Rozdział:6
"- Dobrze... W USA zaczęłam moją "karierę" piosenkarki i oto jestem.. - odparłam skromnie, drapiąc cię po głowie.
- Zdolna bestia. - powiedział Nathan, czochrając moje włosy.
Postanowiliśmy opić naszą wygraną. Wybraliśmy najpyszniejsze potrawy i zakręcone shaki. Uznałam, że ja też zrobię coś szalonego.. nie wezmę tabletek. Przekonałam siebie, że przecież bez jednej dawki, nic mi się nie stanie... Prawda? "* Mark's POV *
♫
Jest 4 nad ranem, a ja siedzę na balkonie i rozmyślam. Zwykle korzystam z czasu przeznaczony na sen i śpię jak zabity. Jednak dzisiaj wiele myśli i moja ekscytacja spędziło mi sen z powiek. Wszystko budziło się do życia, sąsiedzi rozwijali rolety, a leniwe słońce tak pięknie wschodziło i oświetlało całe miasto. Jeszcze nigdy nie widziałem tak pięknego zjawiska zjawiska. Tak minęła kolejna godzina, a ja niczym zahipnotyzowany wpatrywałem się w ten piękny obrazek. Jeszcze tylko 2 godziny i trzeba ruszyć z życiem dalej. Czytaj - trzeba iść do szkoły. Słyszę kroki na schodach. Zapewne to Diana krząta się wokół siebie.
- Co ty robisz? - spytała zaskoczona moim widokiem
- O to samo mógłbym zapytać ciebie, siostro.
- Jakoś nie mogę zasnąć.... Boli mnie głowa. - odrzekła blado się uśmiechając.
- A tak na prawdę? - odwróciła ode mnie wzrok.
- Nie wzięłam leków... dlatego. Rzygam jak kot.
Westchnąłem głęboko.
- Powiedziałbym ci coś.... ale, dzień jest taki piękny.
- Serio? - podniosła jedną z brwi do góry.
- Powiem jedno. Zacznij o siebie dbać, tylko to. - odparłem, łapiąc ją za ramię.
Pokiwała na to głową, oparła się o balkon i również podziwiała pobudkę natury.
- A ty.. panie wygrana? - dźgnęła mnie w bok.
- Panie wygrana? - zaśmiałem się na jej słowa. - Rozmyślam.. nad tym wszystkim. Wiesz..to nie jest już takie łatwe, nie możemy liczyć na łut szczęścia...
- Mark, proszę cię. Gracie w Turnieju Strefy Football'u, czaisz? Do takiego czegoś nie dostają się przypadkowe zespoły, tylko te najlepsze team'y z Japonii.
- Jesteśmy najlepsi?
- To się okaże - odrzekła uderzając pięścią w moje ramię.
Zaczęliśmy się śmiać. Kątem oka zauważyłem, że dziewczyna nerwowo spogląda na telefon, jakby na czegoś się obawiała.
Martwię się o nią, ignoruje swoje zdrowie i skrywa tajemnice niczym puszka Pandory. Minęły niespełna dwa dni odkąd tu jest, a ja nie mogę się przyzwyczaić do niej. Była takim niewinnym, grzecznym dzieckiem, aktualnie nie poznaje jej. Dowiaduję się tylu nowych rzeczy. Może powinienem po prostu jej zaufać? Szokuje mnie z dnia na dzień, to będzie bardzo trudne. Wiadomo, że wszystkiego nie będę jej pobłażał, ale muszę jej trochę odpuścić. Na dworze zaczął wiać lekki, chłodny wiaterek. Drzewa lekko się kołysały. Ludzie jak zawsze o szóstej rano, spieszyli się do swoich prac. Słonko nie miłosiernie raziło moje oczy. Postanowiłem wrócić do swojego pokoju.
* Diana's POV *
♫
Od rana czuję się jak wrak. Nawet na sekundę nie opuszczam toalety. Ale nie to mnie martwiło, to było małe ziarnko w wielkiej kupie piasku moich zmartwień. Praktycznie od wczoraj mój telefon wariuje z powodu natłoku wiadomości. Minęło tyle czasu, a on nadal nie daje mi spokoju. Miałam napisać nową historię, a widzę, że zamiast iść na przód to się cofam. Czasami zastanawiam się, czy przyjazd tutaj nie był błędem. Pewnie spytacie się o kim teraz mowa? Za każdym razem pojawia się to imię i nazwisko, mam ochotę wyrzucić komputer i wszystko z tym związane przez okno - Jude Sharp. Jak to się stało, że właśnie takie uczucia odczuwam na dźwięk tych słów? No cóż, stało się to właściwie przypadkiem. Nasza szkoła w USA postanowiła zaprosić Akademię Królewską do siebie. W jakim celu? Też chciałabym znać prawdziwy powód, dyrektor niby mówił, że chcą nas razem zintegrować. Trudno mi w to uwierzyć, gdyż byłam świadkiem jak dyro dostał w łapę porządną sumę pieniędzy. Trwało to miesiąc, w tym czasie przyszłam w końcu do szkoły, ponieważ groziło mi wyrzuceni. Pamiętam, że wpadłam na niego na korytarzu, oblał mnie coca-colą.
