czwartek, 30 czerwca 2016

Rozdział:39

- A no tak... duch przeszłości cię prześladuje. - sapnąłem, a dziewczyna pokiwała na moje słowa twierdząco głową.
- Chcę być ostrożna... - westchnęła głęboko. - Po mojej ostatniej relacji z chłopakiem dużo myślałam. 
- I co wymyślałaś? - napierałem z pytaniami, nie patrząc na to czy czuje się ona z nimi komfortowo.
- Postanowiliśmy, że nie będziemy się śpieszyć. - nawet nie zauważyłem, że dotarłem, aż pod jej dom.
- Dziękuję ci za dziś.  - powiedziałem, całując jej ręce. - Bez ciebie nie dałbym rady...
- No wiadomo. - odpowiedziała żartobliwie, zamykając furtkę.
- Jak zawsze skromna! - krzyknąłem.
- Połamania nóg Shearer. - rzuciła przez ramie i znikła za drzwiami swojego domu."

* Nelly's POV *



Jest letnie po południe, wielka duchota opanowała całe miasto, a ja tymczasem stoję lekko poddenerwowana pod drzewem i wachluje się swoją niewielką, czarną torebką. Jest już czternasta, a jego nie ma. Byliśmy umówieni, a on znowu albo to olał albo najzwyczajniej w świecie się spóźnia. Szybko wybrałam jego telefon, połączenie leniwo się rozpoczyna, przez chwilę w moich uchu zaczęło brzęczeć - oznaczała to, że połączenie jest realizowane, jednak tak jak przypuszczałam, odpowiedziała mi jego poczta. Zdenerwowana ruszyłam na boisko, gdyż tylko to miejsce przychodziło mi do głowy. Jednak i tam go nie było, potrząsnęłam ze złością głową i zaczęłam się trochę martwić. Moje nogi zaprowadziły mnie pod wieżę Inazumy. Opona na tym wielkim, starym drzewie wisiała tak jak zawsze, tylko wiatr próbował ją wprowadzić w ruch - zero śladu Marka tutaj. Centrum treningów wpadło do moich myśli, więc i tam się pokierowałam, gdy byłam już przy samych drzwiach, usłyszałam jakieś wielkie grzmoty, przypominające do tych podczas wielkich burz, które niszczyły okoliczne domy. Popchnęłam je mocno, a one lekko się uchyliły i wydały z siebie przeraźliwy dźwięk. Moim oczom ukazał się obrazek niczym z horroru. Mark stał na bramce, a jakieś ustrojstwo waliło w niego piłką. Wyglądał na jak wojownik po ostrej bitwie, a z jego łuku brwiowego sączyła się krew. 
- Mark! - krzyknęłam by przerwać tą rzeź, ale chłopak nie zareagował.
Podeszłam do tego czegoś i kliknęłam losowy przycisk, wtedy maszyna się zatrzymała.
- Neee-ll-y? - sapnął, szybko podnosząc się z ziemi.
Posłał mi blady uśmiech. Próbował się podnieść, lecz jego ciało jakby mu na to nie pozwalało. Jego twarz wyglądało jak pole bojowe, a z jego nosa i łuku brwiowego leciała stróżka krwii. Zrobiłam kilka kroków w jego stronę, złapałam go za twarz.
- Mark, co ty robisz? - spytałam, głaszcząc go po głowie.
- Kochanie... - zaczął się nerwowo śmiać.- Toż to mój codzienny trening?
- Trening? - jęknęłam. - Wyglądasz jak sto nieszczęść... zamęczysz mi się tutaj na śmierć.
Miałam już tego dość, Mark jest zbyt ambitny i zbyt poważnie podchodzi do swojej pasji. Zawsze chce z siebie dać sto procent, przez to jego chore dążenie, może się to skończyć tragicznie. 
- Mam wszystko pod kontrolą. - odrzekł, ocierając krew ręcznikiem.
Z moich oczu poleciało kilka gorzkich łez. Ja nie mogę tak dłużej. Jeśli on się przez ten sport zabije, to ja nie wiem co ze sobą zrobię. To mój pierwszy chłopak, mi na tym, na nim cholernie zależy, nie chcę tego schrzanić. Pierwsze miesiące były piękne niczym z bajki, a teraz wiszą nad nami czarne chmury, które zsyłają na nas grad nieszczęść. Pogłaskał mnie swoją wątłą ręką po policzku.
- Musisz przestać. - sapnęłam, łapiąc go delikatnie za zmasakrowaną rękę.
- Nie mogę...  - szepnął, powoli wstając. - Dopóki stoję na dwóch nogach... to wtedy będę ćwiczył. 
Wstał, ale nadal się bujał bańka-wstańka. Spojrzał mi w oczy i niespodziewanie pocałował, wiedziałam, że chce tym załagodzić już dość napiętą sytuację, dlatego oderwałam się od niego.
- Mark. - jego wzrok był przygotowany na moje słowa. - Ja tak nie mogę... 
- Co masz na myśli? - złapał mnie za moje drżące ręce.
- Myślałem, że "na zawsze" ma wielką moc. - urwał, gryząc dolną wargę. - Myliłem się.
- Ja....
- Nie wytrzymujesz... rozumiem. - odwrócił się ode mnie.
- To nie... - próbowałam coś jeszcze powiedzieć, ale on już mnie nie słuchał.
- Już wszystko wyjaśniłaś, Nelly. - uciął nagle, a następnie obdarzył mnie przepraszającym wzrokiem. - A teraz... po prostu to powiedz. 
- Musimy zrobić sobie przerwę Mark... - sapnęłam, przełknęłam ciężko ślinę. - ...to dla naszego dobra.
- Skoro tak chcesz. - westchnął głęboko, zaczął powoli odchodzić.
- Mark.. - chłopak spojrzał na mnie smutno.
- Puszczam cię wolno... a wszystko dlatego, że cię kocham. - rzucił przez ramię i zostawił mnie w dziwnym amoku. 
Usiadłam na podłodze i próbowałam się uspokoić. Potok łez polał się z moich oczu, ta decyzja może mnie uspokoiła, ale zadała bardzo dużo bólu. Nie mam nikogo przy sobie, w desperacji wyjęłam z kieszeni telefon i zamówiłam taksówkę. Następnie taksówkarz zawiózł mnie pod podane miejsce. Znalazłam się koło domu Blaze'a i zadzwoniłam niepewnie w dzwonek.

* Mark's POV *




- Dokąd idziesz synku? - spytała troskliwie mama.
- Na trening. 
- Myślałam, że idziesz z Nelly na spacer... - sapnęła, wycierając ostatni talerz.
- Niech to. - syknąłem. - Jakoś się wytłumaczę, trzymaj się mamo! Zapomniałem, znowu. Zapomniałem o niej, o tej cudownej niewiaście, która zawsze mi pomaga wstać. Czasami wydaje mi się, że mi jest do niczego nie potrzebna - pokręciłem głową na to wszystko i udałem się do centrum. Ustaliłem sobie cel - wykreować coś nowego. Nowa technika, nowy ja - pomyślałem, gdy już byłem w środku. Podążyłem do szatni i szybko się przebrałem, potem na przeciwko bramki ustawiłem tą wielką maszynę. Stanąłem na swojej pozycji, a maszyna niczym kometa wypaliła w stronę bramki, a ja dostałem piłką w twarz. Zignorowałem rosnący ból, który pojawił się w okolicy mojego nosa i próbowałem zatrzymać kolejną. Jednak z każdym uderzeniem, padałem na kolana coraz bardziej słabszy. Uświadomiłem sobie, że z takim nastawieniem,  z tamtą mocarną drużyną nie mamy żadnych szans. Przecież oni zmiażdżą mnie jak robaka. Gdy maszyna ponownie wycelowała, drzwi się uchyliły, odwróciłem głowę i to był mój błąd. Piłka z maksymalną prędkością trafiła moją brew, poleciała krew, ale miałem to gdzieś. Upadłem, znowu - najwidoczniej moje ciało się zbuntowało, gdy się powoli podnosiłem, zobaczyłem ją przy maszynie. W jej oczach można było dostrzec przerażenie. 
- Mark! - krzyknęła w moją stronę.
To potrwało aby moje ciało zaczęło ze mną współpracować, abym mógł cokolwiek wykrztusić.
- Neee-ll-y? - sapnąłem, szybko podnosząc się z ziemi.
Muszę jakoś uspokoić sytuację, podszedłem do niej jak gdyby nic się nie wydarzyło. 
- Mark, co ty robisz? - spytała, głaszcząc go po głowie.
Kochanie... - zacząłem się nerwowo śmiać. - Toż to mój codzienny trening?
- Trening? - jęknęła. - Wyglądasz jak sto nieszczęść... zamęczysz mi się tutaj na śmierć.
Ma rację, ale nie chciałem jej zdania dopuścić do mojej koncepcji. Nie rozumie, że nie mogę się ociągać, a ja nie rozumiem, że takim zachowaniem doprowadzam ją do nerwicy. 
- Mam wszystko pod kontrolą. - obtarłem krew ręcznikiem.
Gdy zauważyłem jej łzy, zacząłem mięknąć, zdałem sobie sprawę, że jestem najgorszym człowiekiem na świecie, doprowadzając kobietę, którą kocham do płaczu. Pogłaskałem ją swoją ręką po policzku.
- Musisz przestać. - sapnęła, łapiąc delikatnie za zmasakrowaną rękę.
- Nie mogę...  - szepnąłem, powoli wstając. - Dopóki stoję na dwóch nogach... to wtedy będę ćwiczył.
Po mimo, że się chwiałem, chciałem jej za wszelką cenę udowodnić, że wiem co robię i nie musi się ona niepotrzebnie martwić. 
Spojrzałem jej w oczy i niespodziewanie pocałowałem, chciałem jakoś ją uspokoić, ale ona wywąchała podstęp i oderwała się od mnie.
- Mark. - byłem przygotowany na najgorsze. - Ja tak nie mogę... 
- Co masz na myśli? - złapałem ją za drżące ręce.
- Myślałem, że "na zawsze" ma wielką moc. - urwałem, gryząc dolną wargę. - Myliłem się.
- Ja....
- Nie wytrzymujesz... rozumiem. - odwróciłem się ode niej, bo czułem, że się rozpłaczę.
- To nie... 
- Już wszystko wyjaśniłaś, Nelly. - nie chciałem tego przedłużać, dlatego jej wszedłem w zdanie, ten ból coraz bardziej mnie przygniatał. - A teraz... po prostu to powiedz. 
- Musimy zrobić sobie przerwę Mark... to dla naszego dobra.
- Skoro tak chcesz. - westchnąłem głęboko i chciałem już uciec stąd jak najszybciej, dlatego wstałem.
- Mark.. - spojrzałem na nią ostatni raz 
Puszczam cię wolno... a wszystko dlatego, że cię kocham. - to wszystko, po prostu zostawiłem ją samą, z jej smutkiem i z jej gorzkimi łzami. 
Nie chciałem dalej z nią rozmawiać, bo to by jeszcze bardziej pogorszyło sprawę. Skołowany udałem się w nieznanym sobie kierunku. Kopałem w między czasie moją piłkę, chciałem ją teraz najdalej od siebie - to wszystko przez nią.
Mark! - usłyszałem za sobą, moim oczom ukazał się Eagle. 
Szybko do mnie podbiegł i przybiliśmy żółwika.
- Dokąd się wybierasz, Amerykaninie? - spytałem, blado się uśmiechając.
- Urwałem się od mojej dziewczyny, Silvi. Jeden dzień bez tej małpy.. - sapnął, śmiejąc się w głos. 
- Jesteś pewien? - jęknąłem, a chłopak spojrzał na mnie uważnie.
- Matko Mark.... co jest? - sapnął, analizując moją twarz. 
Ja nie wiem jak oni potrafią to robić... Czy oni znają mnie tak dobrze czy ja tak bardzo pokazuje swoje uczucia? Wzruszyłem na jego zapytanie ramionami.
- Nelly i ja... to koniec. - wycedziłem szybko, nie patrząc na niego.
Na pewno jego mina wyglądała na bardzo zszokowaną.
- Rozumiem. - odparł powoli, kiwając głową.
Myślałem, że jak każdy będzie zagłębiał się w szczegóły. Jednak jedno zdanie zaspokoiło jego ciekawość. Nagle spojrzał na mnie, a jego wzrok mnie wewnętrznie przytłaczał.
- Mark, jak to się stało? - spytał, obserwując każdy mój ruch.
- Sam do tej pory nie wiem. - zacząłem wymachiwać rękami. - Ona po prostu się o mnie boi, ale ja... nie mogę pozwolić, żeby była zmartwiona. 
- A więc...
- Dlatego puściłem ją wolno. - skończyłem zdanie za niego. 
- Stary... to na pewno było ciężkie dla ciebie. - poklepał mnie po plecach. - Masz wielkie serca... i ona jeszcze to doceni.
Uśmiechnąłem się na jego słowa, może to i prawda? Zawsze mam wielkie serce dla każdego, tylko nie dla siebie.
- Każdy by taki był... gdyby się wewnętrznie przełamał. - sapnąłem, poprawiając włosy.
- Może... obgadamy to przy taco? 
- Jak ty mnie znasz....
- Tak się składa, że ja wyczuwam każdego człowieka. - zaśmialiśmy się. -  Nieważne z jakiej planety by był. 
- Każdy ma swoją ukrytą moc, tylko trzeba ją odkryć. - podsumowałem, klepiąc go po plecach.

* Diana's POV *



- Wychodzę do sklepu.  - powiedział, kiedy pakowałam kolejną łyżkę płatków do buzi. 
- Okejka. - odburknęłam, chłopak podszedł do mnie bliżej, przez co czułam się jak osoby, które cierpią na klaustrofobię.
- Żadnych głupot jak mnie nie będzie. -  dodał, całując moje czoło.
- Jasne, tatuśku. - sapnęłam, machając mu z daleka.
Drzwi się zamknęły, a ja wzięłam do ręki pilota. Miałam ochotę pooglądać jakieś bajki, aby choć na chwilę powrócić do dzieciństwa. Nagle usłyszałam dzwonek, czyżby czegoś zapomniał?
Otworzyłam drzwi i moim oczom ukazała się Nelly. Ona również była zdziwiona tym, że tu jestem.
- Prze-epraszam, chyba pomyliłam adresy. - palnęła, cofając się do tyłu.
- Co ty kombinujesz? - spytałam, po czym zmierzyłam ją wzrokiem. - Wracaj tu.
- Ja tylko... krążyłam w okolicy. - odparła, poruszając ramionami.
- Raimon, wiesz, że jesteś słabym kłamcą? - zagięłam ją, na co dziewczyna zrobiła wielkie oczy. 
- Ale ja... mówię prawdę. - otarła szybko łzę z policzka.
- Coś cię gryzie. - odparłam zamyślona. - Chciałaś porozmawiać z Axel'em, a teraz chcesz się wycofać ze względu na mnie. 
- Skąd ty...
- Czyli chodzi o Marka. - klasnęłam w dłonie, dziewczyna spojrzała na mnie cała zszokowana. 
Chyba nauczyłam się tego od Axel'a, jak ja się cieszę, że mam z nią taką piękną relację. Właśnie to jest jedna z tych korzyści chodzenia i ogólnie znania się z Axelem.
- Wejdź. - powiedziałam, otwierając jej drzwi.
Ona nieśmiało weszła, powoli usiadła na sofie i była wpatrzona w swoje buty. Tymczasem ja nalałam do dwóch szklanek soku jabłkowego i przysiadłam się do niej, podając jej szklankę.
- A więc?
- Zerwałam z nim, okej? - wrzasnęła. - Już... jesteś zadowolona? W końcu twoje marzenia o naszym rozstaniu się spełniły.
- Wiem, że nasze relacje nie są idealne... - odłożyłam szklankę, bo zaczęłam bać się o swoje życie. - Mimo tej całej nienawiści do ciebie, cieszyłam się, że mój brat znalazł osobę, która go uszczęśliwia, wspiera i szanuje.
- Na prawdę tak myślisz? - pokiwałam twierdząco głową.
- Powiesz mi, co się po między wami zdarzyło?
- To wyszło tak spontanicznie... - jęknęła, popijając łapczywie sok. - Po prostu nie chciałam patrzeć na jego ból i-ii...
- Jasna cholera... o czym ty chcesz mi powiedzieć? - westchnęłam, siedząc jak na szpilkach.
- W jego głowę strzelała maszyna wypełniona piłkami. - próbowała poukładać wszystko po kolei. - Gdyby nie ja... to stała by się wielka tragedia. 
- No tak... znam to. - spojrzała na mnie. - Axel ma ze mną to samo, no ale... mów. 
- Pomyślałam, że musimy od siebie odpocząć. - wypuściła duży pokład powietrza. - Ale wyszło na to, że.. to nie był dobry pomysł. 
- Spokojnie... Mark to rozsądny chłopak. - złapałam ją za rękę. -Wrócicie do siebie tak czy siak. Wiesz przecież, że on nie może bez ciebie wytrzymać i ciągle mi gada, że tak bardzo cię kocha.
- Obyś miała rację. - odrzekła z nadzieją w głosie.
- Ja przeważnie ją mam. 
- Dzięki. - powiedziała cicho, wstając.
- Ale za co? 
- Za to, że mnie wysłuchałaś. - jęknęła, przytulając mnie do siebie. - Przepraszam, ale muszę się zbierać. 
- Ale dlaczego? - spytałam zdezorientowana jej pośpiechem.
- Axel wraca, a ja nie chciałabym... aby wiedział o tym. - powiedziała, szybko zamykając drzwi.
Wtedy wszedł blondyn, oglądając się za ramię.
- Czy to była Nelly? - spytał niepewnie, zamykając drzwi.
- Taa-ak, a co?
- Przecież wy się nie lubicie... - odparł, stawiając torby. - Wyczuwam intrygę...
- Po prostu do mnie przyszła. - wzruszyłam ramionami. - Też mnie zaskoczyła tym... chciała tylko pogadać. 
Axel pokiwał na to wszystko głową. Dobrze wie, że kłamie, ale nie powie mi tego w twarz i nie zapyta się jaki cel była wizyta Nelly tutaj. On po prostu wie, że ja prędzej czy później puszczę parę z ust.
- A ty co robiłeś?  

