wtorek, 25 sierpnia 2015



Rozdział:12




"- Diana. Nie zaczynaj... ta gadka, że nie jesteś potrzebna jest słaba. A ty taka nie jesteś. - wziął moją rękę, którą od razu próbowałam odebrać. 
- Axel.. ona ze mnie kpi za każdym krokiem. Dzisiaj chciałam jej pokazać, że nie jestem słodkim dodatkiem....
Ucałował moją dłoń, a ja się kompletnie popłakałam.
- Choroba nie wybiera Dan... to wiesz. Ale wiec, że dla nas nie będziesz dodatkiem, jesteś jedną z nas. I jeśli ktoś będzie chciał to kwestionować, to pokaże mu gdzie jest jego miejsce. "


* Mark's POV *


♫ 


Udało się, wygraliśmy ten mecz. Po mimo wygranej ponieśli duże straty w ludziach. Axel ma złamaną nogę, Diana gorsze wyniki, a Max pogruchotane żebra. 
Po lekcjach szybko pomknąłem do domu, by wziąć młodej torbę na rzeczy.
- Możemy porozmawiać? - już miałem chwytać za klamkę.
Już za długo to trwa, boli mnie ta rozłąka z nią. Jednak dopóki nie zrozumie mnie choć trochę, taka atmosfera będzie u nas panować.
- No okej. - odparłem, zamykając drzwi i siadając na krześle.
- Długo się nad tym zastanawiałam... doszłam do wniosku, że muszę odpuścić. 
- I?
Westchnęła głęboko.
- Zdania o piłce nie zmienię, Mark. - wstałem z miejsca i skierowałem kroki w stronę drzwi. - Czekaj.
- Na co? Mamo, mam tego dość, tej ciszy... Oddalamy się od siebie przez tą głupią piłkę.
Podeszła do mnie bliżej i złapała mnie za ramię.
- Jesteś taki sam jak on... impulsywny i uparty. Daj mi dokończyć. - sapnęła, a ja usadowiłem się w fotelu.
- Skoro tobie sprawia to przyjemność, nie będę cię zatrzymywała. Nie licz na to, że pojawię się na jakimś meczu...
- Może kiedyś, mamo. - odparłem, blado się uśmiechając.
- Przechodząc do sedna... masz moje wsparcie, synu. - nie wytrzymałem i wtuliłem się w nią.
Jeden kryzys zażegnany, ciężar z moje serca i atmosfera wyrzucona do kosza. Zatrzasnąłem drzwi i razem z całą drużyną się udała do szpitala. Dzisiaj Axel i Diana dostają wpisy, nareszcie! Przez naszą managerkę, nie mieliśmy jak ją odwiedzić. Traktowała nas ostro i nie dawała chwili wytchnienia. Cała grupa zajęła prawie wszystkie krzesełka w korytarzu. Po chwili, z ciemności wyłoniła się rozpromieniona Dan i trochę mniej szczęśliwy Axel z kulami.
- Niech to szlag! - warknąłem, patrząc na biały gips na jego nodze.
- Tia... jakoś tak wyszło. - sapnął lekko poirytowany.
- Spokojnie, za tydzień będzie jak nowy. - odparła pielęgniarka przechodząca obok nas.
- Tydzień? - podskoczył Nathan słysząc jej słowa.
- Uczcijmy to minutą ciszy.. - dodał Max, łapiąc się za głowę.
- Czyli to oznacza...
- Blaze nie zagra z nami w kolejnym spotkaniu. - mruknąłem ponuro.
Oboje udali się do recepcji, podpisali ważne papiery i skierowali się w naszą stronę. Nathan i Max rzucili się na brunetkę zamykając ją w szczelnym uścisku. Po czym przyłączyła się cała reszta. 
- Więcej nas tak nie strasz, zrozumiano? - powiedział Nathan, grożąc jej palcem. 
- Obiecuję.
- Czy ty jesteś na coś chora? - spytał Timmy.
Nastała cisza. Tak na prawdę nikt nie wiedział o chorobie, tylko ja i Blaze.
- Diana choruje na anemię sierpowatą. To najgorszy typ. - zameldowała Nelly, podchodząc do niej bliżej. - Powiedz. Tylko czekałaś, aż ktoś to odkryje. Teraz każdy będzie latał koło ciebie jak piesek. Urocze. 
- Nie muszę ci się przed niczym tłumaczyć Nelly. - również stanęła, a od ich twarzy dzieliły ich milimetry. - A teraz przepraszam, ale muszę stąd wyjść, bo zaraz się uduszę.
Przed twarzą mignęła mi zapłakana twarz mojej siostry. Wszyscy popatrzyli znacząco na zadowoloną pannę Raimon.
- Słuchaj, nie masz prawa tak mówić o siostrze naszego kapitana. - warknął w jej stronę Dragonfly.
Do dziewczyny powoli podszedł blondyn.
- Brawo. - zaczął ironicznie klaskać w jej stronę. - Szczerze... spodziewałem się tego po tobie. Jest ci po prostu niewygodnie, bo Diana nie musi udawać nikogo, a ma wokół siebie wspaniałych ludzi, podczas ty błagasz o atencje, a swoim paskudnym charakterem stwarzasz więcej wrogów niżeli sympatyków.
Odsunąłem ręką Axel'a, ja też jej miałem dużo do powiedzenia. Znosiłem to, gdyż bałem się o moją przyszłą edukację. Ale teraz doprowadziła moją chorą siostrę do łez, miarka się przebrała.
- Nelly... tego już za wiele. Jeszcze raz powiesz coś złego na temat mojej siostry. - urwałem, patrząc na nią groźnie. - A o wszystkim dowie się twój tatuś.
- Co ty... - jęknęła zaskoczona.
- Nie jesteś już taka cwana? Lepiej słuchaj, bo nie będę się powtarzał. - zaśmiałem się, ponieważ to ja teraz byłem górą. - Nie pozwolę, abyś poniżała moją siostrę. Nie wiesz co przeszła, co przechodzi.... Nie znasz jej. Więc lepiej abyś się trzymała od niej z daleka.

* Diana's POV *


♫ 



Zajebiście. Po prostu zajebiście. A tak optymistycznie nastawiłam się na dzisiejszy dzień. Ale los jest zawsze dla mnie bezwględny, nawet kiedy jestem w tak słabej, beznadziejnej formie. Musiał mi zesłać, pani Perfekcję, która nie może się nigdy powstrzymać od wszelkich docinków na temat mojej osoby.
- Diana choruje na anemię sierpowatą. To najgorszy typ. - zameldowała Nelly, podchodząc bliżej. - Powiedz. Tylko czekałaś, aż ktoś to odkryje. Teraz każdy będzie latał koło ciebie jak piesek. Urocze. 
- Nie muszę ci się przed niczym tłumaczyć Nelly. -  nie miałam zamiaru okazać słabości, również wstałam i podeszłam do niej na tyle blisko, by czuła mój oddech na jej twarzy. - A teraz przepraszam, ale muszę stąd wyjść, bo zaraz się uduszę.
Jednak to tylko poza, ponieważ moje oczy zaczęły się szklić i wszyło, że jestem jedną wielką ciapą. Zauważyłam, że coraz częściej płaczę. Nie lubię płakać, nie chcę płakać, n i e n a w i d z ę płakać. Tak bardzo chcę być silna i przestać się nad sobą użalać. Za każdym razem gdy zostałam skatowana i płakałam, wmawiałam sobie, że jutro się postawię, odejdę i będę silną, niezależną od nikogo, dziewczyną. Zaczęłam w siebie wierzyć, ale gdy człowiek nadepnie na moją ranę, wymiękam. Poczułam jak ktoś dotyka mojego ramienia.
- Wszystko dobrze? - spytał Nathan, siadając obok mnie.
- Powiedzieć ci prawdę, czy skłamać?
- Zawsze jesteś z nami szczera... teraz też bądź. - pogłaskał mnie po głowie
- Jest źle, z dnia na dzień. Nie było dnia w którym, moja poduszka nie była by mokra od moich łez. Mam dość tego wszystko..To błąd, że tutaj jestem...
- Nie prawda. - otarł moją twarz z łez dłonią. - Nawet tak nie mów. Dla naszego zespołu jesteś skarbem.
- Choć raz mógłbyś nie kłamać. - sapnęłam, patrząc w jego oczy.
- Ale to prawda... Każdy może ci to powiedzieć. - rzekł, całując moje czoło.
- On ma rację.
Obróciłam się i po chwili  cały Raimon znalazł się na zewnątrz, Nelly zniknęła. Na mojej twarzy pojawił się wielki uśmiech. To takie piękne, że mam tak cudownych ludzi. Cały czas moje demony próbują mi wmówić, że tutaj nie pasuje. Co jeśli się mylę? Chłopcy zadecydowali, że pójdziemy na gofry. Podczas jedzenia dziewczyny sprawdzały z kim będziemy rozgrywać kolejny mecz.
- Sędzi Hills.. - urwał Bobby, uśmiechając się w jej stronę. - Jaki jest wyrok.
Celia spojrzała na niego i uniosła jedną brew do góry.
- Kolejny mecz będzie... - wszyscy zaczęli walić w stół, imitując werble. - z Liceum Otaku?
- Otaku? Brzmi jak jakieś sushi. - palnął zdezorientowany Todd.
- O stary, ale mi smaka zrobiłeś... - jęknął Max.
- Ale zjadłbym... - mruknął Nate, klepiąc się po brzuchu.
- Nie uwierzycie... - jęknęła Silvia, a na jej twarzy pojawiły się rumieńce. - Po każdym meczu chodzą do tych nate cafe.
- Co? - krzyknął Mark z niedowierzaniem.
W USA mijałam takie miejsca, było ich pełno. Gdy się tam wchodzi wszystko wygląda jak te słodkie kreskówki. Ściany są różowe, gra muzyczka niczym z "My little pony", a pokojówki przypominają seksowną wersję Hello Kitty.
- To jest to miejsce gdzie kelnerki są przebrane za pokojówki? - zaśmiałam się w głos. - Ale jaja.. 
- Mamy grać z pedałami, serio? - odrzekł zniesmaczony Dragonfly.
- Ey. - wstał urażony słowami Willy. - To że tam chodzą, nie oznacza, że są mniej męscy.
- A ty to wiesz, ponieważ... - chłopak się zarumienił. 
- Tak czy siak, musimy się tam udać. - wszystkie oczy skierowały się na Willy'iego.
- Chyba cię cycki pieką! - syknął niezadowolony wypowiedzią Swift. - Za żadne skarby świata!
- Nawet dla hot lasek? - wszystkim chłopcom oczy się zaświeciły.
- Nawet dla tego. 
- Jeśli chcemy się dowiedzieć coś na ich temat to nie mamy innego wyjścia.  - odrzekł Glass, poprawiając swoje okulary.
- Dlaczego nie wyślemy tam, Glass'a? - zaproponował Max.
- Dokładnie! Idealnie wpasuje się w te klimaty. - dodał zachwycony pomysłem Kevin.
- Dosyć! - krzyknął Mark, by uciszyć wszystkich. - Idziemy tam, czy wam się to podoba czy nie!
I tak jak powiedział, tak też się stało, po południu wszyscy zebrali się pod kafejką. Chłopcy stali jak na szpilkach, stali jak słupy soli. Żaden z nich nie miał zamiaru wejść pierwszy. Spojrzałam błagalnie w stronę Marka. Brunet z wielkimi rumieńcami otworzył drzwi i wszedł do środka. Reszta podążyła za liderem.

* Mark's POV *


Przełknąłem ślinę. Czy to jest jakiś straszny koszmar? Wygląda na to, że nie. Przekroczyłem niepewnie próg, a gdy pociągnąłem za drzwi, odezwał się dzwoneczek. Tak jak Diana nam opisywała, wnętrze miało różowe ściany, gdzie nie gdzie znajdowały się na nich duże, czerwone serduszka, poza tym na ścianach wisiały zdjęcia dziewczyn. Zauważyłem, że większość klientów, to właśnie płeć przeciwna. Gdy znalazłem stolik na uboczu, powiadomiłem grupę i usiadłem na przeciwko Dan. W niecałe dziesięć sekund przede mną pojawiła się kelnerka. Ubrana w strój pokojówki, ze swoimi atutami na wierzchu. Budynek był wypełnionymi chłopakami, którzy patrzyli na dziewczyny zaciskając ołówki, niektórzy czytali komiksy, a jeszcze inni grali w gry planszowe.

- Co podać? - a jej biust zafalował mi nad twarzą. Spojrzałem na grupkę, wszyscy byli zniesmaczeni, wszyscy oprócz Willy'ego, który był wręcz wniebowzięty.
Spojrzałem nerwowo na kartę. O mało się nie zapadłem pod ziemię.
- O matko.. - poczułem jak moje policzki nabierają koloru dojrzałego buraczka 
- Czy wszystko w porządku?
- Oczywiście.. - urwałem, poprawiając koszulkę. - Poproszę. herbatkę z ser-dusz-zkiem.
Schowałem się zawstydzony za kartą. Przez malutką szparę, zobaczyłam jak Willy na totalnym luzie składa swoje zamówienie. 
- Patrzcie się to robi. - strzelił palcami. - A więc, poproszę zestaw romantycznych ciasteczek w polewie. 
Przez myśl przebiegło mi to jakiej orientacji jest Glass. Jednak szybko odepchnąłem tą myśl, gdyż coś odwróciło mą uwagę
Obok Willy'ego zjawili się jacyś chłopcy. Jeden był podobnej postury do Wallside'a, miał nerdowskie okulary na nosie. Drugi z nich był blondynem, a na głowie miał różowy beret, a w jego kucyku wetknięty był malarski pędzel. Obaj ubrani jak typowy nerd, biała koszulka, kamizelka w kratę i okulary. 
- No proszę, jeszcze nigdy nie widziałem chłopaka z taką grację. - sapnął wyższy chłopak.
- A wy to? - spytał, zaciekawiony przybyszami Glass.
- To za chwilę, a teraz chciałbym ci pokazać coś interesującego.
Glass gestem ręki, kazał pójść za nim. Udaliśmy się do piwnicy, weszliśmy do windy i zjechaliśmy w dół. Wnętrze nie różniło się od tego co widzieliśmy na górze, może tym chociażby, że było obklejone mnóstwem plakatów postaciami z mang. 
- Zabierzcie mnie stąd. - wyszeptał mi Nathan, a ja tylko pokiwałem głową. 
W środku znajdowały się inne nerdy, którzy mieli pełne ręce roboty. Sklejali kartki, malowali jakieś obrazki, a jeden z nich montował filmiki z cukierkowymi laskami. Niektórzy z nich, siedziały na komputerach i grały w gry,  inne czytały mangi, a jeszcze inne projektowały figurki. Willy wpadł w stan osłupienia, jego euforia znacznie wzrosła. Z iskierkami w oczach oglądał każdą rzecz, każdą figurkę lub komiks. 
- Przepraszam. - popukałem jednego z nich po plecach. - Jest nam bardzo miło u was gościć, jednak przyszliśmy w innej sprawie...
- A więc, słucham. - odparł beretowy chłopiec, przerywając Willy'emu opis danej figurki.
- Bo wiecie my gramy w piłkę i...
- Gracie w piłkę? - spytał Gin, poprawiając swoje okulary.
- My też gramy! - krzyknął ten w berecie. - Gramy mecz w jakimś turnieju... Tylko nie pamiętam jego nazwy.
- Turniej.. S-s... coś tam. - burknął Gin.
- Mówicie o Strefie Football'u? Czyli wy... - Todd pokojarzył fakty.
- Jesteśmy uczniami z Liceum Otaku.
Wszyscy wytrzeszczyli oczy. Mamy grać z nimi? To będzie bardzo ciekawe doświadczenie.


 ***

* Diana's POV *

Usiadłam na moim balkonie. Wzięłam do ręki kubek z gorącą czekoladą. Spojrzałam na moją lewą rękę, pęknięta żyła. Wszystko przez te leki, którymi mnie faszerowali jak jakąś dorodną kaczkę na rodzinny obiad. Złapałam za telefon. Widzę te wiadomości i coraz bardziej we mnie buzuje. Mam tego dosyć, chcę świetego spokoju, chcę ruszyć dalej i nie zatrzymać się na przystanku złamane serce. Postanowiłam się spotkać się z Jude'em. 
do nieznany: Spotkajmy się za 15 minut, przy wieży.
Nie musiałam długo czekać na odpowiedź. 
nieznany: Będę.
 Postanowiłam nie zwlekać, umyłam się i wskoczyłam w jakieś wygodne ciuchy i wyszłam z domu. W drodze wykręciłam numer do Axel'a.
- Idę się z nim spotkać.
- A może tak cześć? Powtórz,  bo nie zrozumiałem.
- Chcę to zakończyć. 
- Zwariowałaś? 
- Rozumiem, że się troszczysz, ale klamka zapadła...
- Diana, stój!
- Axel.. Ja chcę zamknąć ten rozdział, raz na zawsze.
W słuchawce usłyszałam ciężkie westchnięcie.
- Tylko później tego nie żałuj.


cześć, cześć! :3
oto kolejny rozdział.
wiem, że rozdział jest krótki, wybaczcie! :c <3
wielkie spotkanie Dan i Jude'a! :O
co z tego będzie?! 
dowiecie się w następnym rozdziale.
wpadajcie na grupę.
elo :3

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz