Rozdział:56
Spojrzałem na niego i uczyniłem jego gest, poklepałem go po ramieniu.
- To tak samo jak ja. Mogłem zostać, ale chciałem, aby Diana była szczęśliwa i bezpieczna, dlatego odszedłem. "
*Mark's POV*
♫
Po kilku godzinach spania, autobus się zatrzymał. Za oknem zobaczyłem obraz wyglądający niczym Narnia, pokryty białym puchem.
- Myślisz, że uratujemy to miasto? - od okna oderwało mnie pytanie Nelly.
Inni również wyjrzeli przez okno i z podziwem patrzyli na to co się dzieje na zewnątrz.
- Mam taką nadzieję... - sapnąłem, przysuwając ją do siebie bliżej. - ...oby nie było za późno.
W środku jednak nie byłem pewny swoich słów. To nie jest takie proste jak się wszystkim wydaje. Ta cała grupka, pełna cichociemnych typków jest - non stop - krok przed nami. Doprowadza mnie to do szału. Jestem bezsilny w tej sytuacji. Cholera, tak bardzo przydałby mi się ten przesławny "detektyw" Axel, który wyniuchałby wszystko raz-dwa. Dałby mi chociaż namiastkę kontroli nad tym bałaganem. Jednak rzeczywistość jest inna - jestem spanikowany, a mimo tego staram się za wszelką cenę tego nie okazywać. Chociaż tą obietnicę daną samemu sobie chcę dotrzymać. Wtedy pani Hitomiko nakazała nam wysiąść z autobusu, machając do nas ręką byśmy zagęścili ruchy. Gdy wyszliśmy na pole to zderzyliśmy się z ogromnym wiatrem i mrozem. Trzęśliśmy się z powodu wielkiego zimna, które zasygnalizowały nasze, czerwone policzki. A na dodatek odróżnialiśmy się od reszty tym, że zamiast ciepłych kurtek czy też kożuchów, byliśmy jedynie w bluzach i w trampkach. Za pewne dla okolicznych mieszkańców byliśmy największą atrakcją.
- Gdzie się znajdujemy? - spytała lekko poirytowana Nelly.
Kobieta odwróciła głowę w jej stronę i zmierzyła ją wzrokiem. Mimo to wyraz Nelly nadal był lekko poirytowany, przez chwilę się jej przyglądała tak jakby próbowała ją zamrozić.
- To Haiku. - urwała, nakładając czapkę na głowę. - Jak widzicie klimat jest tu dość chłodny..
- Tak... jest zdecydowanie za zimno. - jęknęła Diana, przytulając się do Max'a.
Na widok Diany czarnowłosa zrobiła wielkie oczy - wiedziałem, że nie obędzie się bez jakiejś nieścisłości.
- Kto to jest? - zwróciła się w moją stronę, nadal patrząc na postać mojej siostry.
- To...
I teraz właśnie miałem powiedzieć, iż ten "ktoś" to moja siostra. Bałem się jak cholera gdyż chciałem za wszelką cenę chronić moją siostrzyczkę. Już wyobrażam sobie jak zostawiam Dianę w Inazumie wiedząc jakie typy kręcą się wokół tego miasta - po moim trupie. Widząc jakie ma nastawienie do naszej grupy "pani trener" sądzę, że nie ucieszyłby ją fakt iż moja siostra jest tutaj z nami. Może się wydawać, że jest nam bezużyteczna. Wręcz przeciwnie, bez niej nie ogarnęlibyśmy tego wszystkiego po mimo, że Silvia, Celia i Nelly starają się jak mogą. W tym momencie do zdania wtrącił się Jude.
- ... nasza managerka. - sapnął, puszczając w moją stronę oczko.
W myślach podziękowałem mu za jego wspaniały refleks.
- Po co wam, aż 4 managerki? - spytała zdziwiona, a w jej głosie usłyszałem lekką irytację.
- Tak na wszelki wypadek. - palnął Swift, a Hitomiko obdarzyła go wzrokiem pełnym absurdu.
Jednak blondyn nie schował się przed jej spojrzeniem, a wręcz przeciwnie również patrzył jej prosto w oczy. Zawsze był nieustraszony, nie bał się stawiać największym przeszkodom w jego życiu.
- Bez sensu.. - urwała, rozglądając się po mieście.
Nagle w oddali zobaczyłem jakąś postać. Wydawało mi się, że to jakiś eskimos, który posturą przypominała Yodę z Gwiezdnych Wojen. Tajemnicza postać szła powoli, a pod jej nogami trzaskał śnieg. Gdy już postać była dostatecznie blisko mogliśmy jej się bliżej przyjrzeć. Był to staruszek z długą, siwą brodą, a na jego twarzy malował się ciepły uśmiech, który dodał nam natychmiastowego ciepła. Nasza trenerka widząc go, przykucnęła i podała mu rękę i wyglądało na to, że się znają.
- Witajcie. - odparł mężczyzna, a jego głos idealnie komponował się z głosem zielonego stworka.
Poczułem się wtedy jak w innym wymiarze. Czy to na pewno nasza planeta ziemia? Czy ja śnię?
- Miło mi pana widzieć. - odparła, a na jej twarzy pojawił się dziwny grymas.
Pewnie to był uśmiech, ale nie potrafię go sobie na niej wyobrazić. Staruszek skoncentrował swój wzrok na mnie i podszedł, wyciągając dłoń w moją stronę, aja nieśmiało uścisnąłem jego dłoń.
- Ty musisz być Mark Evans, zgadza się? - spytał, patrząc ufnie w moje oczy.
Ten wzrok przyprawił mnie o ciarki. Świadomość kim się właśnie stałem, nagle zaczęła lekko kłuć mnie z boku. Bohater - takie właśnie określenie do mnie przylega, chociaż nie odznaczam się od pewnego czasu żadnymi z swoich super mocy. Pokiwałem głową na jego słowa.
- Chodźcie, zapoznam was z naszymi uczniami. - odparł, pokazując na naszą grupę. Podążyliśmy za nim i udaliśmy się do pobliskiego liceum. Po drodze zdążyliśmy rozglądnąć po mieście. Każdy obiekt był pokryty śnieżnym puchem, a ludzie machali do nas, jakbyśmy byli celebrytami. Szliśmy przez białe uliczki, do momentu gdy znaleźliśmy przed wielkim pałacem. Dosłownie jakbym widział pocztówkę z Petersburga. Oglądnąłem się za siebie, cała nasza grupa wyciągnęła telefon i cykała zdjęcie tego jakże urokliwego miasta. Z wielkiego zamku wyszedł chłopak. Był w naszym wieku, a z jego oczu pałało ogromne ciepło i troska. Na jego głowie znajdowała się platynowa czupryna. Na szyi leżał, w idealną kratkę zrobiony, szalik. Gdy zobaczył nas, zrobił wielkie oczy i popatrzył na trenera lekko zdezorientowany całą sytuacją.
- Baranie.. to są goście nasi! - skarcił go, ciągnąc go za wspomniany przeze mnie szalik.
Chłopak na tą informację zatrzepotał szybko rzęsami i lekko się zawstydził. Po kilku chwilach kompletnego paraliżu, jegomość zdecydował się do nas podejść. Na przeciw wyszła mu Diana a ich spojrzenia się spotkały. Kątem oka zauważyłem, że platynowa czupryna na długo zawiesiła wzrok na dziewczynie.
- Jestem Shawn, witajcie w Haiku. - odparł, nadal trzymając Dianę za rękę.
- Nie uważasz, że powinieneś się przedstawić temu młodemu człowiekowi? - urwał staruszek w między czasie gładząc swoją brodę.
Na te słowa Shawn zamknął oczy gdyż zapewne przeczuwał, że staruszkowi kończy się cierpliwość. Wtedy do staruszka podbiegł inny chłopak z czerwonym nosem i policzkami. Widząc poczynania Shawn'a, spoglądnął ostrzegawczo na staruszka i kręcił głową z niezadowolenia.
- Mark Evans! - odparł chłopak z lekką ironią w głosie. - Na co czekasz, Shirou? Całuj i bij pokłony.
Na jego słowa chłopak podszedł do mnie i lekko się ukłonił. Na ten ruch grupa zaczęła się śmiać. Spojrzałem do tyłu, Nathan próbował połknąć ogromny potok melodyjnego śmiechu.
- Mówiłem sensei... - urwał kąśliwie chłopak. - on się nie nadaje się na takie rzeczy.
- Stary... nie musisz się kłaniać przede mną. - odparłem lekko zażenowany, podając mu rękę aby wstał.
Chłopak chwycił moją rękę, wstał i otrzepał swoje czarne spodnie z śniegu.
- Jesteśmy tacy sami jak wy wszyscy... - urwał Nate, patrząc na mnie nadal wielce rozbawiony. - Chociaż ten tutaj to nasza lokalna gwiazda.
Przewróciłem na jego stwierdzenie oczami. To, że przetrwałem całą strefę Football'u, śmierć dziadka i boskie liceum nie czyni ze mnie lokalnego pupilka. To tylko tak wygląda, że każde moje przemówienie jest motywujące i ich inspiruje. Wydaje mi się jednak, że nie zalicza się to do definicji idola czy gwiazdy.
- Sensei..
- Cisza. Shawn oprowadź naszych przybyłych. A ty Nori, wracaj na zajęcia. - rozkazał, wskazując niejakiemu Noriemu drzwi do szkoły.
- Ja mogę to zrobić...
- Mam ci przetłumaczyć inaczej moje słowa? - warknął do niego starzec.
Lekko przestraszony młodzieniec posłusznie wrócił do budynku.
- Ty zostań. - zwrócił się w moją stronę, a Shawn'owi skinieniem nakazał oprowadzanie za rozpoczęte. Staruszek bez słowa, wskazał mi drogę i nakazał abym nią podążał wraz nim.
- Widzę w tobie połamaną duszę, herosie... - odparł, szturając mnie w bok laską.
Pokiwałem na to stwierdzenie głową, to prawda. Dosłownie zajrzał w głąb mnie i zauważył to wszystko co szamota moją duszę we wszystkie możliwe strony. Postrzelenie Jude'a, odejście Axel'a, kłótnie z Nelly, pijackie tułaczki wraz z Eric'em, a po między wszystkim tym wielka pusta przestrzeń. To wszystko odcisnęło się na mnie ogromne piętno, które odczuwam coraz mocniej. Lecz, czuję iż ta garść dobrych wspomnień, gdzieś głęboko we mnie siedzi. Niestety to co złe zakryło to kompletnie. Ten "dawny" Mark kilka miesięcy wcześniej ulotnił się przy tych pierwszych oznakach zła. Zupełnie jakby był niemile widziany przez moją duszę.
- Sęk w tym, że nie umiem ją poskładać do kupy.. - urwałem, łapiąc się za głowę.
Świadomość mojej bezsilności mnie dobija. Niegdyś byłem lekiem na całe zło, a teraz? Przyszło co do czego, to nie ma dla mnie ratunku.
- Chłopcze, musisz użyć odpowiedniego kleju do tego.. - przytknął palce do mojego serca. - Ta ciemna masa siedząca w tobie, musi być wypędzona...
- Ale jak..
- Cicho. Zagłuszasz swój wewnętrzny głos, synu. - krzyknął, tupiąc laską w deski.- Wsłuchaj się w go.
Zamknąłem oczy i wziąłem kilka głębokich wdechów. Przed oczami pojawiła się ciemność, a na środku byłem w niej ja i telewizor. Na nim pojawiły się wszystkie wspomnienia. Pierwszą sceną rozpoczynającą moje wspominki był pierwszy meczu z Akademią.
"- Czy to już koniec Evans? - usłyszałem jego szorstki głos.
- Nie pozwolę na to, abyś krzywdził ludzi MOJĄ PIŁKĄ!
Ponownie czuję, że piłkę wbija się w mój brzuch. Jest rozwścieczony. Nigdy się nie spotkał się z tak upartym zawodnikiem. O to jestem ja. Zadał mi z 100 ciosów, które powaliło wielu, ale nie mnie.
Pamiętam to jak dziś - do tej pory na samą myśl moje kości krzyczą z bólu. Ale oprócz tego, zyskałem nową siłę i wiarę w siebie. Na ekranie pojawił się Blaze, któremu zawdzięczam nowy początek, odrodzenie i silne oblicze.- Nie pozwolę na to, abyś krzywdził ludzi MOJĄ PIŁKĄ!
Ponownie czuję, że piłkę wbija się w mój brzuch. Jest rozwścieczony. Nigdy się nie spotkał się z tak upartym zawodnikiem. O to jestem ja. Zadał mi z 100 ciosów, które powaliło wielu, ale nie mnie.
(...)
Ponownie ZABÓJCZA FORMACJA zostaje wycelowana w naszą bramkę. Ale Axel biegnie w przeciwnym kierunku.. Chyba wyniuchałem jego plan. Liczy na moje padanie, na mnie... na moją obronę. Czuję, że moje serce zyskuje nową, lepszą energię. Ręce mi się niemiłosiernie trzęsą. Ale.. mam pewność, że ja to zatrzymam. Nie wierze, że właśnie stosuję BOSKĄ RĘKĘ! Wszyscy są pod wrażeniem, nawet pan Sharp. Obroniłem to. Bez zastanowienia szybko rzucam to w stronę Axel'a. Wznosi się w górę i robi piruet, a piłka niczym OGNISTE TORNADO mknie do bramki. Strzela gola, 20:1. Niby marny wynik, ale... mamy punkt! - Królewscy ogłaszają, że mecz oddają walkowerem. - ogłasza speaker.
A ja nie mogę uwierzyć. Chłopaki lecą do mnie i przytulają mnie do siebie. Jesteśmy wszyscy wzruszeni i zdziwieni, że przetrwaliśmy.
- MY... WYGRALIŚMY!? - krzyczę na cały regulator.
Niestety nie widzę już pośród zawodników Axel'a. Zniknął. Zastanawiam się, dlaczego w ogóle nam pomógł..."
Pamiętam to jak dziś, do tej pory na samą myśl moje kości krzyczą z bólu. Ale oprócz tego, zyskałem nową siłę i wiarę w siebie. Na ekranie pojawił się Blaze, jemu zawdzięczam nowe odrodzenie, moje nowe silne oblicze."
Potem ukazał mi się wielki ból podczas walki z Boskim Liceum.
"Ponowny strzał w moją twarz, ponowny upadek, ponowny ból. Zamknąłem oczy i przez chwilę widziałem białe światło, przeraziłem się. Czułem jak upadam na ziemię, opuchniętą, zakrwawioną twarzą do zielonej trawy. Słyszę tylko kroki sędziego i zacząłem marzyć, by to powstrzymał tą masakrę.
- Zdziwiony? - podniosłem głowę i moim obolałym oczom ukazała się sylwetka Juda, który ledwo stał na nogach - To nasz kapitan, zapamiętaj tą twarz. Jest niezwyciężony, bo za każdym twoim ciosem wstaje jeszcze silniejszy. Każdy upadek spowodowany kometami twoich strzałów, dodaje mu siły. Nie możesz się mierzyć z tą boskością.
Nie mogłem uwierzyć w jego słowa, ponieważ załączony obrazek nijak ma się do tych pięknych słów wygłoszonych przez chłopaka. Poczułem, że siły powoli do mnie wracają i nieudolnie zacząłem wstawać. Bayron spojrzał na mnie zdziwiony, na słowa Juda jego zabłyszczały ze wściekłości.
- To może zrobimy mały test? - i ponownie wzniósł się w przestworza.
(...)
- To co? - pstryknął w palce. - Czas się poddać.
- Nie wkurzaj mnie lalusiu. - warknąłem, a piłka ponownie musnęła moją twarz.
Jednak postanowiłem przyjąć to zagranie z godnością i wstałem jakbym był niewzruszony tym potężnym strzałem. Blondyn jeszcze bardziej wkurzył i kopnął jeszcze mocniej niż wcześniej piłkę.
- Dlaczego ty wstajesz pluskwo! - piłka Bayrona poszybowała do bramki.
- Nigdy się nie poddam. - jęknąłem. - Nie pozwolę być zszargał piękne brzmienie tego sportu!
Mięśnie blondyna się zacieśniły, nagle stał się jakiś dziwnie spięty. Przez te używki nawet nie zauważył jak szybko wysiadł mu organizm i przy okazji psychika. Pofrunął wysoko w górę. Wtedy obrócił się i wyglądało na to, że nie chce patrzeć na swoją porażkę jakbym pogodził się z tym wszystkim. Zamknąłem oczy i złapałem się za serce jakbym chciał czerpać z niego całą swoją miłość do tego sportu. W tym samym czasie piłka poleciała z prędkością światła w moją stronę. Wtem z bramki rozbłysnęło wielkie światło a nade mną pojawił potężny bohater Maajin, który jest najsilniejszym bożkiem z kultury japońskiej. Wyciągnąłem pewnie rękę i z łatwością przechwyciłem potężną moc z jaką piłka leciała.
- O matko... - sapnął zdezorientowany ściskając piłkę, upewniając się czy to na prawdę się zdarzyło."
I tutaj pojawia się ponowna bezsilność widząc wokół mnie poturbowanych przyjaciół - Axela ledwo trzymającego się na nogach i Juda, który z trudem podnosi głowę. Poczułem wtedy nie tylko cierpienie i strach, ale i złość. Jednak gdy tylko Bayron wzniósł się na ziemię poczułem jakby ktoś trzymał mnie za ręce. Wtedy ponownie nowa siła się we mnie narodziła, odkryłem nowe pokłady energii a to wszystko zasługa rękawic dziadka. Zauważyłem pewien schemat, który non stop przewijał się przez te stop klatki z mojego życia - BEZSILNOŚĆ ~ MIŁOŚĆ ~ SIŁA. Czy właśnie te słowa pragnie mi przekazać moje serce? Czy to powinienem zrobić? W końcu mam tylu wspaniałych przyjaciół i zwłaszcza teraz nie mogę ich zawodzić. Otworzyłem oczy i poczułem jak endorfiny rozchodzą się po każdym centymetrze mojego ciała.
- Już wiem! Powinienem kierować bezsilność w objęcia miłości, a czyny.. przerodzić w siłę... czyż nie? - odpowiedziała mi cisza, staruszek jak mgła rozpłynął się.* Jude's POV *
♫
- Kuźwa, kocham cię... dlaczego ty do cholery nie? - jęknąłem bezsilnie.
Ona patrzyła na mnie roztrzęsionym wzrokiem, w jej oczach pojawił się nagły strach. Tak, przypomniałem jej dawne czasy... stare, złe czasy.. Nigdy nie wybaczę sobie tego, jakim ignorantem i dupkiem byłem wobec tak wspaniałej dziewczyny jak ona.I to wszystko ze względu na pozycję w Akademii. Wyryłem w jej sercu ogromną dziurę, która uniemożliwia jakiekolwiek kontakty z innymi chłopakami do dziś dzień. Właśnie tym głupim pomysłem, rozbudziłem jej wątpliwą stronę.
- Dobrze wiesz dlaczego... - urwała, obracając się do mnie tyłem.
Miałem ochotę ją przytulić, wyjaśnić to wszystko. Ale nie mogłem, byłem bezsilny. Co ja sobie myślałem? Nikt inny, tak jak Axel, nie załata jej serca. Ja jestem tym, kto zawsze ją niszczy na drobne kawałki. Głęboko westchnąłem i udałem się pośpiesznie do drzwi, gdy wtem ona obróciła się w moją stronę. Na jej twarzy widziałem łzy, za które zawsze będę siebie nienawidził, podeszła w moją stronę i mnie objęła. Zacisnąłem zęby i wtuliłem się w jej włosy, jestem wściekły. Moje serce kołatało we wszystkie strony, ze smutku i wściekłości. Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem, nie mogłem tego dłużej wytrzymać.
- Przepraszam... - mój głos się załamał na tyle, by zabrzmieć jak jęk, wyszedłem.
Trzasnąłem drzwiami, a po moich oczach popłynęły łzy goryczy. Miałem ochotę krzyczeć na cały świat, ale nie mogłem. To mi nie pomoże, tym bardziej te moje łzy - szybko je przetarłem. Wziąłem walizkę w rękę i ewakuowałem się z posesji Evans'ów. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, udałem się w stronę szkolnego boiska. Zawsze granie w piłkę, jakoś mnie koiło i układało moje myśli. Dawno nie grałem, ale postanowiłem do tego powrócić. Byłem sam jak palec - ja, piłka i boisko. Kopnąłem piłkę i pogalopowałem w stronę bramki. W mojej głowie wciąż brzmiały jej słowa "Ja nie potrafię cię pokochać od nowa. Moje serce należy do Axel'a." Nikt nie jest w stanie go zastąpić, ma rację. Od tych dwoje, bije niesamowite uczucie i wbrew pozorem nie jest to miłość, a ogromne przywiązanie. Był z nią w tych najgorszych czasach, kiedy to ja potargałem jej uczucie, jej serce w drobny mak i w tych najlepszych, kiedy zaczęła w Japonii nowy rozdział, odzyskała rodzinę i zyskała miłość swojego życia. A ja? Wpycham się jak buldożer i żądam by mnie pokochała. Jakim prawem? Zachowałem się jak dzieciak -
"Kuźwa, kocham cię... dlaczego ty do cholery nie?"
To takie proste do zrozumienia, dlaczego dla mnie takie nie jest? Piłka odbiła się od poprzeczki i z impetem zaczęła lecieć w moją stronę. Gdy już zbliżała się do mnie zamachnąłem się i z wielką mocą i siłą uderzyłem w stronę bramki. Zauważyłem, iż mój strzał był na tyle mocny, by rozerwać siatkę w bramce. Upadłem na ziemię i czułem się taki mały w tym świecie. Słońce raziło moją twarz niemiłosiernie, a ja patrzyłem prosto w jego oblicze i byłem zmęczony. Po paru minutach, otrzepałem kurz z ubrań i szybko pomknąłem do domu. Szybko się ogarnąłem, wykąpałem i częściowo oczyściłem siebie z wstydu i gniewu. Nadal w mojej głowie widniała Diana. Zebrałem wszystkie, najpotrzebniejsze rzeczy i napisałem kartkę tacie, że wyjeżdżam z drużyną na wycieczkę, organizowaną przez Hillmana. Udałem się więc na wyznaczone miejsce, a gdy tam dotarłem, szybko zająłem miejsce w busie, by nie spotkać tam siostry Mark'a. Wiedziałem, że Mark będzie miał do tej sytuacji pytania. Już dawno wyłapałem jak patrzy się na naszą dwójkę. To kwestia czasu, że dowie się co zaszło. Przez resztę podróży spałem, a w uszach szumiała mi muzyka 5 second of summer. Trwało to chwilę, ponieważ autokar zrobił niespodziewany postój. Tego się obawiałem. Przetarłem twarz i poczekałem, aż wszyscy przejdą, by wyjść na końcu i nie narazić się na jakąkolwiek niezręczność z Dianą. Wyszedłem tak jak planowałem - ostatni, udałem się do stacji i kupiłem kawę, by orzeźwić zamroczony umysł. Od razu przykułem uwagę Nathan'a i Max'a, już wiedziałem, że Diana puściła farbę. Nie dziwiłem się, w końcu są jej najlepszymi ziomkami. W tym czasie podszedł do mnie Mark i zagadnął.
- Co się stało? - spytał, rozglądając się dookoła.
- Nie... dlaczego pytasz? - sapnąłem zdziwiony.
Nie potrafię kłamać. Spuściłem wzrok by ominąć jego badawczy wzrok. Wiedziałem, że doskonale wyczuł co się zdarzyło swoim nosem.
- Ty i Diana... co się po między wami dzieje? - spytał, spoglądając ukradkiem na Dianę.
Na jej twarzy również zauważyłem zadumany grymas, za pewne myśli o tym intensywnie. Super, sprawiłem jej kolejne zmartwienie.
- Mark... to na prawdę nie twoja sprawa... - jęknąłem, upijając kawę z papierowego kubeczka.
Bzdura. Ja nie wierzę jakie ja dzisiaj słowa wypowiadam. Myślałem, że kofeina mnie obudzi, a mimo tego, mój mózg jak spał tak śpi nadal w najlepsze. Mark to jej rodzina, najważniejszy człowiek, dla którego wróciła do domu. Poza tym Mark jest mocno związany ze mną, tak samo jak Diana - wszyscy to wiedzą i widzą.
- Pocałowałeś ją. - stwierdził po chwili namysłu.
Cholera jasna.. czy raz do cholery jasnej, nie może mi się upiec? Pytam się ciebie coś, wielki wszechświecie, który uwziął się na mnie od samego początku? Moje oczy zaczęły skakać we wszystkich stron, a ja już sam nie wiedziałem, czy to z powodu końskiej dawki kofeiny w moich żyłach czy też ze zdziwienia jak przenikliwy stał się Mark.
- Ja.. tak. - chrząknąłem, przyznając mu rację, robiąc krok w tył.
Czułem, że właśnie wykopałem sobie dół, do którego wpadnę i już nie wyjdę z niego tak szybko. Odkąd Evans dowiedział się o związku z Dianą, za głową formowała się czarna chmura. Wiedziałam, że właśnie ta chmura kiedyś wypuści na siebie swój piorun i tak jak Balladyna będę skazany na śmierć, ze skutkiem natychmiastowym. I mimo tego, że pomiędzy nami wytworzyła się przyjaźń, to nadal mimo ulgi - moje wątpliwości zamiast się zmniejszać cały czas rosły. Mark spoglądał na mnie jednak zupełnie inaczej niż w tamtej chwili, wiedziałem, że muszę się przyznać przed samym sobą i nim, że mnie rozgryzł.
- Masz rację. - odparłem zasmucony.
- Ale stary.. wiesz to nie oznacza, że nie znajdziesz miłości... Potrzeba czasu, wiesz? - odrzekł, a jego słowa zabrzmiały typowo jak te wypowiadane przez panią psycholog.
Non stop je słyszę. Przecież jest czas, tego kwiatu jest pół światy - ta jasne. To takie "mrzonki" w które są skłonne uwierzyć większość z nas. Jestem zdania, że jeśli się kogoś kocha to się kocha na zawsze albo wcale.
- Czas, czas, czas... wkurza mnie to. - odburknął, biorąc łyk kawy.
Postanowiłem się nie wdawać się w dalszą interakcję i odszedłem.
Widziałem wzrok i wiedziałem, że już ostrzy na mnie swoje kły. Po incydencie z Jackiem, weszliśmy do autobusu i ponownie zapadłem w sen. I nim zamknąłem swoje oczy i zdążyłem dojść do krainy Orfeusza, machina zatrzymała się. Kiedy drzwi otworzyły się, moją twarz i resztę mojego ciała zaatakował wielki chłód. Czy ktoś robi sobie z nas kpiny czy na prawdę znajdujemy się na Alasce?
- Gdzie się znajdujemy? - spytała moja lekko poirytowana Nelly.
Kobieta odwróciła głowę w jej stronę i zmierzyła ją wzrokiem.
- To Haiku. Jak widzicie klimat jest tu dość chłodny.. - urwała, nakładając czapkę na głowę.
- Tak, jest zdecydowanie za zimno. - jęknęła Diana, przytulając się do Max'a.
Na widok Diany czarnowłosa zrobiła wielkie oczy.
- Kto to jest? - zwróciła się w moją stronę, nadal patrząc na nią.
Spoglądałem na Dianę i widziałem wielkie zakłopotanie nawet przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały ale szybko odwróciłem wzrok.
- To...
I wtedy zauważyłem zdenerwowanie na twarzy mojego przyjaciela. Jego brwi zmarszczyły się w zadumie, a ja tylko zastanawiałem się, co jest w stanie wymyślić. Czułem, że może rozpocząć się wielka jatka, a wiec postanowiłem tego uniknąć, ponieważ miałem dość jakichkolwiek kłótni, w których jestem lub też nie jestem uwikłany.
- ... nasza managerka. - sapnąłem, puszczając w moją stronę oczko.
Spojrzał na mnie i wiedział, że jest mi wdzięczny, że uratowałem jego dupę. I tutaj się kryje drugi powód, dla którego to zrobiłem. Chciałem go ochronić przed ogromną dawką stresu i zakłopotania, którą od pewnego czasu gotuje mu los.
- Po co wam, aż 4 managerki? - spytała, a w jej głosie usłyszałem lekką irytację.
- Tak na wszelki wypadek. - palnął Swift, a Hitomiko obdarzyła go wzrokiem pełnym absurdu.
Jednak blondyn nie schował się przed jej spojrzeniem, wręcz przeciwnie również patrzył jej prosto w oczy.
- Bez sensu.. - urwała, rozglądając się po mieście.
Gdy pojawił się koło niej niski staruszek, ruszyliśmy w stronę miasta. To miasta wyglądało zupełnie jak nasze, zasadniczą różnicą był panujący klimat. Wszyscy patrzyli na nas jak kosmitów, ponieważ w przeciwieństwie do nich byliśmy w samych trampkach i bluzach. Po mimo swojego dziwactwa, miasto zachwyciło każdego z nas. Dotarliśmy do wielkiego pałacu, który jak się potem okazało "trener" tutejszej drużyny - czytaj staruszek, określił szkołą. Nasze zdziwienie było o wiele większe niżeli na samym początku. Nagle z wielkiego zamku wyszedł chłopak. Był w naszym wieku, a z jego oczu pałało ogromne ciepło i troska. Na jego głowie znajdowała się platynowa czupryna. Na jego szyi leżał w idealną kratkę zrobiony szalik. Gdy zobaczył nas, zrobił wielkie oczy i popatrzył na trenera lekko zdezorientowany całą sytuacją.
- Baranie.. to są goście nasi! - skarcił go trener, ciągnąc go za szalik.
Chłopak na tą informację zatrzepotał szybko rzęsami i lekko się zawstydził. Po kilku chwilach kompletnego paraliżu jegomościa, zdecydował się do nas podejść. Na przeciw wyszła mu Diana, a ich spojrzenia się spotkał. Kątem oka zauważyłem, że platynowa czupryna na długo zawiesiła wzrok na dziewczynie. Poczułem się lekko zazdrosny, wiedząc, że ona nigdy już nie popatrzy na mnie tak jak on na nią.
- Jestem Shawn, witajcie w Haiku. - odparł, nadal trzymając Dianę za rękę.
Gniew mój wzrastał z każdą sekundą widząc tą scenę.
- Nie uważasz, że powinieneś się przedstawić temu młodemu człowiekowi? - urwał staruszek, pokazując na Marka i w między czasie gładząc swoją brodę.
Na te słowa Shawn zamknął oczy, ponieważ przeczuwał, że staruszkowi kończy się cierpliwość wobec niego. Wtedy do staruszka podbiegł inny chłopak, z czerwonym nosem i policzkami. Widząc poczynania Shawn'a, spoglądnął na staruszka.
- Mark Evans! Na co czekasz, Shirou? Całuj i bij pokłony. - odparł chłopak z lekką ekscytacją w głosie.
Na jego słowa chłopak podszedł do naszego kapitana i lekko się ukłonił. Na ten ruch, nie mogłem się powstrzymać i zaśmiałem się. Nie żebym, twierdził, że Markowi jako świetnemu dowódcy jak i piłkarzowi nie należy się szacunek, po prostu takie coś to przesada. Szala przesady przechyliła się na tyle, że ta cała sytuacja stała się groteskowa.
- Mówiłem sensei... on się nie nadaje się na takie rzeczy. - urwał kąśliwie chłopak.
- Stary... nie musisz się kłaniać przede mną. - odparł lekko zamurowany i zawstydzony brunet, podając mu rękę aby wstał.
Chłopak chwycił jego rękę, wstał i otrzepał swoje czarne spodnie z śniegu. Nate otoczył go ramieniem, aby dodać mi otuchy.
- Jesteśmy tacy sami jak wy wszyscy... - urwał, patrząc na bruneta. - Chociaż ten tutaj to nasza lokalna gwiazda.
Przewrócił na jego stwierdzenie oczami. Jednak w jego głosie nie wyczułem jego ironii, a podziw. Ma rację, tak jest prawa, Mark jest naszym autorytetem. Widziałem, że Mark mimowolnie się wzrusza, ale nie wypuścił żadnej łzy. Po mimo tego w jakim stanie był, on nadal będzie dla nas jak diament - nieskazitelny.
- Sensei..
- Cisza. Shawn oprowadź naszych przybyłych. A ty Nori, wracaj na zajęcia. - rozkazał, wskazując niejakiemu Noriemu drzwi do szkoły.
On posłusznie wrócił do budynku.
- Ty zostań. - zwrócił się w stronę Marka, a Shawn'owi skinieniem nakazał oprowadzanie za rozpoczęte.
Zastanowiło mnie to wszystko, ruszyłem za platynowym chłopcem.
* Shawn's POV *
♫
- Zapnijcie pasy, dzieci. - odparła zmęczona mama, próbując nas doprowadzić do porządku.
Mimo tego bez skutku, ja nadal z moim bratem obrzucaliśmy się najkreatywniejszymi przezwiskami, poza tym co chwilę jeden z nas drugiego szczypał. Zignorowaliśmy słowa naszej rodzicielki i nadal przedrzeźnialiśmy samych siebie.
- Shawn, baranek Shawn...
- Ani się waż, Thomas..- sapnąłem, patrząc jak on beztrosko nuci sobie tą melodyjkę. - ../bo daję ci słowo nie odjedziesz już z tej stacji.
Zacisnąłem pięści i sprzedałem mu kuksańca, ale ten oczywiście nie był mi dłużny. Szybko mi się odpłacił i bójka rozpoczęła się na dobre. Thomas bezlitośnie ciągnął mnie za ucho, a ja trzymałem go za głowę i robiłem mu kokosa na jego rudych włosach. Wtem w naszą stronę obrócił się nasz ojciec.
- Przestańcie do cholery i zapnijcie pasy! - warknął, a na dźwięk jego głosu oboje usiedliśmy normalnie, kładąc ręce na swoich kolanach.
Tak zdecydowanie, ojciec jest naszym dowódcą i potworem w jednym. Teraz doskonale sobie zdaję sprawę, dlaczego każdy z jego kadetów drżał na jego widok. Nigdy nie zostawiał na nas tak zwanej suchej w każdej kwestii naszego życia i przyszłości. Czasami dochodziło do rękoczynów, ale rzadko ponieważ matko szybko go hamowała i wtedy nasz generał się speszał. Zawsze tą metodę stosował i była ona niezawodna. Przynajmniej tak myślał, ale Thomas był wyjątkiem od tej reguły, zawsze stawał mu na przeciw, miał własne zdanie, które nic i nic nie podważy. Jedyną osobą, której słuchał byłem ja, choć nie zawsze się to udawało. Ponieważ jak wspominałem, mój brat uwielbia łamać zasady i wszelkie reguły, po czym jak gdyby nigdy nic iść swoją, wyznaczaną drogą.
- Rajmund, nie musiałeś być taki ostry.. - jęknęła, głaszcząc go po ramieniu.
Ten tylko sapnął na jej słowa nerwowo. Mimo tego, wiedziałem, że posłucha jej słowa. Może się wydawać, że jej mąż jest zbyt apodyktyczny, jednak mama ma nad nim pełną kontrolę. Ta z pozoru niska, chuda kobieta, potrafi pokazać komuś gdzie raki zimują. Dla nas ani razu nie ukazała takiej twarzy, pamiętam ją właśnie taką lekko przemęczoną, lecz kochaną, troskliwą i opiekuńczą. Szybko zapiąłem pasy by uniknąć awantury, kątem oka zauważyłem, że Thomas nic sobie nie robi z nakazu ojca i siedzi niezapięty. Uśmiechnął się zadziornie w moją stronę, a ja odwzajemniłem go, spojrzałem na krajobraz - wszędzie zielono, w końcu to góry. Nasze auto poruszało się w dokładniej barierze prędkości - na nasze, nie za szybko, nie za wolno. To miała być nasza pierwsza, wspólna a przede wszystkim rodzinna podróż. Bez żadnych niespodzianek, wtedy się łudziłem.
- Thomas, zastanawiałeś się kiedyś co dalej? - spytałem nagle, zahipnotyzowany widokiem zza okna.
Zmarszczył na to pytanie brwi i cmoknął ustami jak to miał w zwyczaju.
- Na pewno coś z piłką, to jasne... - i nim zdążył się o cokolwiek mnie zapytać, nagle poczułem wielki łomot z tyłu i z przodu. Tylko tyle z tego pamiętam, ponieważ cała sytuacja zamknęła mi oczy i zemdlałem. Nie wiem ile to trwało, czułem jakbym był nieprzytomny wieczność. W moich uszach szumiało i na dodatek wkoło darły się syreny.
- Ktoś tam jest jeszcze! Bierzemy go! - krzyknął jakiś człowiek.
Otworzyłem zmęczone oczy, a moim oczom ukazał mi się widok, który zapamiętam do końca swojego życia, na przedzie gdzie siedzieli moi rodzice, nie siedział nikt, a wszędzie wiedziałem krew i odłamki szkła. Zacisnąłem wargi i chciałem, a raczej modliłem się, aby to była jakaś pomyłka albo moje urojenie. Jednak tak wyglądała smutna rzeczywistość. To wszystko sparaliżowało mnie na tyle, że nie mogłem się poruszać, również oddychanie było dla mnie problematyczne. Obróciłem głowę w stronę mojego brata, siedział na miejscu, był przygnieciony przez auto. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się, to było dla mnie było o wiele boleśniejsze niż dla niego. Nie mogłem uwierzyć, że mimo tak wielkiego cierpienia, on nadal uśmiecha się. Do moich oczu nabrało się wiadro łez, które nie byłem w stanie powstrzymać.
- Co ze mną będzie? Nie możesz mnie zostawić! - krzyknąłem żalem i wielkim gniewem.
Nie tak wyobrażałem sobie nasze pożegnanie, tyle miało być przed nami, a teraz jedno z nas jedną nogą jest poza granicą życia.
- Sh-aa-wn. Ty będziesz gwiazdą, najjaśniejszą i najpiękniejszą na niebie... Ja się tym zajmę. - urwał i zaniemówił, zaczął się dusić.
A ja siedziałem jak ten kołek i nie wiedziałem co mam zrobić. A on powoli umarł a po chwili już odszedł na dobre a ja zatrwożony tym wszystkim zdołałem tylko zamknąć jego piękne, brązowe oczy. Odpiąłem pasy delikatnie i powoli wyszedłem z auta, zrobiłem kilka kroków i zgnieciony do głębi, uklęknąłem na drodze. Krzyczałem, byłem tak wielce rozżalony, na siebie, na Thoms'a, na rodziców i na okrutny los, który jest niepowstrzymany i bierze to co chce.
- Tutaj jest! - krzyknęła jedna z ratowniczek, wskazując na mnie, a ja ponownie z natłoku sytuacji, straciłem przytomność.
Potem obudziłem się w szpitalu, przypięty do kilku kroplówek, usłyszałem pisk maszyn, która śledziła moje bicie serca i ciśnienie.
Światło, które był w pomieszczeniu, oślepiało mnie i przymrużyłem lekko oczy.
- Czy ty jesteś Shawn Shirou?
I gdy już chcę odpowiedzieć, budzę się. Jestem w Haikiuu, w mieście gdzie mieszka moja rodzina zastępcza. W najlepszej szkole, w której tylko ja jestem na pozycji przegranej. Oblał mnie pot, a mój oddech był nie równy. Przetarłem twarz z bezsilności, w mojej głowie pojawia się ten sam sen, który mnie prześladuje. Minął już rok, a ja nadal nie zaznałem duchowej ulgi, a wręcz przeciwnie, pojawiły się stany lękowe i liczne ataki paniki. Wstałem, wciąż otępiony przez mój koszmar i podszedłem do biurka. Usiadłem i wyciągnąłem kartkę i napisałem parę słów. Nieważne, że są one takie same, muszę spełnić zalecenia psychiatry. " Ból, cały czas czuję ten cholerny ból, może w końcu dasz mi odrobinę wytchnienia." Nagle usłyszałem pukanie.
- Coś się dzieje? - w drzwiach ukazała się moja przybrana siostra Sally.
Nie byłem i do tej pory nie jestem w stanie opowiedzieć, co tak na prawdę się stało ze mną i z moją rodziną. Oczywiście, moi opiekunowie wiedzą tylko, że zostałem tragicznie osierocony. Żadnych innych szczegółów im nie podali, a kiedy wypytywali mnie o przymiotnik "tragiczny". Zawsze zwinnie omijam temat albo uciekam do swojego pokoju. Jak już mówiłem wiele razy, od tamtego momentu zamknąłem się na innych ludzi, tak jest do dziś. Na prawdę chciałbym się przed kimś otworzyć, ale tym kimś na pewno nie będzie ta rodzina. Kiedy pierwszy raz przybyłem do wielkiego, ceglanego domu odniosłem wrażenie, że wszystko jest u nich idealne. Na podłodze ani jednej smugi czy zadraśnięcia, a na stole leżał idealnie biały i wyprasowany obrus. Tak przynajmniej myślałem, dopóki nie minął miesiąc wspólnego mieszkania. Zaobserwowałem typowe kłótnie, godzenie się oraz wspólne spędzanie czasu.
- Nic, po prostu nie mogłem zasnąć. - urwałem, szybko chowając mój notatnik.
Sally na początku była do mnie lekko uprzedzona, ze względu na to, że jestem sierotą. Jednak po upływie czasu, zaczęliśmy się dogadywać, dowiedziałem się jakie ma zainteresowania. Z jej wszystkich opowiadań, szybko stwierdziłem, że jest cholernie ambitna i uparta, a przede wszystkim jest rodzoną córką państwa idealnych. To właśnie to powstrzymywało mnie od powiedzenia jej wszystkiego, zwierzenia z wielkiej zadry, która nieustannie kuje. Nie chciałem współczucia, czuję się wtedy niekomfortowo. Od niej dowiedziałem się, że ta rodzina nie jest taka kryształowa niż wcześniej mi się nie wydawała. Zmagali się oni z bezpłodnością, po tym jak pani urodziła Sally, wtedy ze względu na religijność postanowili skorzystać z adopcji. I tak wzięli i stałem się częścią jej rodziny, która jest z zupełnie innego pudełka puzzli. Blondynka usiadła na moim łóżku i zaczęła mi się przyglądać przez chwilę, trwaliśmy w ciszy.
- Słyszałam od waszego trenera, że dzisiaj ma wam złożyć wizytę Iznu--omena..
- Inazuma Eleven. - dokończyłem, zamykając oczy z rozmarzenia. - Nie wiem czy mam na to siły.
Puknęła mnie w ramię by dodać mi otuchy.
- Pewnie, że dasz... - sapnęła, powoli wstając i udając się do wyjścia. - Shawn?
- Tak?
- Napisz do mamy... martwi się o ciebie. - odparła smutno, zamykając drzwi.
Podrapałem się po głowie, nie czuję aby ten dzień był mój. O ironio, kiedy on kiedykolwiek był mój? Ile lat minęło, a ja ta sama śpiewka. Nie ruszam naprzód, tylko stoję i patrzę jak moje życie się drze. Moje demony przeszłości dopadają mnie i zawsze wygrywają. Trzasnąłem zeszytem w ścianę, a ten poszybował i wtedy w moich uszach zabrzmiał trzask.
- Co ty wyprawiasz? - wtedy jak zwykle, do mojego pokoju wpakował się Nori.
Chłopak rozglądał się chwilę po moim pokoju, szybko trzasnął za sobą drzwi. Podszedł do mnie bliżej i już wiedziałem, że mój poziom gniewu podniesie się. Nori to największa rzep na tyłku każdego, czasami zdarzają się momenty w których jest do zniesienia, jednak zdecydowanie przeważa to po przez bycie upierdliwym.
- Po co tu przyszedłeś? - sapnąłem, podnosząc szybko mój zeszyt.
Przewrócił na mnie oczami.
- Przyjechali, sensei cię wzywa. - urwał lekko zawstydzony tym, że wpadł do mojego pokoju.
Skierował swoje kroki w stronę wyjścia, chwycił za klamkę.
- Następnym razem, nie wyżywaj się na ścianach o tej godzinie. - dodał, znikając.
Przetarłem dłonią twarz, fakt, iż przyjeżdżają do nas legendy nadal nie powoduje u mnie optymizmu. Powoli wstałem z łóżka, odświeżyłem się, po czym skierowałem kroki w stronę pękniętego lusterka. Sięgnąłem po żółto-czerwony szalik, który poskładany w równą kosteczkę, leżał pod kloszem. Założyłem go na szyję i długo wpatrywałem się w swoje odbicie. Wtedy poczułem jak ktoś mnie dotyka i w moim lustrze pojawił się Thomas. Uśmiechnął się do mnie, lecz zanim zdążyłem się napatrzeć głos naszego mistrza rozproszył jego zjawę.
- Daję słowo, jeśli Shawn się tutaj nie pojawi...
Najszybciej jak tylko mogłem założyłem buty i opuściłem pokój. W takich momentach, żałuję, że nikt jeszcze nie udoskonalił teleportu. Usłyszałem głos trenera i ujrzałem przed sobą całą wspaniałą jedenastkę. Powoli skierowałem kroki w ich stronę, poczułem się lekko spięty i gdy ujrzałem Mark'a Evansa, zrobiłem wielkie oczy. To oczywiście zwróciło uwagę trenera.
- Baranie.. to są goście nasi! - warknął, ciągnąc mnie za szal.
Zatrzepotałem szybko rzęsami, by wrócić do rzeczywistości. Nim zdążyłem się otrząsnąć, na przeciw mnie wyszła dziewczyna. Gdy ją tylko zauważyłem, poczułem w sercu ukłucie. Jej oczy tak strasznie przypominają mi jego oczy. Ona również na mnie spojrzała lekko zawstydzona tym, że tak dziwnie się w nią wpatruję. Nie mogłem odczepić od niej wzroku, podała mi rękę. Ścisnąłem ją i trzymałem dłuższą chwilę.
- Jestem Shawn, witajcie w Haiku. - odparłem, wciąż trzymając jej rękę.
- Nie uważasz, że powinieneś się przedstawić temu młodemu człowiekowi? - urwał staruszek.
Mark. Evans. Zamknąłem z przerażenia oczy, to nie tak miało wyglądać. Na moim miejscu powinien stać Thomas, a ja już dawno byłbym w szkole artystycznej. Czuje się egoistycznie, stojąc i zajmując jego miejsce. Nie jestem tego godny, nie mam prawa.
- Mark Evans! Na co czekasz, Shirou? Całuj i bij pokłony. - odparł Nori z lekką ekscytacją w głosie.
Moje ciało zdrętwiało, a ja nie wiedząc co robić, podszedłem do niego. I nim zdążyłem zarejestrować mój następny ruch, ukłoniłem się. Usłyszałem śmiech całej grupy.
- Mówiłem sensei... on się nie nadaje się na takie rzeczy. - urwał kąśliwie chłopak.
On ma rację. Przynoszę więcej wstydu niż chwały.
- Stary... nie musisz się kłaniać przede mną. - odparł, podając mi rękę bym wstał.
Chwyciłem tą rękę, która obroniła strzały najlepszych strzelców. Wstałem pośpiesznie, uświadamiając sobie jak szybko moje kolana zrobiły się mokre. Otrzepałem swoje czarne spodnie z śniegu.
Spojrzałem w stronę grupy, jeden z chłopaków uśmiechnął się w moją stronę
- Jesteśmy tacy sami jak wy wszyscy... - urwał, patrząc na Marka zadumiony. - Chociaż ten tutaj to nasza lokalna gwiazda.
Przewrócił na jego stwierdzenie oczami. Za to najbardziej go szanowałem, za ogromną skromność.
- Sensei..
- Cisza. Shawn oprowadź naszych przybyłych. A ty Nori, wracaj na zajęcia. - rozkazał, wskazując mu drzwi do szkoły.
On posłusznie wrócił do budynku. Nie ukrywałem swojej satysfakcji z tego, że Noriemu też się dostało.
- Ty zostań. - zwrócił się w stronę bruneta.
Skinieniem nakazał rozpocząć oprowadzanie. Nadal nie mogłem się zbytnio skupić z powodu tej dziewczyny. Cholera, że też jej oczy muszą być tak nieziemsko podobne do Toma oczu.
- A więc... Chodźmy. - odparłem zmieszany i poprowadziłem za sobą grupę.
Oprowadziłem ich prawie wszędzie, krótko streszczając każde pomieszczenie. W ostatnim pomieszczeniu zrobiło się wielkie pomieszczenie, była to sala gimnastyczna a chłopcy zaczęli biegać we wszystkie strony.
- Co się właściwie dzieje? - spojrzałem na dziewczynę, która sama była pochłonięta w myślach.
- Słucham? - nagle się otrząsnęła.
- Czy oni nigdy nie widzieli sali gimnastycznej? - spytałem ponownie.
- Nie mów, że nie oglądałeś ostatnich wiadomości...
- Szczerze mówiąc... nie bardzo mnie to jara. - odparłem, wzruszając ramionami. - A co mają z tym wspólnego wiadomości?