* Axel's POV *



Właśnie kierowałem się ze sklepu do mojego domu, kiedy zauważyłem Caleb'a. Przyjrzałem się mu z bliska, chłopak przygwoździł do ściany jakiegoś innego typka. Olałbym tą sytuację, gdybym nie usłyszał głosu ofiary. To był bardzo piskliwy głos, należący do jednej osoby w tym mieście - do Willy'ego Glassa. Nie mogłem koło tego przejść obojętnie, szybko podszedłem do tych dwojga.
- Proszę cię, puść mnie! - jęknął Willy, składając ręce jak do modlitwy. -  Ja oddam ci te pieniądze tylko mnie nie bij! 
- To za mało koleżko. - Caleb tylko się na to zaśmiał.  - A teraz powiesz, gdzie trzymacie dokumenty dotyczące waszej drużyny albo... rozkwaszę cię jak zbite jabłko.
- Mogę cię zaprowadzić. - zagadnąłem, na co Caleb szybko go puścił.
Chłopak opadł na ziemię, poprawił swoje okulary i skulił się w kulkę. 
- Axel Blaze. - sapnął.
- W rzeczy samej... Calebie Stonewall. - spojrzał na mnie zdziwiony, że znam jego imię.
- Nie mieszaj się do tego. - warknął. 
Spojrzałem na niego. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest po wpływem prochów. Nie wiem co on chce zrobić, ale mocno mi to śmierdzi trenerem Darkiem. 
- Nie pozwolę abyś gnoił ludzi bez powodu. - podszedłem do niego bliżej. - Nie odejdę, tylko dlatego, że chuchniesz we mnie swoją anfą z mordy.
Stonewall na te słowa, stał się jeszcze bardziej wściekły niż był. Wycelowałem w jego słabość. Swoją drogą - nie wiem skąd sprowadza te dragi, ale to tylko kwestia czasu jak się dowiem.
- Ty psie! - warknął, rzucając się na mnie i tym samym powalając nas obu na ziemię. 
Walnąłem go twarz, on mi szybko oddał. Zrzuciłem go z siebie i walnąłem prawym sierpowym w brzuch, a chłopak skulił się w kulkę.
- Niezły jesteś... - sapnął, plując krwią. - Twoja dziewczyna na pewno będzie z Tobą bezpieczna, nieprawdaż? 
- Chcesz spróbować? Proszę bardzo. - rzuciłem w niego paczką chusteczek. 
- Nie znasz dnia i godziny. - zaśmiał się złowieszczo.
- Jeśli znowu mam patrzeć jak płaczesz niczym małe dziecko... - powiedziałem, łapiąc Willy'ego za rękę. - Następnym razem weź ze sobą większe zapasy proszku, jeśli chcesz mnie położyć na łopatki.
Poszliśmy w stronę kawiarni. Zamówiłem dla siebie colę, a dla niego wodę, usiedliśmy i odetchnęliśmy w spokoju.
- Co się stało? - spytałem, patrząc na swoje obdarte knykcie.
- Szedłem sobie spokojnie do domu... - Willy zaczął łapczywie pić wodę drżącymi rękami. - ...kiedy napatoczył się ten typ z pod ciemnej gwiazdy. 
- Co zrobiłeś?
- Próbowałem uciekać, ale mnie dopadł i przygwoździł do ściany. Resztę historii znasz.  - powiedział wszystko na jednym oddechu.
- Willy... - poprawiłem mu okulary. - Musisz zacząć się bronić, nie zawsze będę chodził do sklepu..
- Ja wiem. - jęknął lekko przerażony. - Dziękuję ci, że mnie uratowałeś. 
- Masz szczęście, że wyszedłem do sklepu. - złapałem się za głowę. - Tak to byś dawno nie żył.
- To się nie powtórzy. - sapnął, patrząc mi prosto w oczy. 
- Na co czekać? - klasnąłem w dłonie. - Chodź, zapiszę cię na lekcje karate. 
Oczy Willy'ego się nagle powiększyły jak na widok nowej, limitowanej edycji mangi. Gdy tylko go zapisałem, chłopak całował mnie dosłownie po stopach. 
- Jak ja cię mogę dziękować?
- Kupisz mi jogurt, będziemy kwita. - powiedziałem, żegnając się z nim i podążając do domu.
Musiałem jakoś zmyć krew z moich rąk, więc zahaczyłem o miejską fontannę. Gdy byłem już na dróżce prowadzącej do mnie, minąłem się z jakąś dziewczyną. Obróciłem się na chwilę i już wiedziałem - to była Nelly. Otworzyłem drzwi, Diana siedziała spokojnie na kanapie oglądając telewizję.
Czy to była Nelly? - spytałem niepewnie, zamykając drzwi.
- Taa-ak, a co?
- Przecież wy się nie lubicie... - postawiałem torby na ziemi. - Wyczuwam intrygę...
- Po prostu do mnie przyszła. - wzruszyłam ramionami. - Też mnie zaskoczyła tym... chciała tylko pogadać. 
Tak, jasne - skoro chcesz tak grać, ja sobie poczekam. Wiem, że kłamstwo zeżre cię od środka i nie będziesz miała wyjścia, będziesz musiała mi powiedzieć.
- A ty co robiłeś? - tym pytaniem wywołała we mnie poczucie winy.
Ona nienawidzi przemocy, a tym bardziej kiedy ja jej używam.
- Co? - udałem, że nie słyszę jej, choć tak na prawdę stałem w kuchni i doskonale słyszałem jej pytanie.
- Znowu się pobiłeś, tak? - szepnęła do mojego ucha.
- Przepraszam. - sapnąłem, odkładając talerz.
- Z Calebem? - i tu mnie masz, chyba uczeń przerósł mistrza.
Odwróciłem ją w swoją stronę i spojrzałem w jej oczy.
- Gdyby nie ja, to Willy by wypaplał gdzie się znajdują statystyki. 
- Bohatera strugasz, Blaze. - mruknęła, głaszcząc mnie po głowie.
- A więc nie jesteś zła?
- Skoro zrobiłeś to w słusznej sprawie to nie. - wzruszyła ramionami. - Ale jeśli się kiedykolwiek dowiem, że biłeś się gdzieś i to bez potrzeby... to nie licz na litość. 

- Tak jest, szefowo!  - odparłem, muskając jej usta.

* Jude's POV *



- Bobby? - nie mogłem uwierzyć, kiedy go zobaczyłem.
Był ubrany w jakiś czarny, śmieszny garniak. W dłoni dzierżył butelkę fanty, a ta muszka kompletnie rozwaliła.
- Mówi mi Shearer, Bobby Shearer. - odparł, udając tą przesławną  scenę z James'a Bond'a.
- I jak poszło? - spytałem znienacka.
Chyba głównie po to chciałem się z nim spotkać. Pewnie zrobił z siebie debila, ale to tylko moje przypuszczenia - on sam wie jak było na prawdę.
- A więc... - zaczął klaskać rękami o uda, udając werble. - Wszedłem do restauracji i usiadłem do wspólnej kolacji z jej rodzicami. Oczywiście jej ojciec wypytywał mnie o przyszłość...
- Nie ie mów, że powiedziałeś mu, że chcesz obcinać jednorożce. - wtrąciłem się, śmiejąc się w głos.
- A więc ja powiedziałem, że chce zostać nauczycielem angielskiego. 
- Słucham? - czy on ma jeszcze dużo tych niespodzianek w swojej kieszeni?
- Jakbyś nie wiedział. - pokręcił na mnie głową. - Tak samo jak ty byłem na wymianie w USA. Przez te dwa lata nauczyłem się tego i owego... 
- Jaki ja ślepy byłem.. - złapałem się za głowę.
- Angielski to banał. - podsumował, kontynuując historię. - Jako, że mam dobre podejście do ludzi, to zdecydowałem, że to właśnie nauczycielem będę w przyszłości. 
- A co z piłką?
- Jakby co to plan B. - dźgnął mnie w bok. - Moim planem C nadal jest fryzjer kucyków, a oczywiście planem A to jest zostać zawodowym piłkarzem. 
- Od kiedy ty myślisz w ogóle o przyszłości? - odparłem nadal skonsternowany jego podejściem do takich rzeczy.
- A ty? 
To świetne pytanie, które kompletnie zbiło mnie z tropu. W sumie sam nie wiem, chyba wolę żyć teraźniejszością niż planować coś odległego - coś co pewnie nie wypali potem. "Carpe Diem" to moje życiowe motto. Zamyśliłem się nad jego pytaniem, zadałem sobie milion pytań pomocniczych - Co chciałbym robić? Co mi wychodzi?
- Chcę zostać trenerem. - odrzekłem po dłuższym namyśle.
- No, no idziemy w ślady tatuśka. - odparł, śmiejąc się pod nosem.
- Chcę uczyć kogoś piłki nożnej, aby dalsze pokolenia nie zapomniała o sporcie. 
- Akademia Sharp'a, to brzmi całkiem realnie. - odparł, popijając pomarańczowy napój.
- Uważam siebie za dobrego stratega, więc czemu nie? 
- Skromniacha... wracając od meritum. 
Kiedy jeszcze chodził do Akademii ani słowem nie odezwał się o swoich planach. Zacznijmy może od tego, że za dużo do siebie się nie odzywaliśmy. Ja miałem nowych przyjaciół, a on sam snuł się się za mną po korytarzach. Czasami zagaił do jakiś kolesi, ale to bywało dość rzadko. Był to typowy marzyciel, po tylu latach ten marzyciel jeszcze w nim nie zanikł. Tak na prawdę to dzięki Evansowi zaczął się zmieniać na lepsze. W sumie ja też... kurde, ten koleś taki dobry. 
- Ale czy to będzie realne....
- Skoro tak mówisz to tak będzie. - uciął mnie szybko. - Zobaczysz, zapiszę tam swoje dziecko.
- Może już zacznę robić listę, bo wiesz... gumka pęknie i już Bobby będzie zalatany w pampersach. - powiedziałem, dźgając go w bok.
- Ha, ha, ha.  - odparł z nutą ironii w głosie. - Zobaczymy jakie będzie twoje dziecko, pewnie tak samo posępne i zamulone jak ty. 
- Jeśli ktoś się taki zjawi, kto zechce...
- Na czym to ja... A już wiem! - wrzasnął i wytrącił mnie z moich myśli na temat mojego potomka. - No więc mówię mu, że chcę zostać nauczycielem. Na to odpowiada mi cisza. 
- Ajć. - syknąłem.
- Ale spoko. - machnął ręką. - Ogólnie to było spoczko-kwoczko tylko Celia cały czas mnie kopała w kostkę, żeby mnie przywrócić do rzeczywistości. 
- I to wszystko? - zacząłem wymachiwać rękami.
- No to co, szybki kebab?
- Z tobą szybko i prosto się rozmawia Shearer. - poklepałem go po ramieniu.
- A zwłaszcza przy jedzeniu. - zaczęliśmy się oboje spać.
Nagle moim oczom ukazała się Diana. Była w bluzie Axela i jak zwykle miała na sobie podarte spodnie, do tego na nogach niebieskie vansy. Przywitała nas obu uśmiechem. O matko.. jaki ona piękny uśmiech.
- Cześć wam. - powiedziała, zatrzymując się koło nas.
- Gdzie idziesz? - moja ciekawość zawsze wygrywa z przyzwoitością. 
- Chciałam sprawdzić jak spotkaniem z państwem Hills. - odrzekła do mnie, biorąc twarz Bobby'ego i formować jego usta w dziubek. - Ale widząc tą wesołą mordkę... już wszystko wiem.
W końcu to zrobiła bez jakiegoś przymusu. Zachowywała się jakby mnie dopiero co poznała albo jakbyśmy byli jakimiś wielkimi ziomkami, bardzo mnie to zdziwiło 
- Widzę, że czytamy sobie w myślach. - odpowiedziałem, na co ona się zaśmiała.
Co dziwniejsze było to szczere, zaczyna mnie to powoli przerażać.
- To co idziemy na kepsa? - spytał, patrząc to na mnie, to na Dianę. 
- Jeśli nie będzie to problem, to mogę z chęcią się przyłączyć. - i
poszliśmy w stronę budki. 
Czułem się co najmniej niezręcznie. Szliśmy jakbyśmy byli przyjaciółmi. Czułem się zszokowany i zarazem zadowolony z tego, że nasze relacje chyba się wyrównują. Ale nie będę sobie robił niepotrzebnej nadziei na odbudowę tamtej relacji. Cieszymy się chwilą! Około osiemnastej siedzieliśmy na miękkich, żółtych sofach w knajpce. Atmosfera była bardzo dobra, wiele rozmawialiśmy i śmialiśmy się. 
- Nauczyciel angielskiego? - zaczęła się przeraźliwie śmiać.
- Mówiłem, że śmiesznie brzmi w twoich ustach. - odparłem, również zarażając się od niej śmiechem.
- Szydercy... - odparł naburmuszony Bobby. - Usadzę wasze dzieci na starcie!
- Oj... nie chcesz tego garnituru mieć w tym sosie.. - odparła, machając jedzeniem przed nim. - Czym się będziesz chwalić dzieciom?
- Prze-estań! - zapiszczał. - Odsuwaj to świństwo!
- Groźby karalne padają panno Evans. 
- Użyczysz mi adwokata, prawda? - i ponownie wybuchliśmy śmiechem.
Gdy wracaliśmy i mieliśmy właśnie przejść przez pasy, brunetka już miała przejść, ale chwyciłem ją za rękę.
- Ej, uważaj, auto. - powiedziałem, szybko ją puszczając.
Odpowiedziała mi tylko uśmiechem. Gdy zostaliśmy sam na sam, miałem okazję się zapytać i odpowiedzieć sobie na dręczące mnie myśli.
- Diana... nie uważasz, że to dziwne? - dziewczyna uniosła jedną brew do góry.
- No ale co? 
- Proszę cię Diana, jesteś mądrą dziewczyną.
- Ale ja nie wiem nawet o co ci chodzi! - wrzasnęła, wymachując rękami.
- Dobrze wiesz o czym mówię... - spojrzałem na nią. - Dzisiaj byłaś dla mnie szczerze miła i ja się pytam... Dlaczego?
- Jude, to głupie uciekać od siebie, tylko dlatego, że się z kimś zerwało. 
- Co masz na myśli? - sapnąłem.
- Co ty na to... aby ocieplić nasze relację choć trochę?


piątek, 24 czerwca 2016

Rozdział:38

"- Hmmm... - urwał, zastanawiając się nad sensownym wytłumaczeniem sytuacji. - Powiedzmy, że jestem jasnowidzem i na wszelki wypadek wziąłem trochę hajsu.
Nim się obejrzeliśmy staliśmy na jakiejś wielkiej skale, a raczej jak to Swift nazwał - "Utopi". Trzeba przyznać, że widok z tego czegoś jest nieziemski, normalnie raj na ziemi. Czułam się taka szczęśliwa jak jeszcze nigdy, wzięłam głęboki oddech, aby napawać się chwilą. Spojrzałam na zegarek, jest równo dwunasta, szybko się podniosłam z ziemi.
- Axel, musimy się zbierać. - odparłam, otrzepując się.
- Poczekaj.. - jęknął, wyciągając się wygodnie na ziemi.
- Nie mamy na to czasu. - zdjęłam mu z twarzy ten śmieszny kapelusz.
- Nie mów, że... - spojrzał ukradkiem na zegarek . 
- Tak. - spojrzeliśmy na siebie znacząco. - Kawiarnia, piętnasta."

* Mark's POV *



Jeszcze przez chwilę chodziłem po mieście z moją ukochaną, a potem zmyłem się. Przechodziłem właśnie przez park i zastanawiałem się nad moim życiem. W sumie, tak szybko się zmieniło. Nabrało sensu... Mam oddanych przyjaciół, idealną dziewczynę, a na dodatek odzyskałem swoją młodszą siostrzyczkę. Można powiedzieć, że to wszystko powinno wrócić na właściwe tory - guzik prawda. Jestem pod ogromną presją postawianą przez samego siebie, po ostatnim meczu nie mam na nic ochoty, jakby opadł z swoich sił witalnych. Czyżbym już był bezwartościowy? Czy tak ma być?  To już koniec? Chyba nie, to zdecydowanie za wcześnie na chowanie głowy w piasek. Wraz z naszą drużyną doszliśmy daleko to fakt, od zostania mistrzem dzieli nas zaledwie jeden mecz - to mecz o nasze "być albo nie być". Musimy dać z siebie wszystko, tylko najpierw trzeba się uspokoić, unormować nasze relacje w drużynie. O piętnastej więc udałem się w podane miejsce, pod kawiarnię. Po drodze natknąłem się na jednego z Królewskich. Patrząc na jego wygląd - brązowy irokez na środku dokładnie wygolonej głowy, zabójcze a zarazem cwaniackie spojrzenie, podejrzewam, że to Caleb Stonewall. To było bardzo dobre spostrzeżenie, ponieważ gdy tylko chłopak mnie zobaczył uśmiechnął się łobuzersko, jego widok sam w sobie mnie przerażał. Był bardzo dziwny, już z daleka można było już wyczuć od niego negatywną energię
- No kogo moje oczy widzą? - szturnął mnie ramieniem, kiedy próbowałem go ominąć? - Czy ty nie powinieneś być teraz na boisku i trenować?
- To nie twoja sprawa. - urwałem, idąc dalej.
- Evans, naiwny Evans. - pokręcił głową. - Ty nadal liczysz na tą twoją Boską Rączunię, myślisz, że cię wybawi z opresji? I co zrobicie wtedy? Ja już wiem co... po prostu się poddacie.
Odwróciłem się napięcie i podszedłem w jego stronę, chwyciłem go za koszulę, a chłopak był tym nie wzruszony.
- Nie mów mi co mam robić do cholery. - warknąłem. - Gdybyś jeszcze nie zauważył pokonaliśmy was czyli tych najlepszych. 
- Ciekawe co zrobisz... jak kogoś z waszej szczęśliwej rodzinki nagle zniknie.
- Jeśli zbliżysz się do mojej dziewczyny, siostry i do kogokolwiek drużyny to pożegnasz się ze swoim życiem szybciej niż myślisz, kmiocie. - warknąłem, puszczając go i wchodząc do kawiarni.
Usiadłem przy najbliższym stoliku i zamówiłem zieloną herbatę by uspokoić swój rozkołatany rytm serca. Ale niestety Caleb ma rację, to wszystko może się obrócić przeciwko nam - prędzej czy później. Nie możemy spocząć na laurach, musimy non stop nad sobą pracować, by nie dopuść do żadnej chwili słabości. Nagle usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, spojrzałem przez ramię i moim oczom ukazali się oczekiwani uczestnicy konwersacji. Popatrzyli na mnie równocześnie i usiedli na przeciwko.

