niedziela, 21 sierpnia 2016

Rozdział:45

Wyciągnę ich z tego bagna. - odburknąłem. - Nie zamierzam być marionetką, już nie... Zobaczysz, za niedługo staniesz się mu zbyteczny. 
- Ciekawe... - przewrócił na mnie oczami.
- Pewnie ma twojego ojca w garści... - sapnąłem, powoli odchodząc. -  Współczuję ci. 
- Skąd ty...
- Szósty zmysł... - rzuciłem przez ramię. - A no i... Bobby. 
Zostawiłem go skołowanego i pełnego gniewu, pomknąłem jak najszybciej się da - do szpitala. Przeleciałem na pasach na czerwonym świetle, nie patrząc na konsekwencję. Wszedłem do środka budynku, muszę powiadomić resztę. Trzeba uratować moją drużynę, a nawet całe to miasto. To wszystko jest teraz w naszych rękach."

* Mark's POV *




- Za co?! 
Axel ogarnij się! Kurde, gdzie jest ten gość, którego poznałem... 
- Nie musiałeś mnie walić w twarz żebym to zrozumiał, okej? - wrzasnął, łapiąc mnie za ramię. 
- Chodzi o to, że nie rozumiesz... - urwałem, łapiąc się za serce, które zaczęło mnie z deka boleć. - Ale bo-oli
- Siostro! - krzyknął zatrwożony Axel, a wtedy pani w białym fartuszku szybko podbiegła do nas.
- Jeszcze sobie o tym pogadamy.. - odburknąłem lekko zamroczony.
Po tym jak zasłabłem pani pielęgniarka nie spuszczała ze mnie oka. Dosłownie jak moja mamusia siedziała przy mnie i bacznie obserwowała moje ruchy. Mniejsza z tym, teraz moje myśl zajmowała jedna osoba, Axel. Pamiętam jak kiedyś wzbudzał strach we wszystkich napotkanych przez siebie ludzie, każdy się go bał... A teraz? Stał się melancholikiem, ale cóż tak to jest kiedy ma się swoją dziewczyną, która ma niezły temperament i zawsze wprowadza cię niemal do groby - to trudno być twardym. Tymczasem pielęgniarka popatrzyła mi prosto w oczy. Czy mi tam jedzie jakiś czołg? Zacząłem się z tego wszystkiego śmiać na cały głos. Inni pacjenci pewnie pomyśleli, że mam lekkie kuku na muniu. Nagle do sali wpadł roztrzepany Sharp, wybiegłem mu na przeciw.
- Ej, wracaj na miejsce! - krzyknęła "opiekunka", łapiąc mnie za rękę. 
Popatrzyłem na nią tym spojrzeniem. Skoro Nelly na to leci, więc czemu inne miałby się mi nie oprzeć? Kobieta się zarumieniała.
- Ma cherie, to tylko minutka... zaraz wrócę. - sapnąłem, puszczając jej oko. 
Wyszliśmy na korytarz. Patrząc na jego twarz, już widać, że coś się stało, skoro tutaj przybiegł to musi być to ważne.
- Okej... o co chodzi? - spytałem, patrząc jak ten przechadza się powoli po korytarzu.
- Szedłem właśnie do szkoły... kiedy ku mojemu zaskoczeniu zastałem ją spaloną na wiór.
To niecodzienny widok.... - wtrąciłem, kiwając się na boki. - W sumie, kiedyś miałem takie marzenia. 
W każdym razie... - kontynuował. - Zauważyłem wtedy Caleba, skubany już chciał uciec, ale dogoniłem go... 
- I co dalej? 
- Powiedział, że po części wie... kto spalił naszą szkołę.
Szybko podniosłem się z miejsca i złapałem go za ramiona, spojrzałem mu prosto w oczy.
- Kto to? - zadałem pytanie, które każdy z nas trzyma w swojej głowie, a nie znajduje odpowiedzi.
Tak jakbym się bał, że prawda ucieknie przede mną. 
- Dokładnie nie wiem.... - pokręcił głową. - Mówił, że oni nie są stąd, mieli jakieś przebrania i wyglądali na jakąś sektę... ale....
- Tak? - widziałem, że coś jeszcze nim miotało. 
- Dark faszeruje moją całą drużynę jakimś świństwem. - zacisnął pięści. -  Kurde, to moja wina.... Zapomniałem o nich... Ja nie wiem. 
- Opamiętaj się!  - zacząłem nim potrząsać. -Włączył ci się taki sam moduł jak Axel'owi? Czemu każde zło na tej ziemi kładziecie na własne ramiona? 
- Fakty są nie podważalne.. - urwał, drapiąc się po głowie.
- Takie fakty są nic nie warte... - odparłem, kaszląc. - Od tego macie przyjaciół, zawsze wybijemy wam takie głupoty z głowy.
Spojrzałem na swoją rękę, cholera... kaszlę krwią. Co jest.... Obraz zaczął się dziwnie zamazywać, a ja odpłynąłem.

* Axel's POV *



Tik-tak, tik-tak - czas nadal tyka. Tymczasem ja przyglądałem się wielkiemu zegarowi na białej ścianie, mogłem się z nim łatwo utożsamić, tak samo jak ja - stoimy w miejscu i czekamy na przebieg zdarzeń, tylko ja tykam i wiszę na krześle czekając na cud, nagle przybiegł do mnie Jude. 
- To prawda? - wrzasnął, tarmosząc mną we wszystkie strony. 
- Co cię to obchodzi? - odparłem wkurzony, że kolejny raz ktoś mnie mi koszulę. - Gdybyś był dla niej troskliwy, to byś stał na moim miejscu.
- Axel, nie wyciągaj teraz starych brudów, okej? To zły moment....
- A kiedy będzie właściwy? - wzruszyłem ramionami. - Byłeś gnojem dla najwspanialszej dziewczyny na świecie... gdyby nie ona, nie mielibyśmy takich relacji...
- Tak nie byłem dla niej dobry, okej? To chcesz usłyszeć? - sapnął. - Nie chciałem, żeby się to tak skończyło. Wiesz kogo to sprawka? Wiem, że to głupie zwalanie na kogoś winy, ale to zasługa tego dupka Darka....
Niepostrzeżenie walnąłem go w twarz - naprawdę, wolałbym kiedy indziej o tym porozmawiać.
- Nie teraz Sharp, proszę cię... - jęknąłem, łapiąc się za obolałą rękę. 
- No shit, Axel. - spojrzał na mnie poirytowany. - Po co zaczynałeś ten temat?
- Przepraszam.. - chłopak obtarł krew lecącą z jego nosa. 
- Mark ma rację... oboje zwariowaliśmy... 
- O czym ty mówisz? - spytałem, unosząc brew do góry. 
- Życie zmienia ludzi, Axel. - odparł, siadając obok mnie. - Nie widzisz tego? Kiedyś byliśmy twardzi jak skała, a jedna dziewczyna wydarła z nas wszystkie siły... teraz jesteśmy zwykłymi ciapami...
- Może i racja, ale można do tego powrócić, nie? - pokiwałem głową na jego słowa. - Dawaj rękę.
- Co ty wyprawiasz? - spytał śmiejąc się. 
Złapałem jego rękę i zacisnąłem, starłem jego krew i naznaczyłem nasze ręce.
- A teraz przysięgnij, że wracamy do dawnego ja...
- To dziecinne. - prychnął.
- Ciii.... Teraz to przysięga krwi to poważne. - spojrzałem na niego znacząco. - Obiecujesz? 
- Dobra... - pokręcił głową. - ...obiecuję.  
Poklepałem  go po plecach. 
- Nie przyleciałeś tu bez powodu.... - spojrzałem na niego uważnie. - Wiadomo ci coś na temat spalenia? Jakieś dowody? 
- Skąd ty...
- Ha, nie trudno cię rozszyfrować. - klasnąłem w dłonie. - Jak zresztą każdego z was. 
- Sherlock Holmes... no tak. - strzelił ręką w kolano. - Caleb Stonewall powiedział mi, że nasi podpalacze to jakaś sekta, która prawdopodobnie nie jest stąd. 
- Iiii?
- To wszystko? 
To wszystko.... przepraszam, ale to nie jest teraz najważniejsze. - westchnął głęboko. - Dark truje moją drużynę. Nie wiem czym...
Zamyśliłem się. Musiałem złożyć puzzle do kupy. Sekta? Dark? Zatrucia? - wszystkie te myśli brzmią podejrzanie. Czyżby zemsta Zeusa? Tylko oni mi przychodzą do głowy, w końcu pogrążyliśmy ich i odebraliśmy ich godność. Ale nie mogę tak szybko wydawać osądu, najpierw trzeba będzie przeprowadzić śledztwo. Nagle z drzwi wyszedł lekarz Jefferson.
- Wybudziła się... - i zanim skończył mówić, wbiegłem do sali.
Spojrzałem na nią, leżała spokojnie, na jej twarzy widniał blady uśmiech, a jej włosy były rozłożone na całą poduszkę.
- Przepraszam, czy moglibyśmy zostać sam na sam?

* Nelly's POV *



- Kochanie, zajrzyj choć antybiotyk! - krzyknęła matka z góry. 
- Nie mam na to czasu! - odkrzyknęłam jej, czesząc włosy. 
Kiedy tylko się dowiedziałam o tym co się wydarzyło z naszą szkołą, to nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Przecież na co dzień nikt nie podpala szkoły od tak. Co najgorsze mój ojciec został bez pracy, a ja zostałam pozbawiona tytułu przewodniczącej szkoły. A to nie koniec złych wieści - połowa uczniów z naszej szkoły jest w szpitalu. Nie, nie mogę leżeć przykryta kocykiem na kanapie, popijając kakałko i czytając książkę. Muszę się zobaczyć z Markiem. Słyszałam, że z nim krucho, słabnie i wymiotuje krwią, w tym wypadku moim obowiązkiem jest przy nim być. Przebiegłam się do łazienki, wykąpałam się i pomalowałam. Wyjęłam losowe ciuchy z szafy, w pośpiechu nałożyłam na siebie płaszcz i wyszłam. Miałam do szpitala niedaleko, więc postanowiłam się do niego przejść pieszo. Gdy byłam na miejsca, podeszłam do recepcji.
- Mark Evans, gdzie on jest?  - spytałam, a kobieta przy biurku wyjrzała z pod wielkiej sterty papierów.
- Niestety, nie możemy....
- Słuchaj pani, przyszłam tu aby zobaczyć się z moim chłopakiem... więc proszę mi tego nie utrudniać, dobrze? - kobieta obdarzyła mnie zimnym spojrzeniem.
- Sala numer trzydzieści. - a ja skierowałam się do tej właśnie sali. Po odgłosach słyszałam, że jest dość nieciekawie, otworzyłam drzwi z rozmachem.
Co pani wyprawia? - zerwała się jedna z pielęgniarek, szybko podbiegłam do jego łóżka.
- Pp-proo-oszę o pięć minut. - odparł zachrypnięty Mark. 
Spojrzałam na niego, był w opłakanym stanie - jego twarz była zupełnie blada, na jego ustach znajdowała się resztka krwi. 
- Kochanie, co ty tu robisz? - spytał, przykładając rękę do mojej głowy. - Masz gorącą głowę... Możesz mieć gorączkę..
- To mniej ważne... - odsunęłam jego rękę. - Najważniejsze jest to, że tutaj jestem. 
- A dla mnie najważniejsze abyś i ty była zdrowa! - podniósł głos. 
- Czy lojalność to nie jest jedna z cech udanego związku? - sapnęłam. - Oto jestem i nigdzie się nie ruszam.
- W takim razie... chodź tu. - jęknął, przyciągając mnie na swoje łóżko. - Jesteś chora wiesz o tym? 
- I kto to mówi? - odparłam, śmiejąc się w głos. 
Chłopak ucałował mnie w czoło, chwilę tak leżeliśmy, aż do sali nie wpadła pielęgniarka. 
- Okej, czas na badania. - odparła, patrząc na nas dziwnym wzrokiem. 
- Spotkamy się potem, dobrze? - odparł, trzymając mnie za rękę. - Musimy iść. - burknęła, delikatnie przycisnął moje usta do swoich. 
Wraz z pielęgniarką odjechał na wózku z sali. Muszę sprawdzić co zresztą. W każdym razie - dopóki go nie wypuszczą stąd, nie mam po co wracać do domu.

* Diana's POV *



- Dzień dobry! - usłyszałam nagle głos doktora. - Budzimy się, halo!
Otworzyłam sklejone powieki, a jego głos poraził moje uszy, które w tym momencie chciały uschnąć na wiór. Mimo wszystko, cieszę się, że wygrałam kolejną walkę o życie. Uśmiechnęłam się sama do siebie i odetchnęłam z ulgą, powoli zaczęłam wstawać. Wiedziałam, że muszę z nim porozmawiać.
- Co to... to nie. - odparła pielęgniarka, łapiąc mnie za ramię. - Dopiero co się pani wybudziła... jest pani słaba. 
- Tak to prawda. - burknął doktor, patrzeć na moją kartę. - Wyniki są w normie, ale dla bezpieczeństwa pozostawimy cię na co najmniej kilka godzin. 
- Ale...
- A teraz idę powiadomić swoich bliskich, że się obudziłaś. - westchnęłam ciężko i upadłam bezradna na poduszkę. 
- Wybudziła się... - i zanim skończył mówić, on wbiegł do sali.
Posłałam mu blady uśmiech, a ten szybko do mnie podbiegł i przytulił do siebie.
- Przepraszam, czy moglibyśmy zostać sam na sam? - wszyscy pokiwali głowami i wyszli. 
- Diana! - krzyknął, łapiąc mnie za rękę. - Twarda z ciebie sztuka. 
- Słyszałam wszystko. - spojrzał na mnie zdziwiony. - To co do mnie mówiłeś... Jak możesz uważać, że nie jest dla mnie idealny? Obwiniasz się za to czego spodziewać się nawet ja nie mogę...
- Skarbie, nie teraz...
Właśnie, że teraz! - odparłam, patrząc na niego znacząco. - Nie mogę tego zostawić... Cholera, kocham cię i chcę żebyś szczęśliwy. 
- Dobrze. - westchnął, patrząc na mnie rozbawiony. - Mów.
- Z czego rżysz? - palnęłam go w ramię. - To nie jest wcale śmieszne. 
Blondyn nic sobie z niego nie robił, ponieważ nadal wydawał z siebie melodyjny śmiech. W sumie dawno nie słyszałam tego dźwięku.
- Skądś to słyszałem...
- Słucham? - odparłam zdziwiona. 
Jakbym słyszał twojego brata..  - pogłaskał mnie po dłoni.
On chyba jeszcze nigdy nie był tak rozbawiony, kiedy już się uspokoił, to złapał mnie za ręce.
- Nareszcie... tutaj się poważne rzeczy odbywają, a ten się cieszy jak nie wiem co!
- Powracam kochanie. - odrzekł, całując mój nosek. 
- Obiecaj, że...
- Jak tylko cię stąd wypiszą to obejmuję całkowite prawa rodzicielskie nad tobą. 
- Jeśli to ma sprawdzić uśmiech za którym tęskniłam... to zgadzam się. - odparłam, całując go w usta. 
Wtedy wpadli do nas kolejno Nathan, Max, Bobby i Eric. 
- O fu! - krzyknął Max, chowając się za Bobby'ego. 
- Przepraszamy, że zawracamy wam gitarę, ale chcieliśmy powitać powstałą z żywych! - powiedział Nathan uroczyście. 
- Misja! Musimy teraz jakoś ich wypisać! Chodźcie! - krzyknęli wypadając z sali. 
Axel wziął mnie na ręce i pobiegliśmy za nimi. 
- A wy dokąd? - wrzasnęła pielęgniarka, machając rękami, abyśmy się zatrzymali.
Przy recepcji stała cała nasza paczka, nawet Marka wywieźli na wózku. Po paru minutach udaliśmy się każdy do swoich domów. 

* Nathan's POV *



Gdy wszyscy rozeszli się w swoje strony, ja wraz z Max'em udaliśmy się na plac zabaw koło podstawówki. 
- Ale akcja... - sapnąłem, biorąc łyk black'a. - Kto by pomyślał....
Spojrzałem na Max'a był dziwnie niespokojny. Zawsze mu się gęba nie zamyka, a teraz niespodziewanie zamilkł, dźgnąłem go w bok.
- Ale co? - spytał rozkojarzony. 
- Jajco, palancie. - palnąłem go w głowę, a z jego głowy zjechał czarny kapelusz. - Co jest? 
Chłopak odwrócił wzrok ode mnie. Widać było, że coś przede mną ukrywa, toczy batalię w swojej głowie, waha czy mi to powiedzieć czy nie.
- Max? - westchnął głęboko, a na odwagę wziął spory łyk Redbull'a. 
Następnie chwycił mnie za ramiona i popatrzył prosto w oczy. 
- Okej, powiem ci coś co cię zaboli... - spojrzałem na niego zdziwiony. - Nawet nie wiesz jakie to trudne... 
- Cholera jasna.... nie przedłużaj. - zacząłem tupać z nerwów nogami.
- A zresztą... Im szybciej ci to powiem tym lepiej. 
- Gadaj! - warknąłem, zgniatając puszkę.
- Oo-okej. - odparł lekko przerażony. - Widziałem ostatnio Holly.. znaczy się... dzisiaj ją widziałem. 
- No i? - wzruszyłem ramionami.
- Nathan, przestań zadawać głupie pytania! - odparł poirytowany, faktem, że mu przerywam. - Chodzi o to, że kiedy ją zauważyłem, nie była sama...  
- Co masz na myśli?
- Szła z jakimś gościem i.... oni poszli do łazienki. - spojrzał na mnie znacząco. - Razem. Coś mi tutaj nie pasowało, więc postanowiłem ich śledzić. Przez szparę w drzwiach zobaczyłem jak się całują. 
- To niemożliwe... - złapałem się za głowę.
- A najgorsze było to...  - podrapał się po głowie, poprawiając swój kapelusz. - ...że tym kolesiem, okazał się Steve. 
Zamurowało mnie, nie mogę się poruszyć, a co dopiero coś powiedzieć. Czułem jak gniew przenika do mnie jak szalony, jestem zły, mało powiedzane jestem wściekły! Zdradziła mnie - moja ukochana, on mnie zdradził - mój najlepszy przyjaciel. 
- Powiedz, że to jakieś żarty! - złapałem go za koszulkę.
- Chciałbym... - urwał smutno. 
Myślałem, że w tej drużynie będzie można choć trochę komuś zaufać - okazuje się, że nie. Wszędzie gdzie się obejrzysz czeka na ciebie fałsz i zakłamanie. Nasz związek trwa zaledwie trzy miesiące, które były przepełnione pięknymi chwilami. Z żadną z dziewczyn, nie czułem się jak właśnie z Holly. Nawet w jakiś sposób zaczęło mi na niej zależeć. Poczułem przy niej pierwsze w swoim życiu "motylki w brzuchu", a teraz wszystko zostało stracone. Niestety nic nie naprawi tej sytuacji, gdyż dla mnie - zdrada jest nie wybaczalna. Fakt może mało co się spotykaliśmy w tygodniu, wszystko ze względu na turniej, ale po szkole od razu biegłem do niej jak piesek. Starałem się abym tego nie schrzanił, ale najwidoczniej los postarał się aby samo się to zawaliło.
- Cholera. - warknąłem, zaciskając pieść. 
Brunet przestraszony odsunął się ode mnie. 
- Po co ja to powiedziałem? - mamrotał sam do siebie zdenerwowany. - Jeju, jeju, jeju... 
- Dziękuję ci Max. - poklepałem go po plecach. 
Dobrze, że choć on jest ze mną szczery. A miałem uważać na takie dziewczyny, teraz klnę na siebie w myślach. Świadomość, że ma się kogoś dla ciebie ważnego wiąże się z odpowiedzialnością, której w pełni nie wykorzystałem. Fakt, że to nie moja wina nawet mnie nie pociesza. 
- Zadzwonię do niej. - burknąłem, wyciągajac telefon. 
- Co?! Stary nie... - złapałem go za rękę. - Działasz pod wypływem emocji! 
- Jak nie teraz to kiedy?
- Ugh... niech ci będzie. - odpuścił. - Kurde, tylko nie mów jej, że ja ją....
- Ej, ziomuś. - sapnąłem, targając mu włosy. - Nie wydam cię, poza tym nie będę to tak załatwiał.
- Nathan...
- Spokojnie... - starałem się go uspokoić. - Spotkam się z nią.
- Człowieku, jest jedenasta w nocy. - sapnął, pokazując mi telefon, a na nim widniejącą godzinę. -  Myślisz, że to odpowiednia pora na to? 
- Innej nie będzie... 
- Proszę cię.. - złapał mnie za ramię. - Przemyśl to...
- Ale co tu myśleć? - wyrwałem się szybko z jego uścisku. - Powiedz mi, dlaczego tak jest, że wszystkie rzeczy, o które się staram, walą się w nieoczekiwanym momencie?
- Życie to wzloty i upadki.- podsumował. - Jak to mówią... tego kwiatu jest pół światu... czy jakoś tak.
- Serio tak myślisz? 
- No jasne... spójrz na siebie. 
- W sumie... masz rację. - obróciłem w kółko. - Potem się będę o to martwił... teraz muszę to załatwić
Wyjąłem telefon i pośpiesznie wybrałem do niej numer. 
- Holly?
- Nathan? Jest dwudziesta trzecia w nocy.. a ty do mnie dzwonisz, dlaczego?
- Spotkajmy się jutro koło placu zabaw. 
- I dzwonisz tylko po to? Równie dobrze mogłeś mi o tym jutro powiedzieć...
To ważne. Musimy pogadać....
- Co masz na myśli?
- Oj ty doskonale już wiesz. - odparłem, rozłączając się.
Wziąłem głęboki wdech i nadal wpatrzony w gwiazdy napawałem się tą piękną nocą. Lepiej się cieszyć tymi migającymi punktami na niebie póki można, bo jutro już tak wesoło nie będzie.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Rozdział:44

- Jeszcze jedno... jeśli nadal będziesz mi matkować, to nie wytrzymam. - odparł, śmiejąc się pod nosem.
- Mogłabym to samo powiedzieć o tobie.. - wtuliłam się w jego tors. - Zawrzyjmy więc pakt.
- Niech będzie... wszystko dla mojej złośnicy. - szepnął, całując moją szyję.
A do moich nozdrzy dostała się słodka nuta, poczułam jego boskie perfumy. Chyba powoli  zaczniemy wracać na właściwy tor, mam nadzieję... Ale czy na długo? Oczywiście utrzymanie się na nim nie uda się bez krztyny zaufania. To będzie bardzo trudne, ale... czego się nie robi w imię miłości?"

* Nathan's POV *



Usłyszałem po raz setny mój budzik, poirytowany tym dźwiękiem, zasłoniłem uszy poduszką, aby go nie słyszeć. Gdy zaczął mnie na tyle irytować, bym wstał i w końcu go wyłączył. Przetarłem ręką moje oblicze pogrążone w śnie. Nadal byłem mega niewyspany, nie dziwota skoro siedzi się do późnych godzin i rozmyśla się nad sensem swojego istnienia - to dla mnie normalka. Udałem się więc do łazienki, przemyłem twarz zimną jak diabli wodą i zacząłem powoli układać włosy. Po mimo moich najszczerszych starań moje włosy nadal wyglądały jakby strzelił w nie ogromny piorun. Zszedłem na dół, zastałem ciszę - ojca oczywiście nie było. Muszę sobie zrobić śniadanie, jeśli tylko mam czas, ukradkiem spojrzałem na zegarek jest ósma dwadzieścia. Dobrze, że dziś jest wtorek i mamy na 9. Gdyby nie to... dawno bym zaspał. Wsadziłem jabłko do buzi i ubrałem swoją ulubioną kurtkę moro. Zanim połknąłem choć jeden kawałek owocu, usłyszałem dzwonek do drzwi. To zapewne panicz Blaze. Zbliżyłem się do drzwi w między czasie ubierając swoje stare, czarne force'y. Moim oczom ukazał się Axel i jak zwykle był zły na mnie, że przeze mnie się spóźnimy.  
- Co to jest? - spytał, wskazując na  moją kurtkę. 
- Aaa.. fajna no nie? - odparłem, robiąc piruet. - Zarąbałem ojcu.
- Proszę cię, wyglądasz jak rybak, który wraca z łowienia ryb. - westchnął, śmiejąc się pod nosem.
- Ha, ha, ha. Wiesz, że koszulkę Queen nosi mój starszy? - odparłem, również się śmiejąc. - Nie no niezłe wyczucie stylu, Axel. 
- Przynajmniej jest wygodna. A zresztą, w co bym nie był ubrany, zawsze wyglądam bajecznie! - powiedział, idąc jak modelka na wybiegu.
- Pff, chciałbyś! Z drogi bo oto nadchodzi Nathan, Miss Japonii 2034! - krzyknąłem, chodząc jakbym miał na sobie szpilki. 
Właśnie zbliżaliśmy się do szkoły, kiedy zauważyłem wielki dym unoszący się na niebie. To dziwne, ponieważ pochodził on z miejsca, gdzie znajduje się nasza szkoła. Nie minęło parę minut i znaleźliśmy się przed gimnazjum. I nim zdążyłem zdać sobie sprawę co się właśnie się dzieje, szkoła stała w płomieniach. Spojrzałem na Axel'a, który również jak ja był niespokojny i wryty w ziemię.
- Nie myślisz, że ona... - urwałem, po czym blondyn zaczął biec w kierunku karetki.
Udałem się za nim. Po mimo całej nienawiści do tego miejsca, widok szkoły w ogniu nie napawa mnie szczęściem. Świadomość, że coś mogło się stać naszym kumplom - tym bardziej. Blondyn tymczasem awanturował się przy karetce.
- Gdzie ona jest?! Diana Evans....  - krzyczał, szarpiąc się z ratownikiem. - Musi pan to wiedzieć, cholera!
Jeszcze tego brakowało, żeby się pobił z ratownikiem. Czy nie wystarczy mu, że bił się z Calebem raptem trzy dni z rzędu? Odepchnąłem go i przeprosiłem ratownika za jego nieracjonalne zachowanie zachowanie. Teraz to ja byłem tym stąpającym po ziemi, a on tym nienormalnym. 
- Nathan, Axel! - usłyszałem za swoimi plecami. - Tutaj
Okazało się, że był to Eric i Bobby, szybko podeszliśmy do nich.
- Co się stało? - spytałem szybko, patrząc z niedowierzaniem na tą ruinę, którą kiedyś nazywałem szkołą.
- Gdzie jest Diana?!  - wyrwał się Axel, chwytając Erica za koszulkę. - Gadaj!
- Bobby, zaprowadź go. - polecił mu. 
Gdy już odeszli, mogłem zapytać się w spokoju o co tu właściwie chodzi i jak to się właściwie stało.
- Co się tu odwaliło? 
- Też chciałbym znać odpowiedź na to pytanie...  
- To wydaje się nie możliwe..
- A jednak. - westchnął głęboko. - Miałem normalną lekcję matmy, kiedy spod drzwi zaczął wydobywać się dym. Usłyszałem alarm ni stąd i zowąd, kazali nam niezwłocznie wyjść. Wszędzie nastała panika. Założyli nam na twarz jakieś maski... 
- A co z pozostałymi?
- Nie wiele wiem... Martwiłem się o Bobby'ego, ale chwilę po mnie i on wyszedł. Jeśli chodzi o resztę, to nie mam pojęcia... pewnie robią im badania. Za to wiem, że z Dianą jest nieciekawie.

