Rozdział:35
- Nie wiesz o kim mówisz stary! - skarcił go Izak. - Nie mów, że to jest...
- Diana Evans. - a ich oczy automatycznie powiększyły się.
- Załatw mi autogra-aaf. - jęknął Miche.
- Proszę cię! - klęknął Izak. - To szansa jeden na milion.
- Luzik, mogę nawet wam koncert zorganizować. - na murawę weszła Diana i zaczęła śpiewać.
Wtedy uświadomiłem sobie coś co już wiedziałem od początku. To dzięki niej moje życie stało się dużo prostsze i barwne. Obym tego nie spartolił. "
* Nathan's POV *
♫
Odkąd ostatni raz rozmawiałem z Holly, dziewczyna widząc mnie, robi się dziwnie spięta i odwraca ode mnie wzrok. Nie wiem jak nazywają to dziewczyny... zakłopotaniem? Nigdy w sumie nie patrzyłem na nią jako na osobę odpowiednią dla mnie. Niestety, jestem typem chłopaka, który woli nie szukać dziewczyny na dłuższą metę. Bo kiedy patrzę na takiego Bobby'ego czy Blaze'a, to od serca im współczuję. Moim zdaniem, dziewczyny to same problemy, dlatego wolę je jako przyjaciółki i nic więcej.
- Ziemia do Nathana! - zamysłu wyrwał mnie głos Axel'a. - Słyszałeś co mówiłem?
- Tak, pieprzyłeś coś o jej włosach... - odchrząknąłem, zaczesując grzywę. - Kontynuuj.
- Nathan, ja cię rozumiem, że cię tym zanudzam. - klasnął w dłonie. - Ale kiedy ty mało się nie posikałeś ze szczęścia, opowiadając mi o swoim piesku, ja musiałem tego wszystkiego wysłuchiwać jakie to ma wspaniałe łapki... bla, bla, b l a.
- Oj no, Rick przynajmniej nie robi ze mnie pantofla. - odrzekłem, kaszląc.
- Słucham?
- Tak, stałeś się pieskiem przy jej nóżce. - wybałuszył na mnie oczy. - Sory, ale kiedy zacząłeś z nią chodzić.... to cały czas tylko ona była i jest tematem naszym rozmowy.
- Jesteś zazdrosny... - spytał rozbawiony, łapiąc się za brzuch.
- A nawet jeśli, to co? - wzburzyłem się. - Baby to jeden, wielki problem. Ale ty tego nie zrozumiesz bo jesteś zajęty, tak samo Eric, Bobby i Mark.
- Kiedy znajdziesz dziewczynę to zmienisz zdanie. - poklepał mnie po ramieniu. - Zobaczysz jakie to dziwne uczucie, kiedy Max będzie ci tak mówił.
- Ooo, zamknij się. - warknąłem, idąc przed siebie.
- Ej, a matma? Swift, wracaj no! - krzyczał.
Gdy tak szedłem wpadłem na Dianę, miałem ochotę przenieść się w czasie, żebym tylko na nią nie wpadł.
- O hej, Swift... - spojrzała na mnie dziwnie. - Czemu się na mnie patrzysz, jakbyś chciał mnie zabić?
- Nie ważne...
- Bo co... jestem dziewczyną twojego przyjaciela?
- A żebyś ty wiedziała. - odburknąłem pod nosem.
- Co za dyskryminacja... - pokręciła głową. - O co ci chodzi?
- Kuźwa.. o waszą rasę. Daj. mi. spokój. teraz. - wycedziłem, szybko koło niej przechodząc.
Stanąłem obok drzwi do sali nr. 23. Wtedy, pojawiła się przy mnie Holy. Chyba tylko ona nie zachowuje się jak... inne dziewczyny. Jest normalna, po prostu - jest niezłym ziomkiem, który nie gada ciągle o tym, co znajdowało się w najnowszym numerze Glamour. Uśmiechnąłem się w jej stronę.
- Coś ruszyłeś z matmy? - szybko rzuciła przez ramię.
- Ymm, coś ty... - zaśmiałem się w twarz. - Może raz otworzyłem książkę jak oglądałem kolejny odcinek Flash'a.
- Ja nie mam oceny. - odparła, gryząc dolną wargę. - Wiesz co to oznacza?
- Izi, twierdzenie Pity-iten coś tam i jakaś funkcja... to będziesz wiedzieć. - dźgnąłem ją w bok. - Jakby co, masz mnie.
Wtedy weszła do klasy, moja ukochana pani Hemmings. Od początku nagminnie ją wkurzałem, nawet tym kiedy najzwyczajniej w świecie oddychałem. Wszyscy twierdzą, że jestem strasznie odważny, ponieważ ona jest taka straszna, a ja obalam ten wielki mit za każdym razem kiedy rzucam jej krótkie teksty.
- Dzień dobry. - odparła, po czym spojrzała na mnie. - Swift tobie też, ale po twojej buzi, wnioskuje że, prawdopodobnie będziesz mieć problemy gastryczne, kiedy cię popytam.
- Ha, dobry dzionek się zapowiada, proszę panią! - sapnąłem, bębniąc w ławkę palcami. - Ale spokojnie... dzisiaj nic mi nie grozi! Bo właśnie wczoraj okazało się, że mam szczęśliwy numerek!
- Czyżby...
- A tak chciałem spełnić pani marzenie... Może innym razem?
Kobieta tylko ostro na mnie spojrzała i usiadła przy biurku, przesunęła myszką po monitorze.
- Do odpowiedzi w takim razie... - poprawiła okulary. - panienka Perkins.
Dźgnąłem ją w bok, a dziewczyna nagle zbladła. Ogólnie rzecz biorąc Andie (znaczy pani Hemmings), tak jak mówiłem wcześniej to postrach uczniów. Ale ja wyznaję wiarę w prawdziwych śmierciożerców, a ona do tego grona niestety nie należy. To nędzny rudy przyjaciel Ron.
- Witam panią, widzę po tobie, że na pewno wiesz, co to jest... Funkcja, o! - klasnęła w dłonie. - Właśnie co to jest funkcja, argument?
Dziewczyna przełknęła nerwowo ślinę, tymczasem ja szybko otworzyłem książkę na danym pojęciu, mrugnąłem w jej stronę i szeptem przekazałem odpowiedź.
- Okej, dobrze. - spojrzała po klasie. - Może teraz narysuj trójkąt i-ii...
- Proszę pani wystarczy... dziewczyna się uczyła. - sapnąłem, kładąc nogi na stole.
- Swift, skąd możesz to wiedzieć? - warknęła, podchodząc do mnie. - Jesteś bezczelny, przeszkadzając mi podczas lekcji.
- Wcale nie przeszkadzam... przypominam pani, że takie pytanie tylko zabiera nam nasz cenny czas.
- Zostaniesz po lekcjach to wtedy pogadamy... na serio. - ja tylko wzruszyłem ramionami.
- Dobrze, Nathan cię uratował. - spojrzała na zestresowaną Holly. - Dostajesz -4... a teraz, siadaj, przejdziemy do lekcji.
I właśnie wtedy zabrzmiał ukochany dzwonek. Tak wygląda każda matematyka. Gdy już miałem zarzucony plecak na jedno ramię, kobieta zatrzymała mnie w drzwiach.
- Muszę ci coś powiedzieć... - zaczęła niepewnie.
- Od kiedy my jesteśmy na "T"?
- Nathan... na litość boską utrudniasz to wszystko.. - złapała się za głowę.
- Skoro tak... to wyjdę i będzie problem z głowy.
- Posłuchaj mnie Nathan... - złapała mnie za ramię. - Jestem siostrą twojej matki.
- Proszę panią prima aprilis już było...
- Ale taka jest prawda... - oparła ręce na biurku.
- Nie... to nie możliwe... - urwałem, siadając na ławce. - Mój tata powiedział mi wszystko na ten temat...
- Twój ojciec nie powiedział ci całej prawdy o niej.
- Jak to? - zacząłem się śmiać. - Zresztą... skąd pani może to wiedzieć?
- To wszystko dla twojego dobra. - zaczęła do mnie podchodzić.
- Co ma pani na myśli?
- Bardzo trudno mi o tym mówić. - odwróciła ode mnie wzrok. - Twoja matka nie zginęła w wypadku.
- Jest pani w błędzie... - zatrzymałem ją. - Widziałem czarny worek... widziałem jak ją wynosili...
- Twoja matka miała schizofrenię i dlatego zabiła się.
Zatkało mnie, nie wiedziałem co zrobić, a moje ciało zdrętwiało. To nie możliwe... więc ta cała cnotliwa historyjka to zwykła bujda dla małego dziecka.
- Słucham? - sapnąłem, łapiąc się za głowę. - Nie, nie, n i e.
Myśl, że we mnie może być jej pierwiastek obrzydziło mnie aż po kości.
- Musiałam ci to powiedzieć. - złapała mnie za ramię. - Nie mogłabym żyć ze świadomością, że jej własny syn myśli, że zginęła w wypadku przez swoje pijańśtwo... To nie tak, ona bardzo kochała ciebie i twego ojca..
- Dość. - odparłem szybko, gdyż nie chciałem tego słuchać.
Moja świadomość nie mogła dopuścić, tego co ona do mnie powiedziała.
- Póki nie chwyciła po pistolet i się nie zastrzeliła. - dokończyła, a ja zagryzłem dolną wargę i spojrzałem jej prosto w oczy.
- To dlatego tak się do mnie przyczepiłaś co? - warknąłem w jej stronę. - Tępiłaś mnie na każdej lekcji, bo chciałaś sprawdzić czy tak jak moja matka mam nie po kolei w głowie? Jestem obiektem twoich badań... - wrzasnąłem, waląc w jej biurko. - Jesteś chora!
- Uspokój się. - odparła, gładząc mnie po ręce.
- Wy dorośli jesteście dosłownie chorzy. - pokręciłem głową, wyrywając się spod jej uścisku. - Ukrywacie wszystko co złe, a potem nagle, po dłuższym czasie zabijacie psychicznie swoje dzieci.
- Nathan... to nie tak. Uwierz mi. - próbowała mnie zatrzymać.
