niedziela, 20 września 2015

Rozdział:17




"- Czy ty wiesz co...
- Tak, wiem. - odrzekłem, pocierając kark.
- Mówisz, że ją kochasz. - odparł, łapiąc mnie za koszulę. - A całujesz się z Nelly?! 
- To nie tak... - jęknąłem, bo sytuacja wyglądała strasznie. - Dobrze wiesz, że ona się liczy. Nikt poza nią, rozumiesz? Nikt.
- Lepiej żebyś miał jakieś dobre wytłumaczenie.. - westchnął głęboko. - Bo właśnie ją tracisz, stary.."



* Diana's POV *



- Diana.. - szybko wstał z moich schodów.
- Co ty tutaj robisz? - próbowałam zignorować jego obecność.
- Proszę, daj mi się wytłumaczyć. - przeszłam obok niego i zamknęłam zamaszyście drzwi.
Weszłam do pokoju i zaczęłam płakać w poduszkę. I kiedy myślałam, że już sobie odpuścił, on całą noc ślęczał pod moimi drzwiami, za każdym razem jak zerkałam w okno, on zaparcie siedział na swoim miejscu i dłońmi podpierał podbródek. Myślałam, że choć trochę mi się polepszy, ale nadal nie mogę się oswoić, otrząsnąć. To już ponad tydzień nie wychodzę ze swojego pokoju. Ewentualnie wychodzę tylko po to, aby zaznaczyć swoją obecność w tym domu. Kolejny dzień, poniedziałek, zapowiadał się dla mnie tak samo jak inne. Siedziałam w piżamie, oglądając jakiejś kreskówki, by choć trochę się śmiać, bo jak mówią śmiech to zdrowie. Każdego dnia towarzyszył mi kubełek lodów czekoladowych. Moje zdrowie psychiczne, jak fizyczne się pogarsza. Nie biorę leków, nie kontaktuje się z nikim, przestało mnie cokolwiek obchodzić. Najchętniej chciałabym zdechnąć i wtedy te wszystkie myśli, które zamieszkują moją głowę zwyczajnie by mnie opuściły. Nikt by się nie pogniewał, prawda? Spojrzałam na godzinę, 12. Czas dłużył się nieubłaganie. Axel na wszelaki sposób próbował się ze mną skontaktować. Zaspamował mi cały facebook, instagram, a nawet snapchat'a. Prawie codziennie wchodzę na jego twitter'a i widzę jego wpisy.
"Obiecaj mi, że nie zapomnisz."
" I ten moment kiedy masz wszystko czego pragnąłeś, a zniszczyłeś to tak szybko." 
Po moich policzkach spływały ciepłe łzy. Nie powinnam tego robić, nie powinnam być na niego zła. Ale z jednej strony, nie powinnam się przejmować tym, ponieważ sama myśl o tym cholernym dniu, powoduje mój płacz. Ale ten chłopak... uzależnił mnie jak narkotyk. Nie potrafię, choć przez chwilę, o nim nie myśleć, nie zaglądnąć na jego socialmedia i nie oglądać naszych wspólnych zdjęć. Nagle usłyszałam głośne pukanie. Zasłoniłam twarz kołdrą, udając, że śpię. Przez małą dziurkę zobaczyłam blondyna wraz czarnym rondem kapelusza Carsona.
- Diana? - nagle poczułam szarpnięcie i nim się obejrzałam, moja śnieżno biała kołderka leżała na ziemi.
Zamruczałam niezadowolona, gdyż chciałam pobyć z tym sama. I na moją prośbę, nikt mnie nie odwiedzał. To znaczy Mark, próbował ze mną porozmawiać. Ale nie chciałam z nim rozmawiać gdy tylko naszarpiwał temat, rzucałam w niego poduszką wściekła, a on momentalnie wypadł z mojego pokoju. Po co mam mu mówić o co na prawdę chodzi? Nie chciałam mu kopać dołków, ponieważ jest przyjacielem Mark'a, a poza tym nie lubię być mściwa. Blondyn miałby wtedy poważne problemy. Po mimo, że go cholernie nienawidzę w tym momencie, moje serce jest rozdarte, gdyż część mnie chce go kochać. 
- Co tam? - spytałam, pakując kolejną łyżkę lodów do buzi.
Chłopcy usiedli obok  mnie. 
- Przepraszamy za najście.. - urwał Swift.
- Bez was dałam sobie świetnie radę, nie widzisz?
- Kogo ty chcesz oszukać? - sapnął, odbierając mi kubełek. - Wiem wszystko od Marka. Twoje zdrowie jest coraz to gorsze, odcięłaś się od świata.
- I dobrze mi z tym. - odparłam.
- To nie może dalej tak trwać! - odrzekł Max, wstając od łóżka i ciągnąc mnie za rękę. - Wstawaj!
- Co ty robisz?!
- Marsz do kibla. - odrzekł szorstko Carson, trzymając mnie za nadgarstki.
Uniosłam jedną brew do góry.
- Nie podobam ci się w wersji bez make-up'u? - odparłem sarkazmem.
- Jesteś piękna, ale aktualnie wyglądasz jak... - odrzekł Nathan, chrząkając. - Gówno.
Przewróciłam teatralnie oczami, udając się w wyznaczone miejsce. Wzięłam ciepły prysznic, umyłam głowę, umalowałam się. Po czym ubrałam się. Po czym wielkimi krokami skierowałam się w stronę mojego pokoju. 
- A teraz dasz mi spokój, pozwolisz zjeść lody i oglądać kreskówki?
Chłopak pokiwał przecząco głową.
- Nie ma mowy. Idziesz z nami na trening, czy tego chcesz czy nie.
- Tam będzie... Axel. - sapnęłam, wypuszczając powietrze z ust. - Ja nie chcę.
- Nie możesz wiecznie go unikać. - odrzekł Nathan.
- Uwierz mi, że mogę. - odparłam, gdyż takie rozwiązanie było dla mnie idealne.
- Mała, będzie dobrze. - odrzekł Max, kucając nade mną.
- Obiecujecie?
Obaj się uśmiechnęli. Po 5 minutach znajdowaliśmy na zewnątrz. Słońce niemiłosiernie raziło moje oczy. Najpierw udaliśmy się do Starbucks'a po kawę, a następnie nasze kroki zmierzały w stronę gimnazjum. Bałam się, że znów zobaczę jego, albo jeszcze gorzej ją. 
-  Axel się o mnie pytał? - wyrwało mi się nagle.
- Tak. - pokiwał głową Nate. - Pyta... co u ciebie, dlaczego cię nie ma. 
- Jak myślisz, podoba mu się Nelly?
- Raczej  nie. Ma już taką jedną na oku. - urwał Nathan. 
Na jego twarzy pojawiło się ogromne zmieszanie. Carson tylko patrzył na niego z pod byka. On musi coś wiedzieć.
- A co za jedna? - nie wierzę, że brnę w to dalej.
- Debil - podsumował go Max, waląc go z tył głowy.
- No... nie mogę ci powiedzieć, wiesz tajemnica po między nami... ziomami. - odrzekł Swift, poprawiając swoje włosy. 
Jesteśmy. Powoli zbliżaliśmy się w stronę boiska. Założyłam na oczy czarne okulary przeciwsłoneczne. Już z daleka mogłam zauważyć Timmy'iego, Todd'a i Kevin'a. Oczywiście nie mogłam nie zauważyć Blaze'a, który w ogóle nie skupiał się na grze. Poczułam jak moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Gdy już znalazłam się trochę bliżej boiska, wszystkie oczy były zwrócone w moją stronę. 

* Axel's POV *




- Lepiej żebyś miał jakieś dobre wytłumaczenie.. - westchnął głęboko. - Bo właśnie ją tracisz, stary.
Postanowiłem działać niezwłocznie, szybko ruszyłem pod jej dom. Poczekam na nią tutaj, lepiej teraz się wytłumaczyć, gdyż potem będzie potwornie ciężko
- Diana.. - szybko wstałem z schodów.
- Co ty tutaj robisz? - odparła chłodno.
- Proszę, daj mi się wytłumaczyć. - i chciałem jej już wszystko powiedzieć, ale ona przeszłam obok mnie i trzasnęła drzwiami przed moim nosem.
Od tej całej akcji minął niespełna tydzień, a ja mam coraz bardziej pod górkę. Nawet w szkole jej nie ma. Jestem kompletnym idiotą. Nie wierzę w to co zrobiłem! W co wpakowała mnie ta kizia mizia Nelly? A co najgorsze, nawet nie próbowałem się bronić. Przynajmniej tak wyglądało z perspektywy Evans. Przez cały ten tydzień spamie jej gdzie się da. Ona jednak jest niewzruszona, nie odczytuje, nie zdziwię się, jeśli mnie zablokuje. Na treningu bez sensu kopałem piłkę. Co dziwne Swift'a i Carson'a nie było, podejrzewałem, gdzie mogę być. Nagle z cienia wyszła ona, wraz z chłopakami. Zagryzłem dolną wargę, nie spojrzę w jej oczy. Pierwsza podbiegła do niej Silvia.
- Cześć Dan. Dlaczego cię nie ma w szkole? 
Spojrzałem kątem oka w jej stronę. Dziewczyna nie wyglądała za dobrze. Widać, że z jej zdrowiem jest kiepskawo. Zacząłem stopniowo się oddalać. 
- Axel! - krzyczał Dragonfly, ale ja nie zamierzałem się odwrócić. 
Poszedłem do mojej ulubionej lodziarni. Usłyszałem za sobą kolejny krzyk.
- Poczekaj! - odwróciłem się, a moim oczom ukazał się Bobby.
Tego się nie spodziewałem. Nie zamierzam z nim gadać, to kolega Jude tego cwela, który... Zaraz, zaraz. Tak go wyzywałem, a nawet nie zauważyłem, że przez to co zrobiłem, mogę równie dobrze siebie tak nazwać.
- Wracaj na boisko.
Prychnąłem.
- Nie mam zamiaru. - i już miałem iść, kiedy chłopak niespodziewanie złapał mnie za ramię.
- Pogadajmy.
- Nie mamy o..
- Wiem wszystko. - odparł, nadal mnie trzymając. - O tobie i o niej. Widziałem jak całowałeś się z Nelly.
- Fantastycznie. - odburknąłem w jego stronę. - Co z tym zrobisz, Agencie 007?
- Nie rozumiesz. - pokręcił głową. - Nie szpieguję cię, po prostu tędy przechodziłem. Wiem, że mi nie ufasz. 
- Dziwisz się? - odparłem niewzruszony.
- Ale chcę ci powiedzieć, żebyś nie odpuszczał.
- Myślisz, że zamierzam to zrobić? - uniosłem jedną z brwi w górę.
 - Nie uciekaj od niej, bo ją w końcu stracisz.
Niestety ma on rację, tak samo powiedział mi Nathan. Ale to nie jest takie łatwe. Może zbyt pochopnie nakleiłem jej palkietkę? Ale i tak, będę go obserwować.
- Chodź. - powiedział, idąc w stronę boiska.
Tam już chłopaki ćwiczyli. I była ona, nawet uraczyła mnie swoim spojrzeniem. Nagle obok mnie znalazł się Nathan.
- Wiesz co?
- Nie, nie wiem - sapnąłem, przewracając oczami.
- Mało brakło abym się wygadał, że ją kochasz. -  chrząknął, na co moje oczy powiększyły się.
- Co.
- To co słyszysz. - zaśmiał się nerwowo pod nosem. - Ale spokojnie Max mnie powstrzymał. 
Nagle w naszą stronę zaczęła podążać brunetka. Nie wiedząc czemu uśmiechnęła się w moją stronę.
- Blaze. -  powiedziała, prowadząc mnie poza teren szkoły.
To dziwne. 
- A to ja muszę... się napić. - palnął, nie przeszkadzając nam w rozmowie.
- Masz szansę się wytłumaczyć, daję ci 5 minut. - rozkazała, krzyżując ręce na piersiach
- Tylko 5? - przewróciła na mnie oczami.
- Start.
- Nelly mnie pocałowała, nawet nie mogłem na to zareagować. 
- Aham, coś jeszcze? Może poszliście do siebie?
- Evans, przesadzasz. - uniosłem się.
- Czyli to co Bobby mi powiedział, to prawda?
W duchu podziękowałem mu za uratowanie mojego tyłka.
- Przepraszam.
- Myślisz, że "przepraszam", załatwi sprawę, co? - zaśmiała się pod nosem.
- Jeśli chcesz, to...
Dźgnęła mnie w bok.
- No już.. masz wybaczone. 
- Na prawdę? - wziąłem ją w objęcia.
- A podobało ci się? - odrzekła, pokazując minę zniesmaczenia.
- Ble... - skrzywiłem się, okazując oznakę obrzydzenia.
- Ciekawe co myślą... - urwała, wskazując na chłopaków palcem. - Pewnie, że wydałam na ciebie wyrok śmierci czy coś.
- Nie zrobiłabyś tego tej pięknej buźce.
- Uwierz, zrobiłabym. - powiedziała, łapiąc moją twarz i formując moje usta w dziubek.
Udaliśmy z powrotem na boisko. Tam już była panna Raimon. 
- A oto i ona! - wskazała na nią. - No skoro jesteś... boli mnie głowa, skocz po wodę. Migusiem.
Już miałem zareagować, ale położyła rękę na moim torsie.
- Na co czekasz?
- Przykro mi, ale.. to nie należy do moich obowiązków. - odparła.
- Daj se siana, Nelly. Diana jest piękniejsza, mądrzejsza i w ogóle lepsza od ciebie. Nikt cię nie potrzebuje, nawet twój crush Mark Evans.  - zgadnijcie, kto mógłby powiedzieć te słowa. Tylko jedna osoba. Nathan Swift. Tylko ten człowiek potrafi wszystko wypaplać w trymiga.


* Mark's POV *




Daj se siana, Nelly. Diana jest piękniejsza, mądrzejsza i w ogóle lepsza od ciebie. Nikt cię nie potrzebuje, nawet twój crush Mark Evans. - powiedział dumnie Nathan, po czym dostał wielkiego kuksańca w brzuch od Kevin'a.
Natychmiastowo się odwróciłem. Spojrzałem w stronę dziewczyny, a na jej policzkach malowało się zakłopotanie. Najwidoczniej w świecie próbowała nie patrzeć w moje oczy. I nim się obejrzałem, dziewczyna biegła przed siebie. 
- To było za wiele Nathan. - odrzekłem chłodno, kierując się za już prawie niewidoczną postacią Nelly.
Rozumiem, ta dziewczyna z natury jest na prawdę irytująca, wredna.. ale nawet takiego człowieka poniżać nie wolno. Skierowałem się w stronę wieży. Czułem, że gdzieś tam ją znajdę. Moje przeczucia nadal są nieomylne. Dziewczyna siedziała na mojej oponie. Jej wzrok był nieobecny. 
- Cześć. - powiedziałem, uśmiechając w jej stronę.
- Po co tu przyszedłeś?- sapnęła, ocierając twarz. - Chcesz się ponabijać?
- Nie.. chciałem posiedzieć tutaj. - urwałem, drapiąc się po głowie. - Na tej oponie.
- Ale... nie ma miejsca dla nas dwóch. - stwierdziła.
- Damy radę. - i usiadłem obok niej, wręczyłem jej chusteczkę.
- Dzięki. - odparła, powoli wstając, z zamiarem odejścia.
- Uważam, że jesteś na swój sposób wyjątkowa.
Dziewczyna szybko odwróciła się.
- Wyjątkowo irytująca i wredna. - spojrzała na mnie znacząco.
- To już wiem, Mark. - westchnęła.
- A wiesz, że mimo tego...  to cię lubię? 
- Lubisz mnie?
- Można tak powiedzieć. - mrugnąłem w jej stronę.
- Dlaczego? - zaczęła zdziwiona wymachiwać rękami. - Czy nie widzisz jaka jestem? Burzę granice, ranię ludzi.. nie powinnam.
-  Nawet nie wiesz, jak trudno...
- ... określić kim się na prawdę jest. - powiedzieliśmy razem.
Zbliżyłem się w stronę dziewczyny. Poczułem takie dziwne mrowienie w moim brzuchu. Złapałem ją w talii i stanowczo przyciągnąłem do siebie. Ta chwila była magiczna. Jej zimne usta idealnie komponowały się z moimi. Cały mój świat wirował zupełnie tak jakbym właśnie zapalił marihuanę.
- To było miłe.. - mruknąłem, patrząc prosto w moje oczy.
- Nie mogę się nie zgodzić. - urwała, dając włosy za ucho.
- Może pogramy razem w piłkę? 
- Czemu nie.



sobota, 12 września 2015

Rozdział:16


"- Zwalniasz mnie? - spytał z sarkazmem, nadal chichocząc - Okej. I tak miałem się stąd zmyć. Na waszym miejscu zaczął się rozglądać za szpiegiem.
- Co ma pan na myśli? - wyrwał się Mark.
- Zobaczycie sami... No, ale przynajmniej jedna cześć planu wykonana, nie prawdaż Bobby?
Wszystkie oczy były zwrócone w stronę Shearer'a. Chłopak momentalnie zbladł, a jego wzrok był rozbiegany. Wystraszony pobiegł tam, gdzie nogi poniosły."



* Mark's POV *

 

- Zobaczycie sami... No, ale przynajmniej jedna cześć planu wykonana, nie prawdaż Bobby?
Wbiło mnie w ziemię, straciłem panowanie nad swoim oddechem i drużyną, gdyż właśnie taki ktoś jak Bobby mnie przechytrzył. I w głębi duszy, myślałem, że moje myśli są zbyt pesymistyczne. Ale.. to co najgorsze, właśnie zawitało w moje progi. Mogliśmy zginąć za dokładnie 4 dni, wszystko za sprawą trenera. Nie wiem i nie chce wiedzieć, czy Bobby również chciał wydać nas na misję samobójczą. Spojrzałem na niego znacząco, a za mną cała grupa. Nie zniósł tego spojrzenia i po prostu uciekł. Pospieszyłem za nim, gdyż nie chce aby myśl, że "nie potrafię pomóc przyjaciołom" mnie goniła przez resztę życia. Udałem się bezpośrednio na boisko, ponieważ miałem przeczucie, że właśnie tam go znajdę. Nie myliłem się. Chłopak leżał na trawie, a obok niego Silvia. Usłyszałem kawałek ich rozmowy.
- Mark nie jest taki... - sapnął chłopak. - Mogę przynajmniej biec obok niego, przy Eric'u zawsze byłem daleko w tyle.
- Tak... Trzeba mu przyznać, jest wspaniały.
Poczułem ogromne ciepło w moim sercu. Na mojej twarzy pojawił się beztroski uśmiech. Może nie jestem aż taki zły? 
- Silvia możesz nas zostawić? - dziewczyna spojrzała to na mnie i na niego, odeszła.
- Mark, ja... - urwał, drapiąc się po głowie.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że powinienem cię teraz wyrzucić? - a oczy chłopaka zrobiły się jak dwie złotówki.
- Mam tylko jedno pytanie... teraz proszę bądź ze mną szczery. - sapnąłem, łapiąc go za ramię. - Miałeś coś wspólnego z tym majstrowaniem przy naszym wozie?
- Nie.. właśnie dzisiaj miałem zanieść list do waszego dyrektora, o tym co tutaj robiłem... i wtedy zobaczyłem jego. - mruknął.
Spojrzałem na boisko. Dzieciaki już dawno zaczęły grę. Postanowiłem się do nich przyłączyć. 
- Bobby, zagrajmy w piłkę! - krzyknąłem przez ramię.
Chłopak tylko zaśmiał się pod nosem. Nawet nie potrafię się na niego gniewać. Szczerze mówiąc, odetchnąłem z ulgą, gdy zaprzeczył co do autobusu. Piłka powinna łączyć, a nie dzielić. Po chwili obaj znajdowaliśmy się na boisku. Przez cały dzień uśmiech nie schodził z mojej twarzy.


* Jude's POV *



Celia, Diana, Celia, Diana - cały czas w mojej głowie obijają się myśli na tematach tych dziewczyn. Obie chciałbym mieć teraz przy sobie, ale niestety moje zachowanie mnie od nich oddala. W wieku 6 lat straciłem rodziców, zginęli w wypadku samolotowym. Trafiłem wtedy wraz Celią, do tutejszego domu dziecka. Niestety co do rodzin zastępczych to rozdzieli nas. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że jestem dla niej okropny. Ja się staram, na prawdę. Może tego nie widać, ale niestety takie panują zasady, tutaj, w Akademii. A jeśli chodzi o Dianę, to kompletnie to skasztaniłem, po prostu źle to rozegrałem. Jestem idiotą. Skierowałem się w stronę szatni. Tam zastałem Joe'go i David'a. Nawet nie zwróciłem na nich uwagi.
- Poczekaj. - odwróciłem się w stronę  King'a. - Możesz mi wyjaśnić, dlaczego nam nie powiedziałeś, że nie chodzisz z Dan? 
Zacisnąłem pięść. Gubię się we własnych kłamstwach. Nie, nie, nie! - teraz nie mam na to czasu. Za niedługo rozgrywamy finały, a za lada moment gramy mecz z Raimonem. Z ojcem zawarłem układ, że jeśli wygram ten mecz, to moja siostra zamieszka razem z nami. Nie mogę i tego schrzanić.
- To moja sprawa. - warknąłem w jego stronę.
- Jude. Jesteśmy przyjaciółmi. - do rozmowy włączył się David, łapiąc mnie za ramię. - Pozwól sobie pomóc.
- Nie potrzebuję niańki. - po czym skierowałem się w stronę stadionu. 
Przez to wszystko, najzwyczajniej w świecie nie umiem przyłożyć 
się do treningu. Opadłem zmęczony na murawę.
"- Pocieszyłam? Człowieku jesteś śmieszny... zamieniłeś moje całe życie w piekło, do tej pory czuję mrowienie w tych miejscach. - sapnęła, pokazując mi moje odznaki. - Tak, Jude.. te cięcia czuje najbardziej.. dzięki niemu, zaznałam spokoju..
- Gadanie, przecież było nam tak dobrze...
- Tak.. - urwała, zaciskając pięści. - Omamiłeś mnie na samym początku, ale teraz nie muszę się bać.
- Diana, ja na prawdę...
- Prawda brzmi tak obco w twoich ustach. Wiesz ile jest warta ta twoja prawda? - splunęła na trawę. - O właśnie tyle."
" - Jude. Co ty tu robisz?! - powiedziała wzburzona szatynka, łapiąc mnie za rękę. - Szpiegujesz gimnazjum Raimon'a? 
- Nie muszę ci się tłumaczyć siostrzyczko. - wycedziłem przez zęby, wyrywając się z jej uścisku." 

Przetarłem ręką twarz. Kogo ja oszukuję? Udaję zimnego i takiego złego, wobec każdego kogo spotykam. Jestem tego przeciwieństwem. Jednak prawdziwy Jude jest spokojnym, normalnym nastolatkiem. Zazdroszczę innym ludziom, którzy potrafią być sobą. Nie boją się niczego i nikogo, nie obchodzi ich nic i nikt. Ja niestety muszę trzymać się roli, jaką przydzielił mi Dark. Nie mam innego wyjścia. Czasami mam tego wszystkiego zwyczajnie dość. Od paru ładnych lat, piłka najzwyczajniej w świecie przestała mnie cieszyć. Z każdą wygraną nie czuję nic, ani radość, ani spełnienia. Zupełnie jakbym był z kamienia. Może dlatego, że trzymam się rozmaitych wytycznych? Co raz bardziej zaczynam się przekonywać do tego, że jestem jedną z jego marionetek. Po treningu udałem się do domu. Od razu skierowałem się do swojego pokoju. Spojrzałem na ekran, na wygaszaczu widniało nasze wspólne zdjęcie z Dianą w dzień balu. Pamiętam to jak dziś. Odkąd ją poznałem czułem, że to może być coś więcej niż tylko przyjaźń. Dopiero podczas wolnego tańca, byłem w stanie jej to powiedzieć.
"- Kto to jest A? - wyrwała nadgarstek z mocnego uścisku.
- To cię powinno najmniej obchodzić. - zignorowała  pytanie.
- To Blaze prawda? - zacisnąłem wargi. - Wow, szybko się pocieszyłaś. 
- Pocieszyłam? Człowieku jesteś śmieszny... zamieniłeś moje całe życie w piekło, do tej pory czuję mrowienie w tych miejscach. - sapnęła, pokazując mi moje odznaki. - Tak, Jude.. te cięcia czuje najbardziej.. dzięki niemu, zaznałam spokoju.."
"- To jego sprawka... - przekrzywiłem jej nadgarstek, tak by widziała swój tatuaż. - Gdyby nie on, uwierzyłabyś mi.
Pokręciła na moje zachowanie twarzą.
- Nie Jude... on mi otworzył oczy, na to co się dzieje. Pokazał mi, że można żyć bez bólu..
- ...beze mnie, to masz na myśli? 
Odległość od naszych twarzy stopniowo się zmniejszała.
- Potrafisz? - szepnąłem, lekko muskając jej usta."
No właśnie "byłem". Spojrzałem na stary, zakurzony magazyn piłkarski. Wziąłem czasopismo do rąk i przytuliłem do siebie. Po wypadku, tylko tyle mi po ojcu pozostało. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Wtedy również Dark wziął mnie pod swoje skrzydła. Usłyszałem ciche szepty. Rozpoznałem uczestników tej rozmowy.
- Od kilku godzin siedzi tam. - wyszeptał mój ojciec. - Powinien pan z nim porozmawiać. Martwię się o niego.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze.
Po chwili klamka od moich drzwi poruszyła się. W drzwiach stanął trener. 
- Witaj Jude.
Nie odpowiedziałem. Nie mam zamiaru z nikim rozmawiać, a tym bardziej z nim. Przez to, co czego się dowiedziałem od Shearer'a, nie jestem w stanie mu zaufać. 
- Rozumiem, że jest ci ciężko.
Gadka stara jak świat. 
- Nic pan nie rozumie! - krzyknąłem prosto w jego twarz. 
- Jak to...
- To już nie chodzi o wygraną. Chcę grać według mojej piłki.
- Chłopcze. W tej grze tylko wygrana się liczy. Zrozum to. - odrzekł chłodno, potrząsając całym mną.
Nagle mężczyzna zaczął zbliżać rękę do magazynu. Szybkim ruchem zabrałem mu gazetę z przed rąk.
- Musisz się odciąć od przyszłości... - powiedział, kierując się w stronę drzwi. - A chcesz wygrać, prawda?

* Diana's POV *



Sprawa z Bobby'm poszła w niepamięć każdego. Całą grupką udaliśmy się do naszej ulubionej knajpki. Moje myśli był skierowane wokół jednej osoby, Jude. Jedna część mnie jest za Axel'em, a druga za Jude'm. Czuję się rozdarta.
- Musimy znaleźć trenera. Inaczej nie możemy dalej brać udziału w turnieju. Co o tym myślisz, Diana? - z moich przemyśleń wyrwał mnie głos Todd'a. 
Pokiwałam twierdząco głową.
- Masz rację. - uśmiechnęłam się blado, bawiąc się widelcem.
- Może pan kucharz? - wyrwał się Nathan.
Mężczyzna wyjrzał zza lady.
- Skąd taki pomysł? - odparłam zdziwiona.
- W końcu on też był w dawnej jedenastce Raimon'a. - odrzekł dziennikarz, popijając swoją kawę.
- Ale.. skąd pan to? - i nim zdążyliśmy o cokolwiek zapytać, mężczyzna rozpłynął się
Postanowiłam się trochę odświeżyć, podreptałam do toalety. Przed drzwiami stali Axel i Nelly. 
- Podoba mi się to jak udajesz niedostępnego... - wymruczała w jego ucho.
Nagle stało się coś, czego się kompletnie się nie spodziewałam. 
Dziewczyna nawet się nie zawahała, od razu wbiła się w jego usta. Co najdziwniejsze blondyn się nawet nie sprzeciwiał. Wychyliłam się powoli zza ściany.
- Dan, to nie tak... - wydukał, odpychając od siebie.
Zimne łzy zaczęły spływać po mojej twarzy. Zranił mnie, a to nie dlatego, że się całował z dziewczyną.  Mówił mi, że jej nienawidzi ze swojego czystego serca, zawsze bronił mnie przed nią. A teraz co? Jak gdyby nigdy nic, całuje ją. Nie wyrywa się i gdybym tak beztrosko szorowała moje ręce, to pewnie ta chwila trwałaby o wiele dłużej. To już nawet nie chodzi o moją lekką zazdrość. Moje serce, które powoli sklejało swoje kawałki po rozstaniu z Jude'm, a które przygotowało się przyjąć Axel'a do swojego serca, ponownie zaklekotało. Widok tych dwojga przypomniał mi dokładnie ten sam moment, tylko zamiast nich był Jude i moja przyjaciółka. Momentalnie wybiegłam z tego miejsca. Za mną wybiegł Nathan. Chcę dzisiaj zostać sama, nie potrzebuje wujcia dobrej rady. 
- Co jest? - spytał, łapiąc mnie za ramiona.
- Właśnie widziałam Axel'a całującego Nelly.. - próbowałam przełknąć wielką gulę w gardle. - Jest po prostu cudownie!
- Czy chcesz...
- Dajcie mi wszyscy święty spokój. - krzyknęłam mu w twarz. 
Chłopak przytulił mnie do siebie. 
- Chodź. - odrzekł, łapiąc mnie za rękę.
Nasze kroki zmierzały do pobliskiego parku. Usiedliśmy na jednej z ławek.
- A więc.. - nakłaniał mnie do otwarcia się
- Nathan... - jęknęłam, bo z trudem przychodziło mi powiedzenie, tych właśnie słów. - Ja go kocham do cholery!
- Może to nie porozumienie... - próbował sam siebie przekonać
- Nie broń go. - odrzekłam, ocierając kolejną łzę. - Widziałam to wszystko!
- Nie bronię. Mówię co myślę. Dałaś mu się w ogóle wytłumaczyć? - spytał, nadal trzymając moją rękę.
- Myślisz, że sobie to wymyśliłam, tak? - sapnęłam.
- Diana ty widziałaś jedną stop klatkę, a pozostała część filmu może być zupełnie inna.

* Axel's POV *


♫ 


- Co jej tak długo nie ma? - jęknął Mark, rozglądając się dookoła.
- Sprawdzę co z nią. - urwałem, wstając z miejsca.
Postanowiłem, że najpierw zacznę od przeszukania toalet. I właśnie miałem chwycić za klamkę, gdy przed drzwiami stanęła Nelly. Przydusiła mnie do ściany i patrzyła beztrosko.
- Co chcesz? - spytałem, nawet na nią nie patrząc.
- Nie można z Tobą nawet normalnie porozmawiać? - odpowiedziała mi pytaniem na pytanie, dotykając mojego policzka.
- Najwidoczniej. - wybełkotałem.
Poczułem, że całe moje ciało odpycha jej szorstki dotyk.
- Podoba mi się to jak udajesz niedostępnego... 
Odległość po między naszymi twarzami się coraz to zmniejszała.
Nagle dziewczyna wpiła się w moje usta. Nawet nie mogłem na to zareagować. Po czym zobaczyłem Dianę, wychodzącą z łazienki. Odepchnąłem dziewczynę od siebie.
- Dan, to nie tak... - wydukałem.
Z jej oczu zaczęła płynąć słona ciecz. Jeszcze chwile patrzyła na mnie znacząco, a każda łza powodowała ukłucie w moim sercu, po chwili uciekła. Spojrzałem na zadowoloną pannę Raimon. Dziewucha miała na twarzy wielki, sztuczny śmiech. Zrobiła to celowo. Nienawidzę siebie, nienawidzę jej, nienawidzę przeklętego losu.
- Policzę się z tobą, zobaczysz. - warknąłem i przyparłem ją do ściany, że na chwilę straciła oddech.
Również wyszedłem z lokalu, nie miałem ochoty siedzieć tam tak beztrosko, kiedy dziewczynie moich marzeń wyrwałem serce. Akurat wtedy wpadłem na Nathan'a.
- Czy ty wiesz co...
- Tak, wiem. - odrzekłem, pocierając kark.
- Mówisz, że ją kochasz. - odparł, łapiąc mnie za koszulę. - A całujesz się z Nelly?! 
- To nie tak... - jęknąłem, bo sytuacja wyglądała strasznie. - Dobrze wiesz, że ona się liczy. Nikt poza nią, rozumiesz? Nikt.
- Lepiej żebyś miał jakieś dobre wytłumaczenie.. - westchnął głęboko. - Bo właśnie ją tracisz, stary.


niedziela, 6 września 2015

Rozdział:15


- Przepraszam... - do moich uszu dobiegł cichy szept Gin'a. - Czy mogłabyś dla nas zaśpiewać?
- Jesteśmy twoimi fanami.
Kiwnęłam głową. Biorę do ręki gitarę i zaczynam grać. W sumie ta piosenka jest niestaranna i niedokończona, ale zaśpiewam ją. Axel mnie natchnął. Złapałam się za głowę, bo uświadomiłam sobie smutną prawdę. Zakochałam się, zakochałam się w Axelu."



* Mark's POV *


♫ 


Udało się, kolejny etap za nami. Czasami zastanawiam się jak to się dzieje, przecież byliśmy bandą chłopaków, a zdecydowana większość zapisała się do niej z przymusu. A teraz? Jesteśmy zupełnie innymi ludźmi niż na początku, tak jak już mówiłem. Zadziwia mnie, że jest coraz trudniej, jest więcej problemów, a my pokonujemy przeciwnika. Idziemy etap za etapem. Nawet nie spodziewałem się, że za dokładnie cztery dni, ponownie zagramy z Akademią Królewską. 
Znów spojrzę w oczy moim bolącym żebrom, pełnym siniaków dłoniom. Jude to wspaniały piłkarz i idealny kandydat na Kubę Rozporuwacza. Kiedy po raz pierwszy z nim grałem, moje ręce aż drżały z ekscytacji, a zrazem ze strachu. Podczas każdego naszego meczu, kątem oka patrzyłem na trybuny. On zawsze tam był, nie wiedząc czemu, gdyż podczas meczu poszukiwał Blaze'a. Na jego twarzy panował spokój i gdy tylko spostrzegł, że jego wzrok jest na nim, uśmiechał się łobuzersko. Ale mimo to wiedziałem, że mocno przeżywa, albo się wścieka albo się cieszy z naszej sytuacji. Chciałbym wiedzieć jaki jest na prawdę, gdyż widać, że poza, którą przyjmuje do niego nie pasuje. Spojrzałem na gwieździste niebo. Od kilku dni nachodzą mnie właśnie takie rozkminy. W sumie to ostatnio dosłownie wszystko, stało się przedmiotem mego rozmyślania. Poza tym, zauważyłem, że Bobby robi się coraz to tajemniczy. Nie umiem go rozgryźć, bo zawsze gdy staje się podejrzany, znika. Jego zachowanie jest najmniej dziwne. Czy coś ukrywa przed nami? Tego nie wiem, nie chcę myśleć o tym, że jest on w stanie nam zaszkodzić. Powinienem z nim porozmawiać, ale znając życie to albo o tym zapomnę albo jego nie będzie w pobliżu. Moja głowa jest pełna różnych myśli. Chciałbym być taki idealny i nie wiedzieć co to ból, problem i smutek. Nawet gdybym tak bardzo tego chciał, to nie potrafię od tak się tego pozbyć. Czasami myślę, że jestem zwykłą ofermą, po mimo, że inni mają inne zdanie. Nie umiem pomóc nawet własnym przyjaciołom, a co dopiero sobie. Jestem egoistom, myślę o MOIM treningu, o MOJEJ drużynie i o MOIM meczu. Ta myśl mnie przytłacza, z dnia na dzień. A żeby nikt się nie spostrzegł, to muszę zakładać ten sztuczny uśmiech. Tłamszę to, zamiast po prostu to komuś powiedzieć. Zatrzasnąłem z hukiem okno nie zauważając, że miażdżę własne palce. Syknąłem dmuchając na czerwone, pulsujące opuszki. 
- Co się stało? - spytała Diana, wpadając do mojego pokoju.
- Wszystko jest okej.. - odrzekłem, masując obolałe miejsce.
- To nazywasz okej? - wskazała na moje palce, które zaczęły robić się fioletowe.
- Daj spokój. - machnąłem na to ręką.
- Chcesz o tym pogadać? 
Usiadłem na swoim łóżku, ciężko wzdychając.
- Po prostu mam poczucie, że jestem kompletnym idiotą...
- Teraz jak to powiedziałeś, to może nim jesteś. - urwała, dźgając mnie w bok. - Wiesz, że to nie prawda? 
- Ale taka jest prawda. Nie umiem pomóc własnym przyjaciołom,  myślę tylko o sobie...
 - Mark. - odparła biorąc mnie za rękę. - Pojęcie egoisty zwyczajnie do ciebie nie pasuje... popatrz ilu ludziom pomogłeś.
- Jesteś moją siostrą. To zrozumiałe, że nie chcesz mnie zranić.
- Proszę cię? Jesteś zwykłym filantropem, nawet takiemu Axel'owi jojczałęś nad głową jak mucha... a teraz? Gra z wami w drużynie.
- Może masz racje.. - mruknąłem, uśmiechając się w jej stronę.
- Poprawka. - podniosła palec do góry. - Ja zawsze mam rację.
Po czym wyszła. Może ma rację?  Może Zbyt ostro siebie oceniam? Za dużo ty "może", ja muszę mieć pewność. Nie wiem co ją utwierdzi, bo ja sam chyba się do tego nie nadaję. I nim się obejrzałem stałem przed drzwiami do szkoły.
- Mark? 
- O czeeść Silvia. Nie zauważyłem cię. - odrzekłem, drapiąc się po karku.
- Wszystko w porządku? - spytała, dotykając mojego ramienia.
- Oczywiście. Po prostu jestem zestresowany. - powiedziałem, wymijając ją i otwierając drzwi. 
Moją pierwszą lekcją była matematyka. Wyśmienicie, spojrzałem na wyświetlacz, 8:06. Spóźniłem się i to na ten przedmiot, który strasznie mnie nie lubi i z wzajemnością. Pędem udałem się do sali numer 24 i pociągnąłem za klamkę.
- Przepraszam za spóźnienie. - wymruczałem.
- Pan Evans. - spojrzała na mnie ponuro. - Już myślałam, że się pan nie raczy pojawić.
Usiadłem obok Nathan'a. Lekcja jak lekcja, strasznie mi się dłużyła. Chciałem się skupić, ale wyszło jak zwykle. Moja głowa nadal była przepełniona zbyt dużym natłokiem myśli. Gdy usłyszałem dzwonek, momentalnie wybiegłem z klasy, myślałem, że choć trochę z mojej głowy uleci i stanie się lżejsza. Po szkole udałem się na boisko. Tam już znajdowała się cała ekipa... oprócz Bobby'ego. 

* Bobby's POV *


Od paru dni męczy mnie ogromne poczucie winy. To dziwne, bo wcześniej kiedy kradłem różne rzeczy ze sklepów, nie pojawiało się u mnie to uczucie. Jak myślicie, dlaczego tutaj jestem? Do Raimon'a dołączyłem tylko i wyłącznie dlatego, ponieważ kazano mi pozyskać wszelkie informacje na temat ich gry. Na początko bardzo łatwo wkupiłem się w łaski wszystkich, a najbardziej kapitanowi, Markowi. Ale od pewnego czasu, ta cała robota wywiera na mnie ogromną presja, nie wspominając o tym cholernym sumieniu, które jednak we mnie jest. A tak być nie powinno... czy coś się we mnie zmieniło? W swoim życiu nigdy nie byłem fair, a wszystko przez moją sytuację rodzinną. Dlaczego właśnie teraz poczułem, że powinienem zagrać fair i być po prostu uczciwy? Właśnie udałem się na spotkanie z Jude'em. 
Mieliśmy się spotkać za budynkiem restauracji. 
- Co teraz mam zrobić? - spytałem, czekając aż brunet uraczy mnie swoim spojrzeniem.
- Zdobądź ich statystyki. - odrzekł chłodno, powoli odchodząc.
Niezwłocznie udałem się do domku klubowego. Po drodze nadal ta myśl mi towarzyszyła, mijałem sklep sportowy. Moją uwagę zwróciły korki, a wtedy wszystkie wspomnienia wróciły. Od piłki tak na prawdę należy to, że tutaj jestem. Moi rodzice z butelką wina w ręce nie byli dla mnie wzorem i ulubionym widokiem. Właśnie wtedy zacząłem wiać i obracać się w dość nieciekawym towarzystwie. Dzięki Jude'owi jestem tutaj, w prestiżowej Akademii, którą z własnej kieszeni bym nie opłacił. Z początku robili to rodzice Sharp'a, ale było dla mnie niekomfortowe, więc poszedłem do pracy by na to zarobić. Poczułem ukłucie w sercu, ale mimo to, szedłem dalej. Ustawiłem się na przejściu na pieszych i bez zastanowienia postanowiłem przejść po białych paskach. Nawet nie zorientowałem się, że ktoś najeżdża, usłyszałem tylko głośny dźwięk klaksonu. Wtedy ktoś mnie pchnął, to była Silvia.
- Dureń! - wrzasnął poddenerwowany sytuacją kierowca.
- Musisz uważać... - jęknęła, klepiąc mnie po ramieniu. - życie jest jedno, nie marnuj je, bo Eric będzie zły.
 W mojej głowie pojawił się jej krzyk i zgrzyt ciężarówki. Niestety w wieku 6 lat potrącił go tir. Na samo wspomnienie o nim, czuję ciepło na sercu, to był na prawdę wspaniały człowiek i przyjaciel. Przyspieszyłem kroku i dotarłem do określonego miejsca. Tym razem nie musiałem się skradać, ponieważ wiedziałem, że wszyscy są na treningu. Uchyliłem lekko drzwi i wszedłem do środka. Pogrzebałem w szafce z wszystkimi informacjami, aż w końcu znalazłem to co szukałem. Już miałem wyciągnąć papier, ale coś kazało mi tego nie robić. Odstawiłem dokument na miejsce i wybiegłem z pomieszczenia. Po drodze mijałem garaż, gdzie stał nasz karawan. Usłyszałem dźwięki odkręcanych śrub, co było dziwne ponieważ nas bus działał bez szwanku. Zaciekawiony, bez namysłu wszedłem do środka. Tam zobaczyłem naszego trenera, pana Wintersea. 
- Co pan tu robi?
Na jego twarzy pojawiło się ogromne zakłopotanie. 
- Zupełnie nic, takie tam... naprawy akumulatora. - odrzekł, klepiąc mnie po plecach, dodając. - Na twoim miejscu nie wsiadałbym do tego wozu.
I nim się obejrzałem, zniknął. 
Postanowiłem dołączyć do treningu. I ponowne ukłucie nawiedziło moje serce, byłem strasznie rozdarty. Mogłem im powiedzieć, ale wtedy... dowiedzieli by się wszystkiego. Nie było by wtedy tak kolorowo, jak jest teraz.
- Sorka, ale kroki z angielskiego mi się przedłużyły. - skłamałem jak to zawsze, udając się do reszty drużyny.
Podczas treningu nie mogłem się kompletnie skupić.  Ta cała sytuacja mnie dekoncentruje. Muszę porozmawiać z Sharp'em. 
do Jude: Spotkajmy się.
Nie odpisał, ale wiedziałem, że zobaczył moją wiadomość. Udałem się w niewielki lasek znajdujący się niedaleko boiska.
- Masz to? 
- Nie. - odrzekłem  chłodno. - Mam już tego powoli dosyć. Ja rozumiem... zdobywać informacje, ale majstrować przy karawanie to przesadzaTrener postradał zmysły.
- Co ci się dzieje? Zapomniałeś po co to robisz?
- Wiem. - podrapałem się po głowie. - Ale to już idzie na prawdę za daleko. 
- Nie wolno ci kwestionować jego rozkazów. - warknął w moją stronę.
Już chciałem coś powiedzieć, ale zauważyłem Celię. Schowałem się za ścianę domku leśniczego.
- Jude. Co ty tu robisz?! - powiedziała wzburzona szatynka, łapiąc go za rękę. - Szpiegujesz gimnazjum Raimon'a? 
- Nie muszę ci się tłumaczyć siostrzyczko. - wycedził przez zęby, wyrywając się z jej uścisku. 
Oni są rodzeństwem? Wtedy zdałem sobie sprawę, że muszę z tym skończyć. Wiedziałem jedno, że muszę zakończyć to wszystko tu i teraz. Gdy wróciłem do domu, postanowiłem napisać list do dyrektora. Chcę w końcu to wyrzucić z siebie.
" Drogi Dyrektorze,
Tutaj Bobby Shearer, jestem jednym z państwa uczniów. Chcę coś powiedzieć... nie byłem z panem stosunkowo szczery. To znaczy ani ja ani pan Wintersea. Współpracujemy z Akademią Królewską, jesteśmy po prostu szpiegami. Mam nadzieję, że moje szczere przeprosiny będzie miał pan na względzie, kiedy będzie wydawana. Przyjmę każdą karę."
Gdy już skończyłem, kartkę zapakowałem w kopertę. Następnie udałem się w kierunku szkoły. 
- Bobby? - na mojej drodze stanęła Diana.
- O cześć Dianka. - spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem.
- Po co ci ta kartka? - wskazała na kopertę.
- Matko, mam coraz mniej czasu... - sapnąłem, patrząc na zegarek. - Przepraszam cię, ale się śpieszę. Cześć. 

* Diana's POV *




Po mimo tego, że nie kazałam mu do siebie dzwonić i pisać, on nie daje za wygraną. Jest strasznie uparty, to muszę przyznać. Przed treningiem udałam się do mojej ulubionej kafejki. Zamówiłam ciepłą czekoladę na wynos. Akurat musiałam wtedy wpaść na jednego z jego kolegów, Joe'go. 

- Przepraszam. - wybełkotałam, powoli mijając chłopaka.
- Diana?
Zacisnęłam pięść. Czy choć raz mogę mieć to szczęście? Nie proszę o tak wiele.
- Cześć. - odrzekłam, poprawiając moje okulary przeciwsłoneczne.
- Co tam u ciebie? - uraczył mnie swoim uśmiechem flirciarza -Jude mówił, że wróciłaś. 
- W porządku... A no tak, wróciłam. - odrzekłam, blado uśmiechając w jego stronę.
- Czuję, że coś się zmieniło... - powiedział, patrząc na mnie z troską. - On też od pewnego czasu chodzi jak struty, ale mi nie chce nic powiedzieć. Czy wy się pokłóciliście?
- Jude ci nie powiedział?
Nie mówcie, że... To nie może być... 
- Nie. A o co chodzi?
- Niestety nie wiem co się dzieje z twoim kolegą. - sapnęłam, nerwowo poprawiając okulary. - Już nie jesteśmy razem.
Na jego twarzy pojawiło się zmieszanie.
- Jak to? - zaczęł się nerwowo śmiać.
- Tak to. Lepiej, jeśli twój przyjaciel opowie ci jak to było. Cześć. - odrzekłam, klepiąc go po ramieniu i zostawiając oszołomionego chłopaka. 
Spojrzałam na wyświetlacz, 17. Powoli udałam się w stronę gimnazjum, popijając moją czekoladę. W ciągu minuty zostałam zasypana masą nieodebranych połączeń od Sharp'a. Nie chcę z nim rozmawiać. W głębi serca myślałam nad tym, aby do niego wrócić, ale to była raptem sekunda, gdyż w moment przyszło otrzeźwienie. Straciłam do niego zaufanie, straciłam najcenniejsze uczucia do niego... Okłamał mnie, swoich przyjaciół, gdyż w głębi duszy ma nadzieję, że ta przerwa jest chwilowa.
- Bobby? - no... kogo jeszcze mi ześle wszechświat?
- O cześć Dianka. 
Zachowywał się jeszcze dziwniej niż zwykle, był lekko poddenerwowany, przechodził z nogę na nogę. Co on kombinuje?
- Po co ci ta kartka? - rzuciłam, a chłopak speszył się jeszcze bardziej.
- Matko, mam coraz mniej czasu... - sapnął, patrząc na zegarek. - Przepraszam cię, ale się śpieszę. Cześć.
 Jego zachowanie przykuło moją uwagę, coś jest nie tak, muszę działać. Bez większego namysłu, ruszyłam za chłopakiem.
Gdy dotarłam na miejsce, nikogo nie było na miejscu. Czyżby wcześniej skończyli? Popytałam praktycznie wszystkich dookoła,  nawet pana woźnego, aż wreszcie się dowiedziałam się, że cała ekipa zebrała przy garażu. Pędem pobiegłam w wyznaczone miejsce.
- Niech pan siądzie za kierownicą. - usłyszałam szorstki głos Nelly.
Moim oczom ukazała się cała drużyna i zmieszany pan Wintersea.
- Ależ panno Raimon, nie ma takiej potrzeby... - próbował miernie załagodzić sytuację.
A ja wmieszałam się w tłum gapiów.
- Proszę wsiąść do samochodu. - rozkazała.
Mężczyzna po chwili namysłu, z drżącymi rękami wsiadł do środku pojazdu. Jego dłoń zawisła na kluczyku w stacyjce.
- Proszę zapalić. - pokazała na kierownicę.
Trener tylko głośno jęknął i położył głowę na kierownicy.
- Nie mogę... - wymamrotał.
- Dlaczego?
Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na nas wszystkich. Nikt nie powiedział nic śmiesznego, a trener ni stąd ni zowąd zaczął się złowieszczo śmiać. 
- Co pana tak bawi? - spytałam, zakładając ręce na piersi.
- Taak. - próbował pohamować diaboliczny śmiech. - Majstrowałem przy tym gruchocie.... Z resztą, i tak byście nie wygrali tego meczu. 
- Zwalniam pana! - krzyknęła, przerażona zachowaniem trenera, panna Raimon.
- Zwalniasz mnie? - spytał z sarkazmem, nadal chichocząc - Okej. I tak miałem się stąd zmyć. Na waszym miejscu zaczął się rozglądać za szpiegiem.
- Co ma pan na myśli? - wyrwał się Mark.
- Zobaczycie sami... No, ale przynajmniej jedna cześć planu wykonana, nie prawdaż Bobby?
Wszystkie oczy były zwrócone w stronę Shearer'a. Chłopak momentalnie zbladł, a jego wzrok był rozbiegany. Wystraszony pobiegł tam, gdzie nogi poniosły.


wtorek, 1 września 2015

WAŻNE! 

Cześć kochani! :3
proszę nie omijać tego posta.
to ważne.
jak wiecie 1 września zaczyna się szkoła.
co z tego? kogo to obchodzi, że chodzisz do szkoły debilko? xD
chodzi o to, że nowe rozdziały bd się pojawiały różnie.
ustalmy wstępnie, że bd publikować rozdziały w każdy piątek *czasami czwartek* lub weekend'y zależy od tego czy bd mieć czas.
nie zrozumcie mnie źle, chciałabym poświęcać wam i blogom jak najwięcej czasu ale mój "najwspanialszy" plan lekcji mi nie pozwala.
w tym roku idę do 3 gimnazjum, czyli muszę wziąć się w garść.
mam nadzieję, że mnie w małym stopniu zrozumiecie.
spokojnie, spokojnie bd czasami się udzielać na grupie, możecie pytać * bo szczerze to w ogóle nie pytacie * 
Możecie pisać też na moim specjalnie założonym koncie, na pewno odpisze jeśli będę mieć tylko czas.
hyyym no cóż, to chyba na tyle z mojej strony.
czeeeść. :D