sobota, 10 grudnia 2016

Rozdział:49

Drogi losie, ja... chce żyć. PROSZĘ! Uniżam się i proszę już o ostatnią szansę. DAJCIE MI ŻYCIE, ODDAJCIE MNIE. BĘDĘ GRZECZNY I DOZGONNIE WDZIĘCZNY! 
- Siostro, skalpel. - słyszę damski głos. 
CO? CZY TO MI SIĘ ŚNI?
- Dobra, trzeba to opanować. - tym razem odezwał zachrypły głos. - Cholera.. szybko!
Pojawiło się jakieś światło w tej ogromnej czerni. Co to oznacza? Sam nie wiem, ale najprawdopodobniej zaraz się przekonam. "


* Eric's POV *



Złapałem go za rękaw jego wymiętej, bordowej bluzy. 
- Celia. - skierowałem swoje słowa do szatynki. - Idź.. my zaraz do ciebie dojdziemy. 
Ona pokiwała niepewnie głową i odeszła. Matko, ona nie zasługuje na takie traktowanie, przecież to tak dobra dziewczyna. A on tego cholera nie dostrzega albo przestało go to tak fascynować jak na samym początku. Zacisnąłem uścisk na jego nadgarstku, spojrzał na mnie zdziwiony.
- Słucham. - powiedział, śmiejąc się pod nosem. 
Miałem powoli dość tego ironicznego uśmieszku, którym aktualnie mnie darzył - dobrze wiedział, że tego nienawidzę. 
- Pogadajmy na poważnie...  - urwałem, nadal patrząc mu głęboko w oczy. 
- No nie patrz się tak! - palnął mnie w ramię. - Eric... 
Próbowałem coś znaleźć w tych jego szarych jak chmury podczas burzy oczach. Zdaje mi się, że od pewnego czasu nie zachowuje się jak on. Wiadomo, że zawsze był dziecinny, ale teraz stał się jakiś inny, jakiś gorszy niż zwykle. Wszystko wyładowuje na tej kruchej i wrażliwej dziewczynie jaką jest Celia. Myślałem, że mu przejdzie w momencie kiedy się z nią związał, jednak nic się nie zmieniło. Zaczął ponownie palić, co jeszcze bardziej mnie rozwścieczyło. Tym czynem złamał obietnicą daną mi przed meczem z Boskim Liceum. 
- Co ja mam ci powiedzieć? - westchnąłem, puszczając jego rękę.  - Wszystkie te słowa odbijają się od ciebie jak krople deszczu od szyby. 
Blondyn odetchnął z ulgą i zaczął masować miejsce uścisku. Pewnie zrobiłem mu siniaka... ale w tym momencie najmniej mnie to interesowało. 
- Ooo... Zaczyna się. - sapnął, zakładając kaptur. - Eric, ja...
- Co ty? Ciągle słyszę tylko JA, JA i cały czas JA. - popchnąłem go. - Pomyślałeś kiedykolwiek o niej? Przecież ją tak kochasz, a traktujesz ją jak bezpańskiego psa. 
- Proszę cię.. - był niewzruszony moimi słowami.
- Gdybyś nie był egoistą, to nie wróciłbyś do nałogu i nie złamał obietnicy. - odrzekłem zdenerwowany, wymachując rękami. - Shearer, ocknij się w końcu. 
- Egoista... - jęknął, rozmyślając moje słowa. - Tak masz rację, jestem nim i tak było od zawsze.  
- Myślałem, że miłość cię zmieni.. - sapnąłem, kręcąc głową na jego bierność.
- Celia... kocham ją, ale.... - urwał, łapiąc się za kark.
- Powiedz to! - krzyknąłem, trzymając go za ramiona. - Bobby!
- Nie drzyj ryja, Eagle. - odparł poirytowany, po czym dodał. - Ale... depresja mi na to nie pozwoliła. 
- Depresja? - spojrzałem na niego rozbawiony. - Żartujesz, prawda?
- Umieram w środku, a wiesz co najlepsze? - odparł, śmiejąc się.
Nie wiem dlaczego! 
Spojrzałem na niego, jego twarz była teraz jak skała, a oczy patrzyły na mnie smutno - zamurowało mnie. On i depresja? Gdyby ktoś mi to powiedział to bym już dawno tu leżał i śmiał się jak głupi. No bo... Bobby to wesoły chłopak, jakby to Silvia ujęła - osiedlowy łobuziak. Nagle w jego oczach pojawiły się łzy, a ja tylko patrzyłem na to z wybałuszonymi oczyma. Musiałem wyglądać jak skończony debil.
- Ja nie wiedziałem... - wydukałem, nadal wbity w ziemię jego wyznaniem.
- Może wiem dlaczego... - przetarł twarz. - Ojciec chleje, matce grożą opieką społeczną i jeszcze napatoczył się ten cholerny Jude. I przez to wszystko muszę pracować i nawet nie mam jak się po dupie podrapać. Mimo tego dla was zawsze jestem dzieckiem. 
- Bobby... 
- Tak, tak mówcie sobie. - machnął na mnie ręką. - Przez ten czas, byłem sfrustrowany i szczerze... miałem w dupie wszystkie przysięgi. Chciałem sobie zapalić by się uspokoić i choć na chwilę uwolnić od stresu. To sobie i teraz zapaliłem, by choć na moment wyłączyć się z tego świata. A teraz sprowadzacie mnie na ziemię. Pozwalacie mi wierzyć jakim jestem łajdakiem, łamaczem serc, bandytą, świnią i egoistą.
Zamrugałem parę razy - ja na prawdę nie wiedziałem. Ale skąd miałbym wiedzieć? Przecież dawno nie rozmawialiśmy i tak to się skończyło. Teraz wiem dlaczego taki jest. Głupio mi, że zwyzywałem go od dzieciaka, gdyż ten dzieciak próbował za wszelką cenę ratować swoją rodzinę i poszedł do pracy. Ten egoista zamiast o sobie pomyślał o rodzinie. Jednym słowem nasz Bobby po prostu wydoroślał. Widziałem, że chodził  zestresowany, zdenerwowany i dodatkowo popalał za szkołą, ale nie zareagowałem ani r a z.
Podszedłem do niego i bez słowa go przytuliłem - tak po prostu. Wiedziałem, że to mu było potrzebne. Kątem oka zauważyłem, że przygląda nam się zdezorientowana Celia. Pewnie wszystko słyszała, ukradkiem mrugnąłem do niej, a ona weszła dla niepoznaki do budynku.

* Celia POV *



Ja nie wiedziałem... - wydukał Eric. 
- Może wiem dlaczego... - przetarł twarz. - Ojciec chleje, matce grożą opieką społeczną i jeszcze napatoczył się ten cholerny Jude. I przez to wszystko muszę pracować i nawet nie mam jak się po dupie podrapać. Mimo tego dla was zawsze jestem dzieckiem. 
- Bobby... 
- Tak, tak mówcie sobie. - machnął na niego ręką. - Przez ten czas, byłem sfrustrowany i szczerze... miałem w dupie wszystkie przysięgi. Chciałem sobie zapalić by się uspokoić i choć na chwilę uwolnić od stresu. To sobie i teraz zapaliłem, by choć na moment wyłączyć się z tego świata. A teraz sprowadzacie mnie na ziemię. Pozwalacie mi wierzyć jakim jestem łajdakiem, łamaczem serc, bandytą, świnią i egoistą.
Jego słowa odbijały się w mojej głowie - zdałam sobie, że przez cały ten czas mój Bobby był zdruzgotany i nieszczęśliwy. Nie dziwię się, że już nie dawał rady wyhamować ze swoimi emocjami i wyładował to na mnie. Twardziele są skryci, w końcu prawdziwi mężczyźni nie przyznają się do swoich problemów, którzy wolą je rozwiązać sami albo się nimi nie przejmują. Mimo to, że na polu było zimno jak w psiarni to w moim sercu pojawiło się dziwne ciepło. Eric również był zdziwiony jego postawą, po kilku minutach byli przytuleni jak niedźwiadki z filmu " Mój brat niedźwiedź" . Eric porozumiewawczo do mnie mrugnął, a ja weszłam do szpitala. Oglądając się za siebie zauważyłam, że idą za mną - przez to prawie zapomniałam po co tu jestem. Zapanował we mnie jakiś spokój - mówią, że jestem zbyt wrażliwa i zestresowana, jednak w tym momencie było inaczej.
- I jak? - spytałam cicho.
Wszystkie oczy teraz spojrzały na mnie.
- Na razie nic... - jęknęła Diana, która zaczęła łazić tam i z powrotem. - Kurde, boje się.... 
- Celia... wszystko jest okej? - spytał Axel, łapiąc mnie za ramię.
No na razie jest nerwowo.... - odparłam, posyłając mu blady uśmiech. - Ale mam nadzieję, że będzie w porządku.  
Po chwili doszli do nas Bobby i Eric. Chłopacy przybili sobie żółwika i czekali z niecierpliwieniem na dalszą część akcji.
W środku również bałam się jak Dan, ale na zewnątrz wyglądałam jak ostoja spokoju. 
- Diana... wprowadzasz nerwową atmosferę. - warknął w jej stronę Mark.
Brunetka wybałuszyła na niego oczy. 
- Juda prawie nie zabili, a ja mam być....
- Przepraszam.. - wtem do ich burzliwej rozmowy wtrącił się lekarz opiekujący się moim bratem.
Po między tą dwójką nagle zapadła cisza. 
- A więc... - przejrzał dokładnie kartę. - Operacja przebiegła pomyślnie, nie został uszkodzony żaden z narządów wewnętrznych, chociaż jelito cienkie zostało troszeczkę nadszarpnięte. Po za tym stracił dużo krwi, ale spokojnie... teraz ją uzupełniamy. Pacjent się wybudził i jest w stanie stabilnym.
- Okej, kiedy możemy do niego wyjść? - wyrwał się Mark.
- I kto tu wprowadza zamęt, co?  - warknęła Diana, dźgając go w bok.  
Doktor tylko mrugnął porozumiewawczo do Axela - zgaduję, że doktor zna tą dwójkę doskonale. 
- Niestety w tym momencie nie ma takiej opcji. - odparł, rozglądając się po sali. - A gdzie rodzice?
Znowu niezręczna cisza. 
- Niestety rodzice pracują. - sapnęłam. - Nie mają jak dojechać. 
- I to wszystko? - wiedziałam, że takim argumentem nic nie wskóram.
- Tak.... - spojrzał na mnie podejrzliwie. - Czy można się z nim zobaczyć?
- Myślę, że jest to możliwe. - odparł, a ja bez zastanowienia pchnęłam drzwi do sali. 

 * Jude's POV *



Poczułem ukłucie w moim nadgarstku, szybko otworzyłem szeroko oczy i zobaczyłem pielęgniarkę, która się do mnie uśmiechnęła i przemyła ranę wacikiem. Oznacza to, że ja żyje! Ja żyję! Chciałem trochę poskakać z radości, ale nie mogłem się ruszyć. Czy to oznacza, że jestem sparaliżowany? Co? Jedyne co pamiętam to... to, że mnie postrzelono w brzuch. Ale nie przez byle kogo tylko przez mojego najlepszego przyjaciela, przez Joe'a. Nadal nie mogę w to uwierzyć, że tak wpadli w sidła tego potwora. Na samą myśl o tym, chciało mi się  rzygać, pielęgniarka podbiegła do mnie z podstawką i a z ust wyleciała ciemna ciecz - moja krew. Opadłem bezsilny na łóżko, nawet nie zauważyłem, kiedy przyszedł doktor. 
- Jak się czujemy? - spytał, co chwile wtykając w nos w najprawdopodobniej w moje papiery.
Pokiwałem niepewnie głową. 
- Miałeś dużo szczęścia... - pokręcił głową. - Gdyby nie ta dziewczyna... to byś umarł na miejscu. 
Diana, ta dziewczyna to ona. To ona mnie kochała mimo, że traktowałem jak popychadło, to ona mnie wspierała, nawet wtedy kiedy po między nami było nie najlepiej - tyle jej zawdzięczam. Wyrządziłem jej wiele krzywd i nic nie dałem jej w zamian, ale wiem, że będę musiał się jej odwdzięczyć.
- Dziękuję... - urwałem zamyślony.
- Idę oznajmić to twoim przyjaciołom. - odparł, klepiąc mnie po plecach.
Nie dało się ich nie słyszeć.
- Diana... wprowadzasz nerwową atmosferę. 
- Juda prawie nie zabili, a ja mam być....
Tak, to zdecydowanie ta charakterystyczna dwójka, zamknąłem na chwilę oczy i usłyszałem skrzypienie drzwi. W nich pojawiła się Celia, która była wyjątkowo spokojna co mnie trochę zdziwiło. W sumie miałem powoli dosyć jej niepotrzebnych jęków o byle co więc... lepiej dla mnie - chyba, że to tylko pozory.
- Co tam? - spytałem, rozkładając na całym łóżku.
- Jude. - złapała mnie za rękę. - Nie prowokuj.
Uśmiechnąłem się do niej.
- Strasznie cię wystraszyłem? - spytałem, patrząc na nią uważnie.
- Taa-ak... - urwała nie pewnie. -  Ale musisz coś wiedzieć.... - Diana, Celia jeszcze nie wyszła.... - krzyczał Eric. - Pohamuj się, cholera!
I nim się zorientowałem do sali wpadła panna Evans, wyglądała na roztrzepaną i bardzo zmęczoną całą tą sytuacją.- Wiesz co? - odrzekła, schodząc z krzesła. - Może on sam ci powie.
- Celia!  - nawet mnie nie usłyszała. - Poczekaj! Kto?
Tymczasem nasze oczy się zbiegły, poczułem, że moje serce zaczyna przyśpieszać w dobrym tego słowa znaczeniu. Podeszła do mnie powoli i chwyciła mnie za rękę, ścisnąłem ją lekko żeby dodać jej otuchy. 
- Czy ty czasami zastanawiałaś się... dlaczego pomagasz takiemu gnojkowi jak ja? - spytałem, patrząc jej prosto w oczy.
- Przerabialiśmy to, kolego. - sapnęła, puszczając moją rękę. 
- Ale... ja ci wyrządziłem piekło na ziemi...
- Jestem pełna empatii, sam wiesz... dlaczego, za wszelką cenę chciałam być ratowniczką. - urwała, gładząc moją twarz. - Nie mogłabym przejść obok osoby, która potrzebującej pomocy... a zwłaszcza koło tej, która zostałaby postrzelona, a z jej brzucha sączyłaby się krew jak strumień.
- Wiesz, że jestem ci do końca wdzięczny? 
- Nie. - przerwała mi. - Teraz liczysz się ty, okej? Nagrodą jest dla mnie to, że żyjesz. 
- Krew wychodzi ze mnie hektolitrami. - odparłem, śmiejąc się pod nosem. 
Uśmiechnęła się, zamarzyłem się patrząc na nią - zapomniałem już jaki ten uśmiech jest cudowny.
- Normalnie jak z wieloryba... - zaśmieliśmy się razem. -Celia, chciała ci coś powiedzieć, a ja... się tak wbiłam tu i wam chamsko przerwałam. 
- To nie ucieknie.. - urwałem, mrugając do niej.
- Ale... głupio mi. - odparła, drapiąc się po głowie. - A co jeśli to coś ważnego?
- Spokojnie... jeszcze się dowiem o co jej chodziło. 
- Dobra, na mnie już pora. - odparła, całując moje czoło.

* Bobby's POV *




Ja nie wiedziałem... - wydukał Eric. 
- Może wiem dlaczego... - przetarłem twarz. - Ojciec chleje, matce grożą opieką społeczną i jeszcze napatoczył się ten cholerny Jude. I przez to wszystko muszę pracować i nawet nie mam jak się po dupie podrapać. Mimo tego dla was zawsze jestem dzieckiem. 
- Bobby... 
- Tak, tak mówcie sobie. - machnąłem na niego ręką. - Przez ten czas, byłem sfrustrowany i szczerze... miałem w dupie wszystkie przysięgi. Chciałem sobie zapalić by się uspokoić i choć na chwilę uwolnić od stresu. To sobie i teraz zapaliłem, by choć na moment wyłączyć się z tego świata. A teraz sprowadzacie mnie na ziemię. Pozwalacie mi wierzyć jakim jestem łajdakiem, łamaczem serc, bandytą, świnią i egoistą.
Jak to jest? Obnażyć się ze wszystkich ciężarów tego świata, swojemu najlepszemu kumplowi? Nie wiem... wydaje mi się, że to uczucie, to mieszanka wstydu, zdziwienia i smutku. Przytuliłem do siebie Celię, nie opierała się, co dziwne bo przed chwilą warczeliśmy na siebie jak wściekłe psy. 
- Celia... przepraszam cię... - jęknąłem, gładząc ją po twarzy.
- Nie.. to ja przepraszam... - urwała, łapiąc mnie za rękę. - Ja nie wiedziałam, że aż tyle bierzesz na swoje ramiona.
- Kochanie... mimo tego, zachowywałem się jak świnia wobec najlepszego co mnie w życiu spotkało... - ucałował mój nosek. - ... Ciebie.  
Eric nie spuszczał ze mnie wzroku, tymczasem my czekaliśmy. Nie mogę się doczekać jak go zobaczyć, nagle zobaczyłem w drzwiach Dan. Gula podeszła mi do gardła, a dziewczyna tylko poklepała mnie po plecach. Gdy wszedłem do sali pełnych chorych ludzi,  zobaczyłem bladego jak ściana bruneta, który siedział na łóżku i patrzył się na mnie znaczącym wzrokiem. Wypuściłem ciężki pokład powietrza z ust. 
- Nie.zadawaj.pytania.jak.jest. - wyszeptał, słabnąc.
Szybko do niego podbiegłem.
- O matko... pomo-
- Ey... to tylko żarcik. - zaśmiał się pod nosem. - Na rozładowanie atmosfery.
Okazało, że ten ciul, zrobił mnie w konia, zaczął się śmiać na cały regulator. 
- H a h a. - odparłem, dźgając go w bok. - Wystarczy, że napiąłeś ją tym Romeo. 
- Aua-aa, ależ ciężki pocisk! - jęknął, nadal się śmiejąc.
- Bo zaraz się poplujesz krwią. - odrzekłem.
Teraz popatrzył się na mnie poważnym wzrokiem. 
- Co? - spojrzałem na niego zdezorientowany.
- Ukrywasz coś, Bobby? - skąd.oni.to.wiedzą?!
Odwróciłem od niego wzrok. 
- W skrócie... - klasnąłem w dłonie. - mam depresje. Wiesz... z moją rodziną jest krucho, dlatego.. musiałem iść do pracy. Przez to jestem zdenerwowany i jeszcze ty się napatoczyłeś... 
- Ojć, przepraszam... mogłem wybrać inną chwilę. - odpowiedział sarkastycznie. 
- Jak tu trafiłeś? - usiadłem na jego łóżku. - Słyszałem, że King... 
- Tak, dobrze słyszałeś. - odparł, wzdychając i pokazując zabandażowany brzuch.
- O kurka... - powoli dotknąłem białego bandaża, który trochę przemakał.
- Ale to nie wszystko. - zasłonił brzuch kołdrą. - Mamy z nimi grać mecz.
- Co? - wstałem nagle. - Czy to są żarty.
- David do mnie dzwonił wczoraj i wcale z tym nie żartował. 
- Cholera.. nie wytrzymam z tym wszystkim!
Słysząc ten huk od razu przyszły pielęgniarki.
- Co się dzieje? - spytały wszystkie na raz przestraszone.
- Przepraszam za kolegę... - spojrzał na mnie znacząco. - Trochę go poniosło...
- To się nie powtórzy. - odparłem, mrugając do nich. - Wracając... mogłeś mi powiedzieć.
- Byłeś trudny do złapania! - rzucił z wyrzutem - Sam powiedziałeś, że byłeś zapracowany....  
- To nie wytłumaczenie! - sapnąłem. - Wiesz, że piłka jest u mnie na pierwszym miejscu.... 
- Bobby.. spokojnie.
- Ach, zwariować można! - machnąłem na niego ręką. 
- Dlatego poszedłem z tym do Marka... - urwał niepewnie.
- O nie... zaraz oboje będziecie się z tego tłumaczyć. - zagroziłem mu palcem. - Wołam Evansa.
Wyszedłem rozwścieczony, złapałem Marka za koszulkę i zaciągnąłem do sali.