* Diana's POV *
♫
Przez cały czas nie mogę przestać o tym myśleć. Minęło parę ładnych miesięcy i wygląda na to, że powinnam się otrząsnąć. W końcu los na tacy podał mi Juda tylko dlatego abym przestała jęczeć nad swoją beznadzieją. Miałam złudne nadzieje, że kiedy wyjadę z tego miasta, ta myśl o nim choć na chwilę zniknie z moich oczu i myśli. Jednak myliłam się - gdy tylko dotarliśmy do tej pięknej krainy śniegu a potem znaleźliśmy się pod ich szkołą ponownie mnie zmroziło. Widząc tego chłopaka Shawna, który był zwykłym chłopakiem i wcale nie przypominał Axela - poczułam, że coś we pękło. A kiedy zbliżył się do mnie, złapał za rękę i spojrzał w oczy - wiedziałam, że nigdy się od tego nie uwolnię. Po mimo, że ten gnojek jest daleko stąd to nadal jest w stanie przeniknąć do innego człowieka i obdarzyć mnie swoją obecnością.
- A więc... Chodźmy. - jego głos wyrwał mnie z mojego myślenia i teraz razem szliśmy z Shawnem aby zobaczyć szkołę od wewnątrz.
- Diana... jak się trzymasz? - nagle zjawił się obok mnie Nate.
- Na prawdę nie musicie skakać wokół mnie jak pieski. - sapnęłam, przewracając na niego oczami.
- Dobrze wiesz, że...
- Tak, Axel dał ci zadanie. - ucięłam szybko. - A teraz ja mam dla ciebie zadanie... odwal się.
- Auć, zabolało. - odparł niewzruszony moimi słowami.
- Niezły żarcik. - do naszej dwójki przyłączył się Max.
- Jesteście niemożliwi! - warknęłam, przyśpieszając kroku.
I nim się zorientowałam stałam koło Shawn'a, który pokazywał nam ich wielką salę gimnastyczną. Na sam widok tak wielkiej przestrzeni cała drużyna zaczęła biegać wzdłuż pomieszczenia.
- Co się właściwie dzieje? - spojrzał na mnie uważnie.
- Słucham?
- Oni chyba nigdy nie widzieli sali gimnastycznej, co? - spytał ponownie.
- Nie mów, że nie oglądałeś ostatnich wiadomości... - urwałam zdziwiona jego pytaniem.
- Szczerze mówiąc... nie bardzo mnie to jara. - odparł, wzruszając ramionami. - A co mają z tym wspólnego wiadomości?
- Kolego... nasza szkoła została spalona. - odparłam, a chłopak zasłonił usta.
- O matko... ja nie wiedziałem. - odparł niepewnie, łapiąc się za głowę.
- Może i to dobrze? - uniósł brew. - Przynajmniej nie wytworzyłbyś tej niezręcznej sytuacji po między nami.
- Chyba już za późno... - podrapał się po karku. - Stworzyłem ją na samym początku kiedy za długo gapiłem się i ściskałem twoją rękę.
Zaczęłam się śmiać sama nie wiedząc dlaczego. Pamiętam jak Axel zawsze raczył mnie takiego typu tekstami. - niech cię, Blaze!
- Przyzwyczaiłam się do tego. - odparłam, uśmiechając się. - Mając Axela Blaze'a w drużynie...
- A właśnie... - zaczął się rozglądać. - Gdzie on jest?
Na samą myśl o tym, że muszę ponownie tłumaczyć tą chorą i niekomfortową sytuację po raz "-enty" robiło mi się słabo. Tak było i teraz - moja twarz pobladła, a ja poczułam się senna.
- O nie... - jęknął chłopak, łapiąc mnie szybko.
- Weź mnie do łazienki... - wymamrotałam, a chłopak pokiwał głową na moją prośbę.
Gdy byliśmy już w toalecie Shawn usadowił mnie delikatnie na podłodze i podszedł do umywalki. Wyrwał trochę papieru i namoczył go zimną wodą po czym podszedł do mnie.
- Halo ziemia! - pomachał mi ręką przed oczami, przystawiając zimny kompres do czoła.
- O matko...
- Przepraszam, że to takie zimne.... - jęknął, powoli ściągając kompres z mojego czoła. - ...ale czytałem w internecie, że to pomaga.
Zaczęłam się śmiać, a chłopak słysząc mój śmiech zrobił to samo.
- Niezła próba... - urwałam nadal się śmiejąc pod nosem.
- Kto nie próbuje to nie pije szampana! - odparł, marszcząc brwi. -Czy coś w ten deseń.
- Mimo tego... dziękuję. - odparłam, patrząc mu z wdzięcznością w oczy.
- Jeśli to ja sprawiłem, że tak się poczułaś... - odparł, siadając na przeciwko mnie. - to przepraszam.
- Nie... to nie ty. - odparłam niepewnie. - Po prostu...
- Nie musisz mi o tym mówić jeśli nie jesteś gotowa o tym porozmawiać. - przerwał mi. - Poza tym jestem jakimś typkiem, który chciał zamrozić cię na śmierć.
- Jak widać jeszcze się trzymam. - odparłam ironicznie. - Coś mam na twarzy?
Chłopak słysząc moje słowa zmieszał się i odwrócił wzrok.
- Po prostu przypominasz mi kogoś... - urwał, ciężko wzdychając.
- Muszę powiedzieć, że miałam to samo uczucie kiedy cię spotkałam. - sapnęłam, a z moich oczu mimowolnie polały łzy.
- O matko... - jęknął, podając mi chusteczki ze kieszeni bluzy. - ....myślałem, że tylko dzieci płaczą na mój widok.
Palnęłam go w ramię.
- Jestem beksą. - odparłam, ocierając mokrą twarz.
- Nieprawda... jesteś... - urwał niepewnie, uciekając wzrokiem w moje oczy. - Silnym duchem, który przeżył wiele w swoim życiu.
- Jestem Diana, ale uznam ci tą odpowiedź. - odparłam, a chłopak zaczął się śmiać.
- A więc Diana.... wiedz, że gdziekolwiek twoja dusza i w jakim jest stanie... znajdzie się dla ciebie pokój serca.
Na jego słowa moje serce zadrżało, a jego twarz się zmieniła. Teraz była zdecydowanie bliżej mojej, a w pewnym momencie czułam jego oddech na skórze. I w tym momencie chłopak delikatnie objął moje usta swoimi, chwytając moją twarz zimną dłonią. Pamiętacie jak mówiłam, że się od tego nie uwolnię? W tym momencie wszystkie zwątpienia zniknęły i pochłonęłam się w tym pocałunku.
Niespodziewanie chłopak się ode mnie oderwał i spojrzał na mnie zdezorientowany.
- To jest szaleństwo. - urwałam, łapiąc się za głowę.
- Już po mnie... - wymamrotał chłopak, przecierając twarz.
- Czemu tak myślisz? - Shawn nieśmiale wskazał na mój tatuaż.
- Ty na kogoś czekasz, a ja nie powinienem...
- Masz rację... - sapnęłam, powoli się podnosząc. - to nie powinno mieć miejsca.
Nagle spod drzwi zaczęły dobiegać krzyki.
- Zostań tutaj.
- Ale Shawn...
- Nikt nie może się o tym dowiedzieć... dla naszego dobra. - urwał, łapiąc mnie za rękę.
- Naszego?
- Wiesz o co mi chodzi. - odparł zawstydzony. - A teraz tutaj poczekaj... a ja wrócę do reszty.
I tak zostałam sam na sam z moim lękiem i poczuciem winy.