* Axel's POV *



- Nie myślisz, że ona... - mamrotał Nathan, a w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka.
No tak... Diana była lub nadal jest w szkole. Bez zastanowienia udałem się do najbliższej karetki. 
- Gdzie ona jest?! Diana Evans....  - wrzasnąłem na ratownika, który mnie ignorował. - Musi pan to wiedzieć, cholera!
Już miałem mu przywalić, ale Nathan szybko mnie odciągnął od tego pomysłu. 
Ale co ja poradzę? Tak strasznie się boję o nią - niech to, znowu mnie nie było i znowu jej nie uchroniłem. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego los robi sobie ze mnie jaja i wstawia na próbę moje szczęście? Przecież obiecałem jej, że ze mną nic się jej nie stanie. A tu co? Wygląda na to, że moje obietnice są nic nie warte.
- Nathan, Axel! - usłyszałem za swoimi plecami. - Tutaj
To byli Bobby i Eric, podszedłem do nich szybko i zacząłem grać prawdziwego desperata.
- Gdzie jest Diana?!  - chwyciłem koszulkę Eagle'a. - Gadaj!
- Bobby, zaprowadź go. - polecił mu zatrwożony, a ja podążałem za Bobby'm. 
- Daj spokój, stary... musisz coś wiedzieć. - ale chłopak nie chciał mi nic powiedzieć. 
Doprowadzało mnie do szału. W końcu podeszliśmy do tej właściwej karetki. Otworzyłem z rozmachem drzwi, a w środku zobaczyłem mojego aniołka, była w opłakanym stanie. Podszedłem do niej bliżej, otworzyła oczy i lekko uścisnęła moją rękę. 
- Aa-xel. - wydukała, a z jej oczu leciały łzy. - Ko-ochaa-m  ci-ę. 
Nim zdążyłem odpowiedzieć dziewczyna straciła przytomność.
- Hej, co ty tu robisz? - spytał jakiś koleś. - Nie powinieneś tu być.
- To moja dziewczyna. - sapnąłem. - Nie zostawię jej.
- Tak, tak rozumiem, ale... to bez znaczenia. - westchnął, łapiąc mnie za ramię. - Idziemy.
Odepchnąłem jego rękę. 
Powiedziałem, że nigdzie nie idę. - stałem na swoim. - Jadę z nią, mój ojciec jest ordynatorem szpitala. -  odparłem, patrząc na przerażonego mężczyznę. - Co by powiedział na to, że jeden z jego ratowników wywalił mnie za karetki, siłą?
- Okej, niech ci będzie.  
Chwilę potem znaleźliśmy w szpitalu. W środku znajdowało się mnóstwo uczniów z naszej szkoły. Podążyłem za łóżkiem do sali nr. 24.
- Dobra, tutaj serio nie możemy cię wpuścić. - odparł chłodno.
- Mogę wiedzieć chociaż co jej jest? - spytałem, nadal trochę zburzony.
- Zatruła się. - złapał mnie za ramię. - Ale spokojnie.... 
Co? - zaśmiałem się nerwowo. - Chcecie mi powiedzieć, że osoba, która ma anemię sierpowatą i grozi jej białaczka się zatruła? - warknąłem, łapiąc się za głowę. -  Czy pan by na moim miejscu, był spokojny?!
IDIOCI, IDIOCI, IDIOCI.
- Ooo.. - podrapał się po głowie. - Tego nie wiedzieliśmy....
- Cholera. - sapnąłem poirytowany ich bezmyślnością. - Ona bywa u was praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę, a wy nie wiedziecie o niej nic? 
- Przepraszamy, ale teraz musimy się zająć pacjentką. - urwał, zamykając mi przed nosem drzwi. 
Usiadłem na krześle, zamknąłem oczy i modliłem się bym się obudził z tego koszmaru. To wszystko dzieje się tak piekielnie szybko, a najgorsze jest to, że nie umiem nad tym nawet zapanować. Po moim policzku poleciała jedna łza, którą szybko wytarłem. Jeszcze by tego brakowało żebym się rozryczał jak małe dziecko - dla niej muszę być silny. 
- Axel! - usłyszałem jakiś krzyk. 
Podniosłem głowę, to był Mark. Miał przyczepione jakieś rurki i ciągnął kroplówkę za sobą.
- Panie Evans, proszę wrócić na miejsce. -  burknęła do niego pani doktor, łapiąc go za ramię.
- Chcę z kimś porozmawiać. - jęknął żałośnie. - To ważne, proszę.
Kobieta tylko przewróciła oczami, a brunet zamroczony zmierzał w moim kierunku. 
- Mark, cholera.... - spytałem, pomagając mu usiąść. - Wszystko z tobą okej?
- Nie baw się w lekarza, Blaze. - machnął ręką. - Jestem w szczytowej formie, nie widzisz? 
- Wyglądasz jak zombie... nie widzę twojej szczytowej formy, przykro mi. - odparłem.
- Ey... nie musisz się o mnie martwić.. - urwał, przecierając twarz.  
- Jesteś moim ziomem, jak mam się nie martwić? - złapałem go za ramię.-  Stary, zjarało by cię tam na amen, a wtedy... byśmy tutaj nie gadali.
- Mam wszystko by się wykurować na cacy. - odparł, wskazując kroplówkę. - Wiesz co z Dianą? 
Westchnąłem głęboko.
- Zatruła się. - burknąłem, zaciskając pięść. - Gdybym tam był to...
- To i ty byś tak skończył. - uciął mnie szybko. - Dobrze, że pogotowie szybko przyjechało, w końcu... liczą się sekundy. 
- Co nie zmienia faktu, że...
- Wow, wow. Blaze, co ty sobie insynuujesz? - zaczął wymachiwać rękami. - Zamiast cieszyć się że ją ratują, to ty sobie wytykasz własne błędy. Żaden z nas nigdy nie będzie superbohaterem dla naszych dziewczyn. - westchnął, klepiąc mnie po ramieniu. - To nie twoja wina.
- Nie zastanawiałeś się, kto mógł to zrobić? - spytałem, zamyślając się. - Może... to Caleb? 
- Coś ty. - pokręcił głową. - Nie zdążyłby tego zrobić, tym bardziej po tym jak go pobiłeś.  
- Skąd ty...
- Wiem od Bobby'ego. - urwał. - To co zrobiłeś...
- Chyba każdy by tak zrobił. - wtrąciłem mu się w zdanie. - Nie jestem z siebie dumny... Napędziłem Dianie mnóstwo stresu. Od pewnego czasu zamiast dawać jej powody do szczęścia, to jestem jej rzepą na dupie...
Nim się obejrzałem dostałem soczystego liścia w ryj. 
- Za co?! 
Axel ogarnij się! - wrzasnął, wstając. - Kurde, gdzie jest ten gość, którego poznałem... 
- Nie musiałeś mnie walić w twarz żebym to zrozumiał, okej? - wrzasnąłem, łapiąc go za ramię. 
- Chodzi o to, że nie rozumiesz... - urwał, łapiąc się za serce. - Ale bo-oli
- Siostro! - krzyknąłem, a wtedy pani w białym fartuszku szybko podbiegła do nas.
- Jeszcze sobie o tym pogadamy.. - odburknął lekko zamroczony.
Powoli przeniosła zdenerwowanego Evansa na wózek i odwiozła do sali. Kurde nienawidzę, kiedy ten małpiszon ma rację.


* Diana's POV *



- I tak właśnie powstaje mydło! - odrzekła podekscytowana pani Simon, pokazując nam jakąś papkę wyskakując z probówki.
Znudzona podparłam brodę ręką - co ja tu tak na prawdę robię? Równie dobrze mogłabym siedzieć w domu i nic nie robić. Jednak muszę sobie podwyższyć frekwencję, aby mnie nie wywalili z tej budy. Poczułam nagle zapach podobny do spalenizny, ale zignorowałam to. Poczułam nagle nieustający ucisk w moim brzuchu.
- Przepraszam... czy mogę wyjść do ubikacji? - spytałam, podnosząc rękę do góry.
Starsza kobieta popatrzyła się na mnie z pod wielkich okularów, które wyglądały jak wieczka ze słoików z ogórkami. Powoli pokiwała głową, a ja mogłam spokojnie urwać się z chemii. Weszłam więc do łazienki i oblałam twarz wodą. Nagle zobaczyłam jakiś dym, który utrzymywał się nisko przy podłodze. Czy to może być czad? Nim zdążyłam zareagować na to wszystko, czułam jakbym została duszona przez kogoś poduszką. Upadłam bezsilna na podłogę i nie mogłam nic ze sobą zrobić. Moje oczy zaczęły się powoli zamykać, po mimo, że walczyłam o to żebym nie zasnęła. Nie wiedziałam co się ze mną działo, słyszałam tylko jakieś krzyki. Gdy otworzyłam oczy, byłam już  w karetce. Wokół mnie biegali ratownicy, a chwilę potem zjawił się Axel. Widać, że jest poddenerwowany tą całą sytuacją. 
- Aa-xel.  Ko-ochaa-m  ci-ę. - chciałam mu tyle powiedzieć, a wydukałam jedynie to. 
Zanim zdążył na to zareagować, było za późno ponieważ obraz zaczął mi się zamazywać i zamknęłam z przerażenia oczy. Znowu drzwi do rzeczywistości się przede mną zamknęły. Otoczyła mnie wielka ciemność, teraz wiem, co czują chomiki, które przechodzą hibernację. A może ja już nie żyję? Skoro nie mogę zobaczyć świata z lotu ptaka, nie widzę białego światła - to wszystko oznacza, że jeszcze walczę. 
- Siostro, starczy... Chyba się budzi. - usłyszałam głos jakiegoś mężczyzny, który był łudząco podobny do doktora Jefferson'a.
- Jest oczyszczona, to już coś...
Ta cała ciemność zaczęła powoli znikać, zrobiło się  wokoło dziwnie szaro. 
- Okej, wpuście najpierw jej matkę... potem brata. - rozkazał głos, po czym usłyszałam moją mamę. 
Niestety nie mogłam jej nic powiedzieć, nawet nie potrafiłam podnieść ją na duchu, przytulić. Próbowałam krzyczeć, ale ona mnie nie słyszała. 
- Córciu. - jęknęła, szlochając. - Jestem z Tobą. Bądź silna.... Wiele już przeszłaś, to i z tym dasz sobie radę. 
Muszę jej dać jakiś znak, przycisnęłam lekko jej dłoń. Usłyszałam szloch i trzaśnięcie drzwi. Czuję się jak niewidoma, ale dzięki temu pobudzam swoją wyobraźnię. 
- Siema, młoda. - sapnął mój brat, głaszcząc mnie po głowie. - Pewnie słyszysz co mówię i uważasz to za sen. Widzisz ile ludzi masz wokół siebie? Nawet twój chłopak zwariował... Serio, musisz coś z tym zrobić. Mnie nie słucha..
Nie myślałam o tym, że przeze mnie Axel stanie się bardziej agresywny, troskliwy, nadopiekuńczy i wrażliwy jednocześnie. To moja zasługa, w końcu obróciłam całe jego życie do góry nogami. Mark ma rację, muszę przywrócić dawnego Blaze'a do życia. Ale jak? To już muszę zaaranżować sama. 
- ... trzymaj się młoda. - tak się zamyśliłam nad jego słowami, że nie zauważyłam jak się ze mną żegna. 
Znowu słyszę zamknięcie i otwarcie drzwi. Teraz już wiem kto był następny w kolejce. 
- Cześć. Pewnie ten palant już ci to powiedział.... Najwidoczniej tak bardzo zatraciłem się w tobie, że sam siebie nie kontroluję. - złapał mnie za rękę. - Dobra, jestem cholernym egoistą, dosyć o mnie... Matko Diana, dlaczego gdy ci coś grozi mnie nie ma przy tobie? Zawiodłem cię, jak zwykle... Nie zasługuję na ciebie, a ty nie zasługujesz na te nieszczęścia które ci zsyłam. Sama przyznasz, że w ciągu tych w parę dniu, napędziłem ci mnóstwo stresu. Ale naprawię to. Obiecuję, ale teraz na prawdę. 
On serio tak o sobie myśli? Okej przyznam, że przez te kilka dni, serio wyprowadzał mnie z równowagi na wszystkie możliwie sposoby. On nie jest winny tego, że ja tutaj leżę. Gdybym nie wyszła do tej cholernej łazienki to nic by się nie wydarzyło. No właśnie, gdybym...

