sobota, 1 lipca 2017

Rozdział:54

" Po tym telefonie zacząłem biec jak szalony. Wiedziałem, że teraz nie mogłem zwolnić a zwłaszcza w takiej sytuacji jak ta. Otworzyłem z zamachem drzwi i wyciągnąłem za kaptur Erica.
- Stary, jesteś jakiś niespokojny dziś. - stwierdził, patrząc na mnie. 
- Co ty nie powiesz. - spojrzałem na niego rozdrażnionym wzrokiem. 
- Właśnie wyciągasz mnie z najlepszej biby cały w piórkach i ja się pytam.... - klasnął w dłonie. - Na co?
- Potem ci powiem. - uciąłem i zacząłem przyśpieszać kroku.
Nawet nie zauważyłem, że jesteśmy już na parkingu szpitalnym.
- O-oo... teraz rozumiem! - sapnął, klaszcząc dłonie. 
- Czas poznać wyrok, mój przyjacielu. - odparłem i wtedy pewnym krokiem przekroczyliśmy progi budynku."

* No One's POV *

Może wam się teraz wydawać, że nasz bohater Jude właśnie odszedł na tamten świat. Bądźmy szczerzy nikt nie przetrwałby takie postrzału, dużej utarty krwi i operacji zagrażającej życiu. Za pewne przygotowaliście sobie chusteczki by obcierać łzy, ale jeszcze chwilę musicie się powstrzymać. Dzisiaj mija dokładnie sześć miesięcy od tego momentu w którym Jude został w śpiączce farmakologicznej. Jak dobrze wiecie taka śpiączka nie może przekraczać sześciu miesięcy, dlatego do szpitala została wezwana rodzina Sharpa. Doktor Jefferson nieśmiało zaprowadził państwo Sharp do swojego gabinetu.
- Wezwałem państwa ponieważ.... 
- Chodzi o naszego syna? - spytał bezpośrednio pan Sharp.
Lekarz pokiwał powoli głową, usiadł za swoje biurko i położył kartę chłopca.
- Jak wiecie wasz syn jest pod śpiączką farmakologiczną....
- Jak jego wyniki? - spytała nieśmiało żona pana Sharpa.
- Właśnie miałem przechodzić do tego tematu. Chodzi o to, że pan syn po mimo najśmielszych starań...
- To niemożliwe! - sapnął mężczyzna wstając z krzesła.
- Jest mi bardzo przykro.. - na te słowa kobieta zaczęła cicho szlochać.
- Czy jest jeszcze coś co ocali mojego syna? 
- Niestety... ale wykorzystaliśmy wszystkie opcje.
- Chce nam pan powiedzieć, że... - spojrzała  na niego przerażona. - ...Jude umiera?
Kobiecie odpowiedziała cisza która równała się z potwierdzeniem jej przypuszczeń.
- Czy możemy go zobaczyć?
- Oczywiście. - odparł doktor Jefferson.
I tak cała w smutku i cierpieniu rodzina Sharp miała zamiar ostatni raz zobaczyć swojego wychowanka. Gdy weszli do sali na ich twarzach ponownie zagościły łzy wraz z doktorem podeszli do łóżka na którym leżał chłopak. Gdy się mu przyjrzeli jego twarz była blady, a na niej gościł błogi spokój. Kobieta usiadła przy jego łóżku i w swoim maraźmie wzięła jego dłoń i zaczęła całować.
- Mój ukochany.. - jęknęła, ściskając jego dłoń.
- Jude... proszę cię, obudź się! - krzyknął przeraźliwe mężczyzna.
- James uspokój się... - skarciła go kobieta. - To na nic.
I w tym momencie ręka chłopaka zaczęła ściskać jej rękę, a jego powieki zaczęły lekko drgać.
- Wołajcie doktora! - krzyknął James Sharp widząc to co się dzieje.
W momencie kilka pielęgniarek przybiegło do nich
- Szybko, doktorze! - jedna z nich zaczęła go poganiać. - Coś się dzieje z pacjentem Sharpem!
- Jakie parametry? - spojrzał zdezorientowany na to całe widowisko. 
- Są... - spojrzały na maszynę monitorującą pracę serca. - ..w porządku. 
- To niemożliwe! 
- Czy to jakiś kiepski żart, doktorze?
- Sam nie wiem co się dzieje... - mruknął do siebie doktor.
- Ten dzieciak przeleżał u nas niecałe sześć miesięcy!
- Powinniśmy go już dawno odpiąć od aparatury!
- Ale nie zrobiliśmy! - klasnął w dłonie doktor. - To jest nasz mały cud!

* Jude's POV *



Przymrużyłem oczy i próbowałem je otworzyć ale powieki były tak ciężkie, że tylko mogłem je mrużyć. 
- Jude! - usłyszałem głos doktora.
Natychmiast moje oczy się otworzyły i wtedy zobaczyłem jego ucieszoną twarz, stojące wokół mnie zdziwione pielęgniarki oraz moich roztrzęsionych rodziców posłałem mu słaby uśmiech. 
- Co się ze mną działo? - szepnąłem.
- Przez prawie sześć miesięcy twój organizm się regenerował. - odparł lekarz. 
- A ty... przespałeś to wszystko. - odparł ojciec
Moje oczy nie dość, że były zmęczone to zdziwione natłokiem nowych wiadomości. Nie mogłem temu szaleństwu uwierzyć przecież miałem robioną natychmiastową transfuzję. No ale ten proces najwidoczniej nie przywrócił mi tej dużej dawki krwii, którą utraciłem. Zauważyłem, że doktorek szybko zmył się za drzwiami sali i zostawił mnie z moimi starymi. Moje łóżko akurat stało blisko drzwi, więc dokładnie mogłem usłyszeć każde słowo, wypowiedziane przez każdego. Rozmawiał z moim wcześniej wspomnianym, Bobby'm.
- Jest pan najbliższą...
- Tak... - jego głos był załamany. 
Za pewne przeczuwał najgorsze, ale chyba każdy z nich nawet ja sam - z lekcji biologi wiem, że śpiączka farmakologiczna nie powinna tyle trwać. 
- Muszę pana powiadomić, że pan Sharp... - wybudził się. 
Teraz mogę sobie wyobrażać jak jego twarz wygląda. Pewnie te wielkie brązowe oczy na wieść o moim zmartwychwstaniu  są  teraz przepełnione radością i zdziwieniem jednocześnie, a z tych nerwów przygryza swój język. Nie minęło kilka sekund a on zaczął się krzyczeć ze szczęścia. 
- To jest jakiś cud! 
- Proszę się uspokoić.
- Muszę powiadomić wszystkich i to już! - chłopak klasnął w dłonie.
- Ależ proszę zachować nerwy na wodzy. - próbował go uspokoić doktorek.
- Można go już odwiedzić?
- Musi pan poczekać...
 Skrzypienie drzwi i Bobby był już w mojej sali. Ten widok mnie nie dziwi gdyż chłopak zawsze ma w nosie przestrogi kogoś starszego od siebie. Stał przez parę minut jak wryty patrząc na mnie, a  posłałem mu słaby uśmiech gdyż tylko na tyle było mnie stać. Czuję się jakbym był martwy z zewnątrz ale żywy w środku. Przez sześć miesięcy byłem w szpitalu i na samą myśl o tym czuję się przerażony. Tymczasem chłopak po chwili jednak zdecydował się podejść. Robił to jednak powoli jakbym był jakimś zwierzęciem w zoo, a na mojej klatce byłby znak z napisem "NIE ZBLIŻAĆ SIĘ".
- Stary... to ja! 
- Jude.... bracie! - odparł, siadając obok mnie. - Ominęło cię wiele rzeczy...
- Zdaję sobie z tego sprawę. - odparłem mu na to. - Co z resztą ?
- Bądź o to spokojny. - odparł, lekko klepiąc mnie po ramieniu. - Zawiadomiłem Dianę i jestem pewien, że już jadą... wszyscy. 
Do jego oczu nagle napłynęły łzy, położył się na moim łóżku i zaczął ryczeć. 
- Bobby... nie teraz. - odparłem, głaszcząc go po głowie. - Mogę cię o coś prosić?
- Co ci potrzeba? - zerwał się nagle.
- Zabiłbym za szklankę... - i nim zdążyłem dokończyć zdanie on już wracał z kubkiem pełnym wody. 
Podał mi papierowy kubek pełny po brzegi wody a ja wypiłem całą zawartość kubka duszkiem. 
- A więc... - odparłem, poprawiając się na łóżku. - Co mnie ominęło?
- To długa historia...
- Mamy czas. - odparłem, a chłopak ciężko westchnąć.
- Od czego mam zacząć? 
- Najlepiej od początku. - podpowiedziałem mu.
- Przepraszam bardzo, ale musi pan na chwilę wyjść.. - odparła pielęgniarka.
- Zresztą ona ci wszystko opowie. - machnął na to ręką i wyszedł.
- Bobby!

* Diana's POV *



- Max, nie mamy czasu! - odparłam zdenerwowana. 
- Przed chwilą zasłabłaś... - sapnął, pchając mnie abym wróciła na swoje miejsce. -  Odpocznij sobie.
Przez ze mnie możemy się spóźnić a nawet nie zdążyć... się pożegnać. Teraz nie miałam ochoty na żaden odpoczynek zależało mi teraz na to aby dostać się do tego miejsca jak najszybciej i dowiedzieć się coś o Judzie. Nie wierzyłam, że będę kiedyś w stanie tak przeżywać stan człowieka, który zamienił moje życie w piekło. Mój brat najwidoczniej na mnie wpłynął - Mark w każdym człowieku widział tą dobrą stronę. 
- Carson, z drogi! - krzyknęłam, popychając go. 
Brunet poprawił swoją czapkę i tylko pokręcił na mnie głową. Zaczęłam niezdarnie wstawać - jak widzicie to nie mój dzień. Chyba każdy dzień nie jest mój, ale jakoś dzisiaj czuje się wyjątkowo słabo. Może to jakiś znak? Jeśli tak to nie zanosi się na to aby historia Sharpa miała szczęśliwe zakończenie. Na chwilę zrobiło mi się ciemno przed oczami na szczęście był tam Max, dzięki któremu mogłam się zebrać w sobie po mimo mojego beznadziejnego stanu. 
- Kiedy ty zaczniesz dbać o siebie zamiast o innych?
- Zamknij się. - burknęłam. 
- Przestań się mi przeciwstawiać, teraz...
- Mam to gdzieś, okej?! - zaczęłam krzyczeć i piąstkować jego tors. 
Ale i na to nie miałam siły usłyszałam głębokie westchnięcie. Brunet bez zastanowienia wziął mnie na ręce i razem zmierzaliśmy w kierunku szpitala - na szczęście byliśmy niedaleko. Kiedy weszliśmy na teren szpitala chłopak postawił mnie na ziemię. Zmęczeni drogą weszliśmy do środka, ociężale opadłam na krzesło. 
- Czekaj, idę ci załatwić jakieś leki. - sapnął udając się do pokoju pielęgniarskiego. 
Pokiwałam głową i miałam ochotę tam zasnąć, ale gdy tylko zamknęłam oczy to czułam, że już nie będę mogła się obudzić. Wolałabym być jeszcze świadoma tego co się stanie albo już stało. Max usiadł obok mnie i bez słowa podał mi wodę z tabletkami. Połknęłam je i łapczywie popiłam wodą - może ten gorzki posmak, sprawi, że będę spokojniejsza. Poczułam jak chłopak łapie mnie za rękę. Nie próbował ze mną rozmawiać gdyż doskonale wiedział, że to nic nie da, zacisnęłam mocniej jego rękę. Po chwili wyszedł z sali Shearer a ja rzuciłam mu się w objęcia. 
- Mów. - zażądałam.
- On żyje. - odparł z uśmiechem na twarzy. - Jest nieznośny, ale... żywy. 
Po moje twarzy momentalnie popłynęły łzy. Wtedy nawet nie wiedziałam co robię i po prostu nie panowałam nad sobą. I gdy podszedł do mnie Carson to go pocałowałam. A on oddał pocałunek, a ja mając w sobie te emocje przyssałam się do jego ust. Moje serce w tym momencie próbuje zastąpić Axela w tym przypadku Max'em. Ale Axel jest niezastąpiony, nasza historia to co zupełnie coś innego. Poza tym Carsona traktowałam zawsze jak brata. Po tych przemyśleniach szybko oderwałam się do niego i udałam zaczerwieniona do sali. Rozglądnęłam się po sali i patrzyłam za nim. Gdy go zobaczyłam podbiegłam do jego łóżka.
- To prawda! - jęknęłam, biorąc jego ręce i całując. - Jajciu...
- Jestem Jude, ale... to też mi pasuje. - odrzekł, śmiejąc się pod nosem. 
- Po tak długim okresie humorek ci nie słabnie.  - odparłam, słabo się uśmiechając. - Zupełnie jak Axel.
- Jak się czujesz? - spytałam, patrząc na te wszystkie elektroniczne tabliczki.
- Powinien chyba zapytać o to ciebie. - spojrzał na mnie uważnie. 
- Jak jedna wielka beznadzieja.
- Nawet kiedy mnie nie ma daję ci kopniaki.
- Największym kopniakiem była ucieczka Axela. - palnęłam, zatykając usta.
- Ucieczka?
- Tak... - urwałam niepewnie. - Okazało się, że ma... zatargi z mafią.
- O matko... - jęknął, łapiąc się za głowę.
- Ale nie o tym teraz. - ucięła szybko. - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. 
- Mówią, że mój stan jest w porządku. - sapnął, zamykając oczy. - Ale ja w środku jestem strasznie słaby.
- To znaczy, że żyjesz. - odparła, śmiejąc się pod nosem. - Zobaczysz wszystko w twoim ciele musi się uspokoić i zregenerować.  
Położyłam się na jego torsie a jego serce waliło mu jak oszalałe. Podobno wybudził około godziny piętnastej - spojrzałam ukradkiem na zegar wiszący na przeciwko jego łóżka, jest piętnasta piętnaście. Jestem w sam raz. 
- Czy to prawda, że Celia chciała się zabić? - wycedził nagle. 
Skierowałam mój wzrok na jego twarz. Co mam powiedzieć? "Tak, chciała to zrobić." - przecież ta informacja może go wprowadzić do grobu. Pewnie zapytacie jak to się stało? Otóż jak wiecie ta cała sytuacja najbardziej przerosła właśnie ją a gdy wszystko nas przytłacza to wolimy po prostu zniknąć i nie czuć nic. Świat bez bliskiej osoby nie jest normalnym życiem tylko jedną wielką pustką. Na szczęście był przy tym wszystkim Bobby, która wyrwał jej nóż z ręki w ostatnim momencie. On też miał po dziurki w nosie tej sytuacji dlatego też miedzy nimi nastała cisza, która trwa do dziś.  
- Cholera. - zacisnął pięści. - Co gdybym...
- Nie ma żadnego gdyby... zrozum to co się stało nie jest twoją winą. Nie planowałeś tego, że Joe cię zastrzeli. - wtrąciłam się. 
- To mnie tam nie było... - sapnął. - Mogłem ją uchronić.
- Oczywiście, że byłeś. - odparła. - nie fizycznie ale duchowo wspierałeś nas wszystkich.
- Ale to nie wystarczyło...
- Nie gdybaj Jude... skup się na teraźniejszości. - uścisnęłam jego dłoń. - Ty żyjesz!
- Ale bez ciebie bym tego nie zrobił.
- Co masz na myśli? - odparłam rozbawiona.
- Ocaliłaś mnie. - spojrzałam na niego zdziwiona. 
- Jak to? - nadal byłam oszołomiona jego wyznaniem. - Że ja?
- Z nicości pojawiłaś się w mojej głowie. - odparł, uśmiechając się w moją stronę. - Byłaś taka wesoła i uśmiechnięta tak jak za dobrych czasów. 
- I co dalej?
- Podałaś mi rękę i pomogłaś mi się wybudzić. - ścisnął moją rękę. - Zawdzięczam ci życie, Dan. 
- Zwariowałeś. - odparłam, całując jego czoło. 
- On tam jest?! Wpuszczajcie mnie!!
-  Chyba czas już na mnie. - odparłam, wychodząc i mijając się z Celią.
Na poczekalni zobaczyłam cały Raimon, w tej dużej grupie zauważyłam mojego brata, podbiegłam do niego i przytuliłam. Jednak nie wszyscy tu byli. Zauważyłam, że Max się zmył i już wiedziałam dlaczego. Teraz muszę go znaleźć dlatego zaczęłam rozglądać się za Nathanem. 
- Jest na zewnątrz. - odparł Eric, wskazując na wyjście. - To znaczy oni. 
Skierowałam swoje kroki w stronę wyjścia. Gdy byłam na zewnątrz pokręciłam głową to w lewo to w prawo. Po chwili zauważyłam ich, mieli dość krótką wymianę zdań, a na mój widok blondyn szybko się oddalił i minął mnie bez słowa.

* Max's POV *



Przez całą tą drogę już miałem jej dość, ale widok tego uśmiechu, był tego warty. Podszedłem do nich, a ona mnie pocałowała. Teraz moją głowę zaprząta właśnie ten nieszczęsny pocałunek. To było takie... cudowne? Ale sama myśl, że zrobiłem to z Dianą przyprawiała mnie o ciarki. Nie żeby coś, Diana jest piękną i wspaniałą dziewczyną. Ale od zawsze widzę w niej przyjaciółkę i traktuję ją jak własną siostrę - w końcu jest moim najlepszy ziomkiem. A teraz co? Nie dość że oddałem pocałunek, to ona jakoś zapragnęła by ta chwila potrwała dłużej i się przyssała do mnie. Na szczęście w miarę się szybko opamiętała i sama się ode mnie odcięła po czym jak gdyby nigdy nic poszła do Juda. Po tym wszystkim czułem się dziwnie sparaliżowany. I widziałem, że nie tylko ja czuje się z tym nie najlepiej. Zdałem sobie sprawę, że zostałem bezprawnie wykorzystany. Jak dobrze pamiętacie w takich sytuacjach to Axel był przy jej boku - to on był ten od całowania, wspierania i miziania. A jako że go nie ma i napatoczyłem się ja to wygląda jakbym zajął jego miejsce - po prostu pojawiłem się w odpowiednim miejscu i czasie. Zawsze zastanawiałem się widząc ich razem jakie to uczucie i już wiem, to okropność - moja ciekawość została zaspokojona.
- Halo... Max? - usłyszałem Bobby'ego 
- Co? - otrząsnąłem się z amoku.
- Co tu się... - spojrzał na mnie rozradowany.
- Stary.... - pokręciłem głową. - ...to pomyłka. 
- I co podobało się? - dźgnął mnie w bok.
- W sumie... - szybko się otrząsnąłem. - Ja nie powinienem w ogóle.... 
- Nie mów, że ty pierwszy raz... 
Tak. - uciąłem szybko chowając się pod moim płaszczem wstydu.
- O-ooo... mój miły! - odparł, klepiąc mnie po ramieniu. 
- Nie, nie.... na samą myśl, mam ochotę się zrzygać. 
- Powinieneś się cieszyć! 
- Bobby... to jest moja przyjaciółka... to nieetyczne. - jęknąłem, łapiąc się za głowę. 
- Szczerze mówiąc gdybym miał mieć z pierwszy pocałunek to z Dianą. - odrzekł, zastanawiając się przez chwilę. - Zawsze sobie myślałem....
- Bobby. - warknąłem. - Na prawdę nie chcę wiedzieć, co sobie myślałeś albo myślisz. 
- Czy ty lubisz...
- Nie jestem gejem. - burknąłem naburmuszony. - Nigdy nie szukałem miłości po prostu uznałem, że ona sama przyjdzie. Ale kurka, nie spodziewałem się, że aż tak  jej się spieszy! 
- Rozumiem cię, chyba... - zmarszczył czoło. - Ale nie wiem co ci powiedzieć więcej ponieważ jestem taki jaki jestem...
- Więc może już się zamkniesz?  
Wiedziałem, że muszę stąd uciekać i to jak najszybciej. Po chwili zobaczyłem Swifta, którego od razu chwyciłem go za kaptur i zaprowadziłem na zewnątrz. 
- Co jest? - urwał, patrząc na moje zabiegane spojrzenie. 
- No bo... ja i Diana... - ledwo wykrztusiłem ze siebie słowa.
- Coś ty narobił? - spojrzał na mnie uważnie.
- Może chciałem.... ja nie wiem! - burknąłem, kładąc ręce na piersi.
- Ostatni raz widziałem cię takiego, jak zobaczyłeś komedię romantyczną. - stwierdził.
- Nate! - zacząłem wymachiwać rękami. - Nie pogarszaj tej sytuacji jeszcze bardziej. 
- Po prostu to powiedz! - krzyknął poirytowany moim roztrzepaniem.
- Diana mnie pocałowała. - wycedziłem przez zęby z zamkniętymi oczami. 
- Co? - odchrząknął zdziwiony. 
- Matko... - przetarłem twarz. -Jak tylko wróci Blaze, pierwsze co zrobi to skroi mi japę. 
- Jak ty się z tym czujesz
- Czuję się dziwnie... - skrzywiłem się na samą myśl o tym. - Mam odruchy wymiotne i na dodatek zdradziłem najlepszego kumpla.
- Co.
- Co lepsze oddałem ten pocałunek nie wiem co w mnie wstąpiło. 
- Stary... - spojrzał na mnie nadal zszokowany. - Zgrywasz się?
- Czy wyglądam na takiego co się zgrywa?! - złapałem go za ramiona. - To poważna sytuacja jełopie a ty jedyne co możesz mi powiedzieć to tylko "co". 
- Ja nie mogę w to uwierzyć... - urwał, patrząc na mnie rozbawiony. - W końcu ktoś poznał smak tych ust.
- Nie ma z ciebie pożytku. - machnąłem na niego ręką.
- Te, na horyzoncie!  - oglądnąłem się za siebie zobaczyłem ją. 
Na samą myśl moje serce zaczęło walić jak oszalałe. Do tego wszystkiego doszedł jeszcze ten potworny stres.
- Ja idę.. - sapnął zakłopotany Nathan. 
Tak najlepiej tak zrobić, zmyć się i zostawić mnie z tym gównem, tak?  
- Max... - urwała powoli do mnie podchodząc.
- Nie zbliżaj się do mnie. - odparłem ostrzegawczo i obróciłem się do niej. 
- Przepraszam.... - sapnęła, pochodząc do mnie. - Żałuję tego cholera.
Cofnąłem się. 
- Zdajesz sobie sprawę co ty zrobiłaś? - sapnąłem, łapiąc się za głowę.
- To był zwykły pocałunek. - odparła, wzruszając ramionami.
- Diana, dobrze wiedziałaś... 
- Spaprałam to, prawda? 
Po prostu mnie wykorzystałaś. - odparłem z wyrzutem. 
- Co?
- Potrzebowałaś maskotki to padło na mnie. 
- Jak śmiesz! - odparła, waląc mnie w ramię. - Po prostu nie panowałam nad sobą... tak trudno to zrozumieć?
- Pomyślałaś przez chwilę jak ja mogę się poczuć?
- Max ja na prawdę nie wiem co mam ci powiedzieć... - urwała zrezygnowana.
- Żadne słowa nie zmienią tej sytuacji. - stwierdziłęm. - Już za późno, już po fakcie..
- Może to dobrze... 
- Dobrze? - spojrzałem na nią zdezorientowany.
- Przynajmniej pocałowałeś się z osobą zaufaną. 
Sam nie wie... - i ponownie wbiła się w moje usta.
Po tym wszystkim dziewczyna zaczęła się śmiać.
- O matko... - próbowała się powstrzymać od śmiechu. - Gdybyś widział swoją minę! 
- To wcale nie jesteś śmieszne, Diana! 
- Wyluzuj.. - poklepała mnie po ramieniu. - Wiem, że nie powinnam tego robić. 
- Jak widać nie zrozumiałaś też tego, że mam swoją przestrzeń osobistą, którą przekroczyłaś.
- Wielkie mi halo! - machnęła na mnie ręką.
- Jak ja mam dalej żyć? - sapnąłem bezradny.
- Teraz będziesz musiał z tym żyć... - pogroziła mi palcem przed twarzą. - I nie patrz się na mnie jakbym ci zabiła kota, ja cię tylko pocałowałam.
- Ty wredna tutko. - odburknąłem, łapiąc ją i czochrając jej włosy.

* Celia's POV *



Tej nocy nie mogłam zasnąć, przewracałam się z jednej na drugą strony. A mimo tego moje oczy były otwarte, a mózg wędrował w ciemne uliczki moich myśli. Mam problemy ze spaniem od tego feralnego dnia i nie umiem sobie z tym poradzić. Kiedyś przy moim boku był Bobby, który zawsze potrafił sprawić, że przenosiłam się do krainy Orfeusza. Teraz jest zupełnie inaczej, ja jestem zupełnie inna. Mijała kolejna godzina, a ja nadal leżałam wpatrzona w biały sufit. Nagle zaczęło powracać do mnie jedno z wspomnień, które spędza mi kompletnie sen z powiek.
"- Zro-oo-bię to! - zaczęłam machać nożem mu przed twarzą. 
- Oddaj mi to! - odparł, szybko podchodząc do mnie.
Złapał mnie mocno za rękę w której dzierżyłam czarny nóż, który moja mama dostała od mojego ojca. Spojrzał mi w oczy, w których już nic nie było
- Prędzej czy później... - mruknęłam, patrząc mu w oczy. - zabiję się.
- Okej, śmiało. - nagle odpuścił i odszedł do mnie. 
- Tak szybko się poddałeś? - zaczęłam się śmiać.
- Nie ma sensu ci wybijać ci z głowy, więc... - wzruszył ramionami. - Nie krępuj się!
- Kiedyś i tak umrę! - odparłam, przybliżając narzędzie do mojej szyi. - i to na twoich oczach.
- Na przód, Celia!  Dlaczego z tym zwlekasz?
- Na prawdę pozwolisz mi na to? - spojrzałam na niego z nadzieją, że przerwie tą udrękę.
Chłopak natomiast jak gdyby nigdy nic usiadł na kanapie. Widząc to rzuciłam nóż na podłogę i podeszłam do niego.
- Pozwoliłbyś żebym się wykrwawiła, tak?
- Wiedziałem, że tego nie zrobisz...
- Co jest z tobą? - warknęłam, a on nagle wstał z sofy.
- To pytanie zadaję ci non stop. - złapał mnie za ramiona. - Lecz się, Celia!
- Czyli jestem wariatką, co? - odparłam, popychając go. - Co ty tutaj robisz, Shearer?
- Zastanów się teraz co mówisz. - mruknął, patrząc na mnie poważnie.
- Wynoś się! - krzyknęłam, pokazując mi drzwi. - Mam cię dość.
- Masz rację... co ja tutaj robię? - odparł, podchodząc swoją kurtkę. - Jesteś niemożliwa.
- Nie ma cię tutaj! - pomachałam mu na do widzenia.
- Wiedz jedno.... - złapał za klamkę. - Ja już tutaj nie wrócę. "
Ter az sobie uświadomiłam, ze Bobby miał rację - ja oszalałam i już nic nie jest w stanie pomóc. Już minęło sześć miesięcy a ja czuję się najgorzej na świecie. Codziennie widzę tę scenę jak Bobby wbiega do mnie i mówi mi, że mój brat jest w szpitalu i walczy o życie. Nie umiem już chyba normalnie żyć bez niego, teraz tak wygląda moja normalność - płacz, płacz i jeszcze raz p ł a c z. Nie potrafię, wrócić do normalności, jak oni - ci którzy kiedyś byli dla mnie przyjaciółmi, a teraz unikają mnie jak woda ognia. Z dnia na dzień rosła we mnie wielka agresja nie tylko do Królewskich, ale i do moich przyjaciół i rodziny. Bobby jak widać przetrwał ze mną jedynie 3 miesiące. 3 miesiące obrażania, jęków, płaczu, bicia i drapania po twarzy. Pewnego dnia uznałam, że nie mam już po co tu żyć. Samolubna - pomyślicie. Zdałam sprawę, że stałam się inną wersją siebie, której zawsze się bałam. 
Jesteś zbyt spokojna Celia.. - może to racja... Ale kiedyś właśnie taka byłam. A teraz? Nie poznaję samej siebie, przemieniłam się w psychopatkę. 
"Dzisiaj jednak chciałam wyjść z tej wielkiej klatki, miałam przejść się i odetchnąć na chwilę. Zaczęłam iść w stronę przystanku i zdecydowałam się na zakup biletu w jedną stronę. Udałam się w odwiedziny do Akademii Królewskich - do miejsca, która doprowadziła mojego brata do wielkiej tragedii. Zauważyłam z daleka, że wiernego przyjaciela Juda - Davida. On również mnie zobaczył i szybko do mnie podszedł.
- Celia.. nie powinno cię tu być. - zaczął mówić nerwowo, odwracając się na strony. 
Nawet nie zauważyłam jak wyciągam z plecaka nóż i kieruję go w jego stronę. Chciałam pomścić mojego brata, a chłopak zaczął się powoli wycofywać. Ta scena nie umknęła jednak ochronie, która od razu wkroczyła do akcji. Szybko zostałam od chłopaka odseparowana a potem mój nóż został na posterunku a moi rodzice powiadomieni."
Wtedy już zrozumiałam, że nie jestem stworzona do życia z ludźmi. Nastał kolejny dzień, a ja wstałam jak zawsze z wielkim trudem i zeszłam w piżamie na dół gdzie byli moi rodzice. Odkąd się to stało wzięli dłuższy sobie urlop. Teraz mają lepszą pracę otóż nadzorują mnie cały czas i to cud, że jeszcze nie zamontowali kamer w całym domu. Stracili do mnie kompletne zaufanie do tego stopnia, że nawet nie mogę sobie posiedzieć w toalecie bo czuję, że albo mama albo tato jest pod moim drzwiami i liczą mi czas. Cieszę się, że nie wysłali mnie do pierwszego, lepszego psychiatryka - tam bym jeszcze bardziej ześwirowała i nikt by mnie wtedy nie odratował. Nagle usłyszałam wielkie pukanie do drzwi, otworzyłam nieśmiale drzwi to był Mark a tuż przy nim stał lekko rozkojarzony Eric. Spojrzałam zdezorientowana to na jednego to na drugiego. Drzwi były lekko uchylone a Evans wkroczył do mojego mieszkania tuż za nim Eagle.
- Celia... musisz z nami iść. - rzucił Mark rozglądając się po mieszkaniu. 
- Ale... ja nie mogę wychodzić. - jęknęłam, obracając się do nich tyłem.
- Rozmawialiśmy z twoimi rodzicami... to jest wyjątkowa sytuacja, w której możesz wyjść z nami. - odparł Eric, zbliżając się do mnie i łapiąc mnie delikatnie za ramię. 
Poczułam jak jego ciepło przechodzi przez moje ciało. 
- Nie mogę.. rozumiecie? - warknęłam, napięcie się obracając.
- Celia.. tu chodzi o twojego brata. - spojrzał na mnie znacząco. -Musimy tam być. 
Coś mną drgnęło na samo wspomnienie tego imienia. Usiadłam na kanapie i zaczęłam nerwowo rozglądać.
- Nie wierzę wam! - krzyknęłam, chowając swoją twarz.
Usłyszałam ogromne westchnięcia. Mają mnie za wariatkę jak zdecydowana większość Inazumy. 
- Mark, tylko nie krzycz na nią.. - nie zdążył go powstrzymać cieniutki głos Amerykanina.
Poczułam szarpnięcie za rękę i przed sobą zobaczyłam ogromne, rozgniewane, brązowe oczy Marka. Kątem oka zobaczyłam jak chłopak ściska mnie mocno za ramiona. 
- Celia! - zaczął mną potrząsać. - Nie wiem co narozrabiałaś i nie mam pojęcia jak jest ci ciężko. 
- Nie masz pojęcia....
- Każdy przeżywa to inaczej. - przerwał mi. - Ale teraz nie czas na wielkie histerie Jude potrzebuje mnie, Erica, a przede wszystkim ciebie czyli swojej  młodszej siostrzyczki. 
- To nie jest jakiś podstęp? - spojrzałam na niego, a on pokręcił głową
- Ruszaj, przebierz się i wychodzimy! - sapnął, patrząc na zaniepokojonego Erica. 
Pokiwałam głową na jego słowa - on ma rację. Mark miał zawsze predyspozycje do wielkich przemów i do motywowania ludzi był pierwszy. Zawsze jak go słuchałam gdy wygłaszał swoje przemówienia to było to zupełnie co innego gdy on mówi do innych niż to jak mówi do indywidualnej jednostki. Wtedy czujesz jakby te twoje bateryjki zostały naładowane nową mocą - to właśnie poczułam. Natychmiast wstałam z kanapy i biegiem udałam się do łazienki, ubrałam się i byłam gotowa do wyjścia. Pod moim domem już dawno stała taksówka. Pojechałam nią z moją mamą, a chłopcy nagle się zmyli w momencie gdy wchodziłam do auta. Piętnaście minut potem będą pod szpitalem, poczułam jak moje tętno się powoli podnosi. 
- Mamo, wracaj do ojca. - odparłam, łapiąc ja za rękę.
- Na pewno?
- Dam sobie radę. - odparłam, zamykając drzwi od samochodu.
Przeszłam przez drzwi i zauważyłam kolejno Max'a, Nathana i resztę zawodników Raimona. Za moimi plecami usłyszałam głosy Mark'a i Erica. Widząc mnie wszyscy rzucili się na mnie z ogromem uścisków i ciepłych słów. Był również i Bobby wtedy poczułam, że muszę go pocałować i tak też zrobiłam. Chłopak o dziwo pozwolił mi na to, a nawet oddał mój pocałunek.
- Bobby, przepraszam... - jęknęłam, tuląc się do jego torsu. 
- Nie to ja przepraszam.... zostawiłem cię w najgorszym okresie. - odparł smutno.
- To wszystko było szalone, ale to już przeszłość. - spojrzałem na wszystkich wokół. - Co z nim?
- On żyje. - ta wiadomość momentalnie włączyła moją nową nadzieję na lepsze jutro. 
Przez tą całą sytuacje czułam się osłabiona, zabłąkana i kompletnie pusta. To co właśnie powiedział mój ukochany sprawiło, że na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech. Z pośpiechem podeszłam do drzwi i pchnęłam je niespodziewanie. Minęłam Dianę i usiadłam obok niego. Wyglądał fatalnie ale świadomość tego, że oddycha, podnosiła mnie na duchu. Usiadłam obok niego i chwyciłam jego rękę.
- Nareszcie... co ci tak z tym zeszło? - odparłam, a chłopak zaczął się śmiać.
- Ale jestem... warto było czekać, prawda? - sapnął, ściskając moją rękę.
- Nawet nie wiesz jak za tobą tęskniłam...
- Ale za to wiem co zmalowałaś, siostrzyczko. - odparł zachrypnięty.
- Tia... - skrzywiłam się. - dosyć sporo tego było.
- Jak to się stało?
- Pyta się jeszcze... - spojrzałam na nie znaczącym głosem. - Ciebie  nie było a ja pragnęłam się zabić nie udało się.
- Celia...
- Chciałam cię też pomścić zabijając Davida, ale to też się nie udało...
- Rzeczywiście sporo się działo. - wydukał, przecierając twarz.
- Masz mnie za wariatkę, co?
- Oczywiście, że nie.- odparł, ściskając moją rękę. - Ale teraz chcę usłyszeć czy wszystko jest u ciebie okej. 
- Jude, to pytanie powinnam zadać ja. - odparłam z wyrzutem. - Przecież to jakiś cud, że widzę cię żywego! 
- Proszę cię... prawie się zabiłaś, próbowałaś skrzywdzić David'a.... i ja mam nie zadawać pytań? - spojrzał na mnie znacząco. - Nie było mnie tu bite sześć miesięcy i oczekuję wielu odpowiedzi.
- Zawiodłam cię... - urwałam a po moim policzku poleciała mimowolnie gorzka łza. - Nawet nie wyobrażam sobie co by było jakbym ja zniknęła, a ty byś się obudził.
- Nie mów tak. - odparł, siadając na łóżku i obejmując mnie. -Powinienem być tuż przy tobie. 
- Dobrze wiesz, że to nie twoja wina...
- Jak to? - westchnął głęboko. - Przeze mnie tyle ludziom się życie posypało, a szczególnie tobie siostrzyczko. 
- A dzięki twojemu zmartwychwstaniu poskładałeś nasze marne życia. 
- Eee tam... przesadzasz. - odparł, a ja dźgnęłam go w bok.
- Kocham cię siostrzyczko. - szepnął, całując moje czoło.
- Ja ciebie też braciszku. - sapnęłam, opierając swoją głowę na jego ramieniu.