sobota, 30 kwietnia 2016

Rozdział:35

"- Tak wyszło. - zaczęli wzdychać.
- Nie wiesz o kim mówisz stary! - skarcił go Izak. - Nie mów, że to jest...
- Diana Evans. - a ich oczy automatycznie powiększyły się. 
- Załatw mi autogra-aaf.  - jęknął Miche.
- Proszę cię! - klęknął Izak. - To szansa jeden na milion.
- Luzik, mogę nawet wam koncert zorganizować. - na murawę weszła Diana i zaczęła śpiewać. 
Wtedy uświadomiłem sobie coś co już wiedziałem od początku. To dzięki niej moje życie stało się dużo prostsze i barwne. Obym tego nie spartolił. "


* Nathan's POV *



Odkąd ostatni raz rozmawiałem z Holly, dziewczyna widząc mnie, robi się dziwnie spięta i odwraca ode mnie wzrok. Nie wiem jak nazywają to dziewczyny... zakłopotaniem? Nigdy w sumie nie patrzyłem na nią jako na osobę odpowiednią dla mnie. Niestety, jestem typem chłopaka, który woli nie szukać dziewczyny na dłuższą metę. Bo kiedy patrzę na takiego Bobby'ego czy Blaze'a, to od serca im współczuję. Moim zdaniem, dziewczyny to same problemy, dlatego wolę je jako przyjaciółki i nic więcej.
- Ziemia do Nathana! - zamysłu wyrwał mnie głos Axel'a. - Słyszałeś co mówiłem? 
- Tak, pieprzyłeś coś o jej włosach...  - odchrząknąłem, zaczesując grzywę. - Kontynuuj.
- Nathan, ja cię rozumiem, że cię tym zanudzam. - klasnął w dłonie. - Ale kiedy ty mało się nie posikałeś ze szczęścia, opowiadając mi o swoim piesku, ja musiałem tego wszystkiego wysłuchiwać jakie to ma wspaniałe łapki... bla, bla, b l a.
- Oj no, Rick przynajmniej nie robi ze mnie pantofla. - odrzekłem, kaszląc.
- Słucham? 
- Tak, stałeś się pieskiem przy jej nóżce. - wybałuszył na mnie oczy. - Sory, ale kiedy zacząłeś z nią chodzić.... to cały czas tylko ona była i jest tematem naszym rozmowy.
- Jesteś zazdrosny...  - spytał rozbawiony, łapiąc się za brzuch.
- A nawet jeśli, to co? - wzburzyłem się. - Baby to jeden, wielki problem. Ale ty tego nie zrozumiesz bo jesteś zajęty, tak samo Eric, Bobby i Mark.
- Kiedy znajdziesz dziewczynę to zmienisz zdanie. - poklepał mnie po ramieniu. - Zobaczysz jakie to dziwne uczucie, kiedy Max będzie ci tak mówił.
- Ooo, zamknij się. - warknąłem, idąc przed siebie.
- Ej, a matma? Swift, wracaj no! - krzyczał.
Gdy tak szedłem wpadłem na Dianę, miałem ochotę przenieść się w czasie, żebym tylko na nią nie wpadł.
- O hej, Swift... - spojrzała na mnie dziwnie. - Czemu się na mnie patrzysz, jakbyś chciał mnie zabić?
- Nie ważne... 
- Bo co... jestem dziewczyną twojego przyjaciela?
- A żebyś ty wiedziała. - odburknąłem pod nosem.
- Co za dyskryminacja... - pokręciła głową. - O co ci chodzi? 
- Kuźwa.. o waszą rasę. Daj. mi. spokój. teraz. - wycedziłem, szybko koło niej przechodząc. 
Stanąłem obok drzwi do sali nr. 23. Wtedy, pojawiła się przy mnie Holy. Chyba tylko ona nie zachowuje się jak... inne dziewczyny. Jest normalna, po prostu - jest niezłym ziomkiem, który nie gada ciągle o tym, co znajdowało się w najnowszym numerze Glamour. Uśmiechnąłem się w jej stronę.
- Coś ruszyłeś z matmy? - szybko rzuciła przez ramię.
- Ymm, coś ty... - zaśmiałem się w twarz. - Może raz otworzyłem książkę jak oglądałem kolejny odcinek Flash'a.
- Ja nie mam oceny. - odparła, gryząc dolną wargę. - Wiesz co to oznacza?
- Izi, twierdzenie Pity-iten coś tam i  jakaś funkcja... to będziesz wiedzieć. - dźgnąłem ją w bok. - Jakby co, masz mnie.
Wtedy weszła do klasy, moja ukochana pani Hemmings. Od początku nagminnie ją wkurzałem, nawet tym kiedy najzwyczajniej w świecie oddychałem. Wszyscy twierdzą, że jestem strasznie odważny, ponieważ ona jest taka straszna, a ja obalam ten wielki mit za każdym razem kiedy rzucam jej krótkie teksty. 
- Dzień dobry. - odparła, po czym spojrzała na mnie. - Swift tobie też, ale po twojej buzi, wnioskuje że, prawdopodobnie będziesz mieć problemy gastryczne, kiedy cię popytam. 
- Ha, dobry dzionek się zapowiada, proszę panią! - sapnąłem, bębniąc w ławkę palcami. - Ale spokojnie... dzisiaj nic mi nie grozi! Bo właśnie wczoraj okazało się, że mam szczęśliwy numerek! 
- Czyżby...
- A tak chciałem spełnić pani marzenie... Może innym razem?
Kobieta  tylko ostro na mnie spojrzała i usiadła przy biurku, przesunęła myszką po monitorze.
 - Do odpowiedzi w takim razie... - poprawiła okulary. - panienka Perkins.
Dźgnąłem ją w bok, a dziewczyna nagle zbladła. Ogólnie rzecz biorąc Andie (znaczy pani Hemmings), tak jak mówiłem wcześniej to postrach uczniów. Ale ja wyznaję wiarę w prawdziwych śmierciożerców, a ona do tego grona niestety nie należy. To nędzny rudy przyjaciel Ron.
- Witam panią, widzę po tobie, że na pewno wiesz, co to jest... Funkcja, o! - klasnęła w dłonie. - Właśnie co to jest funkcja, argument?
Dziewczyna przełknęła nerwowo ślinę, tymczasem ja szybko otworzyłem książkę na danym pojęciu, mrugnąłem w jej stronę i szeptem przekazałem odpowiedź.
- Okej, dobrze. - spojrzała po klasie. - Może teraz narysuj trójkąt i-ii...
- Proszę pani wystarczy... dziewczyna się uczyła. - sapnąłem, kładąc nogi na stole.
- Swift, skąd możesz to wiedzieć?  - warknęła, podchodząc do mnie. - Jesteś bezczelny, przeszkadzając mi podczas lekcji.
- Wcale nie przeszkadzam... przypominam pani, że takie pytanie tylko zabiera nam nasz cenny czas.
- Zostaniesz po lekcjach to wtedy pogadamy... na serio. - ja tylko wzruszyłem ramionami.
- Dobrze, Nathan cię uratował. - spojrzała na zestresowaną Holly. - Dostajesz -4... a teraz, siadaj, przejdziemy do lekcji.
I właśnie wtedy zabrzmiał ukochany dzwonek. Tak wygląda każda matematyka. Gdy już miałem zarzucony plecak na jedno ramię, kobieta zatrzymała mnie w drzwiach.
- Muszę ci coś powiedzieć... - zaczęła niepewnie.
- Od kiedy my jesteśmy na "T"? 
- Nathan... na litość boską utrudniasz to wszystko.. - złapała się za głowę.
- Skoro tak... to wyjdę i będzie problem z głowy.
- Posłuchaj mnie Nathan... - złapała mnie za ramię. - Jestem siostrą twojej matki. 
- Proszę panią prima aprilis już było...
- Ale taka jest prawda... - oparła ręce na biurku.
- Nie... to nie możliwe... - urwałem, siadając na ławce. - Mój tata powiedział mi wszystko na ten temat...
- Twój ojciec nie powiedział ci całej prawdy o niej.
- Jak to? - zacząłem się śmiać. - Zresztą... skąd pani może to wiedzieć? 
- To wszystko dla twojego dobra. - zaczęła do mnie podchodzić.
- Co ma pani na myśli?
-  Bardzo trudno mi o tym mówić. - odwróciła ode mnie wzrok. - Twoja matka nie zginęła w wypadku.
- Jest pani w błędzie... - zatrzymałem ją. - Widziałem czarny worek... widziałem jak ją wynosili...
- Twoja matka miała schizofrenię i dlatego  zabiła się. 
Zatkało mnie, nie wiedziałem co zrobić, a moje ciało zdrętwiało. To nie możliwe... więc ta cała cnotliwa historyjka to zwykła bujda dla małego dziecka.
- Słucham? - sapnąłem, łapiąc się za głowę. - Nie, nie, n i e.
Myśl, że we mnie może być jej pierwiastek obrzydziło mnie aż po kości.
- Musiałam ci to powiedzieć. - złapała mnie za ramię. - Nie mogłabym żyć ze świadomością, że jej własny syn myśli, że zginęła w wypadku przez swoje pijańśtwo... To nie tak, ona bardzo kochała ciebie i twego ojca..
- Dość. - odparłem szybko, gdyż nie chciałem tego słuchać.
Moja świadomość nie mogła dopuścić, tego co ona do mnie powiedziała.
- Póki nie chwyciła po pistolet i się nie zastrzeliła. - dokończyła, a ja zagryzłem dolną wargę i spojrzałem jej prosto w oczy.
- To dlatego tak się do mnie przyczepiłaś co? - warknąłem w jej stronę. - Tępiłaś mnie na każdej lekcji, bo chciałaś sprawdzić czy tak jak moja matka mam nie po kolei w głowie? Jestem obiektem twoich badań... - wrzasnąłem, waląc w jej biurko. - Jesteś chora!
- Uspokój się. - odparła, gładząc mnie po ręce.
- Wy dorośli jesteście dosłownie chorzy. - pokręciłem głową, wyrywając się spod jej uścisku. - Ukrywacie wszystko co złe, a potem nagle, po dłuższym czasie zabijacie psychicznie swoje dzieci.
- Nathan... to nie tak. Uwierz mi. - próbowała mnie zatrzymać.
- Myślałem, że tata chce dla mnie jak najlepiej. Ale najwidoczniej, też chciał poobserwować mnie czy nie wybuchnę lub nie rzucę się z mostu.. Fajnie się bawicie! Jak na was patrzę, to nie chce dorastać... Dorosłość to życiowy przegryw.
- I dlatego nie chciałam żeby...
- Zamknij mordę!  - krzyknąłem, wywracając ławkę.
Wtedy poczułem się dziwnie. Może i ja jestem chory? Nie wiem, nie chce wiedzieć, chce iść gdzieś, gdzieś daleko od tego wszystkiego. Wybiegłem z sali.

* Diana's POV *



- O hej, Swift...  Czemu się na mnie patrzysz, jakbyś chciał mnie zabić?
- Nie ważne... 
- Bo co... jestem dziewczyną twojego przyjaciela?
- A żebyś ty wiedziała. - odburknął pod nosem.
- Co za dyskryminacja... - pokręciłam z poirytowania głową. - O co ci chodzi? 
- Kuźwa.. o waszą rasę. Daj. mi. spokój. teraz. - wycedził przez zęby.
Sama nie wiem co z nim nie tak dzisiaj. Jest jakiś dziwnie rozdrażniony. Uważa, że kobiety to problem, co za kłamstwo! Otóż u mnie jest odwrotnie, może miałabym inne zdanie gdyby nie Jude, pewnie nadal bym uważała, że mężczyźni to najwspanialsza rzecz na świecie. I kiedy idę sama, czy to do kawiarni, czy do szkoły, to z tyłu głowy boje się o swoje życie, które zostanie odebrane przez jakiegoś podejrzanego typa. Stałam właśnie pod jego salą, zaczęłam się lekko denerwować, ponieważ pani Hemmings już długo tam trzyma. Niby to tak nieładnie przerywać w rozmowie, ale wolę sprawdzić co się tam dzieje. Gdy weszłam do sali, zastałam kompletny bałagan. Kobieta natomiast stała z wzrokiem wbitym w podłogę.
- Co ty tu robisz? - spytała cicho, krzyżując ręce na piersi.
- Chciałam sprawdzić, dlaczego pani tak długo trzyma Nathan'a, ale...
- Jak widzisz nie ma go. - rozłożyła bezradnie ręce. - Wybiegł.
- O co tu chodzi? - zaczęłam podnosić ławkę. - Co tu się stało?
 Wtedy pani Hemmings opowiedziała mi wszystko. O jego matce, która popełniła samobójstwo oraz o tym, że ona była jej siostrą.
- Po co ja mu mówiłam? - jęknęła, kucając.
- Prędzej czy później, dowiedziałby się. Ale niech pani nie płacze, musimy go poszukać. - podałam jej chusteczkę. - Pani zadzwoni do jego taty, a ja zorganizuje grupkę poszukiwawczą i go poszukamy.
- Oby nie było za-a późno...
- Proszę się nie zamartwiać, wszystko będzie dobrze. - odparłam, głaszcząc ją po plecach.
Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że największa jędza w tej szkole, będzie ryczeć mi na ramieniu jak mała dziewczynka, która wywróciła się na kamienistej drodze. Ale to jest nie ważne, najważniejsze jest teraz aby go znaleźć. Szybko udałam się w poszukiwaniu Blaze'a, zauważyłam go koło szafek, właśnie gadał z Markiem. 


* Axel's POV *



Właśnie trzymałem w dłoni, książkę do angielskiego, kiedy obok mnie pojawił się Mark. Przeraził mnie, kiedy zamknął mi szafkę przed nosem. 
- Cześć.
- H-hej. - chrząknąłem.
- Czy ty mnie unikasz? - spytał, patrząc na mnie podejrzliwie.
Okej - zacząłem się bać, że na każdym kroku będę się spotykać z Markiem, za każdym razem widzę jego pięść i złą twarz i wtedy dostaję wielkie kuku w okolicy mego krocza.- Nie-ee. - urwałem, a chłopak uniósł brew do góry.
- Boisz się mnie.
- Co? Co-oś ty.
- Stary, spokojnie. - poklepał mnie po plecach, a ja podskoczyłem. - Ufam ci, a dopóki ci ufam.. to wszystko jest dobrze. 
- Skoro tak mówisz... 
I wtedy podeszła do nas spanikowana Diana.
- Oke-ej, co tu się wyrabia? - spytała, patrząc to na mnie, to na Marka.
- Rozmawiamy kochanie... w końcu jesteśmy przyjaciółmi. 
Dziewczynie najwidoczniej ulżyło, ale wciąż ją coś trapiło.
- Nathan. On. Matka...  - wydukała, po czym nie mogłam unormować swojego oddechu.
- Ey Diana... spokojnie. - złapałem ją za ramię.
- Wyjaśnię wam to po drodze, musimy zebrać jak najwięcej ludzi i musimy go poszukać.
Na te słowa, serce mi stanęło. Nie wiedziałem co powiedzieć. Nathana zawsze uważałem, za młodszego, nieodpowiedzialnego braciszka. Na tą wiadomość, normalnie mi się "matczyny instynkt" włączył.
- Co? - sapnąłem, ale dziewczyna już mi nie odpowiedziała, tylko złapała mnie za rękę. Jak to?
Udaliśmy się jeszcze po Bobby'ego, Celię, Silvię, Eric'a, Max'a i tą jego przyjaciółkę - Holly. Około godziny piętnastej cała nasza grupka się zebrała pod szkołą.
- Nie ma co zwlekać. - sapnęła Diana, krzyżując ręce. 
- Poczekaj... Teraz powie mi ktoś do cholery, o co chodzi? - spytała wzburzona Holly.
- Chodzi o to, że... pani Hemmings jest jego ciocią. 
- C o. - wydukała reszta.
- ...Powiedziała mu prawdę o matce. Otóż... kiedy Nathan miał zaledwie dwa latka, ona wyszła z bronią w las i-ii.. zastrzeliła się. - przełknęła ciężko ślinę. - Dla jego dobra i bezpieczeństwa ojciec powiedział mu, że zginęła w wypadku. 
- Nathan może być chory? - wypalił Max, a ja palnąłem go w głowę. 
- Matko... tej Hemmings na łeb padło! - warknęła dziewczyna w jej stronę.
- Może i tak... ale Nathanowi należała się prawda. - odrzekła Diana. - Po mimo, że jest dla niego bolesna.
- Racja, ale dość gadaniny! Czas go szukać. - wtrącił się Eric, idąc przodem.
Zaczęliśmy się rozglądać dosłownie wszędzie, nawet sprawdziliśmy cmentarz, ale bez żadnych rewelacji. Jego komórka była kompletnie wyłączona.
- Wiem, chyba gdzie może być... - szepnęła Holy.
- Gdzie? - Nie, nie mów, że...  - jęknęła Diana, przytulając się do mnie. - poszedł na most.
- Niestety... tylko to miejsce obstawiam. - odparła blondynka, gryząc wnętrze policzka.
Cała nasza grupka zaczęła szybko biec w kierunku mostu. Mamy jeden most i jedną rzekę. Modliłem się, że dotrzemy na czas...

* Holly's POV *



Niech to... to był błąd, że musiałam zostawić go samego. Gdyby mi nikt nie powiedział o tym, nadal bym myślała, że wszystko jest z nim okej. Stałam przy szafce i wyjmowałam puszkę Redbull'a, kiedy podeszła do mnie ta Diana. Ogólnie nie znam tej laski, ale nie wygląda mi na to, żebyśmy sobie przypadły sobie do gustu. Kiedy zauważyłam ją obok Swift'a, mało mnie nie rozdarło w środku. 
- Holy... mam sprawę.
- Czego.
- Dobra, postawmy sprawę jasno. - trzasnęła mi szafką przed nosem. - Wiem, że nie pałasz do mnie sympatią. 
- Tego nie powiedziałam. - spuściłam z niej wzrok.
- Chcę ci tylko powiedzieć, że Nathan zniknął i nie wiemy gdzie teraz jest...
- Co jest? - zgniotłam puszkę.
- Właśnie zaczniemy go szukać, więc jeśli cię to obchodzi...
- Mów co i jak. - sapnęłam.
- Chodź za mną. 
I tak właśnie znajduję się tutaj, zesrana po pachy ze strachu. Zbiórka była na piętnastą - pod szkołą, gdy cała sielanka się zebrała, brunetka stanęła na środku. Niby tu mówi, że nie chce być najważniejsza, a cały czas ona jest w centrum uwagi.
- Nie ma co zwlekać. 
- Poczekaj... Teraz powie mi ktoś do cholery, o co chodzi? - spytałam wzburzona.
- Chodzi o to, że... pani Hemmings jest jego ciocią. 
- C o. - wydukała reszta.
- ...Powiedziała mu prawdę o matce. Otóż... kiedy Nathan miał zaledwie dwa latka, ona wyszła z bronią w las i-ii.. zastrzeliła się. - przełknęła ciężko ślinę. - Dla jego dobra i bezpieczeństwa ojciec powiedział mu, że zginęła w wypadku. 
- Nathan może być chory? - wypalił Max, a Axel palnąłem go w głowę. 
- Matko... tej Hemmings na łeb padło! - pokręciłam na to wszystko ręką.
- Może i tak... ale Nathanowi należała się prawda. - odrzekła Diana. - Po mimo, że jest dla niego bolesna.
- Racja, ale dość gadaniny! Czas go szukać. - wtrącił się Eric, idąc przodem.
Zaczęliśmy się rozglądać dosłownie wszędzie, nawet sprawdziliśmy cmentarz, ale bez żadnych rewelacji. 
- Wiem, chyba gdzie może być... - szepnęłam przerażona torem moich myśli.
- Gdzie? - Nie, nie mów, że...  - jęknęła Diana, przytulając się do blondyna. - poszedł na most.
- Niestety... tylko to miejsce obstawiam. - odparłam, gryząc wnętrze policzka.
Cała nasza grupka zaczęła szybko biec w kierunku mostu. Mamy jeden most i jedną rzekę. Proszę Nathan... nie rób nic głupiego.

* Nathan's POV *



Wybiegłem z tego miejsca najszybciej jak tylko jak potrafiłem. Ale to nic nie pomogło, wręcz przeciwnie. Czułem się jak wyrzutek, czułem się jak wirus, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć by nie zanieczyszczać środowiska. Dorośli bawią się uczuciami dziećmi, a potem znajdują najgorsze wytłumaczenie, że to niby dla naszego dobra. Chwyciłem się za głowę, po tym co usłyszałem, zrozumiałem, że nie mogę z tym dalej żyć. Ona nie zginęła bo była napita.... zabiła się bo była po prostu stuknięta. Ale to nie zmienia faktu, że w pewien sposób mnie osierociła. A czekaj, zostawiła mi swoją cząstkę, którą jest prawdopodobnie jej choroba. Jak ja będę grał w piłkę, rozmawiał z ludźmi? Nie chcę, nie chcę o tym myśleć. Najlepiej skończyć żywot, zanim choroba się zacznie. Jestem panem życia i nie zamierzam utrudniać innym spokojne szczęście przez swoje kuku na muniu. Ujrzałem przed sobą most, to było moje jedyne wyjście. Wspiąłem się więc na budowle i stanąłem na niej, oglądając wodę. Widząc swoje oblicze, coraz bardziej chciałem stąd zniknąć. Rozłożyłem ręce, gdy nagle usłyszałem za sobą damski głos - to Holly. Odwróciłem głowę w jej stronę. Zacząłem płakać nad swoim nędznym jak cholera losem. 
- Czekaj! - wrzasnęła.
- Nie rób tego! - podbiegła do niej Diana.
- Holly, odejdź. - krzyknąłem, patrząc na niebo. - Jestem potworem! 
Nagle zobaczyłem jakąś twarz. To była kobieta, uśmiechała się do mnie. Czyżby była to ona? Moja matka?
- Nathan złaź. - udarła się blondynka, drąc mnie za rękę.
Odepchnąłem ją od siebie, a dziewczyna opadła na ziemię. Ponownie rozłożyłem ręce jak ptak, który wznosi się do lotu.
- Nie zostawiaj nas, proszę... - jęknął tym razem inny damski głos, to była Diana.
Nie chciałam już patrzeć ludziom w oczy, czy oni nie widzą, że ja po prostu ich chronię przed moim nieobliczalnym alterego?- Nie rozumiesz mnie... - odparłem, wzdychając. - Odejdź stąd. Zostaw mnie. 
- Wiemy wszystko... - spojrzałem w stronę Blaze, który też znalazł się obok dziewczyn. - Będziemy cię wspierać, jeśli chcesz... razem z nami zrobisz badania. Tylko daj sobie pomóc do cholery! 
- Na to już za późno.. - jęknąłem.
- Swoją śmiercią nie zdziałasz nic. - pokręcił na mnie głową. - Wyrządzisz nam i twojemu ojcu wielką krzywdę. Po prostu trzeba stawić prawdzie prosto w oczy... nieważne jaka jest. 
Axela od zawsze ceniłem za to, że jest bezpośredni i szczery. To mi się w nim podobało, był mi jak brat, którego nigdy nie miałem. 
- Ach, tak? To powinien zrobić? - zacząłem wymachiwać rękami, przez co zacząłem się lekko chwiać. - To moja decyzja, Blaze. Uszanuj ją, jeśli jesteś moim przyjacielem.
- Nigdy. - syknął. - Nie będę był w stanie zaakceptować czegoś takiego głupiego. Stary, życie to piękna rzecz, mimo, że często spadają na nas jakieś niespodziewane gówna. Trzeba trzymać gardę do góry i iść dalej, a nie zabijać się. Rozumiem, że to chodzi o twoją rodzinę.. 
- Do prawdy? - wymamrotałem. - Co ty możesz o tym wiedzieć?
- Jeśli jesteś taki silny za jakiego się wydajesz, a wierzę, że jesteś, to dasz sobie radę. - rozłożył ręce. - Masz przyjaciół, masz wszystko. Tylko do cholery, zejdź z tego mostu.
Pokręciłem głową, nikt mnie nie rozumie. Nie jestem silny to tylko poza, tak na prawdę jestem słaby jak cholera. Prawie całe dzieciństwo wpieprzałem tabletki na uspokojenie, a mój ojciec antydeprestany. Później jak trafiłem do podstawówki, poznałem Max'a, który zaraził mnie pozytywną energią. Teraz jesteśmy w gimnazjum i jest nieźle, a raczej było do teraz, do tego momentu. Nienawidzę jej i tego jak szybko zniszczyła moje szczęście, spojrzałem na dół i zdałem sobie sprawę, że jest trochę wysoko, ale to nieważne. Zamknąłem zapłakane oczy i pochyliłem się do dołu, nawet nie zauważyłem jak szybko poleciałem w dół, poczułem lekkie opory wiatru. Nagle uderzyłem mocno o podłoże i zaczęła mnie boleć głowa. To już chyba mój koniec... żegnajcie.

* Diana's POV *




- Czekaj! - wrzasnęła Holly, gdy tylko dotarliśmy na miejsce.
Nathan stał na moście i patrzył w naszą stronę pustym wzrokiem.
- Nie rób tego! - wydukałam, cała zdyszana.
- Holly, odejdź. - krzyknął. - Jestem potworem! 
Zapatrzył się nagle w niebo jakby coś tam zobaczył, a na jego twarzy pojawił się grymas.
- Nathan złaź. - udarła się blondynka, drąc go za rękę.
Odepchnął ją od siebie, a dziewczyna opadła na ziemię. Ponownie rozłożył ręce jak ptak, który wznosi się do lotu.
- Nie zostawiaj nas, proszę... - jęknęłam żałośnie.- Nie rozumiesz mnie... - odparł, wzdychając. - Odejdź stąd. Zostaw mnie. 
- Wiemy wszystko... - wtuliłam się tors Axela, który podbiegł do nas. - Będziemy cię wspierać, jeśli chcesz... razem z nami zrobisz badania. Tylko daj sobie pomóc do cholery! 
- Na to już za późno.. - jęknął.
- Swoją śmiercią nie zdziałasz nic. - pokręcił na niego zrezygnowany głową. - Wyrządzisz nam i twojemu ojcu wielką krzywdę. Po prostu trzeba stawić prawdzie prosto w oczy... nieważne jaka jest. 
- Ach, tak? To powinien zrobić? - zaczął wymachiwać rękami, przez co zaczął się lekko chwiać. - To moja decyzja, Blaze. Uszanuj ją, jeśli jesteś moim przyjacielem.
- Nigdy. - syknął. - Nie będę był w stanie zaakceptować czegoś takiego głupiego. Stary, życie to piękna rzecz, mimo, że często spadają na nas jakieś niespodziewane gówna. Trzeba trzymać gardę do góry i iść dalej, a nie zabijać się. Rozumiem, że to chodzi o twoją rodzinę..
- Do prawdy? Co ty możesz o tym wiedzieć?
- Jeśli jesteś taki silny za jakiego się wydajesz, a wierzę, że jesteś, to dasz sobie radę. - rozłożył ręce, wskazując na naszą grupkę. - Masz przyjaciół, masz wszystko. Tylko do cholery, zejdź z tego mostu.
Spojrzałam na jego postać, rozłożył ręce i poleciał w dół. Zaczęłam krzyczeć i płakać za razem. Zamknęłam z przerażenia oczy i usłyszałam tylko dźwięk upadku, zapewne jego ciało twardo zderzyło się z podłożem. Axel przytulił mnie do siebie, ale ja go odepchnęłam od siebie, szybko poleciałam na miejsce zdarzenia, a za mną Holy. Zobaczyłam go, jego drętwe ciało, miał zamknięte oczy, leżał nieruchomo. - Na co czekacie? - krzyknęłam w stronę Eric'a i Bobby'ego, którzy stali jak słupy, nieruchomo. - Dzwońcie po pogotowie, no już!
Obróciłam chłopaka, a jego twarz była zmasakrowana, a na niej znajdowało się mnóstwo krwi. Ale to się nie liczyło, liczyło się jego życie, liczył się czas. Sprawdziłam puls, który był mało wyczuwalny, zaczęłam resuscytację. Dławiłam się przy tym łzami, ale wykonywałam wszystko zgodnie ze schematem. 
- Już jadą. - rzucił Eric, głaszcząc mnie po plecach.
A ja nadal nie przestawałam. Po może dziesięciu minutach przyjechała karetka, wybiegli z niej ratownicy.
- I jak? - spytał jeden z nich. 
- Puls mało wyczuwalny. - przetarłam twarz. - Trzeba go szybko podłączyć do tlenu. Jadę z wami. 
- Nie może pani...
- Właśnie, że mogę i muszę tam z nim być. - spojrzałam na nich znacząco. - To dla mnie ważna osoba i nie będę siedzieć spokojnie na dupie, kiedy on będzie tu powoli umierał.
Obaj westchnęli i wpakowali chłopaka do pojazdu, a ja wraz z nimi wsiadłam do furgonetki. Szybko dotarliśmy na miejsce, a chłopak został przewieziony na blog operacyjny. Nie dziwię się, w końcu porządnie przywalił głową i to z dość sporej wysokości. Zacisnęłam ręce z bezsilności. Gdybym mogła go powstrzymać... ale ja stałam jak głupia krowa, nie wiem na co czekałam... Żadne z nas go nie zatrzymało. Usiadłam zmęczona tym wszystkim na jednym z krzeseł. Operacja trwała dość długo, a pielęgniarki z bloku wychodziły i wracały - t tak cały czas. Po chwili podszedł do mnie lekarz Jefferson.
- Dobry wieczór.
- Dobry wieczór, co z Nathan'em Swift'em? - spytałam, łapiąc go za rękę.
- Zanim pani powiem tę informację, to kim pani dla niego jest? - spytał podejrzliwie.
Wahałam się nad swoją odpowiedzią. Albo "narzeczona" albo "siostra". 
- Siostra. - sapnęłam, łapiąc się za głowę. 
- Dobrze. - przewrócił kartki. - Otóż pański brat został poddany operacji, na szczęście zakończyła się pomyślnie. 
- Dzięki Bogu! - westchnęła Holly.
- Natomiast pacjent stracił dużo krwi. - skrzywił się. - Niestety potrzebna jest nam szybka transfuzja.
Jestem w kompletnej dupie, palnęłam taką głupotę - nie wiem, jak się z niej wykaraskam. Ja i on mamy zupełnie inne grupy krwi, oby nie zadał tego pytania. Oby!
- A więc to chyba tyle... będziemy panią informować na bieżąco. - odparł, udając się do swojego gabinetu.
Usiadłam na krześle i ponownie zaczęłam ryczeć. Świadomość tego, że mój najlepszy przyjaciel może umrzeć, a ja nie mogę mu pomóc - mnie dobija. W końcu jest dla mnie jak brat, każde wspomnienie pamiętam, zupełnie jakby było wczoraj.
"- Co jest? - spytał, łapiąc mnie za ramiona.
- Właśnie widziałam Axel'a całującego Nelly.. - próbowałam przełknąć wielką gulę w gardle. - Jest po prostu cudownie!
- Czy chcesz...
- Dajcie mi wszyscy święty spokój. - krzyknęłam mu w twarz. 
Chłopak przytulił mnie do siebie. 
- Chodź. - odrzekł, łapiąc mnie za rękę.
Nasze kroki zmierzały do pobliskiego parku. Usiedliśmy na jednej z ławek.
- A więc.. - nakłaniał mnie do otwarcia się
- Nathan... - jęknęłam, bo z trudem przychodziło mi powiedzenie, tych właśnie słów. - Ja go kocham do cholery!
- Może to nie porozumienie... - próbował sam siebie przekonać
- Nie broń go. - odrzekłam, ocierając kolejną łzę. - Widziałam to wszystko!
- Nie bronię. Mówię co myślę. Dałaś mu się w ogóle wytłumaczyć? - spytał, nadal trzymając moją rękę.
- Myślisz, że sobie to wymyśliłam, tak? - sapnęłam.
- Diana ty widziałaś jedną stop klatkę, a pozostała część filmu może być zupełnie inna. 
Podkuliłam nogi i zasłoniłam głowę. Nagle usłyszałam kroki, podniosłam głowę i moim oczom ukazał się Axel, który nie był sam, była z nim też Holly. Szybko podbiegłam do blondyna, który również nie wytrzymał nerwowo i zaczął ryczeć. Staliśmy wtuleni i zapłakani raptem pięć minut.
- Axel...on może umrzeć. Ja nie chcę! - krzyknęłam, na co chłopak złapał mnie za podbródek.
- Nie umrze. Będzie dobrze, tylko musisz w to wierzyć. Nathan to ogier jak żaden inny.. - urwał, próbując się znowu nie poryczeć.- Przepraszam, że naruszam waszą przestrzeń...   - wtrąciła się blondynka. - ale mogę wiedzieć co z nim jest?
Podeszłam w jej stronę.
- Nathan potrzebuje transfuzji... - sapnęłam. - Natychmiast.
- Co? Jak to?  To twoja wina... mogłaś go szybciej  ratować! - wskazała na mnie palcem. - A tak to prawie się wykrwawił.
Teraz to przesadziła! Już miałam jej przywalić, ale w tym momencie, nie miałam na to najmniejszej ochoty. Po tym jak dostałam od Nelly, wolę się w takie coś po prostu nie wdawać.
- Nie masz prawa tak o niej mówić! - stanął w mojej obronie Axel. -Gdyby nie ona, to by już nie żył. Rozumiesz? 
- A ty jeszcze obwiniasz ją! - zza jego pleców wyłonił się Max. - Wszyscy jesteśmy winni, bez dyskusji. A jeśli zależy ci choć trochę na Nathanie, to przestań prowokować niepotrzebne kłótnie. Dla niego i ty i Diana jesteście bardzo ważne. 
- Więc, ja teraz idę do lekarza, a wy się nie pozabijajcie, okej? - odparł zdenerwowany blondyn, udając się w stronę gabinetu.
Wtedy mnie olśniło, Nathan ma grupę A tak samo jak Axel! No tak! W końcu nie bez powodu, nazywają siebie braćmi krwi.

* Axel's POV *





- Ach, tak? To powinien zrobić? - zaczął wymachiwać rękami, przez co zaczął się lekko chwiać. - To moja decyzja, Blaze. Uszanuj ją, jeśli jesteś moim przyjacielem.
- Nigdy. Nie będę był w stanie zaakceptować czegoś takiego głupiego. Stary, życie to piękna rzecz, mimo, że często spadają na nas jakieś niespodziewane gówna. Trzeba trzymać gardę do góry i iść dalej, a nie zabijać się. Rozumiem, że to chodzi o twoją rodzinę.. 
- Do prawdy? - wymamrotał. - Co ty możesz o tym wiedzieć?
- Jeśli jesteś taki silny za jakiego się wydajesz, a wierzę, że jesteś, to dasz sobie radę. - rozłożyłem ręce. - Masz przyjaciół, masz wszystko. Tylko do cholery, zejdź z tego mostu.
Karetka odjechała, a ja nadal klęczałem nad kałużą jego krwi. Nie mogę pojąć jak to się stało. Mogłem go wtedy nie zostawiać, a najlepiej nie odstępywać od niego na krok. Ale ja sobie poszedłem, bo myślałem, że sobie poradzi. Zapomniałem o tym, że to bardzo wrażliwy chłopak - czuję się strasznie głupi. Pierwszy raz w życiu z tego wszystkiego zacząłem ryczeć jak dziecko. Obok mnie pojawił się Mark.
- Stary... Nie płacz. - powiedział z troską, klepiąc mnie po plecach.
- Jak mam tego nie robić? - wydukałem. - Jestem najgorszym przyjacielem na świecie... Kiedy mnie najbardziej potrzebował, to go opuściłem. 
- Nie miałeś na to wpływu. - odparł spokojnie. - Nawet gdybyś przy nim był, to i tak by to zrobił. 
- Ale...
-  Nie ma a l e Axel. - powstrzymał mnie. - Nie jesteś złym przyjacielem... Zawsze uważałem, że jesteś jego Aniołem Stróżem i nadal uważam. 
- Wygląda na to... że spaprałem swoją robotę.
- Nie użalaj się... jedź do niego, do Diany. - jak powiedział tak zrobiłem. 
Szybko się otrzepałem i udałem się na najbliższy przystanek. Gdy byłem już w połowie drogi, usłyszałem krzyk za sobą. Przed sobą ujrzałem Holy.
- Jadę z tobą. 
- Chyba śnisz... Tam jest i tak już tłok.
- Blaze.... - zagryzła wargę. - Ja go kocham...
- Ty go co?! - odparłem zdziwiony.
W sumie Swift mi mówił, że Holy od dawna się dziwnie zachowuje. Teraz już wiem dlaczego.
- Och, nie ważne. - jęknęła.- Proszę... 
- Dobra, niech będzie. - machnąłem ręką. - Chodź... nie mamy czasu. 
Nie minęło dziesięć minut, a już jechałem z nią autobusem.
- Więc, podoba ci się... mój przyjaciel? - spytałem, patrząc na nią kątem oka.
- Tak... - odrzekła, wzdychając. - Od zawsze, ale nie chciałam przekreślać naszej przyjaźni.
- Nie płacz... - urwałem, na co dziewczyna już była rozryczana całkowicie. - Serce mi się kraje od waszych łez...
Przytuliłem ją do siebie. Musiałem zachować się jak twardziel i przy niej schować łzy. Wkrótce dojechaliśmy do naszego celu.
- Powiesz mi coś? - spytała, ocierając swój rozmazany tusz. - Co ty widzisz w tej Dianie?
- Widzę w niej swoją matkę. - zaśmiałem się pod nosem. - Kocham ją za wszystko.
- Do prawdy... - burknęła.
- Czasami jest dla mnie chamska i jest nie do zniesienia. Mimo tego, że mam ochotę wyrzucić jej te kosmetyki, tylko by się pośpieszyła... - zacząłem się śmiać. - Po mimo tego, kocham ją najmocniej na świecie.
- Wow... zakręcony jesteś wokół niej jak słońce wokół ziemi. - stwierdziła.
- Coś w ten deseń. 
Gdy znaleźliśmy się przy recepcji, zauważyłem ją. Była przykulona i totalnie zapłakana, szybko poszedłem do niej. Na mój widok podniosła głowę, a z jej oczu leciały strugi łez, już tego nie kontrolowała. Gdy na nią spojrzałem, też już nie mogłem tego długo trzymać. Znowu się poryczałem, przytuliłem ją mocno do siebie.
Axel...on może umrzeć. Ja nie chcę! - krzyknęła żałośnie.
- Nie umrze. Będzie dobrze, tylko musisz w to wierzyć. Nathan to ogier jak żaden inny.. - urwałem, próbując się znowu nie poryczeć.- Przepraszam, że naruszam waszą przestrzeń...   - wtrąciła się blondynka. - ale mogę wiedzieć co z nim jest?
- Nathan potrzebuje transfuzji... - sapnęłam. - Natychmiast. 
- Co? Jak to?  To twoja wina... mogłaś go szybciej  ratować! - wskazała na Dianę palcem. - A tak to prawie się wykrwawił.
- Nie masz prawa tak o niej mówić! - miałem po dziurki w nosie ich negatywnych stosunków. - Gdyby nie ona, to by już nie żył. Rozumiesz? 
- A ty jeszcze obwiniasz ją! - zza jego pleców wyłonił się Max. - Wszyscy jesteśmy winni, bez dyskusji. A jeśli zależy ci choć trochę na Nathanie, to przestań prowokować niepotrzebne kłótnie. Dla niego i ty i Diana jesteście bardzo ważne. 
- Więc, ja teraz idę do lekarza, a wy się nie pozabijajcie, okej? - odparłem zdenerwowany, udając się w stronę gabinetu.
Więc zostawiłem dwie zawistnice na środku korytarza, a ja skierowałem swoje kroki do gabinetu z nazwiskiem Jefferson. Nieśmiale zapukałem, usłyszałem chrząknięcie i wszedłem do środka.
- Dzień dobry. - powiedziałem, siadając na krześle. - Mam sprawę
- O co chodzi? - spytał lekarz, patrząc na jakieś dokumenty.
- Słyszałem, że Nathan Swift potrzebuje transfuzji... - odparłem, wzruszając ramionami. - Mogę być dla niego dawcą. 
- Ale..
- On ma A i ja mam A.
- Skąd ty....
- Znam go jak na wylot... więc co z tym robimy? - wycedziłem, drgając nerwowo nogą. 
- Dobrze, więc nie mamy na co czekać! - wstał z krzesła. - Trzeba go ocalić i to ja najszybciej.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Rodział:34


"- Dobra, ale jak ją zabiję... - odparłem, klepiąc go po plecach. -  to ty płacisz za grabarza.
- Oczywiście. - odparł, podnosząc brwi.
Dziewczyna tak jak mówiła stanęła na samym środku boiska. Zaczęliśmy biec w jej kierunku, linie naszych kroków przecięły się dokładnie obok dziewczyny. Wtedy nasza trójka wzniosła się w górę jak na skrzydłach i posłaliśmy piłkę do bramki i opadliśmy na ziemię.
- To było koza-aackie! - krzyknął podniecony strzałem Todd.
- Teraz już nikt nas nie powstrzyma. - powiedział Jude, klepiąc mnie po plecach. 
- Wszystko w rękach Magika boiska. - dodał Axel, uśmiechając się. "


* Diana's POV *



Pamiętacie jak mówiłam, że z tą relacją nie będę się śpieszyć? Axel ma rację, nie potrafię dotrzymywać słowa nawet sobie. Nie minęły dwa tygodnie, a ja jestem u niego w domu, nie mówiąc, że leżę wraz z nim łóżku. Teraz właśnie przygotowuje nam śniadanie, stary zegar oznajmia mi, że zbliża się siódma rano. Koniec tego dobrego, odłożyłam patelnie i skierowałam się do jego pokoju.
- Axel, ileż można... - jęknęłam, ciągnąc za jego kołdrę. - Puszczaj! 
Chłopak spojrzał na mnie wrogim wzrokiem i zakrył twarz poduszką. Próbowałam zrobić to najmilej jak potrafię, ale nie pozostawił mi wyboru. Wlazłam na niego i odkryłam jego twarz.
- Gorzej niż dziecko. - westchnęłam.
- Diana, ja tam nie idę! - wrzasnął, nadal uparcie trzymając kołdrę. - Tam będzie moja dawna szkoła!
- To co z tego? - wyjrzał na mnie spod kołdry. - Podobno sprawy osobiste pozostawia się na boisku.
- Czy ty zawsze musisz łapać mnie za słówka? - spytał zirytowany, odkrywając głowę.
Westchnęłam, po czym zeszłam z jego łóżka.
- Czyli będę musiała zagrać za ciebie. - odparłam. - Może to i lepiej. 
Na te słowa chłopak niemalże natychmiastowo stanął obok mnie. Objął mnie wokół mojej talii i próbował mnie zatrzymać przed moim nędznym planem.
- Czy muszę się posuwać do szantażu żebyś zagrał w tym meczu?  - sapnęłam, odpychając jego ręce.
- Kochanie... - wziął moją rękę i obrócił w moją stronę. - Po prostu ja nie chcę konfrontacji z moją przeszłością. To boli jak cholera.
- I to mówi osoba, która nakłaniała mnie do rozwiązania mojej przeszłości.. - urwałam, wymachując rękami. - Powiem więcej, nawet się wepchała w nią swoje brudne buty!
- To zupełnie inna sytuacja. - pokręciłam na jego słowa głową. - Ale spójrzmy na to z tej strony, gdybym wtedy nie wyleciał z tego meczu.. nigdy byśmy się nie spotkali.
- Nie podlizuj się.. - pogroziłam mu palcem. - Co zamierzasz zrobić?
- Pójdę tam, pewne jest to, że dostanę po dupsku, ale nie poddamy się tak łatwo!
- I to mi się podoba! - przybiliśmy sobie piątkę.
- Dziękuję ci za to, że mnie tak motywujesz. - odparł, całując moje ręce. -  W ogóle to... odkąd przy mnie jesteś to zmieniasz mnie na lepsze.
Szybko poleciał do łazienki, a w między czasie do pokoju weszła pani Clifford. Kobieta krzątała się po pokoju z wielką miotłą.
- O... witam panienkę. - odparła, ciepło się uśmiechając.
- Dzień dobry. 
- Widzę, że panicz, nawet nie pościeli za sobą łóżka. Matko kochano, dlaczego on jest taki leniwy? - pokręciła z rezygnacją głową. - Czasami, wydaje mi się, że on i jego ojciec, to zupełnie inne i obce sobie osoby!
- Ależ, proszę  panią! Ja to zrobię. - podbiegłam do łóżka, łapiąc za drugi koniec kołdry. - Lepiej się nie schylać w pani wieku.
- Dziecinko, dziękuję ci. - pogłaskała mnie po głowie. - Może w między czasie, uda mi się coś upichcić. 
- Dziękujemy, zaraz zejdziemy! - rzuciłam przez ramię, a starsza pani ruszyła do kuchnii.
A ja zabrałam się za ścielenie łóżko, gdy układam jego poduszkę z podobizną Spiderman'a, blondyn wyszedł z łazienki. Odwróciłam się i trochę mnie zatkało. Doskonale pamiętam jak pierwszy raz widziałam go bez koszulki, to było jak dla mnie dziwnie krępująca, a zarazem ekscytująca sytuacja. Po mimo tego, że jesteśmy razem to i tak na ten widok rumienię się z zakłopotania. Na jego obojczyku znajdowała się mała blizna, której wcześniej nie widziałam.
- Co to? 
- Przypuszczam, że moja klatka piersiowa. - odparł, na co rzuciłam w niego poduszką. 
- Pytam się, o to tu... - wskazałam placem na bliznę. - Na obojczyku.
Chłopak spojrzał na dość sporą bliznę. Zmarszczył brwi, chyba to jakieś złe wspomnienie.
- Eee tam. - machnął na to ręką. - Takie tam... zabawy z Nathan'em. Ten idiota mnie przypalił. 
Spojrzałam na niego. Czy oni się przypali... p a p i e r o s a m i? Tylko to mi się nasuwało na myśl i sama ta myśl bardzo mnie denerwowała. Od zawsze to słowo (papierosy) - kojarzyło mi się z chłopakami. 
- Mogę widzieć czym? - spytałam, podchodząc do chłopaka bliżej.
- Czy ty... podejrzewasz mnie o fajki? - odpowiedział mi pytaniem, unosząc brew do góry. 
- Wcale nie. - dźgnęłam go w bok.
- Nie palę. - wziął koszulkę z szafy. - W naszym team'ie są osoby, które kurzą, a ja w tej grupce nie jestem.
- Czyżby Jude i Bobby? - chłopak powoli pokiwał głową.
- Nie mów Celi. - szybko dodał. - Wkurzy się tak samo jak Bobby, który mnie zabije, że go wsypałem. 
- O matko.. 
- Tak w ogóle, to skąd to wiedziałaś?
- Jeszcze podczas chodzenia z Judem miał skłonność do palenia. - sapnęłam, poprawiając poduszkę. - Zwłaszcza wtedy kiedy był wściekły. A Bobby'ego wydała paczka na jego stole. Wy, chłopcy, nie macie nic do ukrycia.
- I dlatego cię kocham... umiesz rozgryźć ludzi tak jak i ja. - odrzekł, całując mnie w policzek. - Chodźmy na dół.

* Bobby's POV *



Byłem pogrążony w tablicy niektórych ludzi z facebook'a, gdy usłyszałem szybkie kroki.
- Co to jest?! - krzyknęła, celując we mnie paczką Malboro.
Spojrzałem na nią, a potem na paczkę. Wiedziałem, że prędzej czy później wyjdzie to na jaw. Przyznaję, czasami mam ochotę po prostu poczuć dym i ten cierpki smak w ustach - to wszystko. I to przez moich starszych kolegów jestem taki, a nie inny. Ale przynajmniej, przy paleniu mam towarzystwo, mianowicie jej brata - Jude'a. 
- Paczka Malboro. - odparłem spokojnie, oglądając paczkę. - Czemu pytasz?
W jej oczach zauważyłem małe iskierki. Jest rozwścieczona, a ja powinienem szykować sobie trumnę.
- Czemu pytam? Chcesz wiedzieć? - usiadła obok mnie. - Na prawdę się o ciebie martwię. 
- Ależ Celia... - rzuciłem paczkę w kąt kanapy. - nie musisz.
- Myślałam, że lekko zniosę ten twój tryb życia, ale.. to już za wiele. 
- Co masz na myśli? - złapałem ją za rękę.
- Boję się, że za niedługo powiesz mi, że podczas mojej nieobecności to panienki do towarzystwa sobie sprowadzasz! - krzyknęła, dławiąc się łzami.
Nie lubię, kiedy płacze, a zwłaszcza  przeze takiego idiotę. Tak wiem, jestem dla niej nieodpowiednim chłopakiem, ale... staram się jak tylko mogę by dorównać jej doskonałości.
- Nawet tak nie mów! - potrząsnąłem ją. - Po prostu... dawny nawyk wrócił, a ja nie umiem tego zahamować. 
- Nie umiesz czy nie chcesz? - jęknęła, odsuwając się ode mnie. -Bobby, kogo ty oszukujesz? 
Złapałem ją za rękę, a dziewczyna próbowała się wyrwać, ale ostatecznie odpuściła.
- Spójrz na mnie. - rozkazałem. - Cholera... Celia!
Dziewczyna spojrzała w moje oczy.
- Pewnie gdybym się nie odwróciła, dostałabym w twarz, co? 
- Nie wygłupiaj się... - jęknąłem.
- No proszę, teraz masz okazję... Pokaż na co cię stać! - namawiała mnie gorąco. - Przecież i tak to zaakceptuję czyż nie? W końcu jestem taka naiwniutka, prawda?
- Nie jestem taki jak twój brat Celia... zrozum mnie...
- Puść moją rękę. - warknęła. - I tak już musimy się zbierać. 
Na jej prośbę puściłem ją. Po mojej ręce pozostał tylko fioletowy siniak. Dziewczyna jak tylko ubrała płaszcz, natychmiastowo wyszła. A ja też, wziąłem dupę w troki, wsiadłem na motor i udałem się w kierunku szkoły.

* Nathan's POV *




Właśnie przechodziłem obok kawiarni, kiedy zauważyłem Celię. Była jakaś inna - zazwyczaj pałała z niej wielka doza pozytywnej energii. Teraz na jej twarzy malował się dziwny smutek. Gdy mnie zauważyła, podbiegła w moją stronę. Szybko przytuliła się do mojego torsu i zaczęła płakać. Kompletnie nie wiedziałem, co zrobić. 
- Co się dzieje? - spytałem, odpychając ją lekko od siebie, by spojrzeć w jej oczy.
- Bobby... - przetarła mokrą twarz od łez. - Czy ty wiedziałeś, że on podpala?
Zmarszczyłem czoło. 
- Tak... A teraz chodź, bo spóźnimy się na zbiórkę.
Ucałowałem jej czoło i złapałem za rękę. Pamiętam, kiedy pierwszy raz przyłapałem ich z fajką w ręce. To było po treningu, w między czasie mieliśmy z Blazem udać się do naszej ulubionej knajpki. Gdy z niej wychodziliśmy, zauważyłem Bobby'ego i Jude'a. Z ich ust co chwilę wylatywał siwy dym. A ja wiedziałem co się święci.
- Bobby. - warknąłem w jego stronę. - Wyrzuć to.
- Co ty tu robisz? - gasząc peta.
- Wy się trujecie! - zabrałem im paczkę. - Jeśli mnie zignorujecie to Mark o wszystkim się dowie, a wtedy już więcej nie zagracie. Obaj.
- Coś. ty. powiedział? - wycedził przez zęby.
Zaczęliśmy się szarpać, a wtedy zjego dłoni wyleciał papieros. Wziąłem go do ręki. Nie wiedziałem jak go zgasić, dlatego zrobiłem to pod wpływem chwili - obojczykiem Axel'a. Mimo moich ostrzeżeń, oni nadal bezczelnie kurzyli, a ja ostatecznie ich olałem. Gdy doszliśmy na miejsce wraz z Celią wszyscy już byli. Zrobiło się trochę niezręcznie. Zorientowałem się, że nadal trzymałem ją za rękę, więc powoli puściłem rękę dziewczyny i szybko podszedłem do blondyna. Ten szybko przeleciał mnie właśnie "tym" wzrokiem.
- Co tu się odwala? 
- Pamiętasz Bobby'ego z fajkami? - pokiwał głową. - To właśnie o to biega. 
- Co za déjà vu... - chłopak podrapał się po głowię. -  Rano gadałem o tym z Dianą.
- Jak myślisz? - spytałem szybko, rozglądając się wokół. - Kontaktowały się?
- Wątpię. 
Wtedy do naszej dwójki dołączyła brunetka.
- Co jest z Celią?
- Ty powinnaś o tym najlepiej wiedzieć, prawda? - spytałem podejrzliwie. - Może to ty podkablowałaś na Shearer'a..
- Słucham? - spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem. - Czy ty mnie o coś oskarżasz?
- Nathan... to nie ona o tym powiedziała. - zaczął ją bronić Axel. - Daruj sobie zabawy w Sherlocka Holmesa. 
- Skąd możesz wiedzieć? - zacząłem wymachiwać rękami. -To, że jest twoją dziewczyną wcale jej nie usprawiedliwia.
- Serio? - podeszła do mnie bliżej. - Dobrze wiesz, że jestem lojalna wobec moich przyjaciół.. Bobby to mój ziomek, także zostałam oczyszczona zarzutów, cz to panie Swift wystarczy?
- I tak mam cię na oku. - odparłem, kierując palce z swoich oczu na jej. 