* Jude's POV *



Znowu zaspałem! No nie może być, kto by pomyślał? Jako lider Królewskich i najlepszy uczeń na świecie, budziłem się o świcie i nie wiedziałem co to spóźnienie. Te czasy niestety minęły, teraz jest dziesiąta, a ja nie jestem w szkole. Przetarłem zmęczone i przekrwione oczy, często zdarza mi się wyjść na poddasze i pogapić w gwiazd. Wtedy sobie wspominam moich rodziców, Dianę, próbuję rozgryźć samego siebie, to pochłania mnóstwo czasu -najwidoczniej tutaj przysnąłem. Powoli zszedłem z poddasza i pobiegłem do łazienki, umyłem twarz, w pośpiechu psiknąłem na siebie Brunem Bananim. Włosy pogłaskałem i zostawiłem w artystycznym nieładzie. Wypiłem zimne mleko i natychmiast skierowałem się do wyjścia. Zarzuciłem na ramiona moją bluzę i podążyłem, z buta do szkoły. Zajęło mi to niecałe piętnaście minut, ale kiedy dotarłem na miejsce to co zobaczyłem kompletnie mnie zaskoczyło. Cały budynek był opustoszały, wokół placówki stali  strażacy, którzy gasili ogień i próbowali ratować resztki szkoły. Nagle zauważyłem dobrze znaną mi  fałszywą mordę, on również mnie zauważył i zaczął uciekać. Puściłem się za nim pędem - skubany szybki jest. Na moje szczęście jestem świetnym biegaczem,  dogoniłem go i przygwoździłem do ściany pobliskiego zegarmistrza. 
- Dobra... masz coś z tym wspólnego? - spytałem, dysząc.
- O jacie.. - zaśmiał się. - Kiedyś było zupełnie inaczej... teraz wiem co czułeś kiedy dusiłem cię pod szkołą.
- Mów do rzeczy, gnoju! - krzyknąłem, przygniatając go mocniej do ściany. - Wiesz co tu się stało?!
- Jakbyś geniuszu jeszcze nie zauważył to szkołę spalili.
- Spalili? - on coś wie.
- Nie wiem czy ktoś działał w pojedynkę czy w grupie... Skąd ja mam to wiedzieć? - spytał z wyrzutem.
Nie wygląda to podejrzanie, że akurat gdy to się stało ty się tu kręcisz?  - warknąłem, powoli go przyduszając. - Gadaj co wiesz, Caleb.
Chłopak lekko pobladł. 
- Hh-he-ej. - nadal zgrywał twardziela. - Nie powiem nic kiedy będzie mnie tak dusił.
Zwolniłem ucisk z jego szyi. 
- Okej, tak lepiej. - zaczął masować szyję. - Nie wiem kto to, ale prawdopodobnie... oni nie są stąd. 
- Czyli jest ich więcej...
- Działają w grupie, mieli jakieś dziwne wdzianka... - sapnął. - Podejrzewam, że to jakiś chory gang czy sekta... Nie wiem co z tego mieli, że podpalili tą budę. Ja bym to rozegrał, troszeczkę inaczej... 
Puściłem go, rzuciłem w niego gorzkie spojrzenie. Zacząłem odchodzić.
- Ej, poczekaj. - sapnął brunet, ciągnąc mnie z kaptur. - Nie masz ochoty się zemścić na mnie? W końcu wymacałem ci siostrę, stary... 
- Wystarczy, że Blaze ci pokazał, gdzie twoje miejsce. Nie chcę sobie brudzić rączek twoją marną krwią. - odparłem chłodno, wkładając ręce do kieszeń bluzy. 
Dlaczego nie wrócisz? Do Akademii, do drużyny... Brakuje im Ciebie. - rzucił z wyrzutem. - Mimo, że zostałem okrzyknięty, kapitanem, to wciąż słyszę " Jude inaczej był postąpił." bla, bla, bla... 
- Do czego mam wracać? - wrzasnąłem. - Przecież wszyscy są w szpitalu...
- Ojć-ojć, masz nieaktualne dane. - skrzywił się. - Pan Dark, postawił ich na nogi. 
- Tylko nie to
W głowie powstał mi makabryczny obraz - przedstawiał on Dark'a, który przechadzał się koło łóżek. A na tych łóżkach leżeli 
wszyscy z mojej dawnej drużyny. Nagle on niespodziewanie wbił, jednemu z nich - w tym przypadku David'owi strzykawkę, która była wypełniona, czarną mazią. Szybko otrząsnąłem się z tej wizji.
No to co? Idziesz ze mną? - spytał, podchodząc do mnie i podając w moją stronę rękę, szybko ją odrzuciłem. 
Wyciągnę ich z tego bagna. - odburknąłem. - Nie zamierzam być marionetką, już nie... Zobaczysz, za niedługo staniesz się mu zbyteczny. 
- Ciekawe... - przewrócił na mnie oczami.
- Pewnie ma twojego ojca w garści... - sapnąłem, powoli odchodząc. -  Współczuję ci. 
- Skąd ty...
- Szósty zmysł... - rzuciłem przez ramię. - A no i... Bobby. 
Zostawiłem go skołowanego i pełnego gniewu, pomknąłem jak najszybciej się da - do szpitala. Przeleciałem na pasach na czerwonym świetle, nie patrząc na konsekwencję. Wszedłem do środka budynku, muszę powiadomić resztę. Trzeba uratować moją drużynę, a nawet całe to miasto. To wszystko jest teraz w naszych rękach.


sobota, 6 sierpnia 2016

Rozdział:43

"- Misiu? Ty idioto... - palnęła mnie w głowę. - Chciałam ten dzień spędzić sama ze sobą, a przez ciebie zmarnowałam swój cenny czas. Wszystko przez to twoje uciekanie.
Podszedłem do niej i wziąłem ją w objęcia. Przez parę minut się miotała, ale po chwili dała sobie spokój. 
- Postaram się ingerować cię w moje życie skarbie. - szepnąłem jej na ucho.
- A spróbowałbyś nie. - pogroziła mi palcem, po czym zaczęliśmy się oboje śmiać.
Poczułem wibracje w mojej kieszeni, spojrzałem na wyświetlacz - ojciec.
- Muszę coś jeszcze załatwić. - odparłem, głaszcząc po twarzy. - Ta rozmowa nie może czekać... ojciec nie może czekać. 

* Eric's POV *



- No na co czekasz? Odbierz. - jęknęła zniecierpliwiona.
Przełknąłem ślinę i nacisnąłem słuchawkę.
- Synu. Musimy porozmawiać.
- Gdzie?
- Czekam koło parku. 
Rozłączyłem się. Na samą myśl o tym spotkaniu z moim ojcem przyprawa mnie to o dreszcze. Dobrze wiem, jak może się to skończyć. Wyśle mnie z powrotem do USA, zamknie w klatce i będzie żył swoim idealnym życiem. Nadal będzie zgrywał pogrążonego w żałobie ojca i idealnego prezydenta miasta. 
- I nie mogłeś tak zrobić od początku?! - wrzasnęła już, któryś raz kolei.
- To nie jest takie łatwe jak sobie myślisz... - jęknąłem, łapiąc ją za ręce.
- Owszem jest... wiem, że twój ojciec jest człowiekiem z żelaznymi zasadami... - urwała, kładąc głowę na moim torsie. - Ale to twój ojciec i pragnie dla ciebie jak najlepiej.
Na dole nagle zapanowała  dziwna cisza, postanowiliśmy to sprawdzić. Zastaliśmy zdenerwowanego Axel'a, a na jego kolanach śpiącą Dianę. 
- Co tu się działo? - spytałem, drapiąc się po głowie.
- To prawda, że Caleb Stonewall to....
On tylko spojrzał na nas swoim wzrokiem, powoli położył jej głowę na sofie. 
- Idziesz się spotkać z ojcem? - spytał, krzyżując ręce na piersi.
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie..  - spojrzałem na niego znacząco.
- To ja też się przewietrzę. - sapnął, otwierając nam drzwi. 
Na jego twarzy znajdował się ogromny siniak wielkości mojej dłoni. Ogólnie był cały poobijany, nie wyobrażam sobie jaką jadkę musiał tam stoczyć.
- A więc.... - przewrócił na mnie oczami. 
- To prawda? - jęknęła Silvia zza moich pleców.  
- Tak... to dzięki niemu moja siostra żyje. - westchnął, patrząc w niebo. 
- Dziś byłem na spotkaniu z nim. - przetarł twarz. 
- Czyli te siniaki...
- Kazałem mu spadać, ale nie do końca to zrozumiał. Ale teraz mam nadzieję, że poznał to na własnych kościach i będzie się od nas trzymał z daleka.
- Powiem ci, że niezły ma lewy sierpowy. - wskazałem na nabrzmiały, fioletowy siniak.
- Jeden się tłucze na śmierć, a drugi ucieka nie wiadomo gdzie przed ojcem. - odparła poirytowana Silvia.
- Witaj w naszej codzienności, kochana! - odparł Axel, zakładając okulary. 
- Uwielbiam jak się tak słodko irytujesz... - sapnąłem, uśmiechając się w jej stronę.
- O proszę was, nie tu. - zasłonił oczy. - Jak się zaczniecie całować, to obiecuję wam, zacznę rzygać.
- Kto to mówi... 
- Ja i Diana... może jesteśmy parą i też się migdalimy... - urwał nie pewnie. - Ale to nie zmienia faktu, że nadal irytują mnie takie gołąbeczki jak wy.
- Musimy się zbierać... - ścisnąłem dłoń szatynki.
Udaliśmy się w stronę umówionego spotkania, przychodząc widzieliśmy wiele szczęśliwych rodzin cieszących się ze wspólnego czasu spędzonego ze sobą.
- Eric... - dźgnęła cię w bok. - Jesteś na to gotowy?
Zapatrzyłem się na ojca wraz z synem, któremu pomagał budować zamek z piasku.
- Tak mi się wydaje... - urwałem nie spuszczając z niego wzroku.
Boje się, jakie będą tego konsekwencje, ale w końcu muszę się spiąć w sobie i z nim pogadać, w końcu to mój ojciec. Tylko na papierze. Odkąd mnie uśmiercił, nie mogę na niego patrzeć inaczej. Rozumiem, że chciał mnie w jakiś sposób chronić od tego wszystkiego, ale nie mógł mnie od tak odciąć od świata. 
Podczas patrzenia na ten piękny obrazek, zdałem sobie sprawę, że nigdy tak z ojcem nie spędzaliśmy czasu. Najczęściej siedziałam z nianiami, które nie były zadowolone z niańczenia małego dziecko.
Przystanęliśmy, gdyż zbliżaliśmy się do bramy parku. 
- Zadzwoń. - szepnęła moja ukochana, całując mnie w policzek. 
- Życz mi powodzenia. - odparłem, całując jej ręce.
Odeszła, a ja stałem jeszcze tak bite pięć minut i patrzyłem na pobliskie drzewa. Gdy się otrząsnąłem, udałem się w głąb parku. Usiadłem na jednej z ławek i czekałem. Z drzew leciały małe listki, które tańczyły na wietrze. Ludzie przechadzali się wokoło, uśmiechali się i cieszyli się, że spędzają tak swój cenny czas. Słońce świeciło dziś wyjątkowo mocno, zmrużyłem oczy. Nagle zobaczyłem w oddali jakąś postać, gdy wyostrzyłem wzrok, zobaczyłem jego. Jak zwykle, wyglądał jakby szedł na jakieś spotkanie biznesowe - miał na sobie czarną, trochę za dużą marynarkę i zielony krawat na szyi. Na oczach jak zwykle czarne okulary, aby nie patrzeć ludziom w oczy. Wyszedłem mu na przeciw, a odległość między nami stopniowo się zmniejszyła.
- Cześć, Eric. - powiedział, podchodząc bliżej. 
- Po co tu przyjechałeś? - wyrwałem się.
Po raz pierwszy ściągnął ze swojego nosa okulary i popatrzył mi głęboko w oczy.
- Jeszcze pytasz... - pokręcił głową.
- Ty się mnie nie pytałeś kiedy mnie pogrzebałeś na naszym cmentarzu. - odwrócił ode mnie wzrok i głęboko westchnąłeś.
- Uciekłeś z domu i poleciałeś tutaj, do Japonii... - odparł z wyrzutem, ignorując moje oskarżenie. - Sądziłeś, że ja... jako twój ojciec, nie będę cię szukał? 
- Sądziłem też, że pragniesz mojego szczęścia. - odburknąłem. - Nie wierzę w żadne twoje ckliwe słowo
- Synu... ja...
- Moi przyjaciele widząc jak moje ciało wleciało pod tira, a potem odprowadzając moją trumnę... cierpieli przez wieki. Nie mogłem grać w piłkę, bo leżałem w szpitalu. 
- Rozumiem... - pokiwał na moje słowa głową.
I nie udawaj, że mnie rozumiesz. - uciąłem szybko. - Dla ciebie liczy się święty spokój w prasie i dobra passa w wyborach. Gdy przyleciałem do Inazumy, wszystko się zmieniło. Czułem się wolny od twoich władczych szponów.
- Zrozum i mnie... - złapał mnie za rękę. - Nie zrobiłem dla własnych pobudek, zrobiłem to dla twojej matki.
- Jak to?
- Chciałem uniknąć tej rozmowy. - strzelił ręką w kolano. - Twoja matka mocno przeżyła twój wypadek i popadła w obłęd... To był jedyny sposób by uspokoić jej myśli.
- Ja.. 
- Nie wiedziałeś, skąd mogłeś? - rozłożył bezradnie ręce. - Byłeś dzieckiem, które chciało mieć szczęśliwe dzieciństwo.... nie chciałem go zmieniać.
- Za to ja zmieniłem swoją przyszłość i naprawiłem przeszłość. - odparłem. - Stałem się mistrzem Japonii, mam nowych, prawdziwych przyjaciół i kochającą dziewczynę. A ty przyjeżdżasz by mi to wszystko zabrać!
- Przyjechałem, bo cię kocham. - spojrzał mi głęboko w oczy. -Jesteś w końcu moim synem. Wiem, że marny ze mnie ojciec. Masz racje, nie mogę się położyć w twojej sytuacji. Oglądałem każdy twój mecz i widziałem jaki jesteś szczęśliwy. Miałeś na twarzy uśmiech, którego chyba nie widziałem od lat. I to mnie bolało najbardziej. 
- Na prawdę? 
- Tak synu... - na jego twarzy pojawił się uśmiech, którego nie widziałem od wielu lat. - Przyjechałem, aby cię przeprosić. Nienawidzisz mnie i to zrozumiałe, ale kiedy ci już przejdzie... wróć do domu. Tymczasem widzę, że dojrzałeś i już mnie nie potrzebujesz. 
Po jego jak i moich policzkach spłynęły łzy Podszedłem do niego i go przytuliłem. W głębi duszy wiem, że go kocham, ale wyrwa, którą uczynił w moim sercu, jeszcze się nie zagoiła. Nie potrafię jeszcze mu wybaczyć, ale połowa mojej nienawiści i złości minęła. 
- Mamy umowę. - rzuciłem, podając mu rękę. - Stoi?
Uśmiechnął się w moją stronę i potrząsnął moją rękę. 
- Do zobaczenia w domu, Eric. - sapnął, odchodząc.
Usiadłem na ławce i westchnąłem, musiałem jeszcze wiele rzeczy poukładać w mojej głowie.

