Rozdział:55
- Zawiodłam cię... - urwałam a po moim policzku poleciała mimowolnie gorzka łza. - Nawet nie wyobrażam sobie co by było jakbym ja zniknęła, a ty byś się obudził.
- Nie mów tak. - odparł, siadając na łóżku i obejmując mnie. -Powinienem być tuż przy tobie.
- Dobrze wiesz, że to nie twoja wina...
- Jak to? - westchnął głęboko. - Przeze mnie tyle ludziom się życie posypało, a szczególnie tobie siostrzyczko.
- A dzięki twojemu zmartwychwstaniu poskładałeś nasze marne życia.
- Eee tam... przesadzasz. - odparł, a ja dźgnęłam go w bok.
- Kocham cię siostrzyczko. - szepnął, całując moje czoło.
- Ja ciebie też braciszku. - sapnęłam, opierając swoją głowę na jego ramieniu. "
* Jude's POV *
♫
- Nie patrz na mnie tak, Evans. - burknąłem w jego stronę.
Uniósł brew do góry.
- Nie patrz na mnie jakbym był niepełnosprawny! - krzyknąłem do niego.
Oczy pacjentów zwrócił się na naszą dwójkę. Nie ukrywam, za każdym razem kiedy on do mnie przychodzi, to zawsze jestem tak głośno. Nie poznaję moich znajomych w ogóle. Czy ja wyglądam jakbym był w ciężkim stanie? Wiem, przez te 5 miesięcy tak wyglądałem, ale teraz regeneruje siły i wracam do mojej dawnej formy. Z każdym dniem, moje wyniki się poprawiają - to dobry znak. Ale oni zamiast być szczęśliwym z tego powodu, to przychodzą tu obdarzają mnie właśnie tym wzrokiem - pełnym współczucia i litości. No proszę was ludzie... ja rozumiem, że się martwią, ale nie muszą mnie traktować jak małe, kruche porcelanowe talerzyki.
- Tak prawdę mówiąc, w połowie taki jesteś. - odparł uszczypliwie, poprawiając swoje bujne, brązowe loki.
Spojrzałem na niego. Nie wydawał się w najlepszej kondycji. Zawsze prezentował na swojej twarzy siłę i pewność siebie. Teraz wygląda zupełnie inaczej - Zaczerwienione oczy, worki pod oczami. Przypominał mi zagubione i zmęczone dziecko, co się z nim stało? Jak widać dużo mnie ominęło przez tą moją miesięczną drzemkę.
- Jesteś tego pewien? Wydaję mi się, że ty też. - odpowiedziałem mu również uszczypliwie.
Zmierzył mnie wzrokiem. Dobrze wiedział, co mam na myśli.
- Co się dzieje z tobą Mark? - spytałem go wprost.
- Nie martw się o mnie. Obyś szybko wyzdrowiał, ponieważ czeka nas podróż życia. - odchrząknął, patrząc teraz mi prosto w oczy.
Słucham? Ten człowiek stał się nieco tajemniczy - a nigdy taki nie był. Zawsze był otwarty na wszystko i na wszystkich.
- Co masz na myśli, mówiąc "podróż"? - odparłem zdziwiony.
- Nie miałem ci tego mówić... - urwał, śmiejąc się pod nosem.
- Nie umiesz trzymać języka za zębami, ot co. - podsumowałem go krótko. - Stary dobry Mark, gdzieś ty się podziewał?
Pewnie i on sam nie miał zielonego pojęcia. Mówią, że charakter nie jest trwały i stale się zmienia. Patrząc na mój przykład kiedyś byłem wielkim bucem i nie szanowałem nikogo i niczego, a teraz jest zupełnie inaczej. Tak jest też z nim, ale mimo wszystko myślałem, że jest wyjątek od tej reguły. Mark odznaczał się swoim nacechowanym pozytywnie charakterem, nie chcę aby było inaczej.
- Tak czy inaczej... Pewnego dnia, zadzwonił do mnie nasz trener. Powiedział mi, że ta cała grupa, która podpaliła naszą szkołę się przemieszcza. Oznacza to, że inne szkoły w całej Japonii mogą być zagrożone. Dlatego też, musimy się udać do tych wszystkich szkół, by je ostrzec. Czekamy tylko na ciebie, Sharp.
Oczywiście ominął temat jak zwykle. Spojrzałem na niego zdezorientowany. Oznacza to, że to poważna sprawa... Pożar u nas w szkole? Matko kochana, jak ja zasypiam to w naszym mieście dzieją się akcje jak w "Szklanej Pułapce?". Jednak jedna sprawa nie dawała mi spokoju.
- Co z Blazem?
Mark podrapał się po głowie. Jego brak odznaczał się w życiu każdego z graczy club'u Raimon. Nie dziwota, był pierwszym z atakujących i to właśnie on zmotywował do działania drużynę. Zniknięcie Axel'a wydawało mi się mega podejrzane. Na początku uznałem, że zrobił to specjalnie, ponieważ bał się, że związek z Dianą stanie się zbyt poważny. Jednak z drugiej strony, mafia jest równie ciekawym wątkiem. Z tego co kiedyś mi tata opowiadał, tata Axel'a narobił sobie niezłych długów u lichwiarzy.
- Też chciałbym to wiedzieć stary. Wiem jedno, znajdę tego gnojka i sprowadzę go tutaj.
Też mam taką nadzieję, że się tak stanie. Mimo wszystko, z Axelem się zżyliśmy - nie spodziewałem się, że kiedykolwiek wypowiem te słowa.
- W takim razie, dzwonię do ojca. Na podstawie tego co mi powiedziałeś, nie zamierzam tu siedzieć jak jakaś kukiełka. Jeszcze dzisiaj zwiewam z tego miejsca.
Tak też zrobiłem, spakowałem swoje rzeczy i wybrałem numer do taty.
- Halo? Tato dostałem wypis.
- To świetnie synu.. Odebrać cię?
- Nie, jadę do Mark'a. Będę później.
- Uparty z ciebie człowiek, Sharp. Ale jeśli zasłabniesz choć raz, to nie licz, że będę dla ciebie pobłażliwy. To poważna sprawa, mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę... - odparł Mark, kręcąc głową na moje postępowanie.
Zaśmiałem się na jego słowa - przynajmniej poczucie humoru się u niego nie zmieniło.
* Diana's POV *
♫
- Axel... powiedz mi gdzie ty jesteś!
Blondyn tylko się do mnie uśmiechnął. Ten uśmiech, od niego wszystko się zaczęło. Dlaczego moje serce wzięło cię do siebie? Bez konsekwencji, od tak zakochałam się w tobie... Czy raz już się nie sparzyłam na miłości? Czy już zapomniałam, jak to było z Jude'em? Ale Axel nie jest taki sam, prawda? Sama nie wiem co o tym myśleć. Na prawdę, czasami się gubię w tym wszystkim. Analizuje wszystko po kolei, od deski do deski i nie rozumiem, dlaczego się tak to skończyło.
- Odezwij się do mnie do cholery.
Cisza. A on nadal się na mnie patrzy i się uśmiecha. Zrobiłam jeden krok do przodu, a chłopak w jednej sekundzie zniknął. Rozpłynął się jak piach - ten sen zawsze tak się kończy. Może to oznacza, że dla nas nie ma już szczęśliwego zakończenia? Czy mam zacząć nowe życie bez niego? Nie potrafię i nie rozumiem tego. Otworzyłam oczy i czułam, że cała z tego wszystkiego jestem spocona. Łzy nabrały się do moich oczu, nie chciałam płakać głośniej, ponieważ w pokoju nie byłam sama. Po jednej jak i drugiej stronie leżeli Max i Nathan. Po tym wszystkim co się dzieje, nie potrafię normalnie funkcjonować. Przez to wszystko nawet nie umiem cieszyć z tego, że Jude żyje. Moje myśli cały czas zajmuje Axel, cokolwiek bym nie zrobiła czy nie pomyślała, to ciągle widzę jego twarz. Nie umknęło to uwadze moim przyjaciołom, szczególnie Max'owi i Nathan'owi. Zaproponowali, że możemy razem tak jak za dawnych czasów spotkać się u mnie i pooglądać filmy. Cały wieczór spędziliśmy zachwycając się naszą wspaniałą serią Harrego Potter'a, którego znamy na pamięć. Przez chwilę poczułam się szczęśliwa. To uczucie towarzyszyło mi dopóki nie zamknęłam oczu. Gdy już je miałam zamknięte, ponownie pojawiał się ten sam głupi sen jak jakieś fatum. Mam już powoli tego dość. Wstałam z łóżka i po cichu otworzyłam wejście na werandę. Musiałam złapać trochę świeżego powietrza. Ukradkiem zauważyłam, że jeden z nich się budzi. Usłyszałam skrzypienie drzwi.
- Co ty tu robisz, o tej godzinie? - spytał zachrypnięty Nate.
- Nie mogłam spać...
Nawet kłamanie, w którym kiedyś byłam tak wyśmienita mi nie wychodzi. Nathan przyjrzał mi się dokładnie, widział jak jestem wycieńczona.
- Diana, musisz przestać. - podsumował, opierając ręce na barierce. - On cię zabija.
Popatrzyłam na niego. Zna mnie na wylot i to nie od dziś, wie kiedy mnie coś trapi. Przytulił mnie do siebie mocno, po czym na mnie spojrzał. Jemu też go brakowało, ale nie chciał to przy mnie pokazywać. Tak jak wszystkim, brakuje nam go cholernie. Czuję się, jakby on umarł, a ja była wdową, którą wszyscy na siłę chcą pocieszyć.
- Nathan.. Ja nie potrafię tego wszystkie zrozumieć i nawet nie chcę... Chcę żeby było tak jak kiedyś.. Kiedy się kogoś kocha, tak szybko nie da się o tym zapomnieć. - sapnęłam.
- Znam to uczucie. Towarzyszyło mi z każdym wspomnieniem o mamie. To jest trudne nie tylko dla ciebie, ale dla nas też. Ale musimy się pozbierać do kupy i po prostu podnieść się z tego stanu
- Podnieść? Sama nie wiem czy jestem w stanie...
Odwrócił głowę w moją stronę i spojrzał na mnie głębiej. Szukał coś w moich oczach, czegoś co sprawi, że będę zmotywowana. Próbował na mnie zastosować psychologię mojego brata. BĄDŹ POZYTYWNY CHOCIAŻ SIĘ CAŁY PALISZ - tak zawsze myślałam o jego pozytywnym nastawieniu, ale sama nie wiem, czy w takiej sytuacji uda mi się tego trzymać. Axel to mój "ogień", opanował moje serce i nie chcę się go od tak pozbywać.
- Jesteś najsilniejszą babką jaką znam. Podniosłaś się po Judzie... zregenerowałaś się po operacji w której, teoretycznie miałaś zginąć... Potrafisz uwierzyć we wszystkich więc dlaczego nie uwierzysz w siebie? - spytał, kładąc rękę na moim ramieniu.
Uśmiechnęłam się w jego stronę. Miał rację. Byłam niezniszczalna, ale w tej chwili, wątpiłam czy dalej taka jestem.
- Dziękuję ci. - odrzekłam, wtulając się w niego.
Oboje potem weszliśmy do środka. Uznałam, że już nie mam ochoty spać. Poszłam więc do łazienki, wzięłam jakieś ciuchy, umyłam się i ogarnęłam. Do moich uszu dobiegła melodia piosenki, którą miałam ustawioną na dzwonek - to mój telefon. Sięgnęłam po nią, na wyświetlaczu pojawiło się imię, Mark.
- Halo?
- Musisz zebrać nasz team. I to już.
- Ale...
- Nie zadawaj pytań. Po prostu ich tu ściągnij pod szkołą, mamy zebranie.
- Mark, czekaj....
- Sęk w tym, że nie mogę... Do zobaczenia pod szkołą. Szczegóły wyślę ci SMS-em.
Rozłączył się. To było dziwne. Brzmiał jakby był poddenerwowany, więc musi tu chodzić o coś ważnego. Tak jak mi kazał, tak zrobiłam - wysłałam wszystkim wiadomość o tym tajemniczym "zebraniu". Poczułam wibrację, dostałam wiadomość od Juda. Zdziwiło mnie to, gdyż nie rozmawialiśmy od pewnego czasu. Sama nie wiem dlaczego, podejrzewam, że nie chciałam go nękać wiadomościami, by odpoczął i się podładował baterie.
od JUDE: Jesteś w domu?
Nim zdążyłam cokolwiek mu na to odpisać, zauważyłam, że pod naszym domem zatrzymuje się taksówka. Rzuciłam poduszką w Max'a i Nate'a, którzy jak nigdy w życiu spali w najlepsze. Na ten niespodziewany atak zareagowali przeraźliwymi jękami.
- Wstawajcie i to już! - krzyknęłam, udając się do pokoju mojego brata.
Z jego wielkiego szafy, wyjęłam parę ciuchów i wręczyłam chłopakom. Szybko zeszłam ze schodów, słysząc dzwonek drzwi, otworzyłam je. W nich ukazał Jude. Przytuliłam go do siebie i wpuściłam do środka.
- Co cię do mnie sprowadza? - spytałam, krzątając się po kuchni w poszukiwaniu składników na naleśniki.
Zobaczyłam, że chłopak ma przy sobie walizkę. Zapewne Mark powiedział mu o zebraniu. Cieszyłam się, że stoi tu żywy, nawet nie chcę sobie wyobrażać innego scenariusza.
- Szczerze, to tajemnica... - odparł, śmiejąc się pod nosem.
Znam tą tajemnicę, lepiej niż myślisz.
- Wypuścili cię w takim stanie? - spytałam, lustrując go wzrokiem.
Brunet usiadł przy stole. Wyciągnął telefon i zaczął do kogoś pisać.
- Jest wszystko okej. - odrzekł, kaszląc.
- Widzę... wiem, dlaczego tu jesteś. - odparłam.
Jego oczy zrobiły się wielkie jak dwie monety. Nie spodziewał się, że ktoś jeszcze wie o tym.
- Ach masz mnie... - sapnął, uderzając teatralnie ręką w blat.
- Chodzi o to spotkanie, co mój braciszek ma zorganizować. Wiem, że wiesz coś więcej. - urwałam, patrząc jak jego zmieszanie coraz bardziej się potęguje.
Szach mat. Spojrzałam na zmieszanego bruneta. Na jego twarzy pojawiła się konsternacja. Siedział w ciszy, gdyż jego tajemniczość szybko wyparowała i nie miał już żadnych środków do obrony.
- Nie, właściwie to nie. - burknął.
W kuchni szybko pojawili się Nathan i Max. Widząc Jude'a przybili mu piątkę.
- O Jude. Mordo, ty u nas? - sapnął blondyn, ziewając.
Oni to zawsze muszą palnąć coś od czapy.
- Eem, od kiedy wy tu mieszkacie? - spytał, śmiejąc się pod nosem.
- W sumie od dziś.. Czym sobie zawdzięczamy wizytę? - drążył temat Carson.
- Dzisiaj jest zebranie całego team'u. Od co, dlatego jestem tutaj.
Spojrzeli po sobie.
- Naleśnika? - sapnęłam, kładąc talerz przy czym zręcznie zmieniając temat.
Widząc talerz pełen pyszności, szybko rzucili się do jedzenia. Po wspólnym śniadaniu, nasza trójka rozkoszowała się herbatą. Kątem oka widziałam, że Jude patrzy na mnie tak jakby chciał coś mi przekazać. To spojrzenie, sugerowało, że chce o czymś porozmawiać. Spojrzałam na chłopaków porozumiewawczo.
- Na was chyba już czas.. - chrząknęłam.
- Tak, zasiedzieliśmy się... Trzymajcie się, spotkamy się na miejscu. - odparł Nathan,
ciągnąc Carson'a za kaptur.
- Ale ja nie skończyłem herbatki. - jęknął zakłopotany Max, po czym wyszli.
Kiedy już zostaliśmy sami, nasze spojrzenia się skrzyżowały. Minęło tyle czasu, odkąd rozmawialiśmy.
- Diana... co tu się wyrabia? - spytał, wstając od stołu.
Odwróciłam się do niego plecami. Dokładnie wiedziałam, o czym chcę rozmawiać. Jak ja mam się do cholery otrząsnąć po tym wszystkim, skoro wszyscy o niego pytają? Poczułam jak jego ręce oplatają moją talię, oparł głowę o moje ramię.
- Nie było mnie tu długo... zdecydowanie za długo... - szepnął na moje ucho.
Odepchnęłam go od siebie. Wiedziałam do czego pije.. Zniknął Axel, to myśli, że go zastąpi? Zdecydowanie jest w błędzie, nikt go nie zastąpi.
- Nie, przestań... - sapnęłam lekko zdenerwowana.
- Axel to cud chłopak, kto by pomyślał, że ma związek z mafią...
W jego głosie wyczułam złośliwość. Tak jasne, pewnie się cieszysz, że go nie ma.. w końcu możesz mnie odzyskać, prawda?
- Do czego zmierzasz? - odparłam lekko urażona jego słowami.
- Znajdziemy go, zobaczysz. Ale do tego czasu musisz się ogarnąć.. Potrzebujesz kogoś, kto się tobą zaopiekuje należycie. Wiem, że właśnie tego by sobie życzył pan Blaze.
Podszedł do mnie bliżej, wziął moje ręce. Wiedziałam do czego dąży. A mimo tego pozwalałam aby, odległość miedzy nami malała. Czułam jego ciężki oddech na sobie. Patrzył prosto w moje oczy, a ja w jego. Niespodziewanie delikatnie musnął moje usta, a ja oddałam pocałunek. Czułam niesamowite ciepło, które napełnia moje serce. Odkąd Axela nie ma, brakowało mi czegoś takiego. Nagle w mojej głowie pojawiło się setki myśli oraz stopklatek z przeszłości. A Jude był jej częścią. Oderwałam się od niego. Co ja wyprawiam? Czy już mój mózg wyłączył to co się wydarzyło? Jak ja mogłam znów zamoczyć palce w tej samej wodzie? Mój związek Judem to była pełna bólu miłość. Nie chciałam tego powtarzać, bałam się. Wiedziałam, że się zmienił mimo tego, czułam też jakbym zdradzała Axela. Chcę być jak Penelopa i czekać na jego powrót. Ale jego powrót był dalej niejasny i niepewny, może powinnam ruszyć dalej? Odpowiedź brzmi zdecydowanie nie.
- Jude... - jęknęłam, odsuwając się od niego.
- Co jest do cholery? - burknął, patrząc na mnie zdezorientowany. - Idiota ze mnie...
Widziałam, że i on speszył się na to wszystko
- Ja nie potrafię cię pokochać od nowa. Moje serce należy do Axel'a. - sapnęłam, hamując łzy.
Brunet spojrzał na mnie smutno. Podszedł do mnie i przydusił mnie do ściany. Patrzył moje w oczy, wiedział, że to co powiedziałam jest prawdą i nic tego nie zmieni.
- Kuźwa, kocham cię... dlaczego ty do cholery nie? - jęknął bezsilnie.
- Dobrze wiesz dlaczego... - urwałam, patrząc na niego.
Wypuścił ciężko powietrze i odszedł kawałek. Podeszłam do niego i przytuliłam. Czułam jak jego serce szybko kołacze. Obrócił się do mnie niespodziewanie. W jego oczach widziałam wielką złość i zarazem smutek. Jest mi smutno, że nie jestem w stanie tego zmienić.
- Przepraszam... - jęknął, po czym wybiegł z domu jak poparzony.
* Mark's POV *
♫
Co teraz, co teraz, co teraz? Cały plan ruszył zdecydowanie wcześniej niż myślałem. Czekałem na ten moment, kiedy Jude się wybudzi. Mieliśmy pojechać jako team, tymczasem nie jesteśmy w pełnym składzie - brakuje jego. Ale trudno, tak czy siak podczas tej podróży mam nadzieję, że go znajdę. Nie odpuszczę mu tego, jak go znajdę wybiję mu te durnoty z głowy i wtedy wszystko wróci na swoje miejsce. Cały w nerwach chodziłem po pokoju, to nie odpowiedni moment na to wszystko. Jude nie jest w szczytowej formie, team jest w rozsypce, a Axel ucieka przed mafią. Nie czuję się na to gotowy, ani trochę. Ale klapka zapadła, dzwoniłem do trenera. Poza tym, wszyscy już wiedzą, więc nie mam wyjścia. Wziąłem swoją torbę, do której zapakowałem najważniejsze rzeczy, pożegnałem się z rodzicami. Wyszedłem bardziej zdenerwowany niż byłem i udałem się do punktu spotkania. Jestem strasznie niepewny co do tego wszystkiego. Ku mojemu zdziwieniu byli wszyscy, każdego przytuliłem z osobna. Nagle poczułem, że coś się zmieniło. To nie są ci sami chłopcy, którzy przed Akademią Królewską byli wystraszeni. Teraz czuję od nich ogromną determinację. Pozostało nam czekać na trenera. Nie minęła sekunda, a pojawił się jego samochód. Nie był sam, przy nim stała młoda czarnulka. Trener wraz z nią wzięli mnie na rozmowę tylko w cztery oczy.
- Mark, nie mogę z wami jechać... - westchnął, drapiąc się po głowie. - Mam pewne problemy, które mi po prostu nie pozwalają na to...
Pokiwałem na to wszystko głową. Zdałem sobie sprawę, że przez ten czas, nauczyłem się kiedy człowiek kłamie, a kiedy nie. Kłamał, może nie widziałem jego oczu przez te okulary słoneczne, które miał na nosie i z którymi się nie rozstawał, ale czułem to. Patrząc na trenera, nie dziwię mu się. Facet nie jest pierwszej młodości, zapewne ma problemy ze zdrowiem, ale za nic w świecie nie chce tego pokazać. W końcu jest z rocznika mojego dziadka.
- Dobrze, a wiec załatwił sobie pan zastępstwo? - spytałem, patrząc na kobietę.
Już pierwszy rzut oka, pozwolił mi stwierdzić, że ta kobieta jest podejrzana. Mocno wątpię w jej umiejętności trenerskie, ale wszystko czas pokaże.
- Dla ciebie, trener Hitomiko. - odparła, pani "trener" Hitomiko.
A na dodatek jest żyletą, którą pod żadnym względem nie należy dotykać. Podaliśmy sobie ręce z trenerem i rozeszliśmy się.
- Gdzie się dokładnie wybieramy? - spytałem
- Zobaczycie. - sapnęła.
Co więcej jest tajemnicza. Pewnie Blaze wymyśliłby na nią sto tysięcy teorii. Jedno wiem... nie stwarza ona powodów do zaufania. Coś mi w niej nie pasuje.
- Okej, słuchajcie. Bus powinien być tu za niecałe 5 minut... także, nie martwcie się. Jak widzicie, nie ma z nami trenera Hillman'a, a zamiast niego pojedzie pani Hitomiko, jako nasz nowy trener.
Wszyscy wpakowali się do autokaru, oblało ich przerażenie. Ja sam podzielałem ich strach, ale jako, że jestem ich kapitanem, a zarazem liderem nie mogę tego po sobie pokazać. Nie dziwię się im, Hillmann był dla nas opoką, a z tą kobietą nasze szansę na powstrzymanie tych bandytów maleją. Zauważyłem Kevin'a na końcu autobusu, wyglądał na wkurzonego. Znałem tego powód, chodzi o Blaze'a. Może i na początku nie przypadli sobie do gustu, ale z biegiem czasu - stali się dobrymi kumplami. Teraz nie ma go, a to sprawia, że chłopak jest samotny. Przysiadłem się obok.
- Co jest?
- Jeszcze pytasz? Czy to nie jest oczywiste? - spytał uszczypliwie, wpatrując się w okno autobusu.
- Stary, wiem co czujesz. Każdy z nas przeżył stratę Axel'a...
- Nie, ty nie kumasz... Ten koleś, to był coś... bez niego ten team nie istnieje. - jęknął, zaciskając pięści.
Teraz przydała by się ta moja słynna gadka. Przez to wszystko mój optymizm uleciał jak hel z baloniku. Ale muszę się zebrać, dla mojej drużyny i dla siebie. Potrzebują mnie takiego jak kiedyś - nie mogę ich zawieść.
- Nie mów tak.... Mamy ciebie przecież. Nie zapominaj, że to ty byłeś naszym pierwszym napastnikiem, jeszcze przed tym jak on do nas dołączył. Radziłeś sobie całkiem dobrze bez jego pomocy, nie wierzę, że teraz sobie nie poradzisz. Po za tym, Jude nam pomoże - to najlepszego strateg jakiego znam.... Nasz team to nie tylko Axel. - zakończyłem swoją mowę.
Jednak to we mnie jest. Chłopak na me słowa się zawstydził. Na jego miejscu też zrobiłbym to samo. Ja wiem, że to kumpel, ale nie można się bez końca mazać. O ironio, ja robię to samo.. ale mus to mus - trzeba sobie radzić i bez niego. Powiedział, że wróci i ja w to wierzę. Mijały godziny, a ja czułem jakby ten autobus stał w miejscu. Zaglądnąłem do tyłu, zauważyłem, że Jude i Diana nie siedzą obok siebie. Muszę się czym prędzej dowiedzieć się o co chodzi. Przy pierwszym postoju, wziąłem go na rozmowę.
- Co się stało? - spytałem, rozglądając się dookoła.
- Nie... dlaczego pytasz? - sapnął zdziwiony.
Nie potrafi kłamać. Spuścił wzrok by ominąć mój badawczy wzrok.
- Ty i Diana... co się po między wami dzieje? - spytałem inaczej, spoglądając ukradkiem na moją siostrę.
Wyglądała na to, że coś ją trapi. Przez "coś" mam na myśli, że to zapewne związane z Sharpem.
- Mark... to na prawdę nie twoja sprawa... - jęknął, upijając kawę z papierowego kubeczka.
Mylisz się. Diana to moja siostra, to moja sprawa. Ponadto, jesteś moim przyjacielem to tym bardziej czyni to moją sprawą.
- Pocałowałeś ją. - stwierdziłem po chwili namysłu.
Jego oczy nagle zrobiły się rozbiegane. Mam cię. Spodziewałem się tego, w końcu kiedyś chodzili ze sobą. Widziałem, jak Jude na nią patrzy. Sztuka dedukcji, którą mnie Axel nauczył nie poszła na marne.
- Ja.. tak. - chrząknął, robiąc krok w tył.
Jeśli myślicie, że przez chwilę zapomniałem, co on zrobił mojej siostrze, to błąd. Przez całą naszą przyjaźń, obserwowałem jego poczynania. Zauważyłem, że się wycofuje. W takim wypadku, bez jakiegokolwiek zastanowienia dałbym mu w ryj. Ale patrząc na to, że przeżył śpiączkę farmakologiczną i fakt, że ledwo stoi na nogach, hamuje mnie od tego czynu. Chociaż ręka mnie do tego swędzi i to cholernie. Co on sobie do cholery myśli? Moja siostra właśnie przeżywa załamanie nerwowe przez Blaze'a, a on wyjeżdża z czymś takim. Zapewne ona sama ma wielki mętlik w głowie.
- Ja rozumiem, że ją kochasz. Ale ona teraz potrzebuje cię jako przyjaciela, nie jako chłopaka. Sorki ale jako chłopak, nie sprawdziłeś się i nie wiem czy w ogóle będziesz pełnił taką rolę w jej życiu. Teraz jedyne co to możesz ją wspierać. Jest jej ciężko. Zrób dla niej chociaż to.
Wiedział, że mam rację.
- Masz rację. - odparł zasmucony.
- Ale stary.. wiesz to nie oznacza, że nie znajdziesz miłości... Potrzeba czasu, wiesz? - odrzekłem, jak typowy wujcio dobra rada.
- Czas, czas, czas... wkurza mnie to. - odburknął, biorąc łyk kawy.
