środa, 12 sierpnia 2015


Rozdział:7




- A co z notesami? - wiercił dziurę Axel.
Palcem zaprosił nas, byśmy podeszli bliżej.
- A jeśli chodzi o notesy... To jest ich wiele.- odrzekł, przecierając talerz.
- Powie nam pan gdzie się znajdują? - wyrwał się Nate.
- Nie ma mowy.... to sprowadzi na was same nieszczęścia. - warknął, wskazując na mnie chochelką. - Nie próbuj żadnych głupich sztuczek, będziecie tego żałować.
"


* No One's POV  *

- Inne notesy? I wy teraz nam to mówicie? - zdziwienie przeszło cały zespół
Postanowili działać. Więc cała drużyna Raimon'a zebrała się pod drzwiami dyrektora. Według przypuszczeń naszych bohaterów, notesy powinny znajdować właśnie za tymi drzwiami. Tylko jest mały problem, tam jest dyrektor. Jako uczniowie nie mogli tam wejść ot tak. Akurat przechadzała się Nelly. Siłą namówili Mark'a, że to będzie idealny pomysł by była ona idealną przynętą.
- Mark?
- Musisz musisz mi pomóc. - palnął.
Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersiach. 
- A w czym dokładnie? - zagadnęła zaintrygowana.
- To chodzi... o coś ważnego. Proszę.
Po kilku minutach dziewczyna weszła do gabinetu, dyrektor wybiegł z niego pośpiechem. Oznaczało to, że pokój był pusty. Cała grupka zaczęła pchać się do środka, czego skutkiem było zetknięcie z hebanowym podłożem. Wszyscy starannie poczęli szukanie notesów. Jednak notesy te jak skarb zakopany w piasku, był trudny do znalezienia. Tak jak mówiłem, to na nic - nie znaleźli tego. Dopiero trochę później zorientowali się, że prawdopodobnie może być w jednej z szuflad biurka. Przeszukali każdą, została tylko ostatnia. Zamknięta. Diana postanowiła otworzyć ją za pomocą wsuwki do włosów. Udało się, sukces. W środku znajdował się stos niebieskich, brudnych notesów, podpisanych przez samego Davida Evansa. Nie tracąc czasu, zabrali notesy i postanowili udać się na boisko. Jednak nie było to takie proste jak się wydawało. Po bezowocnych poszukiwaniach, znaleźli. David nie był obdarzony fantastycznym pismem, jednak jego pasja uczyniła go legendą i mistrzem piłki nożnej. Znaleźli tego co szukali, kilka ślaczków z których odczytali nazwę - ZRZUT INAZUMY. Do tego wybrali Axel'a, jednak nie mógł tego wykonać sam, potrzebny był tutaj ktoś jeszcze. Po wielu namysłach, wybrano Jacka. Był to chłopak lekko otyły, ale kochający piłkę nożną. Pewnie zapytacie dlaczego on? On też tego nie wiedział, z tego co powiedział mu jego kapitan jest on idealny. A to dlatego, że Axel potrzebuje dużego obciążenia zapanował balans. Jack się do tego nadawał jak nikt inny. Postanowili spróbować, jednak coś było nie tak. Nie przestawali, aż do momentu w którym uda się im to zrobić. Tak więc, prace nad ZRZUTEM INAZUMY  trwały już ponad tydzień. Niestety nadal idzie to jak krew z nosa. Cała taktyka polega na tym, że dwóch graczy skacze do góry w tym samym czasie. Jeden z nich odbija się od drugiego. Proste, prawda? Tylko tak się nam wydaje. Rzeczywistość jest trochę inna. Axel radzi sobie świetnie, jednak Jack nie jest pewien co robi.

* Mark's POV *

 

Cholera.
- Jeszcze raz chłopaki! - klaszczę w dłonie.
Słyszę ich westchnienia. Są wycieńczeni i zmęczeni. Nic nie wychodzi, a zostało mało czasu. Upłynął tydzień, a tutaj fajorwerków nadal nie ma. Już jutro gramy mecz, a ja zaczynam się coraz bardziej bać. Oni nadal nie opanowali tej techniki, a ja obawiam się, że już tego nie zrobią. Gdybyśmy mieli mieli więcej czasu.... 
- Kapitanie.. - podbiegł do mnie Jack.
- Tak?
- Ja... nie zrobię tego? - jęknął, widziałem jak się trzęsie.
- Stary, jeśli chodzi o mnie... to może zrobić to ktoś inny. - do rozmowy przyłączył się Axel.
- To nie tak... - chłopak zacisnął pięści. - Ta wysokość mnie przeraża.
Jeszcze tego brakowało, Jack ma lęk wysokości. CUDOWNIE. Musimy przezwyciężyć jego lęki i to jak najszybciej. Postanowiliśmy robić małe kroczki, poszliśmy na plac zabaw.
- Dajesz Jack, przejedziemy się. - przekonywał go blondyn, klepiąc go krzepiąc po plecach.
Jack jednak nie był zbytnio przekonany, ponieważ siedząc na zjeżdżalni trząsł się jak galareta.
- Zrobimy to szybko.. 
- Nie wie-e - i w tym momencie Blaze popchnął go, a ten zjechał.
Podbiegłem do nich.
- Jest okej, już jesteś na dole.
Próbowaliśmy już wszystkiego, zostały tylko drabinki. Jednak Jack miał już dość, dotykając stopą pierwszego strzebla. Byliśmy bezsilni, to na nic. Jack sam to musi zrobić, ale nie potem, najlepiej jakby to zrobił teraz. Po mimo tego stanu rzeczy, modliłem się o jakiś cud. W końcu zaszliśmy tak daleko... Nie może nas zatrzymać zwykły lęk... To nie może się tak skończyć. Poszliśmy z powrotem na boisko, a Jackowi poleciliśmy usiąść i odpocząć. Przysporzyliśmy mu mnóstwo stresu, a w tym stanie nie może grać.
- Co my z tym zrobimy? - urwał, patrząc w stronę chłopaka.
- Nie mam pojęcia, on musi to zrobić. On...
- Ale widzisz jak to wygląda. - sapnął, przecierając twarz. - Jutro jest mecz, a on jest przestraszony na widok huśtawki.
- Wiem Axel. Ale musimy mu dać przestrzeń, jeśli mu zależy tak jak nam... to zrobi to.
- Obyś miał rację. Ja lecę. - przybił ze mną żółwika.
Dochodzi godzina 15, więc nastał czas abym się zmywał do domu. Odkąd Diana powiedziała mi o mamie, staram się być częściej bliżej niej. Nie podziela mojej pasji, w końcu dziadek zakończył tragicznie... Troszczy się o mnie, ale musi mi po prostu zaufać. Wziąłem torbę, dałem kluczyk do domku pod wycieraczkę. Będąc w drodze do domu, zobaczyłem Nelly. Miałem ochotę uciekać, jednak dziewczyna przestąpiła mi drogę.
- Dokąd to?
Dźwięk jej głos doprowadzał mnie do szału.
- Nie interesuj. - warknąłem, obchodząc ją.
- Wy na prawdę myślicie, że wygracie dzisiejszy mecz? - oczywiście nie mogła sobie odpuścić tego. 
Odwróciłem się na pięcie i podszedłem do niej. Nasze twarze były niesamowicie blisko, a mną teraz kontrolowała furia.
- Taka jest prawda my wygramy, a tobie zacznie siwieć czupryna.
- Słucham?
- Już jutro się o tym przekonasz panno Raimon. - sapnąłem, machając jej i udając się do domu
Po obiedzie, postanowiłem odbębnić mój codzienny trening, mimo tego, że moich sił są śladowe ilości. Jak to mówią -  trening czyli mistrza. Podszedłem do swojego ulubionego dębu, jednak coś wydawało mi się nie tak. Zauważyłem, że przez jedną z tych grubszych gałęzi jest przewieszony sznurek, a na nim belkę drewna. Potem spostrzegłem Axel'a, który ledwo zipie. Jest strasznie poobijany, poświęca swoje wszystko dla dobra drużyny. 
- Ty tutaj? - zagaiłem.
- Tak, nie mogę siedzieć bezczynnie. - sapnął, opierając się o drzewo. 
Spojrzał na belkę, skoczył i próbował się z niej wybić. Jednak zamiast tego, boleśnie upadł. Szybko do niego podbiegłem.
- Cholera... - syknął, łapiąc się za kostkę.
- Jest okej?

- Moje ciało odmawia mi posłuszeństwa, kości strzykają jakbym był jakimś emerytem... ale tak, jest okej. 
- Chodź, zrobimy to po mojemu. - odparłem, powoli go podnosząc.

* Jack's POV *

- Ale widzisz jak to wygląda. - sapnął, przecierając twarz. - Jutro jest mecz, a on jest przestraszony na widok huśtawki.
Ma absolutną racje, jestem tchórzem. Po co ja tutaj w ogóle jestem? A no tak z polecenia lekarza - "Więcej ruchu dobrze ci zrobi". Ze swoim balastem walczę całe życie, z wyzwiskami też. Dlatego przystałem na tą propozycję Marka, ale przede wszystkim dla siebie i swojego wewnętrznego ducha. Teraz zdaje sobie sprawę, że to nie dla mnie. Tylko spójrzcie na mnie... jestem wielką kupą sadła, która boi się nawet maciupkiej wysokości. Ja się naprawdę staram się, tak bardzo mi na tym zależy. Ale kiedy popatrzę w dół tracę pewność siebie, upadam. Na nic moje starania, nawet nie próbuje się podnieść, bo wiem, że znowu spadnę. Nie wiem skąd nasz kapitan ma tak wielkie pokład siły w sobie.
- Wiem Axel. Ale musimy mu dać przestrzeń, jeśli mu zależy tak jak nam... to zrobi to.
Na dodatek jeszcze pokłada w mnie trochę nadzei. Na dziś odpuszczam. Poszedłem na prosto do domu wraz z moimi ponurymi myślami.
- Jak słonko minął dzień? - spytała mama, ale ja uciekłem.
Nigdy nie było tak abym dzielił się tym co czuje z moją rodziną. Są zabiegani, mają poważną pracę i tak na prawdę pragną tylko świętego spokoju. Stałem się zamknięty w sobie i teraz gdy zadaje to pytanie, nawet nie chce podważać tego wieczka. Zbliżała się noc, a moje oczy nie chciały się zamknąć. Postanowiłem wdrapać się na górę, by przyzwyczaić się do wyobrażenia mnie w powietrzu będąć daleko od ziemi. Muszę to przełamać, w końcu cała drużyna we mnie liczy, wierzą we mnie. Mam ogromną presję i odpowiedzialność na barkach, nie mogę ich zawieść ot tak. Muszę się wziąć w garść, tylko jak?
- Braciszku, co ty robisz tam na górze?   - spytał mój młodszy brat, William.
Był zdziwiony ponieważ to on zawsze tam spadł. Czułem się dobrze nie wiedząc na jakiej wysokości jestem. Gdy tylko otworzyłem oczy i spojrzałem w dół, poczułem wielki lęk.
-  Zostaw mnie, chcę spać. - zbyłem go i próbowałem zwalczyć moje natręctwo.
Zrobię wszystko byśmy wygrali, pracowaliśmy zbyt ciężko bym teraz ja pociągnął ich w dół.
- Ale ty przecież śpisz na dole, ponieważ na górze jest za wysoko. 
- Przyzwyczajam się. - odpowiedziałem wymijająco.
Zaśmiał się.
- Co Cię bawi?
- Jutro pierwsza runda Strefy Football'u. A skoro pokonaliście Królewskich, macie wygraną w kieszeni.
- No jasne. - odrzekłem sztucznie się uśmiechając.
- Zaraz zejdź na kolację. - dodał, zamykając drzwi. 
Westchnąłem. Co ja teraz zrobię?

* Diana's POV *


Axel zaproponował rozmowę. Przez ten czas mało rozmawialiśmy, po ostatniej rozmowie nabrał dystansu do mnie. Jednak nie wytrzymał i do mnie napisał. I oto jesteśmy, jest już ciemno, ale po mimo to widzę te siniaki.
- Matusiu... - odparłam, łapiąc jego rękę.
- Też cię miło widzieć Diana.
Usiedliśmy na ławce, przez chwilę panowała po między nami cisza.
- Ja przepraszam... - urwałam, patrząc mu prosto w oczy.
Pokręcił przecząco głową.
- Właściwie... to ja powinienem to zrobić. - sapnął, drapiąc się po głowie. - Przekroczyłem granicę, a wiem jak bardzo sobie ją cenisz.
Złapałam go za rękę i spojrzeliśmy wymownie.
- A więc Spartaninie cóż to za odznaki wojenne.
Zaśmiał się na moje słowa.
- ZRZUT INAZUMY, oto źródło mych problemów.
- Ajć aż tak - analizując ślady siniaków. - Nawet na twarzy..
- Nawet nie wiesz jak... - westchnął głęboko. - Jak trudno jest mi, co dopiero Jackowi.
- Nathan mi mówił... Każdy ma swoje lęki. - podsumowałam
- Tak, ale tutaj trzeba je przełamywać, prawda?
Już miałam prowadzić z nim polemikę, gdy ponownie mój telefon zawibrował. Nie miałam najmniejszej ochoty odblokowywać mojego telefonu, jednak ciekawość wygrała. To co zobaczyłam, zdecydowanie podchodzi pod nękanie. 
nieznany: Odpisz proszę.
nieznany: Diana nie zachowuj się jak dziecko.
nieznany: To zaczyna być wkurzające.
Mam tego serdecznie dość. Mówią, że czas leczy? Może tak, ale gdy obie strony ruszą dalej. Na prawdę chciałabym zamknąć ten etap w swoim życiu raz na zawsze, ale on mi nie na to pozwolić.
- Halo Evans, słuchasz mnie? - z przemyśleń wyrwał mnie Axel.
- Co?
- Mów do mnie, proszę. - przysunął się bliżej.
Bez namysłu postanowiłam go przytulić. Pozwalam łzom na powolne spływam. Potrzebowałam tego jak cholera. 
- Jude... on nie daje za wygraną. - pokazałam mu wszystkie wiadomości.
Widziałam jak w jego oczach iskrzyło się od złości. 
- Diana, obiecuje ci... - spojrzał w moje oczy jeszcze głębiej. - ...zakończymy to jak najszybciej.
- Dziękuję. - wydukałam, wtulając się w jego koszulkę.
Zanim mnie zaprowadził, postanowiliśmy spontanicznie odwiedzić ją. Mimo, że już na prawdę robiło się ciemno, nie baczyliśmy na nic. W tym momencie było nam już wszystko obojętne. Weszliśmy do pokoju numer 23, tam  gdzie leżała jego maleńka siostra. Axel usiadł obok jej łóżka, zacisnął wargi. Podeszłam do niego by dodać mu otuchy, położyłam mu dłoń na ramieniu, a on ją złapał.
- Julia... wróciłem do tego co kocham, do piłki. Jak ci obiecałem, tak zrobię - wygram.. - pogłaskał ją po jej brązowych włosach. - Jeśli mnie słyszysz to, proszę obudź się. Nie chcę byś przespała taką piękną chwilę.

hej,hej! :3
witam w kolejny rozdziale,
nasi bohaterowie moją nie mały problem :o
czy go przezwyciężą? 
dowiecie się w następnym rozdziale.
ps. spałam tylko 4 godziny. ;C
doceńcie to że pisząc to dużo ryzykuję! 
nie wiem co ja piszę.
wpadajcie na mojego ask'a.
see ya :D





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz