czwartek, 28 lipca 2016

Rozdział:42

"- A czy to złudzenie? - wbił się w moje usta. 
Tak bardzo za nim tęskniłam, pogłaskałam go po twarzy.
- Witaj z powrotem. - zaśmiałam się, delikatnie głaszcząc go po twarzy.
- Kurde.. - zaczął cmokać ustami. - Gdzie się podziała ta wiśniowa szminka? 
- Nie byłam przygotowana na to, że ktoś zaatakuje moją twarz. - odparłam, na co oboje zaczęliśmy się śmiać. 
I tak chwilę jeszcze siedzieliśmy - szczęśliwi, wtuleni i całkowicie spełnieni. "

* Eric's POV *



Kurde, ale to dziwne, czuję się jakbym wygrał mistrzostwa Japonii w piłce nożnej. A no tak... to było wczoraj. Właśnie spokojnie szedłem do sklepu, kiedy napadły mnie jakieś dziewczyny, które piszczały na mój widok. Nawet się nie spostrzegłem jak zaczęły mnie całować po policzkach, przytulać i głaskać po włosach. Gdy się od nich uwolniłem, głęboko westchnąłem na to wszystko i w końcu wszedłem do marketu. I nagle zauważyłem jego, tak jak myślałem tatuś się zjawił się w Inazumie. Krzątał się z wielkim wózkiem pełnym wegańskich przysmaków, a obok niego swoją ukochaną kobietę - moją nauczycielkę biologii, pani Petsburg. Pierwsza myśl jaka mi się pojawiła widząc go to ucieczka. Dobrze wiem co chce zrobić, przyjechał po mnie i chce mnie zabrać z powrotem do Stanów. Nie ma mowy, nie teraz, kiedy wszystko się tak gładko układało. Zacząłem biec w stronę domu Shearer'a, bez zastanowienie otworzyłem drzwi z rozmachem. Blondyn w tym czasie trzymał wielki kubełek popcorn'u, który przez moje trzaśnięcie teraz leżał na ziemi.
- Miałem ochotę na ten popcorn. - sapnął, zbierając jego resztki.
- On tu jest. - wydukałem, siadając obok niego.
- Kto? 
- Mój ojciec.  - na te słowa cały zdrętwiał. 
Szybko się podniósł i chwycił mnie za ramiona.
- Masz jakiś plan?
- Nie mam...  - jęknąłem, tupiąc nogą.- Kuźwa, ja nie chcę tam wracać. 
- Nie wie gdzie jesteś, prawda?  - pokiwałem twierdząco głową.
- Dobra... - poklepał mnie po ramieniu. - Chodźmy do Marka, może on nam coś pomoże. 

* Mark's POV *



Budzę się wraz z tym wspaniałym uczuciem. Pierwszy raz czuję się na prawdę spełniony. Jestem mistrzem Japonii, to dla mnie wielkie osiągnięcie, gdyż spełniłem nie tylko swoje, a dziadkowie marzenia. Odświeżyłem jego imię, które jest na ustach każdego mieszkańca tego miasta. Ale to nie oznacza, że mam zamiaru rezygnować z piłki. Teraz czas podbić świat. Rozmarzony już widzę jak na nagłówkach gazet, na billboardach jest wielki napis "INAZUMA JAPAN MISTRZEM ŚWIATA!" Zawsze mówili, że jestem  głupi, ponieważ żaden klubik szkolny nigdy nie osiągnął mistrzostwa. Marzenia na prawdę mogą się przemienić w coś realnego, tylko trzeba dać z siebie wszystko do ich spełnienia. Uwaga, to na prawdę sprawdzona metoda - a moja historia właśnie to udowadnia. Wyszedłem na dwór, napawając się miejskim powietrzem. Wziąłem ze sobą jeden z magazynów sportowych i rozłożyłem się na ławce. Chwila relaksu jednak nie trwała dość długo, bo do mojego ogródka wpadli zatrwożeni Eric i Bobby. Odłożyłem na bok gazetę, po ich minach, wiedziałem że to coś poważnego. Gdy do nich podszedłem sprzeczali się.
- Mówiłem ci, że to zły pomysł! - krzyknął Bobby.
- Za to ty masz zawsze złe pomysły! - sapnął poddenerwowany Amerykanin.
- Co tu się dzieje? - stanąłem po między nich, by się nie pozabijali.
- Cześć Mark. - zawołali chórkiem.
- Hej, co was do mnie sprowadza? - spytałem, na co odpowiedziała mi cisza.
- Eric, po prostu to powiedz. - zażądał od niego Bobby.
- Myślisz, że to takie łatwe? - warknął brunet w jego stronę. - To proszę bardzo, ty pierwszy. 
Przez chwilę patrzyłem na nich i czekałem, aż atmosfera opadnie, a oni przejdą w końcu do meritum. Tak bardzo chce im pomóc, ale muszę wiedzieć o co chodzi. 
- Mark, nie byłem z tobą od początku szczery... 
- Co masz na myśli? - spytałem zdezorientowany.
- No bo... od paru miesięcy palę fajki. - spojrzałem na niego zdziwiony.
- I ty mówisz mi to teraz?
- Nie chciałem ci o tym mówić... - skrzywił się. - Mam zamiar  z tym zerwać, tym razem na dobre
- Postawmy sprawę jasno. - klasnąłem w dłonie. - Zobaczę cię z paczką Malboro to wylatujesz permanentnie z drużyny.
- Zrozumiano. - pokiwał na to głową. - No widzisz... Mark to bardzo wyrozumiały człowiek.
- Do czasu Bobby... - pogroziłem mu palce.
- Okłamałem cię. - palnął Eric, stojąc z nogi na nogę. - Trener mnie nie wysłał na wymianę. 
- Powiedzcie, że mi się to śni. - złapałem się za głowę. - Więc jak tutaj się znalazłeś, Eric?
- Uciekłem z mojego domu, od mojego ojca.... 
- Czy.... coś ci zrobił? - spytałem, łapiąc go za ramię.
- Uśmiercił się by być wiarygodnym w swojej kampanii. - sapnął, wypuszczając duży pokład powietrza. 
- On znęcał się nad Tobą? - spytałem zszokowany.
- To nie tak... - spojrzał ukradkiem na Bobby'ego. - Kiedy potrącił mnie tir, leżałem w bardzo ciężkim stanie w szpitalu. Aby się pozbyć szumu gazet oraz plotek, powiedział, że podczas operacji umarłem. 
- Mogłeś umrzeć? - spojrzeli po sobie.
- My tak twierdziliśmy... aż do teraz. - urwał Bobby, przecierając twarz.
- A tak na prawdę... po operacji moje rokowania były wyśmienite.
Zaniemówiłem, nie wiedziałem co mam zrobić w tej sytuacji. Nie mogłem się z nim utorżsamić, gdyż moja sytuacja rodzinna znacznie odbiega od niego. Co za podłość! Nigdy się jej nie spodziewamy ze strony osoby, która cię ukochała i wychowywała przez tyle lat. Ufałeś jej przez całe życie, a tu nagle wyrzuca cię ze świata i to na rzecz swoich egoistycznych pobudek. Mimowolnie z moich oczu spłynęła łza.
- To jest.... niemożliwe.  - wydukałem, ściskając jego ramię.
On również uronił łzę, co jeszcze bardziej rozbudziło moje ogromne współczucie do niego.
- Przepraszam. - jęknął brunet, ocierając twarz.
- To nie twoja wina, Eagle. - odsunąłem go od siebie i spojrzałem mu głęboko w oczy.
- Nie jesteś zły? - spojrzał na mnie wymownie. - Okłamałem cię.
- Nie to się teraz liczy... - urwałem, łapiąc go za ramię. - Musisz z nim pogadać, w końcu... to twój ojciec. 
- Nie rozumiesz! W kwestii prawnej może i nim jest, ale ja tak nie uważam. - wykrzyknął, biegnąc przed siebie. - Ja nie mam ojca i nigdy go nie będę miał!

* Silvia's POV *



Właśnie malowałam sobie paznokcie u stóp w kolor dzisiejszego niebieskiego nieba, gdy mój telefon zaczął wibrować. Resztkami sił chwyciłam go i odebrałam go.
- Silvia, mamy problem...
- Co ty zrobiłeś?
- Właściwie... to chodzi o Erica.
- Tylko nie to...
- Jego ojciec jest tutaj. 
- Co? Jak to jego ojciec?! - krzyknęłam żałośnie do telefonu.
Pan Eagle przyjechał w poszukiwaniu syna, świetnie. Kontaktował się nawet z mamą Bobby'ego i na szczęście nie mogła podejść do telefonu. 
- Jasna cholera... gdzie jest Eric? 
- Właśnie opuścił konwersację.
Poleciał nie wiadomo gdzie, a ci zamiast biec za nim, to dzwonią do mnie. Przez to wylałam lakier na całym biurko.
- Ugh... zaraz sprowadzę pomoc. - szybko się rozłączyłam i zaczęłam ścierać niebieską ciecz.
Odstawiłam buteleczkę na odpowiednie miejsce, pośpiesznie ubrałam trampki i wykręciłam numer do Diany. Wolałam nie wyciągać Celi, która pewnie pracuje nad nowym materiałem do gazetki szkolnej. 
- Halo?
- Heejcia. 
- Słuchaj, mam problem. 
- Co tym razem zmajstrowali?
- Ojciec Erica jest w mieście.
- Jak to się stało?
- Sama nie wiem... ale to nie jest najgorsze. Eric gdzieś się zmył.
- Sprawdzałaś park? Tam może najprawdopodobniej być.
- Jestem w drodze... Liczyłam na to, że pomożesz mi szukać.
- Wiesz co... nie mogę, Axelowi pomóc z tym egzaminem?
- Egzamin?
- O kurczę.... coś przerywa...
- Diana. - i w tym momencie coś mi tutaj zaczęło nieprzyjemnie cuchnąć. 
Dobrze wiem, że Axel gdyby miał problemy w nauce, rozwiązałby ten problem w pojedynkę. Jest typem jednokierunkowca, który sam pracuje na swoje osiągnięcia. Ma najlepszą średnią z naszych chłopaków. Zdałem sobie, że ona mnie najzwyczajniej w świecie okłamała. Za pewne, chroni tego idiotę, tylko dlaczego? Mimo wszystko wolałam sprawdzić ten park. Moje nadzieje były złudne, żadnego śladu Amerykanina. Nabuzowana wróciłam do mojego domu i zastanawiałam się - gdzie on teraz mógł się podziewać? Może jest na boisku, sprawdziłam i tam - ślepy strzał, nie było go i tam. Z wycieńczenia tym chłopakiem, kupiłam kawę w pobliskiej kawiarni. Los chyba tak chciał, że spotkałam na swojej drodze pana Blaze'a. On to mi na pewno pomoże, ma nosa do takich tajemniczych spraw.
- To ty nie zakuwasz na test? - zagadnęłam go, patrząc na niego uważnie.
- Już wczoraj to przejrzałem.... - spojrzał na mnie podejrzliwie. - A o co chodzi?
- Ciekawe... - mruknęłam. - Diana powiedziała mi, że właśnie w tej chwili... pomaga ci w nauce. 
- A to wstrętna kłamczucha... 
- Czyli jednak! - klasnęłam w dłonie.
- Kogoś szukasz? 
- Ty wiesz, Blaze. - pokiwał głową na moje słowa
Dla niego żaden człowiek nie ma tajemnic, jest jak magik wyciąga królika z kapelusza. 
- Czyżby umknął ci twój orzełek? - pokiwałam ze śmiechem głową.
- Dokładnie... wszędzie sprawdzałam. - westchnęłam głęboko.
- Skoro tak... pomogę ci. - razem ruszyliśmy na poszukiwania.

 * Diana's POV *



- Gdzie się wybierasz? - spytałam, krzyżując ręce na piersi.
On powoli odwrócił się w moją stronę. Jego twarz nie pokazała mi żadnego zaniepokojenia. Aktor. 
- Za niedługo wrócę, obiecuję. - po czym wyszedł jak gdyby nigdy nic. 
Od pewnego czasu zrobił się dziwnie tajemniczy. On ma przede mną tajemnice tylko jakie? Mieliśmy być ze sobą szczerzy. Zaczynam powoli tracić całą cierpliwość i zaufanie do niego. Opadłam bezsilna na tapczan, wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Zanim zdołałam się podnieść, moim oczom ukazał się równie zdruzgotany Eric. . 
- Diana.
- Eric.- wpadłam w jego objęcia
Przez chwilę patrzyłam na jego brązowe oczy. 
- Co jest? - sapnął, nadal trzymając ręce wokół mojej talii.
- Coś jest nie tak z Axel'em. - skrzywiłam się. - Czuję, że coś przede mną ukrywa. 
Powoli zdjęłam jego ręce z mojej talii, gdyż wyglądało to co najmniej niezręcznie. Na jego twarzy pojawiły się niemałe rumieńce.
- Mój ojciec wrócił. - przełknął wielką gulę w gardle. - Chce mnie zabrać do Stanów.
Myślałam, że po tej operacji, wygranym turnieju będzie nam lepiej. A wygląda na to, że nie ma mowy na poprawę. Usłyszałam mój telefon, brunet chwycił mnie za rękę.
- Jeśli to Silvia... - spojrzał na mnie wymownie. - Nie mów jej, gdzie jestem...
- To twoja dziewczyna, a moja przyjaciółka. - sapnęłam. - Wiesz, że to niefair?
- Nie chcę ją w to pakować... I tak już wiele przeze mnie wycierpiała. - zagryzłam wewnętrzną część policzka. 
Powoli nacisnęłam zieloną słuchawkę.
Halo?
- Heejcia. 
- Słuchaj, mam problem. 
- Co tym razem zmajstrowali?
- Ojciec Erica jest w mieście.
- Jak to się stało?
- Sama nie wiem... ale to nie jest najgorsze. Eric gdzieś się zmył.
- Sprawdzałaś park? Tam może najprawdopodobniej być.
- Jestem w drodze... Liczyłam na to, że pomożesz mi szukać.
- Wiesz co... nie mogę, Axelowi pomóc z tym egzaminem?
- Egzamin?
- O kurczę.... coś przerywa...
- Diana. - i wtedy wiedziałam, że zaczyna się powoli domyślać, szybko odłożyłam słuchawkę.
Nie umiem kłamać, powie wam to każdy, że prędzej czy później da się mnie rozgryźć, tak czy siak.   

 * Axel's POV *



Około godziny 10 zacząłem się zbierać. Musiałem spotkać się z dawcą mojej siostry. Tak, to dzięki zdrowej nerce Julia mogła się przebudzić i odzyskać swoje dzieciństwo z powrotem. Kiedy dowiedziałem się kim jest dawcą, wściekłem się, był nim Caleb Stonewall, a raczej jego siostra Stella. Okazało się też potem, że możemy być dalekimi kuzynami. Zacisnąłem pięści, zdałem sobie sprawę, że nie mogę z tym czekać, a tym bardziej powiedzieć o tym Dianie. Nie wiem dlaczego los ze mną tak igra i skąd ten dupek tak wiele o mnie, o mojej rodzinie wie, ale... nie zostawię tak tego. 
- Gdzie się wybierasz? - usłyszałem jej głos za swoimi plecami. 
Musiałem jakoś z tego wybrnąć. 
- Za niedługo wrócę, obiecuję.
Po jej twarzy wiedziałem, że nie jest w stanie uwierzyć, że wychodzę od tak, do sklepu. Nie chcę jej o tym mówić, bo wiem, ze ta rozmowa nie będzie zaliczana do takich spokojnych i bez konfliktowych. Udałem się więc w stronę kawiarni, gdy już byłem w środku, zamówiłem coś ciepłego do picie i usiadłem przy ostatnim stoliku. Nim się obejrzałem koło barku kręcił się on, w pewnym momencie nasze spojrzenia się spotkały, a ten szybko do mnie podszedł.
- Witaj kuzynie. - powiedział, podając w moją stronę rękę.
- Nie jesteśmy dla siebie w żaden sposób bliscy, więc daruj sobie. - sapnąłem, ignorując jego ironiczne przywitanie
- A więc... co cię do mnie sprowadza? - spytał, wykładając nogi na blat.
- Dobrze wiesz. 
- No tak.... Julia, Stella, szpital. - odparł, grzebiąc wykałaczką w zębach.
- Myślałeś, że się nie dowiem? - warknąłem w jego stronę, waląc w stół.
- Na twoim miejscu byłbym wdzięczny mojej siostrze. - spojrzał na mnie równo groźnie, wytrzymałem to spojrzenie. - Gdyby się nie zgodziła... twoja malutka siostrzyczka dawno by leżała w grobie i gryzła by piach tak samo jak twoja matka.
W tym momencie dostałem szału, przekroczył wszystkie granice i uderzył w moje czułe punkty - matka i Julia. 
- Dawcą mogę być nawet ja albo mój ojciec. 
- A jednak... - zaśmiał się. - Wybrali Stellę.
- Miałeś się odwalić ode mnie, mojej drużyny, rodziny i dziewczyny. - powiedziałem, wstając. - Powtórzę więc ostatni raz... odpieprz się ode mnie raz na zawsze. 
Skierowałem swoje kroki do wyjścia. Miałem już dość tej rozmowy, a nawet samej jego obecności. Usłyszałem za sobą kroki, chłopak nie chciał dać za wygraną. 
- Nie skończyłem jeszcze. - odparł, chwytając mnie za ramię.
- Ale ja tak! - krzyknąłem, odpychając go od siebie. - Wal się!
Ale to nie był koniec, gdy wyszedłem na zewnątrz, chłopak rzucił się na mnie i zaczął okładać pięściami moją twarz. Resztkami sił zrzuciłem go z siebie, a następnie uderzyłem go w brzuch. 
- Jeszcze cię dopadnę, dupku. - wymamrotał, plując krwią.
- Niedoczekanie twoje... gnoju. - sapnąłem, obcierając twarz z krwi. Z mojego nosa jednak nadal leciała wąska struga krwi, a moje lewe oko było podbite. Mówiąc prościej, moja twarz została 
masakrowana. Po drodze udałem się do sklepu, po okulary przeciwsłoneczne, które po części zakryją te siniaki. Wiedziałem, że nie mogłem się w takim stanie pokazać mojej ukochanej, która potrafi mnie rozgryźć za pstryknięciem palców. I wszystko poszło by wyśmienicie, gdybym na mojej drodze nie napotkał przyjaciółki Diany - Silvii. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, czy mam ją zignorować i iść dalej czy udawać, że wszystko jest w całkowitym porządku.
To ty nie zakuwasz na test? - zagadnęła, patrząc na mnie uważnie.
- Już wczoraj to przejrzałem.... - spojrzałem na nią podejrzliwie. - A o co chodzi?
- Ciekawe... - mruknęła. - Diana powiedziała mi, że właśnie w tej chwili... pomaga ci w nauce. 
- A to wstrętna kłamczucha... - sapnąłem, łapiąc się za głowę. 
- Czyli jednak! - klasnęłam w dłonie.
- Kogoś szukasz? 
- Ty wiesz, Blaze. - pokiwałem głową na jej słowa
I już wiedziałem, że moja ukochana jest zamieszana z Erikiem, ponieważ brunet słynie z tego, że szybko znika z pola widzenia.
- Czyżby umknął ci twój orzełek? - pokiwała ze śmiechem głową.
- Dokładnie... wszędzie sprawdzałam. - westchnęła głęboko.
- Skoro tak... pomogę ci. - razem ruszyliśmy na poszukiwania.
Miałem przeczucie, że Diana właśnie w moim domu chowa Amerykanina. Po chwili byliśmy na miejscu, zdecydowanie złapałem za klamkę 
- To co... może mała konfrontacja? - zaproponowała.
- Do dzieła. - odparłem, poprawiając okulary .
Nacisnąłem pewnie klamkę i wszedłem do środka.
- Gdzie ty się tyle czasu podziewałeś, co? - syknęła, podchodząc do mnie bliżej.
- Gdzie jest Eagle? 
- To ja pierwsza zapytałam. - warknęła. - Choć raz, cholera bądź ze mną szczery.  
Silvia przez chwilę patrzyła na nas z troską, a następnie podreptała po schodach na górę. 
- Trudno mi o tym mówić... - urwałem, drapiąc się po karku. 
I nim się spostrzegłem zdjęła moje okulary. Z jej ust wydostało się cichy jęk, przejechała ręką po mojej twarzy.
- Nie wierzę w ciebie.... - odepchnęła mnie od siebie. - Mówiłam ci coś na ten temat.
- Zrozum, nie chciałem by do tego doszło.. - urwałem, łapiąc ją za rękę.
- A jednak... wracasz do domu i wyglądasz jak zbite jabłko. - skrzyżowała ręce. - Jak to się stało?
- Dzisiaj dzwonili ze szpitala... - urwałem, drapiąc się po głowie. - Dowiedziałem się, że siostra Caleba Stonewalla była dawcą nerki dla mojej siostry.
- O matko....
- Okazało się, że Caleb Stonewall to moja daleka rodzina.- kontynuowałem dalej. - Dzisiaj się z nim spotkałem, rzucił w moją stronę groźbami.
- Groźbami? Caleb to.... twoja rodzina. - usiadła na kanapie zdezorientowana. - To za dużo...
- To zdarzyło się tak niespodziewanie... rzucił się na mnie, a ja musiałem się bronić. - złapałem ją za rękę. - Proszę Diana... uwierz mi.
- Myślałam, że będzie dobrze. - wstała. - Ale... coś nam to utrudnia... ty to utrudniasz...
- Dan. - wtrąciłem się jej w zdanie. - Ty jesteś moim wszystkim, nie rób mi tego... 
Zauważyłem, że jej twarz lekko pobladła. 
- Axel...  - jej głos powoli się załamywał. - Będziesz niszczył każdego, kto będzie mi zagrażał i co potem? To nic nie da, oprócz mnóstwo stresu dla mnie, nowych szww-wów dla cie-bbb-ie... - wybełkotała z ledwym tchem, po czym jak piórko zaczęła lecieć wprost do moich ramion. 
Wziąłem ją na ręce i położyłem na sofie. Przykryłem ją kocem.
- Przepraszam kochanie... - szepnąłem jej do ucha i ucałowałem jej czoło.

* Eric's POV *




- Mówiłam, że to zły pomysł! - wrzasnęła, odkładając słuchawkę. - Ona wie...
- Domyśliła się? - złapałem się za głowę. - Okazuje się, że będę musiał uciekać moim ojcem oraz moją dziewczyną, która nieźle złoi mi dupsko.
- Ale ty sobie życie komplikujesz.. - urwała, pijąc kawę. 
- I kto to mówi? - odparłem z wyrzutem. - Gdybyś dawno poszła do doktora i poddałabyś się operacji, nie groziłby ci rak.
- Myślisz, że nie słyszałam tego od Mark'a, Jude'a, Bobby'ego, Axel'a, Silvii i Celii? - warknęła w moją stronę. 
Nagle w drzwiach klamka się poruszyła.
- Jasna cholera... - jęknąłem, patrząc na nadal poruszającą się klamkę. 
- Wio, na górę! - krzyknęła, pchając mnie na schody.
Udałem się do pokoi Axela, gdy do niego wpadłem, na pierwszym planie wysuwało się ich wspólne zdjęcie. Ona uśmiechnięta, on też, jednym słowem - szczęśliwa para zakochanych. Z dołu dobiegały mnie jakieś wrzaski. 
- Trudno mi o tym mówić... - urwałem, drapiąc się po karku. 
- Nie wierzę w ciebie....  Mówiłam ci coś na ten temat.
- Zrozum, nie chciałem by do tego doszło.. 
- A jednak... wracasz do domu i wyglądasz jak zbite jabłko. Jak to się stało?
- Dzisiaj dzwonili ze szpitala...  Dowiedziałem się, że siostra Caleba Stonewalla była dawcą nerki dla mojej siostry.
- O matko....
Oglądnąłem się za siebie i zobaczyłem brunetkę. 
- Ty. - warknęła, łapiąc mnie za ramiona i rzucając na łóżko.
- Silvia....
- To ja cię szukam po parkach, boiskach.... a ty ukrywasz się u Diany?
- Nie rozumiesz... - urwałem, siadając na łóżku. - Mój ojciec nie może mnie znaleźć.
- Nie będziesz uciekać przez wieki, Eric. - sapnęła, również siadając obok mnie. - Co my teraz zrobimy?
- Ale nie chciałem cię martwić, misiu. - urwałem, głaszcząc ją po ramieniu.
- Misiu? Ty idioto... - palnęła mnie w głowę. - Chciałam ten dzień spędzić sama ze sobą, a przez ciebie zmarnowałam swój cenny czas. Wszystko przez to twoje uciekanie.
Podszedłem do niej i wziąłem ją w objęcia. Przez parę minut się miotała, ale po chwili dała sobie spokój. 
- Postaram się ingerować cię w moje życie skarbie. - szepnąłem jej na ucho.
- A spróbowałbyś nie. - pogroziła mi palcem, po czym zaczęliśmy się oboje śmiać.
Poczułem wibracje w mojej kieszeni, spojrzałem na wyświetlacz - ojciec.
- Muszę coś jeszcze załatwić. - odparłem, głaszcząc po twarzy. - Ta rozmowa nie może czekać... ojciec nie może czekać.

środa, 13 lipca 2016

Rozdział:41


" Zapachniało mi to od razu panem Rayem Darkiem. Dobrze wiem, że ta świnia nie dała sobie wolnego ani na moment. Nagle usłyszałam jakieś piski, które niebezpiecznie zbliżały się w moją stronę. Moim oczom ukazały się kolejno Celia, Silvia i Nelly, które wybałuszyły na mnie oczy.
- Co ty tu robisz? - spytała Celia, przyglądając mi się uważnie.
- Przyszłam po prawdę... - spojrzały po sobie. - Czyli po to samo co wy.
- Dlaczego cię nie było na pierwszej połowie meczu? - zagadnęła Silvia. 
- To długa historia, później wam opowiem. - odpowiedziałam wymijająco - Trzeba to powiedzieć chłopakom no już."

* No One's POV *

Gdy dziewczyny próbowały odkryć tajemnice eliksiru, który sprawia, że drużyna Zeusa zyskuje nieskończone pokłady siły, na boisk jatka trwała nadal. I nie znosiło się na jej zakończenie. Jednak największą uwagę publiczności skupiła walka po między kapitanami - Bayronem i Markiem. Patrzyli sobie głęboko w oczy, w które nieśmiało zaglądał gniew i nienawiść. Inni zawodnicy ledwo co stali na nogach, a niektórzy nawet nie podnosili się z zielonej trawy. Po mimo, że byli wykończeni i poniżeni do samego dna człowieczeństwo, było w ich sercach coś, co nie pozwalało im tak po prostu się poddać. 
- Zdziwiony? - spytał Sharp, próbując się uśmiechnąć. - To nasz kapitan, zapamiętaj tą twarz. Jest niezwyciężony, bo za każdym twoim ciosem wstaje jeszcze silniejszy. Każdy upadek spowodowany kometami twoich strzałów, dodaje mu siły. Nie możesz się mierzyć z tą boskością. 
Blondyn obrócił w jego stronę głowę. Był wściekły, a jednocześnie podekscytowany i gotowy pokazać Sharp'owi jak bardzo się myli.
- To może zrobimy mały test? - i ponownie wzniósł się w przestworza. 
Wtedy zabrzmiał gwizdek, który był zbawieniem dla Marka. Koniec pierwszej połowy, drużyny udały się na spoczynek.

* Mark's POV *



Ponowny strzał w moją twarz, ponowny upadek, ponowny ból. Zamknąłem oczy i przez chwilę widziałem białe światło, przeraziłem się. Czułem jak upadam na ziemię, opuchniętą, zakrwawioną twarzą do zielonej trawy. Słyszę tylko kroki sędziego i zacząłem marzyć, by to powstrzymał tą masakrę.
- Zdziwiony? - podniosłem głowę i moim obolałym oczom ukazała się sylwetka Jude'a, który ledwo stał na nogach - To nasz kapitan, zapamiętaj tą twarz. Jest niezwyciężony, bo za każdym twoim ciosem wstaje jeszcze silniejszy. Każdy upadek spowodowany kometami twoich strzałów, dodaje mu siły. Nie możesz się mierzyć z tą boskością. 
Nie mogłem uwierzyć w jego słowa, ponieważ załączony obrazek nijak ma się do tych pięknych słów wygłoszonych przez chłopaka. Poczułem, że siły powoli do mnie wracają i nieudolnie zacząłem wstawać. Bayron spojrzał na mnie zdziwiony, na słowa Jude'a jego zabłyszczały ze wściekłości.
- To może zrobimy mały test? - i ponownie wzniósł się w przestworza.
Wtedy zabrzmiał gwizdek w ustach sędziego, a ja klasnąłem w dłonie za ocalenie mojego życia choć na parę minut. Zeszliśmy do trenera i do chłopaków, którzy siedzieli kontuzjowani koło naszych dziewczyn
- Narkotyki? - usłyszałem spanikowany głos Willy'ego. - Do prawdy... ludzie nie mają granic.
Szybko podszedłem do nich słysząc te słowa.
- Co właśnie powiedziałeś? - a wszyscy spojrzeli na mnie ze współczuciem.
- Twoje ręce... - jęknęła cicho Silvia, łapiąc moje dłonie. 
- Gdyby tu była Diana, to na pewno by się tym zajęła. - pokręcił głowom ze smutkiem Todd. 
- Mam nadzieję, że się zjawi. - urwał niepewnie Steve.
- Spokojna twoja rozczochrana - Nathan przerwał ich żałosne jęki. - Musimy sobie radzić sami, bez niej...
I tu nastał moment kiedy nie wiedziałem co powiedzieć, a wszyscy wyczekiwali mojej motywacyjnej przemowy, właśnie w takich kryzysowych sytuacjach. Jesteśmy bardzo ciężkiej sytuacji, a ja nie mam pomysłu jak mamy wyjść z tego gówna. Przez to, że biorą te dragi są parę kroków przed nami, gdy tymczasem ja taplam się w błotku jak jakaś świnia. Muszę zmienić obdarte rękawice, dlatego szybko zobaczyłem do wnętrza swojej torby. Znalazłem tam coś pięknego - rękawice, i to nie byle jakie, to były dziadkowe rękawice. Szybko je włożyłem i wtedy poczułem jakby jego duch sportowca połączył się z moim połamanym aż do kości duchem. Do mojego serca nadeszła wielka fala determinacji. 
- Okej, czas się zabawić. - odparłem, lekko klaszcząc w zmasakrowane dłonie. - Przepraszam was za to, że byłem taki rozkojarzony. Wszystko przez moje paskudne czarne myśli, ale mniejsza... 
- Kapitanie... jak my sobie poradzimy? - jęknął Sam, podkulając nogi do siebie.
- Jak widzicie... nie z nami wielu osób - obróciłem się w koło. -Mojego dziadka, niektórych waszych rodziców, Diany, Julii, pana Raimon'a. Ale my musimy się spiąć w sobie. Wiem, że możecie! Przechodziliśmy przez większe gówna. Szczerze, życie nam pokaże jeszcze więcej, ale wpierw musimy przejść tą wojnę! 
- Pokażmy siłę i moc, która jeszcze nigdy nas nie zawiodła - poklepałem Blaze'a po ramieniu. 
Teraz się musi udać. 

* No One's POV *

Przerwa powoli zbliża się ku końcowi, a zawodnicy udali się na boisko by rozpocząć drugą połowę. Rozpoczyna ją Inazuma, szybkie podanie i zaczyna się natarcie Raimona. Do bramki biegną  Jude, Axel i Eric. Lecz obrońcy Zeusa nie śpią. Są bardzo czujni, gdy widzą przeciwników na horyzoncie, następuje wielkie tupnięcie jednego z nich znów ich powaliło na ziemię. Ponownie przy piłce jest Bayron i konsekwentnie zmierza do bramki, a pozostali nadal leżą nieruchomo na murawie. Kilka metrów przed bramką blondyn zatrzymał się i spojrzał głęboko w oczy Evansa.
- To co? - pstryknął w palce. - Czas się poddać.
- Nie wkurzaj mnie lalusiu. - warknął Mark, a piłka ponownie musnęła z impetem jego twarz.
Jednak chłopak przyjął to z godnością i wstał niewzruszony tym potężnym strzałem. Blondyn jeszcze bardziej wkurzył i kopnął jeszcze mocniej niż wcześniej piłkę. 
- Dlaczego ty wstajesz pluskwo! - piłka Bayrona poszybowała do bramki Raimona.
- Nigdy się nie poddam. - jęknął żałośnie. - Nie pozwolę być zszargał piękne brzmienie tego sportu! 
Mięśnie blondyna się zacieśniły, nagle stał się jakiś dziwnie spięty. Przez te używki nawet nie zauważył jak szybko wysiadł mu organizm i przy okazji psychika. Pofrunął wysoko w górę. Wtedy Mark  obrócił się i wyglądało na to, że nie chce patrzeć na swoją porażkę, jakby się pogodził z tym wszystkim. Mark zamknął oczy, złapał się za serce by czerpać z niego całą swoją miłość do tego sportu. W tym samym czasie, piłka poleciała z prędkością światła w jego stronę. Wtem z bramki rozbłysnęło wielkie światło, a nad Evansem jakby pojawił potężny bohater Maajin, najsilniejszy bożek z kultury japońskiej. Chłopak wyciągnął pewnie rękę i z łatwością złapał piłkę. 
- O matko... - sapnął zdezorientowany Mark, ściskając piłkę, upewniając się czy to na prawdę się zdarzyło.
Raimon widząc te wszystkie rzeczy, jakby dostali nowych skrzydeł. Jude wraz z Axel'em zaczęli podążać do bramki, obrońca Boskiego Liceum próbował ich zatrzymać, jednak nic nie wskórał. Axel poleciał wysoko nad jego głową i posłał swoje OGNISTE TORNADO do Jude'a, a ten swoją z PODWÓJNĄ SZYBKOŚCIĄ rozwalił bramkę wraz z bramkarzem, który stał w jej środko. Powtórzyli akcję drugi raz i trzeci, sukces. Teraz jest 3:3, a więc mamy remis. Rozwścieczony aniołek (Bayron) poleciał do bramki i piłka prosto poleciała w ręce kapitana Inazumy. On uśmiechnął się, widząc, że nastała dla nich dobra passa i wraz z piłką podążył do bramki. Za nim dreptali Eric i Bobby, czas więc na słynnego TRÓJPEGAZA. Iiii... udało się! Oto mistrze! 
- JEDENASTKA RAIMONA WYGRYWA STREFĘ FOOTBALLU! -krzyknął uradowany speaker, a wszyscy na trybunach zaczęli klaskać.

* Axel's POV *



- Dlaczego ty wstajesz pluskwo! - piłka Bayrona poszybowała do bramki Raimona.
- Nigdy się nie poddam. - jęknął żałośnie. - Nie pozwolę być zszargał piękne brzmienie tego sportu! 
Ponownie piłka została posłana w jego stronę, a ja miałam ochotę zasłonić oczy. Mark chyba czytał w moich myślach, ponieważ obrócił się i zamknął oczy, zacisnąłem pięści. Piłka leciała z zawrotną prędkością, a chłopak nie porusza się, stoi jak amerykańska statua wolności. Wtem w moje oczy błysnęła dużo doza światła, szybko je przetarłem i zobaczyłem jak za plecami Mark'a wyłania się gigant nad giganty - Maajin, a Mark trzyma piłkę w rękach. Uradowany szybko rzuciłem się  Nathanowi w objęcia, ponieważ jest jeszcze nadzieja na odwrócenia losów tego meczu. Zeus stosuje podanie, a Jude sprytnie przejmuje piłkę pod swoje nogi, gestem ręki pokazał, abym podążył za nim. Teraz liczyły się sekundy. Co on kombinuje? Będąc przy bramce, nie mogłem się wycofać. Wtedy w mojej głowie pojawiła się moje ukochane osoby - Diana i Julia. Zdałem sobie sprawę, że dla nich muszę to zrobić, nie dla siebie - dla nich, dla team'u, mamy i przede wszystkim dla całego miasta Inazumy. Moje OGNISTE TORNADO poleciało w dół do Jude'a, a ten po linii prostej poprowadził strzał - bramkarz nie miał szans. I nim się obejrzałem Bobby, Mark i Eric zrobili swoje. 
- JEDENASTKA RAIMONA WYGRYWA STREFĘ FOOTBALLU! -krzyknął uradowany speaker, a wszyscy na trybunach zaczęli klaskać.
Nie mogłem przez chwilę uwierzyć w tą kolej zdarzeń, jakbym ogłuchł. Popatrzyłem na ławkę rezerwowych i wtedy zobaczyłem ją. Stała oparta o słupek z tym swoim pięknym uśmiechem, bez zastanowienia podbiegłem do niej i wpadliśmy sobie w objęcia. 
- Udało ci się, deklu. - jęknęła, z jej oczu polał się potok łez.
- Gdyby nie ty... nie stałbym w tym miejscu. - musnąłem jej usta.
- Nie.. - spojrzała mi głęboko w oczy. - To wy i tylko wy przyczyniliście się do tego. 
Nie wytrzymam, muszę ją pocałować. Czułem się teraz tak dobrze,  spełniłem wszystkie swoje doczesne plany. Zostałem mistrzem Japonii, mam u swojego boku wspaniałą dziewczynę, o której marzyłem przez lata i wiem, że mogę liczyć na swoich wspaniałych przyjaciół. A to sprawka tylko jednego człowieka, który na początku wchodził mi w dupę jak nikt inny, mowa tu o jednej osobie - Mark Evans. Pamiętam, że od samego początku był po prostu nie do zniesienia, był niczym jak wrzut na dupie, którego nijak nie można było się pozbyć. Kto by pomyślał, że będę zawdzięczał mu tak wiele. O wilku mowa, brunet jak z procy podbiegł do nas i przytulił, a raczej powalił na ziemię.
- Moje kości! - jęknęła Diana, śmiejąc się jak głupia.
- Ból to moje drugie imię. - sapnął, pokazując swoją porządnie obdartą twarz.
- A więc.. to rodzinne - odparłem, na co dostałem kuksańca w bok.
Wszyscy zaczęliśmy ryczeć na myśl tych emocji, które dostaliśmy będąc w tym turnieju. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, dlatego płakałem i śmiałem się w tym samym czasie, wszystko z powodu natłoku tych cholernych emocji. Potem cała nasza paczka wpakowała się do karawanu. Gdy ja, jako ostatni pasażer, wchodziłem do środka, zatrzymał mnie kapitan Zeusa. 
- Jesteście pierwszą drużyną, która nas pokonała. - skrzywił się. 
- Zdarza się. - burknąłem.
- Zasługujecie na nasz pokłon. - powiedział, klękając przede mną. 
- Ej, ziom wstawaj. - powiedziałem zawstydzony, klepiąc go po ramieniu.
Wtedy podszedł do nas Mark, Bayron na szczęście już się podniósł, a ja mogłem spokojnie odetchnąć.
- To był dobry mecz. - odparł Evans, wyciągając do niego dłoń.
- Tak, zdecydowanie trzeba to powtórzyć. - sapnął, mocniej ściskając jego rękę.
I w końcu mogliśmy odjechać stąd i autobus skierował nas w stronę szkoły. Timmy, Todd i Jack wynieśli nasz złoty puchar i zaczęli go powoli podrzucać. Sam widok tego złota, napawało mnie to dumą. Nadal myślę, że to głupi sen, a ból spędził mi złudzenie z powiek.
- No siema książę, tak tylko cię upewniam, że zostałeś mistrzem Japonii. - odparł Nathan, klepiąc mnie po plecach. 
Gdy schylił się by zawiązać sznurówkę, miałem dobrą okazję na rewanż. Zamachnąłem się i wycelowałem stopą w jego dupę, a chłopak przeraźliwie jęknął.
- A ja się upewniam, czy wszystkie kości masz na miejscu. - zaśmiałem się w głos. - Ta, nic się nie zmieniło.
Podszedłem w stronę Marka - mojego kapitana i najlepszego przyjaciela i wysunąłem dłoń w jego stronę. 
- Dziękuję ci. - Mark patrzył się na mnie jak wryty.
- Ale za co? 
- Za to, że mnie ocaliłeś. Jestem ci winny przeprosiny... za to, że nazwałem się głupkiem. - i nim się oglądnąłem zaczął płakać jak małe dziecko. 
Potrząsnął moją rękę.
- Muszę jeszcze gdzieś pójść. - a w moich myślach pojawiła się Julia, skierowałem swoje kroki w stronę szpitala.

* Diana's POV *



Wyszłam z budynku, ponieważ zrobiło mi się słabo, usiadłam na schodach. Zastanawiałam się jak chłopcy sobie radzą, więc gdy tylko poczułam się troszkę lepiej, weszłam do środka by zaspokoić swoją ciekawość. Podążyłam za dźwiękiem odbijanej piłki i parę minut później znalazłam się na boisku. 
- JEDENASTKA RAIMONA WYGRYWA STREFĘ FOOTBALLU! -krzyknął uradowany speaker, a wszyscy na trybunach zaczęli klaskać.
Oparłam się o słupek i spojrzałam ukradkiem na wmurowanego w ziemię Blaze'a. Jeszcze chyba nigdy go takiego nie widziałam, gdy tylko na mnie spojrzał, na jego twarzy pojawił się szczery, wielki uśmiech. Podbiegł do mnie szczęśliwy, że spełnił swoje największe marzenie.
- Udało ci się, deklu. - jęknęłam, próbując powstrzymać łzy.
- Gdyby nie ty... nie stałbym w tym miejscu. - musnął moje usta.
- Nie.. - spojrzałam mu głęboko w oczy. - To wy i tylko wy przyczyniliście się do tego. 
Oczywiście do nas przyłączył się Mark i powalił nas na ziemię.
- Moje kości! - jęknęłam, śmiejąc się jak głupia.
- Ból to moje drugie imię. - sapnął mój brat, pokazując swoją porządnie obdartą twarz.
- A więc.. to rodzinne - odparł uszczypliwie Axel, na co dostał ode mnie kuksańca w bok.
Potem nasza wesoła gromadka udała się do karawanu, gdy już siedzieliśmy, szczęśliwa wtuliłam się w tors Blaze'a. Po chwili znaleźliśmy się przed szkołą, patrzyliśmy przez chwilę na siebie i ponownie chłopaki zaczęli się wzruszać.
- Hej, hej. - wrzasnęłam. - Chłopaki nie płaczą, a zwłaszcza mistrzowie.
Wtem podszedł do mnie Shearer. 
- Coś ty młoda powiedziała? 
- To co słyszałeś, gałganie. - dogryzłam mu. Już wiedziałam co się święci, chłopak przerzucił mnie przez ramię i zaczął kręcić z całej siły, uciekając ze mną z dala od grupy.
- A teraz gadaj gdzie się podziewałaś? - odparł, stawiając mnie na ziemi, dysząc jak pies.
- A co cię to interesuje? - próbowałam odwrócić jego uwagę. - Teraz cała uwaga jest skierowana na waszym zwycięstwie, czyż nie?
- Muszę wiedzieć. - odparł, patrząc na mnie znacząco. - Siła wyższa. 
- W wielkim skrócie... przeżyłam operację szpiku, w której teoretycznie miałam umrzeć. - odparłam, a jego oczy zrobiły się duże jak dwie wielkie monety.
- Kozak z ciebie. - podsumował, głaszcząc mnie po głowie.- To tak się jeszcze mówi? - zaczęliśmy się śmiać. 
- Ale jest coś jeszcze. - zagryzł dolną wargę. - Chodzi o Celię...
- Gadaj Shearer. - zażądałam.
- Czuję, że się od niej oddalam. - ukradkiem spojrzał na nią. - Tak jakoś od tej kolacji z jej rodzicami, nie spotykamy się, a nawet nie piszemy. 
- Nie rozumiem. 
- Wolałbym tego akurat nie zepsuć... - urwał, patrząc na mnie z nadzieją. - Nie mówiła ci nic?
- Paranoja.
- Co? - sapnął zaniepokojony.
- Tak się dzieje kiedy zaczyna ci zależeć. - wytłumaczyłam. 
- Świetnie..
- Spokojnie. - poklepałam go po ramieniu. - Zabierz ją dziś gdzieś i obgadajcie sprawę.
- Nie chce naciskać. - westchnął, drapiąc się w kark.
- Lepiej, żebyś się dowiedział o co chodzi... - odparłam szybko. - Może się okazać, że jest problem i tutaj nie chodzi o naciskanie. 
- Skoro tak... - ponownie na nią spojrzał. - Jesteś najlepsza.
Szybko pomknął w stronę dziewczyny, a tymczasem Mark i Axel patrzyli na siebie znacząco. Nie ma co, ta dwójka przeżyła swoje wzloty i upadki większe od innych ludzi na tej planecie.
- Dziękuję ci. - Mark patrzył się na niego jak wryty.
- Ale za co? 
- Za to, że mnie ocaliłeś. Jestem ci winny przeprosiny... za to, że nazwałem się głupkiem. - zaczął płakać jak małe dziecko.
Wzruszeni podali sobie ręce.
- Muszę jeszcze gdzieś pójść. - i nim zorientowałam, byłam prowadzona przez Blaze'a.
- Halo, gdzie ty mnie prowadzisz? - jednak ten się nie odpowiedział. 
Gdy w końcu dotarliśmy pod budynek szpitala, to zrozumiałam. Chodzi o Julię, weszliśmy szybko do pokoju numer 24. Moim oczom ukazało się dobrze znane mi łóżko, a na nim spokojnie leżała mała dziewczynka. Blondyn usiadł na przeciwko niej i chwycił ją za rękę. Nagle jej powieki zaczęły lekko drgać i dziewczynka powoli otworzyła oczy. Z moich oczu polały się łzy, po tylu latach w końcu się obudziła i to w odpowiednim czasie. 
- Axel? - szepnęła, patrząc na już kompletnie zaryczanego Blaze'a.
- Tak, to ja aniołku. - pocałował ją w czoło. - Dobrze, że jesteś. 
- Długo mnie nie było? - spytała zdezorientowana, rozglądając się na boki. - Gdzie jestem?
- Julka... - ciężko westchnął, drapiąc się po karku. - Kopę lat.
Jak teraz powiedzieć dziewięcioletniej dziewczynce, że została potrącona przez tira, a raczej prawie zabita przez Dark'a? Biedne dziecko nie wiedziało jak się jej brat strasznie się męczył przez ten czas, przeprowadzał z miejsca na miejsce i w końcu stał się mistrzem Japonii. 
- Żartuje... po prostu na chwilkę zdrzemnęłaś. - powiedział, nerwowo się śmiejąc.
- To mój nowy pokój? Jakiś dziwny... - powiedziała, ziewając. - Idę pospać, obudź mnie na obiad. 
Pokiwał na to głową, a malutka ponownie zamknęła oczy. Axel wpadł w moje objęcia, pogłaskałam go po głowie.
- Wszystko jest na swoim miejscu. - jęknęłam.
- Na to wygląda. - złapał się za głowę. - Tyle na to czekałem..
- Hej. - wzięłam jego twarz w swoje ręce. - Nie analizuj tego, ciesz się tą chwilą.
- Masz rację. - ucałował moje ręce. - Nareszcie wyszedłem na prostą... my wszyliśmy na prostą.

* Nelly's POV *



Przez cały ten mecz patrząc jak na tą rzeź, w której Mark brał udział, miałam ochotę to przerwać. Jednak wiedziałam, że już nie mam tej władzy i nie mogę się w to wtrącać. Kiedy wygrali ten mecz, tak bardzo zapragnęłam znaleźć się w jego bezpiecznych objęciach, ale nie mogłam - mamy przerwę. Weszliśmy do autobusu i miałam okazję z nim pogadać stchórzyłam. A kiedy byliśmy pod szkołą, Celia dała mi kuksańca w bok, spojrzałam na nią zdezorientowana.
- Nelly, idź do niego. - jęknęła, potrząsając mną.
- Nie ma mowy. - potrząsnęłam głową. - Nie ma sensu żeby to naprawiać. 
Ale czy aby na pewno? 
- Kochasz go, prawda? - a w moich oczach znalazły się łzy. - Uznam to za tak... a teraz idź.
Toczyłam w mojej głowie bitwę z moimi myślami, poczułam nagle, że ktoś mnie pchał z tyłu - to była Celia i Silvia. Przez to wszystko wpadłam na niego, spojrzał mi głęboko w oczy i posłał mi swój uśmiech.
- Idziesz ze mną. - sapnął, łapiąc mnie za rękę.
Zaprowadził mnie w to właśnie miejsce, w nasze miejsce. Opona, wielkie drzewo i wieża Inazumy. Na sam widok tego obrazku, uśmiechnęłam się i spojrzałem na niego. Siedział na oponie, popijając zimną colę. Jego wzrok był jak zawsze rozbiegany, ale gdy tylko zauważył się na niego patrzę, skoncentrował całą swą uwagę na mnie. 
- Po co mnie tu zabrałeś? - przerwałam tą  niezręczną ciszę. 
Wa te słowa powoli wstał i skierował swoje kroki w moją stronę. Teraz był bardzo blisko mojej twarzy, co doprowadzało mnie do szaleństwa.
- Chciałem tylko na ciebie popatrzeć. - sapnął, łapiąc mnie za twarz.
- Nie wystarczy ci to, że widujesz mnie w klubie, sklepie, szkole? - spytałam zdezorientowana.
Przejechał mi powoli ręką po ramieniu, a na moim ciele pojawił się ten dobry dreszcz.  
- To zdecydowanie za mało.. - odparł, wzruszając ramionami. - A wszystko dlatego, że... zwariowałem na twoim punkcie.
- Jesteś pewien, że to nie jakieś złudzenia? - na moje słowa chłopak zaśmiał się.
- A czy to złudzenie? - wbił się w moje usta. 
Tak bardzo za nim tęskniłam, pogłaskałam go po twarzy.
- Witaj z powrotem. - zaśmiałam się, delikatnie głaszcząc go po twarzy.
- Kurde.. - zaczął cmokać ustami. - Gdzie się podziała ta wiśniowa szminka? 
- Nie byłam przygotowana na to, że ktoś zaatakuje moją twarz. - odparłam, na co oboje zaczęliśmy się śmiać. 
I tak chwilę jeszcze siedzieliśmy - szczęśliwi, wtuleni i całkowicie spełnieni.


piątek, 8 lipca 2016

Rozdział: 40


"- Proszę cię Diana, jesteś mądrą dziewczyną.
- Ale ja nie wiem nawet o co ci chodzi! - wrzasnęła, wymachując rękami.
- Dobrze wiesz o czym mówię... - spojrzałem na nią. - Dzisiaj byłaś dla mnie szczerze miła i ja się pytam... Dlaczego?
- Jude, to głupie uciekać od siebie, tylko dlatego, że się z kimś zerwało. 
- Co masz na myśli? - sapnąłem.
- Co ty na to... aby ocieplić nasze relację choć trochę? 

* Diana's POV *



Nie mogłam zasnąć, więc otworzyłam senne powieki i szybko wstałam z łóżka. Wyciągnęłam moją torbę i spakowałam najważniejsze rzeczy, które mi będą dzisiaj potrzebne. Włosy przeczesałam szczotką i ubrałam się. Dziś jest t e n dzień. Idę na operację, której mogę nie przeżyć. Moje myśli utwierdzały mnie w tym, że to będzie mój ostatni dzień będąc w tym życiu. Po ostatniej wizycie u lekarza moja głowa jest pełna mroku.
" Kiedy wywołano moje nazwisko, moje ciało drżało, a ja powoli chwyciłam za mosiężną klamkę. Gdy już byłam w środku, doktor zachęcił mnie bym podeszła bliżej i usiadła na przeciwko niego. Gdy to zrobiłam, spojrzał na mnie uważnie i zanotował coś na malutkiej kartce.
- Witam panią... - pogrzebał chwilę w papierach. - Pani wyniki...
- Taa-ak. - przerwałam mu niespodziewanie. - są słabe, wiem.
Pokiwał na moje słowa głową.
- Właśnie to miałem powiedzieć... ale pani mnie już wyręczyła. - sapnął, poprawiając okulary. 
- Przepraszam. - odburknęłam, poprawiając się na krzesełku.
- Rozumie pani, że te wyniki nie zmieniają się od pewnego czasu. - spojrzał na mnie podejrzanie.
- Skąd...
- Poprosiliśmy o amerykańską klinikę o pańską kartę. - podsunął wielką, brązową kopertę pełną mojej medycznej historii. - Powinna się pani poddać operacji szpiku... jakieś dwa lata temu.
- Czy już jest za późno? - wyrwałam się przestraszona.
- Wydaje mi się, że tak. - zdjął okulary i spojrzał mi głęboko oczy. - Chyba, że natychmiast panią zoperujemy. 
- Kiedy? - spytałam szybko.
- Najlepiej jutro. - zacisnęłam pięści. - Ale to szalone...
- Zgadzam się. - spojrzał na mnie jak na wariatkę.
- Ale.. przemyślałaś to dziecko?
- A czy przeżyję to? 
- Jest pani w dobrych rękach.  - powiedział z uśmiechem na twarzy. - Ale nie obiecuję, że podczas takiego zabiegu nie znajdą się komplikację.
- Ufam panu. - wstałam, podając mu rękę.
- A więc, do zobaczenia jutro. - ścisnął pewnie moją rękę."
Może wam się wydawać, że jestem wielkim chojrakiem, gdyż igram ze śmiercią jak mi się podoba. Gdy tylko przekroczyłam próg gabinetu, pojawiło się wokół mnie mnóstwo wątpliwości i paraliżujący strach. Usiadłam na schodach szpitala i miałam ochotę się wycofać, ale już na to za późno - klamka zapadła. Nie ufam tekstowi "jest pani w dobrych rękach" - gdyż to największy kit jaki lekarz może wam wcisnąć i to przez to wasz stres i strach wzrasta. Wróciłam myślami właśnie w ten dzień, kiedy łapałam klamkę. Nagle poczułam, że ktoś jest za mną i ściska moją rękę - wydawało mi się, że to poranne mroczki, jednak byłam w błędzie. 
- Myślisz, że ci tak łatwo pójdzie? - obróciłam się powoli, a na jego twarzy pojawił się wielki gniew.
- Proszę... puść mnie. - jęknęłam, a ten posadził mnie na kanapie.
- Co się dzieje? - złapał się za głowę. - Proszę powiedz mi prawdę Diana.
I właśnie w takich momentach strasznie żałuję, że zaangażowałam go w moje życie za bardzo. Co mam mu powiedzieć? Prawda brzmi dla mnie niedorzecznie w tej kwestii, ponieważ nie będę mogła się wyplątać. 
- Axel... ja muszę iść. - sapnęłam, wstając z kanapy.
- Dokąd. - wyrwał się, również wstając. 
- Szpital. - blondyn zacisnął pięści. 
W jego oczach zobaczyłam wielki smutek. 
- W celu?
- Mam mieć operację szpiku, o dziewiątej. - spojrzałam na zegarek ukradkiem. - Muszę się zbierać...
- Czekaj. - wrzasnął. - Kiedy miałaś mi to powiedzieć? Po wszystkim?
- To nie tak... 
- Nie... - walnął w stół. - Dziewczyno, doprowadzisz mnie do szewskiej pasji!
- Uspokój się do cholery! 
- Od razu się uspokoiłem, wiesz? - zaśmiał się mi w twarz. - To był błąd.
Złapałam go za ramię i odwróciłam w moją stronę. Teraz patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Położyłam mu rękę na policzku, poczułam na mojej dłoni jak z jego oczu lecą rzewne łzy.
- Dlaczego mnie porwałaś w swoje sidła Diana? - jęknął.
- Axel... przepraszam. - zagryzłam wargę. 
- Obiecaj mi... - złapał mnie za dłoń. - wróć w jednym kawałku... nie chcę cię stracić tak jak straciłem swoją siostrę.  
- Wiesz, że nie mogę tego zrobić. - powiedziałam, łamiącym się głosem. - Ale wiedz, że.... cholernie cię kocham. 
- Proszę idź już... bo zaraz zmienię zdanie. - sapnął, całując moje czoło. 
Na jego twarzy pojawił się uśmiech podobny do tego, który nosi mój brat. Odpięłam swój naszyjnik, po czym zapięłam mu na szyi. Na naszyjniku wisiał srebrne serce - a na jego odwrocie pisało moje imię, Diana. Ostatnio mama mi go dała, aby strzegł mnie przed złem, nie chcę by i jemu coś się stało. 
- Może nie będę z Tobą ciałem tam... ale duszą. - szepnęłam, muskając jego usta. - Bądź dzielny dla mnie. 
- Do widzenia. - powiedział, powoli się oddalając.
- Mam nadzieję...- i już miałam zamykać drzwi, kiedy znowu mi przerwał.
- Diana... - obróciłam się. - Jeśli ten lekarz coś sknoci to... pomszczę cię.
Momentalnie zamknęłam drzwi i szłam w stronę ulicy mając oczy pełne łez. Uświadomiłam sobie, że zachowałam się najgorzej na świecie zostawiając takiego cud chłopca, jakim jest Axel. Może lepiej, że się dowiedział już teraz? Inaczej by było, gdyby dowiedział się zdecydowanie później. A co zresztą? Kiedy odpowiadałam sobie na to pytanie w myślach, spostrzegłam, że jestem przed budynkiem szpitala. Tam pielęgniarki odpowiednio mnie przygotowały i teraz czekałam na moją kolej. Nagle słyszę nazwisko. 
- Evans! - wstałam szybko z miejsca. 
Nadszedł czas abym i ja zagrała mecz o wysoką stawkę, o własne życie.

* Axel's POV *



- Proszę idź już... bo zaraz zmienię zdanie. - sapnąłem, całując moje czoło. 
Wiedziałem, że już nie powstrzymał. Kuło mnie to, że zaledwie jestem z nią dwa miesiące, a już muszę ją wypuszczać z mych rąk. Tak strasznie mam ochotę wyrzucić i przestać martwić się o nią, ale wiem, że nie miałbym serca od tak ją odrzucić i zostawić na pastwę losu. Ona potrzebuje mnie, a ja jej  - jedno bez drugiego jest puste jak bęben perkusji. Podeszła do mnie na chwilę, zdjęła swój piękny naszyjnik i zawiesiła na mojej szyi.
- Może nie będę z Tobą ciałem tam... ale duszą. - szepnęła, muskając moje usta. - Bądź dzielny dla mnie.
Miałem ochotę już jej nie puszczać, ale nie mogłem. Czułem jak do moich oczu, dlatego też wydukałem 
- Do widzenia. - i zacząłem powoli się oddalać.
- Mam nadzieję...- i już miała zamykać drzwi, ale tyle słów cisnęło mi się na usta, że ponownie pohamowałem ją od jej planu.
- Diana... - obróciła się, patrząc na mnie smutno. - Jeśli ten lekarz coś sknoci to... pomszczę cię.
Widziałem, jak jej oczy się szklą, ona też była tego świadoma, dlatego z impetem trzasnęła drzwiami. Zostałem więc sam z milionem zakończeniami jej operacji, spojrzałem na wisiorek. Był piękny i delikatny jak ona, zacisnąłem go w ręce, zdałem sobie sprawę, że zaczynam się cholernie o nią bać.  Do meczu pozostało zaledwie dwie godziny, usiadłem zdruzgotany na kanapie. Poprawiłem rozwalony stół i wtedy do drzwi zapukała pani Clifford. 
- O matko kochano! - złapała się za głowę, widząc pęknięty wazon na podłodze. - A ja tylko pojechałam do sanatorium na tydzień. 
Pani Clifford tak bardzo przypominała mi moją świętej pamięci babcie, która miała manię sprzątania. Nim się spostrzegłem kobieta miała w ręku zmiotkę i powoli zamiatała kawałki wzorzystego wazonu.
- Coś się stało paniczu? - spytała, siadając obok mnie. 
- Po prostu... nie wyspałem się. - odmruknąłem.
- Axel, matko kochana! Tak być nie będzie... - westchnęła, wstając z kanapy i udając się do kuchni. - Ugotuję ci coś w takim razie... mleko. 
Ponownie usłyszałem pukanie do drzwi. I nim zdążyłem je otworzyć, one z wielkim łomotem się otworzyły. A w nich stanął Swift, który uśmiechnął się nieśmiało w stronę staruszki.
- Co to ma znaczyć?! - wrzasnęła sprzątaczka.
- Przepraszam... señorita. -  powiedział, całując jej rękę. 
- Jeszcze mamy kupę czasu... - spojrzałem na zegarek.
- Musimy się zbierać, kamracie. - zaśmiał się, klepiąc mnie do plecach.
Pani Clifford natomiast zaśmiała się słysząc hiszpański akcent Nathana i nalała do kubka mleko. 
- Halo ziemia! - wrzasnął w moje ucho.
- Zwariować można. - westchnąłem, udając się po schodach do mojego pokoju.  - Daj mi chwilę.
Wszedłem do pokoju i wtedy moją uwagę przykuła jej piżamka, która leżała ładnie złożona na poduszce. Ubrałem czarną bluzę i spodenki, założyłem torbę ze strojem meczowym na ramię.
- Gotowy! - krzyknąłem w jego stronę.
- Nathan... dziecko drogie. - wrzasnęła kobieta. - Toż to sałatka na jutro dla pana Blaze'a.
- Przepraszam za niego... - sapnąłem, łapiąc go za ramię.
I wyszliśmy z domu, nasze kroki pokierowały nas w kierunku szkoły. Panowała po między nami wielka, niezręczna cisza.
- Axel. - powiedział, przystając. - Jeśli jest coś ważnego co chcesz mi powiedzieć? 
- Skąd taki pomysł? - spytałem, wzruszając ramionami.
- Lepiej żebyś powiedział teraz. - spojrzał na mnie wymownie. - Nie chcę mieć stresu przed wejściem na boisko.
- Skoro tak... - odparłem, na co oczy blondyna się powiększyły. - Diana właśnie będzie operowana.... i może zginąć.
- Że co? 
- No co... chciałeś już to masz. - odburknąłem.
- Myślałem, że chciałeś mi powiedzieć, że bardzo mnie cenisz jako przyjaciela... - podrapał się po głowie, a ja uniosłem jedną brew do góry. - Nie myślałem, że wypalisz do mnie z taką torpedą.
- Nie myślałem, że jesteś aż taki narcystyczny. 
- Okej.. - pokiwał głową, będąc urażony przez moje słowa. 
- Sam widzisz... - urwałem, klepiąc go po ramieniu. - Stawka jest wysoka.

* Mark's POV *



Po tym jak dostałem wiadomość od Nelly, byłem zaskoczony. Niby minęło raptem 2 dni, mieliśmy mieć przerwę, a tutaj jak gdyby nigdy nic pisze do mnie. Udałem się pod szkołę i tam przybiłem z każdym piątkę, gdy ją zobaczyłem, nasze spojrzenia zetknęły się na sekundę, a potem dziewczyna gestem ręki, poprosiła bym podszedł.
- A więc...  o co chodzi?
- Nastąpiła zmiana miejsca.. - urwała, głęboko wzdychając.
- Jak to przenieśli mecz w inne miejsce? - spytałem zdenerwowany.
- Właśnie otrzymałam telefon w tej sprawie. - brunetka poprawiła niesforny kosmyk. - Nie jestem wszechwiedząca, więc do cholery nie zadawaj mi takich durnych pytań.
- Myślałem, że managerka wie wszystko najlepiej. - sapnąłem, a dziewczyna zrobiła się czerwona z gniewu.
Już miała się na mnie ruszać, ale między nami stanęła Silvia. 
- Możecie mi powiedzieć co z wami jest? - spojrzała na mnie. - Mark? 
- Chyba Nelly doskonale zna odpowiedź na to pytanie - odparłem, oddalając się od nich.
Na horyzoncie zobaczyłem Nathan'a i Axel'a. Wybiegłem im na przeciw. Gdy stanąłem przed nimi, coś mi nie pasowało. Gdzie jest moja siostra? Przybiłem z nimi piątkę. 
- A Diana? - na to pytanie, wzrok Axela skierował się w dół.
- Potem do nas dołączy.. nie martw się. - powiedział Swift, klepiąc mnie po plecach.
Czas wyruszać, więc wszyscy usiedli w naszym karawanie. Zająłem miejsce obok Blaze'a, który wydawał się dzisiaj wyjątkowo ponury. Nie zamierzałem tego dociekać, ponieważ sam już jestem zaniepokojony tym stanem zespołem. Po opowieściach Jude'a przeraziłem się na dobre. Ale po mimo tego w moim sercu jeszcze są jakieś złoża nadziei. Gdy dotarliśmy się na wyznaczone miejsce, wytrzeszczyliśmy oczy, przed nami mieściło się ogromne koloseum podobne do tego znajdującego się w Rzymie. Zaciekawieni weszliśmy do środka, postanowiliśmy być ostrożni, dlatego zaczęliśmy oglądać każdy zakamarek tego miejsca. Tymczasem Hillman wziął mnie na bok, na poważną rozmowę. 
- W czym rzecz? - spytałem zdezorientowany. 
- Mam Ci coś do powiedzenia przed meczem, Mark. - powiedział trener Hillman, obdarzając mnie smutnym wzrokiem. 
- Proszę oby to nie były złe wiadomości... - jęknąłem.
- Otóż... - westchnął ciężko. - Dark był zamieszany w śmierć twojego dziadka. 
Zapanowała cisza po między nami. Nie wiedziałem co powiedzieć i co zrobić. Szczerze powiedziawszy, spodziewałem tego po trochu, ale myślałem, że mogę się mylić.  Zacisnąłem  pieści, te wszystkie intrygi mają swoje drugie dno - Dark nienawidzi każdego z nazwiskiem Evans. Jestem na niego niewyobrażalnie wkurzony, okrążyłem wzrokiem cały budynek i wzniosłem zawistną pięść do góry. Zabił mi idola, człowieka, którego uważam za swój autorytet, aż wreszcie mojego dziadka. Odebrał mi wspaniałą możliwość nawiązania z nim relacji rodzinnych i tych związanych z piłką nożną. I kiedy gorzej być nie może, właśnie takich rzeczy się dowiaduje akurat przed ważnym dla mnie meczem... Coś jeszcze losie masz w zanadrzu?
- Po co pan mu to mówił?! - zza moich pleców uniosła się gniewnie Nelly.
- Ty wiedziałaś? - spojrzałem na nią ponownie. - I przez ten czas... nic mi nie powiedziałaś. 
- Ja... nie chciałam. - jęknęła. - Poza tym... dowiedziałam się o tym, podczas kiedy mój tata był w szpitalu, zrozum mnie.
- To cię nie usprawiedliwia. - uciąłem szybko. - Nigdy nie stawiasz uczuć innych przez swoje. 
- Uspokójta się. - zciszył nas trener. - Słuchaj, nie chcę abyś z takim nastawieniem poszedł na to boisko. To przez nienawiść Dark'a, piłka jest tak hańbiona, pokaż mu, że jest jeszcze jedna, piękna strona tego sportu.
Poczułem rękę na moim lewym ramieniu, to był Axel. Dobrze wie, co czuję - w końcu ten sam człowiek chciał uśmiercić jego siostrzyczkę. 
- Okej. - klasnąłem w dłonie, przywołując do siebie całą drużynę. -Nie planowałem tego ciągu nieszczęść, które los zsyła na naszą głowę. Walić to. Nasza drużyna nie zrażała się nawet wtedy kiedy ryzykowaliśmy życiem, samym staniem na boisku. Dzięki naszej niezłomności i determinacji, jesteśmy jak okrągły stół króla Artura, jesteśmy niepowstrzymani. Damy radę panowie!
Ruszyliśmy w stronę boiska, a jako, że mieliśmy jeszcze trochę czasu na ćwiczenia, zrobiliśmy truchtem osiem kółek. Następnie kilka minut przed rozpoczęciem udaliśmy się do szatni. Kiedy zobaczyłem te blizny na każdym naszym zawodniku, poczułem lekki, przyjemny dreszcz. Napawa mnie dumą to jak wiele przetrwaliśmy, zostawiając na sobie zwycięskie rany. Ukradkiem zobaczyłem na Axel'a, chłopak kurczowo trzymał w ręku srebrny wisiorek. 

* No One's POV *

I zaczyna się! Wszyscy na to czekaliśmy i być może i wy (czytający ten rozdział) też na to czekaliście na wieków. Otóż na naszych oczach będzie rozgrywał się mecz wszech czasów, który zmieni dosłownie wszystko, jeśli chodzi o piłkę nożną. Kapitanie podali sobie ręce i wymienili się gniewnymi spojrzeniami. Jak to zwykle bywa zaczynają goście, w drużynie Raimon następuje szybkie podanie. Biegną w kierunku bramki Zeusa, jednak na swojej drodze napotykają kapitana tej że drużyny - Bayrona Love. On pstryka tylko palcami i w mgnieniu oka odbiera im piłkę. Nikt nie potrafi go powstrzymać. Gdy kapitan był już wystarczająco blisko pola bramki Raimona, blondyn zatrzymał się. 
- Masz jeszcze czas. - sapnął w stronę Marka. - Poddaj się teraz. 
Jednak Evans niewzruszony jego groźbą, klasnął rękawicami i ustawił się na swojej pozycji. Bayron więc uniósł się do góry, wyglądał tak jak anioł, pojawiły się przy nim skrzydła. Piłka z pomocą BOSKIEJ WIEDZY poleciała z zawrotną szybkością i mocą. Mark próbował ratować się tym czym mógł, dlatego zasłonił się BOSKĄ RĘKĄ, ale BOSKA WIEDZA z łatwością to przełamała. Chłopak mocno upadł na ziemię, ten strzał był wyjątkowo mocny. To jeszcze bardziej zmobilizowało drużynę Raimona,widząc zło, które Dark szerzy w drużynie Zeusa. Do bramki przeciwnika podążali tymczasem Kevin i Axel, wykonali swoje słynne SMOCZE TORNADO. Jednak bramkarz je szybko zdmuchnął, jakby smok dmuchał ogniem w małą, niewinną owieczkę. Kolejne ataki nadlatywały takie jak TRÓJ FENIKS, KRÓLEWSKI PINGWIN, ale one również zakończyły się niepowodzeniem. Do bramki zbliżali się niebezpieczni i nieprzewidywalni przeciwnicy. Ziemia pod ich stopami trzęsła się jak oszalała, zupełnie tak samo jak przy trzęsieniach ziemi. Raz po razie piłkarze z Inazumy padali jak kaczki, celnie ustrzelone i zabite przez myśliwego. 
Liczba piłkarzy Inazumy na boisku zmieniła się z jedenastu podekscytowanych meczem chłopaków w ledwo żyjących i stojących piłkarzy. Wynik to 3:0 dla Zeusa. Co w nich takiego boskiego jest? - pewnie spytacie. Czy to talent? A może dar? Zdecydowanie coś jest na rzeczy, wyczuwam to przez swój nos. Nawet nie minęła pierwsza część meczu, a Zeus zabawiał się i jednocześnie zwalał przeciwników na kolana. Kapitan, Mark Evans po mimo ataków na jego pozycję, nie poddaje się, dzielnie znosi ból i powoli wstaje. A co z resztą? Kevin ma zwichnięty obojczyk po obronie bramkarza, Glass stracił przytomność z powodu trzęsień boiska, mały Timmy złamał nogę, gdy jeden z piłkarzy Boskiego Liceum go podkosił. Jest coraz gorzej, a trener Hillman jest zszokowany, a zarazem wściekły zaistniałą sytuacją. Nie trudno mu (nam) ustalić kto jest inicjatorem tej wielkiej rzezi. Pewnie teraz Dark uśmiecha się w sobie, bo mu się udało - pogrążył najwspanialszy ród Evansów. Czy losy tego meczu są przesądzone? Wszyscy z 11 Raimon'a leżą jak zabici. A na twarzach graczów Zeusa pojawił się zły uśmiech z tego powodu. Piłka wciąż wędruje do Mark'a, a raczej w Marka - trafia ona w jego twarz, w brzuch, a nawet w krocze. Chłopak upada na twarz tak jak reszta zespołu. 
Czy to koniec meczu? Wszystko na to wskazuje - sędzia wychodzi na boisko i ma zamiar oznajmić wynik.
- Z powodu niemożności Inazumy Eleven mecz zostaje...
- Hej, ty! - krzyczy Sharp, który chwieje się na własnych nogach, w stronę Bayrona. - Ja jeszcze nie skończyłem.
Nagle wszyscy podnoszą się jak feniks z popiołów.
- Nie ma z nami tak łatwo, patałachy! - wyrwał się Nathan, który nastawił sobie rękę, wyrwaną z nawiasów.
- Obiecałem jej, że się nie poddam... - wymamrotał Blaze, obcierając krew z nosa. - Pokażcie co dla nas macie!

* Diana's POV *



- Siostro, proszę o szybkie nawodnienie. - powiedział jakiś dziwny głos. 
Otworzyłam ociężałe powieki, czułam się trochę obolała, ale najważniejsze jest to, że żyję. Kiedy odzyskałam pełną świadomość, uświadomiłam sobie, że się udało, jestem w szpitalu, gdzie wszędzie biało, ludzie biali, meble białe.
- Dzień dobry! - słysząc to, podskoczyłam przestraszona donośnym głosem.
Okazało się, że to jest doktor. 
- A więc.. - popatrzył na kartę. - Operacja trwała jakąś godzinę.
- Czy-yli ja-a żyję? - wymamrotałam, przecierając twarz.
- Wszystko poszło sprawnie. - pogłaskał mnie po głowie. - Jak na razie jest dobrze, ale będziesz musiała przyjmować leki normalnie i dużo odpoczywać. 
Pokiwałam na to wszystko głową. Teraz na pewno tego nie oleję, nie ma mowy, zbyt długo zbywałam swój stan zdrowia. Nie mogę być powodem zmartwień dla moich bliskich. Muszę z tym walczyć, tak jak chłopcy walczą o mistrzostwo. 
- Czy telewizor tu chodzi? - spytałam, przypominając sobie o meczu naszych chłopców.
W mgnieniu oka podano mi pilot, szybko wybrałam odpowiedni program. Widząc ten obraz, zasłoniłam twarz, byłam tym przerażona. Ta banda boskich dzieci zmasakrowała naszą drużynę w drobny mak. Kevin, Timmy, Todd, Willy siedzieli równie przerażeni jak ja na bramce. Jakiś blondynek z włosami długością równych moich, stał sam na sam z Markiem. Piłką masakrował jego twarz, mój brat cały czas upadł i dzielnie wstawał. Taki już jest, jest niezniszczalny. Nagle usłyszałam zachrypły głos, to był Jude, który nie mógł nawet otworzyć oczu.
- Zszokowany? - uśmiechnął się. - To nasz kapitan, zapamiętaj tą twarz. Jest niezwyciężony, bo za każdym twoim ciosem wstaje jeszcze silniejszy. Każdy upadek spowodowany kometami twoich strzałów, dodaje mu siły. Nie możesz się mierzyć z tą boskością. 
Na twarzy blondyna można było zaobserwować wielkie zdenerwowanie. I kiedy kolejny strzał miał paść, nagle ni stąd ni zowąd tamci zrobili sobie przerwę. Zeszli z boiska, zaczęli pić jakąś wodę podawaną przez jakiegoś zamaskowanego typa. Domyślałam się, co może być w tych pucharkach. Oni stosują doping, ale czy na pewno? Muszę się przekonać na własne oczy. Postanowiłam się tam jak najszybciej dostać, zaczęłam powoli wstawać.
- Dokąd? Czy pani upadła na głowę?! - wrzasnęła spanikowana pielęgniarka.
- Po wypis. - spojrzała na mnie zdziwiona.
- W takim stanie?
- Dawaj mi kobieto ten papier, bo czasu coraz mniej. - warknęłam, a ta poszła po doktora.
- Co ci się tak śpieszy? - spytał doktor, krzyżując ręce na piersi.
- Podajcie mi jakieś przeciwbólowe i odlatuje stąd. - sapnęłam, zakładając swoje buty.
- W celu? - spojrzał na mnie jak nieudolnie próbowałam związać sznurówki
- Mam misję.
- Wiesz, że...
- To ryzykowne, ja wiem. - odparłam, powoli się prostując. 
Oni nie rozumieją powagi sytuacji, nie mogę siedzieć bezczynnie na dupie i patrzeć ze spokojem jak masakrują moją drużynę.
- Siostro. - kobieta szybko ruszyła po ampułkę z tabletkami.
Popiłam je wodą szybko wodą. Potem przebrałam się i podeszłam do recepcji, tam odebrałam wypis i ruszyłam szybko (robiłam to w swojej mocy, po mimo bólu) w stronę wyjścia. Szybkim krokiem wstąpiłam do domu, był zamknięty tak jak się spodziewałam. Schyliłam się i wyciągnęłam z pod wycieraczki klucze. Przekręciłam zamek w drzwiach i udałam się na górę. Poszłam też do łazienki, a tam umyłam się, uczesałam włosy w kok i zmieniłam ubraniaPrzez telefon zamówiłam taksówkę, po mimo, że nie wiedziałam jak tam dojechać. Na szczęście pan taksówkarz po słowie - Inazuma wiedział o co mi chodzi i skierował mnie w odpowiednie miejsce. I nim się spostrzegłam stałam pod wielkim, wręcz monumentalnym koloseum, weszłam niepewnie do środka. Wszędzie roiło się od korytarzy, w jednym z nich, zobaczyłam coś co przykuło moją uwagę. Był to korytarz, którym było bardzo ciemno - to jeszcze bardziej podsyciło moją ciekawość. Powoli, na palcach podeszłam kawałek do tej jaskini. Wychyliłam głowę i zauważyłem jakiś dwóch ochroniarzy stojących przy wielkich drzwiach. Musi być za tym za pewnie zawartość, tego świństwa co podają tym piłkarzom.  
- Co bym dał, aby wypić choć kroplę tej wody. - zaśmiał się jeden z nich. 
-  Wtedy byś mógł dosłownie wszystko.
Zapachniało mi to od razu panem Rayem Darkiem. Dobrze wiem, że ta świnia nie dała sobie wolnego ani na moment. Nagle usłyszałam jakieś piski, które niebezpiecznie zbliżały się w moją stronę. Moim oczom ukazały się kolejno Celia, Silvia i Nelly, które wybałuszyły na mnie oczy.
- Co ty tu robisz? - spytała Celia, przyglądając mi się uważnie.
- Przyszłam po prawdę... - spojrzały po sobie. - Czyli po to samo co wy.
- Dlaczego cię nie było na pierwszej połowie meczu? - zagadnęła Silvia. 
- To długa historia, później wam opowiem. - odpowiedziałam wymijająco - Trzeba to powiedzieć chłopakom no już.