poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział:3

" Wszyscy są pod wrażeniem nawet pan Sharp. Obroniłem to. Szybko rzucam to w stronę Axel'a,a ten stosuje swoje OGNISTE TORNADO i tym samym strzela gola 20:1 
- Królewscy ogłaszają, że mecz oddają walkowerem.
- MY... WYGRALIŚMY!? - krzyczę na cały regulator.
Niestety  nie widzę pośród zawodników Axel'a. Zniknął. Zastanawiam się, dlaczego w ogóle nam pomógł... "

* No One's POV * 


Pierwsza wygrana naszej drużyny obeszła wszystkich ze szkoły w Inazumie. Jak widać, młody Evans tworzy historię na nowo. Szok po tej właśnie wygranej Raimon'a powoli opadł między mieszkańcami Inazumy.  Nasi zawodnicy przemykając to miastem, to szkołą zwracają na siebie ogromną uwagę. Jednak myśli tych chłopców zajmowało zupełnie coś innego. Widząc strzał Blaze'a, pragnęli być tak doskonali jak on. Najwidoczniej stał się dla nich inspiracją do zrobienia kroku w przód i przyłożenia się ciężej do swych treningów. W skrócie do zmienienia siebie. Mark jak każdy  uczeń z wspomnianej wcześniej szkoły, jak zwykle udał się do szkoły. Na prawie każdej lekcji zachwalano jego i ekipę, jednak najczęściej to właśnie brunet odbierał zaszczytny tytuł - fenomenalny. Powiedzmy to sobie szczerze, Mark nie był popularny w szkole. Jednak od tamtego dnia sporo się zmieniło. Co raz większe zainteresowanie dziewczyn zwracał swoją osobą. Nie robiło to na nim najmniejszego wrażenia, choć trochę mu to schlebiało. Chłopcy z Raimon'a, po szkole (jak co dzień) udali się do swojego domku klubowego. Tym razem, zebrali się  aby omówić coś bardzo ważnego. Nie wiedzieli jednak, że ktoś również chciał wiedzieć o czym będą rozmawiać.

* Mark's POV *


Jestem zadowolony z siebie, jak i z chłopaków. To niewiarygodne jak ten mecz zmienił zupełnie ich myślenie. Właściwie większość uwagi skupiona jest na Axel'u.  Nie dziwi mnie to, w końcu uratował nas niczym jak Batman niewiastę w niebezpieczeństwie. Został ich ideałem do którego chcą dążyć. Przyznam, że z początku trochę kuło mnie to, że tak szybko znaleźli sobie kogoś innego do uwielbienia. Ale jeśli to ma im pomóc, to niech się dzieje to co ma się dziać. Dzisiaj zebraliśmy się w naszym domku, aby omówić parę kwestii dotyczących zespołu.
- A więc, po meczu z Królewskimi zauważyłem w naszej grze słabe strony.. - urwałem, rozkładając tablicę
- Wiadomo, że chodzi o naszą wytrzymałość i siłę. - sapnął Max, wzrok wszystkich zwrócił się na jego osobę. - Oczywiście bez urazy ziomeczki..
- A więc? - ponaglił mnie Todd.
- A tak.... Zgadzam się z Max'em, chodzi o wytrzymałość i siłę. Dlatego też zasięgnąłem wiedzy od mojego dziadka..  - powiedziałem, pokazując na tablicę. - I oto jaką taktykę obmyśliłem.
Wpadli w osłupienie patrząc na zabazgraną tablicę.
- Och, dlaczego nie jestem napastnikiem?! - pisnął niezadowolony  Willy.
- Glass, proszę cię. Uciekłeś gdzie pieprz rośnie podczas meczu.... Jak ty sobie wyobrażasz siebie stojąc na tej właśnie pozycji? - odparł lekko poirytowany Steve.
- To co zrobiłem to... było strategiczne wycofanie się. - jęknął na swoją obronę.
Każdy słysząc to palnął się otwartą ręką w czoło. Jak widać, niektórzy mają zbyt duże mniemanie o swoich umiejętnościach.
- Kapitanie, dlaczego nie ma z nami Axel'a? - spytał zdezorientowany, rudowłosy Sam.
- Właśnie... - odezwał się jeszcze Timmy, który oderwał oczy od swojego komiksu.
- Kapitanie... Gdyby nie on, nie wygralibyśmy. Żaden z nas, nawet na chwilę nie mógł mieć piłki przy nodze... a co dopiero strzelić gola! - powiedział struty Jack. 
Kątem oka zobaczyłem jak Kevin nerwowo patrzy na wszystkich w domku. Jest naszym jedynym napastnikiem. Wszyscy wokół mówią o Axelu, natomiast nic nie powiedzą o nim. No tak.. on nawet bramki nie zdobył. Zacisnął pięści.
- Bo źle rozegraliśmy ten mecz.! Ciągle tylko AXEL tamto i ciągle słyszę to cholerne imię AXEL. Ja jestem napastnikiem Raimon! On nawet nie należy do naszej drużyny. Widzicie go gdzieś tu!? - krzyknął nabuzowany Kevin.
W tej chwili do domku weszła Silvia wraz z Nelly. Jeszcze ona się napatoczyła.... mamy tutaj nerwową atmosferę, nie potrzeba nam więcej.
- Co tu tak śmierdzi? - powiedziała, zatykając nos.
- Co ona tu robi?! - krzyknął nadal mocno zbulwersowanyKevin.
- Chcę wam coś powiedzieć... Wasz klub zagra kolejny mecz. Waszym przeciwnikiem będzie liceum Czarnej Magii. Ale pamiętajcie...
- Tak, tak.. usuniesz nasz club, rozumiem. - dokończyłem ten sam tekst, którym nas obdarowywała od lat.
- Ale jeśli wygracie... umożliwię wam udział w Strefie Football'u.
- Że co? - krzyknąłem oszołomiony.
To było marzenie dziadka, stało się i moim. Ten turniej kiedyś był dla mnie złudzeniem, a teraz jest na wyciągnięcie ręki. To jeszcze bardziej mnie motywuje do działania, do treningu. Nie czekając, udaliśmy się na boisko. Każdy starał się ze swoich sił. Po kilku godzinach, usiadłem na trawie i położyłem się obok zalanego potem Steve'a. Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się chwilę w niebo. Boje się, tak szybko pojawiają się takie możliwości i tak wielkie zmiany w moim życiu. Przyznam, że próbuje się przekonać, że sami damy rady. Jednak bez Axel'a mecz z Królewskimi okazałby się klęską. Usłyszałem krzyk, podniosłem się i zauważyłem jak Dragonfly szarpał się o piłkę z innymi. Z furią oddawał strzały, które nie były celne. Powinienem z nim porozmawiać, natychmiast. 
- Kevin.. tobie wystarczy. - urwałem, łapiąc go za ramię.
- Mark... zwariowałeś? Widziałeś co się dzieje? - odarł, kopiąc piłkę w słupek. - Niech to. 
- Musisz się ogarnąć. To co robisz, to nie trening... Zrób sobie przerwę.. Chodź. - powiedziałem, a ten udał się za mną na ławkę. 
- Kapitanie...nie wiem czy to ma sens.. Ja i ten zespół.. 
- Kevin, nie zaczynaj. Ten club nie nosi imienia Axel, w zespole jest 11 zawodników. Jesteś nam potrzebny, w końcu jesteś naszym napastnikiem. - poklepałem go po plecach krzepiąco.
W między czasie Silvia siedziała na drugiej ławce. Doglądała nas, w końcu taka rola managerki. Kątem oka, zauważyłem, że rozmawia z ta dziennikarką, Celia. Nagle na ich twarzach pojawiła konsternacja. Gestem ręki przywołała cały zespół do siebie.
- Plotki, ploteczki? - zagadałem, a szepty między nimi ucichły.
- Mogę wiedzieć o co chodzi? - wypalił Willy, poprawiając zaparowane okulary.
- Właśnie czytałam o waszym rywalu... - urwała, otwierając mały notesik. - Są pewne plotki na temat tej całej Akademii Czarnej Magii...
- Dajesz. - odrzekł Nathan, opierając się o moje ramie.
 - A więc... Mówiono, że podobno przed dzień meczu pewna drużyna się strasznie się rozchorowała. - powiedziała trochę zatrwożona Celia.
Prychnąłem. Co to za bzdury. Oglądałem Harrego Pottera, wiem na czym polega magia... Ale, to był tylko film. Nikt nie ma takich mocy, a szczególnie jakieś ciemne typki.
- Przecież to normalne... Mogli złapać jakiegoś wirusa. - odparłem racjonalnie
- Mark... to poważna sprawa! - krzyknęła ostrzegawczo Silvia.
Nigdy, prze nigdy nie uwierzę w jakieś głupie plotki. Zapewne to wszystko jest wyssane z palca, a ludzie biorą to na poważnie. Rozumiem troskę Woods, ale nie trzeba robić niepotrzebnego strachu i stresu przed ważnym meczem.
- Tak nie wszystko... - urwała Celia, przewracając kartkę. - Podobn przed spotkaniem wieje wiatr dopóki, nie odwoła się meczu z nimi... Albo to, że podczas gry przeciwnikowi kamieniują nogi.... 
- Muszę siusiu. - krzyknął przerażony Jack, kierując się w stronę pobliskiego kibelka.
- Może zadzwonimy do Axel'a? - jęknął Todd, obgryzając paznokcie.
- Ja się cykam. - pisnął Sam.
- Wrr... Jeszcze raz wypowiecie jego imię... a daję słowo... - warknął groźnie Kevin.
- No właśnie tylko AXEL i AXEL, zupełnie jakby tylko on był w drużynie... - urwał Steve, zdając sobie, że stąpa po kruchej ziemi.
- Nie pomagasz Steve. 
- Nie kupuję tego... A ty kapitanie? - spytał Sam.
- To jakieś głupie pomówienia. Nie wierzcie w to.. przez takie nastawienie możemy zaprzepaścić naszą, jedyną szansę na udział w turnieju... 
A my wygramy ten mecz, jestem tego pewny. A potem, zagramy w Strefie Football'u choćby nie wiem co! 
- Strefa Football'u czeka! - krzyknąłem głośno, podnosząc pięść triumfalnie.
W domu od tych paru dni jestem gościem. Tak było i dziś, zjadłem obiad i niezwłocznie udałem się na mój indywidualny trening z oponą. Czas na coś nowego. Może się wydawać, że to za szybko.. Ale, obawiam się, że BOSKA RĘKA może nie wystarczy na tych gości. Liczę również, że chłopaki przyłożą się do gry. Zauważyłem, że w moją stronę szedł Swift. I już chciałem krzyknąć coś na powitanie,  ale w tym momencie dostałem oponą. Idzie się przyzwyczaić z takim bólem, na prawdę. Usiadłem na ziemi, a on koło mnie.
- Jesteś strasznie uparty, Evans. Mówiłem ci coś o tym. - powiedział Nathan, podając mi wodę do ręki.
Zaczerpnąłem spory łyk wody i położyłem butelkę obok siebie.
- Nie martw się, ten ból to pikuś w porównaniu z tą całą Akademią.. - sapnąłem, przecierając twarz ręką.
- A no tak... te "magiczne duszki" - odparł, podnosząc śmiesznie brwi. - Nie ma co... wygramy.
- Nie boisz się? - spytałem, patrząc na niego.
- Stary.. przeżyłem większe gówna. Te czarodzieje to kropla w morzu moich problemów! - zaśmiał się, łapiąc się za głowę.
- Podoba mi się to! A to zasługa... 
- Mark, jeśli mam być szczery... To ty powinieneś być tym, który podnosi ich na duchu. Pomyśl co czuje Kevin... 
" Dzięki, no po prostu dzięki drogi mózgu. Ta piłka namieszała mi w głowie."
Wstałem, patrząc w gwiazdy.
- Powiem im wtedy tak. "Jeśli myślicie, że obecność Axel'a sprawi iż będziemy silniejszy, to mylicie się. W meczu gra jedenastu zawodników, a nie jeden."

*  Kevin's POV  *

Nie wytrzymam. Prawie cały dzień poświęcam na mój trening, planuje strzał - masakrę, ale z taką celnością to na pewno nie wypali. Czuję się odrzucony przez wszystkich. Nie widzą jak się staram. Nawet Evans, który ostatnio buja w obłokach. Nie mam praktycznie nikogo komu mogę się wyżalić. Zapowiada się bardzo miła nocka na boisku. I tak jak powiedziałem, tak też zrobiłem. Słońce już dawno się schowało za horyzont, a niebo zmieniło barwę na granatową. A ja stoję na boisku, spocony, brudny, zmęczony i całkowicie zrezygnowany. Kopię na oślep, piłka jakby robiła mi na złość, trafiła w słupek. Wściekły, padam na ziemię i zamykam oczy.
- Kevin? - usłyszałem głos podobny do Max'a.
Otworzyłem oczy i usiadłem na ziemi, to był on. Stał i przyglądał się mojemu trupowi, bo takie emocje i uczucia mi towarzyszyły. Przez chwilę wahał się czy do mnie podejść, czy pójść w swoją stronę. Usłyszałem jak zsuwa się po górce, a jego kroki zbliżały się do mnie.
- Wstawaj.. - sapnął, podając mi dłoń.
Usiedliśmy na ławce, przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Muszę się do czegoś przyznać, między nim a mną stosunki nie wyglądały za dobrze. Odkąd pamiętam byłem agresywny i nadpobudliwy, czy to w domu czy to w szkole. Wchodząc do tej szkoły, od razu znalazłem sobie kumplów jak i swoje ofiary. Codziennie odbierałem czyjeś śniadanie, zadanie, a na koniec dnia moczyłem głowy w kiblu. Jedną z tych ofiar był właśnie Max, nigdy mu nie popuszczałem. I tak zamieniłem jego życie w piekło. Tylko ja wiem, dlaczego nosi kapelusze. Myślałem, że to będzie fajna zabawa, jeśli po wsadzeniu jego głowy w kibel, ogolę go na łyso. Jednak Nathan nas przyuważył i nie dokończyliśmy dzieła. Max chodził z wielką blizną na głowie, a mnie przypominał o niedokończonej sprawie. Wtedy moja mama wysłała mnie do terapeuty i wszystko się zmieniło, włącznie ze mną. Wstąpiłem do clubu piłkarskiego, by zapisać moją, nową, czystą kartkę.
- Ile czasu już tutaj jesteś? 
- Cały dzień... - urwałem, patrząc na niego. - Muszę się spiąć.. by grać jak najlepiej.
Spojrzał mi głęboko w oczy.
- Słuchaj Dragonfly... jesteś dupkiem. - westchnął głęboko. - Ale zasługujesz na to, by być docenionym.
- Żartujesz? 
- Powiem prościej. Ty jesteś z nami, on chodzi inną ścieżką. - odparł, klepiąc mnie po plecach.

* No One's POV *

Dziś Mark'owi wyjątkowo się nie spieszyło do domu. Przeważnie bywało tak, że śpiesząc się na obiad rozwalał wiele straganów z warzywami i owoc, nie patrząc gdzie go nogi niosą. Szatyn miał w planach wpaść do swojej ulubionej cukierni po małe co nie co, gdy ktoś zwrócił jego uwagę.  Był to Axel, który szedł po drugiej stronie. Zdziwiło go to, ponieważ nigdy nie widział go w tej części miasta. Udał się w ślad za blondynem. Niedaleko znajdował się szpital, widząc budynek bruneta ciekawość wzrosła. Axel właśnie wchodził do tego właśnie miejsca. Mark podążył za nim do środka. Będąc tam zaczął powoli się skradać, jednak był tak skoncentrowany na tej czynności, że przez co stracił Axel'a z oczu. Zagubiony nerwowo spoglądał na milion, srebrnych drzwi z różnymi imionami i nazwiskami. Dwoił się i troił, choć głupiutki Evans, nie widział, że właśnie za nim drzwi się otwierają a w nich stoi sam Blaze. Chłopak widząc tu blondyna momentalnie zbladł.
- Ty, tutaj? - spytał zaskoczony obecnością Marka Axel.
- No bo..
- Matko... powiedz mi, że to jakiś żart. Najpierw nękasz mnie tym swoim klubikiem, chodzę do szkoły z tobą i ciągle mi grasz na nerwy..
- To nie tak.. - jęknął brunet. - Widziałem cię na mieście i.. 
- Postanowiłeś, że dobrym pomysłem będzie śledzenie mnie? - warknął Blaze, wymachując rękami we wszystkie strony.
- Hola... ja tylko cię zobaczyłem na mieście... To nie miało tak wyglądać... - wydukał Mark. - Już sobie pójdę.
Westchnął głęboko Axel, a brunet obrócił się i już miał opuścić to pomieszczenie, jednak nie ruszył się z miejsca.
- A tak w ogóle to... kogo tu odwiedzasz?
- Młodszą siostrę.
- Kurka.. jak się tutaj znalazła?
- Wow, ty na prawdę nie dajesz za wygraną. Skoro tak ci na tym zależy... - westchnął blondyn, otwierając drzwi z napisem Julia Blaze. - Wchodź.
Gdy weszli do sali, Mark zobaczył małą, brązowowłosą dziewczynkę. Widok był druzgocący, mała była podpięta do wszelkich maszyn podtrzymujących jej życie, a jej klatka piersiowa ledwo się poruszała. Wtedy Axel opowiedział Mark'owi całą swoją historię. Poruszyło to serce Evans'a, ponieważ tak jak on ma młodszą siostrę. W wieku 5 lat została zdiagnozowana z anemią sierpowatą. Był to wielki cios dla rodziny, ponieważ leczenie było kosztowne. Matka zadecydowała wysłać ją do Stanów, do swojej siostry, gdyż były tam lepsze warunki leczenia dla dziewczynki. Od tego czasu nie utrzymywał z nią kontaktów, a minęły raptem 12 lat.
- Teraz już rozumiesz... - sapnął, patrząc na zamyślonego Mark'a.
- Jaki ja głupi jestem... - odparł, drapiąc się po głowie. - Nie powinienem wywierać na ciebie takiej presji... lepiej, żebym cię zostawił w spokoju.
I w tym momencie nasz bohater wybiegł jak poparzony z sali, gdyż przypomniał sobie, że równo o 17 zaczyna się ich trening. 

* Diana's POV *

 

Jestem nareszcie w domu. Przez niespełna 12 lat przybywałam u ciotki, w Stanach. Tam spędziłam większość życia, udałam się do przedszkola, później do gimnazjum. Poznałam naprawdę wspaniałych ludzi... z jednym wyjątkiem. Sama nie byłam pewna czy jestem gotowa wyjechać i zacząć wszystko od nowa. I oto jestem, wiec rozwiałam swoje wątpliwości. Rozejrzałam się na wszystkie strony, okolica wygląda zupełnie inaczej. Wszystko się pozmieniało. Już Johnsonowie nie mają wielkiego płotu pełnych róż, a pan Migel nie podlewa swoich róż. Ale nie to mnie zastanawiało. Nie przyjechałam po to aby rozpamiętywać stare dzieje, tylko napisać nową historię. Mamo, jak ty sobie tutaj poradziłaś? Nie miałyśmy najlepszych kontaktów podczas mojego pobytu, ale zamierzam to zmienić. Trudno było mi opuszczać miejsce  w którym oddałam praktycznie cały kawałek swojego życia. Ale to w Inazumie zostaję na stałe, to mój prawdziwy dom. Ogólnie nikt nie wie, że wróciłam. O braciszku wiem dosłownie wszystko, dzięki niezawodnemu internetowi. Rozegrali nie dawno mecz-masakrę z Królewskimi. Gdy oglądałam filmiki w internecie, praktycznie na każdym z filmów przewijała się twarz tego blondyna.  Czuję jakbym kojarzyła go z skądś, ale nie wiem pojęcia kto to jest. Mijałam dobrze znaną mi okolicę. Japonia nadal idzie do przodu, goni USA najszybciej jak ty tu potrafi. Gdy znalazłam się pod domem, zapukałam do drzwi.
- Proszę! - zaprosił mnie do środka głos mamy.
Cichutko weszłam do domu, gdzie poczułam znany zapach pomidorowej. Wychyliłam się zza framugi drzwi, a ona jak zwykle obrócona w stronę kuchni i jak zawsze skupiona na tym co robi.
- Kopę lat, mamo. - zagadnęłam, a ta słysząc to zdrętwiała na dźwięk mojego głosu.
Obróciła się w moją stronę, przez łzy była kompletnie niema, momentalnie wpadłyśmy sobie w objęcia.
- A ty jak się trzymasz? - spytała, przyglądając mi się przez chwilę.
- Jest okej, na prawdę. - zapewniłam ją.
- A wy, jak się trzymacie? - zadałam nurtujące mi pytanie.
Położyła przede mną wielki talerz zupy, usiadła na przeciwko i podparła brodę rękami.
- Jest stabilnie. Lepiej ty opowiadaj, jak było u cioci...
Wiedziałam w głębi duszy, że chodzi tutaj o mojego brata. A wszystko ze względu jaką pasją się zajął i omamił.
- Było okej, ciocia była miła... - urwałam, łapiąc ją za ręce. - Ale tutaj jest moje miejsce na ziemi.
Uśmiechnęła się blado.
- Kochanie.. gdyby twój brat tak samo uważał, też bym się ucieszyła. - odparła, zabierając pusty talerz.
- Aż tak?
- Jest gorzej niż podejrzewałam. - sapnęła, rzucając ścierką na stół. - Wstanie. Zje. Pójdzie do szkoły. I potem cały dzień go nie ma... Jest tutaj zwykłym gościem.
- Nie martw się mamo... Ja wiem, że trudno jest mi to mówić, ale... powinnaś mu zaufać i wesprzeć, a to się zawiera w dwóch słowach.. Po prostu przy nim bądź.
Pokiwała na to głową, wiem, że to będzie dla niej o wiele cięższe niż jest teraz. Ale już teraz jest w sytuacji bez wyjścia, musi się podporządkować aktualnemu stanowi. Profilaktycznie wzięłam te ohydne tabletki do ust.
- Idę się rozejrzeć po okolicy.. - odparłam, wstając od stołu i udając się w kierunku schodów.
- Diana. - obróciłam się w jedną stronę. - Jak go spotkasz, proszę przyprowadź go na kolację.
- Postaram się!
 Weszłam do mojego pokoju, który nic a nic się nie zmienił przez te lata. Rozpakowałam się i nie zamierzałam zwlekać, ponieważ już za niedługo będzie się ściemniać. Wzięłam ręcznik i udałam się do  łazienki, by zażyć ciepłego prysznicu. Wytarłam twarz i przeszłam do malowania się i ubierania. Postanowiłam udać do pobliskiego gimnazjum. Od mieszkańców dowiedziałam się, że niedaleko tej szkoły znajduje się boisko. Byłam pewna, że tam go znajdę.

* Axel's POV  *

♫ 


- Jaki ja głupi jestem... - odparł, drapiąc się po głowie. - Nie powinienem wywierać na ciebie takiej presji... lepiej, żebym cię zostawił w spokoju.
Te słowa mnie zamurowały, zrobiło mi się więc trochę głupio, że go zbeształem. Wyparował z szpitala i doskonale wiem, gdzie teraz jest. Wychodząc, ucałowałem Julie i zamknąłem drzwi. Gdy byłem bliski wyjścia, napotkałem mojego tatę.
- Jak się trzyma? - urwałem.
- Jest kiepsko... ale, jej organizm da sobie z tym radę. - odparł, łapiąc mnie za ramię.
- Wiesz ile to trwa?
- Axel, proszę cię nie tutaj.
Fuknąłem tylko, gdyż wolałem nie wywierać awantury, która trwa w nieskończoność. Irytuje mnie to, że tyle czasu minęło, a ona nadal jest tutaj.
- Zajmij się czymś. - sapnął, klepnął mnie po plecach i odszedł. 
Masz rację tato, muszę się czymś zająć. Wybiegłem ze szpitala i udałem się na miejsce. Gdy zobaczyłem boisko, stanąłem na tym moście i przez bite 15 minut obserwowałem ich grę i słyszałem ich radosne głosy. Nagle usłyszałem warkot za moimi plecami i dźwięk odsuwanej szyby samochodowej.
- Witam Axel. -  to była Nelly.
- Cześć. 
- Może to niegrzeczne, ale dowiedziałam się o tobie i twojej siostrze bardzo ciekawych rzeczy. 
- Serio? - udałem zdziwionego, gdyż jak widać to miasto niczego nie trzyma w sekrecie.
Nie miałem ochoty na rozmowę z nią, biłem się z myślami. W końcu postanowiłem odejść i odpuścić.
- Dobrze wiem, że chcesz zagrać z tymi żałosnymi piłkarzykami.
Co cię powstrzymuje? Chyba dobrze znasz odpowiedź. Kto najbardziej pragnie abyś wrócił do piłki nożnej? - mimo to, nie dawała za wygraną.
Przed moimi oczami ukazała się szczęśliwa Julia.
- Moja Julia.. - urwałem.
Nim się oglądnąłem już jej nie było. Czy to mój umysł płata mi figle? Nie ważne. Muszę tam iść, teraz, natychmiast.

* Mark's POV *

Chłopaki spisali się na piątkę. To był bardzo owocny trening, wszyscy dali z siebie wszystko. W końcu nie można tak lekceważyć przeciwnika, by olać trening. Położyłem się obok równie jak ja zdyszanego Kevina.
- Nie musisz się aż tak zamęczać, bo dostaniesz kontuzji.
Usiadł na trawie, obcierając twarz koszulką.
- Ee tam, gadanie... Dopóki nie wyćwiczę strzału, Axel nadal będzie tym najlepszym. - odrzekł.
- Ey. - złapałem go wymownie za ramię. - Przecież ty jesteś Kevin Dragonfly. Nasz napastnik, jeden z nas. Axel może i jest dobry, ale to ty tutaj jesteś z nami, a nie on.  Jesteś tym, który opracuje strzał - masakrę, który zmiecie te leśne duszki z powierzchni ziemi. - powiedziałem, klepiąc go po ramieniu. - Nie ma co zwlekać.
Nim zdążyłem się ustawić na pozycji, różowo włosy był przy piłce.
Prędko podbiegł i wycelował w moją stronę. Zasłoniłem twarz, ponieważ z piłki wypłynęło wielkie, promieniste światło. Zauważyłem kątem oka, że przy nim znalazł się wielki, niebieski smok. Nim zdążyłem w pełni ogarnąć co się dzieję, piłka znalazła się w siatce.
Wszyscy byliśmy bardzo szczęśliwi.
- Ziom! - krzyknął Carson, przybijając z nim pionę.
- Kapitanie! - krzyknął Steve, wskazując na drobną postać w oddali.
Tą tajemniczą postacią okazał się on. Byłem zarazem wniebowzięty i zdziwiony. Gdy podchodził, chłopcy zebrali się za moimi plecami.
- Cześć Evans. - zagaił, patrząc mi głęboko w oczy, jakby rozmyślał, po co tu tak na prawdę przyszedł. - Nie wierzę w to co chcę powiedzię.. ale, postanowiłem grać z wami. - w środku cieszyłem się jak dziecko. 
Przytuliłem go do siebie niespodziewanie. Będąc w tym uścisku, zauważyłem, kolejną postać, dziewczynę, brunetkę. Czy to może być.. To niemożliwe.
- Kapitanie, kto to jest? - spytał Kevin, wskazując na dziewczynę, zmierzającą w naszym kierunku.

hej,hej!
witam was w kolejnym rozdziale. :))
o matulu jest tu aż 5 perspektyw bohaterów.
czy Raimon zdoła oprzeć się czarnej magii?
dowiecie w następnym rozdziale! <3 
piszcie w komentarzach co o tym sądzicie!
ps. bądźcie dla mnie wyrozumiali, skończyłam to o 3:50.
see ya! :3

1 komentarz: