpierw zeszyt.. - wskazał na mój talerz Bobby. - Teraz sałata... co ci zrobiła?
- Bo ci żyłka pęknie. - odparł Nathan, rzucając we mnie papierkiem.
- Masz okres? - spytał Max, na co rzuciłam w jego głowę pustym opakowaniem po jogurcie.
- Ciąża! - dodał Bobby, a wtedy cała trójka zaczęła się nabijać..
Uśmiechnęłam się w jego stronę.
- W a l c i e s i ę. - wycedziłam przez zęby. 
- Jude. - zaczął walić po ręce Max'a.
- Swift, to nie jest zabawne. 
- Ale serio to Jude! - powiedział Shearer, oglądając się za siebie.
- Przestaniecie? Nikogo tam nie... - urwałam i moim oczom ukazał się pan Sharp. 
Co on tu do jasnej cholery robi? I na dodatek, wzrokiem szuka czegoś, kogoś... Oho zbliża się. Czas na taktyczny odwrót. Szybkim krokiem nałożyłam na głowę kaptur, okulary i potajemnie wyszłam z sali.
- Ej ziomie.. - niestety musiałam na niego wpaść. - gdzie znajdę Bobby'ego?
- Nie wiem, nie znam go i nie wiem który to. - odchrząknęłam, trochę niższym głosem.
- Dzięki stary. - odparł klepiąc mnie po plecach, udał się w kierunku naszego stolika.

* Jude's POV *

- Zawieź mnie do Raimon'a. - krzyczę w stronę ojca.
- Nie ma mowy. - odparł niewzruszony. -Pan Ray Dark nakazał mi, abyś nie zbliżał się do te j szkoły.
- Dobra, przejdę się. - sapnąłem, otwierając znienacka drzwi.
- Jude, do jasnej cholery! - udarł się.
- Czy możesz. - bez słowa mnie wysadził.
A ja znalazłem się na najbliższym przystanku, byłem stosunkowo niedaleko. Gdy tak szedłem po głowie krążyły mieszane myśli i uczucia. Zupełnie nie rozumiem naszego trenera. Co on do nich ma? A raczej powinno brzmieć pytanie - co oni mu zrobili. Najwidoczniej dużo złych rzeczy, skoro nawet nie pozwala mi przejść przez próg, a co dopiero przez drzwi tej placówki. Od paru dni Bobby mi nie odpisuję, ignoruje moje telefony, a w jego domu niesamowicie znika. Nie mogę tego dłużej znieść, co on wyprawia? Muszę z nim pogadać i przeprosić... Tak wiem, słowo przepraszam z moich ust to coś nowego, sam się zdziwiłem. Zdałem sobie sprawę, że traktowałem go jak nasz trener, ostro, bez żadnych uczuć. 
Przekroczyłem niepewnie próg szkoły, na korytarzach roiło się mnóstwo uczniów, lecz nigdzie nie mogłem go znaleźć. Spojrzałem na zegarek, 12. Pora lunch'u. Dzięki instrukcji innych uczniów, spokojnie dotarłem na stołówkę, ponieważ jest przerwa na lunch, a gdzie lunch, tam też chłopak. Powoli próbuje zlokalizować blond czuprynę, ale na marne. Za dużo ich tutaj. 
- Ej ziomie.. - złapałem pierwszego-lepszego lamusa. - gdzie znajdę Bobby'ego?
- Nie wiem, nie znam go i nie wiem który to. - odrzekł koleś w szarym kangurze.
- Dzięki stary. - odrzekłem idąc w głąb tłumu.
Dopiero później zorientowałem się, że stoję na przeciwko stolika przy którym siedziała moja zguba. Mocno szarpnąłem go za rękę.
- Noi pies pogrzebany. - palnął jeden z nich na mój widok.
- Ej, co ty chcesz? - spytał zdezorientowany.
-  Lepiej, żebyś puścił tą rękę, jeśli ci życie miłe. - warknął Axel, wstając powoli z ławki.
- Dam radę, dzięki Axel. - chłopak tylko machnął ręką i wyszedł wraz ze mną na zewnątrz. 
- Jeśli myślisz, że nadal będę szpiegował Raimon to grubo się mylisz. - postawił mi gruby warunek. - Chcę grać w piłkę bez żadnych przekrętów, bez Dark'a. 
- Rozumiem. - spojrzał na mnie zdziwiony. - Też mam pewne wątpliwości wobec jego kompetencji. 
- To czemu trzymasz jego stronę? - pchnął mnie. - Skoro mówisz, że straciłeś do niego zaufanie... to dlaczego spełniasz wszystkie jego rozkazy? 
- To nie takie proste jak sobie myślisz. - sapnąłem, opierając się o pobliskie drzewo. 
- Uwierz mi jest. Nie możesz być jego marionetką do cholery! 
Oj Bobby gdybyś wiedział... gdybyś tylko wiedział.
- Pamiętasz jak to było kiedyś? 
Przed moimi oczami pojawił się obrazek przedstawiający duże boisko. Biegało na nim kilku chłopców, w tej grupce znajdowałem się również ja i Bobby. 
 - Jude, Jude podaj do mnie! - krzyczy mały Shearer, cały zdyszany.
Bez namysłu kopię do chłopaka. A ten, niczym niesiony przez anioła, biegnie prosto do bramki. Dysponuje świetnym dryblingiem, dlatego bez problemu omija pozostałych zawodników. Nic mu nie staje na drodze. Wykonuje szybki, ale mocny strzał. BUM! BRAMKA! Podbiegłem uszczęśliwiony do przyjaciela, cała nasza paczka poczęła podnosić chłopaka. "
I wtedy tak na prawdę pokochałem piłkę nożną. Kiedyś to było... a teraz? Na samą myśl o tym czuję wściekłość, lęk i poczucie przymusu. To miało być dla mnie przyjemnością i w jakimś stopniu zjednoczenie się z duchem mojego ojca. Ale właśnie w tym dniu, dowiedziałem się o śmierci moich rodziców. Footbal pozwolił mi wrócić do normalności. 
- Oczywiście. Ale to nic nie zmienia. - powiedziałem, zamykając oczy. - Mam ważny powód, aby jeszcze zostać przy Dark'u. Spotkamy się na boisku. 
- Ale.. - próbował mnie zatrzymać.
- Zostaw to wszystko mnie.
Po czym powoli zmierzałem w kierunku wyjścia. Mam to gdzieś czy trener coś planuje na Raimon'a czy nie. Jeśli to zwycięstwo pozwoli mi wrócić do normalnego życia, do życia wraz z moją najukochańszą siostrą, to zacznę wtedy nowy etap w życiu. Może w końcu wyjdę na prostą?

* Mark's POV *

♫ 

Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Mam w wspaniałą dziewczynę, prawdziwych przyjaciół, świetną drużynę i jesteśmy w półfinałe STF. Czego chcieć więcej? Może tego aby Diana i Nelly zakopały topór wojenny? Na pewno.
- Mark. Co mam zrobić, aby mi wybaczyła? - jęknęła brunetka, kładąc głowę na moim ramieniu. - Staram się jak mogę.
- Przeproś ją, weź na zakupy. Cokolwiek. - odrzekłem.
- Łatwo ci mówić. - urwała. - przecież wbiłam jej sztylet w serce i dokopałam do końca życia.
- Nelly. - wziąłem jej twarz w dłonie. - To było dawno, ona to wie, ja i ty. Będzie dobrze.
Dziewczyna powoli wstała i udała się w stronę stolika przy którym siedziała moja siostra, Axel, Max i Nathan.

* Diana's POV *

Bobby już długo nie wracał odkąd poszedł wraz Jude'm  tylko "pogadać". Dopiero potem dostałam od niego SMS'a.
od Bobby: Źle się czuje, zmywam się na chatę.
Spokojnie zaczęłam spożywać swoją sałatkę, gdy ktoś usiadł obok mnie. Momentalnie wyczułam dobrze znane mi różane perfumy, zaczęło mnie z lekka mdlić. Spojrzałam w lewo, gdzie znajdowała się ona. Miałam nadzieję, że to sen (koszmar), z którego mogę się jeszcze obudzić.

- Czym mogę pani służyć? - uraczyłam ją znaczącym spojrzeniem. 
- Diana wiem, że wyrządziłam ci wiele szkód.
- Szkód. - zadrwił Max.
- Ale choć dla Marka... - prawie się zadławiłam. - przestańmy się tak zachowywać. Co ty na to aby po szkole pójść na jakiejś zakupy?
Spojrzałam na nią krzywo. Poniekąd nie chcę, aby mój braciszek się zamartwiał, ale z drugiej mam dość jej osoby obok mnie.
- Zrobię to tylko i wyłącznie dla Marka. - sapnęłam. - Nie licz, że będziesz moją przyjaciółką.
- Dobre i to. - westchnęła, po czym wstała i skierowała się do swojego ukochanego, taka uszczęśliwiona jakby nie wiadomo co się stało. Mark cały czas głupio się do mnie uśmiechał, pokazując kciuk w górę. 
- Axel. Idziesz ze mną.
- Co? Nie. - sprzeciwił mi się blondyn, nawet na mnie nie patrząc.
- Nie zapominaj, kto ma twoje zdjęcie w samych stringach...
- Diana! - jęknął. 
- Nie wierzę... muszę to zobaczyć. - zaczął klaskać Nathan. 
- Eeeej miałaś to usunąć! - wskazał na mnie, a ja zaczęłam się śmiać na myśl tego zdjęcia. - Oszustka. Skoro już muszę z wami iść... to niech Mark też przyjdzie.
Pokiwałam przecząco. 
- Przecież robisz " tylko dla niego " - odrzekł Max, udając mój głos.
Zdzieliłam chłopaka zeszytem do japońskiego. Po szkole szybko udałam się do domu, gdyż już o 14 miałam się udać z Nelly na zakupy. Najchętniej cały ten dzień spędziłabym z nosem w książkach. Po 5 minutach już byłam w domu. Gdy zauważyłam, że w salonie się coś zmieniło. Mianowicie na szklanym stole stała doniczka
- Co tak wcześnie? - spytała mama, kładąc rękę na moim ramieniu.
Wzruszyłam ramionami.
- Od taty? - wskazałam na kwiatek.
- Właściwie to... - uśmiechnęła się podekscytowana. - Był tu taki jeden chłopiec... 
- Słucham? Kto?
- Miał na imię...  Ju ju ju... Jude! Mówił, że to dla ciebie. - zagryzłam dolną wargę.
- Mówił coś jeszcze? 
- Nie... A coś się stało?
- Idę z Nelly na zakupy. - wyminęłam zręcznie temat.
- Super!
- Zależy dla kogo. - mruknęłam.
- Ktoś jeszcze z wami idzie? - wkroczyła mama detektyw.
- W sumie... będzie Axel i Mark. 
Spojrzałam na zegar, 13:50. 
- A niech to!
Szybkim krokiem udałam się na górę. Wzięłam ciepły prysznic, umalowałam się i uczesałam włosy w niedbałego francuza. Ubrałam się i już miała napisać, że nie dam rady, ale kości zostały już rzucone. Więc wylałam na siebie flakon moich ulubionych perfum. Około 15, przyszedł Axel wraz z Nelly. Udaliśmy się do najbliższego centrum handlowego. 
- Ładnie wyglądasz. - o tego jeszcze nie było.
- Ty również. - odrzekłam szybko, sztucznie się uśmiechając.
- To gdzie najpierw? - spojrzała zdezorientowana na Mark'a.
Komórka bruneta za wibrowała. Chłopak udał zaskoczenie.
-  Holipka! Muszę niestety iść. - podrapał się po głowie. - Muszę pomóc mamie w ogródku... 
- Ty nigdy nie pomagasz mamie w ogródku... - wiedziałam, że chce puścić nam puścić niezłe bambuko.
- Tyle o mnie nie wiesz kochaniutka... - odparł mój braciszek, szybko wychodząc z centrum handlowego. Dokąd mógłby pójść?

* Mark's POV  *


Spojrzałem na telefon udając wielkie zaskoczenie. Tak na prawdę miałem coś ważniejszego załatwienia niż zakupy. A zresztą.. dziewczyny nawiążą bliższy kontakt, jeśli będę same, prawda? 
- Holipka! Muszę iść.. Muszę pomóc mamie w ogródku... - na prawdę Mark? Oceniam tą grę aktorską 5/3.
- Ty nigdy nie pomagasz mamie w ogródku... 
Musiałem zachować zimną krew, a potem jakby nigdy w życiu wyszedłem z galerii. Moje kroki zmierzały w stronę restauracji, w której pracuje pan Hillman. Podczas szukania odpowiedniego człowieka na stanowisko naszego trenera, od razu mój mózg podsunął mi go. Przecież pan kucharz należał do legendarnej 11! Pewnym krokiem wkroczyłem do środka. Mężczyzna siedział przy stoliku, studiując dzisiejszą gazetę. Szybko do niego podszedłem, wyrywając mu makulaturę z przed oczu.
- Co jest... 
- Panie Hillman, mam do Pana prośbę. - wziąłem głęboki wdech. - Czy zostanie pan naszym trenerem?
- Jestem nędznym kucharzyną. - zaśmiał się na moje słowa. - Czy na pewno to przemyślałeś? 
Poczułem jak całe moje ciało oblewa fala niepohamowanego gniewu.
- Niech pan mnie posłucha. - trzasnąłem z całej siły w ręką w stół. - Skoro nie da się pan przekonać prośbą to może zagrajmy o to! 
- Chyba sobie..
- Ma pan 3 strzały, jeśli je wszystkie obronię zostanie Pan naszym trenerem. Czy to jasne?
- Zawsze byłeś taki pewny siebie, maluszku? Ale skoro się sam o to prosisz... Daj mi tylko 5 minut. - sapnął, wracając do swojego zaplecza aby ściągnąć fartuch.
I nim się obejrzałem stałem w bramce, patrząc mu prosto w oczy . Na dworze wiał lekki, letni wiaterek. Pogoda idealna na tak epicki pojedynek. Dotknął piłkę stopą, przez chwilę, zdawać by się mogło, że mój przeciwnik się zastanawia. Niczym się zorientowałem, mężczyzna wziął rozbieg i z całej siły wycelował w bramkę. Jednak dzięki moim zwinnym ruchom, piłka znalazła się w moich rękach. Uśmiechnąłem się łobuzersko w stronę Pana Hillmana.
- Obroniony. - stwierdziłem, uśmiechając się. - Jeszcze 2 strzały, niech pan tego nie zmarnuje.
- Przy drugim strzale zniknie ci ten uśmieszek z twarzy. - odparł sarkastycznie, ponownie kopiąc z podwójną siłą w piłkę. 
Piłka poszybowała nico wyżej. Wiedziałem, że nie zdołam jej złapać, dlatego też użyłem mojej OGNISTEJ PIĘŚCI.
Jest na prawdę dobry jak na swoje lata.  - pomyślałem, przecierając obolałe ręce.
- Jak to się mówi do 3 razy sztuka! - krzyknął, kopiąc piłkę znacznie mocniej niż wcześniej. 
Nędzny kucharzyna... Tak, jasne. Poczułem, że pod wpływem strzału moje ciało przesuwa się do tyłu. Teraz czas na wyjęcie mojego asa z rękawa. BOSKA RĘKA.

