niedziela, 30 sierpnia 2015


Rozdział: 14



"W między czasie musieliśmy się wytrzepać z tej naszej "mąko-bitwy". Gdy zbliżała się 7:15, Diana nadal znajdowała się w łazience. Kobiety...
- Evans, ileż można? - sapnąłem załamany, pukając w drzwi.
- To nie moja wina, że sypnąłeś mi mąką prosto w oczy! - jęknęła.
- Nie powiem kto wrzucił mąkę do moich gaci! - sapnąłem, nadal pozbywając się mąki z mojej bielizny.
Oboje zaczęliśmy się głośno śmiać. Po 5 minutach wyszła z toalety. 
Usłyszałem klakson taksówki. "


* Mark's POV *


 


Za kilku minut gramy. A ich nadal nie ma. Chłopcy mi mówią, że to będzie łatwy mecz. Ale coś mi mówi, że nie wolno ich ignorować. Starcie z Liceum Czarnej Magii zdecydowanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie wolno lekceważyć przeciwnika. Nagle przed stadionem zatrzymuje się żółta taksówka. A z niej wychodzą Diana i Axel, są uchachani po pachy. Swoją drogą widziałam jak ta dwójka wraca razem do naszego domu. Coś mi tu nie gra.
- Nareszcie.. - urwałem lekko poirytowany.
- Przepraszam.. ale mieliśmy malutki problem.
- Dlaczego w twoich włosach jest tyle mąki? - Max wskazał na jego włosy.
- A niech to... - urwał blondyn, trzepiąc głową nad moją siostrą.
Nagle usłyszałem wielki pisk Nelly.
- Nie będę tego zakładać! 
- Ależ musicie. - odparł trener liceum Otaku. -W końcu, każda mangerka musi ubrać się w te stroje.
- A kto tak powiedział? - sapnęła Silvia.
- Ja ustalam zasady, a wy macie je przestrzegać.
- Co za... CZEKAJ, CO TY... ?! 


* Diana's POV *

♫ 


- Axel, spóźnimy się. - sapnęłam, zapinając pasy.
- Przecież i tak nie gramy, nie masz co się złościć. - mruknął i dał kierowcy banknot.
Mknęliśmy tak szybko jak się da po ulicach Inazumy, po paru minutach dotarliśmy. Wyszliśmy z wehikułu i udaliśmy w stronę grupy. Zauważyłam jak Mark lustruje nas wzrokiem, dobrze wiem, że obserwował nas przez okno tamtej nocy. Za pewne snuje różne teorie spiskowe, ale nie to teraz zajęło moją uwagę. Nie wytrzymam... Nelly w stroju seksi pokojówki? Grzechem by było tego nie uwiecznić. Postanowiłam wkroczyć do akcji i pośpiesznie wyciągnęłam swoją komórkę.
- Ja mogę zrobić zdjęcie. - odrzekłam, zabierając bramkarzowi aparat z ręki.
- Ale panno Evans, nie zapomniałaś o czymś. - Nathan zaczął trzeć ręce z podniecenia. 
- Nie, proszę... nie! - jęknęłam zdając sobie sprawę, że przecież też jestem ich managerką.
- Wiesz, pasowałyby ci te królicze uszka... - odrzekł Max, poruszając śmiesznie brwiami.
I nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć czy też zrobić, stałam wraz z dziewczynami i uśmiechałam się do zdjęcia.
- No, no... - odparł zadowolony Max. - Będzie można czymś szantażować.
- Słucham...
- Niczym ten królik z gazety... - zauważył Kevin.
- Króliczek Playboy'a? - wtrącił się Axel.
- Spokojnie. - chwyciłam go za ramię. - Przecież to tylko taka zabawa.
- Axel by cię chyba zaje... - urwał Nathan.
- Co? - te słowa wbiły mnie w ziemię. - Co masz na myśli, Nathan!
Ten przestraszonym wzrokiem spojrzał w stronę przyjaciela. A Axel spiorunował go wzrokiem, a później pociągnął w stronę szatni.

* Axel's POV *


♫ 


Co za idiota... Ja pierdole. Nathan powinien chodzić od zawsze z kagańcem na buzi, ponieważ nie wie co to znaczy " nie mów jej, stary, pamiętaj. " Złapałem go za rękę i zaprowadziłem do szatni.

- Stary, co jest? 
- I ten się pyta. - sapnąłem, łapiąc się za głowę. - Nathan idioto... Wiesz co przed chwilą powiedziałeś?
- Nie rozumiem. 
Zacząłem walić głową o białą ścianę.
- Nie powiedziałeś jej? - spytał już dosyć poważniej.
- Nie. - odrzekłam, wzdychając.
- Na co ty gościu czekasz? - pokręcił głową, zaskoczony moją odpowiedzią. - Jeszcze Sharp ci ją z pod nosa zabierze. To świetna dziewczyna, jedyna która z tobą wytrzymuje.
- To co mam zrobić? Powiedzieć jej: " Cześć. Zakochałem się w Tobie, będziesz ze mną?" - powiedziałem z sarkazmem. - To twoja gadka.
- Ale zawsze sprawdzona. - poklepał się po klatce piersiowej.
- Lepiej żebyś ty mi nie radził. - zbyłem go.
- Jesteście jak dzieci. Widać, że iskrzy po między wami. 
- Przez sen...
- Ty z nią spałeś? - wyrwał się, zatykając usta.
 - W każdym razie... - kontynuowałem swoją historię. - nieświadomie przysunąłem się do niej i objąłem ręką. 
- Ładnie teren zaznaczasz. - odparł będąc pod wrażeniem, tego co mówię.
- Choć jej powiedziałem, że będę mieć rączki przy sobie... 
- Zdajesz sobie sprawę, że już jesteś na granicy?. 
- Słucham?
- No... będziesz musiał jej powiedzieć.
- Matko moja, Nathan... Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! - warknąłem, wymachując rękami nad jego twarzą.
- Słucham i nie mogę uwierzyć, że jesteś takim dupkiem. 
- Dobry z ciebie przyjaciel. - powiedziałem, pokazując kciuk do góry.
- Albo jej powiesz... albo ja to załatwię.
On jest jeszcze głupszy niż myślałem. Mogłem mu o tym nie mówić. Teraz będzie mnie dręczył.  Po prostu nie wierzę.
- Ani się waż. - powiedziałem, łapiąc za jego koszulkę.
- To kiedy jej to powiesz? 
- Nie wiem. Ale na pewno nie teraz. Dopiero co miała chłopaka, chcę jej dać czas.
- Skoro tak uważasz. Rób co chcesz. Ale jeśli będzie za późno to potem nie jęcz, że zjebałeś. - odparł, udając się w stronę stadionu. - A czas tyka..
Wiecie co jest najgorsze? Ten ciul ma rację. Walnąłem z całą siłą w ścianę. Jestem taki głupi! Po czym również podążyłem w stronę boiska. Mecz się zaczyna.

* No One's POV *


I mecz się zaczął! Wszyscy zebrali się na murawie, tym razem kto będzie zaczynał mecz, zadecyduje moneta. Reszka - Raimon, Orzeł -Otaku. Moneta zrobiła kilka obrotów i spadła na rękę sędziego, orzeł. Oznacza to, że uczniowie Otaku są przy piłce. Prawie przez całą 1 połowę ich drużyna nie wypracowywała żadnych ataków. I tak szybko i leniwie upłynęła pierwsza połowa naszym graczom. Mamy 0:0. Czas na 2 połowę, może przyniesie coś noego! Ale cóż to się dzieje, Liceum Otaku przechodzi do ataku! Wcześniej nie chcieli marnować swoich sił, a teraz startują niczym torpeda. Są kujonami i z reguły, takie osoby nie mają dobrej kondycji. Do Tuckera pędzi Carson, jednak nie kopie on piłki... Dlaczego on kopie arbuza? Co za sprytny trick! Obrona nie jest w stanie ich zatrzymać! Piłakrze Otaku są już co raz bliżej i niespodziewanie jeden z zawodników zostaje podniesiony niczym KIJ BOHATERSTWA i swoją twarzą odbija piłkę w stronę bramki. Dekoncentruje to Evansa, przez co ten nie broni tego strzału. Jest 0:1! A jednak, nie są tacy słabi jak się im wydaje. Raimon myśleli, że to będzie takie proste... Ponownie za szybko się wyluzowali i dali się ponieś pewności w swoją grę. Wczoraj w ogóle nie trenowali, ponieważ wszyscy zgodnie uznali, że przeciwnicy są słabi i bez treningu ich pokonają. I co? Teraz pewnie żałują, tego co powiedzieli przed meczem. Przy piłce jest Glass, szybko podaje ją do Dragonfly'a. On mija piłkarzów i zmierza prosto do bramki. Nagle obrońcy zaczynają szurać butami po boisku, tworząc zasłonę dymną. Kevin widząc kłęby kurzu, postanowi, że w ciemno stosuje swój SMOCZY CIOS. Ku zdziwieniu wszystkich, gdy kurz opada piłka znajduje się w rękach bramkarza nerdów. Raimon ponawia atak, ale bezskutecznie. Piłka nijak nie trafia do bramki. Czy znajdą na nich jakiś sposób? Willy stoi w miejscu, na jego twarzy jawi się konsternacja, jakby się nad czymś zastanawiał.

- Axel, chce grać no! - krzyczy brunetka, wyrywając się z uścisku Blaze'a.
- Zwariowałaś... chcesz powtórkę z rozrywki? 
Spojrzała na niego znacząco.
- Wielkie mi halo..
- Proszę cię... nie zaczynaj. - zgromił ją blondyn.
- Puszczaj! - krzyknęła równie nabuzowana dziewczyna.
- Skoro ja nie gram to i ty! - warknął, nadal nie puszczając jej ręki.
Tymczasem Dragonfly jest przy piłce. Willy biegnie za nim, co on wyprawia!? 
- Willy, złaź mi z drogi! - krzyczy zdezorientowany Kevin.
Gdy "zasłona" opadła, wszystko staje się jasne. 
- Proszę o przerwę! - unosił dłoń Glass.
Sędzia do niego podchodzi.
- Ależ to jest niezgodne z regulaminem, młody człowieku.
Mark również przyłączył się do konwersacji.
- Nam pasi! - krzyczą zziajani gracze Otaku.
Mężczyzna rozłożył bezradnie ręce, a wszyscy zeszli z boiska.
- Lepiej, żebyś miał wyśmienity powód, dlaczego jest ci potrzebna ta przerwa. - warknął Kevin.
- Chcesz grać na czas? - sapnęła Diana, Willy zwrócił się w jej stronę.
- Po trochu tak. - wszyscy głęboko westchnęli. - Ale... coś zauważyłem.
- Macie jeszcze 5 minut! - krzyczy do nich
- Lepiej się pośpiesz okularniku. - mruknęła Nelly, odrywając wzrok od kolorowej gazety.  
-  A więc... Liceum podczas swojej obrony przesuwało bramkę, dlatego inni nie mogli w nią trafić. 
Usłyszeli gwizdek i już tylko w "okularniku", który rozgryzł ich taktykę, Raimon posiada jedyną nadzieję. Mecz się rozpoczął, a Raimon przejęło piłkę. Gdy już byli bliżej, Otaku miało wywołać ponownie swą burzę piaskową. Jednak, coś jest nie tak. Willy tymczasem trzymał Tucker'a za spodnie.
- Puszczaj matole. - odtrąca go, a Willy ląduje na ziemi z kawałkiem jego spodni w ręce.
- Teraz pora wygrać ten mecz! - woła kapitan Mark. 
Piłka wylatuje za linię. Wyrzuca ją Grimm, okularnik krzyczy aby podano mu piłkę. Steve niepewnie rzuca w jego stronę. Nadciąga więc Willy Glass i o dziwo, mknie gładko w stronę bramki. Niespodziewanie chłopak podaje do Kevin'a. Ten podaje mu stosując SMOCZY CIOS. A chłopak odbija piłkę własną twarzą, przez co jej trajektoria zmieniła się i piłka trafia do siatki! Cóż za fenomenalny strzał. Jest remis!  Nagle w obu drużynach narodziła się nowa wiara w wygraną! Teraz przy piłce jest Kevin. Strzela ponownie swoją smoczą torpedą i... GOOOL! Raimon wygrywa to spotkanie! A więc, przechodzą do finału. Piłkarze skaczą z radości, krzyczą, drą koszulki.

* Diana's POV *

Mamy to. Tulę się z radości do Axel'a.
- I dali sobie radę bez ciebie. - wykrzywiłam się w jego stronę.
 Na chwilę jakby świat się zatrzymał, jak głupia patrzyłam w jego brązowe oczy. Wtedy tą chwilę przerwał czyjś głos.
- Przepraszam... - do moich uszu dobiegł cichy szept Gin'a. - Czy mogłabyś dla nas zaśpiewać?
- Jesteśmy twoimi fanami.
Kiwnęłam głową. Biorę do ręki gitarę i zaczynam grać. W sumie ta piosenka jest niestaranna i niedokończona, ale zaśpiewam ją. Axel mnie natchnął. Złapałam się za głowę, bo uświadomiłam sobie smutną prawdę. Zakochałam się, zakochałam się w Axelu.


piątek, 28 sierpnia 2015

Rozdział:13



" W drodze wykręciłam numer do Axel'a.
- Idę się z nim spotkać.
- A może tak cześć? Powtórz,  bo nie zrozumiałem.
- Chcę to zakończyć. 
- Zwariowałaś? 
- Rozumiem, że się troszczysz, ale klamka zapadła...
- Diana, stój!
- Axel.. Ja chcę zamknąć ten rozdział, raz na zawsze.
W słuchawce usłyszałam ciężkie westchnięcie.
- Tylko później tego nie żałuj."


* Diana's POV *

♫ 



Po kilku minutach byłam na miejscu. Sama nie byłam do końca teraz przekonana, czy jestem gotowa. Działałam w pośpiechu i pod wpływem emocji. No to masz, co chciałaś. Usiadłam na ławce pod wielkim dębem. Spojrzałam na zegarek, wskazywał na godzinę siedemnastą. Pozostało kilka minut na to by wypić leki, chwyciła po pudełko i wodę. Gdy już wykonałam tą czynność, usłyszałam kroki. 

Punktualny jak zawsze.  - pomyślałam, odwracając się w jego stronę. Chłopak stanął na przeciwko mnie, bacznie obserwując każdy mój ruch. 
- Diana... kopę lat. - urwał, łapiąc się za głowę.
- Tak, spędzonych w świętym spokoju.
Brunet po chwili usiadł koło mnie.
- Dlaczego to zrobiłeś? - spojrzał na mnie jak na wariatkę. - Wiesz o czym mówię...
- Dan, posłuchaj. - złapał mnie mocno za ręce. - To nie była moja decyzja... ja zawsze cię kochałem... i nadal kocham.
- Nie mów tak do mnie... to na mnie nie działa!  
- Kochanie... - szepnął łapiąc mnie za nadgarstek. - Gdybym tego nie zrobił... 
- To co? Twoja kariera piłkarza poszła na straty? Straciłbyś względu ojca i trenera? Ale w końcu straciłbyś uwielbienie dziewczyn? - zaczęłam się nerwowo śmiać. - Chcesz mi powiedzieć, że właśnie w tamtej chwili... kariera była ważniejsza ode mnie?! 
- Uspokój się, cholera. - warknął.
Pan Sharp nie był taki idealny jak się mogło wydawać. To dwie strony medalu. Nieraz potrafił być kochany, czuły i troskliwy, wtedy żyło się z nim niczym w bajce, niestety zmieniał się gdy tylko coś nie szło po jego myśli, zaczął się po prostu wyładowywać się na mnie. Nieraz moje nadgarstki były pełne siniaków i nie tylko te części ciała. Ale ja głupia i tak go kochałam. W duchu myślałam, że może się zmieni. W końcu tyle razy mi to obiecywał, płakał i całował moje rany. Ale wszyło, że sprzedawał mi gówno-prawdę.
Jude przez chwilę skanował moją rękę.
- Kto to jest A? - wyrwałam nadgarstek z jego mocnego uścisku.
- To cię powinno najmniej obchodzić. - zignorowałam jego pytanie.
- To Blaze prawda? - zacisnął wargi. - Wow, szybko się pocieszyłaś. 
- Pocieszyłam? Człowieku jesteś śmieszny... zamieniłeś moje całe życie w piekło, do tej pory czuję mrowienie w tych miejscach. - sapnęłam, pokazując mu jego odznaki. - Tak, Jude.. te cięcia czuje najbardziej.. dzięki niemu, zaznałam spokoju..
- Gadanie, przecież było nam tak dobrze...
- Tak.. - urwałam, zaciskając pięści. - Omamiłeś mnie na samym początku, ale teraz nie muszę się bać.
- Diana, ja na prawdę...
- Prawda brzmi tak obco w twoich ustach. Wiesz ile jest warta ta twoja prawda? - splunęłam na trawę. - O właśnie tyle.
Złapał mnie za rękę.
- To jego sprawka... - przekrzywił mi nadgarstek, tak bym widziała swój tatuaż. - Gdyby nie on, uwierzyłabyś mi.
Pokręciłam na niego twarzą.
- Nie Jude... on mi otworzył oczy, na to co się dzieje. Pokazał mi, że można żyć bez bólu..
- ...beze mnie, to masz na myśli? 
Odległość od naszych twarzy stopniowo się zmniejszała.
- Potrafisz? - szepnął, lekko muskając moje usta.
To było takie spontaniczne, że nie wiedząc w sumie, czemu oddałam pocałunek. W porę się jednak opamiętałam. Oderwałam się od niego i wymierzałam mu siarczysty policzek. Wstałam z ławki.
- Nie dzwoń, nie pisz. Zrozum, że to koniec... - odrzekłam, oddalając się z tego miejsca.
- Wiesz, że nie odpuszczę? Diana, wracaj tu! - usłyszałam z daleka, ale miałam już to daleko gdzieś.
Gorące łzy spływały po moich policzkach. Powinnam posłuchać Blaze'a. Nie jestem w stanie nawet mu wyznaczyć granicę, bo nadal po tylu latach i zapewnieniach, ulegam mu. To jest cholernie skomplikowane. Udałam się w nieznanym mi kierunku. Nie patrzyłam pod nogi i niestety na kogoś wpadłam. Był to Axel.
- Jestem głupia. - jęknęłam, przytulając się do jego torsu. 
On nic nie mówił. Staliśmy w ciszy. Tego mi było trzeba. 
- Gdzie on jest? - spytał patrząc w moje oczy.
- Co chcesz zrobić?
- Nie pozwolę, aby temu chujowi to uszło na sucho.
- Axel nie! - krzyknęłam, ale on nawet się nie odwrócił.
Teraz na pewno nie wrócę do domu.

* Axel's POV *


♫ 



- Axel.. Ja chcę zamknąć ten rozdział, raz na zawsze.
W mojej głowie wciąż szumiały jej słowa. Tak bardzo chciałbym dla niej jak najlepiej, ochronić od tego zła, które ją ściga na tej drodze do szczęścia. Leżałem tak na łóżku, gdyż w tej sytuacji mogłem zrobić. Chciałem to zrobić po swojemu, ale mnie uprzedziła. I niestety, myślę, że sobie nie poradzi z tym psychicznie lub fizycznie. Nie mogę tak, postanowiłem zadziałać, póki jest jeszcze czas. Ten koleś jest nieobliczalny, co jeśli w tej chwili wali ją po głowie albo próbuje ją omamić? Wziąłem bluzę i postanowiłem się przejść. Jebać to, że mam zwichniętą nogę. Zawsze warto wyjść o kulach na miasto, c'nie? Zakochałem się, przyznaj to w końcu. Tak, zatonęły wszelkie moje argumenty przeciw, a ja z nimi. Straciłem dla niej głowę już w pierwszym momencie, ale nie chciałem tego po sobie poznać. Teraz gdy jest tutaj, widzę ją codziennie, powoli się wykruszam. Nie umiem już tego powstrzymać. Myślę o niej codziennie. Chciałem udać się do jakiegoś baru, z rozmyślań wyrwał mnie ktoś, kto na mnie wpadł. To była ona. Jej oczy były czerwone od płaczu, na policzkach znajdowały się smugi po tuszu. Nie mogłem tego tak zostawić.
- Jestem głupia. - jęknęła, przytulając się do jego torsu. 
Tak bardzo chciałbym powiedzieć słynne "A nie mówiłem?", ale komu się to teraz przyda. Nie chciałem tego, nie chciałem tej smutnej twarzy, łez toczących się po tej pięknej twarzy. 
- Gdzie on jest? - spytałem patrząc w moje oczy.
- Co chcesz zrobić?
- Nie pozwolę, aby temu chujowi to uszło na sucho.
- Axel nie! - krzyknęła.
Teraz na pewno nie wrócę do domu. Poszedłem go szukać, nie odpuszczę, nie po tym co zauważyłem. Nie mogę pozwolić na taki stan rzeczy, Diana powinna być traktowana jak księżniczka. Tyle razy dostała po dupie, tyle razy przez niego. To dla niej wielka trauma z której, obawiam się, że nie wyjdzie. Już nigdy, prze nigdy nie spowoduje u niej łez. Dokuśtykałem się do wieży Inazumy. Moim oczom ukazał się Pan Sharp.
- Co jej zrobiłeś? - wycedziłem przez zęby powoli do niego podchodząc.
- Nie wtykaj nosy w nie swoje sprawy Blaze.
Precyzyjnie wycelowałem w jego szczękę. Nie oszczędzałem sił.
- Tylko na tyle cię stać? - spytał sarkastycznie, ocierając krew z kącika ust.
- Powinienem cię zabić, w tym momencie..
Czy on mnie prowokuje. Kolejny cios miałem skierować w jego brzuch, ale wtedy ktoś złapał mnie za łokieć. To był Diana. Gdy tylko na nią spojrzałem, poczułem kurewsko mocny ból w nodze.
Ten skurwiel tylko na to czekał.
- Chodzi lisek koło drogi... nie ma ręki, ani nogi.. - zanucił i już miałem ochotę mu przywalić, po mimo obecności Diany, ale mój umysł był silniejszy od mojej ręki.
Pozwolę mu teraz uciec, ale rozegram to inaczej kiedy będę w dobrej formie.
- Jesteś niemożliwy. - podniosła mnie z ziemi.
- Nie odpuszczę mu..
- Dlatego nie chciałam ci mówić. - wskazała na mój stan. - Zabiłbyś go, cholera.
- I co z tego? Nie pozwolę na to, aby ktoś tak ważny dla mnie jak ty, płakał przez tego idiotę.
Przez całą drogę była cisza. Zjebałem, podświadomie wiedziałem to. Weszliśmy po cichu do jej pokoju. Tam sprawdziła czy z moja nogą jest wszystko okej. Później założyła mi nowy bandaż.  Po czym usiadła na łóżku i jakby nigdy nic mnie ignorowała. Jest zła i to cholernie.
- Masz zamiar się do mnie odezwać? - chrząknąłem, patrząc jej w stronę.
- Zachowałeś się jak gówniarz. 
- Diana ile razy mam ci powtarzać, że nie mogę na to patrzeć jak cierpisz przez niego. Rani cię za każdym razem. 
- A chcesz trafić do pierdla? Do cholery, jutro masz mecz! - rzuciła we mnie poduszką. - Nie pomyślałeś choć trochę, że przez taką dziecinną bójkę, nie zagrałbyś dalej w Turnieju? 
- Nie liczy się dla mnie kariera, liczysz się tylko ty! - krzyknąłem patrząc jej prosto w oczy.
Za długo tłamsiłem to w sobie. Głupie serce zawsze musi wyjść na pierwszy plan. Na twarzy dziewczyny pojawiły się rumieńce.
- Co powiedziałeś?
Z ledwą biedą podniosłem się na równe nogi. Wtem brunetka oderwała wzrok od podłogi.
- Zostajesz. - odrzekła, pokazując palcem na miejsce na którym, wcześniej siedziałem. 
Zgodnie z jej prośbą wróciłem na swoje miejsce. Spojrzałem na zegarek, było grubo po 23. Tymczasem Dan rozkładała koc i poduszkę na podłodze.
- Śpisz na łóżku, ja na podłodze.
- Nie zgadzam się. - stając nad nią, a jako, że byłem od niej wyższy, czułem się na wygranej pozycji.
- Ja będę spał na podłodze. - odrzekłem, krzyżując ręce ma piesi.
- Nie ma mowy. 
- Pójdźmy na kompromis. Oboje będziemy spać na łóżku.
Wytrzeszczyła oczy.
- Nie ma mowy...
- Spokojnie, nie zgwałcę cię. -  pokazałem jej puste ręce, jakby prosiła o pokazanie zawartości moich kieszeni. - Będę mieć rączki przy sobie. 
- Mam nadzieję. - odrzekła, kierując się do łazienki. 
Moje serce przejęło pełną kontrolę nade mną. Moja akcja serce stopniowo wzrosła, a moja klatka piersiowa szybko podnosi się i opada. Axel, spokojnie. - szepnąłem do siebie.

* Diana's POV *


Mam dość tego całego dnia. To całe spotkanie było tylko kolejną raną w moim sercu. Znów próbował sztuczek na mnie, już tak mało brakowało, abym go wpuściła z powrotem. Dobrze, że mam takiego Axel'a. Był ze mną od początku, na dobre i na złe, zupełnie jakbyśmy byli starym małżeństwem. Czuję się przy nim tak bezpiecznie. HOLA HOLA EVANS, CZY TY SIĘ... Nie, nie to niemożliwe. Nierealne. Axel i ja? Nigdy o tym nie myślałam. Ciągle walczę z moim sercem i odpycham uczucia. Staram się racjonalnie myśleć. Jestem pewna, że ma kogoś na oku. Na pewno tym kimś nie jestem ja. Leżałam na łóżku, czytając " Papierowe Miasta", gdy nagle usłyszałam, że drzwi od łazienki się otwierają. Moim oczom ukazał Axel bez koszulki. 
Zatkało mnie. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek, a zwłaszcza w jego wyrzeźbiony brzuch.
- To co, idziemy spać? - z hipnozy wyrwał mnie głos blondyn.
Pokiwałam twierdząco głową. 
Ułożyliśmy się po obu stronach łóżka. Wyglądało to dosyć śmiesznie. Jakbyśmy odbyli wielką walkę i niczym rodzina  Bundych poszła pokółceni do małżeńskiego łoża.
- Dobranoc.
- Dobranoc.


***
" Przechadzam się po polanie. Słońce razi  moje oczy. Na horyzoncie widzę jakąś postać. Biegnę do niej. Nagle natrafiam na wielki mur. Nie mogę przejść dalej. Zauważam, że w murze jest mała dziurka. Spoglądam przez nią. Tajemnicza postać obraca się... to Axel. Zaczynam krzyczeć, lecz on mnie nie słyszy. Wtem ktoś łapie za moje nogi, to Jude. Po moich policzkach spływają gorące łzy, czuję jak trawa napełnia moją twarz, czuję się taka brudna. Chłopak poniewiera mną o kamienie, ziemię, pokrzywy, prawie tracę oddech. Sharp nagle zaczyna bezczelnie się śmiać. 
- Będziesz tylko moja... "
To był tylko sen. Poczułam czyjąś rękę oplatającą moją talię. To był Axel. Wskazówki zegary wskazywały godzinę 6:30. Zorientowałam się, że mecz rozpoczyna się o 8. Ten widok był na prawdę uroczy, po mimo, że ślinił jedną z moich poduszek. Zauważyłam, że chłopak mruczał coś pod nosem i coraz mocniej przyciskał mnie do swojego torsu.
- Nii gdzie ninini eee iiidziesz... Mmmmoja kkkkksięznniiczko.....
Ooo Mmmmmark, cooo ttty tu rroobisz. Nnnie ninie wiewiem, gdzdzie są twotwoje tamtamtampony. Ddddlaczego ttty kuuuurrwaa maaać, użużywasz tamtamponów.. 
Próbowałam powstrzymać się od śmiechu. Podniosłam lekko jego rękę z mojej talii. Weszłam do łazienki, tam wzięłam zimny prysznic, ogarnęłam moje włosy, pomalowałam się. Ubrałam się i po cichu zeszłam na dół aby upichcić coś na śniadanie.


* Axel's POV *


Usłyszałem pisk mojego budzika. Otworzyłem powoli powieki. Ręką sięgnąłem po telefon, aby wyłączyć alarm. Miałem pojebany sen. Śniło mi się, że poszedłem na randkę z Dianą. Przez całą drogę się przytulaliśmy. I wtedy przed restauracją pojawił Mark. Spytał prosto z mostu, czy nie widziałem jego tamponów. I tutaj nadchodzi jeszcze dziwniejsza rzecz, za moimi plecami stanął wielki tampon, zacząłem uciekać. 
- Ja pierdole. - westchnąłem, zaczesując włosy do tyłu. 
Wszedłem do łazienki, tam postawiłem włosy na żel i w miarę się ogarnąłem. Pościeliłem łóżko. Drzwi od jej pokoju były już uchylone, poczułem zapach syropu klonowego. Migiem zszedłem na dół. 
- Czeeeeść. - powiedziałem, przeciągając się. 
Usiadłem przy stole. Po chwili miałem podaną jak na życzenie kawę. Uśmiechnąłem się w stronę brunetki.
- Nie uwierzysz, co mi się śniło.. 
- Uwierz mi, wiem. Tak w ogóle to.. - zaczęła się głośno śmiać. - dlaczego tampony?
Ach, no tak. Przecież mówię przez sen. Zakrztusiłem się kawą.
- Co najgorsze.. - urwałem, kaszląc. - To twój brat o nie pytał.
Postanowiłem się trochę powygłupiać, tak jak za starych, dobrych czasów, kiedy mieszkaliśmy razem. Zacząłem się skradać w jej stronę, w czasie gdy była ode mnie odwrócona, wziąłem do ręki miskę z mąką i z impetem rzuciłem w jej twarz.
- Idiota! - krzyknęła, również wymierzając we mnie mąką.
Przez 15 minut rzucaliśmy się mąką. 
- O w dupę. Trzeba tu posprzątać! - sapnęła, biorąc miotłę.
- Pomogę Ci. - odparłem szybko i nagle nasze ręce się spotkały.
W godzinę ogarnęliśmy całą kuchnię. Zjedliśmy i zamówiliśmy taksówkę na 7:30. W między czasie musieliśmy się wytrzepać z tej naszej "mąko-bitwy". Gdy zbliżała się 7:15, Diana nadal znajdowała się w łazience. Kobiety...
- Evans, ileż można? - sapnąłem załamany, pukając w drzwi.
- To nie moja wina, że sypnąłeś mi mąką prosto w oczy! - jęknęła.
- Nie powiem kto wrzucił mąkę do moich gaci! - sapnąłem, nadal pozbywając się mąki z mojej bielizny.
Oboje zaczęliśmy się głośno śmiać. Po 5 minutach wyszła z toalety. 
Usłyszałem klakson taksówki.

wtorek, 25 sierpnia 2015



Rozdział:12




"- Diana. Nie zaczynaj... ta gadka, że nie jesteś potrzebna jest słaba. A ty taka nie jesteś. - wziął moją rękę, którą od razu próbowałam odebrać. 
- Axel.. ona ze mnie kpi za każdym krokiem. Dzisiaj chciałam jej pokazać, że nie jestem słodkim dodatkiem....
Ucałował moją dłoń, a ja się kompletnie popłakałam.
- Choroba nie wybiera Dan... to wiesz. Ale wiec, że dla nas nie będziesz dodatkiem, jesteś jedną z nas. I jeśli ktoś będzie chciał to kwestionować, to pokaże mu gdzie jest jego miejsce. "


* Mark's POV *


♫ 


Udało się, wygraliśmy ten mecz. Po mimo wygranej ponieśli duże straty w ludziach. Axel ma złamaną nogę, Diana gorsze wyniki, a Max pogruchotane żebra. 
Po lekcjach szybko pomknąłem do domu, by wziąć młodej torbę na rzeczy.
- Możemy porozmawiać? - już miałem chwytać za klamkę.
Już za długo to trwa, boli mnie ta rozłąka z nią. Jednak dopóki nie zrozumie mnie choć trochę, taka atmosfera będzie u nas panować.
- No okej. - odparłem, zamykając drzwi i siadając na krześle.
- Długo się nad tym zastanawiałam... doszłam do wniosku, że muszę odpuścić. 
- I?
Westchnęła głęboko.
- Zdania o piłce nie zmienię, Mark. - wstałem z miejsca i skierowałem kroki w stronę drzwi. - Czekaj.
- Na co? Mamo, mam tego dość, tej ciszy... Oddalamy się od siebie przez tą głupią piłkę.
Podeszła do mnie bliżej i złapała mnie za ramię.
- Jesteś taki sam jak on... impulsywny i uparty. Daj mi dokończyć. - sapnęła, a ja usadowiłem się w fotelu.
- Skoro tobie sprawia to przyjemność, nie będę cię zatrzymywała. Nie licz na to, że pojawię się na jakimś meczu...
- Może kiedyś, mamo. - odparłem, blado się uśmiechając.
- Przechodząc do sedna... masz moje wsparcie, synu. - nie wytrzymałem i wtuliłem się w nią.
Jeden kryzys zażegnany, ciężar z moje serca i atmosfera wyrzucona do kosza. Zatrzasnąłem drzwi i razem z całą drużyną się udała do szpitala. Dzisiaj Axel i Diana dostają wpisy, nareszcie! Przez naszą managerkę, nie mieliśmy jak ją odwiedzić. Traktowała nas ostro i nie dawała chwili wytchnienia. Cała grupa zajęła prawie wszystkie krzesełka w korytarzu. Po chwili, z ciemności wyłoniła się rozpromieniona Dan i trochę mniej szczęśliwy Axel z kulami.
- Niech to szlag! - warknąłem, patrząc na biały gips na jego nodze.
- Tia... jakoś tak wyszło. - sapnął lekko poirytowany.
- Spokojnie, za tydzień będzie jak nowy. - odparła pielęgniarka przechodząca obok nas.
- Tydzień? - podskoczył Nathan słysząc jej słowa.
- Uczcijmy to minutą ciszy.. - dodał Max, łapiąc się za głowę.
- Czyli to oznacza...
- Blaze nie zagra z nami w kolejnym spotkaniu. - mruknąłem ponuro.
Oboje udali się do recepcji, podpisali ważne papiery i skierowali się w naszą stronę. Nathan i Max rzucili się na brunetkę zamykając ją w szczelnym uścisku. Po czym przyłączyła się cała reszta. 
- Więcej nas tak nie strasz, zrozumiano? - powiedział Nathan, grożąc jej palcem. 
- Obiecuję.
- Czy ty jesteś na coś chora? - spytał Timmy.
Nastała cisza. Tak na prawdę nikt nie wiedział o chorobie, tylko ja i Blaze.
- Diana choruje na anemię sierpowatą. To najgorszy typ. - zameldowała Nelly, podchodząc do niej bliżej. - Powiedz. Tylko czekałaś, aż ktoś to odkryje. Teraz każdy będzie latał koło ciebie jak piesek. Urocze. 
- Nie muszę ci się przed niczym tłumaczyć Nelly. - również stanęła, a od ich twarzy dzieliły ich milimetry. - A teraz przepraszam, ale muszę stąd wyjść, bo zaraz się uduszę.
Przed twarzą mignęła mi zapłakana twarz mojej siostry. Wszyscy popatrzyli znacząco na zadowoloną pannę Raimon.
- Słuchaj, nie masz prawa tak mówić o siostrze naszego kapitana. - warknął w jej stronę Dragonfly.
Do dziewczyny powoli podszedł blondyn.
- Brawo. - zaczął ironicznie klaskać w jej stronę. - Szczerze... spodziewałem się tego po tobie. Jest ci po prostu niewygodnie, bo Diana nie musi udawać nikogo, a ma wokół siebie wspaniałych ludzi, podczas ty błagasz o atencje, a swoim paskudnym charakterem stwarzasz więcej wrogów niżeli sympatyków.
Odsunąłem ręką Axel'a, ja też jej miałem dużo do powiedzenia. Znosiłem to, gdyż bałem się o moją przyszłą edukację. Ale teraz doprowadziła moją chorą siostrę do łez, miarka się przebrała.
- Nelly... tego już za wiele. Jeszcze raz powiesz coś złego na temat mojej siostry. - urwałem, patrząc na nią groźnie. - A o wszystkim dowie się twój tatuś.
- Co ty... - jęknęła zaskoczona.
- Nie jesteś już taka cwana? Lepiej słuchaj, bo nie będę się powtarzał. - zaśmiałem się, ponieważ to ja teraz byłem górą. - Nie pozwolę, abyś poniżała moją siostrę. Nie wiesz co przeszła, co przechodzi.... Nie znasz jej. Więc lepiej abyś się trzymała od niej z daleka.

* Diana's POV *


♫ 



Zajebiście. Po prostu zajebiście. A tak optymistycznie nastawiłam się na dzisiejszy dzień. Ale los jest zawsze dla mnie bezwględny, nawet kiedy jestem w tak słabej, beznadziejnej formie. Musiał mi zesłać, pani Perfekcję, która nie może się nigdy powstrzymać od wszelkich docinków na temat mojej osoby.
- Diana choruje na anemię sierpowatą. To najgorszy typ. - zameldowała Nelly, podchodząc bliżej. - Powiedz. Tylko czekałaś, aż ktoś to odkryje. Teraz każdy będzie latał koło ciebie jak piesek. Urocze. 
- Nie muszę ci się przed niczym tłumaczyć Nelly. -  nie miałam zamiaru okazać słabości, również wstałam i podeszłam do niej na tyle blisko, by czuła mój oddech na jej twarzy. - A teraz przepraszam, ale muszę stąd wyjść, bo zaraz się uduszę.
Jednak to tylko poza, ponieważ moje oczy zaczęły się szklić i wszyło, że jestem jedną wielką ciapą. Zauważyłam, że coraz częściej płaczę. Nie lubię płakać, nie chcę płakać, n i e n a w i d z ę płakać. Tak bardzo chcę być silna i przestać się nad sobą użalać. Za każdym razem gdy zostałam skatowana i płakałam, wmawiałam sobie, że jutro się postawię, odejdę i będę silną, niezależną od nikogo, dziewczyną. Zaczęłam w siebie wierzyć, ale gdy człowiek nadepnie na moją ranę, wymiękam. Poczułam jak ktoś dotyka mojego ramienia.
- Wszystko dobrze? - spytał Nathan, siadając obok mnie.
- Powiedzieć ci prawdę, czy skłamać?
- Zawsze jesteś z nami szczera... teraz też bądź. - pogłaskał mnie po głowie
- Jest źle, z dnia na dzień. Nie było dnia w którym, moja poduszka nie była by mokra od moich łez. Mam dość tego wszystko..To błąd, że tutaj jestem...
- Nie prawda. - otarł moją twarz z łez dłonią. - Nawet tak nie mów. Dla naszego zespołu jesteś skarbem.
- Choć raz mógłbyś nie kłamać. - sapnęłam, patrząc w jego oczy.
- Ale to prawda... Każdy może ci to powiedzieć. - rzekł, całując moje czoło.
- On ma rację.
Obróciłam się i po chwili  cały Raimon znalazł się na zewnątrz, Nelly zniknęła. Na mojej twarzy pojawił się wielki uśmiech. To takie piękne, że mam tak cudownych ludzi. Cały czas moje demony próbują mi wmówić, że tutaj nie pasuje. Co jeśli się mylę? Chłopcy zadecydowali, że pójdziemy na gofry. Podczas jedzenia dziewczyny sprawdzały z kim będziemy rozgrywać kolejny mecz.
- Sędzi Hills.. - urwał Bobby, uśmiechając się w jej stronę. - Jaki jest wyrok.
Celia spojrzała na niego i uniosła jedną brew do góry.
- Kolejny mecz będzie... - wszyscy zaczęli walić w stół, imitując werble. - z Liceum Otaku?
- Otaku? Brzmi jak jakieś sushi. - palnął zdezorientowany Todd.
- O stary, ale mi smaka zrobiłeś... - jęknął Max.
- Ale zjadłbym... - mruknął Nate, klepiąc się po brzuchu.
- Nie uwierzycie... - jęknęła Silvia, a na jej twarzy pojawiły się rumieńce. - Po każdym meczu chodzą do tych nate cafe.
- Co? - krzyknął Mark z niedowierzaniem.
W USA mijałam takie miejsca, było ich pełno. Gdy się tam wchodzi wszystko wygląda jak te słodkie kreskówki. Ściany są różowe, gra muzyczka niczym z "My little pony", a pokojówki przypominają seksowną wersję Hello Kitty.
- To jest to miejsce gdzie kelnerki są przebrane za pokojówki? - zaśmiałam się w głos. - Ale jaja.. 
- Mamy grać z pedałami, serio? - odrzekł zniesmaczony Dragonfly.
- Ey. - wstał urażony słowami Willy. - To że tam chodzą, nie oznacza, że są mniej męscy.
- A ty to wiesz, ponieważ... - chłopak się zarumienił. 
- Tak czy siak, musimy się tam udać. - wszystkie oczy skierowały się na Willy'iego.
- Chyba cię cycki pieką! - syknął niezadowolony wypowiedzią Swift. - Za żadne skarby świata!
- Nawet dla hot lasek? - wszystkim chłopcom oczy się zaświeciły.
- Nawet dla tego. 
- Jeśli chcemy się dowiedzieć coś na ich temat to nie mamy innego wyjścia.  - odrzekł Glass, poprawiając swoje okulary.
- Dlaczego nie wyślemy tam, Glass'a? - zaproponował Max.
- Dokładnie! Idealnie wpasuje się w te klimaty. - dodał zachwycony pomysłem Kevin.
- Dosyć! - krzyknął Mark, by uciszyć wszystkich. - Idziemy tam, czy wam się to podoba czy nie!
I tak jak powiedział, tak też się stało, po południu wszyscy zebrali się pod kafejką. Chłopcy stali jak na szpilkach, stali jak słupy soli. Żaden z nich nie miał zamiaru wejść pierwszy. Spojrzałam błagalnie w stronę Marka. Brunet z wielkimi rumieńcami otworzył drzwi i wszedł do środka. Reszta podążyła za liderem.

* Mark's POV *


Przełknąłem ślinę. Czy to jest jakiś straszny koszmar? Wygląda na to, że nie. Przekroczyłem niepewnie próg, a gdy pociągnąłem za drzwi, odezwał się dzwoneczek. Tak jak Diana nam opisywała, wnętrze miało różowe ściany, gdzie nie gdzie znajdowały się na nich duże, czerwone serduszka, poza tym na ścianach wisiały zdjęcia dziewczyn. Zauważyłem, że większość klientów, to właśnie płeć przeciwna. Gdy znalazłem stolik na uboczu, powiadomiłem grupę i usiadłem na przeciwko Dan. W niecałe dziesięć sekund przede mną pojawiła się kelnerka. Ubrana w strój pokojówki, ze swoimi atutami na wierzchu. Budynek był wypełnionymi chłopakami, którzy patrzyli na dziewczyny zaciskając ołówki, niektórzy czytali komiksy, a jeszcze inni grali w gry planszowe.

- Co podać? - a jej biust zafalował mi nad twarzą. Spojrzałem na grupkę, wszyscy byli zniesmaczeni, wszyscy oprócz Willy'ego, który był wręcz wniebowzięty.
Spojrzałem nerwowo na kartę. O mało się nie zapadłem pod ziemię.
- O matko.. - poczułem jak moje policzki nabierają koloru dojrzałego buraczka 
- Czy wszystko w porządku?
- Oczywiście.. - urwałem, poprawiając koszulkę. - Poproszę. herbatkę z ser-dusz-zkiem.
Schowałem się zawstydzony za kartą. Przez malutką szparę, zobaczyłam jak Willy na totalnym luzie składa swoje zamówienie. 
- Patrzcie się to robi. - strzelił palcami. - A więc, poproszę zestaw romantycznych ciasteczek w polewie. 
Przez myśl przebiegło mi to jakiej orientacji jest Glass. Jednak szybko odepchnąłem tą myśl, gdyż coś odwróciło mą uwagę
Obok Willy'ego zjawili się jacyś chłopcy. Jeden był podobnej postury do Wallside'a, miał nerdowskie okulary na nosie. Drugi z nich był blondynem, a na głowie miał różowy beret, a w jego kucyku wetknięty był malarski pędzel. Obaj ubrani jak typowy nerd, biała koszulka, kamizelka w kratę i okulary. 
- No proszę, jeszcze nigdy nie widziałem chłopaka z taką grację. - sapnął wyższy chłopak.
- A wy to? - spytał, zaciekawiony przybyszami Glass.
- To za chwilę, a teraz chciałbym ci pokazać coś interesującego.
Glass gestem ręki, kazał pójść za nim. Udaliśmy się do piwnicy, weszliśmy do windy i zjechaliśmy w dół. Wnętrze nie różniło się od tego co widzieliśmy na górze, może tym chociażby, że było obklejone mnóstwem plakatów postaciami z mang. 
- Zabierzcie mnie stąd. - wyszeptał mi Nathan, a ja tylko pokiwałem głową. 
W środku znajdowały się inne nerdy, którzy mieli pełne ręce roboty. Sklejali kartki, malowali jakieś obrazki, a jeden z nich montował filmiki z cukierkowymi laskami. Niektórzy z nich, siedziały na komputerach i grały w gry,  inne czytały mangi, a jeszcze inne projektowały figurki. Willy wpadł w stan osłupienia, jego euforia znacznie wzrosła. Z iskierkami w oczach oglądał każdą rzecz, każdą figurkę lub komiks. 
- Przepraszam. - popukałem jednego z nich po plecach. - Jest nam bardzo miło u was gościć, jednak przyszliśmy w innej sprawie...
- A więc, słucham. - odparł beretowy chłopiec, przerywając Willy'emu opis danej figurki.
- Bo wiecie my gramy w piłkę i...
- Gracie w piłkę? - spytał Gin, poprawiając swoje okulary.
- My też gramy! - krzyknął ten w berecie. - Gramy mecz w jakimś turnieju... Tylko nie pamiętam jego nazwy.
- Turniej.. S-s... coś tam. - burknął Gin.
- Mówicie o Strefie Football'u? Czyli wy... - Todd pokojarzył fakty.
- Jesteśmy uczniami z Liceum Otaku.
Wszyscy wytrzeszczyli oczy. Mamy grać z nimi? To będzie bardzo ciekawe doświadczenie.


 ***

* Diana's POV *

Usiadłam na moim balkonie. Wzięłam do ręki kubek z gorącą czekoladą. Spojrzałam na moją lewą rękę, pęknięta żyła. Wszystko przez te leki, którymi mnie faszerowali jak jakąś dorodną kaczkę na rodzinny obiad. Złapałam za telefon. Widzę te wiadomości i coraz bardziej we mnie buzuje. Mam tego dosyć, chcę świetego spokoju, chcę ruszyć dalej i nie zatrzymać się na przystanku złamane serce. Postanowiłam się spotkać się z Jude'em. 
do nieznany: Spotkajmy się za 15 minut, przy wieży.
Nie musiałam długo czekać na odpowiedź. 
nieznany: Będę.
 Postanowiłam nie zwlekać, umyłam się i wskoczyłam w jakieś wygodne ciuchy i wyszłam z domu. W drodze wykręciłam numer do Axel'a.
- Idę się z nim spotkać.
- A może tak cześć? Powtórz,  bo nie zrozumiałem.
- Chcę to zakończyć. 
- Zwariowałaś? 
- Rozumiem, że się troszczysz, ale klamka zapadła...
- Diana, stój!
- Axel.. Ja chcę zamknąć ten rozdział, raz na zawsze.
W słuchawce usłyszałam ciężkie westchnięcie.
- Tylko później tego nie żałuj.


niedziela, 23 sierpnia 2015



Rozdział:11



- Formacja ataku SIGMA 1! 
Czyżby postanowi grać po swojemu?  Jeff, jest przy piłce. Jack niespodziewanie spada na piłkę, przez co kieruję ją do Max'a. Chłopak w czapce wykorzystuje okazję i gładko przejmuje piłkę. 
Niespodziewanie Turner dzięki wślizgowi, zabiera mu piłkę. Max leży na murawie i zwija się z bólu. Jest kontuzjowany... co teraz? Ratownicy wynoszą go, a na boisku panuje cisza. Nagle na boisko wkracza... Diana, w koszulce Carson'a. Co to ma znaczyć? Wszyscy są tym wszystkim zaskoczeni... Jak zakończy się ten mecz? "


* Diana's  POV *



Spojrzałam na boisko. To jest jedna, wielka sieczka, a ja siedzę spokojnie na tej ławce jakby mnie to nie obchodziło. Ponadto nie wiem czy dam radę wysiedzieć spokojnie, patrząc na fakt, że obok mnie stoi córeczka Raimon'a. Zaczęłam nerwowo tupać nogami, jak rozpuszczony bachor kiedy nie dostanie cukierka. Wtem zobaczyłam tą piękną akcję Jack'a i teraz cała, moja uwaga była skupiona na Carson'ie. Byłam tak podekscytowana... szkoda, że nie mogę znać tego co los przyniesie. Nagle, ni stąd ni zowąd Max leży skulony na boisku. Piłka przejęta, niech to trafi...
- Ten sport jest taki bestialski.. ugh, co za nuda. - sapnęła brunetka, która tylko czekała na moją reakcje.
Olałam to, ponieważ teraz liczyło się dla mnie to co się dzieje na boisku. Nagle jacyś ludzie wynoszą go na noszach, a ja automatycznie podnoszę się z miejsca.
- Diana, cholera! - krzyczy Silvia, ale ja już podążam za ratownikami. 
- Okej, mogę z nią porozmawiać? - zasyczał, na co ratownicy tylko pokiwali głowami i odeszli, powoli go odstawiając. 
Złapałam go za rękę i popatrzyłam pełna troski. 
- Nie wiem, czy oni dadzą sobie radę.. - urwał, drapiąc się po głowie.
- Daj mi koszulkę. 
Spojrzał na mnie jakbym spadła z księżyca co najmniej.
- Diana...
- Proszę.. zaufaj mi. - sapnęłam.
Chłopak niepewnie zdjął z siebie koszulkę i mi ją wręczył. A ja szybko wstałam, chwycił mnie za rękę.
- Wiesz co robisz? 
- Nie wiem... ale będzie dobrze, obiecuję ci to. - chrząknęłam i udałam się prosto do szatni.
Gdy nakładałam jego koszulkę czułam jak adrenalina mnie przepełnia. Wiedziałam, że to co zamierzam zrobić może się dla mnie źle skończyć. Bądźmy szczerzy, jestem poważnie chora. Piłka i choroba z reguły się nie łączą, ale jak widzicie ja nie stosuje się do reguł. Ja je łamię i tworzę nowe, nie patrząc na konsekwencje. Popatrzyłam na siebie w lustrze, moje oczy były roztrzęsione, czułam zdenerwowanie. Związałam włosy w koka, upięłam kilkoma wsuwkami i postanowiłam nie zwlekać. Szybko pobiegłam w stronę boiska, gdy wyłoniłam się z cienia, nagle speaker wykrzyknął:
- Ale co Diana Evans robi w koszulce Carson'a?
Też chciałabym wiedzieć, część mnie ciągle przekonuje mnie, że to na prawdę zły pomysł. Ale tutaj już nie ma powrotu, stanęłam na murawie.
- Idiotko, złaź! - udarła się Nelly.

* Mark's POV *


Matko, matko. Tylko tyle ja potrafię powiedzieć po tym co się stało. Cholera.. co to za ludzie? Wszystko co robimy, nie wywiera na nich żadnego wrażenia. Ha, nie dziwię się, w końcu wiedzą o nas wszystko. Ja już udowodniłem im, że nie jesteśmy przewidywalni. Może znacie nasze najlepsze strony, ale zdecydowanie nie pokazaliśmy wszystkiego. Zobaczyłem nagle jak Jack brawurowo szarżuje w ich stronę, a potem gładko podaje do Carson'a. I nagle czuję, jakby czas się dla mnie zatrzymał. Widzę tylko Max'a leżącego na ziemi. 2 połowa, a my padamy jak mrówki. Podbiegają do niego jacyś ludzie, biją po twarzy, gdyż z tego wszystkiego chłopak chyba stracił przytomność. Oparłem się o bramkę i zasłoniłem twarz ręką. Dramat, jeszcze do tego kapitan ryczy. Wtem słyszę krzyki i tylko ułamek sekundy, w którym Nathan podbiega do kapitana od Mechatroników.
- Co z nim zrobiłeś... ty kupo złomu! - warknął i wystartował w jego stronę z pięściami. 
Szybko Axel ich rozdzielił i wtedy pojawiła się właśnie ona.

* No One's POV*

Powstało zamieszanie pomiędzy drużynami. Mark odwrócił wzrok, a Swift wystartował do Felt'a jak petarda i zaczyna do niego skakać. Dobrze, że nie skończyło się to dla nich kartką. W porę pojawił się Axel, który zażegnał na pozór groźną awanturę. Tymczasem trwała 2 połowa, a z nią wpadł do Raimon'a nowy zawodnik - Diana. Wywołało to osłupienie wokół wszystkich, a szczególnie u przeciwnej drużyny.
- Kto to jest? 
- Nie mamy o niej żadnych danych... - urwał nerwowo Thomas.
- Działajcie według planu - wyszeptał mu na ucho trener.
Mecz wzmożony. Przeciwnicy jak od początku tego meczu są przy piłce, nie zwalniają tempa. Neil jest przy piłce i zdaję się, że będzie używał STRZAŁU PATRIOTY. Raimon jest w tej sytuacji bezbronny, przeczuwalne jest to, że ten strzał padnie. Ale ostatkiem sił Mark odbija pięścią piłkę i opada na ziemię. Czy to kolejna ofiara tego meczu? Jednak niezłomny kapitan podnosi się i otrzepuje kurz z siebie. Po mimo tego, że lekko się trzęsie, prawdopodobnie z przemęczenia, staje mężnie na swojej pozycji. Teraz czas na rzut rożny przeciwnika.
- ZNISZCZYĆ ICH! - krzyczą wszystkie słuchawki piłkarzy z Mechatronika. 
To wywołuje lekkie nieporozumienie i wydaje się, że 'Cyborgi' są zagubione. Piłka końcowo znów trafia do strzelca wyborowego, tym razem jednak na przeciw wybiega mu Evans.
- Nie tym razem stary!
Czyżby bramka mu się znudziła? Shearer został sam na pozycji obrony, to nie może skończyć się dobrze! Do tego odważnego kroku zaprasza również skonsternowanego Blaze'a. 
- Zaufaj mi, biegnij! - krzyczy i teraz obaj biegną w stronę tego, co jest przy piłce.
Ten natomiast ma zamiar powtórzyć swój wyśmienity ruch. I gdy piłka ma zmieść tych dwóch z powierzchni ziemi, oni bez żadnego lęku kopią piłkę z impetem. Strzał ten jakby rozbłyskiwał milionami piorunów i bezpośrednio wędruje przez zawodników. Zbliża się bliżej bramki, Thomas zaczyna przeraźliwie krzyczeć. Na jego twarzy maluje się zdenerwowanie, może dlatego, że tego się po prostu nie spodziewał. Czuje jak słuchawki wibrują mu dźwięk alarmu, sygnalizującego to, że strzał jest awykonalny według statystyk. Sięga obiema rękami w stronę piłki, ale ma to fatalne skutki, ponieważ wraz z piłką wędrują do bramki. GOL DLA RAIMON! W KOŃCU! Remis i teraz walka staje się wyrównana. Czy Raimon wyjdzie z tego zwycięsko? Centrum treningowe nie poszło na marne! Przy piłce nie na długo są Cyborgi ponieważ, Tim przechwytuje zwinnie piłkę niczym orzeszek.
- Tim, dajesz! 
Niespodziewanie piłka wpada pod nogi tej tajemniczej dziewczyny. Ta szybko przebiega pomiędzy zawodnikami, a za nią biegnie Blaze jakby chciał ją powstrzymać. Jednak ta zacięcie biegnie przed siebie. Gdy już jest bliżej bramki, podskakuje a piłka wraz z nią. Wykonuje podwójne salto i obrót, który muska piłkę delikatnie. Na pewno nie było to lekkie, gdyż piłka leci niczym strumień PIORUNA, bramkarz jest bezbronny. Strzał trafia do STREFY STRZAŁU i przebija ją na mnóstwo kawałków. Mamy kolejny piękny strzał, BRAWO! Losy tego meczu zostały jednak odwrócone, a to oznacza, iż Raimon stał się zdecydowanie nieobliczalny.
- Żałośni jesteście.. - zasyczał Dark do trenera, patrząc na to co się właśnie zadziało. - Koniec umowy, już, teraz.
- Co? Nie, nie! - krzyczy zdewastowany trener.
Rzuca on ze wściekłością słuchawkami, przez co wywołuje ponowne poruszenie, gdyż chłopcy tracą łączność. Wszystko co wiedzieli wyparowało i stali się lekko zmartwieni. Szok, trener opuszcza boisko, gracze zostali sami. Pogodzili się oni z tym wszystkim, nie potrafią dalej gracz. Jednak bramkarz nie może uwierzyć. I kiedy Dragonfly i Blaze wyskakują z SMOCZYM TORNADEM, rozwścieczony biegnie w ich stronę wielce rozwścieczony. Jakby słowa Mark'a dotarły do niego, postanawia stawić czoła wyzwaniu. Tym razem sam, po mimo, że ślizga się po murawie... Broni to! Poruszenie kolejne wśród graczy, są wzruszeni postawą jego kapitana. Kapitan nakazuje im grać.
- Walczymy do końca ziomy!
Piłka w grze i zacięte ruchy drużyn, żadna z nich nie chce dać za wygraną. Walczą z natchnieniem i z pasją do tego sportu. Nie mają zamiaru odpuścić choć na chwilę. Podanie do Blaze'a.. i tak... szykuje się OGNISTE TORNADO. Ale co to? Neil podbiega do niego i krzyżuje mu plany! Obaj opadają na ziemię, w kłębach kurzu.

*Axel's POV*


W końcu odzyskaliśmy kontrolę nad tym wszystkim. Wiedziałem, że Mark jest szalony, ale że aż tak? Kiedy zawołał mnie do tej akcji, czułem trwogę. Niby moja twarz wydaje się nieustraszona, a w środku się trzęsę. Kopnęliśmy wspólnie tą piłkę i bum - BRAMKA. Jest remis, daje mi to choć odrobinę spokoju. Chcieliśmy zdobyć kolejną z Kevin'em, ale skurczybyki jeszcze się bronią. Jednak czułem, że coś maskuje moje plany gry. To Diana, która stoi na boisku w koszulce Max'a. Mam ochotę podejść i wyprowadzić ją z tego miejsca. Możecie mnie uznać za wariata, ale muszę ją chronić przed tą spontanicznością. Nie wiem dlaczego, nie zdaje sobie ona sprawy jak bardzo może sobie zaszkodzić. Gdybym jej nie znał, pomyślałbym, że jest głupia. A tak nie jest i ona doskonale o tym wie. I nim chciałem zrealizować to co miałem na myśli, piłka w grze. Timmy sprytnie to odebrał i nagle kolejna dystrakcja.
- Tim, dajesz! - krzyczy Evans, mrugając by podał jej piłkę.
Nie mam zamiaru patrzeć na to, stojąc jak kołek. Bez jakiegokolwiek zastanowienia biegnę za nią. 
- Diana, do cholery! 
Ona patrzy na mnie zdezorientowana, a ja przysuwam się do niej na tyle, by jej tą piłkę odebrać.
- Nie traktuj mnie jak dziecko, zostaw mnie! - warknęła i zaczęła szybciej biec w stronę bramki. 
Czułem, że zmęczenie daje się mi we znaki i już jej tak łatwo nie złapię. Zwolniłem kroku i patrzyłem na jej poczynania. Swoją drogą, uciekła mi sytuacja naszych tajemniczych ktosiów. Nie wiedzieli co się dzieje, ponieważ nie znali Diany tak jak my. Znaczy się ja. Dziewczyna poszybowała w powietrze jak anioł, a ja tylko złożyłem ręce bezradnie by nic się jej nie stało. Wykonała salto, nie chciałem patrzeć dalej, ale jak ten debil byłem nią zafascynowani, tak jak wszyscy zgromadzeni. Ponowne salto i obrót, musnęła piłkę i pomyślałem wtedy na sekundę, że coś jest nie tak. Jednak wielki piorun rozwiał moje wątpliwości, gol. Opadła na ziemię i widziałem jak lekko się chwieje. Spojrzała na mnie gorzko i potrąciła mnie ramieniem, wracając na swoją pozycję. Postanowiłem zakończyć to raz na zawsze, szybko miałem piłkę przy nogach. Nie zamierzałem jej marnować długo i wystrzeliłem swój popisowy strzał. A.. jednak ktoś mi przeszkodził. Poczułem ogromny ból, nie mogłem się przebić. Tyle pamiętam... potem już obudziłem się na ziemi. Otworzyłem oczy i zobaczyłem jej oczy. Potem przenieśli mnie na ławkę.
- Musisz z tym pojechać do szpitala. - jęknęła Silvia, która zaczęła pryskać moją nogę śmierdzącym sprayem.
Potrząsnąłem przecząco głową.
- Nie mam zamiaru opuścić ich. Chcę być do końca. - warknąłem, szukając wzrokiem Dan. 
- A no tak, opiekunka szuka swojego dziecka. - syknęła Nelly. - Ech, co ona miała w głowie...
Obróciłem się w jej stronę i miałem ochotę wypowiedzieć wielki monolog, lecz powiedziałem zaledwie jedno zdanie.
- Ta dziewczyna jest idealna, a jej głowa jest we właściwym miejscu i czasie.

*No One's POV*

Po tej akcji zawodnicy są zatrwożeni. Prawie wszyscy jakby się zatrzymali się, tylko nie on. Thomas Felt widząc to ruszył z piłką przy nodze, rzuca się do ataku. Mija zawodników Raimon'a i mknie nieustraszony w stronę bramki. Czy ktoś jest w stanie go zatrzymać? Mark zdaje się być gotowy na niego, zaciska na ten strzał pięści. I wtedy do akcji wkracza boska ręka. Końcowy gwizdek. To już koniec meczu! Wygrana Raimon'a! 

*Diana's POV*



Wygraliśmy?! Tak, wygraliśmy. To był piękny mecz, a jaki zacięty.
- Wszystko z tobą okej? - spytał mój brat, wyrywając mnie z tej pięknej chwili.
- Taak.. słabo mi, ale dam radę. - jęknęłam, czując, że wszystko mnie boli.
Spojrzał na mnie troskliwie i przytulił do siebie.
- Byłaś niesamowita... ale następnym razem nie przyprawiaj nas o zawał. - wyszeptał mi na ucho, po czym odszedł. 
Kątem oka zauważyłam, że idzie w stronę Mechatronika. Podaje Feltsowi rękę.
- Musimy to powtórzyć! - cały Mark, pełen energii na więcej takich wyzwań.
Poczułam, że ciemno robi mi się przed oczami. Niech to, moje ciało powiedziało mi dość. W sumie nie dziwię się, ta dawka adrenaliny choroba nie przetrawi tak gładko. Otworzyłam oczy i ujrzałam twarz Nathan'a, który uśmiechnął się do mnie. Poczułam się senna i powieki stały się ciężkie. Potem obudziłam się już w szpitalu, to miejsce mnie przyprawia o mdłości. Odkąd pamiętam byłam tu non stop i nigdy nie były to miłe wspomnienia. Zauważyłam, że na stoliku stoją kwiaty, spodziewałam się, że mogą być od Jude'a. Nagle do sali weszła pielęgniarka.
- Masz gościa. - i wtedy do sali przykuśtykał blondyn.
Szybko usiadłam i omijałam jego wzrok. Nie miałam ochoty z nim rozmawiać, ponieważ byłam na niego wściekła. Jednak nie mógł mi umknąć jego stan, wyglądał trochę jak piesek z złamaną łapką. Przysiadł obok mnie.
- Spójrz na mnie. 
Nie miałam takiego nawet zamiaru. Wszyscy wokół traktują mnie jak porcelanową lalkę. Mają gdzieś to co ja czuję i chcę, no bo to przecież, dla 'mojego dobra'.
- Diana, cholera!
- Co. - wycedziłam przez zęby.
- Nie możesz...
- Zatrzymam cię tu. - dotknęłam jego torsu, by dać mu sygnał stopu. - Wiem co mogę. Nie strugaj dobrego wuja Axel.
- Słucham? - przerwał mi, łapiąc się za głowę. - Wiesz? Wchodzisz na boisko i zmuszasz się do wysiłku fizycznego, a potem mdlejesz...
- Tylko tyle pamiętasz?- urwałam, czułam jak mój głos się łamie. - A to, że zdobyłam gola? Dla naszej drużyny.. chciałam być potrzebna.
Zamknął oczy.
- Diana. Nie zaczynaj... ta gadka, że nie jesteś potrzebna jest słaba. A ty taka nie jesteś. - wziął moją rękę, którą od razu próbowałam odebrać. 
- Axel.. ona ze mnie kpi za każdym krokiem. Dzisiaj chciałam jej pokazać, że nie jestem słodkim dodatkiem....
Ucałował moją dłoń, a ja się kompletnie popłakałam.
- Choroba nie wybiera Dan... to wiesz. Ale wiedz, że dla nas nie będziesz dodatkiem, jesteś jedną z nas. I jeśli ktoś będzie chciał to kwestionować, to pokaże mu gdzie jest jego miejsce. 



czwartek, 20 sierpnia 2015



Rozdział:10



Pamiętam to jak dziś, na dworze padało, a my biegliśmy po amerykańskich ulicach, w poszukiwaniu tatuażysty. Jakie było moje zdziwienie, gdy zauważyłem jaj nadgarstek, a na nim mała, czarna literka A.
- Axel, jesteś lekiem na całe zło. - uśmiechnąłem się sam do siebie.
Ja też postanowiłem zrobić sobie tatuaż. Z dużym D, gdyż bez niej nie byłbym tutaj gdzie jestem, nie wróciłbym do sportu i znalazł sensu swojego życia. Na samo to wspomnienie, poczułem takie niesamowite ciepło w serduszku. Na reszcie miałem dla kogo żyć. 
- Do zobaczenia. - odrzekła, całując mój policzek i przeszła przez furtkę. "


* Mark's  POV *




Dzisiaj wielkie igrzyska, czytaj kolejny mecz. Tym razem będzie trudniej, oczywiście, zdaję sobie sprawę, że za każdym razem poprzeczka będzie podwyższana. Czasami wydaje mi się, że to wszystko się dzieje zdecydowanie za szybko. Tak szybko, że nasze idealne relacje mama-syn już praktycznie nie istnieją. Panuje między nami cisza, ponieważ jedno jak i drugi uważa swoją rację za najbardziej słuszną. Ojciec i Diana starają się być neutralni, jednak w środku na pewno ich to drażni. Cholera, jesteśmy w końcu rodziną, prawda? Zwlokłem się powoli ze schodów, z nadzieją, że dzisiaj się z nią nie spotkam. Jednak moje szczęście mnie chyba opuściło, gdyż moja matka jak zwykle krzątała się wokół śniadania. Gdy tylko wkroczyłem do pomieszczenia, spojrzała na mnie wymownie. Dobrze wiem, że oczekuje, że ja porzucę topór wojenny i na kolanach będę błagał o wybaczenie. Nie w tej kwestii, mamo, nie w tej kwestii. Usiedliśmy razem przy stole.

- Mark, a więc dzisiaj kolejne spotkanie? - zagaił ojciec, przełamując niezręczną ciszę.
Spojrzała na niego jak z pod byka.
- Tak, dzisiaj nasze być albo nie być. - sapnąłem, grzebiąc w misce z mlekiem, w poszukiwaniu płatków.
Nagle Diana palnęła z całej siły w stół.
- Dobra, minął tydzień waszej głuchej ciszy. - spojrzała na zdziwionego ojca. - Wytrzymaliśmy tyle czasu, teraz już dość.
- Nie kieruj te słowa do mnie kochanie. - odrzekła chłodno, wskazując mnie widelcem. - Mów do swojego brata.
- Do prawdy? - syknąłem, obracając się w stronę mojej siostry. - Wiesz, pragnę zauważyć, że gdyby nie twa rodzicielka to nie było by takiej właśnie atmosfery!
Teraz ojciec, człowiek spokojny, trzasnął w stół tak, że aż sól spadła.
- Zapędzasz się młody człowieku. - odparł ostrzegawczo.
- Wiecie co.. odechciało mi się jeść. - sapnęła Diana, zabierając torbę, skierowała się do wyjścia.
- Tego potrzebowałem przed pracą. - mama złapała go za rękę. - Lily, zostaw.
Również tak jak Diana, wziął marynarkę i torbę, poprawił okulary na nosie i wyszedł.
- Mark..
- Nie mamo, nie chcę o tym rozmawiać. Chyba nigdy nie będziemy mogli o tym normalnie porozmawiać. 
Nadal rozmyślam nad tym jadąc autobusem, na mecz życia. Przysiadł się do mnie Nate.
- Mama?
Pokiwałem głową.
- Zadymka, że fiu fiu. - podsumowałem.
- Okej... teraz odsuń na bok kapitanie...
- Nathan.. - urwałem niepewny tego, czy spełnię jego prośbę.
- Teraz najbardziej nam potrzeba stresu, tak?
Miał rację, jesteśmy w takim punkcie beznadziejności, że stres mógłby go tylko pogłębić. Po mimo tego, że nie mamy żadnego nowego strzału, przeciwnik wie o nas wszystko, to nadal jest dobrej myśli. Niech cię to, Evans. Od zawsze jestem taki pozytywny, chociażby cała populacja ludzka wymarła, to ty byś pewnie zapewniał wokoło, że wszystko będzie cacy stuk-stuk. Właśnie wychodziłem z szatni, gdy nagle zobaczyłem Thomas'a. Kiedy przechodził koło mnie, usłyszałem ciche:
- Aż mi was, żal.
Zacisnąłem pięści, chciałem mu już coś powiedzieć, ale uznałem, że to zlekceważę. Wystarczy mi ta negatywna energia z mojego domu, więcej mi nie potrzeba. Pokażę im co to prawdziwa piłka, a wtedy... zobaczymy komu będzie kogo żal.

* Diana's POV *




Kurde. Przez to, że obraziłam waszmość Nelly, dyrektor mnie dzisiaj wzywał. Weszłam do środka i przywitała mnie już swoim uśmiechem. Myślisz, że wygrałaś co? Usiadłam na krześle i czekałam na werdykt.
- Diano... dobiegły mnie słuchy.. - spojrzałam wtedy w jej stronę, a ja już wiedziałam, że mnie podkablowała. - Że znieważasz pannę Raimon.
- Dobrze pan słyszał. 
- Słucham? - sapnął zdziwiony dyrektor, jakby się spodziewał, że zaprzeczę. - Wiesz co to oznacza...
- Wywala mnie pan ze szkoły? - poprawiłam się na krześle, które nagle zaczęło mnie uwierać.
- Nie. - odparł, splatając dłonie. - Będziesz musiała przeprosić.
- A najlepiej teraz. - dodała Nelly, patrząc na mnie znacząco
 Muszę ją przeprosić? Za co? Za to, że nie umie przyjąć szczerości na klatę? Co za niesprawiedliwość, ale czego się spodziewałam?
Podałam jej niechlujnie rękę.
- Czy mogę już iść? Występ na mnie czeka. - dyrektor wskazał mi ręką wyjścia, a ja trzasnęłam drzwiami.
Usłyszałem szepty jej lasek.
- Jesteś pewna?
- Tak... to ona. - jedna wskazała na mnie.
- Jak Nelly może się podobać taki neandertalczyk?
- Przyznaj, że te brązowe loki są... nieco urocze. - zaczęły się wszystkie chichrać.
I w tym momencie, zdałam sobie sprawę, że panna Raimon zakochała się w moim braciszku. Skąd to wnioskuję? Widzę jak się na niego patrzy, a teraz jej psiapsiółki opisywały jej zadłużenie w "neandertalczyku" o brązowych, uroczych lokach. Próbowałam się pozbyć tej myśli. Na prawdę ostatnie co chcę myśleć przed meczem, podczas mojego wystąpienia jest zauroczenie Nelly. Wbiegłam szybko po schodach i stanęłam przed ogromną szafą. Wreszcie wybrałam odpowiedni zestaw ubrań, a następnie umalowałam się i związałam włosy w kucyka, które opadał mi na tyłek. 
Do pokoju wbiegł Nathan, a zaraz za nim Max. Przez chwilę się na mnie wpatrywali.
- Mam coś na twarzy. - spytałam, machając ręką przed ich oczami.
- Nie no, coś ty.... - podrapał się po głowie Max.  - wyglądasz pięknie. 
- Wyglądasz bombowo, maleńka. - wyrwał się Nate, przytulając mnie.
- Wiesz, że to zabrzmiało jak te teksty tych sprośnych flirciarzy? - zaczęliśmy się śmiać.
- Chłopaki.. czy ja wiem. - zaczęłam poprawiać włosy. - Przecież taka pusta, nudna i pragnącą atencji... ja mam to zrobić?
- Proszę cie... to steki bzdur. - sapnął Nate, łapiąc mnie za ramię. - Jesteś naszym unikatem, Evans.
- Ty stresuje się. - jęknął Max, zagryzając pięść.
- To proste. Po prostu udawaj jakby tego tłumu nie było. - do naszych uszu dochodziło mnóstwo krzyków ze stadionu. - Jakbyś był sam samiutki.
- Stary, nie pomagasz! 
- Hej! - krzyknęłam. - To już za chwilę...Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziecie. 
- Masz nasze wsparcie. - pokiwali wspólnie głowami.
Powoli skierowaliśmy się w stronę stadionu. Usłyszeliśmy głośne krzyki i oklaski. Chwyciłam mikrofon i zaczęłam śpiewać. Strasznie się bałam, że układ nie wyjdzie. Ale było o dziwo dobrze. W tłumie zauważyłam Sharpa. Gdy tylko na niego spojrzałam, zaśpiewałam mu te słowa.
- I'll show you what it feels like, now I'm on the outside.
Niech wie co o nim myślę. Zeszłam z boiska, Panna Raimon spojrzała na mnie z pod byka. Zignorowałam to. 

* No One's POV *


Wszyscy zawodnicy byli ustawieni na boisku, czas zacząć ten spektakl! Rozbrzmiał gwizdek sędziego. Raimon jest przy piłce, błyskawicznie przechodzi on do ataku, ale co to? Zawodnicy stoją nieruchomo i nie robią sobie nic z tego. Axel i Kevin z łatwością ominęli obrońców. Stosują SMOCZE TORNADO, jednak na Fel'cie nie robi to żadnego wrażenia.

- Formacja BETA 3! - krzyknął bramkarz mechatroników, podając piłkę do Turnera.
Jednak Nathan z łatwością odzyskuje, straconą przed sekundą,piłkę. Podaje do Sama, jednak rudowłosy nie posiada jej na długo, ponieważ piłkę obiera mu, Bart. Rywale odgadują każdy ruch Raimon'a. Przy piłce znajduje się zawodnik z numerem 13, niespodziewanie podaje do innego chłopaka. Jednak to nie było podanie... Piłka zostaje skierowana na bramkę, jednak Mark jest czujny niczym pies, broni to. Evans już chciał podać piłkę, miał bardzo mało opcji. Dlaczego? Każdy zawodnik jego zespołu jest szczelnie kryty.  Po dłużej chwili decyduję się i piłka trafia do Timmy'ego.  Kolejno do bramki przeciwnika leci OGNISTE TORNADO, SMOCZE TORNADO i ZRZUT INAZUMY. Jednak wszystkie strzały zostały obronione, niesamowite! Bramkarz Felt jako pierwszy obronił strzały, i to z jaką łatwością. Zastanawia mnie tylko jedno, gdzie w tym wszystkim Ray Dark maczał palce? Myślę, że czujnym okiem nadzoruje to spotkanie. Może też wydaje rozkazy i potrzebne instrukcje trenerowi. Tego nie wiemy. Ale jak się dowiem to osobiście poślę, tego gnoja do więzienia. To jest czysty sabotaż meczem, co jest w tej Strefie niedozwolone!
Akcja zagęszcza się przy bramce Raimon'a. Turner udaje, że celuje do bramki, a tak na prawdę podaje do Alexa, który główkuje. Piłka swobodnie trafia do bramki, mamy gol. Jest 1:0. Przez resztę pierwszej połowy przeciwnicy grali na czas, jaki będzie ich następny ruch?

* Mark's POV *


Jest jeden zero. Nie obroniłem, spaprałem. Do stu tysięcy pierników! Jest źle, mają prowadzenie. Udaliśmy się do szatni, by przemyśleć dalsze kroki. Oczywiście nie obyło się bez konfrontacji z tymi podejrzanymi typkami
- Dlaczego, nie strzelacie kolejnych bramek? Przecież oto chodzi w tym sporcie. - wyrwał się Blaze.
- Wykonuję rozkazy trenera. Czy strzelimy jedną czy z dziesięć takich bramek, to nie ma znaczenia, i tak wygramy. - podchodząc do niego bliżej.
- Daj spokój. - zatrzymałem blondyna ręką. - Nie możecie grać pod czyjeś dyktando...
- Posłuchaj, wiemy o was kompletnie wszystko. Przegracie tan mecz. 
- Co to za przyjemność z gry kiedy wszystko już wiecie? Dopóki piłka jest w grze, każda drużyna ma wyrównane szansę. - odparłem zbulwersowany jego wypowiedzią.
- Nie rozumiem, przyjemność z gry?
- To jest wtedy gdy grasz w piłkę, a twoje ciało drży. Gdy strzelasz, a piłka delikatnie muska siatkę bramkową. I wreszcie wtedy gdy gra się z drużyną do końca, fair i bez jakichkolwiek przekrętów.
Spojrzeli po sobie.
- Mark.. to nie ma sensu. - odezwała się Diana, łapiąc mnie za ramię. - Póki jest czas, to chodźmy, musimy się naradzić.

* No One's POV *


- Co teraz kapitanie? 
Ciągle to jedno i to samo pytanie brzmiało w szatni chłopców. Mark chodził w te i we te, a na twarzy panowało u niego zamyślenie, Axel kopał co popadnie, a reszta drużyny obserwowała poczynania tej dwójki.
- To na nic. - odparł Axel. - Próbowaliśmy wszystkiego.
- Nie prawda.. - urwał, a wtedy zdał sobie sprawę, że jeszcze nic nie jest do stracenia. 
- Co masz na myśli?
- Zagramy według naszych  zasad. - mruknął, obcierając twarz ręcznikiem.
- A sędziowie? - wtrąciła się Nelly. - Mogą was wyrzucić.
Spojrzeli sobie głęboko w oczy.
- Ufam ci, Evans. - podali sobie dłonie. 
Czas na przerwę dobiegł końca. Drużyny ponowie wybiegły na boisko z nowymi pokładami energi, czas na drugą połowę! Tymczasem u trenera mechatronika, Henry'ego panowała napięta atmosfera.  
- Na co czekasz? - odrzekł lekko zachrypłym głosem Dark. - Masz ich zniszczyć!
- Ale mam im zrobić krzywdę? - jęknął pan Henry. - To dzieci..
- Czy ja nie mówię po polsku? Albo to zrobisz, albo będziesz miał kłopoty. - trzasnął w biurko. - Decyzję, zostawiam Tobie. 
Trener rozkazał swoim piłkarzom, to co Dark mu powiedział.
- Ale trenerze.. to przeczy regułą gry. - odrzekł Thomas.
- Rób to co do Ciebie mówię!
Podczas tej pogawędki, dzieją się rzeczy niebywałe. Mark wybiega na sam środek boiska, zostawiając Bobby'emu pustą bramkę i przechwytuje piłkę.
- Mark, cholera wracaj! - krzyknął skonsternowany Bobby.
Mknie prosto do bramki, oddaje bardzo mocny strzał. Felt ma wypisane zdziwienie na twarzy. Bramkarz Raimona jest coraz bliżej, a on nie wie co robić. Piłka wędruje w jego stronę. 
- Co tutaj się dzieje? - krzyczy zdezorientowany, ale ostatecznie łapie piłkę. 
- Niech to... spontaniczności nigdy za wiele - i chłopak wrócił na bramkę.
Thomas trzyma piłkę w rękach i stoi nieruchomo. Chyba coś do niego dotarło, jednak nie daje tego po sobie poznać.
- Formacja ataku SIGMA 1! 
Czyżby postanowi grać po swojemu?  Jeff, jest przy piłce. Jack niespodziewanie spada na piłkę, przez co kieruję ją do Max'a. Chłopak w czapce wykorzystuje okazję i gładko przejmuje piłkę. 
Niespodziewanie Turner dzięki wślizgowi, zabiera mu piłkę. Max leży na murawie i zwija się z bólu. Jest kontuzjowany... co teraz? Ratownicy wynoszą go, a na boisku panuje cisza. Nagle na boisko wkracza... Diana, w koszulce Carson'a. Co to ma znaczyć? Wszyscy są tym wszystkim zaskoczeni... Jak zakończy się ten mecz?