* Mark's POV *




- Cholera.. nie wytrzymam z tym wszystkim!
Słysząc ten huk od razu przyszły pielęgniarki.
- Co się dzieje? - spytały wszystkie na raz przestraszone.
- Przepraszam za kolegę... - spojrzał na mnie znacząco. - Trochę go poniosło...
- To się nie powtórzy. - odparłem, mrugając do nich. - Wracając... mogłeś mi powiedzieć.
- Byłeś trudny do złapania! - rzucił z wyrzutem - Sam powiedziałeś, że byłeś zapracowany....  
- To nie wytłumaczenie! - sapnąłem. - Wiesz, że piłka jest u mnie na pierwszym miejscu.... 
- Bobby.. spokojnie.
- Ach, zwariować można! - machnąłem na niego ręką. - Dlatego poszedłem z tym do Marka... - urwał niepewnie. 
- O nie... zaraz oboje będziecie się z tego tłumaczyć. - zagroziłem mu palcem. - Wołam Evansa.
Ups, Bobby drze ryja... to zły znak. Albo powiedział Jude mu o Joe albo o meczu, obstawiam, że to drugie. Eric powiedział mi w jakim stanie znajduje się Bobby i jedno mogę powiedzieć, chłopak może być nieobliczalny w swoich działaniach.
- Eyyy... Przygotuj się na torpedę. - odrzekł ostrzegawczo Blaze.
Wtem ujrzałem rozwścieczonego Shearera, który zaczął mnie targać za ciuchy. Wchodząc do sali zdążyłem zobaczyć tylko Sharpa, który przestraszony zasłania oczy.
- Co jeszcze macie do ukrycia Kapitanciu? - poklepał mnie po ramieniu.
- Ja? - udawałem idiotę. - W sumie... to nic.
- Are you sure? - spytał z tym swoim amerykańskim akcentem.
- Bobby, miałem ci o tym powiedzieć. - sapnąłem. - Ale.. to wszystko tak szybko zaszło... widzisz co się teraz dzieje.
- Nie obracaj kota ogonem...
- Nie zachowuj się jak dziecko. - sapnąłem, patrząc na niego poważnie. - Skoro wydoroślałeś to nie dąsaj się o takie coś.
Na moje słowa chłopak się speszył - dowaliłem mu, ale należało mu się. 
- Jedno jest pewne... - pokiwałem głową.Trzeba to wygrać.
- Sherlock! - klasnął w dłonie. - Tylko zacznijmy od tego, że ci gracze będą pod wypływem dragów. 
- Słucham? - spojrzał na nas obu rozwścieczony. - Oni są....
- A no i to... - urwałem, drapiąc się po głowię.
- Skąd wiecie? - odparł, patrząc na nas uważnie.
- Uspokój się. - powiedziałem, łapiąc go za rękę. - Diana i Axel prowadzą tą sprawę!
- Nie mogę, Evans. - urwał, a jego oczy zaczęły się szklić. To moi przyjaciele do cholery! 
- Rozumiem... ale..
- Trzeba ich powstrzymać. - wymamrotał Bobby.
- Bobby, nie mogę ci tego obiecać. - jęknąłem. - Football rządzi się swoimi prawami ii-i..
- Mam to aktualnie w dupie, wiesz? - odparł obojętnie. 
- Nie krzyczcie.. pp-roszę. - wydukał Jude, który zaczął blednąć.
- Nie daj się nabrać, ten ciućmok pewnie znowu udaje! - sapnął, wkładając ręce do kieszeni. 
- Debilu, spójrz! - palnąłem go w głowę. - On nie oddycha! Wołaj pielęgniarki!

poniedziałek, 31 października 2016

Rozdział:48

 Odwróciłam  wzrok i wtedy w moich uszach rozbrzmiał ostry dźwięk - strzał. A ja zamarłam, przede mną mignął Joe, który przerażony uciekał z miejsca swojej zbrodni. Bez zastanowienia podążyłam do Jude'a, a moim oczom ukazał się horror. Brunet leżał na ziemi, jego klatka piersiowa ledwo się unosiła, a wokół było pełno krwi. Podeszłam do niego bliżej, kucnęłam - tak jak myślałam, pocisk trafił w brzuch. Cała we łzach próbowałam zahamować krwotok, dlatego zdjęłam swoją bluzę i przyłożyłam do jego brzucha. 
- Dianka nie chce umierać! - wrzasnął, łapiąc mnie za rękę. 
- Cicho... 
- Gdzie jest Joe? - wymamrotał, a jego oczy powoli się zamykały. - Nie znikaj Dan....
- Jude... za wszelką cenę nie zasypiaj i nie zamykaj oczu! - klepnęłam go w niemalże siną twarz, a chłopak ledwo otworzył powieki.
- Nie wiem czy dam radę... - uśmiechnął się blado, po czym zaczął kaszleć. - ...ale spróbuję.
- Dzwonię po pogotowie... trzymaj się. - złapałam go mocno za rękę. - Jestem tutaj przy tobie i zawsze będę. "


* Diana's POV *



Nie miałam najmniejszego zamiaru, patrzeć jak Jude umiera na moich kolanach. Rozpięłam jego koszulę, na sam widok rany postrzałowej miałam ochotę jęknąć ze strachu - ale nie mogła. w końcu musiałam się opamiętać - pracowałam jako praktykantka w amerykańskim szpitalu. Widziałam gorsze rzeczy, które powodowały u mnie właśnie taki stan, ale teraz jest inaczej. Tam byli nieznani mi ludzie, a tutaj jest mój były chłopak. Chłopak, który w moich oczach wydawał się potworem. Czy coś się zmieniło? Gdybym z nim wtedy szczerze nie pogadała... to pewnie nadal bym mu życzyła śmierci i najpewniej pozwoliłabym mu tutaj dawno umrzeć. Ale mimo całej nienawiści i niechęci do niego, nie mogę trzymać tego uczucia przy sobie, tymczasem ja zaczęłam go reanimować. W moich oczach co chwilę pojawiały się ogromne krople łez. Byłam kompletnie załamana, gdyż czas wyjątkowo szybko uciekał, a pogotowia nadal nie było widać. W pewnym momencie nawet straciłam nadzieję, na to, że go uratuje.... Wtem usłyszałam wycie karetki, ratownicy szybko mignęli przed oczami - to wszystko działo się szybko, mężczyźni powoli położyli na go na łóżku i wpakowali do wyjącego pojazdu
- Halo, wszystko okej? - spytał jeden z nich, kucając przy mnie.
Pokiwałam przecząco głową. 
- Nawet pan sobie nie wyobraża... - sapnęłam, patrząc na krew na moich rękach.
Nie wiedziałam teraz nic - ak mam na imię, ile mam lat i co się stało, jakby kompletna amnezja nawiedziła mój mózg.
- Zabieramy ją. Damy jej coś na uspokojenie. Wtedy na pewno nam wszystko powie. - burknął ten drugi, biorąc mnie za rękę.
Było ciemno na dworze, a gdzie nie gdzie migały słabe strumienie światła ulicznych latarni. Tymczasem ja siedziałam w karetce i miałam wrażenie jakbym umarła w środku i była jakimś duchem, który wszystko obserwuje z góry. Spojrzałam na niego, leżał nieruchomo, był blady jak ściana, a jego oczy były podkrążone - to był jakiś koszmar. Nim się obejrzałam byliśmy na miejscu. Oczywiście, nie zabrakło tu policji i tego całego detektywa. Jeszcze będą chcieli ode mnie zeznania, nie mam ochoty na tą całą dziecinadę. Co policja może? Niby złapali Darka, ale najwidoczniej nie strzegli go na tyle dobrze jak uciekł i zdążył zaćpać całą Akademię, a na dodatek rykoszetem jego chorych wizji oberwał Jude. Weszłam do budynku, usiadłam na krześle i głośno westchnęłam, nim się obejrzałam w drzwiach nagle zobaczyłam Axel'a. Był roztrzepany i szukał mnie wzrokiem po sali, bez zastanowienia podbiegłam do niego i wtuliłam się w jego tors.
- Diana... - powiedział niepewnie, odrywając mnie od siebie. 
- Nie mogę... - spojrzałam na niego, a łzy leciały z moich oczu.
- Przepraszam, ale muszę wiedzieć... - złapał mnie za twarz i otarł łzy. - Co się dzieje?
- Zgodnie z planem śledziłam King'a i wszystko gładko szło. - zacisnęłam pięści. - Do momentu w którym skręcił w jakąś ciemną, nieznaną mi uliczkę. Usłyszałam, że z kimś rozmawia.... więc podeszłam bliżej. To był Jude... Wychyliłam się na chwilę i tylko ujrzałam, jak Joe mierzy do niego z pistoletu. Zamarłam..... ii..... on strzelił, a potem.... uciekł....
- Matko..  - jęknął, głaszcząc mnie po głowie. 
- Mogłam temu zapobiec! - wrzasnęłam, waląc go w tors.
- Tylko nie możesz się za to obwiniać. - odparł, przecierając twarz. - Gdybyś chciała zgrywać herosa, za pewnie też byś oberwała... Nie przeżyłbym twojej straty...
Spojrzałam na niego i powoli pokiwałam głową, wiedziałam, że w środku wrze od gniewu, ale dla mnie tłamsi go i stara się choć zrozumieć moje emocje i czyny. Nikt nie mógłby tego dla mnie zrobić - tylko on.
- Okej... - spojrzałam na niego znacząco - A tobie... jak poszło?