* Celia's POV *




Właśnie szukałam coś w jego pokoju, gdy nagle natknęłam się na tą cholerną paczkę parasolów. Nie wytrzymam, szybko podeszłam do beztrosko zatopionego w telefonie blondyna.
- Co to jest?! - krzyknęłam celując w niego paczką Malboro.
Spojrzał na mnie jak na idiotkę i zaczął przyglądać się paczce jakby pierwszy raz ją widział na oczy. Tym swoim zachowaniem na prawdę testuje moją cierpliwość
- Paczka Malboro. - odparł spokojnie. - Czemu pytasz?
- Czemu pytam? Chcesz wiedzieć? - usiadła obok mnie. - Na prawdę się o ciebie martwię. 
- Ależ Celia... - rzucił paczkę w kąt kanapy. - nie musisz.
- Myślałam, że lekko zniosę ten twój tryb życia, ale.. to już za wiele. 
- Co masz na myśli? - 
- Boję się, że za niedługo powiesz mi, że podczas mojej nieobecności to panienki do towarzystwa sobie sprowadzasz! - krzyknęłam, a na moje oczy cisnęły się łzy.
Na początku naszej znajomości, wiedziałam, że miłość do niego przyniesie mi problemy. Jest typem chłopaka, który łatwo nie pozbywa się swojego toksycznego bagażu. Bobby mówił mi wiele razy, że dla mnie zrobi wszystko, ale z każdym dniem moje wątpliwości co do niego rosną. 
- Nawet tak nie mów! - potrząsnął mną. - Po prostu... dawny nawyk wrócił, a ja nie umiem tego zahamować. 
- Nie umiesz czy nie chcesz? - jęknęłam, odsuwając się ode niego. -Bobby, kogo ty oszukujesz? 
Złapał moją za rękę, próbowałam się wyrwać, ale ostatecznie odpuściłam.
- Spójrz na mnie. - rozkazał. - Cholera... Celia!
- Pewnie gdybym się nie odwróciła, dostałabym w twarz, co? - w złości nawet nie zwracałam uwagę na to co mówię. 
- Nie wygłupiaj się... - jęknął.
- No proszę, teraz masz okazję... Pokaż na co cię stać! Przecież i tak to zaakceptuję czyż nie? W końcu jestem taka naiwniutka, prawda?
- Nie jestem taki jak twój brat Celia... zrozum mnie...
- Puść moją rękę. - warknęłam w jego stronę . - I tak już musimy się zbierać. 
Spojrzał na mnie smutno i puścił mnie. Zauważyłam, że na mojej ręce pozostał tylko fioletowy siniak. Nie zamierzałam w takiej atmosferze zostać i później jak gdyby nigdy nic pójść z nim na zgrupowanie, ubrałam więc płaszcz i natychmiast wyszłam. Zaczęłam biec tak szybko jak potrafiłam, a z oczu lały mi się łzy. To nie pierwszy, kiedy się z nim tak ostro kłócę. Czasami nie potrafię tego znieść mimo, że staram się być tolerancyjna wobec jego zachowania. Kiedy już zwolniłam kroku, ujrzałam postać Nathana. Bez zastanowienia przebiegłam przez ulicę, nie patrząc na drogę i nie zważając na klakson aut, wtuliłam się do jego torsu. Najwidoczniej chłopak był tym wszystkim mocno zmieszany, ponieważ jego serce łomotało jak szalone. 
- Co się dzieje? - spytał, patrząc w moje roztrzęsione oczy.
- Bobby... - przetarłam twarz. - Czy ty wiedziałeś, że on podpala?
Zmarszczył czoło, gdyż znał odpowiedź na to pytanie. Wiedział, że to co powie, nie poprawi mojej sytuacji.
- Tak... A teraz chodź, bo spóźnimy się na zbiórkę.
Niespodziewanie chłopak wziął mnie za rękę, to było dziwne uczucie. Gdy dotarliśmy przed budynek szkoły, wszyscy już tam byli (on i cała reszta). Nathan spoglądnął na nasze ręce, szybko wyrwał się z uścisku i powędrował gdzieś w głąb grupy. A ja zostałam sama, nawet nie zmierzałam się ruszyć z miejsca. Spostrzegłam kasztanową czuprynę, to była Diana 
- Celia... moje biedactwo... - szepnęła, po czym zamknęła mnie w szczelnym uścisku. 
- Ja na prawdę go kocham... - jęknęłam, tuląc ją do siebie mocniej. - ...ale to uczucie robi się coraz bardziej toksyczne. 
- Nawet nie wiesz jak cię rozumiem... - podrapała się po karku. - Byłam taka sama jak ty, kiedy zaczęłam chodzić z twoim bratem. Próbowałam zaakceptować, wmawiać sobie wiele opcji. 
- Czyli... mam to zakończyć? - sapnęłam, łapiąc się za głowę.
- Tylko ty o tym decydujesz. - odparła, szybko dodając. - Ale... Bobby nie jest taki. 
- Diana.... zostaw nas samych. - usłyszałam za sobą jego głos.
- Nie, zostań. - sapnęłam szybko. - Chcę, żebyś przy tym była. 
- Nie zachowuj się jak dziecko, Celia.
- Jak dziecko? - pchnęłam go. - Wolę być dzieckiem niż kolesiem, które się uważa za dorosłego tylko dlatego, że ma tytoń w mordzie.
- Ile razy mam ci mówić, że nie robię tego dla popisu... to uzależnienie.
- Wiem... ale, jeśli chcesz dalej to ciągnąć...
- Zmienię się. - odparł, klękając na kolana. - Daję ci słowo.
- Wstań, idioto. 
- Daj mi szansę naprawienia tego! - jęknął.
- Bobby! - zaczęłam go targać za koszulkę.
- Wstanę, jak mi uwierzysz. - złapał mnie za rękę.
Tupnęłam nogą, a na twarzy chłopaka pojawił się ten cwany uśmiech któremu, nie mogę się do tej pory oprzeć.
- Okej. - westchnęłam. a chłopak otrzepał swoje spodnie i niespodziewanie pocałował mnie w usta.
Nie wiem ile jeszcze będę musiała cierpieć przez niego, ale mam nadzieję, że będzie warto przełknąć te parę gorzkich łez.

* No One's POV *

Po tych burzliwych wydarzeniach po między młodzieżą, drużyna Raimona  w końcu wyjechała z pod szkoły. Do liceum było kawał drogi dlatego, każdy z zawodników, uciął sobie krótką drzemkę. Gdy tylko karawan podjechał pod szkołę, wszyscy otworzyli oczy i się obudzili z krainy Orefusza. Chłopcy udali się do wyznaczonej szatni, gdy na ich drodze stanęła trójka bliźniaków.
- Czekajcie! - złapał Izak ramię Nathana. - Nie tak prędko! 
- To, że powtórzycie wszystko razem nie oznacza, że jesteście fajni... a tym bardziej groźni. - sapnął Kevin, wymijając trójkę.
- Jak on śmiał? - wściekli się na słowa Dragonfly'a - My, was pokonamy! 
- Zobaczymy! - Eric uniósł palec do góry.
- A w szczególności ciebie, Axel' Blaze. - wykrzyknęli, wskazując na blondyna.
- Ach, tak? - odrzekł Nathan, patrząc im prosto w oczy. - To uważajcie... Bo gdy zbliżymy się do was i zaatakujemy to po was chłopaki.
Grupa rozeszła się w gniewie, a ludzie powoli zaczęli się zbierać na trybunach. Nie ma co zwlekać, czas na mecz! Kapitanowie, jak zwykle zresztą, podali sobie dłonie. I po minucie zaczęło się, a piłka w posiadaniu Blaze'a. Chłopak już mknie do sfery ataku Kirkwood'a, gdy  nagle piłka zostaje mu błyskawicznie odebrana przez jednego z bliźniaków, w tym przypadku Izaka. Mknie on jak szalony w stronę bramki Raimon. Gdy jest w pobliżu pola bramki, piłka szybuje wysoko do góry, a chłopak robi salto podobne do Axel'a. Lecz piłka leciała zupełnie w innym kierunku. Jednak Mark (bramkarz) próbował obronić to swoją OGNISTĄ PIĘŚCIĄ, ale niestety piłka wpadła do siatki. Zatem jest 1;0 dla Kirkwood. 
- Upokorzymy cię na oczach całego kraju! - krzyknęli ponownie, złośliwie się śmiejąc.
- Och, proszę zamknijcie się! - - odrzekł poirytowany Todd, podnosząc Mark'a z ziemi. - To nie jest nasze ostatnie słowo w tym meczu! 
Obie drużyny depczą sobie po piętach, ale przy piłce nadal zostaje bliźniacza trójka. Kolejne ODWRÓCONE TORNADO zostało posłane przez Izaaka wprost do rąk Evansa. Brunet jednak stał dziwnie spokojnie.Wyciągnął rękę i wtedy, jakby boska moc spłynęła na jego dłoń, piłka trafiła prosto w jego ręce.
- Czyli jednak... nie są tacy źli... - sapnął Izaak.
Piłka powędrowała ponownie w stronę braci. Właśnie zbliżali się ponownie do obrony, gdy w ich planach przeszkodził im Jude, który swoim dryblingiem, wykiwał rywala. Nastąpiło szybkie podanie do Shearer'a, a później do Max'a. Jednak panowanie nad piłką Raimona nie trwało długo, jeden z braci - Ken przejmuje piłkę. 
Odpycha nawet swoich zawodników od siebie, chłopak był tak zapatrzony w siebie, że nawet nie zauważył, że stoi w oko w oko z obroną. Jack uniósł ramiona do góry i już było wiadomo co się stanie. Nad nim pojawiły się masy skalne, podobne do górskich. Gdy Ken do nich podszedł stracił panowanie nad piłką, a ta powędrowała w ręce Evans'a. On  bez zastanowienia wyrzucił ją do Sama, który próbował ją uchwycić, ale Miche  - mimo, że był szczelnie kryty, był o wiele szybszy. Podał do jednego z swoich pomocników, jednak uderzył tak mocno, że piłka przeleciała Izakowi przed nosem.
- Co ty robisz? - wrzasnął Ken.
- Za mało się starasz... - wymamrotał Izak. 
Nastał koniec pierwszej połowy, obok bramki kolejno zebrali się: Jude, Mark, Bobby i Eric. 
- Zasialiśmy panikę między nimi... - powiedział zamyślony Jude. - Musimy to wykorzystać.
- Ale oni będą kryć Blaze'a. - jęknął Bobby, drapiąc się po szyi. - Jak to rozegramy?
- Dajmy się tym zająć Eric'owi. - odparł Jude. 
- Okej, ufam ci. - odrzekł Mark, klepiąc go po ramieniu.
Początek drugiej połowy zaczyna się od rożnego, przy piłce jest bramkarz Raimona. Brunet spojrzał na boki i szybko podał do Shearer'a. Bracia chcieli się na niego rzucić, ale Axel i Kevin zaczęli podążać w stronę ataku liceum. Bracia nie wiedzieli co zrobić, a tymczasem podanie zostało wykonane do Jude'a.  On podał Magikowi Boiska piłkę. Teraz w kierunku bramki biegną trzej gracze - Mark, Eric i Bobby. Ich kierunki przecinają się przez co wydają się podobni do PEGAZA szybującego na niebie. Piłka zostaje wysłana w stronę bramki i.. mamy to! Jest remis... ale co dalej? Kto wygra?  Szanse są wyrównane! Piłka została ponownie przejęta przez bliźniaków, tym razem biegną we trójkę. Izak, kopię do Miche, Miche do Kena. W ten sposób tworząc trójkąt, który zwą TRÓJKĄTEM Z. Strzał poszybowała do bramki, Mark próbował uratować się BOSKĄ RĘKĄ, ale to na nic. Jest 2;1, walka jest zacięta. 
- Mówiliśmy, że zmiażdżymy was Blaze. 
- Nie ujdzie wam to na sucho. - warknął w ich stronę Axel.
Piłka poleciła ponownie do Eric'a. Czas na TRÓJ-PEGAZA, ale to było by zbyt łatwe. Na ich drodze do sfery ataku stanął Nash, który użył swojej obrony i uciął pegazowi skrzydła.
- To, że strzeliliście raz... nie oznacza, że to się powtórzy. - odrzekł, podnosząc ramiona.
- Nie bądź taki chop do przodu! - wyrwał się Kevin.
- Jest nieźle choć, mógłbyś popracować nad szybkością. - zwrócił się do Marka. - Chyba nie chciałbyś kolejnej piłki w waszej bramce.
- Niech cię! - krzyknął Evans, kopiąc wiatr.
Wtedy podszedł do niego Axel.
- Mark nie martw się. - poklepał go po ramieniu. - Strzelę im bramkę... tylko daj mi chwilkę.
Nagle przy ataku pojawił się Dragonfly i wcześniej wspomniany, pan Blaze. Wykonali oni SMOCZE TRONADO, jednak piłka została wybita przez bramkarza. Tej okazji blondyn nie mógł odpuścić, wystarczyło jedno salto, a piłka wylądowała w bramce. Potem była duża przepychanka po między zawodnikami. Nadal był remis, a od końca dzieliły tylko sekundy. Co teraz? Szamotanina nadal trwała... Aż w końcu zza frontu wyłoniła się znakomita trójka i ponownie wykonali TRÓJKĄT Z, który poszybował do Evans'a tym razem z większą niż dotąd szybkością. Niestety Mark miał już mało sił i wszyscy byli pewni, że jest już po meczu. Wtem przy swoim kapitanie znaleźli się obrońcy, Todd i Jack. Pchali chłopaka z całej siły, aż w końcu piłka się zatrzymała. Następuje podanie do Axel'a, Chłopak biegł jak błyskawica, a bracia deptali mu po piętach. Gdy został okrążony, chłopak niespodziewani kopnął do tyłu. Tam znajdował się Eric. 
- Eagle biegnij! - wrzasnął.
- Ale...
- Jeśli zawalisz teraz, to cię zabiję. Kumasz?
Chłopacy ponownie spróbowali swego popisowego ataku. Nash próbował to powstrzymać, ale oni przebili się przez jego obronę. Powstali niczym FENIKS z popiołów. I tak oto kolejna bramka ze strony Raimona. 
Wszyscy zaczęli odliczać 3, 2, 1!! Zwycięstwo należy do Raimon'a. Cóż mogę dodać? Chłopaki, pora na finał!