- Myślałem, że tata chce dla mnie jak najlepiej. Ale najwidoczniej, też chciał poobserwować mnie czy nie wybuchnę lub nie rzucę się z mostu.. Fajnie się bawicie! Jak na was patrzę, to nie chce dorastać... Dorosłość to życiowy przegryw.
- I dlatego nie chciałam żeby...
- Zamknij mordę! - krzyknąłem, wywracając ławkę.
Wtedy poczułem się dziwnie. Może i ja jestem chory? Nie wiem, nie chce wiedzieć, chce iść gdzieś, gdzieś daleko od tego wszystkiego. Wybiegłem z sali.
* Diana's POV *
♫
- O hej, Swift... Czemu się na mnie patrzysz, jakbyś chciał mnie zabić?
- Nie ważne...
- Bo co... jestem dziewczyną twojego przyjaciela?
- A żebyś ty wiedziała. - odburknął pod nosem.
- Co za dyskryminacja... - pokręciłam z poirytowania głową. - O co ci chodzi?
- Kuźwa.. o waszą rasę. Daj. mi. spokój. teraz. - wycedził przez zęby.
Sama nie wiem co z nim nie tak dzisiaj. Jest jakiś dziwnie rozdrażniony. Uważa, że kobiety to problem, co za kłamstwo! Otóż u mnie jest odwrotnie, może miałabym inne zdanie gdyby nie Jude, pewnie nadal bym uważała, że mężczyźni to najwspanialsza rzecz na świecie. I kiedy idę sama, czy to do kawiarni, czy do szkoły, to z tyłu głowy boje się o swoje życie, które zostanie odebrane przez jakiegoś podejrzanego typa. Stałam właśnie pod jego salą, zaczęłam się lekko denerwować, ponieważ pani Hemmings już długo tam trzyma. Niby to tak nieładnie przerywać w rozmowie, ale wolę sprawdzić co się tam dzieje. Gdy weszłam do sali, zastałam kompletny bałagan. Kobieta natomiast stała z wzrokiem wbitym w podłogę.
- Co ty tu robisz? - spytała cicho, krzyżując ręce na piersi.
- Chciałam sprawdzić, dlaczego pani tak długo trzyma Nathan'a, ale...
- Jak widzisz nie ma go. - rozłożyła bezradnie ręce. - Wybiegł.
- O co tu chodzi? - zaczęłam podnosić ławkę. - Co tu się stało?
Wtedy pani Hemmings opowiedziała mi wszystko. O jego matce, która popełniła samobójstwo oraz o tym, że ona była jej siostrą.
- Po co ja mu mówiłam? - jęknęła, kucając.
- Prędzej czy później, dowiedziałby się. Ale niech pani nie płacze, musimy go poszukać. - podałam jej chusteczkę. - Pani zadzwoni do jego taty, a ja zorganizuje grupkę poszukiwawczą i go poszukamy.
- Oby nie było za-a późno...
- Proszę się nie zamartwiać, wszystko będzie dobrze. - odparłam, głaszcząc ją po plecach.
Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że największa jędza w tej szkole, będzie ryczeć mi na ramieniu jak mała dziewczynka, która wywróciła się na kamienistej drodze. Ale to jest nie ważne, najważniejsze jest teraz aby go znaleźć. Szybko udałam się w poszukiwaniu Blaze'a, zauważyłam go koło szafek, właśnie gadał z Markiem.
* Axel's POV *
♫
Właśnie trzymałem w dłoni, książkę do angielskiego, kiedy obok mnie pojawił się Mark. Przeraził mnie, kiedy zamknął mi szafkę przed nosem.
- Cześć.
- H-hej. - chrząknąłem.
- Czy ty mnie unikasz? - spytał, patrząc na mnie podejrzliwie.
Okej - zacząłem się bać, że na każdym kroku będę się spotykać z Markiem, za każdym razem widzę jego pięść i złą twarz i wtedy dostaję wielkie kuku w okolicy mego krocza.- Nie-ee. - urwałem, a chłopak uniósł brew do góry.
- Boisz się mnie.
- Co? Co-oś ty.
- Stary, spokojnie. - poklepał mnie po plecach, a ja podskoczyłem. - Ufam ci, a dopóki ci ufam.. to wszystko jest dobrze.
- Skoro tak mówisz...
I wtedy podeszła do nas spanikowana Diana.
- Oke-ej, co tu się wyrabia? - spytała, patrząc to na mnie, to na Marka.
- Rozmawiamy kochanie... w końcu jesteśmy przyjaciółmi.
Dziewczynie najwidoczniej ulżyło, ale wciąż ją coś trapiło.
- Nathan. On. Matka... - wydukała, po czym nie mogłam unormować swojego oddechu.
- Ey Diana... spokojnie. - złapałem ją za ramię.
- Wyjaśnię wam to po drodze, musimy zebrać jak najwięcej ludzi i musimy go poszukać.
Na te słowa, serce mi stanęło. Nie wiedziałem co powiedzieć. Nathana zawsze uważałem, za młodszego, nieodpowiedzialnego braciszka. Na tą wiadomość, normalnie mi się "matczyny instynkt" włączył.
- Co? - sapnąłem, ale dziewczyna już mi nie odpowiedziała, tylko złapała mnie za rękę. - Jak to?
Udaliśmy się jeszcze po Bobby'ego, Celię, Silvię, Eric'a, Max'a i tą jego przyjaciółkę - Holly. Około godziny piętnastej cała nasza grupka się zebrała pod szkołą.
- Nie ma co zwlekać. - sapnęła Diana, krzyżując ręce.
- Poczekaj... Teraz powie mi ktoś do cholery, o co chodzi? - spytała wzburzona Holly.
- Chodzi o to, że... pani Hemmings jest jego ciocią.
- C o. - wydukała reszta.
- ...Powiedziała mu prawdę o matce. Otóż... kiedy Nathan miał zaledwie dwa latka, ona wyszła z bronią w las i-ii.. zastrzeliła się. - przełknęła ciężko ślinę. - Dla jego dobra i bezpieczeństwa ojciec powiedział mu, że zginęła w wypadku.
- Nathan może być chory? - wypalił Max, a ja palnąłem go w głowę.
- Matko... tej Hemmings na łeb padło! - warknęła dziewczyna w jej stronę.
- Może i tak... ale Nathanowi należała się prawda. - odrzekła Diana. - Po mimo, że jest dla niego bolesna.
- Racja, ale dość gadaniny! Czas go szukać. - wtrącił się Eric, idąc przodem.
Zaczęliśmy się rozglądać dosłownie wszędzie, nawet sprawdziliśmy cmentarz, ale bez żadnych rewelacji. Jego komórka była kompletnie wyłączona.
- Wiem, chyba gdzie może być... - szepnęła Holy.
- Gdzie? - Nie, nie mów, że... - jęknęła Diana, przytulając się do mnie. - poszedł na most.
- Niestety... tylko to miejsce obstawiam. - odparła blondynka, gryząc wnętrze policzka.
Cała nasza grupka zaczęła szybko biec w kierunku mostu. Mamy jeden most i jedną rzekę. Modliłem się, że dotrzemy na czas...
* Holly's POV *
♫
Niech to... to był błąd, że musiałam zostawić go samego. Gdyby mi nikt nie powiedział o tym, nadal bym myślała, że wszystko jest z nim okej. Stałam przy szafce i wyjmowałam puszkę Redbull'a, kiedy podeszła do mnie ta Diana. Ogólnie nie znam tej laski, ale nie wygląda mi na to, żebyśmy sobie przypadły sobie do gustu. Kiedy zauważyłam ją obok Swift'a, mało mnie nie rozdarło w środku.
- Holy... mam sprawę.
- Czego.
- Dobra, postawmy sprawę jasno. - trzasnęła mi szafką przed nosem. - Wiem, że nie pałasz do mnie sympatią.
- Tego nie powiedziałam. - spuściłam z niej wzrok.
- Chcę ci tylko powiedzieć, że Nathan zniknął i nie wiemy gdzie teraz jest...
- Co jest? - zgniotłam puszkę.
- Właśnie zaczniemy go szukać, więc jeśli cię to obchodzi...
- Mów co i jak. - sapnęłam.
- Chodź za mną.
I tak właśnie znajduję się tutaj, zesrana po pachy ze strachu. Zbiórka była na piętnastą - pod szkołą, gdy cała sielanka się zebrała, brunetka stanęła na środku. Niby tu mówi, że nie chce być najważniejsza, a cały czas ona jest w centrum uwagi.
- Nie ma co zwlekać.
- Poczekaj... Teraz powie mi ktoś do cholery, o co chodzi? - spytałam wzburzona.
- Chodzi o to, że... pani Hemmings jest jego ciocią.
- C o. - wydukała reszta.
- ...Powiedziała mu prawdę o matce. Otóż... kiedy Nathan miał zaledwie dwa latka, ona wyszła z bronią w las i-ii.. zastrzeliła się. - przełknęła ciężko ślinę. - Dla jego dobra i bezpieczeństwa ojciec powiedział mu, że zginęła w wypadku.
- Nathan może być chory? - wypalił Max, a Axel palnąłem go w głowę.
- Matko... tej Hemmings na łeb padło! - pokręciłam na to wszystko ręką.
- Może i tak... ale Nathanowi należała się prawda. - odrzekła Diana. - Po mimo, że jest dla niego bolesna.
- Racja, ale dość gadaniny! Czas go szukać. - wtrącił się Eric, idąc przodem.
Zaczęliśmy się rozglądać dosłownie wszędzie, nawet sprawdziliśmy cmentarz, ale bez żadnych rewelacji.
- Wiem, chyba gdzie może być... - szepnęłam przerażona torem moich myśli.
- Gdzie? - Nie, nie mów, że... - jęknęła Diana, przytulając się do blondyna. - poszedł na most.
- Niestety... tylko to miejsce obstawiam. - odparłam, gryząc wnętrze policzka.
Cała nasza grupka zaczęła szybko biec w kierunku mostu. Mamy jeden most i jedną rzekę. Proszę Nathan... nie rób nic głupiego.
