niedziela, 26 lutego 2017

Rozdział:52

"- Axel wróci. 
- Jaką masz pewność?
- Obiecał mi to i tak będzie. - odparłem, głaszcząc ją po plecach. - W końcu... to człowiek honoru. Zobaczysz, wszystko się ułoży. 
- Serio tak myślisz, Nathan? - spojrzała na mnie zdziwiona.
- Tak... i jeszcze jedno. - odparłem, unosząc jej podbródek. - Nie waż się tak mówić o sobie, okej? Jesteś wspaniałą dziewczyną, wierną przyjaciółką... posiadającą wybuchowy charakter oraz wiele niezliczonych talentów. 
- To tyle? - spojrzała na mnie, śmiejąc się z moich nieudolnych starań pocieszenia jej.
- A i najważniejsze... - wzniosłem palec do góry, dając jej znak, że znalazłem coś jeszcze w swoich zwojach mózgowych. - ...dla mnie jesteś moim najukochańszym i najwredniejszym skrzatem jakiego znam. 
- Akurat to ze skrzatem mogłeś sobie darować...
- Dlatego uśmiechu zrobię wszystko. - dźgnąłem ją w bok.
- Dziękuję ci, Nathan. - odparła, całując mnie w policzek.
Założyłem na nią swoją czarną bomberke i razem udaliśmy się do domu. "


* Mark's POV *


Kiedy już odszedłem z tego miejsca, z boiska na którym w oko stanąłem Xavierem - podpalaczem, który nawet się z tym nie krył. Wiedziałem, że nie mogę tego trzymać długo przy sobie. Doskonale wiedziałem do kogo z taką informacją się zgłosić. W mojej głowie majaczyła mi jedna myśl - "Axel, nie uwierzysz co się dzisiaj stało!". Co jak co, ale właśnie ten człowiek uwielbia maczać swoje czyste łapy w brudnych sprawach takich jak ta. Pochłonięty ekscytacją i swoim odkryciem nawet nie zauważyłem jak wpadam w wielką kałużę, przez co moczę swoje buty, skarpetki i spodnie. Po mimo tego moje myśli nadal krążyły nad rozmową Xavierem, postanowiłem jednak, że przed spotkaniem z Axel zmienię swoje ubranie. Wchodząc do domu byłem pewien, że nikt mnie nie zatrzyma przed moimi planami, gdyż mama była na popołudniowych pogaduchach u pani Bundy, a Dianą nie muszę się martwić, gdyż dziewczyny prawie zawsze nie ma w domu. Szybko wdrapałem się na duże, długie schody prowadzące do naszych pokoi, zwinnie prześlizgnąłem się do środka swojej sypialni i zmieniłem ubranie. Gdy już byłem gotowy do wyjścia i kierowałem swoje kroki na dół, zauważyłem, że drzwi od Diany pokoju są uchylone. Pewnie to wiatr - powiecie, musicie coś wiedzieć o mojej siostrze. Ona nigdy nie pozwala aby jej tajemnice trzymane skrzętnie właśnie w tym pokoju ujrzały światła dziennego, dlatego też dokładnie zamyka to pomieszczenie. Zaintrygowany właśnie tymi uchylonymi drzwiami, postanowiłem zaspokoić swoją ciekawość. Pchnąłem lekko konstrukcję, która zaczęła niemiłosiernie skrzypieć.
- Mark? - sapnął Nathan, odruchowo narzucając koc na głowę mojej siostry. - Co ty tu robisz?
- Mógłbym cię zapytać o to samo, Nathan. - odparłem patrząc na niego uważnie.
Nagle koc się poruszył, a zza niego wyłoniła się moje siostra, która wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle. Jej twarz była trupio blada, oczy miała przekrwione, a po policzkach leciały jeszcze ciepłe łzy.
- Mam dosyć tajemnic... - spojrzała porozumiewawczo na Nathana. - On musi wiedzieć.
- Co tu się dzieje? - obserwując ten obrazek rozpaczy w postaci w mojej siostry, zgodnie pokiwali na to głową.
- Chodzi o Axela... - urwał niepewnie.
- Skoro tak... - klasnąłem w dłonie. - Sam go zapytam i tak miałem się dziś z nim spotkać.
- Obawiam się, że nici z waszego spotkania. - jęknęła, przecierając twarz.
- Zawsze można...
- Mark. - spojrzał na mnie smutno Nate.
- Wy coś wiecie... - sapnąłem. - Mówcie!
- Sam nie wiem jak ci to powiedzieć. - odparł, głęboko wzdychając.
- Axel ma brudne porachunki z mafią i właśnie dzisiaj uciekł z Inazumy. - ucięła p bko Diana.
- Co? - spojrzałem na nich rozbawiony. - Jeśli to jakiś dowcip...
- Też chciałbym w to wierzyć... - wymamrotał.
- Jak to się stało?
- Niby nie miał wyboru.. - odparła, sama nie dowierzając swoim słowom. - Gdyby nie uciekł to... każdy z nas by leżał zabity jak kaczka.
Usiadłem zdruzgotany natłokiem tak negatywnych emocji i wiadomości. To jest dla mnie wielki szok w stosunku jakim człowiekiem jest Axel - dobry, honorowy i odpowiedzialny. Teraz te trzy słowa nie pasują do całej układanki i nie mam pojęcia co z tym zrobić. Nastał kolejny dzień i w momencie gdy otworzyłem swoje oczy już wiedziałem, że nic się nie zmieni. I to nie dlatego, że mój humor nadal był przejęty wczorajszą rozmową. Właśnie zdałem sobie sprawę, że wszystko nad czym pracowałem nie najmniejszego sensu, wyciągnąłem z szafki kasetę. Byliśmy tak blisko do rozwiązania tego śledztwa, ostatnio Axel dał mi kasetę z nagraniem z monitoringu z dnia podpalenia, a ja rozmawiając z Xavierem zebrałem ostatni, niezbity dowód - przyznanie się do winy. I co teraz? Bez niego to jest absurdalne, można śmiało powiedzieć, że wszystko padło trupem. Właśnie byłem w pobliżu naszego domku, gdy w doniczce piwonii zobaczyłem kopertę, a na niej znajomy charakter pisma - "Do ekipy"

" Moi najwierniejsi przyjaciele z clubu Raimon!
Pewnie teraz myślicie, że jestem tchórzem ponieważ uciekłem od was. Czy ja nie brzmię teraz jak egoista? Otóż to nie jest tak. Ja wiem jak to wygląda, ale moja sytuacja mnie do tego zmusiła. Ale, może od początku... Pamiętam, że zaczęło się już kiedy miałem 8 lat. Mój porządny tatuś nie był taki porządny jak jest teraz. Matka mi mało mówiła o tym co tak na prawdę co się dzieje, ponieważ uważała, że to nie mój czas. Nie przewidziała tego, że umrze... Po śmierci mojej matki ojciec wyjawił mi potworną prawdę. Okazało się, że mój starszy ma zatargi z jakąś grupką gangsterską. To był dla nas trudny okres oto byliśmy bez matki, bez pieniędzy po prostu bez niczego. Byliśmy tylko ja, Julia i mój ojciec. Wiecie dlaczego mnie przenosili do innych szkół? Właśnie przez tych ludzi. Staliśmy się ich celem numer jeden na ich brudnej liście, byli uparci i potrafili nas znaleźć nawet w zakamarkach, które uchodzą za bezludne. W końcu uciekliśmy tutaj, do Inazumy i poczuliśmy się tutaj na prawdę bezpiecznie - przez jakieś kilka miesięcy. Po tym jak wygraliśmy Strefę Footballu, a wokół nas zrobił się wielki szum, byliśmy we wszystkich gazetach - od wtedy zaczęli mnie nachodzić i zastraszać. Na początku olewałem to, ponieważ nadal głupi łudziłem się, że nic nam nie zrobią. Teraz już nie mam żadnego wyjścia, które byłoby dla mnie a przede wszystkim dla was korzystne. Zadecydowałem, że muszę wyjechać - sam. Nie zrozumcie mnie źle to nie przez Was przecież jesteście dla mnie jak druga rodzina. Więc zrozumiecie też, że to co robię jest dla waszego dobra. Nie wyobrażam sobie, jak strasznie was ranię robiąc to co robić muszę. Moi bracia i siostry, nie martwcie się o mnie! Obiecuję, że wrócę do Was jak tylko znajdę coś co pozwoli zakończyć to chore gówno raz na zawsze. Wiedzcie, że wspieram was cholernie mocno! Wierzę, że teraz może być tylko lepiej. Gdy mnie tutaj nie ma, proszę znajdźcie prawdziwych sprawców tego podpalenia. Jestem pewien, że rozwiązanie jest blisko zupełnie tak jak ja. Mimo tego, że mnie tu nie ma fizycznie to pamiętajcie, że zawsze będę z tutaj duchowo i za pewnie teraz klepię Was krzepiąco po plecach i życzę powodzenia!
                                                                                                  xyz,
                                                                                     - wasz Axel"                       
Gdy skończyłem czytać jego list nastała niezręczna cisza. Wszyscy spuścili smutne głowy i przez chwilę sam miałem ochotę to zrobić i zapłakać. Wiedziałem jednak, że Blaze nie pozwoliłby mi na to, aby wszyscy po nim rozpaczali. Jak napisał "wrócę do was" i na pewno tak będzie - mocno w to wierzę. Ten koleś nie rzuca słów na wiatr, jest zbyt dumny i honorowy na to. I znowu czuję to okropne uczucie zwisające na mojej duszy.  Znowu czuję się winny, znowu nie byłem w stanie mu pomóc. Zresztą Axel to człowiek, który kryje swoje problemy doskonale. Gdybym spytał czy wszystko okej, to na pewno by mi tego nie powiedział. Zdałem sobie sprawę, że teraz ja muszę przejąć nad tym wszystkim ster. Muszę jakoś nad tym zapanować, gdyż nasza grupa przeżywa trudny okres i tak jak powiedział Xavier " powoli się rozpadamy, kawałek po kawałku". W tak beznadziejnej sytuacji moim zadaniem jest to by złożyć te wszystkie kawałki w jedną całość. I już wiem, że będzie to trudne, ale kto powiedział, że w życiu nie trzeba walczyć o własne szczęście? Nagle z moich przemyśleń wyrwał mnie głos Kevina. 
- Zostawił nas? - zaczął wymachiwać rękami. - Nie, nie wierzę w to, co ten gnojek napisał. 
- Co my teraz zrobimy? - jęknął przerażony Todd łapiąc się kurczowo ręki Sama. 
- Wpakowaliśmy się w niezłe łajno i nie damy rady się już z niego wygrzebać. - sapnął, rozkładając bezradnie ręce.
- Utonęliśmy. - wymamrotał Jim. 
- O zamknij się! - wyrwał się Swift. - Nie rozumiesz i nawet tego nie chcesz pojąć. 
- A więc proszę wytłumacz mi jak ma nas ocalić jego ucieczka? - sapnął poirytowany Kevin.
- Jakbyś nie zauważył Axel w jakiś niezdarny sposób próbuje ratować nam tyłki.
- Fakt... podał nam wszystko na tacy. - szepnąłem do siebie, przypominając sobie kasetę i Xaviera.
- Teraz czas na to, abyśmy się tym zajęli. - kontynuował Nathan, zaciskając pięści.
- Powiedzmy sobie szczerze, tylko on w tym całym chaosie coś ogarniał! - dodał pośpiesznie Willy, poprawiając okulary.
- Nathan, z całym szacunkiem stary. - sapnął Steve, powoli podnosząc się z miejsca. - Axel wybrał sobie nieodpowiedni moment na zniknięcie... mamy ogromne straty w naszej grupie. 
- Najpierw Jude, teraz Blaze. - złapał się za głowę Todd. - Kto jeszcze? 
- Powinniśmy być razem, a nie się rozdzielać niby "dla naszego dobra" . - sapnął Steve.
- Tak, Grimm ma rację. - poklepał go po ramieniu Dragonfly.
- Walka nie polega na uciekaniu. - urwał Steve patrząc na poirytowanego Nathana.
- On uciekł od swoich problemów i od nas. - klasnął w dłonie Kevin. - Zostawił nas w tym wszystkim i oczekuję, że wszystko się ułoży?
- Powiedział, że wróci do cholery! - krzyknęła Diana. 
Oczy wszystkich skierowały się na sfrustrowaną brunetkę, która nie mogła zapanować nad własnym oddechem, który był przyspieszony. Bądźmy szczerzy, w tym momencie moja siostra nie trzymała się najlepiej. Ale cóż się dziwić? Straciła swojego ukochanego od tak, od zaraz, od już.
- Diana ja... - Kevin wyciągnął do niej rękę, a ona szybko już odrzuciła. 
- On wam zwierzył się ze swojego problemu, a wy... - spojrzała na wszystkich oburzona ich szybką zmianą zdania na temat Axela. -  ...obrzucacie go błotem. 
- Diana ty nas nie zrozumiałaś. - próbował załagodzić napiętą sytuację Steve, ale dziewczyna już go nie słuchała. 
- To co zrobił nie wygląda dobrze. - spojrzała na wszystkich. - Każdy z nas uważa, że to nie jest odpowiedni moment na uciekanie, ale jakoś musimy to przetrwać. 
- Tylko jak? - wyrwał się Willy.
- Jeśli to spotkanie się już skończyło to pozwolicie, że już wyjdę. 
- Poczekaj! - krzyknąłem za nią.
- Rzygać mi się chce jak na was patrzę. - wysyczała, trzaskając drzwiami. 
Na ten widok, od razu za nią wybiegł Eric i Nathan. Pokiwałem na to wszystko głową, gdyż ta sytuacja jest jeszcze bardziej popaprana niż myślałem. 
- Kapitanie? - z moich myśli wyrwał mnie Steve.
- Powiedz coś, cholera! - krzyknął Todd.
Głęboko westchnąłem i przetarłem swoją twarz. Spojrzałem na zatrwożonego Todda, to na rozwścieczonego i rozżalonego Kevina, i na końcu na skonsternowanego Steve'a. 
- Co wy robicie? - krzyknąłem, a wszystkie żałosne jęki ucichły. - To jest wasze trzymanie razem? Trzymanie się razem nazywacie wzajemnym obrzucaniem winą, które nic w tym nie pomoże? Jak widzicie nie tylko wam jest ciężko. Mimo waszych smutków i złości  musicie uszanować decyzję Blaze'a. Powiedzmy sobie szczerze, nikt nie jest z niej zadowolony, ale to już fakt dokonany. Jego z nami już nie ma! On sam musi stawić swoim problemom twarzą w twarz, a naszym zadaniem jest to aby w tym czasie go wspierać najmocniej jak się da. Więc przestańcie się kłócić o to jaka jest prawda, ponieważ to wszystko co wam przed paroma minutami przeczytałem nią jest. Ja, wasz kapitan wierzę w to, ponieważ Axel to najbardziej szczery koleś jakiego znam. 
- Kapitanie, a co zrobimy z tym podpaleniem? - spytał nieśmiale Bobby. - W końcu Axel się tym zajmował, a skoro go teraz nie ma...
- To ja przejmuję jego stery. - uciąłem szybko. - Ostatnio spotkałem się jednym z ludzi, którzy prawdopodobnie podpalili naszą szkołę. 
- Co? - krzyknęli jednocześnie razem.
- Mówił, że nasz team teraz jest kruchy, ale jeszcze możemy mu pokazać na co nas stać! - klasnąłem energicznie w dłonie. - Jesteśmy silniejsi niż myślicie. Sami widzicie, że ta cała sytuacja wykształtowała wasz charakter i determinację, nie czas na płacz i jęki! Musimy powstać, otrzepać się z popiołu i iść dalej. I nie róbmy tego dla siebie, ale dla Japonii, dla naszych braci Axela i Jude, dla Inazumy. 
Na moje słowa wszelkie ich jęki i zgrzyty ustały. Zastąpiła je głucha cisza, ale brzmiała ona zupełnie inaczej niż parę minut wcześniej. Czułem, że w końcu poruszyłem ich serca i to konkretnie - oto chodziło od samego początku. Po co mam ich karmić złudnymi nadziejami. Wiedziałem, że muszę im dać coś czego im bardzo brakuje czyli pewność siebie, którą tak szybko utracili. Z tej wielkiej ciszy wyłonił się najmniejszy z nas Jimmy, który miał załzawione oczy i ledwo co mógł oddychać. Ten obraz najbardziej poruszył moje serce, spojrzałem na niego a moje serce napełniło się dumą. 
- Kapitanie.. - przetarł morką twarz. - ...to co powiedziałeś... potrzebowaliśmy tego jak nigdy. - sapnął, siadając speszony. 
Po tym cała moja drużyna wstała i ukłoniła mi się. Wtedy poczułem się jeszcze bardziej zażenowany i zawstydzony, złapałem się za głowę.
Przestańcie, no. - odparłem, śmiejąc się pod nosem.- Nie jestem prezydentem, abyście się mi kłaniali.  
- Należy ci się to, Mark. - powiedział Jack, łapiąc się za serce.
Uśmiechnąłem się wzruszony w ich stronę - tak właśnie wygląda nasz nowy, wielki początek. Jak to mówią początki zawsze się dobrze zaczynają, oby ten się dobrze skończył. Po spotkaniu wszyscy wyszli, został ze mną Shearer.
- Jude miał rację... masz dar. - sapnął, klepiąc mnie po ramieniu.
- Na prawdę tak mówił? - spojrzałem na niego lekko wzruszony na samą myśl o Judzie, chłopak odwrócił wzrok.
- Tak... - westchnął głęboko. - to było dobre jak wszystkie twoje przemowy.
- To nie było dobre.... to było prawdziwe, Bobby. - spojrzałem na niego znacząco. 
- Wiadomo co u niego? - jego wyraz twarzy zmienił się diametralnie.  - Och, przepraszam... to głupie..
- Nie, Evans nie róbmy z tego takiej niezręczności.... - sapnął, drapiąc się po szyi. - Nie byłem u niego ani razu. 
- Żartujesz sobie?
- Nie mogę tam jechać odkąd.... sam wiesz. 
- Dobrze wiesz, że nie masz co się zadręczać. - szybko uciąłem, łapiąc go za ramię.
- Uważasz mnie za tchórza?
- A czy ty uważasz mnie za tchórza. - spojrzał na mnie zdziwiony.
- Ty i tchórz? - zaśmiał się mi w twarz.
- Zawsze to Axela wysyłałem na zwiady. - westchnąłem głęboko. -Tak jak ty dawno mnie tam nie było przy nim.
- Mark, to jest strasznie. - jęknął, a jego warga zaczęła drgać. - Wszędzie ma powpinane kable.... ledwo co porusza się jego klatka piersiowa... a jego wyniki są niepewne... - odparł.
Zauważyłem, że zaczął się jąkać - jak widać ta cała sytuacja mocno na nas wpłynęła i wszystko zmieniła, nawet takie Bobby'ego Shearera. Bez wahania przytuliłem go do siebie, a on zaczął płakać na moim ramieniu. Zacisnąłem uścisk, aby się również nie poryczeć, a kiedy się uspokoił, spojrzałem mu prosto w oczy.
- Kurde.... - urwał, wycierając twarz. - Pozwoliłeś abym się rozkleił, niech cię...
- Potrzebowałeś tego. - odparłem, klepiąc go po plecach. - Gdybym nie ja, to pewnie byś się na czymś innym wyżył.
- Wiedziałeś o tym, że Blaze zamierzał nadać Kinga i całą tą zgraję na policję? - wypalił niespodziewanie.
Nie będę was okłamywał, to co Axel wymyślił było najodpowiedzialniejszym zachowaniem w tej sytuacji. Nawet gdybyśmy ich nie wydali, to na pewno Dark by na ubiegł i oskarżył o to nas. Żeby zaoszczędzić cierpień przede wszystkim Celi i innym, chcieliśmy to zrobić potajemnie. List miał być wsunięty pod drzwi komendy jednak Blaze zmienił swoje plany.
- W pewnym sensie... 
- Poprosił mnie żebym na nich doniósł. - sapnął, łapiąc się za głowę.
- Zrobiłbyś to? - spojrzałem na jego roztrzepanie. 
- Ja.... nie rozumiem i nadal nie potrafię tego zrozumieć. - westchnął.
- Nikt nie rozwikła tego gnoja myśli. - szepnąłem, śmiejąc się. - Axel zawsze był krok przed nami. 
- To był dupek jak ich mało. - odparł, również się śmiejąc.
Kiedy schylił się po swoją torbę i zmierzał w kierunku drzwi - coś nie dawało mi spokoju.
- Shearer? - chłopak odwrócił się do mnie jak na rozkaz. - Masz jakieś plany na dzisiaj?
- A pytasz bo?
- Skoro nie byłeś u niego dłużej niż 3 sekundy to... - szybko zdałam sobie sprawę, że to o co go chcę poprosić jest absurdalne. - albo nie... zapomnij o tym. 
Nagle zdałem sobie sprawy, że nie jestem na to gotowy a co dopiero on - to zbyt wielki cios dla mnie i mojego serca.
- Zgadzam się. - uścisnął moją dłoń.
- Jutro, rano. - również uścisnąłem jego dłoń.
- Będę czekał przy drzwiach szpitala. - odparł, zamykając drzwi.
Ja również zabrałem swoje rzeczy, zamknąłem domek i udałem się do domu. Przez drogę zastanawiałem się nad tym wszystkim. Usłyszałem swój dzwonek i sięgnąłem do kieszeni po telefon. Na ekranie pojawił nieznany mi numer i już miałem nie odbierać, ale jakieś wewnętrzne uczucie sprawiło, że nacisnąłem zieloną słuchawkę.
- Halo? 

* Eric's POV *



Wśród grupy na nowo zagościł smutek, strach i złśość z powodu odejścia Blaze'a. A w środku tego bałaganu siedziałem ja, który jakby głuchy na słowa Marka spokojnie siedziałem na swoim miejscu. Sam nie wiem dlaczego tak jak reszta nie zaczynam wyklinać jego imienia i nie rzucam w każdego kamieniem. Może dlatego, że przeżyłem tyle by uznać, że życie już niczym mnie nie zaskoczy. Kiedy zacząłem myśleć o ucieczce, mafii i Axelu zdałem sobie sprawę, że zaczynam się z nim utorżsamiać. On tak samo jak ja uciekł by napisać swoją historię na nowo dla siebie i dla swoich bliskich. Z moich myśli wyrwał mnie głos Diany.
- Powiedział, że wróci do cholery! - krzyknęła Diana. 
Spojrzałem na jej twarz, na której widniała tylko pustka. To nie ta sama nastolatka, którą spotkałem wtedy w barze? Cisną mi się na ustach słowa - deja vu. Ale teraz wygląda jeszcze gorzej niż wtedy. Gdyby tak patrzeć na to co się wokół dzieje jej oczami to to wszystko wydaje się przerażające. Jude jej były, a od pewnego czasu przyjaciel walczy o życie. A Axel czyli jedyna osoba, która ją darzyła szczególnym zrozumieniem i miłością zdecydowała się odejść w momencie gdy jej dusza jest rozkruszona na najmniejsze kawałki. I właśnie te wszystkie emocje widziałem w jej oczach w których zniknęła cała nadzieja na lepsze jutro. Wiedziałem, że lada moment, że prędzej czy później ona wybuchnie. 
- Diana ja... - Kevin wyciągnął do niej rękę, a ona szybko już odrzuciła. 
- On wam zwierzył się ze swojego problemu, a wy... obrzucacie go błotem. 
- Diana ty nas nie zrozumiałaś. - próbował załagodzić napiętą sytuację Steve, ale dziewczyna już go nie słuchała. 
- To co zrobił nie wygląda dobrze. - spojrzała na wszystkich. - Każdy z nas uważa, że to nie jest odpowiedni moment na uciekanie, ale jakoś musimy to przetrwać. 
- Tylko jak? - wyrwał się Willy.
- Jeśli to spotkanie się już skończyło to pozwolicie, że już wyjdę. 
- Poczekaj! - krzyknąłem za nią.
- Rzygać mi się chce jak na was patrzę. - wysyczała, trzaskając drzwiami. 
Po tych gorzkich słowach dziewczyna niezwłocznie ewakuowała się z domku. Nathan podążył za jej tropem i wtedy poczułem taką wewnętrzną potrzebę, aby również obdarzyć ją swoim wsparciem. Nawet nie zauważyłem, że wybiegam z pomieszczenia i pędzę za Nathanem. 
- Co tu robisz, Eric? - spytał, łapiąc się za klatkę piersiową i próbując złapać oddech.. 
- To samo co ty.
- Ziom, nie powinieneś... 
- Nie mów mi co powinienem. - szybko wciąłem mu się w słowo. 
- Eric... ona jest wystarczająco tym przytłoczona.
- Zrozum, że to dla mnie równie ważna osoba jak i dla ciebie. - uciąłem szybko.
- Eric z całym szacunkiem ale.
- Nie wiesz jak wyglądała i się zachowywała po zerwaniu z Sharpem. - palnąłem, a w jego oczach pojawiło się zdziwienie. - Nie słyszałeś jak płakała, z dnia na dzień coraz głośniej. I dlatego nie mogę pozwolić na to aby się jej pogorszyło. 
Blondyn spojrzał na mnie poważnym wzrokiem i gestem ręki zachęcił mnie abym szedł razem z nim i uczestniczył w poszukiwaniu Diany. 
- Opowiedz mi o tym.
- Po tym zajściu w barze zaczęliśmy się spotykać częściej. - sapnąłem, uśmiechając się na samą myśl o tych wspaniałych wspomnieniach. - Przychodziła do mnie na treningi, a ja wpadałem do niej do kliniki. Wtedy jeszcze nie domyślałem się jaką wspaniałą rolę aktorską szczęśliwej nastolatki, odgrywała przede mną. Aż pewnego dnia, wybuchła.  
- Byłeś przy niej kiedy Axel zniknął. - podsumował nagle, a ja pokiwałem twierdząco głową.
- Pozwoliłem jej na to choć przez chwile się jej bałem. - kontynuowałem dalej. - Ucierpiał na tym mój stolik, szklanka, która stała na nim oraz moja twarz. 
- Czy ona...
- Gdy mnie spoliczkowała.... - skrzywiłem się na samą myśl o tym. - ...to wtedy  jakby jej ulżyło, doszła do siebie i zaczęła płakać. Czasami mnie drapała podczas gdy ja nieudolnie próbowałem ją uspokoić. 
- Tego się nie spodziewałem... ta dziewczyna przeszła tak wiele.
- W końcu zrozumiałem, że muszę jej dać trochę swobody. - rozłożyłem ręce. - Po tylu godzinach opiekowania się jej duszą było mi bardzo trudno po prostu odpuści, ale po pewnym czasie sama zaczęła zmierzać ku dobrej drodze. 
- I to wszystko? - spojrzał na mnie zmartwiony i jednocześnie podekscytowany zakończeniem mojej historii.
- Później bez słowa pożegnania przeniosła się do innego miasta, potem jej nie widziałem. - sapnąłem. - Aż do teraz. 
Nathan po usłyszeniu tego wszystkiego patrzył na mnie zdumionym wzrokiem. Chłopak próbował coś powiedzieć, ale jednocześnie martwiło go to, że jego słowa nie uchwycą jego emocji. 
- Eric.... - złapał się za kark. - ja nie wiedziałem.
- Nie winię cię za to, że mnie odsunąłeś. 
- Po prostu obiecałem mu, że się nią zaopiekuję. - westchnął głęboko. - Myślałem, że dam radę... dopóki mi o tym nie powiedziałeś.
- I dasz radę. - złapałem go za ramię. - Jesteś najsilniejszym człowiekiem jakiego znam.
- Przepraszam... ale na mnie już czas.
- Nie będę ci się w to aż tak wtrącał... - urwałem, a chłopak obrócił się w moją stronę. - ale też nie mogę tego od tak olać.
- W takim razie... - sapnął, klaszcząc w dłonie. 
- Chodźmy. - odparłem, przybijając z nim żółwika.  
- Okej, straciliśmy niecałe piętnaście minut. - odparł, patrząc na zegarek. 
- Jak myślisz, gdzie może być? - spytałem, rozglądając się wokoło.
- Założę się o dolara, że po pięciu minutach zaczęła iść... - odparł zamyślony. - Myślę, że jest w drodze do miejsca gdzie wyznali sobie miłość. 
- Ale wiesz gdzie to jest, prawda? 
- Tak mi się wydaje... - urwał niepewnie.
- Powinienem zapoznać się z tym miastem, cholera. - strzeliłem ręką w kolano. - W końcu jestem tu już trzeci miesiąc. 
- Coś wymyślimy, a teraz... chodź. - odparł, analizując wzrokiem drogę.
- Swift, nie ma czasu. - odparłem, szybko przyśpieszając kroku. - Trzeba biec.  
Po kilku minutach biegłem jak oszalały, a za mną podążał Swift. A gdy chłopak mnie dogonił zatrzymał mnie. 
- Co ty... - urwałem zdezorientowany.
- Słuchaj. - złapał mnie za ramię, jakby chciał mi coś uświadomić. - Masz problemy z sercem. 
- I co związku z tym? - odparłem, nie zwalniając tempa.
Jeśli będziesz tak biegł to twoje serce będzie narażone na duży wysiłek. - odparł, nadal mnie trzymając. - Pikawa może ci paść, a wtedy ja ci nie pomogę, ponieważ zwiewałem z każdej możliwej lekcji EDB.
- Nie rozumiesz... - wyrwałem się z jego uścisku.
- Nie, to ty nie rozumiesz. - przeciął mi drogę. - Diana poczeka, a tym czasem zwolnij. 
- Im szybciej pójdziemy, tym jest większa szansa na to, że szybciej ją złapiemy. - odrzekłem, a chłopak tylko przewrócił na mnie oczami.

* Diana's POV *


Zaczęłam biec najszybciej jak się da być jak najdalej od tego miejsca pełnego wspomnień z dobrze wiecie kim. Jednak nie wyszło mi to najlepiej ponieważ po dziesięciu minutach moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Upadłam na ziemię, na kolana a mój oddech zaczął słabnąć. Przez chwile zakręciło mi się w głowie i wtedy z tego marazmu wyrwał mnie czyjś głos. 
- Halo, słyszysz mnie? 
Moim oczom ukazał się David, który wyglądał inaczej niż ostatnio. Był blady, a na jego twarzy pojawiła się czarna opaska zasłaniająca jego prawe oko.
- Spokojnie... - powoli podniósł mnie z ziemi. -  ...nic ci nie zrobię. 
Gdy tylko odzyskałam wzrok spojrzałam na niego by się upewnić. Tak, to ten David Samford, zaczęłam powoli wstawać.
- E-ej... co ty wyprawiasz? - spytał zmartwiony łapiąc mnie za rękę.
- Dam sobie radę... - sapnęłam, wyrywając się z jego uścisku. - dzięki za troskę.
- Wszystko u ciebie okej? 
W zasadzie to ja powinnam cię o to zapytać... - spytałam, patrząc nieśmiało w jego stronę. - David, co się u was dzieje? 
Chłopak słysząc moje pytanie kompletnie zamilkł. Podeszłam do niego bliżej i niespodziewanie zdarłam jego opaskę z twarzy - to co zobaczyłam wyglądało okropnie. 
- Okropne, prawda? - zaśmiał się, a ja szybko oddałam jego opaskę.
- O matko... - jęknęłam, zatykając otwarte usta pełne zdziwienia.
- A wracając do twojego pytania. - westchnął głęboko. - Pewnie już wiesz, że nasz trener faszeruje nas amfą i innymi świństwami. 
- Jak się trzymasz?- Aktualnie mój organizm wysiada. - sapnął. - A na dodatek jestem na głodzie.  
Uniosłam jego podbródek, patrząc na jego twarz która wyrażała całe cierpienie jakie przeżył przez ten czas. To co ten człowiek z nimi wyprawia to jakiś obłęd. Gdybym tylko mogła to Dar raz na zawsze zniknął by z ich życia - zabiłabym go. I wiem, że to co mówię i myślę jest nieludzkie, ale ze względu na to wszystko co nam wyrządził i wyrządza nadal - zrobiłabym to. Jego ofiary nie są niczemu winne, to tylko bezmyślnie marionetki w jego rękach. 
- Jak to się stało? - spytałam, delikatnie głaszcząc go po policzku. 
- To było tydzień po tym jak Joe postrzelił Juda. - niespodziewanie złapał mnie za rękę. - Praktycznie nic z tego nie pamiętam, ponieważ byłem pod wpływem.
- Czy ktoś o tym wie? - na jego twarzy pojawił się grymas.
- Moi rodzice wyczuli, że coś jest nie tak i wysłali mnie na test narkotykowy. - klasnął w dłonie. - Wykryli wysokie stężenie narkotyków w mojej krwi i w tym momencie byłem bezsilny. Tydzień siedziałem w ośrodku dla narkomanów, aż w końcu mnie wypuścili. 
- Kto ci to zrobił? - mój wzrok wylądował na tej opasce.
- To Caleb postrzelił moje oko. - uciął szybko. - Po prostu powiedziałem co o tym myślę, wkurzył się i tak oto zostałem bez jednego oka. 
Z moich oczu mimowolnie polały się łzy, wtuliłam się w jego tors i wsłuchiwałam się w szybkie bicie jego serca.
- Przepraszam...
- Przestań, to nie twoja wina. - odrzekł, wycierając moje mokre policzki.
- Gdybym tylko wiedziała... pomogłabym ci wydostać się z tego piekła.  
- Diana, na mnie już za późno. Ratuj więc swoich ludzi póki jeszcze masz czas. - sapnął, odwracając się i odchodząc.
Jeszcze przez chwilę darłam się za nim, ale chłopak był głuchy na moje wrzaski. Gdy już zniknął z mojego punktu widzenia postanowiłam dać sobie z spokój, gdyż na tą chwilę mam ważniejszą sprawę od tego. Udałam się w dalszą drogę, miałam zamiar pójść do naszego miejsca - mojego i Axela. Tam prawie zawsze spędzaliśmy wspólny czas, będąc na tym wzgórzu widzieliśmy całe miasto. Stanęłam na samym jego czubku, aby mieć podgląd na Inazumę. Od razu moją uwagę przykuło miejsce naszej szkoły. Otóż zauważyłam, że to puste miejsce po naszej szkole zapełnia się masą ludzi. To zapewne budowlańcy, ponieważ nosili jakieś belki, to w jedną to w drugą stronę. Usiadłam zmęczona tym wszystkim na zielonej trawie pokrytej stokrotkami i makami. Wzięłam do ręki kopertę - tak, napisał do mnie list. Mówił, wszystko wyjaśni - czy aby na pewno? Jeszcze przez chwilę bawiłam się kopertą z moim imieniem i w pewnym momencie bez zastanowienia rozerwałam ją. 

" Najdroższa,
Piszę do ciebie ten list, ponieważ nie chcę mieć przed Tobą tajemnic. Nie chcę od odejść nie mówiąc ci kompletnie nic. Wiem,  że nie byłem świętoszkiem - okłamywałem Cię. Wiem, że nie ma dla mnie żadnego usprawiedliwienia. Pamiętasz jak kiedyś to ty mnie okłamywałaś dla mojego dobra?  Jak widzisz role się odwróciły. Zapewne całą historię usłyszałaś już w innym liście. Ci gangsterzy o których tak często wspominam to nie jest mój wymysł, to są naprawdę niebezpieczni ludzie. Moja matka była właśnie ich sprawką - zabili ją na oczach mojego ojca. Mi natomiast  wcisnął to, że chorowała na gruźlicę. Jednak kiedy miałem już trzynaście lat wyjawił mi brzydką prawdę. Nawet nie wiesz jaki byłem na niego zły - przez te jego kontakty właśnie to się dzieję. Myślałem, że los obdarzy mnie szczęściem na dłużej, ale... najwidoczniej nie mam na to wpływu. Wiem, jak bardzo chciałabym bym został, ale wtedy dawno byś została zastrzelona, a Julia odpięta od kablów. Wiem, że to dziwne, że dopiero teraz, w środku listu to piszę, ale... Kocham Cię. Pewnie uważasz, że to głupie i nierozsądne?  Ja też, przecież to przeczy moim regułom. Ale teraz to nieważne, gdyż nie ma innego wyjścia. Pamiętasz jak mówiłaś mi, żebym o nas walczył? Właśnie to robię w najgorszy sposób w jaki sobie możesz wyobrazić. Zamierzam udać się w bezpieczne miejsce, proszę nie szukajcie mnie. Obiecuję ci, że postaram się ich jakoś pozbyć. Na tą chwilę nie wiem ile to będzie trwać, gdyż teraz piszę ten list i ostrożnie dobieram moje słowa. Muszę głębiej nad tym pomyśleć. Będziesz miała wiele negatywnych emocji wokół mojego imienia, nie winię cię za to. Ale musisz to wiedzieć, że nigdy nie starałem się bawić twoimi uczuciami. Zależy mi na tobie, nas. Dobrze wiesz, że twoje szczęście zawsze stoi u mnie na pierwszym miejscu. Dlatego Ty musisz żyć dalej - szczęśliwie i bez moich problemów. Zrób to dla mnie. Pisząc to już wiem, że bez ciebie moje życie stanie się strasznie puste. Ta sytuacja rozrywa nie tylko twoje, ale i moje serce na najmniejsze kawałki. Jeszcze jedno nie wmawiaj sobie, że mnie straciłaś. Głuptasku... przecież przez cały czas mnie masz! Może nie jestem tutaj obok ciebie, ale tak mocno zawładnęłaś moim sercem, że nie ma niczego na tym świecie aby mój duch cię opuścił, skarbie. Może dlatego robię takie głupie rzeczy? Sam nie wiem. Wiem jedno teraz to ty i Mark musicie kontynuować moje śledztwo. Ostatnio podarowałem mu kasetę z nagraniem, które może rzucić nowe spojrzenie na tą sprawę. Niestety, nie mam czasu jej sprawdzić... sama wiesz dlaczego. Wiem, że nie jestem godzien prosić cię o tak wiele, ale proszę cię o jedno - bądź ostrożna i słuchaj się Nathana. Tak wiem jak ta ostatnia prośba brzmi. Ale gdy mnie nie ma to on jest dla ciebie oparciem i jestem pewien, że nie pozwoli aby stała ci się jakakolwiek krzywda. To co zrobiłem napawa cię nienawiścią do mnie, ale ja mimo wszystko... i tak cię kocham. I obiecuję ci do cholery, że wrócę i nie pozwolę na to abym cię stracił - już nigdy. Jesteś najlepszym co mi się w tym melancholijnym życiu przydarzyło. 
P.S Mam nadzieję, że będzie pasował. 
                                                                                            Na zawsze
                                                                                            twój,      
- Axel"

Sięgnęłam po kopertę i wyciągnęłam z niej srebrny pierścionek z wygrawerowanym jego imieniem. Najpierw chciałam go wyrzucić gdzieś w trawy, aby przepadł tak jak moja miłość do niego, ale nie mogłam. Powoli założyłam go na palec, a łzy pociekły mi po policzkach. To dopiero jeden dzień bez niego, a już za nim tęsknię. Wiem co powiecie - przywiązujesz się do ludzi zbyt mocno. Spojrzałam ostatni raz na niebo i udałam się w drogę powrotną. Gdy już byłam blisko parku, weszłam do środka królestwa zieleni i usiadłam na ławce. Chwilę potem zobaczyłam Erica i Nathana, którzy widząc mnie, szybko podbiegli do mojej ławki i zamknęli w szczelnym uścisku. 
- Diana... jak się czujesz? - wyrwał mnie z rozmyśleń głos Amerykanina.
- Możemy usiąść? - zręcznie ominęłam temat, którym już byłam zmęczona. - To był długi dzień.
- Czytałaś jego list? - palnął Nathan, a Eric uderzył go w ramię.
- Jak myślisz? - spojrzałam na niego smutno. - Mam wiele na głowie przez to.
- Niech zgadnę... powierzył ci podpalenie? - pokiwałam twierdząco głową.
- No nieźle... - klasnął w dłonie. - Ale wiesz, że podczas tego wszystkiego musisz dbać o swoje zdrowie?
Jakbym słyszała samego Blaze'a... - odparłam, smutno się uśmiechając.
- Coś jeszcze pisał? - zagadnął Eric.
- Pisał, żebym słuchała się Nathana. - chłopak się zarumienił.
- On o mnie napisał? - wydukał zachwycony.
- W każdym razie... Nathan ma rację teraz liczysz się ty. - sapnął Eric łapiąc mnie za rękę. 
- Sugerujesz, że mam żyć dalej i zapomnieć o nim? - spytałam oburzona, wyrywając się z jego uścisku.
- Wiem, że to egoistyczne... ale musisz przestać się zadręczać z jego powodu. - sapnął. - Nie możesz nic z tym zrobić, więc daj sobie spokój.
- Myślisz, że przestanę o nim myśleć od tak? - odburknęła.
- Nie... oczywiście, że nie. - odparł Nathan, próbując bronić Amerykanina. - Eric miał na myśli to, abyś zajęła się w tym czasie sobą.
- Ale ja nie potrafię i nie chcę. 
- Nie ma, że nie chce. - brunet strzelił rękę o kolano. - I my ci w tym pomożemy!
- Nie zrozumcie mnie źle, ale... - urwałam niepewnie. - Chcę zostać sama. 
Spojrzeli po sobie.
- Nie możemy cię zostawić... - jęknęli obaj naraz.
- Chcę to przemyśleć sama... więc wychodzi na to, że musicie. - przybliżyli się do mnie. 
- To boli jak cholera.. coś o tym wiem. - jęknął Nathan, patrząc na mnie ze współczuciem. - Wiem też, że w takich momentach nie można zostawiać takiej osoby samej.
- Niezupełnie... ty zostałeś zdradzony. - odparłam. - A my i Axel to zupełna inna historia, która się nie kończy. Tak przynajmniej myślałam...
- Bądź dobrej myśli. - odparł Eagle. 
- Dziękuję wam... 
- W takim razie.... - Eric klepnął Nathana po ramieniu. - na nas już czas. 
- Co? Oszalałeś? - sapnął spanikowany blondyn. - Zapomniałeś już o czym rozmawialiśmy
- Nie, po prostu Diana też musi mieć jakąś przestrzeń. - odparł łagodnie. 
- Ale..
- Więc jej ją dajmy. - pociągnął go za kaptur. - Teraz. 

* Axel's POV *



Minął jeden dzień, a ja nadal jestem w tym mieście. Z bólem serca muszę się w końcu stąd zmyć, muszę im dać dowód, pewność, że opuściłem Inazumę - niech ją mają. Przeszedłem przez wielkie chaszcze lasu, a słońce powoli chowało się za wzgórzem oznaczała to, że trzeba przyśpieszyć. Nagle usłyszałem szelesty jeszcze bardziej przyśpieszyłem kroku po czym zacząłem biec. Gdy już wyszedłem na zewnątrz tego ciemnego, wielkiego lasu ujrzałem przystanek autobusowy. Podszedłem bliżej, zmęczony usiadłem i wyciągnąłem mapę. Nie wiem jeszcze w jakim kierunku pójdę, ale oby jak najdalej stąd. Nawet nie zauważyłem, że nie jestem tu zupełnie sam, usłyszałem chrząknięcie.
- Spokojnie stary. - odparł właściciel głosu. - ...nie zabiję cię. 
- Całe szczęście. - wymamrotałem.
Spojrzałem na niego i okazało się, że to jakiś niegroźny przybłęda. Wyglądał na o wiele starszego od nas, był umięśniony a na piersi nosił tatuaż który obrazował dom. 
- Gdzieś chcesz się urwać? - usłyszałem nad sobą. 
- A nawet jeśli... to co? - warknąłem, łapiąc mapę. 
- Eyy, stary nie zaczynajmy tak znajomości.. - przybliżył się do mnie.
- Nie zamierzam jej nawet zaczynać i nie mów do mnie, stary. - odparłem, patrząc mu prosto w oczy a jednocześnie dając mu do zrozumienia, że nie mam zamiaru zwierać z nim żadnych przyjaznych stosunków.
Chłopak na chwilę się przymknął i dobrze, dzięki temy będę się mógł skupić nad tym co najważniejsze - nad ucieczką. Wtem do moich uszu dobiegło gwizdanie, kątem zobaczyłem, że to on to robi. 
- Ja na twoim miejscu... - chrząknął, patrząc ponownie na mapę. - ...nie jechałbym na północ. 
Przesunął palcem w kierunku południa i wskazywał na zupełnie inny kontynent - to daleko a nawet bardzo daleko. To było by idealne miejsce, ale... ja chcę jeszcze wrócić do domu, do nich. Na samą myśl, że ich zostawiłam serce mnie boli. Ale trudno, czasu nie cofnę a decyzja zapadła. Na samą myśl o Ameryce Południowej czuję się cudownie.Otóż morskie klimaty do mnie przemawiają, a zwłaszcza podczas gdy fale muskają klif a mną targa choroba morska. Ostatni raz kiedy byłem na statku to z rodziną, kiedy miałem zaledwie pięć lat. Pamiętam, że to nie należał do najszczęśliwszych wypadów - jak się domyślacie, cały rejs rzygałem jak kot, a kiedy przestawałem to mdlałem, połowy tej podróży nie pamiętam. Na samą myśl o morzu, mam ciarki na plecach i robię się zielony. - Nie ma opcji. - skrzywiłem się. - Mam chorobę morską.
- Auć. - syknął. - Może coś na to poradzę... 
- Nikt nie powiedział, że jadę tam z tobą. - uciąłem szybko. 
- Ale..
- Dziękuję za twoją pomoc, ale dam sobie radę. - jęknąłem szybko.
- Sam 
- Już to wiedzę, śliczna mordko. - urwał, klepiąc mnie po plecach. 
- Śliczna mordko?
- Uciekasz przed kimś? - spojrzał na mnie uważnie.
- To nie twój interes.
- Śliczna buzia była niegrzeczna. - podsumował, wyciągając ze swojego plecaka piwo.
- Możesz się zamknąć? - warknąłem, łapiąc się za głowę. 
Koncentracja przy nim jest niemożliwa, a wręcz a wykonalna.- Wiesz, nie chciałbym ci przeszkadzać, ale... - spojrzałem na niego wściekłym wzrokiem. 
- W zasadzie robisz to od początku mimo, że dałem ci do zrozumienia...
- O-oo wyglądasz jak uroczy troszeczkę wściekły psiaczek.
- Lepsze to niż śliczna mordka. - szepnąłem do siebie, opierając się o szklaną ścianę. - Gbur z ciebie. - dźgnął mnie w bok. - Lubię takich. 
- Jesteś innej orientacji? - spytałem sarkastycznie, próbując przekonać samego siebie, że jego tak na prawdę nie ma i gadam sam do siebie.
- Uuu, cios poniżej pasa. - sapnął. - Lubię dziewczyny. 
- Cudownie...
- Może spróbujmy od nowa, hmm? - spytał, podając mi rękę. - Travis jestem. 
- Przykro mi, ale nie mam czasu na ckliwe znajomości. 
- Hej teraz powinieneś powiedzieć coś w stylu " Cześć, miło mi cię poznać Travis, jestem....." - urwał. - ...i tu powinno paść twoje imię. 
- Axel. - głęboko westchnąłem, a on uśmiechnął się w moją stronę. 
- No i widzisz? A teraz dawaj mi tą mapę. - po czym wyrwał mi ją z rąk. - Znam skrót, oszczędzę ci cierpień. 
- Dlaczego ty mi pomagasz? - spytałem zdezorientowany tym wszystkim. 
- Przypominasz mi kogoś, ale... - jego wzrok zawiesił się na mnie. - ...to rozmowa na kiedy indziej.