* Eric's POV *



Wszyscy zaczęli się cieszyć i skakać jak oszalali. Sam nie wiem co mam czuć. Czuję się wolny, zupełnie jak ptak, jak.. p e g a z.
Właśnie dotarliśmy do finałów, wygrałem ze sobą i swoimi słabościami, to znaczy... my wygraliśmy! Udało nam się! Tylko szkoda mi Nasha, to mój przyjaciel, a ja zrównałem  jego marzenie i jego drużyny z ziemią. Staliśmy tak we trójkę, kątem oka zauważyłem, że chłopak do nas podszedł.
- Eagle... To był mecz życia! - przybił ze mną piątkę. - Nie zapomnę tego uśmiechu, kiedy podkosiłem wasz atak!
- To było coś niesamowitego! - przyznałem mu rację. - Poczułem ciupek adrenaliny...
- Jak na umarlaka określenie "troszkę" to za mało. - zaczęliśmy się śmiać. 
- To co tu odwaliliście to po prostu... kosmos! - sapnął Bobby
- Ale bez ciebie stary by się nie udało! - krzyknął uradowany Mark, robiąc mi kokosa na głowie. - Ty nasz magiku! 
- Zawrzyjmy pakt. Obiecajcie mi, że jeszcze kiedyś z wami zagram. - spytał Nate, podając do nas rękę. - Zgoda? 
- Masz ja w banku! - krzyknął Nathan, a my złożyliśmy nasze ręce na jego, obietnica zawarta. 
Teraz tylko trzeba dążyć do jej spełnienia. Wiem, że to będzie niełatwe, ale jestem na to gotowy jak nigdy w życiu!



* Axel's POV *



- Matko, Axel!  - usłyszałem pisk Diany i chwile później przytulała mnie do siebie.  - Jesteście w finale!
- Gdyby nie ty nie zagrałbym... - poczocharłem ją po głowie.  wiesz o tym?
- Głuptasie, to twoja zasługa. - dziewczyna się zaczęła śmiać. - Ja tylko cię obudziłam...
- Ohoho ktoś się tutaj zaczerwienił!  - pocałowałem ją w czoło.
- Przestań, wcale nie! - palnęła mnie w ramię. 
Spojrzałem w stronę bliźniaków. Siedzieli na murawę przygnębieni. Trzeba zamknąć ten rozdział raz, na zawsze, podszedłem w ich stronę.
- Co ty tu robisz? - podniósł głowę Ken. 
- Przyszedłeś zrobić z nas pośmiewisko? - dodał szybko Izaak.
-  To proszę... nie mamy nic do stracenia. - wymamrotał Miche.
Wyciągnąłem w ich stronę rękę, lecz ona została wyparta przez Kena.
- Byliśmy tacy dobrzy... - złapał się za głowę. - Trójkąt Z to atak, który jest nie do zatrzymania... Dlaczego nam się nie udało?
- Może dlatego, że cały czas graliście sami. - sapnąłem.
- Jak to? - powiedzieli razem jednocześnie.
- Drużyna składa się z wielu graczy, a nie tylko z garstki tych najlepszych, zapomnieliście? - usłyszałem za sobą głos trenera Samuela.
Obróciłem się w jego stronę. 
- To był zaszczyt z wami zagrać... - sapnąłem, drapiąc się po głowie.
- Mi również. - złapał mnie za rękę. - Wydoroślałeś... to chyba dobrze. 
- Trenerze... przepraszam. - bąknąłem.
- Nie musisz. - machnął na mnie ręką. - Dobrze wiem, co się stało z twoją siostrą. Bardzo współczuję ci tego co się stało. Mimo tego, mogłeś nam o tym powiedzieć... a nie uciekać. Ale teraz widzę, że nie uciekasz już przed niczym. Masz kogoś, kto cię wspiera i mam nadzieję, że będziesz trzymał taką osobę ze sobą nawet na zawsze. 
- Skoro pan tak mówi...
- To co? Uznajmy, że tego nie było. - klasnął w dłonie. - Zacznijmy od nowa.
- W takim razie... miło pana poznać! - mężczyzna zaczął się śmiać.
- Widzę, że stary humorek nadal się utrzymuje. - odrzekł, czochrając moją czuprynę.
Wtedy podszedł do mnie Miche.
- Nie wiedzieliśmy.
- Jest nam głupio. - krzyknął zza pleców Miche, Ken.
- Zachowaliśmy się jak ignoranci. - sapnął Izak.
- Przepraszamy. - krzyknęli razem.
- W porządku... - poklepałem Kena po ramieniu. - Nie wiedzieliście...
- Mam pytanie. - wypalił Miche. - Ta brunetka to twoja dziewczyna? 
- Tak wyszło. - zaczęli wzdychać.
- Nie wiesz o kim mówisz stary! - skarcił go Izak. - Nie mów, że to jest...
- Diana Evans. - a ich oczy automatycznie powiększyły się. 
- Załatw mi autogra-aaf.  - jęknął Miche.
- Proszę cię! - klęknął Izak. - To szansa jeden na milion.
- Luzik, mogę nawet wam koncert zorganizować. - na murawę weszła Diana i zaczęła śpiewać
Wtedy uświadomiłem sobie coś co już wiedziałem od początku. To dzięki niej moje życie stało się dużo prostsze i barwne. Obym tego nie spartolił.


sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział:33


"Szybko wpiłem się w jej usta. Jej usta były tak miękkie, nie chciałem oderwać się od nich chociaż na chwilę. Zupełnie jakby cały świat się zatrzymał, podczas gdy my wirowaliśmy w kółko. Ona odwzajemniła pocałunek - ta chwila mogła trwać wiecznie. 
- To dziwne... - odrzekła, śmiejąc się.
- A ja chciałem być romantyczny. - pokręciłem głową.
Musieliśmy się powoli zbierać. I kiedy chwyciłem ją za rękę, zdałem sobie sprawę, że to pierwszy raz w życiu i w dodatku bezkarnie. W końcu... moje marzenia się spełniły! Należę do niej, a ona do mnie. Ciekawe co ty na to, Mark? Na tą chwilę nie chcę się w to zagłębiać, chcę celebrować moje największe szczęście wraz z kobietą, która jest dla mnie najważniejsza."

* Mark's POV *




Coś mi tutaj nie pasuje i to nie ma nic wspólnego z tą poduszką, która jest dla mojej głowy niewygodna. To bardzo, bardzo dziwne. Zaobserwowałem coś, otóż od paru dni czuję, że mnie unikają, mam tutaj na myśli Axela i Dianę. Sam nie wiem dlaczego, jestem tego pewny, że po między nami nie ma żadnych zgrzytów. I to mnie jeszcze bardziej zastanawia, może to nie chodzi o nasze relacje. Na treningach blondyn zaczął szybko znikać nawet nie żegnając się. Czy ja śmierdzę nie do zniesienia albo jestem zakażony śmiertelnym wirusem, który przenosi na każdego? Czy panuje jakaś epidemia? Już nawet rano, wtedy gdy Diana spóźniona zakłada, a Axel poirytowany stuka nogą o podłogę, nawet wtedy ich nie widzę. Właśnie wychodziłem z sali chemicznej, kiedy wpadł na mnie blondyn Nathan. Zaczął się uśmiechać, jak zawsze miał w zwyczaju. Nagle powiedział to jedno zdanie, które napełniło całego mnie mieszanką zmieszania i zdenerwowania.
- Mark, gratulacje! - krzyknął, obejmując mnie ramieniem.
- Z jakiego powodu?
- Jak to? - spojrzał na mnie zdziwiony.
- Mógłbyś mnie oświecić? - sapnąłem, zdejmując jego rękę z mojej szyi. 
-  Nie mów, że nie wiesz... - odparł zdziwiony. - Diana i Axel są ze sobą od stosunkowo niedawna.
Spojrzałem na niego zszokowany. 
- Co? 
- O nie. - złapał się za głowę, a potem zasłonił usta. 
Ale... to niemożliwe. Za każdym razem jak patrzyłem na tą dwójkę, widziałem w nich prawdziwych, oddanych sobie przyjaciół. A tutaj ni stąd ni zowąd dowiaduje się, że są razem. Może nie widziałem tych małych rzeczy, które zadziałały na taki stan rzeczy. Teraz wszystko stało się jasne... to unikanie, wszystko po to, bym się nie dowiedział. Nie przewidzieli jednak, że Nathan ma zbyt długi język.
- Gdzie oni są? - warknąłem w jego stronę.
- No nie wiem... - odparł przestraszony. - Może na stołówce? 
- Fantastycznie. - powiedziałem, ciągnąc go za sobą. - Idziemy!
Nie zwlekałem i wraz z Nathanem udałem się w stronę stołówki. Gdy wszedłem do stołówki i po mojej głowie nadal krążyły myśli na temat tej sytuacji w jakiej zostałem postawiony. W pierwszej chwili uznałabym to za bujdę, gdyby nie to co zobaczyłem w niby tym codziennym widoku stołówki szkolnej. Zastałem ich tam - chłopak trzymał ją za rękę i szeptał jej coś do ucha, a dziewczyna się uśmiechała od ucha do ucha, na co chłopak odpowiadał jej melodyjnym śmiechem. To, coraz bardziej mnie doprowadzało do gniewu, znalazłem się obok ich stoliku. 
- To prawda? - palnąłem, na co papużki nierozłączki obróciły swoje łebki.
Spojrzeli po sobie wzrokiem przerażenia. Potem udali zdziwienie, które było tak bardzo udawane, że nawet małe dziecko by się połapało.
- Ale... o co chodzi? - spytał blondyn, rozkładając ręce.
- Nie wiesz? - sapnąłem, klaszcząc w ręce. - To może się zapytam w prost. Kiedy mieliście mi zamiar powiedzieć, że chodzicie ze sobą? 
- Skąd to wiesz? - spytała  Diana, podnosząc się z miejsca.
Czy aż za takiego wielkiego, debila mnie uważają? 
- Od Nathan'a. - wiem, że pewnie tą wiadomością, zniszczę mu życie, ale w tym momencie było mi to obojętne jak nigdy.
Blondyn pokiwał głową, pogłaskał ją po plecach i wyszedł. Zobaczyłem kątem oka, że idzie w stronę schowanego za wielką doniczką Nathana, a potem z wielką furią pociągnął za rękę swoją ofiarę. 
- Od kiedy to trwa? - spytałem bardziej spokojnie.
- Od tygodnia. - powiedziała speszona, wzruszając ramionami.
Spojrzałem jej prosto w oczy. Nadal traktuje ją jak malucha, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że ją kocham i się o nią troszczę. To co robi, rani mnie. Nie ufa mi? 
- Nie mogę uwierzyć, że mi nie powiedziałaś... 
- Dobrze wiemy, że miałbyś do tego wielkie a l e. 
Jak ty czytasz mi w myślach siostro. Jeśli wiecie i znacie mnie już na tyle dobrze, to wiecie, że tak - zrobiłbym to. Ona nie rozumie, że to z troski. Przecież to gówniarz, on też to gówniarz. Nie widzi tego, że jest na to kompletnie nie gotowa. Czy już nie pamięta jak jeden taki miał całodobowy dostęp do niej? Jak to się skończyło? - fatalnie. Teraz już nikt nie będzie jej posiadał.
- Masz rację. - złapałem ją za rękę. - Nie mogę pozwolić, aby cię zranił. Obiecaj mi, że zakończysz ten związek. 
- Słucham? - wyrwała się z mojego uścisku.
- Proszę zrozum... Jestem twoim bratem.
- I dlatego jeszcze bardziej tego nie rozumiem! - wstała oburzona. -Jude to przeszłość, którą zostawiłam za sobą. A ty jako mój brat, powinieneś mnie wspierać, a ty? Ja mimo tej niechęci do Nelly, wspieram i kibicuje waszej relacji. Równie dobrze mogłam zniszczyć waszą miłość jak małego robaka, ale powstrzymywałam się.. bo wiedziałam, jak dla ciebie to ważne. Z Axel'em łączy nas uczucie, które nie umiesz... a nawet nie próbujesz, zrozumieć. 
- Czekaj! - krzyknąłem za nią.
- Teraz już mnie zatrzymasz! Nie zatrzymasz mojego szczęścia Mark! - krzyknęła i skupiła na nas wiele oczu ludzi ze szkoły, po czym wybiegła z pomieszczenia.

* Axel's POV *



Wiem, że to co robimy jest złe. Od ponad tygodnia unikamy Mark'a jak ognia. Strasznie się boję, poprawka my się straszni. Po tym, jak dowiedział się o Jude'zie zaczął szczególnie chronić Dianę przed każdym, kto chciał ją pokochać. Kompletnie nie wiem, jak przyjmie to, że Diana znów z kimś jest. A zwłaszcza nieznajoma jest mi jego reakcja na to, że ja jestem tym śmiałkiem, który wchodzi do pieczary strzeżonego przez dzielnego Cerbera. Jak na razie, te podchody nam wychodzą. Pewnie zapytacie - co jeśli zostaniemy przyłapani? I właśnie odpowiedź na to pytanie sam sobie wypaplałem. Ten dzień zaczął się na prawdę pięknie, rankiem o czwartej rano Diana była w moich ramionach i razem jedliśmy chińskie jedzenie. Bliżej ósmej udaliśmy się do szkoły, złapani za ręce i zakochani w sobie. I nadszedł w końcu ten cholerny lunch, poszliśmy na stołówkę - i to był mój wielki błąd. Mark tam też był i wygląda na to że koniec tego dnia będzie tragiczny. Rozmawialiśmy sobie na stołówce, wszyscy patrzyli na nas ciekawskim wzrokiem, ale mieliśmy to w głębokim poważaniu. Właśnie szeptałem jej na ucho, jak bardzo uwielbiam wąchać jej perfumy i to że bardzo ją kocham, kiedy do sali wpadł jak rozwścieczony przez czerwoną płachtę byk Mark. Tak jak mówiłem, wypatrzył nas i szybko pomknął w naszą stronę. Patrzył się na nas przez chwilę jak na jakiś dziwolągów. 
- To prawda? 
Od razu wiedzieliśmy że chodzi o jedno. Spojrzeliśmy na niego w tym samym momencie. Aby jakoś uratować nasze dupska, próbowałem udawać Nathan'a i nawet rozłożyłem ręce dla urzeczywistnienia zdziwienia.
- Ale... o co chodzi? 
- Nie wiesz? - zaklaskał w dłonie. - To może się zapytam w prost. Kiedy mieliście mi zamiar powiedzieć, że chodzicie ze sobą? 
- Skąd to wiesz? - spytała Diana, podnosząc się z miejsca.
- Od Nathan'a. - spojrzałem na niego wzrokiem zabójcy i wiedziałem, że mu tego tak łatwo nie przepuszczę. 
Wiedziałem też, że muszę ich zostawić samych. To sprawa rodzinna, a ja, jak na razie, w rodzinę Evans'ów się nie wliczam. Wracając do mojego krwistego planu, czas dać mu nauczkę i to taką, którą zapamięta na długo. Gdy poukładałem sobie to wszystko, w celu dodania dziewczynie otuchy poklepałem ją po plecach i podążyłem w poszukiwaniu Swift'a. Nie trwało to długo, ponieważ biedaczek nie zdążył się porządnie schować i  jedyna kryjówka jaka mu pozostała to doniczka z tym wielkim czymś.
- Wyłaź. - sapnąłem. - Nie będę czekał w nieskończoność.
- Nie, bo zrobisz mi kuku! - udarł się jak dwuletnie dziecko bojące się starszego brata.
Przewróciłem oczami.
- Zaraz jak nie wyjdziesz to użyje siły... - odparłem podenerwowany całą tą sytuacją. - A wtedy na twoim obliczu pojawi się coś więcej niż male kuku
Po chwili chłopak powoli wyszedł, a ja chwyciłem go za rękę i zaprowadziłem na pole.
- Axel... nie! - zasłonił twarz. 
- Czy ty wiesz, że ten twój długi język pakuje nas tylko w kłopoty. - patrzył na mnie przez szparki dłoni. - Trzeba ci jakiegoś chipa w dupie zamontować aby cię informował, kiedy masz zamknąć mordę?
- Skąd miałem wiedzieć, że jemu nie powiedzieliście! - odparł na swoją obronę.
- Pomyślmy. - sapnąłem. - Mogłeś zajrzeć w głąb swojego mózgu i przypomnieć sobie, że... po akcji z Judem Mark nie jest już taki fajniutki i milutki, jeśli chodzi o jakiekolwiek relacje miłosne Diany z kimkolwiek. 
Usiadłem na trawie i próbowałem unormować rozszalałe tętno i adrenalinę. Nagle usłyszałem jak i on usadawia się obok mnie.
- Mówiłeś, żebym tego nie spartolił. - spojrzałem na niego znacząco. - Wiedziałem, żeby cię w to nie mieszać...
Mój związek wisiał dosłownie na włosku. A ja tylko modliłem się, żeby ten włosek jeszcze chwilę wytrzymał.
- Axel. - jęknął, drapiąc się po głowie. - Wiem, że jestem idiotą, ale... 
- Już myślałem, że się nie dowiesz. - przewrócił na moje słowa oczami.
- ...przypominam ci tylko, że zamiast drzeć się na mnie... powinieneś ratować swoją miłość, ale wiadomo, pan Axel woli odpuścić. - westchnął, wstając. - Właśnie masz taką okazję.
Na horyzoncie pojawiła się brunetka, a ja za jego radę szybko do niej podbiegłem.

* Diana's POV *



Ten cały dzień to jeden z wielu dni, który najchętniej chciałabym zakopać w moim ogródku wspomnień i o nim zapomnieć. Dopiero co związałam z Axel'em, a już są przeciwnicy naszej miłości. Jednak myślałam, że Mark mnie zrozumie najlepiej, jak bardzo się myliłam. 
- Od kiedy to trwa? - spytał bardziej spokojnie.
- Od tygodnia. - wzruszyłam ramionami.
Spojrzał mi prosto w oczy. Pamiętacie jak kiedyś mówiłam, że Mark zaczął mnie chronić jeszcze bardziej niż wcześniej? Teraz to widzę w jego oczach - zmartwienie, zdenerwowanie i zasmucenie. Doprowadzało mnie to do szału. 
- Nie mogę uwierzyć, że mi nie powiedziałaś... 
- Dobrze wiemy, że miałbyś do tego wielkie a l e. 
Już od początku mówiłam Axelowi, że lepiej poczekać z tą wiadomością, zanim powiemy Markowi. Gdyż odkąd się dowiedział co się stało pomiędzy mną a Sharpem, Mark stał się ekspertem od moich spraw sercowych i twierdzi, że zna moją głowę lepiej. Przykro mi, ale w tej sytuacji musi się wycofać.
- Masz rację. - złapał mnie za rękę. - Nie mogę pozwolić, aby cię zranił. Obiecaj mi, że zakończysz ten związek. 
- Słucham? 
- Proszę zrozum... Jestem twoim bratem.
- I dlatego jeszcze bardziej tego nie rozumiem! - wstałam oburzona. - Jude to przeszłość, którą zostawiłam za sobą. A ty jako mój brat, powinieneś mnie wspierać, a ty? Ja mimo tej niechęci do Nelly, wspieram i kibicuje waszej relacji. Równie dobrze mogłam zniszczyć waszą miłość jak małego robaka, ale powstrzymywałam się.. bo wiedziałam, jak dla ciebie to ważne. Z Axel'em łączy nas uczucie, które nie umiesz... a nawet nie próbujesz, zrozumieć. 
- Czekaj! - krzyknął.
- Teraz już mnie zatrzymasz! Nie zatrzymasz mojego szczęścia Mark! - krzyknęłam i skupiłam na nas wiele oczu ludzi ze szkoły.
Nie wytrzymam z nim, wyszłam ze szkoły. Akurat to moja ostatnia lekcja, więc i tak miałam iść, ale - dokąd? Do domu na pewno nie, nie miałam zamiaru patrzeć na twarz mojego brata. Po drodze zobaczyłam Axel'a, szybko do niego podbiegłam i przytuliłam. Po moich policzkach zaczęły płynąć słone łzy.
- Diana... - powiedział, łapiąc mnie za podbródek, tak abym teraz patrzyła na niego. - Nie oddam cię od tak... bez walki.
Musnęłam jego usta. Przynajmniej on i ja mamy nadzieję. Moje życie to jedno, wielkie tornado problemów w których teraz znalazł się i Axel.
- Chodźmy stąd.  - sapnęłam, ciągnąc go  za rękę.
Udaliśmy się więc do naszej ulubionej kawiarni. Tam spędziłam świetny czas z moim ukochanym. Oczywiście nasze chwile rozkoszowania się sobą, co chwile przerywał wibracje mojego telefonu, który oznajmiał kolejne połączenie od Marka, które wcale nie chciałam odbierać.
- W końcu będziesz musiała to odebrać. 
- Wcale, że nie. - sapnęłam, rzucając telefon w głąb torebki. - Mogę wyłączyć telefon.
- To nie rozwiąże naszego problemu, kochanie. 
- Masz rację. - podparłam rękami podbródek. - Ale wolę go trochę po unikać... za dużo tego wszystkiego jest na mojej głowie.
Jeszcze chwilę tu posiedzieliśmy i wszyliśmy.  Nasze kroki już zmierzały do posiadłości Blaze'a, gdy wtem ktoś przestąpił nam drogę. A raczej tych ktosiów było aż trzech, wyglądali na bliźniaków.
- Axel Blaze! - krzyknęli chórkiem. - To ten który nas zostawił na pastwę losu. Cóż za niemiłe spotkanie! 
Spojrzałam na chłopaka. Odkąd napotkaliśmy na nich, blondyn niemalże nie oddychał i się nie poruszał. Szarpnęłam jego ręką, aby chłopak uwolnił się z amoku.
- Kto to? - chłopak przełknął ślinę.
- Nie wiem... - pociągnął mnie za sobą. - Wynośmy się stąd.
- Nie wiesz? - ponownie odezwały się bliźniaki. - Mamy cię olśnić!?
- Z chęcią. - obróciłam się napięcie.
- Jesteś po prostu dezerterem... Zniknąłeś i pogrzebałeś wszystkie nasze marzenia. Czekaliśmy na to zbyt długo... Teraz pomścimy liceum Kirkwood'a. Wyzywamy cię na pojedynek!
- Przyjmij to! - krzyknął ktoś z daleka.
Obróciłam się, to był Mark wraz z Ericiem, Judem i Nathanem. 
- Jasna cholera, Axel! - jęknęłam. - Powiedz coś!
Chłopak nagle wyrwał się z mojego uścisku, wypuścił powoli ciężkie powietrze z ust. 
- To moja sprawa. - warknął w moją stronę, odsuwając mnie na bok.
- Nie zapomniałeś o czymś? - palnęłam go w ramię. - Przecież mówiliśmy, że nie będziemy mieć przed sobą tajemnic! 
Zagryzł wargę.
- Skarbie... to zbyt skomplikowane.
- Proszę cię! - sapnęłam. - Sama gubię się w własnym życiu, które jest jedną wielką układanką... a ty mówisz, że to jest dopiero skomplikowane? Matko, niech ten dzień się skończy jak najszybciej... bo dostanę tu nerwicy zaraz.
Nagle nad moimi oczami zaczęły się pojawiać się duże, czarne plamy. Zaczęło mi się kręcić w głowie i niespodziewanie upadłam. Byłam na wpółprzytomna, nie mogłam niestety nic powiedzieć, tylko widziałam rozmazany obraz osoby, która trzymała mnie na rękach. Po brązowych, krótko ściętych włosach poznałam, że to Jude. A później... moje oczy ponownie się zamknęły.  

* Axel POV *



Nie myślałem, że przeszłość będzie mnie prześladować. Uciekając do Japonii, miałem zacząć z nową kartą. Tutaj nikt mnie nie znał i mogłem spokojnie żyć moim nowym życiem. Mam taką zasadę - to co się zostawia w przeszłości, nigdy nie powraca. Jednak..  okazało się, że to gówno prawda. Właśnie widzę 3 bliźniaków z Kirkwooda: Izak, Mich i Ken, z  mojej dawnej szkoły. Normalnie mnie zatkało, nie mogłem normalnie funkcjonować. Tak jakbym umarł na miejscu lub zatrzymałbym się w czasie. Diana patrzy się na mnie zdziwiona i oczekuje wyjaśnień. A ja próbuje się uspokoić, ale nie mogę. 
Kto to? - przełknąłem ślinę.
- Nie wiem... - pociągnąłem ją za sobą. - Wynośmy się stąd.
- Nie wiesz? - ponownie odezwały się bliźniaki. - Mamy cię olśnić!?
- Z chęcią. - obróciła się napięcie i już wiedziałem, że już się z tego nie wywinę.
- Jesteś po prostu dezerterem... Zniknąłeś i pogrzebałeś wszystkie nasze marzenia. Czekaliśmy na to zbyt długo... Teraz pomścimy liceum Kirkwood'a. Wyzywamy cię na pojedynek!
- Przyjmij to! - krzyknął ktoś z daleka, to był Mark wraz z Ericiem, Judem i Nathanem. 
- Jasna cholera, Axel! - jęknęła. - Powiedz coś!
Wyrwał się z jej uścisku, gdyż czułem się nagle bardzo niekomfortowo, wypuściłem powoli ciężkie powietrze z ust. 
- To moja sprawa. - warknąłem w moją stronę, próbując odsunąć ją na bok.
- Nie zapomniałeś o czymś? - palnęła mnie z całej siły w ramię. - Przecież mówiliśmy, że nie będziemy mieć przed sobą tajemnic! 
- Skarbie... - zagryzł wargę. - To zbyt skomplikowane.
- Proszę cię! - sapnęła. - Sama gubię się w własnym życiu, które jest jedną wielką układanką... a ty mówisz, że to jest dopiero skomplikowane? Matko, niech ten dzień się skończy jak najszybciej... bo dostanę tu nerwicy zaraz.
I wtedy upadła, ale na szczęście wpadła w ramiona Jude'a, który był z resztą ekipy Evansa. Spojrzał na mnie znaczącym wzrokiem, nie miałem wyjścia i przyjąłem wyzwanie. Udaliśmy się na nasze boisko. 
- Spokojnie stary... - próbował mnie pocieszyć Nathan.
- O nie. - odepchnąłem go. - Ty mnie nie uspokajaj.
Poszliśmy do szatni, przebraliśmy się i byliśmy gotowi. Mark ustawił się na bramce.
- Oto zasady. - klasnął w ręce jeden z bliźniaków. - Ja i Izak oddamy po jednym strzale na waszą bramkę. Wtedy nasza zemsta będzie zrealizowana choć w piętnastu procentach. 
Jak tylko wszystko było już na swoim miejscu, położyłem piłkę przed sobą. Wtem moja pewność siebie wróciła, wszystko dzięki piłce. Kopnąłem więc piłkę do góry i zrobiłem salto, gdy zbliżyłem się do piłki, skierowałem ją z impetem w stronę bramki. Piłka wpadła prosto do bramki. To jest moje ogniste tornado, niezniszczalna broń. Ale wiedziałem, że już można je łatwo skopiować. Gdy tylko zobaczyłem ruchy jednego z bliźniaków, domyślałem się co planuje. Otóż powtórzył moje początkowe kroki, a następnie odwrócił się do piłki i nogą uderzył piłkę z całej siły. Piłka również wleciała w siatkę. Na tym polega ODWRÓCONE TORNADO - i to właśnie może nas pogrążyć, a raczej co już nas pogrążyło.
- Strzeżcie się! - wznieśli ręce w górę. - My bliźniacy z Kirkwood'a...
- To z nimi mamy następny mecz, prawda? - spytał zdziwiony Jude.
- Tak przynajmniej mówiła Celia. - podrapał się po głowie Eric.
Nieoczekiwanie trojaczki nagle zniknęły, wtem zostałem otoczony przez chłopaków. 
- Bierzemy go! - odparł Bobby, łapiąc mnie za ramię.
- Okej. - zaczął Eric, a ja zmęczony tym wszystkim usiadłem na murawie. - Teraz wyjaśnimy sobie parę drobnych spraw. 
- Co to za goście? - spytał Mark, kucając przy mnie. - I co od ciebie chcą? 
- To... moi dawni koledzy z mojej dawnej szkoły.
- Gadaj cholera! - wyrwał się zaciekawiony Nathan.
- Daj mi pozbierać myśli... - złapałem się za głowę. - Pamiętam, że grałem z nimi w jednym clubie sportowym. Pewnego dnia mieliśmy się zmierzyć z wspaniałą Akademią Królewską... Pamiętam jak moja siostra cieszyła się z tego, że grałem. 
Mark złapał mnie za ramię.
- ...Przed meczem powiedziała do mnie: "Braciszku, ale proszę  cię, strzel choć jedną bramkę dla mnie!". 
- Nie musisz o tym mówić Axel... - sapnął Max.
- I właśnie chwile przed meczem dowiedziałem się... że została potrącona przez tira. - czułem jak do oczu powoli nabierają się łzy. - Teraz leży w szpitalu... w stanie krytycznym. 
- Matko.. - westchnęła wbita w fotele reszta.
- Co miałem zrobić? - zacząłem wymachiwać rękami. - Wyjść jak gdyby nigdy nic i zagrać mecz? Zamiast tego wolałem zostać znienawidzony przez całą szkołę niż nie zobaczyć się z siostrą. 
- Rozumiem cię, a teraz wstawaj. - westchnął Evans, wstając i podając mi rękę. - Trzeba to powiedzieć twojej dziewczynie, Dianie.
Czekaj, czekaj... On powiedział dziewczynie? Czyżby zaczął akceptować nasz związek? Oby tak, wiecie... nadzieja umiera ostatnia.
- Nie wiem czy kiedykolwiek w pełni to zaakceptuje... - podrapał się po głowie. - Ale to jej decyzja... Skoro jest z tobą i jest szczęśliwsza, to niech to trwa dalej. Ale jeśli zrobisz cokolwiek co ją zrani, to przyjdę do ciebie z tasakiem i odetnę ci łeb? Kumasz?

* Diana's POV *



Obudziłam się u Jude'a na kolanach. Byliśmy na jakimś boisku, spojrzałam ukradkiem na bruneta. Jego oczy były skierowane w nieznanym kierunku.
- Dobra... dosyć tego leżakowania, wstaję. - odrzekłam, na co chłopak się otrząsnął. - Co my tu robimy?
- Chciałbym ci powiedzieć, ale sam dokładnie nie wiem o co chodzi. - odparł zdziwiony. - Ale z tego co widzę, to... zaraz wszystko będziesz wiedziała.
W naszym kierunku podążał blondyn, jego wzrok był dziwnie zagubiony, postanowiłam mu na przeciw.
- Dowiem się co tu się wyprawia? - zaczęłam nim potrząsać. - Co się dzieje? Mieliśmy przecież mówić sobie tylko prawdę, a wychodzi na to, że skrywasz przede mną jakieś tajemnice. Co ta za jakieś dziwne kolny?
- To samo mógłbym powiedzieć o Tobie.
- Nie odwracaj kota ogonem, Blaze!
- Ile razy mi obiecywałaś, że będziesz grzecznie zażywać leki? Najwidoczniej ty masz w dupie swoje zdrowie... wolisz mdleć mi na ulicy, tak? - spojrzałam w jego rozbiegane źrenice, jest wściekły tak samo jak ja.
-  Axel... - jęknęłam. - To był ostatni raz, obiecuję...
- Nie obiecuj rzeczy, których nie jesteś w stanie spełnić. 
- I ty masz prawo mi takie rzeczy mówić? - palnęłam go w tors. - Obiecywałeś mi, że będziesz ze mną szczery, bo wiesz jak mi na tym zależy... Więc proszę nie atakuj mnie jak sam nie jesteś do końca czysty. A teraz... chciałabym się w końcu dowiedzieć o co chodzi. 
Prawda taka, że wysłuchałam jego orędzia i byłam tym wielce zdziwiona, to było bardzo szlachetne - wolał zostać znienawidzony niż nie uratować swojej siostry. Powiedzmy sobie szczerze, kto by tak nie postąpił? W kwestii rodziny wszyscy jesteśmy zgodni, rodzina stoi na pierwszym miejscu hierarchii naszych wartości w naszym życiu. Gdyby ktoś z naszej rodziny czy to zginął czy leżał w szpitalu to zawsze spieszymy do nich na tak zwane złamanie karku. 
- Ten dzień jest zwariowany...
- Dosyć wrażeń na dziś... - odrzekł, przysuwając się do mnie. - Mam dla ciebie malutkie pocieszenie.
- Jakie? - spytałam, unosząc  głowę. 
- Chyba twój braciszek zaczyna powoli akceptować naszą relację. - rzuciłam mu się w ramiona. - Nie powiedział tego wprost, ale... z kontekstu jego zdania można wywnioskować. 
- Czyli... wszystko zacznie się układać.
- Mam nadzieję. - odparł, ściskając moją dłonią.

* Eric's POV *



Sam nie wiem co teraz powiedzieć. Po tym co usłyszałem od Axel'a, jestem zaszokowany. Okej muszę przyznać, że na początku naszej znajomości nie przypasował mi i z wzajemnością. Ale po tym jak opowiedział mi o swojej młodszej siostrze to zmieniłem o nim zdanie. Nie pomyślałbym, że jest on typem osoby, która widzi wokół siebie innych. Wcześniej uznałbym go za zadufanego w sobie narcyza. Teraz mam wielki mętlik w głowi, dopiero poznaję tych ludzi, więc wiele rzeczy może mnie jeszcze zdumieć. Akurat szedłem obok Nathan'a, przyjaciela Blaze'a i coś kazało mi się oto zapytać.
- Nathan... od kiedy Julia jest w szpitalu? 
- Sam nie wiem... - chłopak na chwilę się zamyślił. - Jakby się tak zastanowić... to pewnie odkąd Axel poszedł do 2 gimnazjum. Dlaczego pytasz?
- Wiesz... jestem nowy w waszym team'ie. - sapnąłem lekko speszony moim wścibskim wcieleniem. - Wielu rzeczy jeszcze nie wiem... Nawet nie wiedziałem o takiej tragicznej historii Axel'a, szczerze mówiąc, myślałem, że jest on typem jednokierunkowca.
- Jedno.. co? - skrzywił się na moje słowa. 
- Takiego... dążącego do własnego szczęścia, tak zwanego narcyza. - blondyn zaczął się śmiać na moje słowa.
- Na początku naszej znajomości, miałem takie same stanowisko jak ty. - dźgnął mnie w bok. - Axel to trudny do rozgryzienia człowiek. Niby go znam długo, ale... wydaje mi się, że on jeszcze wiele w sobie skrywa. 
Podczas drogi na boisko szkolnej, wyciągnąłem telefon. Na wyświetlaczu pojawiło mi się imię, które swoją drogą dawno nie widziałem. Nash był to mój dawny koleszka z sąsiedniej ulicy. Ogólnie tam w Stanach trzymaliśmy się w jednej czteroosobowej grupce. Kliknąłem bez zawahania zieloną słuchawkę.
- Halo?
- No witam panie Eagle.
- Czego chcesz... mendo
- Teee... Ładniej się nie dało do mnie powiedzieć? 
- Dobra, nawijaj
- Dzwonię, by się upewnić... czy te plotki, o tym, że nie żyjesz to prawda.
- Słucham? Kto jeszcze wie?
- Kurde, pogadałbym z Tobą dłużej... ale nie mogę. Mam trening, bo jutro będziemy mieć mały meczyk. 
- Okej... to powodzenia, stary.
- Nie musiałeś. Bye. - sam się rozłączył.
Gdy tylko dotarliśmy na boisko, zaczęła się burza mózgów. Kirkwood miał w zanadrzu trzy klonów z mózgami napełnionymi wiedzą z całego świata, a my nie mamy kompletnie nic. Dobrze wiem, że starymi atakami nic nie zdziałamy. Trzeba wymyślić coś nowego. Coś co wzleci wysoko zupełnie jak... pegaz? Tak, właśnie tak. Kiedyś jak mieliśmy po 8 lat wymyśliliśmy taki atak zwany TRÓJ-PEGAZEM. 
- Hej... mam pomysł! - krzyknąłem.
Wtedy gdy wszystko było omówione co i jak, ustawiliśmy się na odpowiednich pozycjach. Wykonywaliśmy odpowiednie korki, ale mimo to, nie udawało nam się. Ja, Bobby i Mark opadaliśmy jak muchy pacnięte klapką. Kompletnie nic z tego nie wychodziło. 
- Ja się tym zajmę. - podeszła do nas Sil. - Mogę stanąć na środku przecięcia tych trzech linii i wtedy musi się udać.
- Nie ma mowy. - odparłem szybko
- Eric, nie bądź taki! - jęknęła, tupiąc nogą. - To jedyny sposób.
- Kochanie... Może ci się coś stać. - złapałem ją za ramiona. - Nie pomyślałaś o tym? Zrobimy to sami.
- Eric... Pozwól jej, będziemy ją asekurować. - powiedział Blaze, kładąc rękę na moim ramieniu.
Spojrzałem na niego, trzeba przyznać, że miał on pewne spojrzenie. 
- Dobra, ale jak ją zabiję... - odparłem, klepiąc go po plecach. -  to ty płacisz za grabarza.
- Oczywiście. - odparł, podnosząc brwi.
Dziewczyna tak jak mówiła stanęła na samym środku boiska. Zaczęliśmy biec w jej kierunku, linie naszych kroków przecięły się dokładnie obok dziewczyny. Wtedy nasza trójka wzniosła się w górę jak na skrzydłach i posłaliśmy piłkę do bramki i opadliśmy na ziemię.
- To było koza-aackie! - krzyknął podniecony strzałem Todd.
- Teraz już nikt nas nie powstrzyma. - powiedział Jude, klepiąc mnie po plecach. 
- Wszystko w rękach Magika boiska. - dodał Axel, uśmiechając się.