Po czym odszedł, a ja znów zostałem sam ze swoimi myślami. Zawsze przy moim boku był Axel, ale teraz go nie ma. Team jest rozbity jak i ja. Sam nie wiem co mam ze sobą zrobić, co z nimi zrobić? Ale czas najwyższy przestać się bawić i poukładać te puzzle. Muszę się ogarnąć, wziąć się i ich wziąć garść. Gdzie jest ten zdeterminowany chłopak z przed Strefy Football'u? Wszyscy wokół zadają sobie to pytanie, ja sam również. A odpowiedź do tej pory jest nieznana. Muszę go koniecznie odnaleźć, byłby tu bardzo pomocny. Sam siebie nie poznaję, nie podoba mi się to oblicze. Marudny, zagubiony Mark - nie tak to siebie wyobrażałem. Gdzie jest piłka nożna? Matko, dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak ten sport zaniedbałem. Wiele rzeczy zaniedbałem.. Z mojego zamyślenia wyrwała mnie Nelly. No właśnie - jeszcze ona. To co kiedyś miedzy nami było, to już nie to samo... Coś się wypaliło. Czuję jakbym chodził z nią z przyzwyczajenia, nie z miłości.. a to źle i to bardzo.
- Coś ty znowu wymyślił? - spytała lekko poirytowana.
To jest ta Nelly, która gra mi na nerwy. Nienawidzę jej takiej.
- Musimy wyruszyć z pomocą do innej szkoły, która może skończyć dokładnie tak samo jak nasza. - odparłem spokojnie.
- Nie podoba mi się to, a na dodatek jest cholernie zimno. - odparła, chuchając w ręce.
W odpowiedzi, zdjąłem z siebie bluzę i jej dałem. Przyjęła ją bez dłuższego namawiania.
- To nie chodzi o to, żeby ci się podobało, a oto aby zapobiec wielkiej katastrofie. Poza tym, taki mają tu klimat, musisz się przyzwyczaić. Chwilę tu będziemy...
- Chwilę? Mark, czy to w ogóle planowałeś? - jęknęła, tupiąc nogami jak rozwydrzone dziecko, które nie dostało zabawki.
Zdecydowanie nie. Oczywiście się to ci się podoba. Przecież pani planuje dosłownie wszystko, panna Raimon nie lubi niespodzianek.
- Wiesz co, mało w ostatnim czasie rzeczy planuję. Wyjazd był zaplanowany przez trenera, a ja go musiałem tylko zrealizować. - sapnąłem poirytowany.
Miałem powoli dość tej jej fochów. Takie coś mogła robić ojcu, nie mnie.
- Jesteś niemożliwy. - burknęła, chowając ręce w rękawach bluzy.
- Dość, jeśli masz wypominać jaki to ja nie jestem, to nie mamy o czym rozmawiać...
Drodzy państwo, właśnie tym zdaniem podpaliłem jej lont.
- Od kiedy zrobiłeś się taki chamski w stosunku do mnie? - warknęła.
Tak, wszystko moja wina. Oczywiście, gdzie ty byłaś przez ten czas kiedy ja zapijałem się z Eric'iem w barze? Jak widać na tym przykładzie, ledwo rozmawiamy. Ale oczywiście mi wypada rola tego złego w tym związku.
- Co? Dziewczyno, lepiej odejdź, bo jesteś o krok do wejścia w gówno. - ostrzegłem ją.
- Przestań, do cholery przestań mnie tak traktować. Zachowujesz się w stosunku do mnie jakbyśmy się nie znali. Nie wiem czy zapomniałeś czy kompletnie zgłupiałeś... Jestem twoją dziewczyną. Więc łaskawie mógłbyś okazać mi trochę ciepła...
Mogłem to samo powiedzieć o niej.
- Dałem ci bluzę. - odchrząknąłem.
Zobaczyłem jej spojrzenie. Rozłożyłem płachtę na byka, już nic jej nie powstrzyma.
- Dzieciak.
- Przezywajmy się - jakie to dojrzałe, panno Raimon. - odparłem uszczypliwie
- Wiesz co...
- Szczerze, nie wiem. Do jasnej cholery nie wiem! Dużo działo się rzeczy, Nel. Ja się pogubiłem i próbuję się odnaleźć. Na prawdę nie pomagasz mi ani naszemu związku, prowokując kłótnie. - jęknąłem, łapiąc się za głowę.
- Ja..
- Co ja? Ostrzegałem cię, wpakowałaś się w gówno. Teraz słuchaj... - warknąłem poddenerwowany tak samo jak ona.
- Ale..
- Nie, nie przerywaj mi. Powiedz mi gdzie ty byłaś, kiedy byłem w emocjonalnym dołku? Gdzie ty do cholery byłaś, kiedy ja i Eric zapijaliśmy w trzy dupy? A teraz kiedy już mamy okazję pogadać, to robisz to co ci doskonale wychodzi - toczysz ze mną pianę. Oczekiwałem, że mnie pocieszysz, zrozumiesz.... ale ty chyba nie potrafisz tego zrobić. Tylko chodzisz niezadowolona, to to, to sramto. Na prawdę dziewczyno, sam nie wiem co ty chcesz. Chyba nie jesteśmy sobie pisani albo to ja do ciebie nie pasuję.
Dziewczyna zrobiła na mnie wielkie oczy. Ostrzegałem ją - tak to się kończy zawsze, a ona staję się wtedy ofiarą. Wszczyna nie potrzebne szarpaniny, a później sama wychodzi z płaczem. Tak jest i teraz. Z jej oczu popłynęły łzy. Nie czułem się winny, choć nienawidzę kiedy płacze. Przynajmniej powiedziałem, to co było prawdą i ciążyło mi na sercu. Przez ten czas gdzie powinna być, jej nie było. Za to ja byłem na każde jej skinienie, chociaż teraz tak jak i ona byłem nieobecny. Ściska mnie, że jestem miękki na jej zagrywki. Ale w końcu ją kocham, bardzo ją kocham. Mimo, że rani mnie niesamowicie. Wziąłem ją w swoje objęcia i poczekałem, aż się wypłacze i uspokoi.
- Przepraszam. - wyjęczała, nadal kurczowo trzymając się mojej koszulki.
- Cichutko kochanie. - odparłem, powoli ją od siebie odklejając. - Idź kup sobie coś ciepłego, zaraz będziemy wyjeżdżać.
Dziewczyna pokiwała na tą głową.
- Mark! - usłyszałem donośny głos Swift'a.
- Co jest? - odkrzyknąłem, po czym szybko do niego podbiegłem.
- Chodzi o Jack'a. Zaciął się w kiblu albo sam się zamknął. W każdym razie nie może wyjść.
* Nathan's POV *
- Co on zrobił ?! - spytałem poirytowany jej słowami.
Jak widać historia lubi się powtarzać. Myślałem, że mu to minie, jednak mimo tego nadal go to trzyma. Jak to wszyscy głoszą, przyjaźń damsko-męska może się przerodzić w miłość. Jednak oni mają taki bagaż doświadczeń, że nie mają szans na miłość, a wiadome jest to dlaczego.
- Dokładnie tak... a ty, chcesz mnie napastować? - spytała śmiejąc się bezradne.
- Spokojnie.. Plus jest taki, że nie dał ci dzisiaj w zęby,a to dobrze. O matko, jajka mi zamarzną! - krzyknął Max, dygocząc.
Swoją drogą logika Sharpa wydaje się być wprost genialna - wyszedł ze szpitala, zorientował się, że Axela nie ma w pobliżu Dan i już startuje do niej. Nasza trójka widziała rozmowę Jude'a z Markiem, liczyłem na jakąś fajną jatkę. Niestety nic się nie działo, normalnie rozmawiali. Ale nie myśl sobie lalusiu, może teraz jesteś poturbowany, ale spokojnie ja cię dopieszczę, jeśli znów takie coś odwalisz... Poznasz smak mojej pięści!
- Ey, chodźcie tu! - krzyknął do mnie Todd, machając do nas ręką. - Posłuchajcie, Jack się zaciął w kiblu.
Deja vu. Aż na myśl nasuwa się nasz pierwszy mecz z Akademią. Gościu jest nie możliwy. Wybuchłem na słowa Todda śmiechem.
- O matko, chodź Max. - odparła Dan, która również zachodziła się śmiechem.
- Ty, Markowi powiedz. - rozkazał mi niezwłocznie Max.
Tak też zrobiłem. Przez drogę nadal zachodziłem się śmiechem.
- Stary... porobiło się. - sapnął Mark.
- Tak, wiem. Musimy go przypilnować. Diana strasznie kocha Axel'a, sam wiesz jak ją boli, fakt że odszedł...
- Tak, wiem. Moja siostra potrzebuje dużo wsparcia, jak i cała drużyna. - odparł, drapiąc się po głowie.
- A tak poza tym to... Jack się zaciął w kiblu. Znowu.
Na moje słowa Mark również się roześmiał. Podążyliśmy we dwójkę do męskiego, to była 3 łazienka, z którą już siłowali Todd, Max i Diana. Bez skutecznie.
- Co teraz zrobimy? Gówniana sprawa.. - jęknąłem, śmiejąc się pod nosem.
- Jack, wyłaź. Nie chcesz abym siłą cię stąd wydarł... wiesz co się ostatnio działo, kiedy tak zrobiłeś... - odparł Mark, łapiąc się za głowę.
- Kapitanie, ale tutaj jest tak bezpiecznie. Zero pożarów... Poza tym, chcę do domu! - odparł basowy głos Jack'a.
- O nie, mój drogi. Nie ma " ja chcę do domu". Musimy im pomóc i w końcu rozwiązać, kto to robi i po co. A później czeka ich prosta droga do więzienia. Wtedy możemy się udać od domu. - sapnął poirytowany Mark.
Nim ktokolwiek zdążył coś zrobić, ja postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce i wyważyć drzwi. Rozpędziłem się i z impetem uderzyłem w drzwi. Niestety mój plan nie zakładał, że drzwi złamią się na pół. Wszyscy skierowali na mnie swój wzrok.
- Jesteś idiotą Swift. - skwitował mnie Mark, potrząsając głową. - Ale przynajmniej wydostałeś go stąd.
- Lepiej się szybko stąd zmywajmy, póki jeszcze możemy. - jęknął Max.
W mgnieniu oka, otrzepaliśmy Jacka z prochów, a odłamki drzwi oparliśmy ścianę. Niczym torpeda wszyscy wylecieliśmy z męskiej toalety i wlecieliśmy do busa.
*Axel's POV*
♫
Minęło kilka tygodni odkąd podróżuję Travisem. Jednak zamiast skoncentrować się na tej całej popapranej sprawie z mafią, myślami jestem przy niej. Czuję się fatalnie, zostawiłem ją z głupią kartką papieru, nawet nie wyobrażam jak ona teraz funkcjonuje. To co zrobiłem można porównać do zwykłego zerwania. Nienawidzę siebie za to, ale jak to mówią MUS TO MUS. Muszę chronić moją rodzinę, Dianę i resztę moich przyjaciół. Mijaliśmy jakieś wsie pokryte piaskiem, dosłownie takie jak te z filmów country.
- O czym myślisz? - wyrwał mnie z zamyślenia Travis.
- Nie zrozumiesz. - odparłem, machając na tą ręką.
Taka prawda, nie da się zrozumieć mojego postępowania.
- Kiedy facet się tak zawiesza to albo ma jakiś poważny problem, albo chodzi o dziewczynę. - odrzekł, dźgając mnie w bok. - A więc jak to jest?
Biłem się z myślami, czy mu o wszystkim opowiedzieć. Bałem się, ponieważ mogło się okazać, że tak niepozorny Travis ma połączenie z mafią i byłbym skończony.
- To długa historia...
- Blaze cholera jasna! - krzyknął, zatrzymując się i stając na przeciwko mnie.
- To skomplikowane Travis.. - jęknąłem, próbując go wyminąć.
- Ja lubię skomplikowane rzeczy, sam jestem taki więc...
Czy ten koleś kiedykolwiek odpuszcza? Westchnąłem głęboko.
- W skrócie mafia mnie goni.. - urwałem, drapiąc się po głowie.
- Coś jeszcze masz na głowie. - podsumował mnie, patrząc mi prosto w oczy. - Dziewczyna...
Pokiwałem na jego słowa twierdząco. Wyciągnąłem telefon i pokazałem mu nasze wspólne zdjęcie. Na samą myśl jakie szczęście pozostawiłem w Inazumie, ściska mnie. Nie wspominając, że pozostawiłem im sprawę podpalenia. Na widok zdjęcia, chłopak mnie poklepał po ramieniu.
- Ładna jest. - odparł, uśmiechając.
Sam nie wiem, wyczułem w nim osobę, której mogę opowiedzieć wszystko - strach zniknął. Opowiedziałem mu o Dianie, dosłownie wszystko o mnie i o tym co się ze mną dzieje. Szliśmy przez kolejne dni i noce, nie zatrzymując się nawet na jakikolwiek postój. Gdy stanęliśmy przed znakiem z nazwą Iluza a Travis stanął. Widziałem, że na jego twarzy pojawił się uśmiech, po czym westchnął z ulgą.
- Mój przyjacielu jesteśmy na miejscu - oto mój dom. - odrzekł, wskazując na znak.
Weszliśmy na teren Iluzy, która wyglądała zupełnie jak moje miasto, w którym zostawiłem zupełnie wszystko. Upadłem na kolana i zacząłem bić pięściami ziemię. Nie ucieknę od tego wszystkiego, gdzie się nie ruszę to wszystko wraca. Travis przykucnął przy mnie i położył rękę na moich plecach.
- Widać, że jesteś zmęczony.. Chodź. - urwał niepewnie.
- Travis, gdzie ja mam iść? Co ja mam zrobić? Cholera.. - odparłem zdenerwowany.
Byłem zdenerwowany na siebie i na los, który nie pozwala nacieszyć się tym co mam. Tracę wszystko, przywiązuję się do ludzi i ich również tracę, wszystko przez to cholerne fatum, które ciągnie za moje sznurki. Jestem dla losu marionetką, którą kontroluje jak chce i kiedy chce.
- Ja wiem, że to jest trudne...
- Trudne? To jest niesprawiedliwość. - warknąłem, nadal nie ruszając się z ziemi.
Byłem załamany i zagubiony, zupełnie wtedy kiedy pierwszy raz miałem z tymi ludźmi do czynienia. Czemu los nie był dla mnie tym razem łaskawy? Zawsze musi mi rzucać tak wielkie kłody, których nie przeskoczę. Tak było teraz, straciłem jakiekolwiek nadzieje, na dobre zakończenie tego wszystkiego. Tak bardzo potrzebuje pozytywnego słowa od Evansa, ale go tu nie ma. Jestem daleko od domu, na dodatek sam z typem, którego ledwo znam. Poczułem jak chłopak, łapie mnie za ręce i podnosi, spojrzał na mnie troskliwie i bez słowa podążyliśmy do jednej z chatek. Chatka była mała, drewniana, a z dachu odpadały małe, czerwone kafelki. Gdy podeszliśmy do drzwi, konstrukcja szybko się utworzyła. W nich stanęło 3 małych dzieciaków, na widok Travisa rzuciły się mu w objęcia.
- Tato wróciłeś! - krzyknęły, płacząc przy tym.
Spojrzałem zadziwiony, tego się nie spodziewałem. Dosłownie wszystkiego, ale nie tego.
- Kim jest on? - zapytał jeden z chłopców.
- To jest wujek Axel. - prychnąłem na jego słowa, dzieci nieśmiale do mnie pomachały.
Weszliśmy do domu, a tam krzątała się staruszka. Z chaty płynęły przepiękne zapachy ziół i sera.
- Znalazłeś co szukałeś, wędrowcze? - zwróciła się do Travisa, a ten wręczył jej kwiatek w brązowej doniczce.
- Dobrze wiesz, że nie--e.. - urwała na chwilę, gdyż spostrzegła mnie.
Poprawiła swoje okulary, jakby dla pewności czy aby na pewno to nie halucynacje.
- Travis, kim jest ten młodzieniec?
- Jestem Axel Blaze. - odparłem, uśmiechając się.
- Hmm.. Blaze, ciekawe nazwisko.. - sapnęła, a ja poczułem, że ona coś może wiedzieć więcej.
Po chwili wszyscy jedliśmy przepyszny obiad, po nim Travis poprosił byśmy wyszli. Usiedliśmy na schodach prowadzących do domu.
- Jestem ci winny wyjaśnienia kolego.. - odparł, lekko mieszany po czym kontynuował dalej. - Tak, to moje dzieci. Ich matka, cóż postanowiła, że ich zostawi w moich rękach. A ta starsza pani to moja mama. Właśnie przed kilkoma tygodniami, postanowiłem poszukać matkę moich dzieci..
- I znalazłeś? - spytałem z pewną dozą ciekawości.
Nie ukrywam zaciekawił mnie swoją osobą. Wcześniej nie pomyślałbym, że ten chłopak nosi ze sobą tak wielki bagaż doświadczeń. Poczułem w nim pokrewną duszą, tak samo jak ja stracił wiele i również tak jak ja, jego życie jest zbyt skomplikowane. Na moje słowa chłopak uśmiechnął się.
- Tak, znalazłem. Ale.. - na te słowa spochmurniał. - Kiedy ją zobaczyłem z jakimś facetem i małym dzieckiem, nie podszedłem do niej. A tak bardzo chciałem jej wygarnąć co o niej myślę, ale nie mogłem...
Spojrzałem na niego i uczyniłem jego gest, poklepałem go po ramieniu.
- To tak samo jak ja. Mogłem zostać, ale chciałem, aby Diana była szczęśliwa i bezpieczna, dlatego odszedłem.