* Axel's POV *




- Rozdzielmy się. - palnęła, obracając się aby nie stracić celu z oczu.
- To ryzykowne...  
- To nasza jedyna szansa by cokolwiek się dowiedzieć... Zaufaj mi.
- Niech ci będzie. - 
Szybko zaczęła realizować swój plan i zaczęła podążać za Kingiem. Tymczasem ja konsekwentnie kierowałem się za Samford'em. Jednak zamiast się skupić na tym, żeby nie zostać złapanym - myślami byłem przy Dianie. Jest strasznie narwana, nie wiadomo co może jej do głowy przyjść i jak to się może skończyć.... Jednak otrząsnąłem się i szedłem dalej. Według mnie chłopak zmierzał do domu, nagle usłyszałem dzwonek telefonu, przestraszyłem się. Co jeśli to mój? Szybko przemacałem wszystkie wszystkie kieszonki, gdy się upewnić. Na szczęście okazało się, że to był jego telefon, a ja mogłem odetchnąć z ulgą.
- Halo?
- Tak, tak.
- Tam gdzie zawsze? Ale... na co? po co?
- Co? Co zrobił? Halo?! Nie rozłączaj się czerwiu..
Widocznie ta rozmowa na tyle nim wstrząsnęła, że postanowił zmienić swój dotychczasowy kierunek i zaczął biec w nieznanym mi kierunku. Teraz na pewno nie mogę spuścić go z oka, nawet chociażby na moment. Poczułem wibracje telefonu, ukradkiem spojrzałem na ekran, Tata - walić to, potem mu odpiszę. No jasne, że będzie zły, no ale trudno - na tą chwilę mam ważniejsze priorytety. Tak się zamyśliłem, że nawet nie zauważyłem jak David przystanął. Z kim mógł się spotkać koło naszego boiska? To podejrzane, bardzo podejrzane. Coraz bardziej moje przypuszczenia się potwierdzają co do ich udziału. No ale... muszę mięć na to niezbite dowody. Zeznania dla dzisiejszej policji są mało pomocne w oparciu o słowne dowody - które, najczęściej są bezużyteczne. W świetle pobliskiej latarni zobaczyłem tego gnoja -Caleba, który wyglądał również na wściekłego. Wtem przybiegł King.... A wtedy zapaliła mi się w głowie czerwona lampka - Gdzie do cholery jest Diana? Zacząłem się bać, gdyż to już nie są żarty.  
- Ty idioto. - syknął w stronę Joe'go. - Nic nie można powierzyć w twoje brudne łapy...
Czyżby twój mistyczny plan kolego zrównania naszego clubiku, poszedł na marne? Ćpuni są nierozważni i to się nie zmieni. Nie wiem czy liczyłeś na łut szczęścia czy coś, kolego?Ale najwidoczniej nadzieja była złudna.
- Miałeś go nastraszyć, co w tym trudnego? - urwał David, obracając się wokoło.
O  nie... Mayday, Mayday! Mamy problem! Znaczy się... ja - mam problem. Wdech, wydech.
- Jude, nas zostawił i nie mogłem się pohamować widząc w jakim szczęściu się kąpie...
- Pogódź się z tym, że ludzie są egoistami. - podszedł do niego Stonewall, popchnął go lekko. - Każdy... Nawet twoi rodzice.
- A co ty wiesz. - warknął w jego stronę, pchając go. - Wal się.
Usłyszałem sygnał podobny do karetki. W moich myślach zaczęły się pojawiać złe myśli, sam sygnał przyprawiał mnie o ciarki stachu Nie... to nie może być..... Szybko ruszyłem za dźwiękiem. To największy maraton w moim życiu, a wygraną jest Diana, która jest cała i zdrowa. Boje się, tak strasznie się boje. Gdy ujrzałem budynek szpitala poczułem się w połowie zwycięzcą. Wbiegłem do środka i szukałem jej wzrokiem, aż znalazłem. Siedziała na krześle skulona, ale najważniejsze jest to, że nic jej nie jest. O matko, jak dobrze... Tak mi naderwała psychikę... Szybko do mnie podbiegła i się we mnie wtuliła i momentalnie zaczęła ryczeć - nienawidzę tego.
Diana... - spojrzałem na nią, była załamana
Po jej twarzy widać było, że mocno to wszystko przeżyła. 

- Nie mogę... - spojrzała na mnie smutno, bo wiedziała, że będzie musiała mi powiedzieć co się tam stało.
- Przepraszam, ale muszę wiedzieć...  Co się dzieje?
Westchnęła głęboko.
- Zgodnie z planem śledziłam King'a i wszystko gładko szło. - zacisnęłam pięści. - Do momentu w którym skręcił w jakąś ciemną, nieznaną mi uliczkę. Usłyszałam, że z kimś rozmawia.... więc podeszłam bliżej. To był Jude... Wychyliłam się na chwilę i tylko ujrzałam, jak Joe mierzy do niego z pistoletu. Zamarłam..... ii..... on strzelił, a potem.... uciekł....
To musiało ją dużo kosztować. Tym bardziej że to osoba, która wcześniej była jej tak bardzo bliska. W tych oczach można było zobaczyć teraz mieszankę strachu połączonego z histerią. Wiem, że silna dziewczyna i sobie z tym poradzi, ale na pewno nie w tej chwili. W końcu ta dziewczyna potrafiła powstać nawet z wielkiego gówna. Czy już wspominałem, że Diana zawsze myśli o innych, nie osobie, dlatego tak łatwo szło jej omijanie wielkiej tabliczki z napisem ŚMIERĆ, która wisiała nad jej głową. Ale wiadomo, że czasami ma chwile słabości i to właśnie była jedna z nich. Ale kto ich nie ma? Przecież, człowiek to pogmatwane stworzenie, czyż nie?
Matko..  - jęknąłem, głaszcząc ją po głowie. 
- Mogłam temu zapobiec! - wrzasnęła nagle waląc pięściami w mój tors.
- Tylko nie możesz się za to obwiniać. - odparłem, przecierając twarz. - Gdybyś chciała zgrywać herosa, za pewnie też byś oberwała... Nie przeżyłbym twojej straty...
Sam się zdziwiłem się swoim słowom, gdyż miałem ochotę dać wielki wykład przepełniony gniewu, strachu i morału. Jednak to nie był odpowiedni czas i godzina, wiedziałem jedno - ona potrzebuje mnie, mojego wsparcia, mojej miłości, właśnie teraz.
- Okej... - zwinnie przerzuciła inny temat, byle by nie myśleć o Judzie. - A tobie... jak poszło? 
- W porządku... - spojrzała na mnie znacząco.
- Powiedz coś bo zwariuje...
- Wiem nie wiele... David spotkał się Calebem i Joe. - zagryzłem wnętrze policzka. - Wtedy zaczęli mówić o jakiś spapranych sprawach.... i dowiedziałem się o Judzie...
- I co o tym myślisz? - nadal zasypywała mnie pytaniami.
- Coraz bardziej jestem, że nasza szkoła samoistnie się nie spaliła... - pokręciłem głową. - Akademia miała w tym swój udział.
- Czyli głównym podejrzanym jest Ray Dark. - spojrzałem na jej zmęczoną twarz. - Tak?
- Prawdopodobnie. - złapałem ją za rękę. - Nie jestem tego pewien...
- A kiedy będziesz? - przerwała mi.
- Trudno powiedzieć... nie można być pewnym. - odparłem, uśmiechając się w jej stronę. - Ale jestem pewien tego, że jesteś niecierpliwa.
On go odwzajemniła - ta chwila trwała może z dwie sekundy, a potem znowu na naszych twarzach zagościł smutek. Objąłem ją, ucałowałem w czoło, a ona wtuliła się w mój tors i zamknęła oczy. Oczywiście, jak wiecie chwile są ulotne - tak samo i ta była, ponieważ tą romantyczną scenę przerwał nam rozdrażniony Evans.

* Mark's POV *



To co się dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie. Myślałem, że wszystkie problemy nas opuściły wraz z zwycięstwem w Strefie Football'u. Jednak jak to mówią - życie nie jest usłane różami lecz kolcami. Właśnie czytałem kolejne wydanie mojej ulubionej gazety piłkarskiej, wtem do mojego pokoju wpadł zdyszany Sharp. 
- Jude? - spytał, leżąc na łóżku. - Co ty tu...
Wyglądał na zdenerwowanego, zaczął bawić się włosami, a na jego w twarzy widniał lęk.
- Właśnie...
- Stary, mów. - popatrzyłem mu w oczy.

- Pamiętasz, jak ci mówiłem... o tym, że Dark pierze mózgi moim przyjaciołom? - pokiwałem niepewnie głową. - Właśnie dzwonił do mnie David.
Momentalnie wszystkie złe momenty związane z tym człowiekiem, powróciły do mnie ze zdwojoną siłą. Ale wiedziałem jedno, że jeśli teraz okaże słabość, to jego bardzo krucha psychika złamie się na pół i to na zawsze.
- Co powiedział? - spojrzałem na niego znacząco i powoli usiadłem obok niego, gdyż miałem przeczucie, że niosą się za to problemy
- Brzmiał bardzo dziwnie. - sapnąłem. - Kazał stawić się w Akademii, na mecz... mam przyjść wraz z Inazumą. 
Spojrzałem na niego zdezorientowany jego słowami. Ale wiedziałem, że coś jeszcze trapi jego duszę, dlatego patrzyłem na niego do momentu, w którym wyjawia prawdziwy powód swojego lęku.

- Rozumiem.. ale powiedz, czemu w twoim głosie słyszę jakbyś się obwiniał za to wszystko?
- Nie obwiniam się, okej?! - wrzasnął. 
- Ech... 
- Przepraszam.... - urwał, przecierając twarz. - Ale... taka jest prawda. Gdybym ich nie zostawił i nie ruszył dalej ze swoim życiem... gdybym ciebie nie spotkał.
- Do czego zmierzasz? - złapałem go mocno za ramiona. 
- Myślę, że...
- Człowieku, to nie twoja wina! - nie pozwoliłem mu dokończyć zdania. - Obarczanie siebie winą nie jest rozwiązaniem problemu. 
- Tylko to mi pozostało stary.. - próbował się niezdarnie tłumaczyć.
- Trzeba powiedzieć sobie jasno to wina Darka. - uciąłem. - Wiesz jakim jest człowiekiem, z ludzi robi pacynki w mgnieniu oka. Czy to by coś zmieniło... gdybyś tam został? Wątpię. 
- No co? Czemu ty mi się nie stawiasz? - spytał, uśmiechając się. 
Zaczęliśmy się śmiać, po chwili jego kieszonka zaczęła boruczeć. Dlatego też chłopak sięgnął do niej i złapał do ręki telefon.
- O nie. - sapnął, patrząc na telefon.
Szybko wyrwałem mu go z rąk i przeczytałem wiadomość na wyświetlaczu.
od JOE: Czas zakończyć dawne porachunki. Przyjdź.
- Co mam zrobić? - spytał przerażony łapiąc mnie za ręce.
- Idź tam. 
- Na śmierć? - jęknął.
- Musisz z nim pogadać. - odparłem spokojnie. - Nie uciekniesz przed tym... Ratuj ich, póki nie jest za późno Jude.
I nim zdążyłem zakończyć swój monolog, chłopak wystrzelił jak kamień z procy i wyszedł z pokoju. Czułem, że coś może się przydarzyć coś złego, ale mój optymista w głowie olał to. Nie minęła niespełna godzina, a ja srałem ze starchu w gacie za niego. Usłyszałem, że z mojego telefonu wydobywa się dobrze znany mi dzwonek. Ktoś dzwoni, to Celia. Przełknąłem wielką gulę mieszczącą się w moim gardle.
- Halo?
- Mark.
- Co się stało...
- Ja nn-nie mogę
- Uspokój się!
- Nie krzycz na mnie! Wystarczy, że już Bobby się wyżył. Nie dla każdego jestem workiem treningowym.
- Przepraszam... 
- Jude jest w ciężkim stanie... w szpitalu.
- Jee-edd-dziecie do niego?
- Tak, tata odpala samochód.
- Okej, spotkamy się na miejscu. - sapnąłem, rozłączając się czym prędzej.
Szybko zleciałem z łóżka na twarz, otrzepałem się i skierowałem swoje kroki do łazienki. Nieziemsko śmierdziałem, więc pomyślałem, że szybki prysznic mi nie zaszkodzi. Gdy już byłem czyściutki, w pośpiechu suszyłem włosy. Na szybko ubrałem czarne spodnie i kraciastą koszulę, założyłem na głowę czapkę, ponieważ moje włosy były jeszcze lekko wilgotne. Ale teraz najmniej się to liczyło - najważniejsze, żeby on przeżył. W szpitalach nie bywałem często, ale odkąd jest Diana, Nathan próbował się zabić, Axel utracił dużo krwi to ten budynek był moją codziennością. Wyszedłem z pokoju i chwyciłem kurtkę.
- Gdzie? - spytała mama, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Do Jude'a... miał mały wypadek. - urwałem, wiążąc sznurówki czarnych, długich conversów.
Nie mam przed nią tajemnic. Ufam jej, a ona mi - jednak, czasami połowę "brzydkiej" prawdy wolę zachować dla siebie.
- Mark! - krzyknęła za mną. - Wróć szybko, proszę!
- Postaram się... Ale nie obiecuję! - odkrzyknąłem jej, zamykając furtkę.
Zacząłem biec w kierunku miejsca gdzie mieści się szpital. Mijałem centrum oraz nasze dawne (już spalone) gimnazjum, aż w końcu dotarłem. Wpadłem jak oszalały do recepcji, pierwsi w oczy rzucili mi się Axel i Diana. Od razu zauważyłem, że zachowywali się dziwnie - Diana była rozdarta i spochmurniała, a Axel był zamyślony i smutny. Czyżby maczali w tym palce? Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Axel szepnął coś do brunetki i podszedł w moją stronę, skierowaliśmy się do pobliskiego automatu. Blondyn wrzucił jakieś grosiki i z automatu wyleciała czysta, niegazowana woda.
- Co się dzieje? - zażądałem odpowiedzi, patrząc na niego poważnym wzrokiem.
- Mam ci powiedzieć prawdę, czy zapodać jakieś dobre kłamstewko?
- Blaze, nie teraz... - odburknąłem.
- Niech będzie. - wziął łyk wody. - My... to znaczy ja postanowiłem zbadać tą sprawę podpalenia. Pierwszym podejrzanym stał się Dark. 
- No tak...
- Powiedz szczerze... kto jak nie on, pasuje do podpalenia szkoły w którym gra club, który zniszczył jego bandę ćpunków? 
- Nie zagłębiajmy się w szczegóły... co tutaj robi ona? - wskazałem na brunetkę.
- A no tak... - podrapał się po głowie. - Diana poszła ze mną...
- Ja mówiłem, żebyś jej dał trochę luzu. - odparłem zbulwersowany. -  Ale to przesada!
- Mark! - warknął. - Cholera, nie wcinaj się! Na czym to... A tak! Udaliśmy się pod szkołę. Oczywiście ten budynek był strzeżony jakby był tam jakiś sejf z milionem dolarów. Na szczęście, wykurzyliśmy ochroniarzy i dostaliśmy się do środka...
- Nie zauważyli was? - widocznie nie doceniałem jego zdolności.
- Nie. - uciął szybko. - Kiedy już tam byliśmy, podsłuchaliśmy rozmowę Darka z ich... dilerem? 
- Czyli to co Jude mówił... to prawda. - zacząłem łączyć kropki.
- Chyba to jest najtrafniejsze określenie. - nie zważał na moje słowa. - Ray szantażował go, gdyż chciał kolejne dawki dla drużyny. I jak to zawsze szantaż się udał. Wtedy na horyzoncie pojawili się Joe i David i postanowiliśmy ich śledzić, rozdzieliśmy się... - urwał niepewnie, drapiąc się po głowie.
- Rozdzieliśmy się? - zacząłem wymachiwać rękami - A ja myślałem, że jesteś rozsądny... 
- A ja myślałem, że twoja siostra nie jest tak uparta jak wygląda. - sapnął poirytowany.
- Jak to się stało, że wszyscy jesteśmy tutaj? -  zadałem najważniejsze pytanie, które miało ujawnić prawdę o tym co się wydarzyło.
- W wielkim skrócie. - klasnął w dłonie. - King postrzelił Juda.... dodam fakt, że był on pod wpływem prochów. 
- Skoro tak... to dlaczego ona płacze? - spytałem wzburzony, powoli podchodząc do niego. - To twoja sprawka?
Teraz byliśmy twarzą w twarz, nie ma szans na to, żeby mi skłamał.
- Ponieważ nie mogłam nic zrobić! - jęknęła, nadal płacząc.
- Chodź tu. - rozkazałem zdenerwowany.
Dziewczyna zrobiła się momentalnie blada, podchodziła do mnie powoli i ostrożnie jakbym miał ją zaraz uderzyć. Gdy tylko była blisko, przytuliłem się do niej i spojrzałem w jej przekrwione oczy.
- Mama dzisiaj mówiła, żebyś wracała do domu. - zmieniłem zręcznie temat. - Nie sądzisz, że miesiąc u Axel'a, to za dużo?
- Jest mi u niego dobrze... - złapała go za rękę. - Ale skoro mama tak mówi to wrócę. 
- Szanuję twoją decyzję. - blondyn uśmiechnął się w jej stronę. - Powinnaś teraz przebywać z rodziną i na prawdę odpoczywać. Nie należycie się tobą opiekowałem.
- Proszę cię... miała u ciebie jak w raju!  - palnąłem, śmiejąc się w jego stronę.

* Celia's POV *




- DIANA! - krzyknęłam z daleka, widząc jej twarz.
Była zapłakana jak ja. Nie mogę w to uwierzyć... Jak to się stało?
- O matko Celia! - szepnęła, tuląc się do mnie.
Za nami szedł zdenerwowany Bobby.
- Dość tych czułości. - sapnął w naszą stronę.
- Daruj sobie, durniu! - zaczęłam go prowokować, odpychając go od siebie. - Nawet nie wiesz jak teraz właśnie tego potrzebuje.
- Nie będziemy o tym rozmawiać, okej? - uciął szybko. - Jesteśmy w szpitalu, Celia.
- O popatrz ty się....
- PRZESTAŃCIE! - nagle między nami pojawił się Mark.
Spojrzał to na mnie, to na niego jak dobrze, że Mark wyczuł konflikt i zareagował.
- To nie jest odpowiedni moment na to... - odparł. - Jude by ci dawno nogi z dupy powyrywał, za to jak się nad nią tak pastwisz.
Odszedł Mark, a blondyn spojrzał w moją stronę. W jego oczach widziałam ogromny żal. Ale do kogo? Do mnie? Do świata? Wyszedł w stronę wyjścia i ja już wiedziałam w jakim celu. Również wyszłam na zewnątrz i nim zdążyłam przebiec przez drzwi, on już palił papierosa. 
- Przepraszam... Muszę. - sapnął, zaciągając się i wypuszczając ten okropny dym z ust.
- Że to niby niweluje stres, tak? Daj mi. - spojrzał na mnie zdziwiony.
- O nie, nie. - złapał mnie za rękę. - Koleżanko, tobie na pewno nie pozwolę tego palić. 
- Shearer, świnio! - usłyszałam głos podobny do Eric'a.
Nie myliłam się - Amerykanin stał przed nami w czarnej kurtce i z zielonym szalikiem na szyi.
- Może całą rodzinę zaprosisz i razem się powyzywamy? - spytał sarkastycznie.
Jeszcze nigdy go takiego nie widziałam, był uszczypliwy i niemiły jak nigdy. A co gorsza nawet dla mnie.
Czułam się teraz jak idiotka. Co by dało mi, jedno zaciągnięcie się, dymem rakowym? 
- Daruj sobie...  - odparł, biorąc od niego paczkę papierosów. - I tego gówna, też się pozbądź.
Obrócił się i rzucił paczką jak najdalej, po czym dodał.
-  Pocałuj ją. - klasnął w dłonie. - Raz, dwa, trzy!
Blondyn wpił się w moje usta, waliło od niego nikotyną, ale ten pocałunek to było jedno - "PRZEPRASZAM, ŻE JESTEM DUPKIEM. KOCHAM CIĘ. "
- A teraz wracajmy na salę. - objął naszą dwójkę. - Chyba chcecie wiedzieć co się tam dzieje.

* Jude's POV *



" - Odstaw to.  Proszę.. 
- Dlaczego? Trzeba cię usunąć stąd! - krzyczał Joe, a jego ręka drżała. - To przez ciebie! Ten cały koszmar! Opuściłeś nas!  
- To nie tak jak myślisz... "
Cały czas w mojej w głowie krążyły te słowa. Gdzie ja jestem? Nagle jakbym wrócił.
- Dianka nie chce umierać! - wrzasnąłem, łapiąc mnie za rękę. 
- Cicho...
Nagle w moich myślach pojawił się Joe, szybko zamrugałem powiekami. 
- Gdzie jest Joe? - wymamrotałem, czując się coraz bardziej senny. - Nie znikaj Dan....
- Jude... za wszelką cenę nie zasypiaj i nie zamykaj oczu! - poczułem uderzenie i z trudem otworzyłem oczy.
- Nie wiem czy dam radę... ale spróbuję.
- Dzwonię po pogotowie... trzymaj się. - złapała mnie mocno za rękę. - Jestem tutaj przy tobie i zawsze będę. 
Koniec. Ponownie ciemność. Umarłem? NIE. CHCE ŻYĆ! CHCE WRÓCIĆ! Czy moje życie się tak szybko skończyło? Dostałem drugą szansę od życia... i jej w pełnie nie wykorzystałem! No nie. Jestem głupi, że zmarnowałem to wszystko. Drogi losie, ja... chce żyć. PROSZĘ! Uniżam się i proszę już o ostatnią szansę. DAJCIE MI ŻYCIE, ODDAJCIE MNIE. BĘDĘ GRZECZNY I DOZGONNIE WDZIĘCZNY! 
- Siostro, skalpel. - słyszę damski głos. 
CO? CZY TO MI SIĘ ŚNI?
- Dobra, trzeba to opanować. - tym razem odezwał zachrypły głos. - Cholera.. szybko!
Pojawiło się jakieś światło w tej ogromnej czerni. Co to oznacza? Sam nie wiem, ale najprawdopodobniej zaraz się przekonam.

piątek, 14 października 2016

Rozdział:47

"- Odbiło ci kompletnie. - warknął w jego stronę, podchodząc do mnie. 
Wtuliłam się w jego tors, a do moich oczu napłynęły łzy. Powrócił ten potworny strach. On zawsze przy mnie był, ale nie wychodził na zewnątrz, aż do teraz. 
- Stary. - stanął po między mną a Nathanem Max. - Ja rozumiem, że jesteś wściekły, ale Diana nie jest żadnym workiem treningowym . . 
- Ja... poniosło mnie. - odsłoniłam twarz i przetarłam ją ręką. 
- Jest okej. - sapnęłam, poprawiając włosy. - Tylko nigdy tak nie rób. 
Nathan spojrzał na mnie troskliwym wzrokiem, przytulił mnie do siebie
 - Nie ma na co czekać... trzeba znaleźć go jak najszybciej. - odparł Axel, gładząc mnie po ręce i razem podążyliśmy w stronę domu Holly."


* Holly's POV *



Jak to się stało? Dosłownie sama nie wiem. Wcześniej miałam najlepszego ziomka na świecie, potem stał się on moim chłopakiem, a teraz zostałam sama. Stałam się dla niego niczym, w jego oczach maluje się moja twarz jako największe zło świata. I nie winię go za takie myślenie, gdyż to co zrobiłem jest okropne. Jednak nadal myślę, że to nie jest całkowicie moja wina. Zdrada miała swoje podłoże, otóż wynikła z tęsknoty za nim. Niby podczas treningów przychodził do mnie na najdłużej jak tylko mógł, jednak z każdym dniem nasze spotkania trwały coraz krócej, a ja stawałam się coraz bardziej samotna. Spojrzałam na nasze zdjęcia, na widok naszego szczęścia zachciało mi się płakać. Nagle usłyszałam jakieś krzyki, które co dziwne - dochodziły z pod mojego podwórza. Myślałam, że to jak zwykle sąsiedzi się kłócą. Aby się upewnić podeszłam do werandy, a te dziwne dźwięki były coraz głośniejsze. Wyjrzałam przez okno i ujrzałam kompletnie zlanego Grima.
- Holly, dasz mi ciuma tak jak wtedy!? - krzyczał, ledwo stojąc.
Złapałam się za głowę, zdałam sobie sprawę, że los mnie nie oszczędza. Nie wiedziałam co z nim zrobić. Doskonale wiem, dlaczego Steve jest w takim stanie, zapewne Nathan sponiewierał go psychicznie i fizycznie, a chłopak nie wytrzymał i pozostało mu tylko zapić się w trzy dupy. Jedynym moim ratunkiem teraz będzie Diana, która najzwyczajniej zbywała moje telefony. Jednak po chwili usłyszałam jej głos. 
Halo?
- Możesz łaskawie odbierać jak się do ciebie dzwoni? Cholera, puścisz mnie z torbami. 
- Po co do mnie wydzwaniasz? 
- Posłuchaj, nie wiem co mu naopowiadał Nathan, ale teraz Steve koczuje pod moim domem. Drze ryja i budzi moich sąsiadów, zrób coś z tym. 
- Ja? Dlaczego? 
- Proszę cię. Nie chcę wzywać policji. 
- Okej, za chwilę będę. - rozłączyła się. 
A ten skończona idiota nadal darł ryja w niebo-głosy. Próbowałam go ignorować, ale przeraźliwe jęki chłopaka nadal kaleczyły moje uszy. Zeszłam na dół i wciągnęłam go do środka, z trudnem zataszczyłam go na kanapę. 
- Hoo-olly! - jęknął, turlając się po tapczanie. 
Spojrzałam na niego bezsilnie, wyglądał jak małe dziecko, które widzi świat po raz pierwszy. I znów powraca moje poczucie winy - to moja wina, że takie są stany rzeczy. Co ja sobie myślałam? Czy ja kompletnie oszalałam? A może po prostu nie potrafiłam się powstrzymać? Nie mogłam zahamować swojej tęsknoty za chłopakiem, który mnie bardzo kochał? Nie wiem, dosłownie nie wiem jak uzasadnić te moje raptowne decyzje. Usiadłam obok bruneta i czekałam, aż przyjdą.
- Głupia jesteś, wiesz?- spojrzałam na niego z pod byka. - Mogło by być tak pięknie... 
Co najgorsze, miał rację. 
- No wiem. - odchrząknęłam, wstając i podchodząc do okna. 
- Ale nie tylko ty straciłaś wiele... Ja straciłem kumpla, a ty chłopaka. Co za sprawiedliwość! - krzyknął uradowany, po czym szybko zasłonił twarz. - O nie, niedobrze mi. 
Na te słowa szybko pobiegłam po miednice, do łazienki. Jeszcze tego by brakowało, żeby oświnił mi całe mieszkanie - najwidoczniej los tak chciał. W moim domu teraz miałam duże dziecko, które aktualnie rzygało jak kot. 
- Maa-atko. - wydukał, próbując unormować oddech. 
Spojrzałam na okolice mojego osiedla, zauważyłam dużą grupkę - nie myślałam, że zjawią się tak licznie. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam drzwi od razu ujrzałam go, a nasze spojrzenia się skrzyżowały, po czym szybko przestąpił próg domu.
- O NATHANEK! MORDA! - jęknął Grim, łapiąc blondyna za kolana.
Wszyscy ustawiliśmy się w kółku. 
- Co mamy z nim zrobić? - spytałam, patrząc po wszystkich. 
- Mnie się pytasz? - spojrzał na mnie znacząco. - Narobiłaś bałaganu, teraz sprzątać.
- Nathan. - zagniła go Diana, dodając. - Nie możemy tego zostawić w takim stanie. 
- Musimy go jakoś przenocować. - palnął Max, patrząc jak Steve kurczowo trzyma się miedniczki.
- Jak?
- Widziałem, że masz domek na drzewie... 
- No nie ma mowy! - krzyknęłam łapiąc się za głowę. 
- Widzisz lepsze rozwiązanie? - warknął w moją stronę. - Czemu jesteś taka trudna, co? 
- Proszę, proszę... - sapnęłam. - Największą rzeczą, która była trudna to zachowanie normalności w tym związku... zupełnie jaby nas nie było, ciebie nie było!
- Dosyć. - huknął Axel. - Zachowujecie się jak dzieci, wystarczy, że mamy tutaj aktualnie jedno. 
- Domek to najlepsze rozwiązanie... - sapnęła Diana, lekko klepiąc mnie ku pokrzepienia. - ...przykro mi. 
- Ooo, señorita! - mamrotał Steve, kładąc się na kolanach Diany. 
- O matko...  - brunetka wzdrygnęła się na jego widok. - Do czego to doszło...
- Dobre pytanie, Dan. - wstał szybko Nathan. - Może też wspomnisz kto ten związek rozwalił? 
- Który już raz... - odburknęłam.
- Nie pochwalisz się? - klasnął w dłonie. - Każda dziewczyna powinna być jak Holly!
- Przestańcie. - do konwersacji wtargnął Max.
- Nie wtrącaj się! - krzyknęliśmy równocześnie. 
- Może... Carson pomożesz mi z nim? - powiedział Blaze, patrząc na bruneta tym wzrokiem. 
- Mogę z wami? - jęknęła przerażona Diana i nim się zorientowałam, okazało się, że zostaliśmy sam na sam. 
Między nami nastąpiła głucha cisza.

* Nathan's POV *



Tak, tak - najlepiej. Zawsze marzyłem wracać do zamkniętych rozdziałów takich jak te - nie ma to jak wracać do swojej byłej by ratować jej dupsko przed rodzicami. Mam dość tego dnia, tej dziewczyny, uczucia żalu i gniewu -  po prostu tego wszystkiego. 
- Czy musimy tam iść? - jęknąłem, zatrzymując się.
- Daj spokój.. - urwała Diana. - Dobrze wiesz, że ty też jesteś zamieszany.
- Załatwimy to szybko, stary. - uciął Axel, klepiąc mnie po ramieniu. 
- Rozchmurz się! - usłyszałem Max'a.
- Daruj sobie. - burknąłem smętnie. 
Nie minęło dziesięć minut i a my znaleźliśmy się w pobliżu jej osiedla. To było jedyne tak spokojne osiedle w Inazumie, żadnych bijatyk, dresów, pijaków - po prost nic, błogie n i c. Zadzwoniłem zdecydowanie dzwonkiem i czekałem, aż otworzy. Widząc mnie zdziwiona otworzyła drzwi szerzej. Obdarzyliśmy się na sekundę spojrzeniem i wepchałem się do środka. Tam zastałem Grima, który żył we własnym świecie. Brunet widząc mnie, przeczołgał się z kanapy i złapał mnie za kolana.
- O NATHANEK! MORDA! 
Zacząłem się mimowolnie śmiać. Ludzie pijani są na ogół śmieszni, tak? Jasne, jest mi go szkoda - ta myśl nazbierała w moje wnętrze pokład ogromnego poczucia winy. Stanęliśmy w kółku i obserwowaliśmy go jakby był jakimś rzadkim gatunkiem.
- Co mamy z nim zrobić? - spytała patrząc po wszystkich. 
- Mnie się pytasz? - spojrzałem na nią znacząco. - Narobiłaś bałaganu, teraz sprzątać.
- Nathan. - trzasnęła mnie w ramię Diana. - Nie możemy tego zostawić w takim stanie. 
- Musimy go jakoś przenocować. - palnął Max, patrząc jak Steve kurczowo trzyma się miedniczki.
- Jak?
- Widziałem, że masz domek na drzewie... 
- No nie ma mowy! - krzyknęła łapiąc się za głowę. 
- Widzisz lepsze rozwiązanie?  Czemu jesteś taka trudna, co? 
- Proszę, proszę... - sapnęła poirytowana. - Największą rzeczą, która była trudna to zachowanie normalności w tym związku... zupełnie jakby nas nie było, ciebie nie było!
- Dosyć. - huknął Axel, a wszyscy zamilkli. - Zachowujecie się jak dzieci, wystarczy, że mamy tutaj aktualnie jedno. 
- Domek to najlepsze rozwiązanie... - sapnęła Diana, lekko klepiąc ją ku pokrzepieniu. - ...przykro mi. 
- Ooo, señorita! - mamrotał Steve, kładąc się na kolanach Diany. 
- O matko...  - brunetka wzdrygnęła się na jego widok. - Do czego to doszło?
- Dobre pytanie, Dan. - podłapałem jej słowa. - Może też wspomnisz kto ten związek rozwalił? 
- Który już raz... - odburknęła Holly, przewracając oczami.
- Nie pochwalisz się? - klasnąłem w dłonie. - Każda dziewczyna powinna być jak Holly!
- Przestańcie. - do konwersacji wtargnął Max.
- Nie wtrącaj się! - krzyknęliśmy równocześnie. 
- Może... Carson pomożesz mi z nim? - powiedział Blaze, patrząc na bruneta tym wzrokiem. 
- Mogę z wami? 
Nienawidzę kiedy tak robią, nim się obejrzałem już ich nie było w pomieszczeniu. Po co to robią? Przecież wszystko z nią sobie wyjaśniłem i nie chcę poruszać tego tematu jeszcze raz. Tymczasem patrzyliśmy sobie prosto w oczy, a po między nami panowała głucha cisza. 
- Milczysz? - sapnęła, krzyżując ręce na piersi. - Miałeś mi przed chwilą tyle do powiedzenia. 
- Wolę cię nie ranić wyzwiskami, które aktualnie mi się kłębią w głowie. 
- O jaki kochaniutki. - westchnąłem głęboko i usiadłem na kanapie.
- Jeśli zamierzasz się ze mną bawić to lepiej nie ciągnąć tej rozmowy. - skwitowałem ją, wyciągając telefon. 
- Doprawdy? - jęknęła. - Porozmawiaj ze mną choć raz szczerze.
Podszedłem do niej.
- Szczerze? Z Tobą? - sapnąłem, przybliżając się do niej. - Wyczerpaliśmy temat, nie pamiętasz
- Może ja zadam ci pytanie. - pchnęła mnie na kanapę. - Gdzie byłeś, kiedy cię potrzebowałam? A no tak, na boisku. Kiedy chciałam się przytulić to została mi tylko poduszka. 
- Powiedz mi coś czego nie wiem, Holly.
- Wtedy ze Steve'em... to była chwila słabości. - zagryzła dolną wargę. - Zrozum, że tęskniłam za Tobą. 
- Chcesz powiedzieć... że miałaś zamiar postawić ultimatum? - spytałem zszokowany.
- A co byś wybrał? 
Jest w tym ziarnko prawdy - niestety. Podczas turnieju owszem, spędzałem z nią czas, ale zbyt krótko. Za to więcej ganiałem po boisku. Ale to nie zmienia faktu, że mogła mi powiedzieć o tym w każdej chwili. I uwierzcie mi, nie odprawiłbym ją z kwitkiem w tej sprawie. Ultimatum tu nic by nie poradziło, za pewne przez to nasz związek by się skończył. Ale nie gdybajmy, stwierdźmy fakty - to ona mnie zdradziła i kłamała w żywe oczy. Moje zaufanie zostało  naderwane na tyle, że nic nie jest w stanie je odbudować. 
- Gdybyś mnie na prawdę kochała... nie stawiałabyś mnie w tej sytuacji. - spojrzała na mnie zaskoczona.
Podszedłem do okna zobaczyłem, że wracają - wtedy dziękowałem Bogu, że nie muszę ciągnąć tej ciężkiej gadki.
- Dziękuję. - urwała, uśmiechając się w naszą stronę.
A my udaliśmy się w drogę powrotną. 
- I jak? - wyrwał się Max.
- Wszystko sobie wyjaśniliśmy... - odparłem, zakładając ręce za głowę. - Nic nowego nie wleciało do woreczka.
- Jak się czujesz? - zagadnęła Diana, łapiąc mnie za ramię.
- Teraz wiem, że dobrze zrobiłem. - poklepałem ją po ręce. - Czas zamknąć ten rozdział na zawsze.

* Jude's POV *



Właśnie czytałem książkę "Dary Aniołów" kiedy zadzwonił mój telefon. Chwyciłem go i się przeraziłem. Zobaczyłem na wyświetlaczu imię David. Na samą myśl o tym, co się z nimi dzieje - zdrętwiałem. Po chwili niepewnie nacisnąłem zieloną słuchawkę.
- Halo?
- Sharp. Jude.
- David? Co się dzieje?
- Mamy meczyk paa-anie... 
- Jak to?
- A tak to... dziś. Nie bądź mięczak i przyjdź. 
- Czekaj, co? 
- A najlepiej weź z Inazumą... Resztę informacji, dostaniesz jutro. - i nim zdążyłem zareagować, rozłączył się. 
Złapałem się za głowę. Dobrze wiedziałem w jakim stanie odurzenia są moim przyjaciele, oznaczało to, że nie może się ten mecz odbyć. Targały mną ogromne wyrzuty sumienia, gdyż ja do tego doprowadziłem. Sam żyłem swoimi problemami i tak po prostu zostawiłem ich jak potrzebowali mnie najbardziej na świecie. Ale przecież to dla nich dołączyłem do Inazumy. Moim celem było to abym godnie pomścił moją drużynę, a przede wszystkim podarować ból z jakim zmagając się moimi przyjaciele. Zawładnęła mną wściekłość, trzasnąłem książką w ścianę. Wtedy kiedy wszystko się 
u mnie układało, kiedy znalazłem siebie i swój wewnętrzny spokój - tam trwało ich prywatne piekło. Nie mogę w to uwierzyć, że byłem tak ślepy. Roztrzepany i rozdarty pokładem uczuć szybko ubrałem kurtkę i wyszedłem z domu. Postanowiłem pójść z tym do Marka, gdyż ta sytuacja wymyka się z moich rąk nadzwyczajnie szybko. On jeden tak na prawdę potrafi mnie uspokoić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Kiedy wszyscy we mnie nie wierzyli - to on bronił mojego imienia i pozwolił udowodnić, że tkwi we mnie dobro. Skierowałem się w stronę parku, przechodząc przez niego zauważyłem, że ktoś mnie szpieguje. Na początku zignorowałem to, ale po chwili poczułem się dziwnie, dlatego też przyśpieszyłem kroku. Tajemnicza postać stała za drzewem i przemieszczała się cicho i zwinnie jak pantera za mną. Zacząłem w pewnym momencie biec, kiedy dotarłem do furtki Evansów odetchnąłem z ulgą. Jeszcze przez chwilę oglądałem się na boki, upewniając się czy szpieg zniknął i wszedłem niepewnie do domu. W wewnątrz domu, w kuchni krzątała się pani Evans, przywitałem się z nią i podążyłem schodami do pokoju Marka. 
- Jude? - spytał, leżąc na łóżku. - Co ty tu...
Zanurzyłem ręką w moje włosy i przysiadłem się obok niego. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, już wiedział, że to nie jest błaha sprawa. 
- Właśnie... - próbowałem zaczerpnąć oddech.
- Stary, mów. - zażądał, patrząc mi się w oczy. 
- Pamiętasz, jak ci mówiłem... o tym, że Dark pierze mózgi moim przyjaciołom? - pokiwał niepewnie głową. - Właśnie dzwonił do mnie David. 
- Co powiedział? - wstał powoli z łóżka i przysiadł się obok mnie.
- Brzmiał bardzo dziwnie. - sapnąłem. - Kazał stawić się w Akademii, na mecz... mam przyjść wraz z Inazumą. 
Brunet jeszcze przez chwile mi się przyglądał. Jakby badał albo szukał odpowiedzi na mój problem. Jednak ten wzrok był świdrujący - oznacza to, że coś jeszcze chce ode mnie wyciągnąć. 
- Rozumiem.. ale powiedz, czemu w twoim głosie słyszę jakbyś się obwiniał za to wszystko?
- Nie obwiniam się, okej?! - wrzasnąłem. 
- Ech... 
- Przepraszam.... - urwałem, przecierając twarz. - Ale... taka jest prawda. Gdybym ich nie zostawił i nie ruszył dalej ze swoim życiem... gdybym ciebie nie spotkał.
Jego oczy nagle pociemniały, złapał mnie mocno za ramiona. 
- Do czego zmierzasz? 
- Myślę, że...
- Człowieku, to nie twoja wina! - nawet nie pozwolił mi dokończyć zdania. - Obarczanie siebie winą nie jest rozwiązaniem problemu. 
- Tylko to mi pozostało stary.. - jęknąłem.
- Trzeba powiedzieć sobie jasno to wina Darka. - uciął mnie szybko. - Wiesz jakim jest człowiekiem, z ludzi robi pacynki w mgnieniu oka. Czy to by coś zmieniło... gdybyś tam został? Wątpię. 
- No co? Czemu ty mi się nie stawiasz? - spytał, uśmiechając się. 