* Diana's POV * 

Strasznie długo pomagasz mamie przy ogródku.  - pomyślałam, patrząc na zegarek, który wskazywał godzinę 18. Tak, spędziliśmy całe 4 godziny w centrum handlowym. Jak każda kobieta lubię iść na mały " shopping ", a kiedy już jestem tutaj, tracę głowę kompletnie. Nie mogliśmy wyjść wcześniej, dopóki nie wejdziemy do wszystkich tych sklepów znajdujących się w tej galerii. 
- W turkusie mi do twarzy? - spytała Nelly, obracając się dookoła. 
Tymczasem ja siedziałam znudzona na jednej z kanap umieszczonych przy przymierzalniach. Natomiast Axel wyczerpany tym wszystkim zasnął. Wyglądał dość słodko i oczywiście znów coś mruczał pod nosem.
- HEEEJ, SP SP SPÓJRZ NA MOOOO I JE OCCC YY. JA WIE DZ DZ DZIAŁEM, ŻEEEE E E E JESTEM NAJLEE E E E E PSZY TTTTT YLKO JES TTT EM SKR OOO MNII UU TEEEŃKI KOOO CHANA MO A AJA A. EEE J M AA A X CZEMU TY TUU Z TY TY TYM WÓ ÓÓ ZZ KI KI III EEM... Ł OOOO KURW W  W W DA JA A A A K T OOOO OJCE E E E EM  Z JA CC KIEM?! TT OO SIE NIE CZ CZY MMMMM AA AMA KUUU PPPYY... - zamruczał.
Zaśmiałam się pod nosem. Ciekawe kim jest ta jego "kochana". 
- Wyglądasz pięknie. - odparłam.
- Mogłabyś się wysilić na coś lepszego.
- Mój słownik jest ubogi w słowa - odrzekłam, rozkładając ręce w geście bezradności.
Dziewczyna przewróciła oczami i ponownie weszła do przymierzalni. I tak z 5 tysięcy razy. 
- Chodź mam coś dla ciebie. Przymierz! - powiedziała ciepło, podając mi sukienkę.
Nie jestem typem dziewczyny ubierającej się w spódniczki czy też w sukienki. Wolę styl uliczny, luźny, fajne gacie, za duże bluzy. Lekko się skrzywiłam i nieśmiało weszłam do jednej z przebieralni. Sukienka była piękna, a gdy ją założyłam momentalnie się zakochałam. Nie dość, że jest ona czerwona jak róża, to na dodatek wspaniale się układa na moich biodrach. Wychyliłam się z zasłonki.
- I jak? - krzyknęłam, przez co obudziłam śpiącego blondyna. 
Jego mina była bezcenna. Malowało się na niej zdziwienie pomieszane z zadowoleniem. Na moją twarz wkradł się mimowolny uśmiech. 
- Wow... - patrzył na mnie przez chwilę. - Jesteś cudowna.
Na jego słowa zarumieniłam się. Wróciłam ponownie do garderoby aby założyć moje ciuchy. 
- Bierzesz?
- O nie... nie za taką cenę. - jęknęłam, patrząc na metkę.
- Zapłacę. - odrzekł szybko, biorąc sukienkę do ręki i kierując się z nią do kasy.
Podążyłam za nim. Błagałam go przez dobrą chwilę, aby odszedł od kasy i jej nie kupował. Jednak chłopak był nieugięty, nawet gdy oplotłam się wokół jego kostki, ciągnął mnie za sobą nie wzruszony. Gdy już mieliśmy wychodzić z galerii i kierować się do naszych domów, dostałam SMS'a od naszego "ogrodniczka":
Mark: Chodźcie do domku club'owego. JUŻ!
do Mark: A ty czasami nie miałeś przesadzać bratków, mój malutki?
Mark: Dan, to nie jest śmieszne.
Skierowaliśmy nasze kroki w stronę szkoły Raimon. I nim się obejrzeliśmy staliśmy pod drzwiami domku. Lekko uchyliłam drzwi i weszliśmy do środka.
- A więc moi drodzy, oto nasz nowy trener pan Simon Hillman.
- Co... ale jak? - wrzasnęłam zdezorientowana.
- Przecież to.. zwykły kucharz. - podsumowała Nelly.
- Jeszcze zobaczycie! - krzyknął podekscytowany brunet.