* Diana's POV *



Otworzyłam sklejone snem oczy. 
- Dan. Ty jesteś moim wszystkim, nie rób mi tego... 
- Axel...   Będziesz niszczył każdego, kto będzie mi zagrażał i co potem? To nic nie da, oprócz mnóstwo stresu dla mnie, nowych szww-wów dla cie-bbb-ie...
To ostatnie słowa jakie pamiętam zabłysnęły w mojej pamięci po tym jak zasłabłam. Teraz leżałam na kanapie, owinięta w ciepły koc. Na stoliku leżała świeżo zrobiona owsianka malinowa. Rozglądnęłam się na wszystkie strony, nigdzie go nie było - znowu gdzieś poszedł. Spojrzałam na miskę i się skrzywiłam, gdyż to była jego marna próba udobruchania naszej dość nerwowej sprzeczki, przy jedzeniu była mała karteczka. 
" Muszę załatwić parę spraw. Jeśli coś się stanie, dzwoń. 
P.S Kocham cię
                                       - Axel "
Zgięłam kartkę i odłożyłam na miejsce. Jedząc pyszną owsiankę i rozkoszując się smakiem mrożonych malin, wpadłam na  idealnu pomysł. Wiem, że to głupie szpiegować Axel'a, ale nadal nie wiem, co on kombinuje. Wolę się przekonać na własne oczy, czy to co mówi jest prawdą. To nie jest tak, że ja mu nie ufam, po prostu wiem, że czasami mój chłopak zataja prawdę, która nie jest dla mnie groźna. Wiedziałam, że nie mogę sama go szpiegować, potrzebny mi ktoś z jego otoczenia. Najlepiej, jakby był to jego kumpel. Bingo! Szybko zjadłam i odstawiłam miskę do zlewu. Udałam się szybkim krokiem do pokoju, wybrałam z mojej torby parę ciuchów i weszłam do łazienki, aby doprowadzić się do porządku. Uczesałam włosy w kucyk i wyszłam z jabłkiem w ustach. Zamknęłam drzwi na klucz i wrzuciłam je do małej doniczki. Udałam się do mojej ulubionej kawiarni i wykręciłam numer do Jude'a. Wydawał się mi najbardziej sensowną osobą, do takiego zadania, w końcu to bardzo dobry strateg.
- Halo? 
- Cześć, możemy się spotkać?
- O co chodzi?
- To ważne, Jude.
- Okej, będę.
Spojrzałam po barze, w momencie moim oczom ukazał się roztrzepany brunet. Pomachałam w jego stronę i podszedł do mojego stolika.
- A więc.. coś się stało? - spytał, łapiąc mnie niespodziewanie za rękę.
Spojrzał to na mnie, to na jego rękę i szybko ją zabrał.
- Potrzebuję cię. 
- To najdziwniejsza rzecz, którą mi powiedziałaś. - spojrzałam na niego znacząco. - A więc... w czym mogę pomóc?
- Axel coś przede mną ukrywa.... musimy sprawdzić co. - urwałam, gryząc policzek od wewnątrz.
Jego oczy powiększyły się, a na jego twarzy pojawił się zakłopotany uśmiech. 
- Co. - wykrztusił, śmiejąc się w głos. - I właśnie ja mam go śledzić? 
- To tylko jeden raz... spokojnie. Chce wiedzieć co robi, wtedy będę spokojniejsza. - spojrzałam na niego błagalnie.
- Diana, nie patrz się tak na mnie. - pogroził mi palcem. - Kiedyś nabierałem się na smutnego psiaczka.... teraz na mnie to w zupełności nie działa.
Jako iż jestem uparta jak osioł, uporczywie patrzyłam mu w oczy właśnie tym wzrokiem. Po chwili chłopak przewrócił oczami, a ja uśmiechnęłam się na znak mojego zwycięstwa.
- Jeden, jedyny raz. - przytuliłam go do siebie. 
Nagle zobaczyłam przez okno Axel'a, szarpnęłam Jude'a za ramię.
- Dobra, twoja robota zaczyna się właśnie teraz. - wskazałam na okno. -  Informuj mnie przez telefon co i jak.
- Ale...
- No już! - krzyknęłam, wyprowadzając go z kawiarni.

* Alex's POV *



Wstąpiłem do domu tylko na chwilę, a ona nadal tak słodko spała. Wyglądała zupełnie tak samo jak te dzieci w przedszkolu na leżakowaniu. Nie miałem serca ją budzić, pogłaskałem ją po głowie na co dziewczyna zaczęła dziwnie mruczeć. Przygotowałem dla niej jedzenie i zostawiłem jej liścik, aby nie była zaskoczona moją nieobecnością. Właśnie miałem wychodzić, kiedy dostałem SMS'a od Celia: POMOCY!!! 
Gdy tylko przeczytałem tą wiadomość wiedziałem co zrobić i o kogo chodzi. On na prawdę nie zna granic. Czy ja muszę go zabić, żeby to zrozumiał? Zmierzałem do tej małej uliczki, gdzie wcześniej dusił Willy'ego. Zastałem tam straszną scenę. Chłopak się po prostu do niej dobierał, właśnie miał jej zdejmować bluzkę, kiedy podbiegłem do niego i z impetem walnąłem go w twarz. Celia skulona siedziała koło ściany, a jej twarz była zapłakana.
- Ey... mieliśmy spędzić razem czas! - jęknął oszołomiony moim uderzeniem.
-  Śmieciu. - warknąłem, ponownie waląc go w twarz. 
Wyżywałem się nad nim jeszcze chwile bijąc go po żebrach, po głowie - dosłownie wszędzie. Jeszcze w taką furię nie wpadłem, zdałem sobie sprawę, że tracę kontrolę kiedy brunet ledwo co mógł wziąć oddech. Uznałem, że już się nie podniesie, więc powoli wstałem i popatrzyłem na moje obdarte knykcie. Nie minął jeden dzień, a ja znowu napotykam tego typa. Podszedłem szybko do zdewastowanej dziewczyny, trzęsła się jak cholera. Zdjąłem więc z siebie bluzę i nałożyłem na jej ramiona. 
- Celia. - zwróciłem się w jej stronę. - Nic ci nie zrobił?
Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.
- Nie.... - urwała, łkając. - nie zdążył.
- Nie płacz, proszę. - sapnąłem, czując zakłopotanie.
- A co jeśli... - wtuliła się w mój tors. - on dokończy dzieła?
- Zapewniam cię... on już nikogo nie tknie. - odparłem, głaszcząc ją po głowie. 
Moim oczom ukazał się Jude. Co on tu robi? Spojrzał na mnie zdziwiony, a następnie na swoją zatrwożoną siostrę.
- Celia, Axel. - podszedł do nas wszystko. - Co się stało? 
- Ten cały Stonewall.... próbował mnie zgwałcić. - jęknęła, przytulając się do mojego torsu. - Na szczęście Axel był w pogotowiu. 
- A ty, co tu robisz? - spytałem szybko, odpychając delikatnie Celię, przylepioną do mojego torsu.
- Ja? Właśnie wychodziłem ze sklepu. - jęknął, stawiając parę kroków w tył. - Ja muszę iść...
- Sharp, nie rób ze mnie idioty.... - warknąłem, w jego stronę.
- To pa. - rzucił, odchodząc.
Postanowiłem, że zdruzgotaną Celię odprowadzę do domu. Dziewczyna nadal kurczowo trzymała się mojej klatki piersiowej. To było dla mnie niezręczne, Diana na pewno byłaby wściekle zazdrosna o mnie właśnie w tej chwili. Gdy tylko doprowadziłem ją pod same drzwi, moje kroki skierowały się w stronę mojego domu. 

* Jude's POV *



To było spokojne, słoneczne popołudnie, a ja siedziałem po uszy w książkach. Nagle z tej wielkiej kupy papierzysk usłyszałem dźwięk mojego telefonu, próbowałem nie zburzyć mojego stosu. Jednak kiedy lekko sięgnąłem po telefon, wielka wieża runęła mi na stopę.
- Cholera! - syknąłem, łapiąc się za obolałą stopę.
Resztkami sił złapałem winowajcę (telefon) mojego bólu i przeciągnąłem słuchawkę.
- Halo? 
- Cześć, możemy się spotkać?
- O co chodzi?
- To ważne, Jude.
- Okej, będę.
Nie traciłem dłużej czasu, nałożyłem bluzę i udałem się do tutejszej kawiarni. W mig spostrzegłem Dianę, która podpierała podbródek rękoma i wyglądała na z lekka strapioną.
- A więc.. coś się stało? - złapałem ją za rękę, ale nie trwało to krótko, gdyż zdałem sobie sprawę, że to może być dla niej co najmniej niekomfortowe. 
- Potrzebuję cię. 
- To najdziwniejsza rzecz, którą mi powiedziałaś. - spojrzała na mnie znacząco. - A więc... w czym mogę pomóc?
- Axel coś przede mną ukrywa.... musimy sprawdzić co. - urwała. 
- Co. - spojrzałem na nią rozbawiony. - I właśnie ja mam go śledzić? 
- To tylko jeden raz... spokojnie. Chce wiedzieć co robi, wtedy będę spokojniejsza. - spojrzała na mnie błagalnie.
- Diana, nie patrz się tak na mnie. Kiedyś nabierałem się na smutnego psiaczka.... teraz na mnie to w zupełności nie działa.
Jednak po mimo to Diana nadal robiła do mnie te słodkie oczy, a ja uznałem, że dam wygrać jej uporczywości i przewróciłem na nią oczami.
- Jeden, jedyny raz. - ucieszona wpadła w moje objęcia. 
- Dobra, twoja robota zaczyna się właśnie teraz. - wskazała na okno. -  Informuj mnie przez telefon co i jak.
- Ale...
- No już! - krzyknęła, wyprowadzając mnie siłą z kawiarni.
Podążyłem za blond czupryną, jednak nie było to dla mnie łatwe, ponieważ Axel jest bardzo czujny, dlatego też co chwila się obracał, a ja musiałem się chować w przeróżnych zakamarkach, by siebie nie zdradzić. Dopiero co zacząłem to całe "śledztwo", a ona już dzwoni. Chciałem odebrać telefon, ale nie miałem czasu, ponieważ ten skurczybyk poruszał się szybciej niż zwykle. Zadzwoniłem do niej udając się za nim w nieznanym mi kierunku. Po co ja się zgadzałem na to? Może dlatego, że pragnę jej szczęścia? A może dlatego, że chcę go sprawdzić, czy mam do niego słuszne mniemanie? Tymczasem Axel nie zauważył mnie, więc na to wygląda, że dobrze mi idzie. Zaszedł w jakieś dziwne, ciemne uliczki. 
- Co tam się dzieje?
- Diana... nie mam pojęcia.
- Jude! - szybko się rozłączyłem, ponieważ usłyszałem damskie krzyki, które przypominały mi łudząco wrzaski mojej siostry. 
Przyszedłem niestety za późno, ponieważ Stonewall leżał prawie nie żywy na ziemi, a Axel i Celia siedzieli. Szatynka cała zapłakana, a on nieco zmieszany całą sytuacją. Może to dlatego, że dziewczyna płakała na jego torsie. Stanąłem wryty i patrzyłem się na nich.
- Celia, Axel. - podszedł do nas wszystko. - Co się stało? 
- Ten cały Stonewall.... próbował mnie zgwałcić. - jęknęła, przytulając się do jego torsu. - Na szczęście Axel był w pogotowiu. 
- A ty, co tu robisz? - spytał szybko, odpychając delikatnie Celię, przylepioną do jego torsu.
- Ja? Właśnie wychodziłem ze sklepu. - zaimprowizowałem. - Ja muszę iść...
- Sharp, nie rób ze mnie idioty.... - warknął w moją stronę.
- To pa. - rzuciłem, szybko odchodząc.
Wybrałem pośpiesznie numer do Diany.
- Matko, nareszcie! Co się tam stało?
- Właśnie byłem świadkiem gwałtu na mojej siostrze...
- Co?
- To co słyszysz... twój chłopak uratował jej życie.
- Nic im nie jest?
- Stonewall leżał ledwo żywy, Axel ma poobdzierane łapy, a Celia jest już bezpieczna.
- Dzięki Bogu... dzięki Jude.
- Nie dziękuj mi. Musicie obgadać po między sobą kwestię zachowania, zdajesz sobie z tego sprawę?
- Ugh... wiem, jeszcze raz dziękuję ci.


* Celia's POV *



Zatrzasnęłam za sobą drzwi i ponownie zaczęłam płakać. Na szczęście rodzice mają być bardzo późno więc nie muszę się ukrywać w moim pokoju. Ja i moi rodzice rzadko rozmawiamy, a jeśli już do tego dochodzi to ich tematem są: szkoła, praca. Opatuliłam się w koc, a mimo to na moim ciele miałam gęsią skórkę. Trzęsłam się jakbym miałam jakiś atak padaczki. Nie mogłam się uspokoić. Bo jak tu udawać spokojną skoro przed chwilą próbowano cię zgwałcić? Myślałam, że takie rzeczy są tylko w filmach. Jednak życie potrafi nas zaskoczyć... Przed moimi oczami miałam jego ohydne ręce, które podnosiły powoli moją bluzkę - na samą myśl o tym robiło mi się niedobrze. Czuję się brudna... Jak ja spojrzę Bobby'emu w oczy? Oby się o tym nie dowiedział. Nie dziś, nie teraz, a najlepiej nigdy! Nagle zobaczyłam przebłysk w oknie i warkot silnika - niech to, wykrakałam. Zakryłam głowę i zamknęłam oczy, a chłopak, jak zawsze wszedł bez pukania do mojego pokoju.
- Misiu, śpisz? - usłyszałam jego pełen troski głos, który niebezpiecznie zbliżał się do kanapy. 
Odsłonił mnie, a ja szybko usiadłam i stworzyłam pozornie bardzo spokojnej. Pogłaskał mnie po ramieniu, a ja odruchowo się odsunęłam. Chwycił mnie za ręce i zmusił do patrzenia w jego oczy.
- Celia.... co się stało? - spytał poważniej.
- Puść mnie! - krzyknęłam, próbując się wyswobodzić.
- Ej, spokojnie... ja chcę ci pomóc. - jęknął, ściskając moje nadgarstki.
- Odwal się. - warknęłam, nadal się szamocząc.
Wiedziałam, że mnie nie puści, dopóki nie powiem mu prawdy. To będzie bolało. 
- Wychodziłam z księgarni... - przetarłam mokrą twarz. -Przechodziłam koło tej ciemnej uliczki koło kawiarni, nagle ktoś mnie chwycił za rękę. Przestraszyłam się gdyż nagle zostałam przybita do ściany. 
- Nie musisz mówić je-eśli...
- Spojrzałam na jego twarz... - nie zwracałam na niego uwagi. -To był Caleb Stonewall, który patrzył na mnie takim obleśnym spojrzeniem. Zaczął mnie permanentnie macać... ale nie zdążył dokończyć dzieła, ponieważ Axel się na niego rzucił. 
Na twarzy chłopaka pojawiło się wielkie zmieszanie, w jego oczach pojawiła się nieodparta furia.
- Czemu mnie tam nie było.... - mamrotał do siebie, przechadzając się po salonie. 
Podeszłam do niego i przytuliłam, słyszałam jego szalone bicie serca.
- To nie twoja wina... skąd miałeś wiedzieć? - chłopak  odepchnął mnie. - Proszę... nie rób nic głupiego!
- Kochanie, możesz coś dla mnie zrobić? - spytał, łapiąc mnie za ręce, a ja pokiwałam twierdząco głową.
- Uderz mnie w twarz jak najmocniej potrafisz.
- Oszalałeś.... 
Zawiodłem cię w momencie, kiedy mnie najbardziej potrzebowałaś... To ja powinienem się tobą opiekować.  - sapnął, wystawiając policzek w moją stronę. - Obiecałem ci, że będziesz ze mną bezpieczna.
- Nie mogę. 
-  Celia, cholera raz w życiu się postaraj! - krzyknął, na co ja wymierzyłam mu siarczystego policzka.
- Kręci cię to, Shearer? - odburknęłam, masując pulsującą rękę.
Chłopak złapał mnie za ramiona i przycisnął usta do swoich. Przez chwile próbowałam się oprzeć, ale niestety uwiódł mnie. Zawsze to on jest górą, a ja poddaje się jego urokowi.
- Nigdy nie widziałem cię takiej  wkurzonej....
- Oj nie chcesz poznać smak mojego lewego sierpowego, kochany. 

* Diana's POV *



- Matko, nareszcie! Co się tam stało?
- Właśnie byłem świadkiem gwałtu na mojej siostrze...
- Co?
- To co słyszysz... twój chłopak uratował jej życie.
- Nic im nie jest?
- Stonewall leżał ledwo żywy, Axel ma poobdzierane łapy, a Celia jest już bezpieczna.
- Dzięki Bogu... dzięki Jude.
- Nie dziękuj mi. Musicie obgadać po między sobą kwestię zachowania, zdajesz sobie z tego sprawę?
- Ugh... wiem, jeszcze raz dziękuję ci. - odłożyłam słuchawkę.
Teraz tylko czekałam na niego. Jestem ciekawa, czy powie mi prawdę czy też skłamie. Usiadłam na sofie i próbowałam się uspokoić, zagryzłam dolną wargę. Drzwi zaskrzypiały, a w nich zobaczyłam go.
- Gdzie byłeś? 
- Musiałem coś załatwić. - odparł, przecierając twarz.
- Czyżby? 
- Tak... niedługi urodziny Julki. - sapnął, otwierając lodówkę i wyciągając zimną puszkę coli.
- A może tłukłeś się z Calebem, bo chciał wymacać Celię? - rzuciłam w jego stronę. 
Obrócił się w moją stronę, wydawał się na zaskoczonego. 
- Skąd wiesz? - spytał, podchodząc do mnie.
- Mam swoje źródła. Ale to nieważne... to nie zmienia faktu, że okłamałeś mnie. - jęknęłam. - Znowu.
- Nie chcę żebyś swoją główkę zapychała moimi problemami... - złapał mnie za rękę.
- Niestety, coś ci nie wyszło. - wyrwałam się z jego uścisku. - Popatrz do czego doprowadziłeś... doszło do tego, że nie mogę ci ufać..   
Blondyn podszedł w moją stronę. Zaczął patrzeć na mnie tymi dużymi, ciemnymi oczami, po czym ujął mnie w talii i zaczął lekko kołysać.
- Teraz wiesz, co ja przeżywałem.
- Nie odwracaj kota ogonem. - odburknęłam.
Wiedziałam, że bałwan ma rację, to ja jako pierwsza okłamałam go, gdyż próbowałam chronić. Teraz role się odwróciły, chłopak schylił się po telefon i puścił naszą ulubioną piosenkę
- Kocham cię, wiesz?
- Myślisz, że tą piosenką wszystko naprawisz? - spytałam, a ten zaczął mną kręcić.
- Może nie... ale przynajmniej przestałaś zrzędzić. - pokazałam mu język.
- Jeszcze jedno... jeśli nadal będziesz mi matkować, to nie wytrzymam. - odparł, śmiejąc się pod nosem.
- Mogłabym to samo powiedzieć o tobie.. - wtuliłam się w jego tors. - Zawrzyjmy więc pakt.
- Niech będzie... wszystko dla mojej złośnicy. - szepnął, całując moją szyję.
A do moich nozdrzy dostała się słodka nuta, poczułam jego boskie perfumy. Chyba powoli  zaczniemy wracać na właściwy tor, mam nadzieję... Ale czy na długo? Oczywiście utrzymanie się na nim nie uda się bez krztyny zaufania. To będzie bardzo trudne, ale... czego się nie robi w imię miłości?