* Axel's POV *



Spojrzałem na zegarek, jest dwudziesta druga, a ja nie mogę zasnąć. Po tej całej akcji z podpaleniem nie mogę normalnie funkcjonować. Postanowiłem podjąć własne działania - właśnie w tej chwili. Powoli i bezszelestnie zszedłem łóżka, założyłem na siebie bluzę i spakowałem latarkę, sznur i innych ważnych rzeczy. Pierwszą myślą jaką mi się napatoczyła był Dark, który jest moim głównym podejrzanym od wielu lat. Tylko taki człowiek jak on był w stanie posunąć się do czegoś innego - dobrze wiecie do czego jest zdolny. Pewny, że Diana spała w najlepsze szybko się wymknąłem. Byłem już blisko drzwi, chwyciłem za klamkę i nagle w przedpokoju nastała jasność. 
- Gdzie się wybierasz? - usłyszałem jej zaspany głos. 
Odwróciłem się powoli w jej stronę.  
- Myślałeś, że się nie domyślę? - podeszła do mnie i ujęła moją twarz.-  Axel, kochanie myślisz, że jestem głupia
- Przepraszam.
- Ja rozumiem, że to nie może poczekać. - sapnęła - Ale... robić to beze mnie? 
- Ty nie idziesz. - burknąłem, nakładając plecak. - To niebezpieczne.
- O ile zakład? - i nim się spostrzegłem już nakładała na głowę czarny kangur swojej bluzy i białe vansy. Blaze, idioto przecież dla Dan nie istnieje słowo n i e.  Pokręciłem głową z niedowierzaniem, razem więc wyszliśmy z domu. Udaliśmy się więc w kierunku Akademii, by wykluczyć lub potwierdzić to czy Dark maczał w tym swoje palce. Szliśmy ciemnymi uliczkami miasta, niby Inazuma to spokojne miejsce - ale zawsze nie wiadomo kto się może napatoczyć. 
- Aua... to boli. - jęknęła, kiedy mocniej ścisnąłem jej rękę. 
- Przepraszam... - pogładziłem jej rękę.
- Nie baw się w opiekunkę. 
- Albo przestaniesz zrzędzić albo zabieram cię do domu. - warknąłem w jej stronę, a dziewczyna ucichła. 
Kiedy dotarliśmy pod budynek zobaczyłem coś co mnie zadziwiło. Przed Akademią stało ze trzech napakowanych kolesi, którzy pilnują królewskiej fortecy. Szybko schowaliśmy się w krzakach. Budynek był na maksa oświetlony więc nie było mowy o tym, aby się tam niepostrzeżenie wemknąć. 
- Okej.... mam plan. - z moich myśli wyrwała mnie Diana. 
Wtem zaczęła się drzeć jak przerażona. Ochroniarze ruszyli za głosem, a po chwili i światła zgasły. 
- Moje bębenki. - podsumowałem, otwierając drzwi. 
Na szczęście kamery nas nie zauważyły. Ponownie usłyszeliśmy jakieś głosy i schowaliśmy się tym razem w szatni. 
- Dobra, teraz musisz mi dać coś mocniejszego. - zażądał ten dobrze znany mi ten chrypliwy głos. 
- Ray, nie możesz tyle pakować w te dzieciaki! - odparł, przerażony głos. - To szaleństwo. 
- Mam to gdzieś. - nagle głos Raya przygniótł przerażony głos do ściany. - Dawaj dawki albo żona dowie się o twoich wypadach.
- Nie ośmielisz się....
- Więc jak? - mężczyzna tylko głęboko westchnął na to. 
Wychyliłem się trochę, wtedy zauważyłem, że mężczyzna przekazuje mu biały proszek - a więc, dał mu to o co prosił. On na wszystkich ma jakieś haczyki, panuje nad ludźmi - jakie to zadziwiające i przerażające jednocześnie. Nagle zauważyłem Davida i Joe'go, wyglądali na zmęczony, a ich twarze były blade, dodatkowo mieli wielkie worki pod oczami - wyglądali jak trupy. 
- Chodźmy za nimi. - odparła, ciągnąc mnie za rękę. 
Tak jak rozkazała tak zrobiliśmy, gdy tylko opuścili Akademię podążyliśmy za nimi.
- Rozdzielmy się. - palnęła, obracając się aby nie stracić celu z oczu.
- To ryzykowne... - jęknąłem, łapiąc się za kark. 
- To nasza jedyna szansa by cokolwiek się dowiedzieć... - złapała mnie za rękę i popatrzyła znacząco. - Zaufaj mi.
- Niech ci będzie. - przewróciłem na nią oczami. 
Pocałowaliśmy się i każde udało się za swoją zdobyczą.

* Diana's POV *



Widzą Joe'go i Davida, postanowiłam nie zwlekać.
- Chodźmy za nimi. - pociągnęłam go za rękę. 
Tak jak powiedziałam tak zrobiliśmy, gdy tylko opuścili Akademię podążyliśmy za nimi.
- Rozdzielmy się. - palnęła, obracając się aby nie stracić celu z oczu.
- To ryzykowne... - jęknął, łapiąc się za kark. 
- To nasza jedyna szansa by cokolwiek się dowiedzieć... - złapałam go za rękę i popatrzyłam znacząco. - Zaufaj mi.
- Niech ci będzie. - przewrócił oczami. 
Pocałowaliśmy się i każde udało się za swoją zdobyczą.
Jakie to pogmatwane, czuje się jakbym grała w jakimś kryminale i śledziła morderce dzieci. Tymczasem podążałam za nim, na moje szczęście Joe jeszcze mnie nie zauważył - to dobrze. Przeraziłam się, gdyż chłopak zaczął podążać w jakieś ciemne, nieznane uliczki. Czułam tak wielki dreszczyk emocji jak nigdy. Chłopak się obrócił, rzuciłam się w krzaki. Kiedy usłyszałam jak kroki się oddalają, powoli wyszłam i obserwowałam jego poczynania. W pewnym momencie zauważyłam, że Joe się zatrzymał. 
- Kto tam jest? - krzyknął, rozglądając się wokół.
O nie, nie! Tylko nie to! Oby mnie nie wykrył, bo wtedy marny mój los. Zatkałam twarz i próbowałam nie oddychać, a wszystko po to, aby się nie domyślił. 
- Słyszałem kroki! - warknął, podchodząc do kosza na śmieci, za którym byłam. - Właź!
Jeszcze chwile czekał, aż jego stalker (ja) się ujawni, następnie szedł dalej. Podziękowałam losowi, za oszczędzenie, teraz wiem, że, muszę być ciszej - nie chce dostać łomotu. Zdałam sobie sprawę, że to nie ten sam Joe, którego znałam. Wiadomo, że był cwaniakiem i łobuzem, ale na dziewczynę by ręki nie podniósł. Teraz był otumaniony i nie działał racjonalnie, tymczasem on skręcił w lewo, przylepiłam się do pobliskiej ściany. 
- Ty. - usłyszałam stanowczy głos Kinga. 
Wyjrzałam na chwilę zza ściany, moim oczom ukazał się zatrwożona twarz Jude. Cicho jęknęłam, gdyż byłam bezsilna w tej sytuacji - co robić, co robić? Spojrzałam jeszcze przez sekundkę na nich, aby się upewnić. Ukradkiem widziałam jak Joe ze swojej bluzy wyciąga pistolet. I wtedy wiedziałam, że to na pewno nie skończy się dobrze. 
- Odstaw to. - zażądał zdecydowanie Jude. - Proszę.. 
- Dlaczego? Trzeba cię usunąć stąd! - - krzyczał Joe, a jego ręka drżała. - To przez ciebie! Ten cały koszmar! Opuściłeś nas!  
- To nie tak jak myślisz... - jąkał się Jude, powoli się wycofując 
Odwróciłam  wzrok i wtedy w moich uszach rozbrzmiał ostry dźwięk - strzał. A ja zamarłam, przede mną mignął Joe, który przerażony uciekał z miejsca swojej zbrodni. Bez zastanowienia podążyłam do Jude'a, a moim oczom ukazał się horror. Brunet leżał na ziemi, jego klatka piersiowa ledwo się unosiła, a wokół było pełno krwi. Podeszłam do niego bliżej, kucnęłam - tak jak myślałam, pocisk trafił w brzuch. Cała we łzach próbowałam zahamować krwotok, dlatego zdjęłam swoją bluzę i przyłożyłam do jego brzucha. 
- Dianka nie chce umierać! - wrzasnął, łapiąc mnie za rękę. 
- Cicho... 
- Gdzie jest Joe? - wymamrotał, a jego oczy powoli się zamykały. - Nie znikaj Dan....
- Jude... za wszelką cenę nie zasypiaj i nie zamykaj oczu! - klepnęłam go w niemalże siną twarz, a chłopak ledwo otworzył powieki.
- Nie wiem czy dam radę... - uśmiechnął się blado, po czym zaczął kaszleć. - ...ale spróbuję.
- Dzwonię po pogotowie... trzymaj się. - złapałam go mocno za rękę. - Jestem tutaj przy tobie i zawsze będę.