- Baran! - i tak to się stało.
Dosyć szybko staliśmy się przyjaciółmi. Kwintesencją tej całej "integracji", był bal. Zadecydowałam nie pójść, gdyż nie czułam się najlepiej. Jednak po wielu namowach mojego przyjaciela, poszłam. Ogółem było miło, taniec, poncz i dobre przekąski. Magia zdarzyła się podczas naszego wolnego tańca. Popatrzyliśmy sobie głęboko w oczy i pocałowaliśmy się. To był początek mojego pierwszego, poważnego związku. Było pięknie, przez chwilę. Potem zaczął mnie traktować jako zabawkę, którą pokazuje swoim kumplom, by się pochwalić. Z wierzchu wyglądaliśmy uroczo, ale tylko ja widziałam swoje siniaki i wieczne paranoje. Mimo tego głupia kochałam go, ponieważ momentami był jak książę z bajki. Jak to się skończyło? Zdradził mnie i to z moją najlepszą przyjaciółką bez mrugnięcia okiem. Od tego czasu minęło sporo czasu, raptem rok. Niezwłocznie zablokowałam go dosłownie na wszystkich aplikacjach, jakie miałam na telefonie, a nawet usunęłam jego numer. Doszło do tego, że musiałam zmienić kartę. Zapomniałam, jakim cwanym draniem jest. Dzięki swoim kolegom ma nawet mój nowy numer. Na moim wyświetlaczu po raz trzeci widnieje jedno powiadomienie
MASZ WIADOMOŚĆ!
Nie miałam ochoty na to odpowiadać, bo wiedziałam, że wtedy już wpadnę po uszy. Postanowiłam je przeczytać, po prostu wyświetliłam.
nieznany: Diana, wróciłaś.
nieznany: Jesteś jeszcze piękniejsza niż rok temu...
nieznany: Mogłaś mi powiedzieć, że jesteś na coś chora.
Chyba powinienem o tym wiedzieć, prawda?
Ostatnia wiadomość, wprawiła mnie w osłupienie. Jakiż on ma dupet, by znów wchodzić z buciorami w moje życie? Wyszłam na balkon by złapać spokojnie oddech i się uspokoić. Zauważyłam, że nie jestem sama. Ewidentnie ktoś patrzył na mnie ukradkiem zza drzewa. Jego twarz mignęła mi przed oczami, ale skądś go kojarzę. A co jeśli, jest jeden z jego szpigów? A co się z tym wiąże, czy on zamierza szpiegować również zespół mojego brata? Nie miałam czasu znaleźć odpowiedzi na moje pytanie, gdyż zbliżała się godzina siódma. Owinęłam się kocem i skierowałam się do łazienki. Tam wzięłam prysznic, pomalowałam się i ubrałam. Włosy pozostawiła w naturalnym nieładzie. I nim się obejrzałam szłam razem z Axel'em do szkoły.
- Co się dzieje? Jesteś taka.. nieobecna.
- Axel, daj spokój. - sapnęłam, łapiąc się za głowę.
Oparłam się o jeden z płotów. Axel podbiegł do mnie.
- Hej, coś jest na rzeczy... Diana, powiedz mi. - stwierdził, podnosząc delikatnie moją twarz, sprawdzając przy tym czy wszystko ze mną okej.
- Wszyscy chcą coś wiedzieć.. Odwalcie się! - warknęłam idąc na przód.
- Nie rób tak. - warknął, łapiąc mnie za rękę. - Chodzi o niego, prawda?
Pokiwałam twierdząco głową.
- Piszę do mnie cały czas, ale to nic...
- To nic? Diana...
- Dam sobie radę, na prawdę. - zapewniłam, otwierając drzwi do szkoły.
* Mark's POV *
Udałem się samotnie do szkoły. Diana nie czuła się za dobrze, nie kazała mi zwlekać. Szedłem więc z głową pełną przemyśleń. W szkole zaczynała się lekcja królowej nauk - matematyki.
- Okej... mam wasze oceny. - rozpoczęła lekcja pani Hemmings, poprawiając okulary na nosie.
Potem rozdała każdemu kartki, szybko zagarnąłem ją do siebie. Spojrzałem i nie dowierzałem... piątka. Może dla was to dziwne, dla mnie też, ponieważ nigdy nie przejmowałem się tym, jakie oceny mam. Ale w tym momencie mnie po prostu zamurowało, czy ten dzień może być jeszcze lepszy.
- Jak ci poszło? - zapytała szeptem Silvia.
- Mmm.. dostałem pięć!
- O kurde witaj w klubie! - i przybiliśmy razem piątkę.
- Wy. - wskazała na nas dwójkę. - Panie Evans, chyba sobie moje rady do serca i przyłożyłeś się do nauki tak jak twoja koleżanka Celia.
Szkoła szybko mi minęła, właśnie miałem wyciągać książki z mojej szafki, gdy nagle drzwiczki trzasnęły mi przed twarzą.
- Mark. - to była Nelly.
- Nelly. - przez dłuższą chwilę się mi przyglądała, a ja otworzyłem swoją szafkę i wyciągnąłem książki.
- Okej to się wam udało. Mój ojciec jest zadowolony waszym ganianiem za tym okrągłym obiektem...
- Na prawdę?
- Tak.. w każdym razie. - sapnęła, przeczesując włosy ręką. - Mam ci tylko powiedzieć, że będziecie grać z Dzikim Gimnazjum.
- Oke-ej..
- Nie dajcie ciała i nie dajcie się zabić. - odparła, ponownie zamykając mi szafkę.
Wziąłem plecak, włożyłem książki i postanowiłem nie zwlekać, udałem się do domku klubowego. Po drodze wpadłam na jakiegoś typa. Nie wyglądał na kogoś z naszej szkoły, był ode mnie wyższy, nosił czarną, skórzaną kurtkę. Na czoło opadało mu kilka pasm blond włosów, a jego oczy przez dłuższą chwilę lustrowała moją twarz.
- Mam coś na twarzy? - chłopak uśmiechnął się.
- Nie-e... - urwał, przecierając twarz. - Ty jesteś ten Mark, c'nie?
- Tak. W czym mogę pomóc?
- Słyszałem o was..
- Wielki fan, co? - zagadnąłem.
- Taak.. można tak powiedzieć. - podrapał się po głowie. - Ale ja nie w tej sprawie...
- A więc?
- Macie grać z Dzikim Gimnazjum, prawda? - pokiwałem na to głową. - Mogę wam pomóc.
Czułem, że zaraz zapyta mnie na pieniądze. Wiadomo, że w tych czasach każda informacja jest płatna. Jednak on patrzył na mnie i czekał cierpliwie aż coś powiem.
- Wiesz co? Chodź, omówimy to. - zaprowadziłem go do klubu.
Gdy weszliśmy do środka, panowała zatłoczona atmosfera. Mnóstwo ludzi, którzy mają dużo do powiedzenia. Klasnąłem i teraz ich uwaga skupiła się na mnie.
- Witam.
- A ty się zgubiłeś? - wyczułem sarkazm od Nathan'a, popatrzył na zegarek. - Zawsze jesteś tak punktualnie..
- Stary, nawet najlepszym się zdarza.. - zaczął się chichrać.
- Okej. - poczekałem, aż się obaj uspokoją. - Słuchajcie... Gramy w strefie football'u!
Cała drużyna zaczęła krzyczeć z radości.
- Czy możemy już przejść do meritum? - odparł ponuro John.
- Czy możemy już przejść do meritum? - odparł ponuro John.
- A z kim gramy? - spytał Timmy.
- Dzikie Gimnazjum.
- Dzikie co? - oderwał się od gry Todd.
- Dzikie co? - oderwał się od gry Todd.
Nagle w drzwiach stanął nasz 'tymczasowy' trener. Przeczytałem regulamin i jest nam potrzebny taki. Wybrała go panna Raimon, więc nie mam czego kwestionować.
- Nie łudźcie się na wygraną. - mruknął. - A i jeszcze jedno..
Wtedy chłopak którego poznałem, stanął obok niego.
Wtedy chłopak którego poznałem, stanął obok niego.
- Siemka, jestem Bobby Shearer.
* Diana's POV *
- Siemka, jestem Bobby Shearer.
Wtedy zrozumiałam. To właśnie jego widziałam, wtedy kiedy wyszłam z klubu i zażywałam leki. To on dzisiaj był za tym cholerny drzewem. To on - jeden z ziomalów z którymi się trzymał Jude. Kim jest Bobby? Zapatrzony w siebie buc, podrywał każdą laskę. Próbował startować nawet do mnie, jednak już nie miał szans, ponieważ Sharp zaznaczył ten teren i zaklepał mnie wcześniej. Spojrzał na mnie, a ja na niego. Wiedziałam, co się święci. Mamy w grupie szpiega od Królewskich. Gdy zdał sobie sprawę kim jestem, posłał uśmiech. Odwzajemniłam uśmiech, niech sobie myśli, że nic nie wiem. Jednak nie pozwolę, by mu to uszło na sucho. Wzrok przekierował na Silvię.
- Zdecydowanie za długo.
Co. Niech mi ktoś wytłumaczy co się właśnie dzieje. Siedzę jak zmrożona i nie wiem już co ta na prawdę myśleć.
- Hiuston, mamy problem. Over. - z zamyśleń wyrwał mnie Nathan.
- Co?
- Co?
- Znasz tego nowego? - do konwersacji dołączył się również Max.
Uświadomiłam sobie, jak to musi wyglądać.
- Okej, Bobby przebieraj się. Idziemy! - krzyknął Mark, łapiąc piłkę w rękę.
Wszyscy wybiegli, a pozostałam tylko ja, Bobby i Axel.
- A więc... jesteś tutaj. - odparł Bobby, podchodząc do mnie.
- Ty też. - nasze twarze były dostatecznie blisko.
Po między nami stanął Axel.
- Lepiej się przygotuj, bo skopię ci tyłek Shearer. - warknął w jego stronę.
- Nie mogę się doczekać. - uniósł ręce do góry pokazując, że się poddaje.
A my wyszliśmy.
- Niech zgadnę.... to jego przydupas?
- Axel, nie teraz proszę cię. - miałam dość tej sytuacji, jak i tej rozmowy.
- Diana chcę ci pomóc. - odparł, patrząc mi prosto w oczy.
- Lepiej jeśli pomożesz chłopakom...
- Okej. - zrezygnowany odszedł.
Zacisnęłam wargi, chciało mi się płakać - tak byłam bezradna. Zrobiłam wdech i wydech i udałam się na boisku. Chłopacy już kilka godzin trenują, w końcu to mecz o wszystko.
- Słyszałem, że są bardzo dobrzy w powietrzu. - Bobby rozmawiał z Nathanem, który siedział obok mnie i pił wodę.
- Gramy z jakimiś ptaszkami? - zaśmiał się Nathan, a wraz z nim Shearer.
- Najwidoczniej.
Później tą wiadomość zaniósł mojemu bratu i chłopcy zaczęli ćwiczyć ataki w powietrzu. Od czasu do czasu Axel patrzył się na mnie znacząco. Wiem, że chciał dobrze, ale... nie chce go w wciągać. Ma własne, większe problemy. Muszę się z tym poradzić sama... jeszcze nie wiem jak, ale muszę coś wymyślić. W pewnym momencie poczułam się naprawdę źle - tutaj przychodzą skutki tego, że będzie lepiej dla mnie bym zażywała te tabletki.
- Okej, Bobby przebieraj się. Idziemy! - krzyknął Mark, łapiąc piłkę w rękę.
Wszyscy wybiegli, a pozostałam tylko ja, Bobby i Axel.
- A więc... jesteś tutaj. - odparł Bobby, podchodząc do mnie.
- Ty też. - nasze twarze były dostatecznie blisko.
Po między nami stanął Axel.
- Lepiej się przygotuj, bo skopię ci tyłek Shearer. - warknął w jego stronę.
- Nie mogę się doczekać. - uniósł ręce do góry pokazując, że się poddaje.
A my wyszliśmy.
- Niech zgadnę.... to jego przydupas?
- Axel, nie teraz proszę cię. - miałam dość tej sytuacji, jak i tej rozmowy.
- Diana chcę ci pomóc. - odparł, patrząc mi prosto w oczy.
- Lepiej jeśli pomożesz chłopakom...
- Okej. - zrezygnowany odszedł.
Zacisnęłam wargi, chciało mi się płakać - tak byłam bezradna. Zrobiłam wdech i wydech i udałam się na boisku. Chłopacy już kilka godzin trenują, w końcu to mecz o wszystko.
- Słyszałem, że są bardzo dobrzy w powietrzu. - Bobby rozmawiał z Nathanem, który siedział obok mnie i pił wodę.
- Gramy z jakimiś ptaszkami? - zaśmiał się Nathan, a wraz z nim Shearer.
- Najwidoczniej.
Później tą wiadomość zaniósł mojemu bratu i chłopcy zaczęli ćwiczyć ataki w powietrzu. Od czasu do czasu Axel patrzył się na mnie znacząco. Wiem, że chciał dobrze, ale... nie chce go w wciągać. Ma własne, większe problemy. Muszę się z tym poradzić sama... jeszcze nie wiem jak, ale muszę coś wymyślić. W pewnym momencie poczułam się naprawdę źle - tutaj przychodzą skutki tego, że będzie lepiej dla mnie bym zażywała te tabletki.
- A ty co? - spytał Max'a, siadający obok mnie.
- Źle się czuję... - odparłam, wstając z ławki. - Lepiej pójdę do domu.
- Odprowadzę cię. - palnął, również wstając.
- Axel cię wysłał?
- Po prostu, daj mi cię odprowadzić. Proszę.
Postanowiłam wrócić wraz z nim do domu.
- Źle się czuję... - odparłam, wstając z ławki. - Lepiej pójdę do domu.
- Odprowadzę cię. - palnął, również wstając.
- Axel cię wysłał?
- Po prostu, daj mi cię odprowadzić. Proszę.
Postanowiłam wrócić wraz z nim do domu.
* Mark's POV *
Wraz z Axel'em i Nathan jak zawsze po treningu udawaliśmy się do naszej ulubionej restauracji.
- Masakra, jestem głodny! - sapnąłem, łapiąc się za .
- Masakra, jestem głodny! - sapnąłem, łapiąc się za .
- Stary, ja też. Ale... - kładąc mi rękę na ramieniu. - Lepiej żebyśmy coś wymyślili na następny mecz, bo nasze ataki w powietrzu nie wygląda zbyt dobrze.
- Spokojnie, ogarniemy to. - zapewniłem go.
- Mamy mało czasu...
- Mamy mało czasu...
- Mark to nie jest takie proste, nawet jeśli nauczylibyśmy się takiego ataku, to musielibyśmy poświęcić dużo czasu na jego dopracowanie. - dodał Blaze, łapiąc za klamkę.
Weszliśmy do środka. Nie minęło kilka minut i nasza trójka rozkoszowała pysznym jedzeniem. Próbowałem rozwiązać nasz problem. Bądźmy szczerzy, zabawa się skończyła, a szczęście nie zawsze będzie nam dopisywało. Na nic moje próby, jakby mózg się zamknął i stał się tymczasowo w remoncie.
- Jest jakiś atak, którego moglibyśmy użyć w tym meczu?
Spojrzeli na mnie wymownie.
Spojrzeli na mnie wymownie.
- Zobacz do tajnego notesu. - głos pana Hilman'a - właściciela, wyrwał mnie z rozmyśleń.
- Notes? Przestudiowałem już jeden... - wymamrotałem zrezygnowany.
Kucharz oderwał się od smażenia kotlecików. Był to straszy mężczyzna, z brodą na jego nosie miał przyciemniane okulary.
Kucharz oderwał się od smażenia kotlecików. Był to straszy mężczyzna, z brodą na jego nosie miał przyciemniane okulary.
- Ty jesteś Mark Evans. - wydukał, nie spuszczając ze mnie wzroku. - Jesteś... jego wnukiem, wnukiem David'a Evans'a.
Pokiwałem głową, a ten zgasił patelnie.
- Skąd pan to wiedział?
- Jesteś do niego niesamowicie podobny... Strzał na ślepo.
- A co z notesami? - wiercił dziurę Axel.
Palcem zaprosił nas, byśmy podeszli bliżej.
Pokiwałem głową, a ten zgasił patelnie.
- Skąd pan to wiedział?
- Jesteś do niego niesamowicie podobny... Strzał na ślepo.
- A co z notesami? - wiercił dziurę Axel.
Palcem zaprosił nas, byśmy podeszli bliżej.
- A jeśli chodzi o notesy... To jest ich wiele.- odrzekł, przecierając talerz.
- Powie nam pan gdzie się znajdują? - wyrwał się Nate.
- Nie ma mowy.... to sprowadzi na was same nieszczęścia. - warknął, wskazując na mnie chochelką. - Nie próbuj żadnych głupich sztuczek, będziecie tego żałować.
- Powie nam pan gdzie się znajdują? - wyrwał się Nate.
- Nie ma mowy.... to sprowadzi na was same nieszczęścia. - warknął, wskazując na mnie chochelką. - Nie próbuj żadnych głupich sztuczek, będziecie tego żałować.
oto kolejny rozdział.
tyle tajemnic w jednym rozdziale, tego nie było! :o
komentujcie, co sądzicie o rozdzialiku.
see ya! :3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz