Rozdział:53
- Hej teraz powinieneś powiedzieć coś w stylu " Cześć, miło mi cię poznać Travis, jestem....." - urwał. - ...i tu powinno paść twoje imię.
- Axel. - głęboko westchnąłem, a on uśmiechnął się w moją stronę.
- Axel. - głęboko westchnąłem, a on uśmiechnął się w moją stronę.
- No i widzisz? A teraz dawaj mi tą mapę. - po czym wyrwał mi ją z rąk. - Znam skrót, oszczędzę ci cierpień.
- Dlaczego ty mi pomagasz? - spytałem zdezorientowany tym wszystkim.
- Przypominasz mi kogoś, ale... - jego wzrok zawiesił się na mnie. - ...to rozmowa na kiedy indziej."* kilka miesięcy później *
♫
W śnie migają mi migawki w których razem z Judem gramy w piłkę, rozmawiamy i cieszymy się życiem. Jednak gdy tylko otworzyłem oczy przede mną pojawia się smutna rzeczywistość. Przecierając zmęczoną twarz, zdałem sobie sprawę, że to już trwa sześć miesięcy miesięcy. Jak ten czas szybko płynie - trudno się zorientować kiedy ucieka, a co dopiero go złapać w ręce. Przez te miesiące przepełnione wielkim stresem, smutkiem i cierpieniem w moim sercu zapanowała pustka. Ale w porównaniu do Celi jestem drobnostką, dziewczyna przez to wszystko zamknęła się w sobie całkowicie. A ja nadal nie potrafię do niej dotrzeć, a na dodatek ona nic do mnie nie mówi. Nie wychodzi z domu i nie spotyka się z nikim (poza mną ) gdyż w innych jego znajomych ciągle widzi jego twarz. Nim się spostrzegłem już siedziałem z Markiem w tej przeklętej kawiarni. Wszędzie gdzie nie spojrzę to widzę go jak wchodzi i zmierza w moją stronę, ale gdy tylko mrugnę chłopak się rozpływa. Tak było i teraz, a ja czułem się bezsilny z faktem, że nic nie mogę zrobić by zatrzymać go przy sobie. Spojrzałem na Marka, który myślami nie był tu, chłopak przygryzał nerwowo wnętrze policzka i podskakiwał lewą nogą. Jak widać wszyscy wokół są zestresowani, a zwłaszcza on. W pewnych momentach takich jak ten był nieobecny, a odkąd Axel zniknął nie dało się z nim nawet normalnie porozmawiać. Ze smutkiem stwierdzam, że nikt z nas nigdy nie będzie miał normalnego i spokojnego życia. Możecie zastanawiać dlaczego się tak mówię, przecież po mistrzostwach byliśmy naładowani pozytywną energią, nasze marzenia zostały spełnione i mogliśmy się napawać własnymi możliwościami - tak było do czasu. Jak jest z nami teraz? Jako drużyna jesteśmy kompletnie rozbici i wygląda na to, że ten team przestał już funkcjonować. Niby nasz jedyny motywator Evans próbuje ich poskładać, ale sobie nie radzi i nie poradzi sam, w pojedynkę. Machnąłem mu ręką przed twarzą, a chłopak szybko się otrząsnął i przetarł dłonią zmęczoną twarzą.
- Gdzie jesteś, Mark? - spytałem, patrząc na niego uważnie.
Odwrócił wzrok ode mnie, zauważyłem, że robi to coraz częściej. Kiedy pierwszy raz grałem z nim wraz z Akademią Królewską, nieustannie wpatrywał się każdemu z nas w oczy - t to nie tak zwyczajnie. W jego oczach zawsze widać było te małe uparte iskierki, które chciały niemalże wejść nam w skórę i poznać nasze charaktery. Teraz te oczy są puste i po prostu brązowe.
- Cholera, Evans! - wrzasnąłem, waląc w stół.
- Co mam ci powiedzieć, co? - nasze spojrzenia się spotkały, posłałem mu wściekłe spojrzenie.
- Mów do mnie! - zażądałem. - Stary jesteśmy tu od ponad godziny i nie rozmawiamy ze sobą.
- To nieprawda...
- I wygląda na to, że ty masz mnie ewidentnie daleko w dupie.
- Co ty wiesz... - prychnął na moje słowa.
- Co jest? - sapnąłem, patrząc mu prosto w oczy.
- Po prostu już nie daję rady... - jęknął, machając głową.
- Ja wiem.... - złapałem go za rękę.
- Ty nie rozumiesz. - mruknął, wyrywając się z mojego uścisku.
- Gdyby tu siedział Sharp to byś mu powiedział, tak? - spojrzał na mnie znacząco.
- Przestań o nim gadać. - sapnął. - Mam dość tego, że ludzie cały czas mają na ustach jego imię..- Spójrz na mnie. - przewrócił na mnie oczami po czym powoli skierował swój wzrok na mnie.
- I co dalej? - odparł, patrząc na mnie obojętnie.
- Dobrze wiesz jakiego spojrzenia oczekuję. - odrzekłem, wlepiając wzrok w jego twarz. Gdzie ono jest?
- Sam chciałbym wiedzieć, Shearer.
- Gdzie się podziewa ten irytujący uśmieszek?