* Nathan's POV *
♫
Wybiegłem z tego miejsca najszybciej jak tylko jak potrafiłem. Ale to nic nie pomogło, wręcz przeciwnie. Czułem się jak wyrzutek, czułem się jak wirus, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć by nie zanieczyszczać środowiska. Dorośli bawią się uczuciami dziećmi, a potem znajdują najgorsze wytłumaczenie, że to niby dla naszego dobra. Chwyciłem się za głowę, po tym co usłyszałem, zrozumiałem, że nie mogę z tym dalej żyć. Ona nie zginęła bo była napita.... zabiła się bo była po prostu stuknięta. Ale to nie zmienia faktu, że w pewien sposób mnie osierociła. A czekaj, zostawiła mi swoją cząstkę, którą jest prawdopodobnie jej choroba. Jak ja będę grał w piłkę, rozmawiał z ludźmi? Nie chcę, nie chcę o tym myśleć. Najlepiej skończyć żywot, zanim choroba się zacznie. Jestem panem życia i nie zamierzam utrudniać innym spokojne szczęście przez swoje kuku na muniu. Ujrzałem przed sobą most, to było moje jedyne wyjście. Wspiąłem się więc na budowle i stanąłem na niej, oglądając wodę. Widząc swoje oblicze, coraz bardziej chciałem stąd zniknąć. Rozłożyłem ręce, gdy nagle usłyszałem za sobą damski głos - to Holly. Odwróciłem głowę w jej stronę. Zacząłem płakać nad swoim nędznym jak cholera losem.
- Czekaj! - wrzasnęła.
- Nie rób tego! - podbiegła do niej Diana.
- Holly, odejdź. - krzyknąłem, patrząc na niebo. - Jestem potworem!
Nagle zobaczyłem jakąś twarz. To była kobieta, uśmiechała się do mnie. Czyżby była to ona? Moja matka?
- Nathan złaź. - udarła się blondynka, drąc mnie za rękę.
Odepchnąłem ją od siebie, a dziewczyna opadła na ziemię. Ponownie rozłożyłem ręce jak ptak, który wznosi się do lotu.
- Nie zostawiaj nas, proszę... - jęknął tym razem inny damski głos, to była Diana.
Nie chciałam już patrzeć ludziom w oczy, czy oni nie widzą, że ja po prostu ich chronię przed moim nieobliczalnym alterego?- Nie rozumiesz mnie... - odparłem, wzdychając. - Odejdź stąd. Zostaw mnie.
- Wiemy wszystko... - spojrzałem w stronę Blaze, który też znalazł się obok dziewczyn. - Będziemy cię wspierać, jeśli chcesz... razem z nami zrobisz badania. Tylko daj sobie pomóc do cholery!
- Na to już za późno.. - jęknąłem.
- Swoją śmiercią nie zdziałasz nic. - pokręcił na mnie głową. - Wyrządzisz nam i twojemu ojcu wielką krzywdę. Po prostu trzeba stawić prawdzie prosto w oczy... nieważne jaka jest.
Axela od zawsze ceniłem za to, że jest bezpośredni i szczery. To mi się w nim podobało, był mi jak brat, którego nigdy nie miałem.
- Ach, tak? To powinien zrobić? - zacząłem wymachiwać rękami, przez co zacząłem się lekko chwiać. - To moja decyzja, Blaze. Uszanuj ją, jeśli jesteś moim przyjacielem.
- Nigdy. - syknął. - Nie będę był w stanie zaakceptować czegoś takiego głupiego. Stary, życie to piękna rzecz, mimo, że często spadają na nas jakieś niespodziewane gówna. Trzeba trzymać gardę do góry i iść dalej, a nie zabijać się. Rozumiem, że to chodzi o twoją rodzinę..
- Do prawdy? - wymamrotałem. - Co ty możesz o tym wiedzieć?
- Jeśli jesteś taki silny za jakiego się wydajesz, a wierzę, że jesteś, to dasz sobie radę. - rozłożył ręce. - Masz przyjaciół, masz wszystko. Tylko do cholery, zejdź z tego mostu.
Pokręciłem głową, nikt mnie nie rozumie. Nie jestem silny to tylko poza, tak na prawdę jestem słaby jak cholera. Prawie całe dzieciństwo wpieprzałem tabletki na uspokojenie, a mój ojciec antydeprestany. Później jak trafiłem do podstawówki, poznałem Max'a, który zaraził mnie pozytywną energią. Teraz jesteśmy w gimnazjum i jest nieźle, a raczej było do teraz, do tego momentu. Nienawidzę jej i tego jak szybko zniszczyła moje szczęście, spojrzałem na dół i zdałem sobie sprawę, że jest trochę wysoko, ale to nieważne. Zamknąłem zapłakane oczy i pochyliłem się do dołu, nawet nie zauważyłem jak szybko poleciałem w dół, poczułem lekkie opory wiatru. Nagle uderzyłem mocno o podłoże i zaczęła mnie boleć głowa. To już chyba mój koniec... żegnajcie.
* Diana's POV *
♫
- Czekaj! - wrzasnęła Holly, gdy tylko dotarliśmy na miejsce.
Nathan stał na moście i patrzył w naszą stronę pustym wzrokiem.
- Nie rób tego! - wydukałam, cała zdyszana.
- Holly, odejdź. - krzyknął. - Jestem potworem!
Zapatrzył się nagle w niebo jakby coś tam zobaczył, a na jego twarzy pojawił się grymas.
- Nathan złaź. - udarła się blondynka, drąc go za rękę.
Odepchnął ją od siebie, a dziewczyna opadła na ziemię. Ponownie rozłożył ręce jak ptak, który wznosi się do lotu.
- Nie zostawiaj nas, proszę... - jęknęłam żałośnie.- Nie rozumiesz mnie... - odparł, wzdychając. - Odejdź stąd. Zostaw mnie.
- Wiemy wszystko... - wtuliłam się tors Axela, który podbiegł do nas. - Będziemy cię wspierać, jeśli chcesz... razem z nami zrobisz badania. Tylko daj sobie pomóc do cholery!
- Na to już za późno.. - jęknął.
- Swoją śmiercią nie zdziałasz nic. - pokręcił na niego zrezygnowany głową. - Wyrządzisz nam i twojemu ojcu wielką krzywdę. Po prostu trzeba stawić prawdzie prosto w oczy... nieważne jaka jest.
- Ach, tak? To powinien zrobić? - zaczął wymachiwać rękami, przez co zaczął się lekko chwiać. - To moja decyzja, Blaze. Uszanuj ją, jeśli jesteś moim przyjacielem.
- Nigdy. - syknął. - Nie będę był w stanie zaakceptować czegoś takiego głupiego. Stary, życie to piękna rzecz, mimo, że często spadają na nas jakieś niespodziewane gówna. Trzeba trzymać gardę do góry i iść dalej, a nie zabijać się. Rozumiem, że to chodzi o twoją rodzinę..
- Do prawdy? Co ty możesz o tym wiedzieć?
- Jeśli jesteś taki silny za jakiego się wydajesz, a wierzę, że jesteś, to dasz sobie radę. - rozłożył ręce, wskazując na naszą grupkę. - Masz przyjaciół, masz wszystko. Tylko do cholery, zejdź z tego mostu.
Spojrzałam na jego postać, rozłożył ręce i poleciał w dół. Zaczęłam krzyczeć i płakać za razem. Zamknęłam z przerażenia oczy i usłyszałam tylko dźwięk upadku, zapewne jego ciało twardo zderzyło się z podłożem. Axel przytulił mnie do siebie, ale ja go odepchnęłam od siebie, szybko poleciałam na miejsce zdarzenia, a za mną Holy. Zobaczyłam go, jego drętwe ciało, miał zamknięte oczy, leżał nieruchomo. - Na co czekacie? - krzyknęłam w stronę Eric'a i Bobby'ego, którzy stali jak słupy, nieruchomo. - Dzwońcie po pogotowie, no już!
Obróciłam chłopaka, a jego twarz była zmasakrowana, a na niej znajdowało się mnóstwo krwi. Ale to się nie liczyło, liczyło się jego życie, liczył się czas. Sprawdziłam puls, który był mało wyczuwalny, zaczęłam resuscytację. Dławiłam się przy tym łzami, ale wykonywałam wszystko zgodnie ze schematem.
- Już jadą. - rzucił Eric, głaszcząc mnie po plecach.
A ja nadal nie przestawałam. Po może dziesięciu minutach przyjechała karetka, wybiegli z niej ratownicy.
- I jak? - spytał jeden z nich.
- Puls mało wyczuwalny. - przetarłam twarz. - Trzeba go szybko podłączyć do tlenu. Jadę z wami.
- Nie może pani...
- Właśnie, że mogę i muszę tam z nim być. - spojrzałam na nich znacząco. - To dla mnie ważna osoba i nie będę siedzieć spokojnie na dupie, kiedy on będzie tu powoli umierał.
Obaj westchnęli i wpakowali chłopaka do pojazdu, a ja wraz z nimi wsiadłam do furgonetki. Szybko dotarliśmy na miejsce, a chłopak został przewieziony na blog operacyjny. Nie dziwię się, w końcu porządnie przywalił głową i to z dość sporej wysokości. Zacisnęłam ręce z bezsilności. Gdybym mogła go powstrzymać... ale ja stałam jak głupia krowa, nie wiem na co czekałam... Żadne z nas go nie zatrzymało. Usiadłam zmęczona tym wszystkim na jednym z krzeseł. Operacja trwała dość długo, a pielęgniarki z bloku wychodziły i wracały - t tak cały czas. Po chwili podszedł do mnie lekarz Jefferson.
- Dobry wieczór.
- Dobry wieczór, co z Nathan'em Swift'em? - spytałam, łapiąc go za rękę.
- Zanim pani powiem tę informację, to kim pani dla niego jest? - spytał podejrzliwie.
Wahałam się nad swoją odpowiedzią. Albo "narzeczona" albo "siostra".
- Siostra. - sapnęłam, łapiąc się za głowę.
- Dobrze. - przewrócił kartki. - Otóż pański brat został poddany operacji, na szczęście zakończyła się pomyślnie.
- Dzięki Bogu! - westchnęła Holly.
- Natomiast pacjent stracił dużo krwi. - skrzywił się. - Niestety potrzebna jest nam szybka transfuzja.
Jestem w kompletnej dupie, palnęłam taką głupotę - nie wiem, jak się z niej wykaraskam. Ja i on mamy zupełnie inne grupy krwi, oby nie zadał tego pytania. Oby!
- A więc to chyba tyle... będziemy panią informować na bieżąco. - odparł, udając się do swojego gabinetu.
Usiadłam na krześle i ponownie zaczęłam ryczeć. Świadomość tego, że mój najlepszy przyjaciel może umrzeć, a ja nie mogę mu pomóc - mnie dobija. W końcu jest dla mnie jak brat, każde wspomnienie pamiętam, zupełnie jakby było wczoraj.
"- Co jest? - spytał, łapiąc mnie za ramiona.
- Właśnie widziałam Axel'a całującego Nelly.. - próbowałam przełknąć wielką gulę w gardle. - Jest po prostu cudownie!
- Czy chcesz...
- Dajcie mi wszyscy święty spokój. - krzyknęłam mu w twarz.
Chłopak przytulił mnie do siebie.
- Chodź. - odrzekł, łapiąc mnie za rękę.
Nasze kroki zmierzały do pobliskiego parku. Usiedliśmy na jednej z ławek.
- A więc.. - nakłaniał mnie do otwarcia się
- Nathan... - jęknęłam, bo z trudem przychodziło mi powiedzenie, tych właśnie słów. - Ja go kocham do cholery!
- Może to nie porozumienie... - próbował sam siebie przekonać
- Nie broń go. - odrzekłam, ocierając kolejną łzę. - Widziałam to wszystko!
- Nie bronię. Mówię co myślę. Dałaś mu się w ogóle wytłumaczyć? - spytał, nadal trzymając moją rękę.
- Myślisz, że sobie to wymyśliłam, tak? - sapnęłam.
- Diana ty widziałaś jedną stop klatkę, a pozostała część filmu może być zupełnie inna. "
Podkuliłam nogi i zasłoniłam głowę. Nagle usłyszałam kroki, podniosłam głowę i moim oczom ukazał się Axel, który nie był sam, była z nim też Holly. Szybko podbiegłam do blondyna, który również nie wytrzymał nerwowo i zaczął ryczeć. Staliśmy wtuleni i zapłakani raptem pięć minut.
- Axel...on może umrzeć. Ja nie chcę! - krzyknęłam, na co chłopak złapał mnie za podbródek.
- Nie umrze. Będzie dobrze, tylko musisz w to wierzyć. Nathan to ogier jak żaden inny.. - urwał, próbując się znowu nie poryczeć.- Przepraszam, że naruszam waszą przestrzeń... - wtrąciła się blondynka. - ale mogę wiedzieć co z nim jest?
Podeszłam w jej stronę.
- Nathan potrzebuje transfuzji... - sapnęłam. - Natychmiast.
- Co? Jak to? To twoja wina... mogłaś go szybciej ratować! - wskazała na mnie palcem. - A tak to prawie się wykrwawił.
Teraz to przesadziła! Już miałam jej przywalić, ale w tym momencie, nie miałam na to najmniejszej ochoty. Po tym jak dostałam od Nelly, wolę się w takie coś po prostu nie wdawać.
- Nie masz prawa tak o niej mówić! - stanął w mojej obronie Axel. -Gdyby nie ona, to by już nie żył. Rozumiesz?
- A ty jeszcze obwiniasz ją! - zza jego pleców wyłonił się Max. - Wszyscy jesteśmy winni, bez dyskusji. A jeśli zależy ci choć trochę na Nathanie, to przestań prowokować niepotrzebne kłótnie. Dla niego i ty i Diana jesteście bardzo ważne.
- Więc, ja teraz idę do lekarza, a wy się nie pozabijajcie, okej? - odparł zdenerwowany blondyn, udając się w stronę gabinetu.
Wtedy mnie olśniło, Nathan ma grupę A tak samo jak Axel! No tak! W końcu nie bez powodu, nazywają siebie braćmi krwi.
* Axel's POV *
♫
- Ach, tak? To powinien zrobić? - zaczął wymachiwać rękami, przez co zaczął się lekko chwiać. - To moja decyzja, Blaze. Uszanuj ją, jeśli jesteś moim przyjacielem.
- Nigdy. Nie będę był w stanie zaakceptować czegoś takiego głupiego. Stary, życie to piękna rzecz, mimo, że często spadają na nas jakieś niespodziewane gówna. Trzeba trzymać gardę do góry i iść dalej, a nie zabijać się. Rozumiem, że to chodzi o twoją rodzinę..
- Do prawdy? - wymamrotał. - Co ty możesz o tym wiedzieć?
- Jeśli jesteś taki silny za jakiego się wydajesz, a wierzę, że jesteś, to dasz sobie radę. - rozłożyłem ręce. - Masz przyjaciół, masz wszystko. Tylko do cholery, zejdź z tego mostu.
Karetka odjechała, a ja nadal klęczałem nad kałużą jego krwi. Nie mogę pojąć jak to się stało. Mogłem go wtedy nie zostawiać, a najlepiej nie odstępywać od niego na krok. Ale ja sobie poszedłem, bo myślałem, że sobie poradzi. Zapomniałem o tym, że to bardzo wrażliwy chłopak - czuję się strasznie głupi. Pierwszy raz w życiu z tego wszystkiego zacząłem ryczeć jak dziecko. Obok mnie pojawił się Mark.
- Stary... Nie płacz. - powiedział z troską, klepiąc mnie po plecach.
- Jak mam tego nie robić? - wydukałem. - Jestem najgorszym przyjacielem na świecie... Kiedy mnie najbardziej potrzebował, to go opuściłem.
- Nie miałeś na to wpływu. - odparł spokojnie. - Nawet gdybyś przy nim był, to i tak by to zrobił.
- Ale...
- Nie ma a l e Axel. - powstrzymał mnie. - Nie jesteś złym przyjacielem... Zawsze uważałem, że jesteś jego Aniołem Stróżem i nadal uważam.
- Wygląda na to... że spaprałem swoją robotę.
- Nie użalaj się... jedź do niego, do Diany. - jak powiedział tak zrobiłem.
Szybko się otrzepałem i udałem się na najbliższy przystanek. Gdy byłem już w połowie drogi, usłyszałem krzyk za sobą. Przed sobą ujrzałem Holy.
- Jadę z tobą.
- Chyba śnisz... Tam jest i tak już tłok.
- Blaze.... - zagryzła wargę. - Ja go kocham...
- Ty go co?! - odparłem zdziwiony.
W sumie Swift mi mówił, że Holy od dawna się dziwnie zachowuje. Teraz już wiem dlaczego.
- Och, nie ważne. - jęknęła.- Proszę...
- Dobra, niech będzie. - machnąłem ręką. - Chodź... nie mamy czasu.
Nie minęło dziesięć minut, a już jechałem z nią autobusem.
- Więc, podoba ci się... mój przyjaciel? - spytałem, patrząc na nią kątem oka.
- Tak... - odrzekła, wzdychając. - Od zawsze, ale nie chciałam przekreślać naszej przyjaźni.
- Nie płacz... - urwałem, na co dziewczyna już była rozryczana całkowicie. - Serce mi się kraje od waszych łez...
Przytuliłem ją do siebie. Musiałem zachować się jak twardziel i przy niej schować łzy. Wkrótce dojechaliśmy do naszego celu.
- Powiesz mi coś? - spytała, ocierając swój rozmazany tusz. - Co ty widzisz w tej Dianie?
- Widzę w niej swoją matkę. - zaśmiałem się pod nosem. - Kocham ją za wszystko.
- Do prawdy... - burknęła.
- Czasami jest dla mnie chamska i jest nie do zniesienia. Mimo tego, że mam ochotę wyrzucić jej te kosmetyki, tylko by się pośpieszyła... - zacząłem się śmiać. - Po mimo tego, kocham ją najmocniej na świecie.
- Wow... zakręcony jesteś wokół niej jak słońce wokół ziemi. - stwierdziła.
- Coś w ten deseń.
Gdy znaleźliśmy się przy recepcji, zauważyłem ją. Była przykulona i totalnie zapłakana, szybko poszedłem do niej. Na mój widok podniosła głowę, a z jej oczu leciały strugi łez, już tego nie kontrolowała. Gdy na nią spojrzałem, też już nie mogłem tego długo trzymać. Znowu się poryczałem, przytuliłem ją mocno do siebie.
- Axel...on może umrzeć. Ja nie chcę! - krzyknęła żałośnie.
- Nie umrze. Będzie dobrze, tylko musisz w to wierzyć. Nathan to ogier jak żaden inny.. - urwałem, próbując się znowu nie poryczeć.- Przepraszam, że naruszam waszą przestrzeń... - wtrąciła się blondynka. - ale mogę wiedzieć co z nim jest?
- Nathan potrzebuje transfuzji... - sapnęłam. - Natychmiast.
- Co? Jak to? To twoja wina... mogłaś go szybciej ratować! - wskazała na Dianę palcem. - A tak to prawie się wykrwawił.
- Nie masz prawa tak o niej mówić! - miałem po dziurki w nosie ich negatywnych stosunków. - Gdyby nie ona, to by już nie żył. Rozumiesz?
- A ty jeszcze obwiniasz ją! - zza jego pleców wyłonił się Max. - Wszyscy jesteśmy winni, bez dyskusji. A jeśli zależy ci choć trochę na Nathanie, to przestań prowokować niepotrzebne kłótnie. Dla niego i ty i Diana jesteście bardzo ważne.
- Więc, ja teraz idę do lekarza, a wy się nie pozabijajcie, okej? - odparłem zdenerwowany, udając się w stronę gabinetu.
Więc zostawiłem dwie zawistnice na środku korytarza, a ja skierowałem swoje kroki do gabinetu z nazwiskiem Jefferson. Nieśmiale zapukałem, usłyszałem chrząknięcie i wszedłem do środka.
- Dzień dobry. - powiedziałem, siadając na krześle. - Mam sprawę
- O co chodzi? - spytał lekarz, patrząc na jakieś dokumenty.
- Słyszałem, że Nathan Swift potrzebuje transfuzji... - odparłem, wzruszając ramionami. - Mogę być dla niego dawcą.
- Ale..
- On ma A i ja mam A.
- Skąd ty....
- Znam go jak na wylot... więc co z tym robimy? - wycedziłem, drgając nerwowo nogą.
- Dobrze, więc nie mamy na co czekać! - wstał z krzesła. - Trzeba go ocalić i to ja najszybciej.