niedziela, 31 stycznia 2016


Rozdział:28

"- Możemy pogadać? Sami? - blondyn poklepał mnie po ramieniu by dodać mi otuchy.
- Chodźmy do parku. - powiedział, łapiąc mnie za rękę. 
A ja o dziwo, nie wyrywałam się z jego uścisku. Przechadzaliśmy się po parku, tą porą było tutaj pusto, zajęliśmy ławkę przy wysokim dębie. Usiedliśmy na jednej z ławek, Jude przez dobrą chwilę patrzył na mnie i najwidoczniej próbował rozgryźć moje kolejne kroki. 
- Co tam u ciebie?"


* Jude's POV *



Szliśmy w ciszy, złapani za ręce - co było dla mnie dziwne, gdyż wcześniej nawet nie zamierzała się do mnie zbliżać, a co dopiero dotknąć. Nie patrzyła się na mnie, a jej głowa była spuszczona w dół jakby się nad czymś zastanawiała. Po chwili przysiedliśmy na najbliższej ławeczce.
- Co tam u ciebie? - wypaliła.
Co ona znowu kombinuje? Chciała porozmawiać, a pierwsze co zadaje mi najgorszy typ pytania z wszystkich możliwych! W co ona gra? Może powinienem przestać główkować. Ważne, że przyszła, że jest. Nie szamocze się we wszystkie strony jak przy poprzednim spotkaniu. Teraz patrzyła mi prosto w oczy, szukając odpowiedzi na jej własne pytania.
- Trzymam się. 
- Łżesz. - sapnęła, podnosząc brwi. - Rusza ci się prawa powieka, kłamiesz 
- Znasz mnie na wylot...
- Nie do końca. - pokiwałem na to głową, ponieważ miała rację.
- No tak... nie poznaliśmy a ż t a k dobrze.
- Dlaczego udawałeś takiego dupka? 
Spojrzałem na nią zdziwiony jej bezpośrednim zachowaniem i pytaniem. Co mam jej powiedzieć? Musiałem, no cholera musiałem, inaczej Dark zrobiłby mi piekło i już bym nigdy nie zobaczył moich przyjaciół, a z Celią bym się już przenigdy nie skontaktował. Ale czy to ją usprawiedliwi.
- Na prawdę chciałbym ci powiedzieć. - jęknąłem.
- Poniekąd znam odpowiedź na to pytanie.
- Jak?
- Joe mi powiedział. - urwała, zagryzając wargi. - Zanim wyjechałam spotkałam Joe'ego. Powiedział mi o twojej umowie z trenerem i kontrakcie na całe życie... teraz wiem, że chodziło ci o Celię. 
- Diana... - sapnąłem, łapiąc ją za rękę.
Ona ją lekko ścisnęła.
- Jednak to cię nie usprawiedliwia... to jak mnie traktowałeś..
- Nie zasługiwałaś na to. - wyrwałem się, spojrzała mi głęboko w oczy. - Zniszczyłem w tobie wszystko co piękne...
- Wiesz co jest najśmieszniejsze? - zaczęła się nerwowo śmiać. - Ja nadal nie umiem w to uwierzyć... Po tylu latach, ja próbuje się wypierać tego, jednak widząc moje nadgarstki... pamieć wraca.
Po jej policzku spłynęła łza. Jestem chujem! Czuję się najgorzej na świecie, ponieważ nic tak faceta nie boli jak łzy kobiety. Jak ja mogłem sam z tym żyć? Jak mogłem do tego dopuścić? I po tym wszystkim iść dalej?! Kurwa mać, kochałem ją to znaczy... kocham. Lecz szala się przechyliła, w końcu miałem w interesie tylko samego siebie. Pieprzony egoista.Uniosłem rękę do góry i miałem ochotę uderzyć się w twarz.
- Co ty robisz?! - krzyknęła, szybko łapiąc moją dłoń. 
- Sam sobie wymierzyłem sprawiedliwość. - odparłem. - Za to wszystko.
- Nie wróci mi to szczęścia, Jude. - urwała, przecierając twarz.
- A więc co mam zrobić? - złapałem ją za dłonie.
- Chcę abyś o mnie zapomniał. - te słowa przeszły jej trudno przez gardło. - Nie staraj się o jakiekolwiek drugie szanse. To koniec.
- A więc to tak się skończy? - spytałem, patrząc w jej stronę.
- Nie mogę sobie pozwolić na więcej.. zrozum. - jęknęła.
- Czyli... to oficjalne pożegnanie? - puściłem jej dłonie. - Nie mów mi, żebym zapomniał. Bo nawet gdybym miał wypadek i amnezja przeżarłaby mi mózg, to nie zapomnę... o twoich włosach, perfumach od Dior'a oraz twojego śmiechu. 
- Nie utrudniaj mi tego...
- ...Byłaś moim szczęściem, które sam spaprałem. Ale skoro tak chcesz... to nie będę na ciebie naciskał, ale nie mogę sobie samemu zaprzeczać. Kocham cię. 
Westchnęła głęboko.
- Nie chcę cię trzymać w zamkniętej klatce, bądź wolna. 
- Dziękuję. - wydukała.
- Ale ja wierzę, że pewnego dnia to wszystko wróci i znów będziemy razem. 
Dziewczyna znienacka musnęła lekko moje wargi. 
- Do widzenia, Jude. - odrzekła, powoli odchodząc.
Poczułem jakby odeszła cześć mnie. I już chciałem cofnąć czas, chciałem za nią biec, ale dobrze wiedziałem, że to nie ma najmniejszego sensu. Zacząłem ryczeć jak dziecko, ale boleśnie sobie uświadomiłem, że...czas na zmiany. Wiele lat nie byłem sobą, a teraz... Panie i Panowie Prawdziwy Jude Sharp wraca na rejony.

* Diana's POV *



- Chcę abyś o mnie zapomniał. - mimo, że te słowa wiele razy wypowiadałam w jego stronę, w tym momencie stały się trudniejsze. - Nie staraj się o jakiekolwiek drugie szanse. To koniec.
- A więc to tak się skończy? 
- Nie mogę sobie pozwolić na więcej.. zrozum. 
- Czyli... to oficjalne pożegnanie? - puścił moje dłonie. - Nie mów mi, żebym zapomniał. Bo nawet gdybym miał wypadek i amnezja przeżarłaby mi mózg, to nie zapomnę... o twoich włosach, perfumach od Dior'a oraz twojego śmiechu. 
- Nie utrudniaj mi tego... - czułam, że zaraz zmienię swoją decyzję, którą mój rozsądek uważał za słuszną.
- ...Byłaś moim szczęściem, które sam spaprałem. Ale skoro tak chcesz... to nie będę na ciebie naciskał, ale nie mogę sobie samemu zaprzeczać. Kocham cię. 
Westchnęłam głęboko.
- Nie chcę cię trzymać w zamkniętej klatce, bądź wolna. 
- Dziękuję. - mój głos zaczął się łamać.
- Ale ja wierzę, że pewnego dnia to wszystko wróci i znów będziemy razem. 
To wszystko co mogę dla niego zrobić, znienacka musnęłam lekko jego wargi. 
- Do widzenia, Jude. - odrzekłam, powoli odchodząc.
Mimo wszystko, poczułam jakiegoś rodzaju ulgę. Chyba rozdział Jude jest u mnie zamknięty i to już na zawsze. Po drodze spotkałam Bobby'iego, był rozweselony i uśmiechnięty jak głupi do sera. To nie był ten jego typowy uśmiech - coś się musiało stać.
- Heej gwiazdo. - odparł, przytulając mnie do siebie. - Co ty tu robisz?
- Właśnie oficjalnie zakończyłam związek z Sharp'em. 
- Auć. - syknął. - Wszystko jest okej? Potrzebujesz jakieś antydepresanty?
- Nie. - zapewniłam go. - Mam się w miarę dobrze. A ty... Króliku Bugsie, jak tam?
- Czemu od razu Królik? - uniósł jedną brew do góry. - Moje ząbki są takie białe i proste, a me włosy wspaniałe.. a ty mnie od animowanego stworzenia wyzywasz.
- Oj tam, oj tam. - poklepałam go po plecach. 
- Ale.. kij z tym. - machnął ręką.
- Coś jest na rzeczy... zachowujesz się inaczej. 
- Dobrze powiem ci sekret... - nachyliłam się do niego, a on
wyszeptał. - Jestem z Celią.
Zaczęłam piszczeć jak oszalała. Wiedziałam, wiedziałem i WIEDZIAŁAM! Bardzo dobrze, że posłuchała mojej rady. Mimo tego, że zakończyłam mój związek, bardzo się cieszę. Tak to jest... coś musi umrzeć, by narodziło się nowe.
- I ty mi to teraz mówisz? - palnęłam go w ramię. - Musimy to opić. To co zapraszam cię na sok marchewkowy.
- Z chęcią. - odparł, poruszając śmiesznie brwiami. 


* Mark's POV*


Spojrzałem na ekran, Jude. Wiem, że nie powinienem tak myśleć, ale oczekiwałem najgorszego. Jest moim przyjacielem i nie powinienem tak sądzić. Ale jako, że już trochę zapoznałem się z jego osobą i historią, to czarny scenariusz jest bardzo prawdopodobny. Poza tym, jest już trochę późno, na taką zwykłą rozmowę. Wiem, pewnie pomyślicie, że to trochę dziwne, że się martwię o takiego gnojka, który skrzywdził moją siostrę... ale, w tych czasach był pogubiony - ja mu wierzę. Przypuszczam, że pomiędzy Dianą a nim doszło do nieprzyjemnej wymiany zdań, tak jak dzisiaj rano, nie mogę tego tak zostawić, nie mogę j e g o tak zostawić.
- Halo?
- Witam i o zdrowie pytam.
- Jude, coś się stało?
- Ogłaszam wieści nowe... zakończyłem związek z twoją siostrą. 
- Piłeś?
- Eeem hehehehe, ależ skądżżżżżże.
- Gdzie jesteś?
- Nie powiem... to tajemnica!
- Sharp.
- E-evans.
- Nie cackaj się ze mną, mów... gdzie jesteś.
- A nie powiesz nikomu?
- Niech cię...
- No d-dobra.. jestem w barze. - rozłączyłem się.
Pośpiesznie nałożyłem na siebie płaszcz i ruszyłem w drogę, na najbliższy przystanek, najszbciej autobus miał się zjawić o godzinie dwudziestej pierwszej. Więc usiadłem na przystanku i zacząłem nerwowo stukać nogą. Modliłem się, aby nie wpakował się w jakieś kolejne gówno. Chwilę później byłem na miejscu.
- Daj mi piwo. - wymamrotał Jude, pchając szklankę do barmana.
- Chyba panu wystarczy... - odparł niewzruszony barman (który, za pewnie takie sytuacje ma na porządku dziennym), polerując kufelek.
Szybko podszedłem bliżej do baru, a tam obraz nędzy i rozpaczy - zobaczyłem całego zalanego w 3 dupy Jude'a, a jego oczy były czerwone od płaczu.
- Markuniu! Przyjacielu kochany! - jęknął, wieszając się na mojej szyi.
- Wychodzimy stąd. - warknąłem.
- Nie. - oderwał się ode mnie. - Ja sobie tylko świętuje zerwanie stulecia, prawda proszę pana? - zwrócił się do barmana.
Co on robi? Przecież nie jesteśmy jeszcze pełnoletni. To nie jest odpowiedni środek przeciwbólowy na problemy, to może się nawet przerodzić w nałóg i to tak w młodym wieku. Spojrzałem na jego twarz, jego spojrzenie było puste, jak on sam w tym momencie. Darzył mnie teraz swoim pijackim uśmiechem i przypominał pijany statek. Nie dam sobie z nim rady sam, dlatego wyciągnąłem telefon i napisałem do Axela.
do BLAZEONMYFACE: Przyjedź do baru. Teraz. 
od BLAZEONMYFACE: Okej, daj mi pięć minut.
I nim się obejrzałem blondyn przepychał się po między tłumem ludzi. 
- Co on tu robi? - spytał, podchodząc do Sharp'a. 
- Jeszcze się pytasz... - załapał przyczynę nietrzeźwości Jude'a.
- Widać że, chłopak nie mógł do pełnoletności doczekać.
- Najwidoczniej. - odparłem, wzdychając.
- Skąd w ogóle ma to piwo? - włączył mu się stróż prawa.
- Jego pytaj. - wskazałem na barmana.
Po tych słowach blondyn szybko podszedł do mężczyzny
- W czym mogę pomóc? - sapnął, nadal szlifując jeden i ten sam kufel.
- Teraz już pan nam nie pomoże. - przetarł twarz ręką, po czym wskazał na delikwenta. - Sprzedałeś właśnie nieletniemu alkohol, wiesz ile ci za to grozi?
- Ey, nie potrzebuje niani Blaze... jam jest król Akademi, ug-ginajcie się kolana ludu!
- Na pewno jest inny sposób by to załatwić... ja nie wiedziałem. - bronił się mężczyzna.
Blaze chwycił go za koszulkę.
- Obiecuję ci, że zgnijesz w pierdlu. - odparł, popychając go na alkohole, które stały za nim.
- Dobra, zmywamy się! - krzyknąłem biorąc Jude'a pod rękę i ciągnąc drugą rozwścieczonego Blaze'a. - Już!
Zamówiłem taksówkę najszybciej jak się da i wróciliśmy do domu. Na szczęście moi rodzicie poszli na imprezę urodzinową pana Jefferson'a - oznacza to, że mogę łatwo zatuszować ślady tego co się dzisiaj stanie w tym domu. 
- Jesteście najlepszymi przyjaciółmi pod słońcem! - opadł na kanapę. - Ale jutro będę grzeczniejszy obiecuję... na mały paluszee-ek!
I w tym momencie do domu weszła Diana, czy może być jeszcze gorzej? 


***

* Diana's POV *


- A więc to tak? - dźgnęłam w bok Shearera, po tym gdy usłyszałam historię.
- Tak... nie myślałem, że mi się to uda. - odparł nieskromnie.
- Proszę cię. - parsknęłam.  
- Okej... może i myślałem. - zaczęliśmy się śmiać. - To mój pierwszy tak poważny związek.
- Na to wygląda.
Prawie dochodziliśmy do mojego domu.
- Jakieś rady, Evans? - spojrzał na mnie jak na doświadczoną w tych sprawach.
- Nie spartol tego. - rzuciłam przez ramię, zamykając furtkę.
Z daleka pomachałam mu i chwyciłam za klamkę.
- Jesteście najlepszymi przyjaciółmi pod słońcem! - usłyszałam znajomy głos. - Ale jutro będę grzeczniejszy obiecuję... na mały paluszee-ek!
Moim oczom ukazał się czerwony, na dodatek pijany Jude, leżący na kanapie, obok niego stał Mark i Axel. Obdarzyłam ich znaczącymi spojrzeniami, a oni wymownie spojrzeli po sobie. Usiedliśmy wszyscy przy jednym stole, nastąpiła cisza, tylko słychać było pomrukiwania na kanapie. Odkąd zobaczyłam Jude'a w naszym domu, ci dwaj tylko patrzą po sobie i milczą.
- Mogę wiedzieć... co on robi u nas w domu?  - spytałam prosto z mostu, patrząc na nich naprzemiennie.
- To przez waszą rozmowę. - odparł Axel. 
- Nie wiem co mu powiedziałaś, ale.. - przerwałam Markowi jego akt oskarżenia.
- Hej, hej. - wstałam z krzesła. - Zanim wysuniesz swoje pazurki na mnie powinieneś wiedzieć, że... to nie moja wina, tylko i wyłącznie jego. 
- To znaczy?
- Rozmowa przebiegała normalnie. Uświadomiłam mu, że to koniec i nie dałam mu żadnych złudzeń, że będzie kiedyś moim chłopakiem.
- Diana...
- Nie, Mark. - zatrzymałam go. - Nie będę się nad nim użalać. To moja i tylko moja decyzja i jej nie zmienię. Co najważniejsze... on uszanował tą decyzję.
- O matulu... mój łeb... - spytał oszołomiony, rozglądając się. - Co ja tu robię?
- Witaj w świecie żywych... tak mi się wydaje. - nie mógł się powstrzymać od tych słów Axel, a ja kopnęłam go w kostkę.
- Fajnie było... na początku. - syknął, siadając na sofie.
- Usatysfakcjonowany? - spytał Mark z ironią w głosie. - Napiłeś się jak świnia, upodliłeś się jako człowiek i na dodatek może ci grozić więzienie.
- Kurwa. - powiedział, łapiąc się za głowę.
- Kac morderca, nie ma serca. - podsumowując jego stan i mając już kompletnie dość, poszłam do swojego pokoju.
Myślałam, że to koniec... no ale, nie można mieć wszystkiego na raz prawda?

* Celia's POV *


- Co zrobił? - złapałam się za głowę, słuchając relacji Diany z wybryku mojego brata. - Jak z dzieckiem, zaraz sobie z nim pogadam. 
Właśnie dostałam ten telefon od Diany. Jedyne co zapamiętałaam to: Jude, zalany całkowicie, i to w ich domu. Czy to jakiś żart? Jude nigdy by nie tknął alkoholu przed 18-stką, obiecał mi to. No właśnie... Tamten Jude gdzieś się zgubił. Teraz sama nie wiem kim on jest, jest zmienny i ciągle jest inny. Raz jest idealnym, troskliwym bratem, a potem zachowuje się jak nieodpowiedzialny gówniarz.
- Coś się stało? - oderwał się od ekranu swojego telefonu Shearer.
- Szkoda gadać...
- Chodzi o Jude'a, tak? - spytał, uśmiechając się. - Upił się? 
- To cię bawi? - krzyknęłam, wstając.
- A taki wielki abstynent był... - urwał, również wstając. - Nie wkurzaj się, ja również nie jestem święty, jeśli chodzi o te sprawy..
Wytrzeszczyłam oczy.
- A no tak... miałem ci to powiedzieć w odpowiednim czasie.- podeszłam w jego stronę, głaszcząc dłonią jego twarz.
- Spodziewałam się tego. 
- To wszystko? - odparł zaskoczony moją reakcją. - Gdzie to gadanie, że jeśli tego nie przestaniesz to zerwę z Tobą i to całe bla bla bla?
- Jesteś szczery, a to jest najważniejsze. - sapnęłam. - Poza tym lubię cię.
- Lubisz? 
- No dobra... - na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. - Szaleje za tobą.
Ucałowałam czubek jego nosa.
- Dobrze wiem, że piszczysz na mój widok. - wymruczał, oplatając swoje ręce wokół mojej talii.
- Skormniacha! 
- Słońce ty moje. - uśmiechnął się i zakręcił mną. - Razisz mnie niesamowicie... Ale co mi tam, najwyżej przez twoje promyczki będę miał bąble na twarzy. 
Zaczął składać małe pocałunki na mojej szyi. A wtedy zorientowałam się, że miałam inne plany - muszę pogadać z Jude'm. To nie może czekać, mimo, że nie chciałam by ta chwila się kończyła.
- Odwieź mnie od Sharp'a.
- Nie wjeżdżaj na niego, okej. - odparł poważniej. - Świat mu się załamał wczoraj.
- Bobby. Zbyt długo starałam się nie prawić mu żadnych morałów. Niby jest moim starszym bratem i wiadomo jak to jest, ale... muszę go poprowadzić.
- Zerwał z dziewczyną... Co byś zrobiła na jego miejscu? Bo ja to samo.
- Może... masz rację. - odparłam.

* Jude's POV *



Przechodziłem przez to miasto ponad 10 minut, jednak mój jeszcze pijany umysł twierdził, że chyba wlekłem się bitą godzinę. W końcu doszedłem na przystanek, autobus pojawił się chwilę potem, gdy usiadłem zaledwie na kilka sekund. Zapłaciłem kierowcy za bilet i usiadłem z tyłu. Założyłem kaptur na głowę i wtedy poczułem wibrację w kieszonce mojej bluzy, więc wyjąłem telefon - Celia. O nie, nie, ja się jeszcze nie doprowadziłem do dobrego stanu, żeby z nią gadać. Chce mi rzygać jak nigdy i nawet nie wiem czy idę w dobrą stronę. Matko... Na co mi to było? Co ja zrobiłem? Sam nie wiem. Mój mózg się po rozmowie z Dianą się wyłączył kompletnie, a rozżalone serce chciało się choć na chwilę uspokoić. Tak jakoś wyszło, że moje nogi same zaprowadziły mnie do tego miejsca. Nawet nie pamiętam jak przekonałem barmana, że jestem pełnoletni. Nawet nie pokazałem dowodu, a gość był skłonny mi uwierzyć, jak widać, jestem dość przekonujący. Celia nadal nie dawała za wygraną, pomimo, że ją zbywałem. Postanowiłem więc wyciszyć telefon. Autobus zatrzymał się kilka metrów od mojego domu. Po cichutku wszedłem niepewnie do domu. Niby mówi się, że dom to bezpieczne miejsce dla każdego, jednak tym momencie nie zgadzałem się z tym stwierdzeniem.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie byłeś? - spytał ojczym, kiedy jeszcze nawet nie przestąpiłem progu domu.
- Uczyłem się u Bobby'eigo.
- A to ciekawe. - rozgryzł mnie. - Przedzwoniłem do wszystkich twoich znajomych, a w tym do pani Shearer. Nie kłam mnie.
- Nie kłamię cię. - próbowałem iść w zaparte. - Po prostu byłem u Bobby'iego, wtedy kiedy nie było jego mamy.
On tylko pokiwał na to wszystko głową, a ja szybko wszedłem do pokoju. Złapałem się za głowę, mój mózg był jak bomba zegarowa, która tykała za każdym kiedy chociażby mrugałem. Położyłem się na łóżku, patrzyłem w sufit i próbowałem sam siebie przeanalizować. Chwyciłem jakieś tabletki na mój ból i je łyknąłem. Bomba rozbrojona. Poszedłem pod prysznic, ponieważ śmierdzę szczurem, a kiedy się wykąpałem, wyciągnąłem pierwsze lepsze ubrania, leżące na półce w mojej szafie. Usłyszałem kroki, spodziewałem się, że należą one do mojej siostrzyczki. I nie myliłem się, nie wiele brakowało, a drzwi wyleciałyby z zawiasów.
- Co ty sobie wyobrażasz?
- Chciałbym się wyspać, a potem pójść na jakąś pizzę.
- Jude nie traktuj mnie jak idiotkę! - odparła, zamykając drzwi. - Wszystko wiem od Diany. To jest chore...
- Wyślij mnie do psychiatryka w takim razie. - odparłem, kładąc się na łóżko. - Nie mogę się doczekać, aż dostanę od nich list.
- Nie kpij ze mnie.. - usiadła obok mnie. - Nie wiem co się dzieje... ale nie jesteś sobą.
- Słucham? - podparłem się łokciami. - Może nie jestem idealnym bratem, ale podoba mi się ta nowa strona siebie. Poznaję sam siebie na nowo każdego dnia, obiecuję się poprawić... ale pozwól, że ja to zrobię. 
Ona zaniemówiła, szybko wyszła z pokoju, a ja podążyłem za nią. Dobiegłem do otwartych drzwi wejściowych, które były otwarte.  Zobaczyłem Bobby'ego i Celię wpadającą w jego objęcia - on są razem. Machnąłem na to ręką - w końcu to jej życie, w przeciwieństwie do niej nie zamierzam się w to wtrącać.
Spojrzałem jeszcze raz przez okno, by się upewnić. Rozmawiali, chyba czeka mnie druga konfrontacja z Bobby'm. Chłopak pocałował Celię na pożegnanie i zbliżał się w stronę moich drzwii. Nim zdążał w nie nawet zapukać, ja szybko mu otworzyłem. Zaprosiłem go do środka, weszliśmy po schodach do mojego pokoju.
- Chciałbym porozmawiać... 
- Celia cię wysłała, co? - odparłem, na co chłopak się ogromnie zdziwił.-  No tak.. w końcu ty i Celia, ale okej nie będę ci psuł przemowy.. no mów.
- Jestem związku z twoją siostrą, Celią. Czy masz jakieś przeciwwskazania? - spytał zatrwożony.
- Nie, cieszę się, że moja siostra teraz bardziej skupi się na sobie niż na mnie. 
- Brachu, ona po prostu się o ciebie martwi. - poklepał mnie po ramieniu. - Ostatnio upiłeś się do nieprzytomności w barze, nie odbierałeś telefonów.
- Nie musi na prawdę. - sapnąłem. - Prawda, upiłem się i nie jestem z tego powodu dumny. Ale teraz staram się siebie rozumieć jak najlepiej. I czasami tak będzie, że kompletnie nie będę wiedział co robię, tak jak wtedy w barze. 
- Każdy daje ci drugą szansę, nie zmarnuj jej. 
- Spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność w takim razie. - westchnąłem, na co blondyn wstał i podał mi dłoń.
- Między nami wszystko okej, bracie? - spytał, nadal wyciągając rękę w moją stronę.
- Jasne, braci się nie traci!

* No One's POV *

Tymczasem pan Sharp, który miał głowę zanurzoną w papierach, otrzymał dość zaskakujący telefon. Nadawca nawet się nie przedstawił.
- Dzień dobry, w czym mogę panu pomóc.
- Ma pan syna, tak? Jude Sharp?
- Tak, tak. Ale... do czego pan zmierza?
- Powiem wprost. Jestem trenerem club'u należącego do gimnazjum Raimon, chciałbym złożyć panu i pańskiemu synu pewną ofertę.
- Jaką? 
- Słyszałem, że Jude i Akademia przegrali ostatni mecz. Wiele zawodników po tym zdarzeniu trafiło do szpitala. Jako, że zespół ten jest na daną chwilę niedyspozycyjny... chciałbym aby właśnie on dołączył do naszego club'u.
- Jest tylu wspaniałych piłkarzy.. dlaczego padło akurat na niego.
- Widzę wielki potencjał w tym chłopaku. 
- Skoro tak..
Aż żal patrzeć jak cierpi bez piłki.
- A więc... zgadzam się!
- Fantastycznie. Czy syn mógłby przyjść w następną środę o 15 do kawiarni, która się mieści się na ul. Dona Chichota 34? Omówiłbym z nim parę spraw, dotyczących clubu.
- Nie mam nic przeciwko.
- Dziękuję panu, na wszelki wypadek będziemy w kontakcie. 
- To ja dziękuję.



niedziela, 24 stycznia 2016

Rozdział:27


"
A oto wzbijają się w powietrze jak wielkie wieloryby nad oceanem. Niczym OGNISTY KOGUT. Celują z całej swojej mocy w bramkę, bramkarz został pogrążony. No ale co to? Kolejny atak ze strony Raimon'a. Tym razem to ZRZUT INAZUMY. I mamy 2:1. Kto by się spodziewał?! Na pewno nie ja, na pewno nie wy i cała widownie. Nie no... może, ktoś w nich wierzył... Ale, co ja wiem?"



* Celia's POV *



A u mnie praktycznie nic się nie zmieniło ciągle, mam poczucie pustki i niby okazało się, że mam brata, ale nasze relacje są nadal takie same. Odkąd Królewscy zostali pogrążeni, Jude się nie odzywa. Miał dzwonić, pisać. No właśnie - miał, ale nic z tych rzeczy, które mi obiecał się nie zdarzyły do tej pory. Ze zniecierpliwieniem wybrałam jego numer, gdyż dobijało mnie to, że mój brat nie odnawia naszej więzi, która jest niby dla niego ważna. I oczywiście musiał mieć wyłączony telefon, jak zwykle. 
- Co jest piękna? - zaskoczył mnie Bobby, uroczo się uśmiechając do mnie.
- Ech, nie zrozumiesz...
- Czyżby? - spytał, unosząc jedną brew do góry.
- Może kiedy indziej ci o tym powiem.
- Nawet wiem kiedy.. dzisiaj! - po tym zdaniu, moje policzki nabrały rumieńców. Ty, ja i wypad do kina na jakiś film.
Nigdy tak na prawdę nigdy nie byłam na żadnej randce. Hej, hej... Co ty sobie wyobrażasz? A raczej co on sobie wyobraża? Diana już na samym początku nakreśliła mi jego osobę bardzo dokładnie, ale niech sobie nie myśli - to ma być tylko zwykły wypad dwóch przyjaciół i nie więcej. Usłyszałam wibracje w tylnej kieszeni moich spodni, miałam ogromną  nadzieję, że to Jude. Jednak na wyświetlaczu pojawiła się Diana.
- Halo?
- Celia, matko pomóż mi...
- Czemu szepczesz?
- Jude jest u nas w domu, a ja chowam się w mojej szafie.
- Co?
- Pośpiesz się, mam mało czasu!
- Poczekaj, zaraz będę.
- Dzięki wielkie, ciumki. 
Posłałam przepraszające spojrzenie Bobby'emu.
- Ta to ma kolorowe życie. - odparł, śmiejąc się pod nosem.
- Żebyś wiedział. -  odrzekłam, wzdychając. - Przepraszam cię, ale właśnie idę ratować jej dupę przed moim bratem. 
- Podwiozę cię. - uśmiechnął się pogodnie. 
- Dzięki... ale nie skorzystam. - sapnęłam, mając zamiar opuścić konwersację.
- Mam tu niedaleko motor. - nalegał. 
I nim się spostrzegłam, podążałam za Bobby'm, który trzymał mnie za rękę i prowadził za budynek szkoły. Rzucił w moją stronę kask i poklepał wolne miejsce za nim. 
- Trzymaj się. - rzucił przez ramię, a motor zaburczał jak wściekły byk.
Przytuliłam się do niego i zamknęłam oczy, czułam jak wiatr porusza moimi włosami we wszystkie strony. Wszystko pędziło w zawrotnym tempie, marzyłam by ta chwila się nie kończyła. Ale rzeczywistość była inna - silnik zamilkł oznaczało to, że jesteśmy na miejscu.
- To widzimy się potem. - powiedział, całując mnie w policzek. - Tylko nie ucieknij mi, dobrze?
Nagle poczułam nieznajome mi uczucie (motylki w brzuchu), to niemożliwe... przecież to jest niemożliwe. Raptem miałam z nim jazdę na rowerze, a ja już staję się na to poddana? Dobrze wiem, że on do mnie nie pasuje, to zły typ - a grzeczne dziewczynki się od takich trzymają z daleka, przez niego oszaleję. Zszokowana tylko pokiwałam głową na tak i podeszłam do drzwi i  je otworzyłam. Na kanapie siedział mój brat, wyluzowany jak nigdy i trzymający w ręce kubek z zieloną herbatą, a w kuchni siedział Mark i bujał się na obrotowym krześle.
- Cześć Celia! - krzyknął w moją stronę, próbując  zatrzymać stołek.
Pomachałam w jego stronę.
- Co tu robisz? - warknęłam w jego stronę, usiadając na przeciw jego.
- Takie tam... wizyta u przyjaciela. - odparł, popijając herbatę.
- A może takie tam.. będę dzwonił, jesteś dla mnie najważniejsza. - zaczęłam naśladować jego głos. - b l a, b l a, b l a.
- Celia, na prawdę jestem bardzo zajęty ostatnio...
- Jeśli uznajesz, że siedzenie na dupie i użalanie się nad sobą jest zajęciem, to okej... - wskazałam na jego postawę. - Ale następnym razem... jak już dajesz mi nadzieję, że będzie jak dawniej, to wpierw się zastanów nad tym co mówisz.
- Przestań, cholera! - również krzyknął, patrząc mi prosto w oczy, w których znalazłam w nich wściekłość i ogromny żal. 
- Nie wiesz jak to jest... - zaczął mi wyrzucać. - Przegrać, siedząc na ławce rezerwowych... Patrzeć jak przeciwnik rozgramia twoich przyjaciół...
Rozumiem, że przegrał, że trudno mu się pozbierać, gdyż zawiódł swoich przyjaciół - piłka nożna, którą tak bardzo kochał, zraniła go bardziej niż on sam siebie. Po cichu schodach wtedy schodziła Diana, na te słowa na chwilę przystanęła.
- Nie krzycz na nią. - odparła spokojnie. - To nie jej wina, że przez nią twoi przyjaciele są w szpitalu. 
- Masz rację. - wymamrotał do siebie.
- Oczywiście, że mam. - sapnęła. - Dziękuję, że po tylu latach to przyznajesz.
- Daruj sobie, proszę. - złapał się głowę.
- Jasne... rzucę te wszystkie lata w kąt i zostaniemy przyjaciółmi, tak to sobie wyobrażasz.
- Musimy porozmawiać, słyszysz? - wstał z kanapy i zaczął do niej podchodzić. - Nie chcę żadnych niejasności po między nami.
- Czy ostatnim czasem nie wyjaśniłam sprawy jasno? - parsknęła.
- Przestań Diana się tak zachowywać. - do rozmowy dołączył się Mark. - Wiem, że cię zranił...ale w końcu trzeba iść dalej.
- Wiesz? Mark.. proszę cię. - zaczęła go atakować. - Masz przecież szczęśliwe życie z panną Nelly, nawet nie wiesz jak to jest cierpieć przez miłość. 
- Diana...
- Co Diana!? - wskazała na mojego brata. - Bronisz go jakby  był niewiniątkiem, a dobrze wiesz, że tak nie jest! - krzyknęła, hamując łzy.
- Zmienił się. - odparł spokojnie Mark. - Nie przekreślaj go jako człowieka.
- On dla mnie nie istnieje... nawet jako człowiek.
- To nie ma sensu, Mark. - sapnął Jude, skrobiąc się po karku.
- Nie pozwolę obrażać mojego przyjaciela. - Mark nie ustępował. - Radzę ci się uspokoić, młoda.
- A ja radzę abyście się wszyscy odpierdolili. - zawrzeszczała, wybiegając z domu. 

* Diana's POV *




- Musimy porozmawiać, słyszysz? - wstał z kanapy i zaczął do mnie podchodzić. - Nie chcę żadnych niejasności po między nami.
- Czy ostatnim czasem nie wyjaśniłam sprawy jasno? 
- Przestań Diana się tak zachowywać. - do rozmowy dołączył się Mark. - Wiem, że cię zranił...ale w końcu trzeba iść dalej.
- Wiesz? Mark.. proszę cię. - zadziwiłam się jego zachowaniem. - Masz przecież szczęśliwe życie z panną Nelly, nawet nie wiesz jak to jest cierpieć przez miłość. 
- Diana...
- Co Diana!? - wskazałam na źródło problemu ( na Jude'a). - Bronisz go jakby  był niewiniątkiem, a dobrze wiesz, że tak nie jest!
- Zmienił się. - próbował do mnie przemówić. - Nie przekreślaj go jako człowieka.
- On dla mnie nie istnieje... nawet jako człowiek.
- To nie ma sensu, Mark. - sapnął Jude, skrobiąc się po karku.
- Nie pozwolę obrażać mojego przyjaciela. - Mark jednak nie ustępował. - Radzę ci się uspokoić, młoda.
- A ja radzę abyście się wszyscy odpierdolili. - wybiegłam z domu.
Mam dość, jest mi słabo i chce mi się rzygać. Wszędzie gdzie bym nie spojrzała znajdę albo wujka dobrą radę albo ciocię dobrą radę. Czy oni nie rozumieją, że to moje życie i moje decyzję? Mówią, że wybaczać jest sztuką trudną. Kiedy pierwszy raz mnie uderzył, to wybaczyłam, a teraz... nawet gdybym chciała mu wybaczyć, po prostu nie potrafię. Gdy tylko spojrzę na niego, przypomina mi się wtedy ta sytuacja.
" - Poczekaj, Diana gdzie ty idziesz?! - krzyczy brunet, idąc za mną krok w krok.
Prześpieszyłam automatycznie kroku, zobaczyłam go z Britney, w sali chemicznej. Bez wstydi szeptał jej czułe słówka i całował po szyi. Wtedy weszłam ja i oboje się zmieszali.
- Najdalej od ciebie! - odparłam, stojąc w miejscu. - Idź do Britney, pewnie czeka na cynk od ciebie, że jesteś wolny.  
W jego oczach malował się ogromny żal i zmieszanie. Ja rozumiem, że w naszym związku się nie układa, ale to nie oznacza,  że może mnie zdradzać na prawo i lewo, a już na pewno nie z moją najlepszą przyjaciółką.
- Dobrze wiesz, że... - urwał, uśmiechając się.
- To chyba jakiś pieprzony żart... - zaczęłam wymachiwać głową. - Nigdy nie powinnam z tobą chodzić. Na cholerę, szłam na ten bal właśnie z tobą. 
- Nie mów tak.. - sapnął.
- Nienawidzę cię! - krzyknęłam mu w twarz, na co chłopak uderzył mnie. 
- Odejdź sukinsynie... Nie zbliżaj się do mnie, słyszysz?! - krzyknęłam, obok mnie stał Nick. 
Akurat przechodził obok nas dyrektor i chwycił bruneta za ramię i zaprowadził do swojego gabinetu. Wtuliłam się w tors Nick'a. "
Teraz próbuje o tym nie myśleć, praktycznie codziennie staram się tego nie robić... Ale po tym co mi zrobił, nadal te obrzydlistwa siedzą mi w głowie. Mimo, że czasami mam taki zamiar - zapomnieć i żyć z nim ugodowo, ale to tylko takie zamiary. Wyciągnęłam drżącymi rękami telefon i zadzwoniłam do Axel'a.
- Halo?
- A-aa-axel... P-ppp-rooosze... Prz-yy-jed-dzć do na-na-nas-zej kaw-iar-niiii-ii-iiii-iii ok-kkk-ej? 
- Co się stało?
- Nie-ee mmm-ggę, pp-o pr-pr-pro-stu b-bą-dź.
Pobiegłam na najbliższy przystanek, gdy autobus nadjechał, wyciągnęłam parę drobnych i podałam kierowcy. Gdy wydał mi papierek, chwyciłam go i usiadałam przy oknie. Próbowałam unormować swój oddech i rozszarpane nerwy. Nie minęło pięciu minut, a ja byłam na miejscu, przekroczyłam drzwi i weszłam do środka budynku. Zamówiłam sobie lampkę wina, mam nadzieję, że to pomoże uspokoić moje rozchwiane emocje. W szybie kawiarni mignęła mi postać Blaze'a. Nim się obejrzałam, chłopak siedział na przeciwko mnie.
- Co się dzieje? - spytał, odkładając mój kieliszek. - Najwidoczniej coś poważnego, jak pijesz takie świństwo.
- Jude... - wymamrotałam. - Jude mi się stał. 
- Nie, nie, nie. - przysiadł się do mnie. - Znowu on? 
- Na to wygląda.. 
- Czy mam mu raz na zawsze powiedzieć, żeby się od ciebie odpierdolił? - pogłaskał mnie po twarzy. - Nienawidzę, kiedy przez niego płaczesz.
- Wszyscy chcą robić wszystko za mnie. 
- Skąd ja to znam. - głęboko westchnęłam. - A potem nagle zaczynają ci się mieszać w życie. 
Ale przecież, to dla twojego dobra  - przewróciłam teatralnie oczami.
- Zachowuje się jak dzieciuch... 
- Myślałem o idiocie, debilu... - sapnął, śmiejąc się w głos. - Ale.. to też może być.
Kopnęłam go w kostkę, a ten tylko syknął i znów zaczął się śmiać, a ja wraz z nim.
- Porozmawiam z nim. - złapał mnie za rękę..
- Lepiej nie. - przytrzymałam jego rękę. - Po ostatniej waszej rozmowie, mało się nie pozabijaliście. 
- Przesadzasz... Obiecuję, że go nie tchnę. - machnął ręką na moje słowa. - Obiecuję, że go nie tchnę. 
Spojrzałam na niego przerażonym wzrokiem, a on tylko głaskał moją dłoń.
- Ale resztę zostawię tobie... - zapewnił mnie. - Bo jednak... musicie pogadać. 
- A ja mu dam tylko ostrzeżenie..
- Axel! - klepnęłam go w ramię.
- Okej... to będzie ostrzeżenie słowne.
- Dziękuję. - odparłam, na co chłopak ucałował mą dłoń.
- A wiec... nie mogę czekać. - odparł, wstając z miejsca. -  Idę do niego.
- Nie rób nic głupiego, proszę cię.
On tylko mi pomachał na dowiedzenia i wyszedł. Niestety on ma rację, wszyscy mają - powinnam porozmawiać z Jude'm. Nikt nie może decydować życiem za mnie, nie kto inny... tylko ja sama.

* Celia's POV *




Jestem tą sytuacją tak skołowana jak nigdy. Jude, Diana i jeszcze Bobby - sama nie wiem co z nim począć. Tak bardzo chcę gdzieś wyjść, a na dodatek z jakimś super gościem, takim jak on. Jednak mój rozsądek podpowiada mi, że powinnam się z tego wycofać. Wzięłam telefon do ręki i napisałam do Diany.
do DAJEN: Co mam zrobić z Bobby'm? Chyba odwołam spotkanie... nie czuję się na siłach.
Nim zdołałam odłożyć telefon, natychmiast dostałam odpowiedź.
od DAJEN: Jebnij się w łeb - idź i szalej!
Okej, wiele mi to mówi - zdaję się, że posłucham jej rady i pójdę. Chce choć raz odizolować od tego wszystkiego, od mojego brata i jego problemów i po prostu odpocząć. Sięgnęłam po mój ulubiony purpurowy lakier. W ciągu pięciu minut się ogarnęłam. Pozostał tylko ubiór - czyli najgorszy problem kobiety. Po kilku chwilach zastanowienia, wybrałam jakieś ubrania. Punkt siedemnasta, usłyszałam warkot ślinika. Zamknęłam drzwi i wyszłam na zewnątrz. Chłopak wytrzeszczył oczy. Uśmiechnęłam się w jego stronę. 
- No maleńka, czeka cię wypad życia! - krzyknął, przyciągając mnie do siebie.
Usadowiłam się wygodnie na miejscu i ruszyliśmy. 
- Jesteśmy na miejscu. - sapnął. - Spokojnie, jeśli będziesz mieć okazję się do mnie tulić 
Szybko odsunęłam się od niego. 
- Shearer... Nie kupiłeś nam biletu na horror, prawda? 
- Celia...za kogo ty mnie uważasz? - odwrócił ode mnie wzrok, dźgnęłam go w bok. 
- Naznaczony 2? - spojrzałam na bilety, które leżały na ladzie. - Nie ma mowy!
- Jeszcze mi kiedyś podziękujesz. - odparł, płacąc za bilety i mrugając w moją stronę.

* Axel's POV *



- Dziękuję. 
- A wiec... nie mogę czekać. Idę do niego. - odparłem, wstając z miejsca.
Nie rób nic głupiego, proszę cię.
Pomachałem jej i wyszedłem z lokalu. Gdybym mógł załatwiłbym to raz na zawsze, ale nie mogę decydować za nią, to prawda. Z tyłu z głowy, jednak są głosy i myśli, które mówią, że nie mogę pozwolić na to, aby znowu płakała przez niego. Nie wiem co czuje, ponieważ nigdy nie miałem takiej sytuacji. Po mimo tego, że wszystkie dziewczyny w mojej dawnej szkole śliniły się na mój widok, nigdy nie miałem czasu na miłość. Skupiałem się na treningach, nauce i opanowaniu mojego życia. Po tym jak Julia trafiła do szpitala, zacząłem unikać jakichkolwiek kontaktów z dziewczynami, w ogóle z kimkolwiek. Dopóki nie poznałem Diany. 
" Szedłem jak zawsze do szkoły, jak zawsze spóźniony. Z daleka zobaczyłem roztrzęsioną dziewczynę i w pewnym momencie wpadłem na nią. Miała kasztanowe, lekko pofalowane włosy, spojrzałem w jej oczy, biło z nich ogromne zagubienie. 
- Przee-epraszam, pomogę ci. - odparła szybko, zbierając moje notatki z renesansu
Przeznaczenie chyba chciało, aby nasze dłonie spotkały się na swojej drodze. Akurat wzięliśmy do ręki tę samą kartkę, na co dziewczyna zarumieniła się i szybko odeszła. Przez cały angielski nie mogłem pozbyć się jej z mojej głowy. Po wszystkich lekcjach, udałem się do mojej ulubionej restauracji, na małego hot-doga. I wtedy zobaczyłem ją - samą przy stoliku, jedzącą ogromną miskę lodów. Jej włosy był związane w niesfornego koka, a po policzkach spływały krople słonej cieczy. Podszedłem do niej i usiadłem na przeciw.
- Co ty tu robisz? - spytała, szybko wycierając ostatnią łzę. - Śledzisz mnie? 
- Hmmm... Jakby się zastanowić, zawsze przychodzę tu po szkole. - odparłem, uśmiechając. - To czysty przypadek, że cię tu spotykam.
Na jej twarzy pojawił się mały uśmiech.
- A więc... co się stało? - wskazałem na miskę. - Czemu jesz sama te lody i to bez żadnego towarzysza?
- Długo by opowiadać... 
- Mamy czas! - powiedziałem, biorąc palec i zamaczając w jej lodach. 
- Nie dasz za wygraną, co? - pokiwałem głową.
Wtedy opowiedziała mi wszystko o swoim chłopaku. Zrobiło mi się jej ogromnie żal - oczywiście, nie mówiłem jej tego na głos, (wiem, że to by jej nie pomogło). Znam to z własnego doświadczenia. 
- Spotkajmy się! Jutro, tutaj.  - odrzekła, wychodząc.  - Tylko bądź.
Ucałowała mój policzek.
- Dziękuję - wyszeptała i znikła mi z pola widzenia. "
I tak to się zaczęło, od tego czasu nie mogę przejść obojętnie obok kogoś kto płacze, a zwłaszcza obok niej. Zaczęło mi na niej zależeć, a mi na  niej... Tak mógłbym określić naszą relację. Z tymi myślami przechodziłem obok boiska, gdy go zauważyłem. Stał na jego środku, z głową w dół, powoli zszedłem po schodach.
- Spodziewałem się ciebie, panie Blaze. - odparł, powoli się odwracając.
- Czy coś jest nie tak?
- Wszystko jest okej. - sapnął, wkładając ręce do kieszeni.
- Ach, tak? - już wiedziałem, co chodzi po jego myślach. - Dobrze wiem, że przeżywasz bardzo mocno ostatni mecz. 
- Co ty wiesz... możesz sobie tylko wyobrażać...
- Jesteś roztrzęsiony, tylko tego nie chcesz pokazać. 
- Sherlock Holmes. - zaczął klaskać mojej inteligencji. - Tak jest,  właśnie przez tą głupią piłkę, straciłem wszystko... Dianę, Celię, przyjaciół
- Ej, ej, ej... - przerwałem mu. - To nie jest wina piłki. Jeżeli dobrze pamiętam, to Diana odeszła dlatego, że byłeś kompletnym dupkiem wobec niej. 
- Jakbym tego nie wiedział. - przewrócił oczami na moje słowa.
- A twoi przyjaciele nadal z tobą są. - ja nadal kontynuowałem. -Dobrze wiedzą, że nie mogłeś z powodu nogi... 
- Ciekawe kto jest przyczyną tego wszystkiego, co? 
- To ci mogę przyznać... Ale co do tamtego tematu, twoi przyjaciele doskonale cię znają, wiedzieli o twojej kontuzji i o tym, że byłeś dupkiem. 
Brunet wypuścił powietrze z ust.
- Wow... nie spodziewałem się tego z twoich ust, Axel.
- Czy to prawda, że się zmieniłeś? - nie zważałem na jego mamranie. 
- A ty co o tym myślisz? - rzucił mi pytanie.
- Sam nie wiem co o tym sądzić. - podrapałem się po głowie. - Ale skoro Mark ci zaufał, musiało się coś zmienić... Może, czas przejść na jego stronę?
- Czy ja wiem... - kopnąłem w jego stronę piłkę tak mocno jak potrafiłem. 
On ją dogonił najszybciej jak potrafił i wykopał w moją stronę, przy czym wydał z siebie jęk boleści, gdyż odebrał to jego kontuzjowaną nogą. Piłka poleciała wysoko, a ja wzbiłem się aż do nieba, wykonałem moje OGNISTE TORNADO. Piłka wylądowała gdzie indziej, przez ten wykop wyparowało z niej całe powietrze.
- Może dołączysz do Evans'a... - sapnąłem,wycierając z twarzy pot. - Pokaż swoim przyjaciołom jak ci zależy na nich i na piłce.

* Bobby's POV *



Przez cały film Celia ani na moment nie odrywała się do mojego torsu. Taki też był mój plan i jak na razie szło jak po maśle. Jej piękne, bursztynowe oczy za każdym razem, gdy pojawiała się krew, błyskały ogromnym strachem. Jej serce przyśpieszało, gdy fabuła robiła się coraz to mroczniejsza.
- Hej. - szepnąłem jej do ucha. - Wyrwijmy się w jakieś spokojne miejsce. 
Pokiwała tylko głową, a ja postanowiłem ją zaprowadzić ją na niewielką polanę. Tam już było wszystko przygotowane - koc, radio i butelka Fanty. Usiedliśmy obok siebie, a nasze oczy się spotkały.
- Jesteś niemożliwy. - sapnęła poddenerwowana. - Najpierw zabierasz mnie na jakiś horror, na którym prawie nie posikałam się ze strachu, a teraz jak gdyby nigdy nic się do mnie uśmiechasz?!
- Bo ci żyłka pęknie. - odparłem. - A szkoda by było takiej pięknej dziewczyny.
- Może byś mnie przeprosił, co? 
- Celia, Celia...  - zacząłem bawić się jej włosami.
- Tak?
Przybliżyłem się do niej, a odległość po między naszymi twarzami zmalała. Znienacka pocałowałem ją, miała suche usta, co jeszcze bardziej mnie ośmieliło. Dziewczyna odwzajemniła pocałunek, choć na początku był zdziwiona i przestraszona. Widać, że to jej pierwszy raz. Mój w sumie też... Nigdy nie całowałem się z dziewczyną o tak suchych ustach! Dosłownie każda z którą się spotykałem, miała na sobie chyba ze sto warstw balsamu od ust, wszystkie były takie same... ona - jest inna, jest wyjątkowa.
- Celia.. - odparłem, drapiąc się po karku. - Chcę cię tylko uprzedzić, że...
- Przed czym? - poprawiła swoje okulary.
- Jeśli chcesz ze mną być, musisz się liczyć z tym, że jestem niegrzeczny. Bardziej niż się spodziewasz. - dziewczyna tylko się uśmiechnęła.
- Uwielbiam niespodzianki. - odrzekła, ponownie mnie całując.

* Diana's POV *



Zostałam sama z pustym kieliszkiem po winie, nie wiedziałam co zrobić, nagle telefon zaczął mi burczeć, spojrzałam na ekran - Axel.
od Alex: Zająłem się sprawą.
Zagryzłam dolną wargę, bo obawiałam się najgorszego. Nie czekając dłużej, wyszłam z kawiarni. Spojrzałam na niebo, a na miliony chmurek kłębiło się po niebie. Wzięłam niepewnie telefon do ręki i wystukałam: 
do JUDE: Park. Dziś. 16.
Ruszyłam w stronę domu zdecydowanym krokiem, wpadłam do niego jak kamień wystrzelony z procy. Skierowałam się bezpośrednio do łazienki, a tam - wysuszyłam szybko moje włosy i zaplotłam je w niesfornego koka. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej kilka ciuszków. Szybko wyszłam z domu i skierowałam swoje kroki na miejsce spotkania. Gdy przechodziłam koło boiska zobaczyłam Axel'a i Jude'a. Gadali ze sobą. Podeszłam do nich.
- Diana, co ty... - urwał zdziwiony Sharp.
- Możemy pogadać? Sami? - blondyn poklepał mnie po ramieniu by dodać mi otuchy.
- Chodźmy do parku. - powiedział, łapiąc mnie za rękę. 
A ja o dziwo, nie wyrywałam się z jego uścisku. Przechadzaliśmy się po parku, tą porą było tutaj pusto, zajęliśmy ławkę przy wysokim dębie. Usiedliśmy na jednej z ławek, Jude przez dobrą chwilę patrzył na mnie i najwidoczniej próbował rozgryźć moje kolejne kroki. 
- Co tam u ciebie?


niedziela, 17 stycznia 2016

Rozdział:26



"- Przyjacielowi nie powiesz? - zacząłem go przekonywać.
- Po prostu podoba mi się jedna dziewczyna i boje się do niej zagadać. 
- To na co czekasz? - odparłem, jakby rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki. - Powiedz jej co czujesz!
- " To tak samo jak ja i Nelly" - sapnął. - Tak, znam wasze love story.
Dźgnąłem go w bok.
- Mogę ci potowarzyszyć w drodze do szpitala? 
- Skoro chcesz.. - wstał, gdyż wehikuł podjechał to wsiadaj do tego magicznego rumaka.


* Nathan's POV *




Minął dzień, a ja czuję jakby to była wieczność, między mną a Axelem panują ciche dni. Każdy z nas przekroczył granice, które nie chciał. Ale teraz już za późno, zostały powiedziane słowa i każdy z nas jest tym wszystkim rozgoryczony. W najgorszej sytuacji jest chyba Diana, jest naszą przyjaciółką i będzie jej trudno wybrać jakąkolwiek stronę, na pewno jej celem będzie nakłonienie któregoś do zgody. Ale, nie będę to ja , j
a tam nie pójdę! Nie ma mowy! W moim przypadku, nie chodzi tutaj o moją, urażoną, męską dumę, a o moje uczucia. Odejście moje mamy było najgorszą rzeczą do przełknięcie, mimo, że minęło szmat czasu. Dla mnie i taty był to trudny czas, do te pory nasze relacje są stosunkowo słabe. Przez ten wczorajszy incydent, nie mogę normalnie funkcjonować. Wszystkie emocje się pomieszały, raz czuję pustkę, smutek, złość to na Axela to na moją matkę, bo doprowadziła do tej całej sytuacji. Nie wiem co z tym zrobić, a raptem za trzy godziny mecz. A ja siedzę w amoku, nie wiem czy jest mi smutno czy jestem wściekły, usłyszałem znajomą mi melodię, wydobywała się z mojego telefonu. Na ekranie wyświetlało się jedno imię, Mark.

- Halo?
- Nathan, co ty odwalasz? 
- Powinieneś być na treningu.
Nie mogę... źle się czuję.
- Jasne, a na twoim balkonie zawsze stoi wiadro lodów.
- Skąd ty...
- Spójrz na okno. - i szybko się rozłączył. 
W oknie widniała pyzata twarz bruneta, wpuściłem go do siebie. Poprawka, zastanawiałem się co zrobić, ale on mnie ubiegł - wszedł sam. Chcę pobyć sam, na prawdę nie mam ochoty słuchania kazań, nie dziś. W końcu depresje przetrwałem w pojedynkę, jak to zawsze robię.
- Mark... nie wiem czy ta rozmowa ma...
- Wiem wszystko od Axel'a.
- Ekstra. - podsumowałem, kiwając głową. 
- Nie wiem co powiedzieć.. - podszedł do mnie bliżej.
- Nic. - usiadłem na kanapie zrezygnowany, postanowiłem wtrącić Axel'a do dyskusji ku dystrakcji. - Na pewno ci powiedział o swoim problemie, a raczej dziewczynie.
- Tia, znam ten ból. - skrzywił się. -To samo kiedy... 
- Tak, znamy historię Marka i Nelly. - on zaczął się śmiać. - Co?
- Dosłownie to samo powiedział mi Axel. - przewróciłem oczami na jego słowa.
- Coś jeszcze wspominał?
- Mówił, że żałuje tego co zaszło. - powiedział spokojnie Mark, powoli wstając.
- Serio? - wstałem z kanapy.
- Nie... a teraz proszę cię, chodźmy na trening. - sapnął, powoli wstając.
- Nie. - odrzekłem, krzyżując ręce na piersi. - Ten dupek tam jest. 
- Jak dzieci...
- Mark, zrozum... - jęknąłem żałośnie.
- Jeśli jeszcze chcesz być w drużynie to radzę ci, jako kapitan udać się na boisko. -  warknął w moją stronę.
Zawsze myślałem, że Mark jest życzliwy, spokojny i pokojowy. Nigdy nie wyobrażam sobie tego momentu kiedy Mark kogoś wyrzuca z drużyny, ale ta wizja jest dla mnie od dzisiaj bardziej prawdopodobna. Niestety ale ma rację, po mimo tej napiętej sytuacji, powinienem wspierać drużynę. Wychodzi jednak na to, że wszystkich mam w dupie. Prawda jest inna - Raimon to moja jedna, wielka rodzina. Powolnym krokiem ruszyłem w stronę drzwi. 
- I to mi się podoba! - Mark klepnął mnie po plecach, drzwi się zatrzasnęły, a my byliśmy w drodze na boisko.

* Diana's POV *




Bez zastanowienia nałożyłam swoje stare, starte trampki, udałam się do Axel'a. Ta sytuacja jest po prostu śmieszna, jeden jest bardziej uparty od drugiego, żaden nie popuści. Zapukałam w drzwi, blondyn otworzył je, a ja go obdarowałam znaczącym wzrokiem.

- Wiesz co powinieneś zrobić?
-  O nie, nie, nie! - krzyknął naburmuszony blondyn, wymachując rękami. - Diana, nie mam zamiaru tego robić!
- Jesteście przyjaciółmi do cholery! - trzasnęłam drzwiami. - Gracie mecz! Czy to do ciebie nadal w pełni nie dociera?! 
Na prawdę chcę aby się pogodzili, a raczej wszyscy tego chcą. W końcu obaj są dla mnie równie ważny. Ale tak jak mówiłam, trudno jest się pogodzić dwóch facetów. Typowe - niby mówią, że to kobiety są tak uparte i kłótliwe. I oto mit obalony! Obaj unoszą się honorem, obaj są tak samo głupi i obaj czekają, aż któryś z nich wystawi rękę na zgodę. 
- Co przyjaźń ma do meczu? - rozłożył ręce - Nic. Na boisku jesteśmy drużyną. Nie liczą się żadne uczucia. 
- A wsparcie drużyny nie jest ważne? - spojrzał na mnie wzrokiem, przyznającym mi rację. - Własnej drużyny nie umie wesprzeć, patrzcie państwo!
- Uważaj sobie! - zaczął mi grozić palcem.
- Nawet nie masz zamiaru ruszyć się z własnego łóżka. - wzięłam kołdrę i rzuciłam nią o podłogę. - Nie będziesz siedział pod kołdrą do usranej śmierci. 
- Wy baby nic nie rozumiecie!
- Ach, tak? A chcesz się bić? - spytałam, wskakując na jego łóżko i bijąc go poduszką.
- Przestań! - sapnął, zasłaniając się rękami przed ciosami puchowymi.
 - Jesteście niedojrzali!
- O nie, wypraszam sobie. - wzniósł palec do góry. - To on wyprawia jakąś maskaradę. Ja nic nie zrobiłem. 
- Powiedziałeś o matce. - odparłam, waląc go w twarz kolejną tym razem, granatową poduszką. - Rzeczywiście, to nic takiego.  
- Ale to on powiedział o Julii! - odrzekł z pretensją. - Może to też nie było sympatyczne.
- Proszę was.... - jęknęłam, kładąc się na łóżku z bezradności.
- Nie proś n a s. - odparł, siadając na łóżku. - Tylko jego.
Spojrzałam z poirytowaniem w jego stronę. 
- Zbieraj się na trening! 
- Ooo nie. - zaciągnął ponownie kołdrę na głowę. - On tam będzie, więc się nigdzie nie wybieram!
- Matko Axel, jutro gracie mecz! - jęknęłam, szarpiąc się z nim o kołdrę. - Zachowujesz się jak dziecko... i to takie kapryśne
- Kapryśne? Dziecko? - sapnął, podążając do łazienki. -  No to zobaczymy, daj mi 5 minut.
W niecałe 10 minut był wyszykowany. 
- Naprzód! - krzyknął, wybiegając z pokoju.
Pokręciłam tylko z politowaniem głową. On chyba nigdy nie wydorośleje, to okropny dzieciuch tak samo jak Nate. Zeszłam powoli po schodach, a w kuchni kręciła się pani Clifford (sprzątaczka) z patelnią. Obok niej stał blondyn, który z pośpiechem rozbijał jajka.
- Na miły Bóg, chłopcze dość. - złapała się za głowę, a potem za miskę. - Ta miska już wystarczająco dużo wycierpiała.
- Ależ proszę pani. - uśmiechnął się, pukając w miskę. - Co taka dupna skorupka może zrobić temu amelinium? 
Zaczęłam się śmiać w głos, a wraz ze mną i on. Odkąd się znamy, gdy tylko wypowiadał słowo "aluminium", zawsze przekręcał literki i tak powstało "amelinium".
- Amelinium, a to ciekawe. - spojrzał na mnie złowrogo. 
- Przestań no. - zaczął mieszać łyżką na patelni. - Raz się człowiek pomyli, to całe życie będzie się to za nim ciągnąć. 
- Z takim to można zwariować, nieprawdaż panienko? - wskazała go wzrokiem pani Clifford, uśmiechając się w moją stronę.
- Na mnie też już za późno. - odrzekłam, odwzajemniając uśmiech. - Panicz Blaze już wiele razy doprowadził mnie do szału, że stało się to dla mnie normalnością.
- Takiej to ze świecą szukać.
- Dobra, dobra ona nie jest lepsza, proszę panią! - odgryzł się na mnie.
- Axel kochanie... - odparła słodko, głaszcząc uradowanego chłopaka po głowie. - Dobrze wiesz, że ty jesteś najlepszy.
- No księżna, zbieramy się! Trening! - krzyknęłam, zakładając moje trampki. 
- Tylko nie księżna. - wziął torbę i krzyknął przez ramię. - Co najwyżej to ty możesz mi mówić ekscelencjo, korduplu!
- Coś ty teraz właśnie powiedział?
- Prawdę. - odparł spokojnie blondyn, przechodząc przez drzwi.
- Pożałujesz. - warknęłam i już znalazłam się na plecach chłopaka. - Za karę niesiesz mnie na trening.
Chłopak tylko przewrócił teatralnie oczami. Zaczął biec tak szybko, jak wściekły,a ja darłam się w niebo głosy, lecz ten osioł oczywiście to ignorował. Dotarliśmy na plac boiska, z daleka zauważyłam sylwetkę Nathan'a.  

* Nathan's POV *




Spojrzałem za siebie, zauważyłem brunetkę i Axela. Jego wzrok był obojętny jak nigdy, nic go nie obchodzi, a przynajmniej na takiego wygląda - powoli zbliżał się w kierunku boiska. Nadal nie odrywał ode mnie wzroku. 

- O stary, już myślałem, że nie przyjedziesz. - powiedział Mark, przybijając żółwika z blondynem.
Tym czasem obok mnie pojawiła się Diana.
- Co u ciebie?
- Jakoś jest. - spojrzałem na Axela. - A może co u Axelka bo widzę, że świetnie się z nim bawisz.
- I się zaczyna... - jęknęła z poirytowaniem, łapiąc się za głowę.
- No jeszcze powiedz, że "on jest dla mnie ważniejszy, a ciebie kompletnie olałam." Nie mam już do was obu siły.
Zdziwiłem się. Nie stoi po niczyjej stronie?
- To jest śmieszne. - pokręciłem głową. - Ta cała sytuacja, to nie moja wina... A to, że on jest jakiś zdenerwowany dziewczyna z pierwszym okresem to inna sprawa. - odparłem, kręcąc głową bezwiednie.
- Nathan, ty też nie jesteś bez winy. - na mojej twarzy pojawiło się zdziwienie. - Dobrze wiesz, że jego siostra mogła umrzeć.
- A ty dobrze wiesz, że moja matka umarła. - na jej twarzy pojawiło się zmieszanie. - Punkt za punkt. 
Wtedy podszedł do nas Axel.
- Chodź, musimy poćwiczyć OGNISTEGO KOGUTA. - nawet na mnie nie raczył spojrzeć. - Skoro mamy wygrać to spotkanie, to chciałbym choć przyczynić się do tego sukcesu i ty pewnie też. 
- Okej, daj mi jeszcze 2 minuty. - on tylko wzruszył ramionami. 
- Nie było pytania. 
- Powiedziałem, że za chwilę, tak? - warknąłem, patrząc mu prosto w oczy. 
A jego oczy nawet nie drgnęły.
-  Za chwilę... to ty możesz kupę zrobić. 
-  Coś ty powiedział? - już miałem dać mu w twarz, ale w porę się
opamiętałem, a raczej mój mózg i instynkt samca alfa. 
Nie chce aby drużyna również się martwiła, że po między nami są niejasności. Zaczęliby się jeszcze bardziej stresować, zresztą obiecałem Markowi, że będę grzeczny. Spojrzałem mu w oczy Blaze'a, tak jakbym chciał go zabić. Ten tylko się uśmiechnął, bo został ocalony od sprawiedliwości i odszedł.

* No One's POV *


I tak oto zaczęły się finały, cóż to będą za rozgrywki. Tymczasem przenosimy się do malutkiego miasteczka, Nagya. Dwa gimnazja i tylko jedna przepustka do dzisiejszego etapu. Kto ją dostanie? Czy drużyna z Jing- jang gimnazjum, czy też może drużyna z Raimon'a?

Tego się nie da przesądzić z góry, ponieważ, obie drużyny prezentują się okazale. Każdy zawodnik ma własny sposób na prowadzenie piłki po murawie. Zaczyna się... Mark Evans, kapitan Raimona i Horizon Kills, kapitan Jing-jang podają sobie ręce na powitanie. Obaj mają tą, niesamowitą iskierkę, maniaka piłki nożnej.

* Mark's POV *




Cholernie się boję. Tak wiem, że zawsze tak mówię, ale potem przyjdzie co do czego, to wtedy myślicie " No i po co Mark się bałeś? Przecież wygrałeś." Nie zawsze jestem taki pewny siebie. A jeśli jestem przerażony tak jak teraz, nie chcę i nie mogę tego za żadne skarby pokazać. " Musisz być mężczyzną, a nie jakąś cipą! "- łatwo wam powiedzieć, trudniej zrobić, gdy ma się na brakach cały zespół i jego problemy. Ale wiem, że wszyscy na mnie liczą - moja dziewczyna, siostra, moi przyjaciele, całe miasto Inazuma i moje gimnazjum. Czasami sam wątpiłem w to czy ten club ma jakiś sens, a nawet już miałam ochotę spalić to wszystko. Ale wtedy na pomoc przychodził mój wewnętrzny głos " Nie rżnij głupa." Usiadłem na ławce i miętoliłem pustą butelkę po wodzie. Próbowałem unormować moje ciśnienie, moje myśli poukładać do odpowiednich szufladek.  które skakało jak zając uciekający przed lisem. 

- Ej, kapitanie. - otworzyłem oczy. 
Przede mną pojawił się Bobby. 
- Stresik? - pokiwałem głową na tak.
- Ech, znam to. - podrapał się po głowie. - Wiem, że to głupio zabrzmi, ale... z Akademią też miałem chwilę zwątpienia. Nie wszystko dało się zmiażdżyć od tak.
- Na przykład nas. 
- A zwłaszcza ciebie. - powiedział, dźgając mnie łokciem w bok.
- Pewnie pierwszą twoją myślą była " Ale ten ciul jest twardy! "
- Wyjąłeś mi to z ust stary! - zaczęliśmy się głośno śmiać. -Skromniacha.
- Mark! Na boisko. Zaczyna się... - burknął trener, wychodząc z szatni.

* No One's POV *


Zaczynajmy, nie ma co przedłużać tej chwili! Krótkie podanie w drużynie Raimona i piłka znajduje się przy nodze Blaze'a. Chłopak płynnie porusza się po boisku, dopóki na swojej drodze nie spotyka kapitana drużyny - Alana. Blondyn został więc bez piłki, a Alan zbliża się wprost do bramki. Najwidoczniej żaden z obrońców nie może pokonać tego chłopaka. 
Nawet ten największy z nich - Jake drży jak galareta. Przeciwnik stanął przed bramką, rozpoczyna się więc pojedynek (Alan vs Mark). Kto wygra to starcie? Chłopak z zaciekłością w oczach kopie piłkę, która z początku toczy się po murawie. Przy czym błoto ją oblepia i staje się wielką kulą błota, która wybucha niespodziewanie przed bramkarzem. A raczej go oślepia, a tymczasem piłka nagle leci prosto, Mark stosuje swoją OGNISTĄ RĘKĘ. Ręka Evans'a nie wytrzymuje tego ataku, mamy pierwszy punkt, zdobyty przez Jing-jang! 1:0 dla Jing-jang. Brunet lekko się skrzywił i skulił w kulkę. Wydaje mi się, że musiał nieźle oberwać. Przeciwnicy nie dają ani jednej chwili wytchnienia dla Raimon'a. Każda próba ataku na bramkę Jing-jang, kończy się jednym wielkim niepowiedzeniem. Jak za pstryknięciem palców, minęła pierwsza połowa. Co teraz?


* Diana's POV *




Spojrzałam na Mark'a, okropnie mocno dostał, chłopak po tej akcji tylko lekko się skrzywił. Usłyszałam gwizdek koniec pierwszej połowy, a wszyscy tylko wypuścili ciężko powietrze z ust. Idąc na przerwę, chłopcy wylali na siebie całą wodę. Mark stał się dziwnie niewyraźny, widać, że próbuje to ukryć. Ale powiedzmy sobie szczerze, Mark'owi nie wychodzi kłamanie.Nawet ten jego niepozorny uśmiech, nie zadziałał w tej sytuacji. Gdy tylko jego kącik ust unosiły się do góry, kulił się z bólu. Podszedł do niego Nathan. 

- Pokaż to. - warknął w jego stronę. 
Brunet próbował schować swą dłoń, jednak nim się spostrzegł, blondyn miał ją w garści. Szybko ściągnął rękawicę, a brunet wykrztusił z siebie tylko syknięcie.
- Co ty sobie myślałeś? - rzucił rękawicą. - Widziałem, że twoja ręka podczas strzału się dziwnie zgięła. Dlaczego chciałeś to ukryć?
- Ja? - odparł, jakby nic się nie stało. - Przestań to mały siniaczek, a ty od razu dramat robisz? Patrz jak ją zginam! - odparł, z trudem zginając ręką.
- Musimy pomóc Markowi. - powiedział Swift, zwracając się drużyny.
- Nie. - wymruczał mój brat, masując rękę. - Zajmę się tym sam.
- Żartujesz sobie. - odparł Todd, patrząc z troską na Mark'a. -  Z takim "siniakiem", nie obronisz żadnego strzału. Musimy się wspierać. 
- W końcu jesteśmy rodziną, prawda? - odparł cicho Bobby.
Brunet tylko lekko się uśmiechnął. Pobiegłam szybko po bandaże, opatrzyłam jego rękę. W między czasie zauważyłam na trybunach Jude'a. No tak - odkąd dowiedziałam się, że są "przyjaciółmi" z Markiem, baczenie mu się przyglądam. Skąd wiem, że to nie są kolejne jego gierki? Nie wiem jak Mark może mu tak ufać. 

* Axel's POV *



Kuźwa, jest nie dobrze. Powiedziałbym nawet, że tragicznie, dyszę jak pies i co mi z tego. Jednak ja to pikuś, Mark mocno oberwał po tym strzale. Nasza obrona nawet nie może nad nimi nadążyć, a dodatek nasz "wspaniały" biegacz nie dogania swojego konkurenta - tego Horizen'a. Muszę z nim pogadać, muszę jakoś to załagodzić. Pociągnąłem go za rękaw, ten tylko obdarował mnie zdziwionym spojrzeniem i zaraz potem zmierzał w tym samym kierunku co ja. Wszedłem z nim do szatni i usiadłem.
- Czego chcesz. 
- Posłuchaj nasza gra się powoli wali. - klasnąłem w dłonie. - Nasi obrońcy nie są zbyt szybcy... Nie nadążają za ich ruchami. 
- Widać, że ty również to zauważyłeś. - pokiwał głową, składając ręce. - Muszą dokonać analizy ich gry.
- Jak?
- Ale spokojnie, ogarną to. - zapewnił mnie. - Bobby jest doświadczony, a Jack dość spory aby zatrzymać tych gości. 
- Mam taką nadzieję. - wymruczałem, powoli wychodząc.
- Czekaj. - urwał, trzymając mnie za ramię. - Skoro mamy wygrać, to... musi panować tu jakaś harmonia.
- Co masz na myśli? - spytałem, wyrywając się z jego uścisku.
- Przepraszam. - podrapał się po głowę, przez chwilę wyglądał jakby się wahał. - Kurde czuję się ciapa, robiąc to, ale... Do cholery, jesteś moim kumplem, na dobre i na złe.
- Nie, nie. - nagle też poczułem potrzebę, by go przepraszać. - To nie ty powinieneś przepraszać... To ja nie potrzebnie się wkurzyłem, po prostu Diana i ten Horizon, Horaizen, Horeizen.. w każdym razie, widząc ich razem..
- Znam to uczucie. To samo mam kiedy patrzę na ojca gadającego z jakąkolwiek kobietą. 
- Stary. - jęknąłem, tuląc go do siebie. - Tęskniłem.
- Te te.. Nie płacz teraz. - poklepał mnie po plecach. - Łzy zostawisz jak wygramy.

* No One's POV *


Iii... nadszedł czas na drugą połowę. Piłka jest w posiadaniu Raimon'a, ale na jak długo? Piłkę już przejmuje  Horizen. Chłopak konsekwentnie zmierza w kierunku bramki. Czyżby powtórka z rozrywki? Wallside tym razem nie zamierza się ograć, o nie! Chłopak staje mocno na murawie i z całej siły odbija piłkę od siebie, jakby za nim było pasmo gór. Szatyn upadł strwożony, a jest się czego bać! Beznadziejna sytuacja Raimona zaczyna się najzwyczajniej w świecie poprawiać. Piłkę przechwycił teraz  Carson, zmierza powoli do bramki Jing-jang. Jednak Reaven szybko zatrzymuje chłopaka. Tym razem piłka po stronie Jing-jang. Podaje on do kapitana, a kapitan ponownie zbliża się do bramki. Tym razem robi atak z zaskoczenia, w konsekwencji czego wielkolud tego nie zauważa. Wszystko w rękach Evans'a. Chłopak po zetknięciu z piłką nie łapie jej.... Ale co to? Nagle na polu bramkarskim pojawia się ni stąd ni zowąd Swift i przechwytuje strzał, budzi to wzburzenie przeciwników. Z łatwością omija piłkarzy Jing-jang, a za nim biegnie Blaze. Czyżby mieli wspólną akcję? A oto wzbijają się w powietrze jak wielkie wieloryby nad oceanem. Niczym OGNISTY KOGUT. Celują z całej swojej mocy w bramkę, bramkarz został pogrążony. No ale co to? Kolejny atak ze strony Raimon'a. Tym razem to ZRZUT INAZUMY. I mamy 2:1. Kto by się spodziewał?! Na pewno nie ja, na pewno nie wy i cała widownie. Nie no... może, ktoś w nich wierzył... Ale, co ja wiem?



sobota, 2 stycznia 2016



Rozdział:25



" - Mam zamiłowanie do perkusji. - co było zgodne z prawdą. - Może dlatego, że moim ulubionym perkusistą jest Phil Rudd z ACDC.
- O nie. - jęknęła Nelly, zasłaniając twarz.
- Ooo... - pokiwał na to głową ojciec Nelly. - widzę, że mamy podobne gusta! 
- Wygląda na to, że jesteśmy na siebie skazani. - uśmiechnąłem się ciepło.
- Ale pamiętaj, jeśli moja córka przyjdzie z płaczem... - zacisnął pięść. - To nie chcesz wiedzieć co ci zrobię.
- Tato... - sapnęła brunetka, przewracając oczami.
- Twój tata ma racje. - złapałem ją za rękę. - Ale możesz być spokojna, nie pozwolę na to."

* Nathan's POV *

 


Jeszcze jeden dzień, już nie mało czasu zostało do tego wszystkiego. A ja... nadal walczę ze swoimi myślami, są jak głosujący. Jednei krzyczą PIŁKA NOŻNA, natomiast drudzy, równie głośno jak ci pierwsi, krzyczą LEKKOATLETYKA. Boli mnie od tego głowa, a gdy próbuje się w to jeszcze bardziej zagłębić, jest jeszcze gorzej. Przed wyjściem na trening, musiałem wypić energetyka, aby odzyskać choć namiastkę równowagi. 
Po drodze, już wiedziałem, że gdzieś przewinie się twarz Holly. Nie myliłem się, jednak tym razem dziewczyna skutecznie mnie wyminęła. To dziwne, myślałem, że znów natarczywie będzie mnie błagać o powrót, chyba odpuściła, prawda? Powinienem się cieszyć, prawda? Chyba nie, wydaje mi się, że nie - moje pytanie jak i odpowiedzi nie były pewne. Dobra jest irytująca, ale to w końcu moja przyjaciółka i nie chcę od tak stracić z nią kontaktu przez moją decyzję. To co? Jeśli wybiorę piłkę, to ta więź (zawarta dokładnie 15 lata temu przy piaskownicy) zostanie zniszczona? Wszyscy mają inną definicję przyjaźni, moja brzmi tak: "Przyjaciel to ktoś, kto będzie z tobą nie ważne co się w twoim życiu się pojawi, będzie cię wspierał, będzie był. " Holly zawsze mnie wspierała owszem, ale teraz to co robi to jakaś gówniarzeria. Przyśpieszyłem kroku za nią.

- Czekaj! - wrzasnąłem, na co blondynka automatycznie się odwróciła w moją stronę.
Dzieliła nas dość duża odległość, zatrzymała się, a ja powoli zacząłem do niej podchodzić. Gdy byłem już zaledwie 2 kroki przed nią, myślałem, że ponownie ucieknie. Jednak ona stała jak słup soli, próbując nie patrzeć na mnie, w moje oczy.
- Co chcesz. - wymamrotała.
- Holly. Wiesz, że jesteśmy przyjaciółmi. - spojrzała na mnie na ułamek sekundy. - Ale ta cała sytuacja przytłacza mnie, ciebie i naszą przyjaźń
- Och, a ja mam świetną radę dla ciebie. Albo wybierzesz lekkoatletykę albo nasza znajomość się zakończy.
- Znasz pojęcie przyjaciela? - spytałem, patrząc prosto w jej oczy.
- Matko, Nathan o co ci znowu chodzi?!
- Znasz? - brnąłem w zaparte.
Blondynka kiwnęła głową na tak.
- Przyjaciel to ktoś, kto jest dla ciebie bliski, szczery, a przede wszystkim nie kieruje jego życiem, nie krytykuje jego decyzji i poglądów. Patrz do czego to doszło.
- Zapomniałeś o tym, że przyjaciół się nie zostawia. - odburknęła.
- Daj mi skończyć. - sapnąłem. - Może ciebie i resztę zostawiłem w tyle... ale to nie znaczy, że kompletnie o was zapomniałem.
- Czyżby?
- Fakt nie dzwoniłem, nie pisałem. Ale ciągle myślałem o tobie. Zależy mi na tym, aby nasza przyjaźń była taka jak kiedyś. 
- Na prawdę tak uważasz? - spytała cicho, patrząc ukradkiem na mnie.
- Tak. - zaśmiałem się pod nosem. - Uważam, że jesteś czasami głupia, mega irytująca... ale również piękna i urocza. 
- Nathan.
- Ale również piękna i urocza. - na jej policzkach pojawiły się różowe placki. - Hykm... Powinnaś teraz coś powiedzieć o mnie.
 - Nathan jesteś idiotą, dupkiem, ciotą. - pokręciłem na nią głową. - Serio nie wiem jak nasza przyjaźń powstała, ale wiem jedno. Jesteś dla mnie jak brat.
Przytuliłem ją do siebie.
- Skoro wybierzesz już tą piłkę nożną to... Cholera, będę cię wspierać jak umiem. 
- Dziękuje ci. - szepnąłem jej na ucho.
- Po mimo, że moje myśli będą cię przeklinać. 
Teraz jest dobrze, już nie muszę się martwić o to, że kogoś stracę i zranię. Zostaję przy footballu'u, ale kto powiedział, że nie mogę czasami pobiegać z moimi przyjaciółmi? Nie zawsze będę to robił, ale będę się starał, by nasze spotkania były coraz częstsze.
- Jesteś najlepsza! - powiedziałem, całując jej policzek.
Na co dziewczyna się ponownie się zaczerwieniła. Gdy tylko zorientowała się o tym, że to widzę, szybko odparła:
- Dobra... Leć na trening, gwiazda! - i nim się obejrzałem, dziewczyna zniknęła za pobliskim zakrętem.

* Diana's POV *




- Idiota! - wrzasnęłam, jak poczułam na sobie strumień zimnej wody.

A ten idiota Bobby szczerzył ryja do mnie jak nigdy, spojrzałam w stronę Axel'a - to jego sprawka. Dobra, przegrałam zakład -" Kto pierwszy pójdzie do Swifta, ten ciota. " Ale nie musiał mnie oblewać wodą i niszczyć mojego makijażu i ciuchów.
- Oj no, Evans. - nadal bezczelnie się śmiał.
- Nawet się do mnie dziś nie odzywaj! - krzyknęłam, idąc w stronę domku club'owego.
Na szczęście w torbie znalazłam ciuchy z dzisiejszego wychowania fizycznego, szybko się przebrałam i wróciłam do chłopaków.
- Matko, coś ty robiła? - złapał się za głowę, a ja spojrzałam na niego dziwnym wzrokiem.
- Grałam w piłkę. - wzruszyłam ramionami
- O nie, nie. - zatrzymał mnie. - Już więcej twoja noga nie postanie na boisku, co by się nie działo... 
- Tere-fere kuku! - krzyknęłam, przestępując linię oddzielającą boisko od trawnika. 
Szybko podbiegłam do jakiejś grupki chłopaków, która akurat grała w piłkę. Kątem oka widziałam, jak biedni Swift i Blaze biegną za mną i próbują mnie dogonić, jednak po chwili rezygnują pogoni.
- Diano Elizabeth Evans, zatrzymaj się. - wrzasnął Axel, gdyż tyle mu pozostało, jednak obiło mi się tylko po uszy.
Akurat wtedy trening miała tam inna drużyna i wyglądała dosyć dziwnie. Wszyscy byli siedzieli na murawie i medytowali jak jacyś buddyści. Niektórzy mieli przepaski podobne do tych które noszą ninja'e.  Dlaczego oni ćwiczą na naszym boisku? 
- O witam cię, niewiasto. - powiedział chłopak, całując moją rękę.
- Kim jesteś? - urwałam zaintrygowana.
- Mam na imię Horizon.
Chłopak miał na sobie czarny dres i szarą bluzkę na ramiączkach. Na jego prawym nadgarstku malował się duży tatuaż z dziwnym znakiem. Miał kruczoczarne włosy, a na jego czoło opadała grzywka z blond pasemkiem. 
- Co tutaj robisz?
- Wiesz.. trenuję. - uśmiechnął się w moją stronę. -  Jutro gram mecz z... Inazumą... chyba tak się nazywają.
- Inazumą Eleven? 
- O właśnie, tak. - klasnął w dłonie. - Jestem z gimnazjum Jing-jang.
Kiedyś natrafiłam na ich stronę i trochę czytałam o tym gimnazjum. To szkoła połączona z internatem. To tak jakby drugi dom dla uczniów, którzy wychowywani są w tradycji zakonu Shaolin. 
- O kuźwa.  - powiedziałam, łapiąc się za głowę. - Wy gracie mecz z moją szkołą!
- No proszę. - pokiwał na mnie głową. - Jeśli mogę spytać... Czy to ty jesteś tą ślicznotką, co ostatnio grała w koszulce Shearer'a  w meczu z Akademią? 
- Ślicznotka? Na pewno nie. - zaśmiał się. - Ale tak, to ja.
- Przepraszam, że wcześniej się nie spostrzegłem. - odparł zmieszany.
- Spokojnie, nic się nie stało. - odparłam, klepiąc go po ramieniu.
- Diana... a co tu się odprawia? - Nathan spojrzał to na mnie, to na Horizona.
- Rozmawiam. 
Horizon bacznie przyglądał się blondynowi.
- Nathan Swift. - wskazał go palcem. - Wyśmienity biegacz i piłkarz w samej osobie. 
- Ależ owszem.  - schlebiały mu te słowa. - Ale co wy robicie na naszym boisku?
- Nie mamy gdzie trenować. - rozłożył bezradnie ręce Horizon. - Poprosiliśmy waszą szkołę o udostępnienie boiska, to wszystko. Ale skoro się tu już pojawiłeś, może przekonamy, kto jest lepszy w bieganiu? 
- Sam się prosisz, stary. - podszedł do niego bliżej.
- Pardon panienko, muszę cię opuścić. - zwrócił się w moją stronę. - Tylko rozprawię się z tym chłopakiem. 
On na prawdę jest bardzo miły i przez myśl, przemknęło mi, co było gdyby spotkał mnie pierwszy. Ale rzeczywistości, nikt nie przebije Axel'a. Nie ma tego czegoś. Niby jest przystojny, szarmancki, ale kompletnie go nie znam tak jak Blaze'a. Inaczej jest z Axel'em, znamy się stosunkowo długo. Wydaje się bardzo tajemniczy, przez co coraz bardziej chcę przy nim być i otworzyć jego skorupę. Chłopcy ustawili się na boisku, obok bramki. Po chwili obok mnie pojawił się Axel.
- Co oni robią? - wskazał na nich.
- Będą się ścigać. - odparłam.

* Axel's POV *


Na prawdę ona czasami jest wkurzająca, nie ma na nią rady, nie mam do niej siły. Nie dość, że ma w dupie to co do niej mówię, to kompletnie mnie (moje rady) olewa. Gdy zobaczyłem jak ten koleś zarywa do (mojej) Evans, myślałem, że strzelę z pistoletu w jego stronę. Patrzyła się na niego jak na obrazek i się tak słodko uśmiechała. Zamiast po prostu działać, ja nic nie robię, stoję. Minęło już trochę czasu, a ja się nie przemogłem, nadal cholernie boję. Gdy dobiegłem do niej, byłem cały zdyszany. Wtedy zobaczyłem jak Swift i ten cały szatyn ustawiają się obok bramki.

- Co oni robią? - wskazałem wzrokiem na akcję skupiającą się w obrębie bramki.
- Będą się ścigać. - odparła. 
- On na prawdę jest głupi. - pokręciłem głową. - Później jak przegra i będzie bitka. A jutro mecz. 
- Daj mu na wstrzymanie - stanęła w jego obronie. - Chyba każdemu należy się coś od życia. Nathan dawno nie biegał, a bieganie to jego konik. Niech choć trochę się tym nacieszy. 
- W ogóle co to za koleś? - spytałem, wskazując na chłopaka stojącego obok Nate'a.
- Horizon. - odparła, na co zacząłem się śmiać.
- Co w tym takiego śmiesznego? 
- Nie mów, że nie kojarzysz tej piosenki! - zacząłem jej nucić.
- Jakiej?
- Take me to church .... - zawyłem - Ey men, ey men. 
- Przestań, no. - śmiejąc się.
1:0 dla mnie panie Horizon.

* Nathan's POV *


 



- Diana... a co tu się odprawia? - rozglądnąłem się na dwie strony, by zbadać sytuację.
- Rozmawiam. 
Ten koleś stojący obok niej bacznie mi się przygląda.
- Nathan Swift. - wskazał mnie palcem. - Wyśmienity biegacz i piłkarz w samej osobie. 
- Ależ owszem.  Ale co wy robicie na naszym boisku?
- Nie mamy gdzie trenować. - rozłożył bezradnie ręce. - Poprosiliśmy waszą szkołę o udostępnienie boiska, to wszystko. Ale skoro się tu już pojawiłeś, może przekonamy, kto jest lepszy w bieganiu? 
- Sam się prosisz, stary. - podszedłem do niego bliżej.
- Pardon panienko, muszę cię opuścić. - zwrócił się w jej stronę. - Tylko rozprawię się z tym chłopakiem. 
- Masz szansę się jeszcze wycofać.
- Phi. Chyba sobie kpisz. - prychnąłem, przygotowując się do startu
3, 2, 1! i ruszyliśmy. Ten kolo minimalnie mnie wyprzedzał, ale ja się nie dam. Deptałem mu po pietach, miałem wszystko pod kontrolą. I wtedy usłyszałem gwizd.
- Ej. Horizen, co ty robisz? - stanął nam na drodze inny chłopak, prawdopodobnie jego kolega. - Powinieneś trenować, a nie biegać jak pies z piłkarzem Inazumy. 
- Alan, chciałem tylko poznać przeciwnika. - zapewnił go. 
- Dobra, chodź już. - odparł niejaki Alan, ciągnąc za rękę Horizen'a. -  Powiesz to terenowi.
- Jeszcze się policzymy, panie Szybki. - odparł szybko szatyn. 
Wróciłem do Diany i Axel'a. 
- Gówniarz. - odburknął blondyn.
- Dupek. 
- Idź biegać, może sobie mózg odświeżysz. - odparł naburmuszony.
- Może ty lepiej zrób ten pierwszy krok, a nie stoisz jak gówno w przeręblu. - warknąłem w jego stronę. 
Mina Axel'a była bezcenna. Uderzyłem w czułe miejsce. No przepraszam, ale ileż można czekać? Diana już prawie się odkochała w Jude'zie kompletnie, chce ruszyć dalej, zamknęła ten rozdział, a ten czeka na jakiś cud z nieba. Blondyn podszedł do mnie.
- Prawda boli, co? - tłukłem żelazo póki ciepłe. - Wtedy byłbyś może choć trochę szczęśliwszy.
- Kim jesteś, że mnie pouczasz? - odparł z urażonym ego. - Jesteś idiotą Nathan, nawet nie wiesz ile to jest 2+2. No ile? Rybka. 
- O nie, tak nie będzie. - pomachałem mu ręką. - Wyżalasz mi się, a potem gdy jest niewygodnie zgrywasz tego lepszego? Nie kochany, ona nie poleci na tego niby mocnego kolesia, który się załamał po tym jak jego siostra miała wypadek. - krzyknąłem, na co dostałem z pięści w twarz. - Cóż za siła! 
To zaszło znacznie za daleko, ale gniew zasłonił mój zdrowy rozsądek.
- Matko Axel, Nathan! - pisnęła brunetka, próbując odciągnąć jednego od drugiego.
- Dobra, dobra. - warknął w moją stronę. - Powiem ci jedno ja przynajmniej mam siostrę. Nie to co ty, matka cię nie chciała na oczy nawet widzieć, dlatego pewnie wyjechała, bo wiedziała, że urodziła idiotę. 
Mógł coś powiedzieć coś innego, ale trafił w coś co zabrało mi połowę życia. Tak, moja mama odeszła od nas jak miałem zaledwie 2 dni. Niby ojciec mówił, że bała się wychowania, zostawiła mnie, mojego ojca. Nic ją nie usprawiedliwia, nie chciała mnie. Spojrzałem na wściekłego Axel'a równie rozwścieczony. Łza mimowolnie spłynęła po moim policzku. Wiem, nie chciał, to było wszystko w gniewie. Ale... to boli, cholera.
- Jesteście siebie warci, idioci! - krzyknęła, idąc zupełnie w innym kierunku. 
Blondyn tylko na mnie spojrzał i odszedł. Każdy sobie dowalił po trochu, rozeszliśmy się.

* Axel's POV *


 


Biegli jak dwa psy za kością, kiedy jakiś inny koleś przestąpił im drogę. Popatrzyli sobie w twarz złowrogo, a Nathan wrócił do nas.

- Gówniarz. - 
- Dupek. 
- Idź biegać, może sobie mózg odświeżysz. - zapodałem mu niewinny żarcik.
- Może ty lepiej zrób ten pierwszy krok, a nie stoisz jak gówno w przeręblu. - warknął w jego stronę. 
No nie, tylko nie to. Diana spojrzała na mnie znacząco, a ja byłem bezsłowny. Ponownie utwierdzam siebie w przekonaniu, że powinienem nikomu o tym nie mówić. Z dnia na dzień, utrudniam sobie powiedzenie tego sobie samemu i jej. Miałem już tego dość, gdyż świat na siłę napycha mnie bym zrobił ten krok, a ja nie jestem gotowy, a chcę by ten moment był idealny. 
- Prawda boli, co? - szedł w zaparte. - Wtedy byłbyś może choć trochę szczęśliwszy.
- Kim jesteś, że mnie pouczasz? Jesteś idiotą Nathan, nawet nie wiesz ile to jest 2+2. No ile? Rybka. 
- O nie, tak nie będzie. - pomachał ręką. - Wyżalasz mi się, a potem gdy jest niewygodnie zgrywasz tego lepszego? Nie kochany, ona nie poleci na tego niby mocnego kolesia, który się załamał po tym jak jego siostra miała wypadek. - krzyknął, na co dostał z pięści w twarz. - Cóż za siła! 
To zaszło znacznie za daleko, ale gniew zasłonił mój zdrowy rozsądek.
- Matko Axel, Nathan! - pisnęła brunetka, próbując odciągnąć jednego od drugiego.
- Dobra, dobra. - teraz słowa wymknęły się spod kontroli. - Powiem ci jedno ja przynajmniej mam siostrę. Nie to co ty, matka cię nie chciała na oczy nawet widzieć, dlatego pewnie wyjechała, bo wiedziała, że urodziła idiotę. 
Na prawdę jestem chory, brak mi taktu. Mogłem powiedzieć coś zupełnie innego, ale tylko to mi się nasunęło na myśl w czasie tej frustracji. Chciałem żeby poczuł to co ja, chciałem go umyślnie urazić, chciałem by poczuł ten niewyobrażalny ból. Sam nie wiem czy moja Julia przeżyje jeszcze, jest w śpiączce i w każdej chwili mogę ją stracił. A on stracił matkę, którą nawet nie poznał. Tak samo jak ja, jednak ona przy mnie była do końca, a  pani Swift od razu po urodzeniu go osierociła. Został mu tylko ojciec, z którym i tak się zbytnio nie dogaduje. Ma tylko mnie, Dianę i Max'a. Spojrzał na mnie pusto. Co miał powiedzieć? Nic nie zmieni tego co było powiedziane. Na jego policzku pojawiła się maleńka łza, jednak ja mimo wszystko, stałem nadal nie wzruszony dalszą sytuacją. Po tym jaki on mi zadał cios, odegrałem się i stałem się nieczuły. Dobrze wiem, że nie przejdzie mu to z dnia na dzień, to głęboka rana. Na meczu będzie ciekawie nie powiem. Na pewno ja do niego ręki nie wyciągnę. To on mnie zaczął, on mnie zranił i na koniec on sam najbardziej cierpi. Też sobie odjąłem parę punktów u Diany, a zresztą chrzanić to. Czasami mam dość tego, że jestem taki zasadowy. Zawsze ja muszę robić ten pierwszy krok, na prawdę nie chce mi się. Udałem się do mojej ulubionej kawiarenki, była jeszcze otwarta. Zamówiłem kawę i wyszedłem, kierując się w stronę mojego domu.
- Czekaj! - usłyszałem za sobą głos. 
Obejrzałem się za siebie, Dragonfly.
- Co ty robisz o tak późnej godzinie?
- Mógłbym o to samo spytać ciebie. - nawilżyłem moje usta ulubioną kawą.
- Coś się stało? 
-  Czy zawsze jest tak, że nie ważne co byś zrobił... to ty musisz zrobić ten pierwszy krok, bo bez tego ani rusz? 
- Tak. - spojrzał na mnie znacząco. - Tak właśnie musiałem postąpić kiedy zająłeś moje miejsce.
- Czasami mam ochotę każdemu dać po mordzie dla opamiętania.
- Ona sama do ciebie przyjdzie, zobaczysz. - powiedział, uśmiechając się.
- Czy ty....
- Przez przypadek was podsłuchałem.- syknął. - Jestem pewien, że Diana to mądra dziewczyna. Skąd wiesz, że ona nie chce zrobić to samo? 
- Co? - złapałem za ramię. - Ej Kevin, jeśli chcesz mi coś powiedzieć...
- I tak już za dużo powiedziałem. Ja się zwijam, cześć. - i nim się spostrzegłem Kevin odszedł.
Skubany, wszystko wie. Mam nadzieję, że Mark o niczym nie wie. Muszę skupić myśli na czymś innym, jutro mecz - to jest najważniejsze.

* Diana's POV *



- Może ty lepiej zrób ten pierwszy krok, a nie stoisz jak gówno w przeręblu. - warknął w jego stronę. 
To co usłyszałam, wprawiło mnie w niemałe osłupienie, czy to możliwe, że Axel...
- Prawda boli, co? - szedł w zaparte. - Wtedy byłbyś może choć trochę szczęśliwszy.
- Kim jesteś, że mnie pouczasz? Jesteś idiotą Nathan, nawet nie wiesz ile to jest 2+2. No ile? Rybka. 
- O nie, tak nie będzie. - pomachał ręką w jego stronę. - Wyżalasz mi się, a potem gdy jest niewygodnie zgrywasz tego lepszego? Nie kochany, ona nie poleci na tego niby mocnego kolesia, który się załamał po tym jak jego siostra miała wypadek. - krzyknął, na co dostał z pięści w twarz. - Cóż za siła! 
To zaszło znacznie za daleko, ale gniew zasłonił ich zdrowy rozsądek.
- Matko Axel, Nathan! - pisnęłam brunetka, próbując odciągnąć jednego od drugiego.
- Dobra, dobra. - teraz słowa wymknęły się spod kontroli. - Powiem ci jedno ja przynajmniej mam siostrę. Nie to co ty, matka cię nie chciała na oczy nawet widzieć, dlatego pewnie wyjechała, bo wiedziała, że urodziła idiotę. 
Nie wiedziałam o tym, przecież to niemożliwe. Jakby tak spojrzeć, to Nathan jest jedną wielką bombą energii i szczęścia, na jego twarzy gości uśmiech. Czego by nie dotknął, wszystko ma kolor tęczy. Co oni robią? Czasami mam wrażenie, że ukrywają coś przede mną. Akurat wracałam z ciastkarni, gdy natknęłam się na malutki cmentarz. Nigdy wcześniej nie widziałam żadnego w okolicy. Przy jednym z grobów stał.... Nathan? Postanowiłam dla pewności sprawdzić. Chłopak wyglądał zdecydowanie źle. Znikł ten uśmiech, który dobrze znałam, na jego miejscu pojawił się smutny grymas. 
- Nathan. - złapałam go za ramię.
- Diana ja sobie poradzę... - zajęczał cicho.
- Nie zostawię cię tu samego... - odparłam, siadając na ławce.
- Diana, nie musisz tu być. - próbował mnie odgonić. - Nie przejmuj się mną.
- Nathan. - spytałam, wskazując na tabliczkę.
Eleonora Swift.
Chłopak tylko pokiwał smutno głową, a ja nie zadawałam mu więcej pytań. 
- Ciastko? 
- Przydałoby się.

* Mark's POV *


Zastanawiam się gdzie się podział Axel, Nathan i Diana. Już ich długo nie ma. Nie wiem czy oni traktują na poważnie jutrzejszy mecz. Pewnie siedzą w jakiejś knajpce, jedząc hawajską. Czasami nie mam na nich kompletnie siły. Postanowiłem zadzwonić do Axel'a.

- Halo?
- Za halo w dupę walo! Gdzie wy jesteście.
- Ja jestem w drodze do szpitala, a Nathan i Diana gdzieś zniknęli. Zresztą mam to w dupie.
- Stary, coś się stało?
- A nie ważne
- Czekaj, już do ciebie jadę.
Szybko się przebrałem i udałem na pobliski przystanek. Tam już siedział blondyn, wyglądał na rozwścieczonego.
- Powiesz mi w końcu co się stało? - spytałem, patrząc na chłopaka.
- Nie ma co mówić. - podrapał się po głowie.
- Axel! - krzyknąłem, a ten przewrócił na mnie oczami. 
- W wielkim skrócie, że pobiliśmy się z Nathan'em. - westchnął głęboko. - On mnie zranił, a ja go zraniłem... powiedziałem o matce.
- Jeżu. - A jutro mecz, ale... może się ułoży... 
- O co poszło? - po tym pytaniu, blondyn odwrócił ode mnie wzrok. Czyżby coś ukrywał?
- Już nie pamiętam. - machnął ręką. 
- Przyjacielowi nie powiesz? - zacząłem go przekonywać.
- Po prostu podoba mi się jedna dziewczyna i boje się do niej zagadać. 
- To na co czekasz? - odparłem, jakby rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki. - Powiedz jej co czujesz!
- " To tak samo jak ja i Nelly" - sapnął. - Tak, znam wasze love story.
Dźgnąłem go w bok.
- Mogę ci potowarzyszyć w drodze do szpitala? 
- Skoro chcesz.. - wstał, gdyż wehikuł podjechał to wsiadaj do tego magicznego rumaka.