- Sam nie wiem... - urwał niepewnie.
- Wiem, kto może nam na nie odpowiedzieć... - urwałem, szybko wstając i zamaszyście otwierając drzwi.
Za mną usłyszałem jego kroki mimo tego, nie zamierzałem zwalniać. Udałem się prosto pod szpital przy czym biegłem jak oszalały i po mimo tego, że momentami mój kaszel palacza mnie przytłaczał to pchałem w zaparte. Aż w końcu cały zdyszany padłem na kolana pod schodami budynku.
* Jude's POV *
♫
- Trzeba ich powstrzymać. - wymamrotał poddenerwowany Bobby.
- Bobby, nie mogę ci tego obiecać. - jęknął Mark. - Football rządzi się swoimi prawami ii-i..
- Mam to aktualnie w dupie, wiesz? - odparł obojętnie.
- Nie krzyczcie.. pp-roszę. - wykrztusiłem parę słów, a potem poczułem się słabo.
- Nie daj się nabrać, ten ciućmok pewnie znowu udaje! - sapnął, wkładając ręce do kieszeni.
Moje oczy mimowolnie zaczęły się zamykać, a ja był zdezorientowany całą sytuacją. Tymczasem ta dwójka nadal się kłóciła, gdy ja powoli traciłem przytomność i świadomość.
- Debilu, spójrz! - usłyszałem stłumiony głos Evansa. - On nie oddycha! Wołaj pielęgniarki!
Usłyszałem jeszcze dzwonek, który przywołuje panie w białych fartuszkach i to wszystko co pamiętam z tego dnia. Zamknąłem oczy i nagle przeniosłem się w zupełnie inne miejsce.
- Siostra, tlenu! - krzyczał doktor. - Tlenu.
Tymczasem ja rozglądałem się wokoło jednak zdałem sobie sprawę, że nikogo tu nie ma. Rozejrzałem się dookoła, wszędzie widzę kolor biały i szary.
- Trzymaj się, Jude!
Chciałem im tak bardzo powiedzieć, że jest ze mną okej i jakoś się stąd wydostanę. Ale... nie mogłem, gdyż byli głusi na moje wołania. Nagle "pokój" w którym się znajdowałem zaczął się zmieniać. Kolory bledły, mieszały się i zlewały w jeden kolor - czerń. Przez chwilę przeleciała mnie myśl, że już po mnie - czy ja umarłem? Wszelkie głosy ustały i tylko dźwięki maszyn dawały mi znać, że jeszcze walczę. Zrobiło się tutaj strasznie tu ciemno. Ta ciemność mnie przytłacza od tamtego dnia. Jak tutaj mija czas? Podejrzewam, że upłynął... jakiś tydzień? Zwykle nie boję się ciemności, ale w momencie zaczęła mnie zwyczajnie przygniatać, wywołując u mnie lęk. Najgorsze jest to, że nic nie widzę i mogę słyszeć tylko te same głosy - doktora, pielęgniarek, moich rodziców, Celi i innych członków z teamu. Jednak czegoś mi tu brakuje, a raczej kogoś. Nagle usłyszałem mi znajomy głos, który był słodki jak miód, najdziwniejsze było to, że słyszałem go bardzo wyraźnie. Czy to... Diana? Nagle w ciemności pojawiła się dziewczyna. Nie mogłem zobaczyć jej twarzy, gdyż biło od niej jakieś dziwne białe światło. Zasłoniłem oczy i zacząłem się bać, gdyż przewidziałem co teraz nastąpi. To koniec, już nigdy nie wyjdę z tej światłości. Po prostu zniknę z tego świata i tylko będę mógł się z nimi spotkać w ich snach. Zacząłem głośno płakać i w swojej beznadzei skuliłem swoje kolana. Poczułem nagle jej ciepły dotyk na swojej twarzy, jakby ktoś przecierał moje łzy, rozejrzałem się wkoło siebie. Ciemność zamieniła się w światłość i zewsząd otaczały mnie jakieś białe ściany. Byłem zdezorientowany tym wszystkim, powoli wstałem z miejsca i znów dziewczyna pojawiła się przede mną. Spojrzałem na jej twarz, która była uśmiechnięta tak jak wtedy gdy ją spotkałem po raz pierwszy. Jej oczy rozbawione i pełne energii, by się upewnić czy to dzieje się na prawdę przybliżyłem się do niej i dotknąłem jej włosów. Cholera, to jest niemożliwe. Na mój widok brunetka zaczęła się melodyjnie śmiać, również podeszła do mnie bliżej i wzięła moją twarz swoje dłonie.
- Dawno się nie widzieliśmy, kochany. - odparła, całując moje czoło.
- Dianka? - jęknąłem, patrząc w jej oczy. - Czy ja już nie wrócę?
Roześmiała się.
- Jude, dlaczego się boisz? - spytała zdezorientowana.
- A dlaczego ty jesteś taka spokojna?! - wrzasnąłem.
Zrobiła na mnie wielkie oczy - te same wielkie oczy, które pojawiały się na jej twarzy za każdym razem kiedy przyciskałem ją do ściany i miażdżyłem jej nadgarstki.
- Nie martw... będzie dobrze.
- Dla kogo?
- Głuptasie... zadajesz za dużo pytań. - odparła, głaszcząc moje włosy.
Wtuliła się w mój tors i zdawało mi się, że czułem jej obecność - i to tą taką fizyczną. Czułem się jak w niebie, może tak ma to wyglądać?
- Nie, nie.. - odparłem, odpychając od siebie. - Ty jesteś wytworem mojej chorej wyobraźni!
Zacząłem chodzić w tą i tamtą stronę. Spojrzałem w jej stronę, ona tam nadal była i patrzyła na mnie jak na jakiegoś dziwaka a z jej twarzy nie schodził uśmiech. Czy to jakiś znak? Może ja sam chcę sobie pomóc? Pomóc się wybudzić po przez wspomnienia?
Zamknąłem oczy i powoli oddychałem. Po sekundzie otworzyłem oczy, przede mną stały wielkie drzwi z napisem "WSPOMNIENIA". Złapałem niepewnie za klamkę i stanowczo pchnąłem konstrukcję, która wydała przeraźliwy dźwięk i ukazała mi coś dziwnego. Przeszedłem przez próg i przede mną pojawiła się jedna chmura, która wyglądała zupełnie tak jak ta burzowa. Czyli to wszystko to moje wspomnienia?
- Pogmatwany jesteś, Jude! - usłyszałem głos Samford'a, dochodzący z tego "czegoś".
- Nieźle mnie podsumowałeś, stary. - szepnąłem sam do siebie.
Podskoczyłem wysoko jak tylko potrafiłem, aby dotknąć jej. Nim się oglądnąłem to coś wessało mnie do środka. Wirowałem przez chwilę, a potem wylądowałem w jakimś przypadkowym wspomnieniu.
"- Diana... kopę lat.
- Tak, spędzonych w świętym spokoju. - usiadłem obok niej.
- Dlaczego to zrobiłeś? - spojrzałem na nią jak na wariatkę. - Wiesz o czym mówię...
- Dan, posłuchaj. - złapał ją mocno za ręce. - To nie była moja decyzja... ja zawsze cię kochałem... i nadal kocham.
- Nie mów tak do mnie... to na mnie nie działa!
- Kochanie... Gdybym tego nie zrobił...
- To co? Twoja kariera piłkarza poszła na straty? Straciłbyś względu ojca i trenera? Ale w końcu straciłbyś uwielbienie dziewczyn? - zaczęła się nerwowo śmiać. - Chcesz mi powiedzieć, że właśnie w tamtej chwili... kariera była ważniejsza ode mnie?!
- Uspokój się, cholera. - warknąłem. "
Matko... jeszcze to pamiętam? Po tym spotkaniu czułem się strasznie, pewnie za chwilę zjawi się tu kuśtykający Axel i da mi w ryj. Zaśmiałem się pod nosem na samą myśl o tej bójce. Nigdy nie pomyślałbym, że mój największy wróg zostanie moim przyjacielem. Patrząc na to wszystko nawet jej nie przeprosiłem za to wszystko, tylko głupkowato się tłumaczyłem i dlatego wyszedłem na przegranej pozycji. Przed spotkaniem miałem wszystko poukładane w głowie, ale wszystkie myśli poprzewracały się kiedy ją zauważyłem. Była zupełnie inna można powiedzieć, że wyglądała na silniejszą psychicznie niż ja sam. Wtedy nasze wspólne chwile obijały się o moje uszy, byłem nią oszołomiony tak jak wtedy gdy ujrzałem ją na korytarzu. To co się stało później, nie tak miało wyglądać... Obejrzałem się za siebie i wtedy pojawiła się za mną wielka, czarna dziura, która mnie wciągnęła i wyrzuciła do kolejnego wspomnienia.
"- Jude, czym zawdzięczam sobie to spotkanie? - obrócił się na swoim skórzanym krześle.
- I jeszcze się pan pyta? - wrzasnąłem, pokazując na boisko. - Co to ma być?
- Ach, tak to... - był niewzruszony. - To miała być mała niespodzianka.
- Mogłeś ich zabić do cholery.
- Bez tego nie miałbym pewności. - stwierdził, cmokając niesmacznie ustami.
- Przecież dalibyśmy..
- Potrafiłbyś obiecać to zwycięstwo? - nie miałem na to odpowiedzi. - No właśnie, nie.
- Nie za taką cenę!
- To jest nie fair! - krzyknął Joe, a wraz z nim cała drużyna.
- O widzę, bunt. - zaśmiał się. - A zresztą nie potrzebuję was... "
Zacisnąłem pięści ponieważ sama myśl o tym człowieku doprowadzała mnie do szału. Dziwi mnie to, że akurat to wspomnienie się tutaj pojawiło chociaż nie chciałem tego pamiętać, a jednak mój mózg wyrył to wspomnienie. To całe gówno zapoczątkował właśnie Dark. W momencie gdy praktycznie wskazywało na jego winę nie wyglądał na zaskoczonego a nawet wtedy kiedy jego plan się walił w gruzach. Pan Dark był zawsze pewny siebie a swoje niepowodzenia zwalał na innych. To wszystko przez ciebie, Dark - szepnąłem do siebie. Gdybym tylko nie przestąpił progu tej placówki wszystko byłoby umiarkowanie. Za pewnie nadal byłbym sobą, spełniał marzenia z piłką, miał dobry kontakt z siostrą, zakochałbym się w Dianie ponownie i nigdy nie skrzywdził. Ale nie ma już żadnego g d y b y... Te wstrętne rzeczy są nie do odwrócenia. To całe zło, które wyrządziłem odbija się echem na mojej psychice a wszystko dzięki ukochanemu trenerowi, mentorowi, który miał każdemu z nas zaproponować świetlaną przyszłość. A dzięki niemu zapewnia nam ciepłe miejsce w więzieniu lub w trumnie - kłamstwo, kłamstwo i jeszcze raz k ł a m s t w o. Ponownie pojawiła się znajoma mi czarna dziura, która pociągnęła mnie i ponownie wylądowałem w jakimś wspomnieniu.
" - To nie ma sensu, Mark. - mruczę pod nosem.
- Stary, oczywiście, że ma! - podszedł do mnie i popatrzył mi głęboko w oczy. - Czy nie chciałeś grać fair?
- Skąd ty...
- Czytam ci w myślach Sharp. - pokiwał na moje zdziwienie głową. - A teraz... przestań się mazgaić i rozegrajmy ten mecz jak prawdziwi piłkarze.
Jest dokładnie taki sam jak mój ojciec. Za dzieciaka, za każdym razem jak grałem z nim w piłkę, często upadałem to on mówił mi zawsze "przestań się mazgaić" .
- Panie Kahaiti czy zostanie pan naszym trenerem? - słyszę za sobą głos King'a.
Asystent naszego trenera niepewnie kiwa twierdząco głową.
- No to co... - zączał trzeć ręce z podekscytowania.- Dajmy sobie kilka minut przerwy i równo o 16 zagramy mecz, co ty na to? - Wyciągnął do mnie rękę, a ja uścisnąłem ją pewnie.
- Zniszczę cię Evans.
- Nie mogę się doczekać, Sharp. - odparł, udając się w stronę wyjścia."
Ponownie pojawił się na mojej twarzy uśmiech. Spodziewałem się, że właśnie ta postać prędzej czy później zjawi się w mojej głowie, a wspomnienia go przywołają. Od wtedy zacząłem grać w piłkę tak jak chciałem - bez żadnych ograniczeń a przy okazji odzyskałem dawnego siebie oraz zaufanie mojej siostry. A wszystko to dzięki mojej nowej motywacji, którą widziałem właśnie w tym człowieku - w Marku Evansie. Od tego czasu poczułem, że ten człowiek zmieni moje życie a co więcej będzie w nim aktywnie uczestniczył. I nie myliłem się - odmienił mnie i sprawił, że stałem się nie tylko sobą ale też dobrym człowiekiem. Zyskałem przez to nowe życie i czystą kartę ale... czy znowu wrócę? Jeśli tak ma wyglądać niebo to chyba się w nim znalazłem więc wydaje mi się, że to koniec. Ponownie czarna dziura tym razem odrobinę mniejsza od pop.
"- Spodziewałem się ciebie, panie Blaze. - odparłem, powoli się odwracając.
- Czy coś jest nie tak?
- Wszystko jest okej. - sapnąłem, wkładając ręce do kieszeni.
- Ach, tak? Dobrze wiem, że przeżywasz bardzo mocno ostatni mecz.
- Co ty wiesz... możesz sobie tylko wyobrażać...
- Jesteś roztrzęsiony, tylko tego nie chcesz pokazać.
- Sherlock Holmes. - zacząłem klaskać jego inteligencji. - Tak jest, właśnie przez tą głupią piłkę, straciłem wszystko... Dianę, Celię, przyjaciół
- Ej, ej, ej... - przerwał mi. - To nie jest wina piłki. Jeżeli dobrze pamiętam, to Diana odeszła dlatego, że byłeś kompletnym dupkiem wobec niej.
- Jakbym tego nie wiedział. - przewróciłem oczami na jego słowa.
- A twoi przyjaciele nadal z tobą są. - nadal kontynuował. -Dobrze wiedzą, że nie mogłeś z powodu nogi...
- Ciekawe kto jest przyczyną tego wszystkiego, co?
- To ci mogę przyznać... Ale co do tamtego tematu, twoi przyjaciele doskonale cię znają, wiedzieli o twojej kontuzji i o tym, że byłeś dupkiem.
- Wow... nie spodziewałem się tego z twoich ust, Axel.
- Czy to prawda, że się zmieniłeś?
- A ty co o tym myślisz?
- Sam nie wiem co o tym sądzić. - podrapał się po głowie. - Ale skoro Mark ci zaufał, musiało się coś zmienić... Może, czas przejść na jego stronę?
- Czy ja wiem... - kopnął w moją stronę piłkę tak mocno jak potrafił.
Dogoniłem najszybciej jak potrafiłem i wykopałem w jego stronę, przy czym wydałem z siebie jęk boleści, gdyż odebrałem ten strzał kontuzjowaną nogą. Piłka poleciała wysoko, a Axel wzbił się aż do nieba i wykonał OGNISTE TORNADO. Piłka wylądowała gdzie indziej, przez ten wykop wyparowało z niej całe powietrze.
- Może dołączysz do Evans'a... - sapnął, wycierając z twarzy pot. - Pokaż swoim przyjaciołom jak ci zależy na nich i na piłce."
I pojawia się i on, Axel Blaze. Po tym właśnie spotkaniu dołączyłem do teamu Evansa przy czym zdobyłem nowych przyjaciół. Może nie tak szybko, ale też nie oczekiwałem od nich jakichkolwiek zrozumienia tym bardziej od kogoś kto połamał nie jedne żebra w Inazumie. Ale z czasem przyzwyczaili się mimo tego, nie było ze mną dobrze. Z jednej strony - super, gram nadal w turnieju a z drugiej wyglądało na to, że olałem swoich najlepszych przyjaciół z Akademii. Byłem wtedy zagubiony i zdezorientowany. I właśnie teraz stało się coś dziwnego, gdy popatrzyłem w prawą stronę już nie było czarnej dziury. Tym razem to był fragment tej cholernej ciemniej uliczki obok kawiarni.
"- Kto tam jest? - krzyknął, rozglądając się wokół. - Słyszałem kroki!
- Ty. - odparł stanowczo King.
kradkiem zauważyłem jak Joe ze swojej bluzy wyciąga pistolet.
- Odstaw to. - zażądałem zdecydowanie. - Proszę..
- Dlaczego? Trzeba cię usunąć stąd! - krzyczał Joe, a jego ręka drżała. - To przez ciebie! Ten cały koszmar! Opuściłeś nas!
- To nie tak jak myślisz... - zacząłem się jąkać przy czym powoli się wycofując.
I wtedy Joe zwolnił palec ze spustu i trafił we mnie. A ja zdezorientowany upadłem na ziemię tymczasem z mojego brzucha sączyła się krew. Joe podszedł do mnie i gdy zobaczył czerwoną plamę szybko się zmył, chwilę potem zjawiła się przy mnie Diana.
- Dianka nie chce umierać! - wrzasnąłem, łapiąc ją za rękę.
- Cicho...
- Gdzie jest Joe? - wymamrotałem, a moje oczy powoli się zamykały. - Nie znikaj Dan....
- Jude... za wszelką cenę nie zasypiaj i nie zamykaj oczu! - klepnęła mnie w twarz, a ja ledwo otworzyłem powieki.
- Nie wiem czy dam radę... - uśmiechnąłem się blado, po czym zacząłem kaszleć. - ...ale spróbuję.
- Dzwonię po pogotowie... trzymaj się. - złapała mnie mocno za rękę. - Jestem tutaj przy tobie i zawsze będę."
To wspomnienie było najnowsze i najbardziej bolesne. Na samą myśl pojawia się w mojej duszy ból.. Na samą myśl o tym mam ochotę wymazać to ze swojej pamięci, gdy byłem pogrążony w swojej melancholii ponownie zjawiła się Diana.
- No chodź, Jude!
- Gdzie ty mnie prowadzisz?
- Nie mamy czasu! - usłyszałem jej głos i zobaczyłem tą roześmianą twarz. - To nasza ostatnia szansa.
Chwyciłem mocno jej rękę i zamknąłem oczy.
* Diana's POV *
♫
Pewnie zapytacie jak minęły mi te sześć miesięcy? Otóż były one bez życia, przebyte w bezsilności i w kompletnym braku nadziei. Tymczasem w mojej głowie jest wielki bałagan, którego sama nie umiem poskładać. I tak już od godziny trzynastej siedzę w swoim łóżku, w za dużej piżamie i potarganych włosach, a na mojej twarzy pojawiły się wielkie wory pod oczami. Przez ten cały czas jedyne co robiła to patrzyłam w swoją ścianę. Te wszystkie wydarzenia sprowadziły mnie do właśnie do tego stanu - do paraliżu. Nic nie potrafię zrobić by zmienić moją marność a co więcej cokolwiek bym nie zrobiła to i tak nie mogę odwrócić biegu historii. Jedyne co robię to przeglądam nasze stare zdjęcia, krótkie filmiki w mojej galerii i przy tym płaczę. Lecz dziś postanowiłam się podnieść z mojego wyrka. Sama nie wiem co mnie do tego skłoniło, ale musiało mieć potężnego kopa. Krokiem zombie podążyłam więc do łazienki, a tam wzięłam porządny, ciepły prysznic a potem wyczesałam pokołtunione włosy i oczywiście pomalowałam się. A następnie ubrałam się i udałam się na dół. Na schodach spostrzegłam swoją mamę, która jak zwykle krzątała w kuchni. Teraz do mnie dotarło jak szybko nasz kontakt się urwał, dobre relacje z mamą trwały do Strefy Footballu, a teraz? Gdyby tylko ona wiedziała co się teraz dzieję w naszych życiach... To nawet nie chodzi o kontakt z rodziną, moje wszystkie przyjaźnie zmniejszyły się do zwykłego "hej" na ulicy. Niektórzy tacy jak Max, uciekają z tego miejsca aby po prostu odciąć się od tego. Najchętniej bym to zrobiła, ale drugi raz tego nie zrobię. Nawet mój bart, który niegdyś był dla mnie przyjaciel aktualnie bawi się po clubach, zapija się w trzy dupy i nocuje w hotelach - oczywiście, nie robi tego sam. Dzielnie pomaga mu w tym Eric, który był jedynym z naszych optymistów. Wszystko się zmieniło, gdy okazało się że jego comiesięczne badania stały się słabe, a na dodatek napędzały wieczne kłótnie z Silvią. Żaden z nich już się nie uśmiecha tak jak na nas początku, gdyż nasza grupa optymistów bawi się po clubach i zapomina o problemach - ale tylko na chwilę, t y l k o n a c h w i l ę. Weszłam cicho do kuchni i usiadłam przy stole, podparłam rękami podbródek i obserwowałam każdy jej ruch. Po chwili podeszła do mnie z talerzem na którym leżał omlet z owocami oraz szklanką soku pomarańczowego. Nawet nie spojrzała na mnie tylko podeszła do zlewu i głęboko westchnęła.
- Czy tak to będzie wyglądać? - spytała, patrząc mi w oczy.
- Nie planowałam tego... - urwałam, wzruszając ramionami.
- Gdzie podziała się nasza rodzina, Diano? - sapnęła, czyszcząc szklankę po kawie.
- Sama chciałabym wiedzieć, mamo. - sapnęłam, biorąc kawałek omleta na widelec.
- Diana. - nagle do mnie podeszła i spojrzała na mnie uważnie. - Powiedz co się dzieję?
- Sama tego nie rozumiem. - urwałam niepewnie.
- Czy w końcu tym domu usłyszę prawdę? - uderzyła ręką o blat stołu tak mocno, że szklanka z sokiem zadrżała. - Nie chcę wymówek.
- Nie mogę ci powiedzieć o tym, zrozum mamo...
- A Mark? - spojrzała na mnie rozżalona. - Co on do cholery wyprawia ze swoim życiem?
- Marnuje je. - mruknęłam.
- Musisz wiedzieć coś więcej! - usiadła na przeciw mnie i spojrzała się prosto w moje oczy.
Ten wzrok świdrował mnie od środka, moja matka próbowała mnie przyprzeć do ściany i jak na razie udawało jej się to świetnie.
- Mark ma trudny okres w swoim życiu. - odparłam, patrząc w jej oczy. - Jak każdy z nas.
- I?
- Nic nie wiem o tym co robi, gdzie jest... - sapnęłam, łapiąc mnie za rękę.
- Proszę cię... powiedz mi co się dzieję. - odparła, ściskając moją rękę.
- Chcesz wiedzieć? - pokiwała głową. - Okej, ale to jest twoja sprawa jak to przyjmiesz.
- Do rzeczy Diana. - ucięła szybko.
- Zacznijmy od tego, że jak sama wiesz nasza szkoła spłonęła... - urwałam niepewnie. - I od tego wszystkiego rzeczy zaczęły się srać.
- Uważaj na język, młoda damo.
- Okazało się, że Axel zamieszany jest w szemrane interesy z mafią. - spojrzała na mnie zdziwiona. - Akademia Królewska to legowisku ćpunów i właśnie dzięki temu Jude leży w śpiączce farmakologicznej w naszym szpitalu.
- Jak ty się z tym trzymasz? - złapała mnie za rękę. - Ty i Axel byliście ze sobą blisko..
- Jest źle i to bardzo. - stwierdziłam fakty.
- O matko. - westchnęła, po wysłuchaniu całej mojej historii. - A ja nic nie wiedziałam.... czy to moja wina?
- To nie twoja wina mamo... - jęknęłam, próbując powstrzymując łzy.
Wyglądała na zdezorientowaną, zagubioną i bezsilną.
- Jesteśmy aż tacy źli. - stwierdziła. - Zaniedbywaliśmy was, nie rozmawialiśmy i byliśmy obojętni na wasze apokalipsy. - sapnęła przy tym płacząc.
Szybko ją do siebie przytuliłam.
- A co do Marka... - odparłam, patrząc przestraszona w jej stronę.
- Co z nim?
- Przez to wszystko załamał się i prawdopodobnie pije kolejny kieliszek wódki.
- Słucham?
- Chciałaś całej prawdy, mamo. - jęknęłam.
- Zwariuje z wami. - odparła, po czym stanowczo dodała. - Powiem tylko jedno... ta sytuacja się poprawi i moja w tym głowa.
- Jesteś tego pewna?
- Tak kochanie. - odparła, całując mnie w czoło.
Nagle poczułam wibracje w mojej kieszeni i na ekranie pojawił mi się numer Bobby'ego.
- Diana, mam sprawę.
- Czego chcesz?
- Nie tym tonem, Diana.
- Kim tym jesteś by mnie pouczać?
- Twoim przyjacielem.
- Co jest tak pilne, że do mnie dzwonisz?
- Musisz być w szpitalu, najlepiej teraz.
- Ale...
- Nie mam czasu na opowiadanka, po prostu tu bądź.
- Czy Jude...
- Zbieraj się i przy okazji.. zaalarmuj resztę.
- Bobby, cholera!
- Spotkamy się na miejscu, a teraz na prawdę muszę kończyć.
- Trzymaj się...
- Ty też.
Po tym telefonie szybko ubrałam płaszcz i moje trampki. Ucałowałam mamę w policzek i podążyłam w stronę szpitala. Wiedziałam, że jeśli pójdę normalną, główną drogą do szpitala to mogę być zdecydowanie za późno. A zwłaszcza gdy chodzi o życie największego dupka na świecie, Juda. Zdecydowałam się więc na skrót koło kawiarni weszłam w tą ciemna uliczkę i modliłam się by nic mi się nie stało. Gdy byłam już bliżej przystanku wysłałam wszystkim wiadomość grupową.
do INAZUMA ELEVEN: Musicie przyjść do szpitala, chodzi o Juda - odbiór.
Gdy chowałam telefon z daleka zobaczyłam znaną mi twarz. To był Carson, który miał na sobie plecak i głowę spuszczoną w dół. Krzyknęłam za nim, on widząc mnie zaczął biec w moją stronę. Wpadliśmy sobie w objęcia, a ja z tych wszystkich nerwów zaczęłam płakać.
- Widziałem wiadomość.... co jest grane? - spytał strapiony, ocierając moje łzy.
- Musisz iść ze mną... - jęknęłam, próbując się uspokoić.
- Ale najpierw uspokój się, no już... - odparł, przyciskając mnie mocniej do siebie.
- Nie mogę...
- Chodzi o Juda? - spojrzał w moje oczy. - Nie mów, że..
- Max wiem tyle co ty.... czyli blade nic. - odparłam, wzruszając ramionami. - Bobby dosłownie przed chwilą do mnie dzwonił i kazał każdego z was powiadomić, musimy być wszyscy szpitalu.
- Ja nie mogę tam iść. - uciął szybko.
- Dlaczego?
- Zamiast tutaj być i cię wspierać to uciekłem. - sapnął, drapiąc się po karku. - Przepraszam, że cię zawiodłem.
- Ale...- Nie.. to co zrobiłem to tchórzostwo! - wrzasnął, wymachując rękami. - Nie powinienem się tam pokazywać.
- Uspokój się! - krzyknęłam, a chłopak się zawstydził. - W pełni wystarczają mi własne nerwy.
- Ja... - urwał niepewnie. - ...nie chciałem na ciebie na krzyczeć.
- Spójrz na mnie Max. - chłopak nieśmiale skierował wzrok na mnie. - To co zrobiłeś było w pełni zrozumiałe, każdy z nas by uciekł z tego przeklętego miasta.
- Ale...
- Nawet sobie nie wmawiaj, że przez to Jude nie chciałby byś przy nim był. - jęknęłam, ponownie płacząc. - Nawet jeśli byłby to jego koniec...
- Nie mów tak.... - odparł, łapiąc mnie za rękę. - Nie traćmy czasu, chodźmy.
Gdy byliśmy już na parkingu szpitala mój telefon ponownie zaczął wibrować, tym razem to był Mark.
- Diana co to za wiadomości?
- Słuchaj gnojku.
- Stęskniłaś się za braciszkiem... ciebie też miło słyszeć.
- Nie wiem jaka gruba impreza się szykuje... ale masz ją odwołać.
- Mają darmową gorzałkę, sis!
- Ja teraz mówię ciućmoku!
- Dajesz... oto twoje pięć minut.
- Chodzi o Jude więc proszę nie spapraj tego.
- Jaja sobie robisz?
- Masz w tej chwili przyjechać do szpitala!
- Diana czy mogę chociaż jednego wlać na odwagę?
- Nie ma mowy.
- Ale..
- Po tym wszystkim niezależnie jak to się skończy... masz skończyć z tym wszystkim.
- I mam się zgodzić na te warunki, ponieważ?
- Nie masz wyboru i tak już masz na pieńku z matką z którą swoją drogą masz porozmawiać.
- Ona wie?
- Powiedziałam jej o wszystkim i wygląda na to, że wie wszystko.
- Niech cię, Diana!
- Przestań udawać samolubnego gówniarza i weź się w garść.
- Skoro tak stawiasz sprawę to... zaraz tam będę tylko muszę poszukać Erica...
- To już nie moja sprawa.... po prostu postaraj się tutaj być jak najszybciej.
- Kocham cię, siostro.
- Ja ciebie też.
* Mark's POV *
♫
" - Musicie wyjechać. - odparł, przecierając talerz.
- Jak to? Teraz? - sapnąłem zaniepokojony.
- Posłuchaj tu chodzi o coś wielkiego. - odrzekł, obracając się w moją stronę. - Otóż nie tylko nasza szkoła została spalona.
- Chce pan powiedzieć, że...
- Szykują następnym atak. - uciął szybko. - Od swojego informatora wiem, że ich celem będzie Wellington.
- Co dalej?
- Potrzebują was.
- Teraz? - spojrzałem na niego znacząco. - Nasz club praktycznie się rozpadł tylko zachowujemy pozory.
- Musisz znaleźć jakiś sposób aby ich podeprzeć na duchu. Stracili lidera. - odparł, spoglądając na mnie.
- Jude jest w śpiączce już od bardzo dawna, niespełna dwa tygodnie minęły odkąd Axel się zmył i pan sądzi, że da się to jakoś naprawić?
- Warto spróbować. - odparł, przecierając talerz.
- Ich psychika jest tak nadszarpnięta, że nie da jej się z powrotem zaszyć od tak.- odparłem, przecierając twarz ręką. - Przez to wszystko zaczęliśmy się po protu mijać na ulicy, inni uciekli.
- Brzmi jakbyś się całkowicie poddał, a to nie leży w naturze Evansów. - sapnął, przypatrując mi się.
- Przepraszam za to, że nie jestem taki jak mój dziadek. - klasnąłem w dłonie.
- Myślisz, że twój dziadek zawsze był taki zdeterminowany? - zaśmiał mi się w twarz. - Jesteśmy ludźmi, każdemu zdarzy się chwila słabości. Od nas zależy czy będziemy w nie tkwić czy też się z wydostaniemy.
- Musisz być silny?
- Ale... jak?
- Wiem że potrafisz. "
Po tym spotkaniu czułem się gotów do działania tak jakby dawny Mark wrócił na rejony. Jednak nadal tkwił we mnie ogromny strach przed zrobieniem kroku na przód. Jak ja mam to zrobić? Przez to wszystko aby zapomnieć zacząłem chodzić na jakieś imprezy i zapijać swoje smutki w alkoholu. Nie byłem w tym sam, Eric był moim wiernym kompanem. Wspominałem wam o wspaniałych związkach? A raczej ich braku? Wszystko się wypaliło - ja i Nelly oddaliliśmy się na tyle, że nawet już jej nie widuje na mieście. Bobby i Celia się od siebie odseparowali się od miasta i ludzi, a Eric nieustannie kłóci się Silvią o stan jego zdrowia na którego chłopak nie ma wpływu. Już nie jest jak dawniej, kochani. Zdyszany stanąłem na chwilę - jak widać nie tylko moja wiara w lepsze jutro osłabła ale też i moja forma osłabła, nie dziwi mnie to. Już od paru ładnych miesięcy nie kopałem piłki i nie ganiałem jak głupi po boisku. Ale teraz nie mam ochoty na nic oprócz balowania i zapijania się do nieprzytomności. Spojrzałem na telefon SMS-a od Eric'a i jedna wiadomość od grupowego czatu. Szybko odczytałem pierwszą wiadomość.
od EAGLEEE: Stary, gruba akcja! Wbijaj na kawiarnię!
Złapałem się za głowę, gdyż przeczuwałem co się wydarzy. Jeśli on zrobi jakąś głupotę a zwłaszcza w lokalu naszego trenera to wtedy mogę się liczyć z wielkimi konsekwencjami. Podążyłem pośpiesznie w stronę lokalu. W między czasie na wyświetlaczu pojawiła się kolejna wiadomość.
od INAZUMA ELEVEN: Musicie przyjść do szpitala, chodzi o Juda - odbiór.
Po przeczytaniu tej wiadomości wykręciłem numer Dan.
- Diana co to za wiadomości?
- Słuchaj gnojku.
- Stęskniłaś się za braciszkiem... ciebie też miło słyszeć.
- Nie wiem jaka gruba impreza się szykuje... ale masz ją odwołać.
- Mają darmową gorzałkę, sis!
- Ja teraz mówię ciućmoku!
- Dajesz... oto twoje pięć minut.
- Chodzi o Jude więc proszę nie spapraj tego.
- Jaja sobie robisz?
- Masz w tej chwili przyjechać do szpitala!
- Diana czy mogę chociaż jednego wlać na odwagę?
- Nie ma mowy.
- Ale..
- Po tym wszystkim niezależnie jak to się skończy... masz skończyć z tym wszystkim.
- I mam się zgodzić na te warunki, ponieważ?
- Nie masz wyboru i tak już masz na pieńku z matką z którą swoją drogą masz porozmawiać.
- Ona wie?
- Powiedziałam jej o wszystkim i wygląda na to, że wie wszystko.
- Niech cię, Diana!
- Przestań udawać samolubnego gówniarza i weź się w garść.
- Skoro tak stawiasz sprawę to... zaraz tam będę tylko muszę poszukać Erica...
- To już nie moja sprawa.... po prostu postaraj się tutaj być jak najszybciej.
- Kocham cię, siostro.
- Ja ciebie też.
Po tym telefonie zacząłem biec jak szalony. Wiedziałem, że teraz nie mogłem zwolnić a zwłaszcza w takiej sytuacji jak ta. Otworzyłem z zamachem drzwi i wyciągnąłem za kaptur Erica.
- Stary, jesteś jakiś niespokojny dziś. - stwierdził, patrząc na mnie.
- Co ty nie powiesz. - spojrzałem na niego rozdrażnionym wzrokiem.
- Właśnie wyciągasz mnie z najlepszej biby cały w piórkach i ja się pytam.... - klasnął w dłonie. - Na co?
- Potem ci powiem. - uciąłem i zacząłem przyśpieszać kroku.
Nawet nie zauważyłem, że jesteśmy już na parkingu szpitalnym.
- O-oo... teraz rozumiem! - sapnął, klaszcząc dłonie.
- Czas poznać wyrok, mój przyjacielu. - odparłem i wtedy pewnym krokiem przekroczyliśmy progi budynku.