* Diana's POV *



Najszybciej jak się tylko da, udaliśmy się na przystanek autobusowy.
- Dlaczego tak biegniemy? - krzyknął zdezorientowany nagłym pośpiechem Nathan.
- Wszystko ci wytłumaczę. - odparłam szybko, gdyż na horyzoncie leniwie toczył się autobus.
- Macie czas dla siebie... korzystajcie póki go macie! - poklepał go Axel, na co obaj zaczęli się dziwnie śmiać.
Gdy już siedzieliśmy w wewnątrz pojazdu była czternasta trzydzieści, patrzyłam na widoki, które powoli się wlokły jak ta cała wielka maszyna. Wtedy też myślami biegłam do mojego brata, mam mieszane uczucia co do tej rozmowy. Do tej pory się unikaliśmy jak ognia. Po niecałych dwudziestu minutach byliśmy na miejscu, Powoli udaliśmy się na wyznaczone miejsce spotkania, jeszcze wcześniej minął mnie jakiś koleś, miałam dziwne uczucie, że skądś go kojarzę - te brązowe włosy, wygolone po bokach z dużym irokezem na środku. A na dodatek gapił się na mnie wzrokiem mordercy, więc lekko przerażona przytuliłam Axel do siebie. Weszliśmy do kawiarni, a tam już czekał na nas Mark. Popijał swoją zieloną herbatkę, na jego twarzy można było zobaczyć przygnębienie. Te oczy, dawniej śmiejące - teraz były zagubione i tańczyły jak pijany statek po morzu. Usiedliśmy na przeciwko niego.
- Cześć. - westchnął, biorąc kolejny łyk herbaty.
- Czego chcesz? - spytałam prosto z mostu, dając mu tym do zrozumienia, że nie przyszłam na głupie pogaduszki.
- Diana, uspokój się. - pogładził mnie po ręce blondyn.
- Tak jak pisałem do was, mam sprawę. - spojrzał na nas znacząco. - Co do ciebie Diana... - podrapał się po głowie.
- Tak? 
- Przepraszam, że jestem nadopiekuńczy. - złapał mnie za rękę. -Przez ten czas nieco wydoroślałaś, a ja po prostu nie chciałem tego zobaczyć. Może to dlatego nie widziałem cię bite 12 lat...
- To nie usprawiedliwia cię do tego, abyś decydował za mnie. - ucięłam szybko jego przemowę.
- Nie gniewaj się, że zawiozłem cię do Jude'a, ale twoi zaufani ludzie w tamtej chwili nie byli w dobrej formie. - sapnął. - A po za tym chciałem aby w moim teamie panowała najzwyklejsza harmonia i zgoda.
- Tylko nie to. - przewróciłam oczami, bo wiedziałam na jaki temat się posuwa mój brat.
- Jude zwierzył mi się, że go unikasz. 
- Ty się dziwisz? - spojrzał na niego zdziwiona. - Na prawdę chcę sobie poukładać wszystko do kupy... ale kiedy twój ex jest w jednej drużynie z tobą, to staje się to wtedy nie realne.
- Rozumiem, że to twój były... - odparł, bawiąc się kubkiem. - ale nie możesz uciekać od niego w nieskończoność.
To prawda - unikam go, uciekam od toksycznej przeszłości. Przykro mi, ale ja nie potrafię patrzeć na niego pod innym kątem, nie znajduje w nim ani krztyny dobra, gdy tylko jestem z nim w jednym pokoju czuję nie komfortowo i brakuje mi powietrza.
- Nie mam czasu ani nastroju na spotykanie się z nim. - westchnęłam głęboko. - Ale skoro uważasz, że nie ma harmonii i zgody w zespole...to okej, będę dla niego milsza.
Mimo wszystko, wolę dać za wygraną w tej sprawie.
- A co do ciebie Axel, to również cię przepraszam. - trzasnął ręką w stół. - Zaniedbałem naszą przyjaźń, wiem, że nie powinienem tego robić... ta sytuacja po między mną a Dianą odciska na wszystkich negatywne piętno. Nie chcę tego.
Blondyn przeniknął go swoim wzrokiem detektywa. 
- Czy aby na pewno, panie Evans? - spytał podejrzliwie.
- Axel, nie doszukuj się problemów, tam gdzie ich nie ma. - warknął w jego stronę.
- Ach tak? Co się z tobą stało? - wstał nagle. - Od meczu z Królewskimi jesteś w jakimś dziwnym amoku.
- Zdaję ci się. - uciął, wstając.
- Po prostu powiedz.... - jęknął, łapiąc go za ramię. - Gryzie cię to, że BOSKA RĘKA zawiodła. Martwisz się o nas, że nie podołamy zadaniu.
- Nie masz pojęcia...
- Przed naszym spotkaniem spotkałeś Caleba, który cię jeszcze nastraszył i teraz uwierzyłeś w swoje chore urojenia. - mój brat przystanął na jego słowa. 
No tak! To ten koleś z przed kawiarni, wiedziałam, że skądś go kojarzę. Mark obrócił powoli głowę, a w jego oczach zauważyłam niemały strach. Rozgryzł go za jednym pstryknięciem palca, jak on to robi? 
- Nie jesteś w tym sam. Dobrze wiesz, że jestem twoim przyjacielem, rozumiem cię i będę robił wszystko...
- Ty? Przestań. - pokręcił głową. - Axel jesteś świetnym piłkarzem i zawsze wiesz jak wyjść z dołku. A ja czuję się jak dziecko we mgle, tracę nerwy i siły na to wszystko, moja matka chyba miała rację z tym, abym nie ruszał piłki z tej cholernej półki.
- Ej, ej. - zatrzymał go szybko. - Nie waż się tak mówić, paniczu Evans. W twojej krwi płynie pasja do piłki nożnej, więc proszę cię... gdyby nie ty, pozostałbym tym dołku już na zawsze. - brunet podszedł w jego stronę i przyjacielsko się przytulili. To było dla wszystkich bywalców było co najmniej dziwne, no bo kto normalny, najpierw drze się jak jakieś psy, które zobaczyły kota, a potem jak gdyby nigdy nic przytula się na środku miejskiej kawiarni? 
- Ej, maleńka! - sapnął w moją stronę. - Robimy grupowy uścisk, chodź tu! - bez zastanowienia przyłączyłam się do nich.

* Caleb's POV *



Usiadłem na brzegu krzesła mojej ulubionej kawiarni o nazwie Time=Break. Zamówiłem tam dużą szklankę coli i zastanawiałem się nad moim życiem. Prowadzę je tak toksycznie, ale kogo to obchodzi? Wszedłem pod skrzydła Drak'a, który rozumie mnie doskonale. Moi rodzice mają mnie w dupie, a raczej zastępczy rodzice. Ojciec zginął w jakiś tajemniczy sposób, a matka żyje swoim życiem. Spojrzałem na wyświetlacz - o wilku mowa, szefuniu. 
od COACH: Przyjdź na stadion. Mam plan. 
Pokiwałem na to wszystko głową i wyszedłem. W drzwiach już zdążyłem zauważyć tego tytana, którego nikt nie pokona - Mark Evans. Często nazywany też fanatykiem footballu, tak jak mówiłem - jest nie do zdarcia co de fakto jest prawdą. W jego oczach pojawił się niemały strach, wyczułem go od razu i go zaatakowałem.
 - No kogo moje oczy widzą? Czy ty nie powinieneś być teraz na boisku i trenować?
- To nie twoja sprawa. - urwał, idąc dalej.
- Evans, naiwny Evans. - pokręciłem głową. - Ty nadal liczysz na tą twoją Boską Rączunię, myślisz, że cię wybawi z opresji? I co zrobicie wtedy? Ja już wiem co... po prostu się poddacie.
Czekałem na jego reakcję, stanął w miejscu. Pewnie już sika ze strachu, nie dziwię mu się -  to tylko stwierdzenie faktów, więc nie ma już czym się obronić. Niby mówią, że jest taki odważny - uwaga obalam wszelkie mity! W pewnym momencie chłopak odwrócił się, a w jego oczach dostrzegłem małe, przepełnione złością iskierki. Jest wściekły, na jego twarzy pojawił się ten głupi uśmieszek, którego do tej pory nie rozumiem. Z czego tu się cieszyć? Po meczu z nami, na pewno jest tak rozbity jak nigdy. Nie wiem, może jakiś paraliż twarzy? Nie podoba mi się to - nim się spostrzegłem trzymał mnie za koszulkę.
- Nie mów mi co mam robić do cholery. - warknął w moją stronę. - Gdybyś jeszcze nie zauważył pokonaliśmy was czyli tych najlepszych. 
- Ciekawe co zrobisz... jak kogoś z waszej szczęśliwej rodzinki nagle zniknie. - zaśmiałem się mu w twarz.
- Jeśli zbliżysz się do mojej dziewczyny, siostry i do kogokolwiek drużyny to pożegnasz się ze swoim życiem szybciej niż myślisz, kmiocie. - warknął, po czym odszedł i wszedł do środka kawiarni.
A ja jeszcze przez chwilę stałem jak wryty w ziemię, szybko się ocknąłem i przeklinałem swoją bezmyślność. Dałem się przestraszyć? Niemożliwe... a jednak. Co ja teraz zrobię? Czy coś jest w stanie poprawić mój nastrój? W pośpiechu wyciągnąłem proszek, moją kochaniutką przyjaciółkę - anfetaminę. Łapczywie zawartość na mojej ręce wciągnąłem przez nos i udałem się na spotkanie z Darkiem. Po mimo zażycia bielutkiego proszku wróżek, po mojej głowie nadal krążył ten cholerny Evans. Przechodziłem koło jakiejś pary, odruchowo spojrzałem na tyłek panienki, który był tak idealnie wyeksponowany. Mmmm... gdybyś ty była moja, pokazałbym ci raj na ziemi. Poczułem się dziwnie, kiedy dziewczyna się nagle odwróciła. Czyżby czytała mi w myślach? Gdy spojrzałem na jej twarz i już wiedziałem z kim mam do czynienia. To była ona, pani Diana Evans - czytaj najbardziej niedostępna laska na świecie. Była dupa Sharpa, aktualnie jest w posiadaniu Blaze'a. Cóż Mark, patrząc na tą ślicznotkę... będzie mi trudno trzymać się z daleka od waszej grupki loser'ów. 

* Jude's POV *



- Celia, ile jeszcze można przymierzać sukienki? - jęknąłem, siadając na pufie obok przymierzalni.
Nie wiem po co jej to wszystko. Ubzdurała sobie, że zaprosi Shearera na kolację z jej rodzicami. Wątpię, czy po tym spotkaniu, ich związek będzie miał jakąkolwiek przyszłość, z tego co wiem państwo Hills nie przyjmują byle kogo do swojego wąskiego grona znajomych.
- Jude dobrze wiesz jakie to dla mnie ważne. - odparła, wychodząc z piątą sukienką z rzędu.
Pokiwałem na tą głową. Gdy już kupiła tą sukienkę, byłem w niebie i cieszyłem, że zakończyłem to piekło jakim jest nieustanne czekanie na jej szybką decyzję. Właśnie byliśmy w drodze do jej domu.
- Powinieneś wiedzieć o tym najlepiej. - sapnęła, po długiej ciszy między nami.
- Co? 
- Powiedziałeś przecież rodzicom o Dianie, tak? - odwróciłem wzrok. 
Tak szczerze, nie miałem kiedy. Byłem wtedy na wymianie, poza tym moi rodzice byli w rozjazdach. Dodajmy do tego fakt, że szybko schrzaniłem sprawy z Dianą zanim nasz związek wszedł na ten właśnie poziom. 
- Właściwie to nie... - spojrzała na mnie zdziwiona. - Są nadal przekonani, że nie miałem żadnej dziewczyny. 
Tak cholernie tęsknie za tym wszystkim, ale nie mogę już zmienić czasu. Gdybym tylko mógł to - nie posłuchałbym się Darka, żyłbym z nią najpiękniej jak się da i nie podniósłbym na niej ręki. Wtedy nie pojawiłaby się tutaj Inazumie i wszystko by było napisane idealnie jak w moich najśmielszych marzeniach. Ale tak jak mówiłem, rzeczywistość jest inna.
- Nie wiedziałam. - powiedziała zakłopotana. - Przepraszam, że cię wprawiłam w zakłopotanie.
- Spokojnie. - uśmiechnąłem się do niej blado. - Lubię czasami wracać do tamtych czasów myślami. 
- Gdybyś mógł to naprawić... może by się wam udało. - jęknęła, głaszcząc mnie po ramieniu.
- Nie mam na to szans, miałem jedną i ostatnią. - westchnąłem głęboko. - W końcu będę musiał pogodzić z obecnym stanem rzeczy.
Uśmiechnąłem się w stronę nieba, dzisiaj wyglądało wyjątkowo pięknie, a słońce żarzyło mnie niemiłosiernie w oczy. Spojrzałem ukradkiem na moją siostrę, była zmartwiona faktem, że tak jak ona nie jestem szczęśliwy. Wiem, że tego pragnie tak mocno jak ja, ale niestety tego nic już nie naprawi, nie ważne, że chęci są wielkie.
- Boję się. - wypaliła nagle, zgryzając dolną wargę.
- Ej.. - dźgnąłem ją w bok. - Nie jestem wyrocznią. To co mi się przydarzyło niekonieczne musi się tobie wydarzyć. 
- Co o tym myślisz? - teraz postawiła mnie w sytuacji bez wyjścia. - Znasz moich rodziców trochę. 
Miotałem się między młotem a kowadłem. Co mam wybrać? Prawdę, która jej ulży i nie będzie się stresować czy kłamstwo, które doda jej pewności siebie.
- Mam co do tego mieszane uczucia... - złapała się za głowę. - Ale spójrz na to z innej strony. Jeśli ty kochasz Bobby'ego, to twoi rodzice też go pokochają. 
- Mam taką nadzieję.. w końcu on to zaproponował. - sapnęła, a ja momentalnie zacząłem się śmiać jak głupi. 
Nie wyobrażałem sobie nigdy go jako kogoś, kto przejmuje inicjatywę w związku, zwłaszcza, że Bobby rzadko trzymał się z dziewczyną dłużej niż raptem 3 miesiące. Ale może to dobrze? Moja siostra ma na niego dobry wpływ, każdy się może się zmienić, prawda?

* Bobby's POV *



- Tak sobie myślałam.. - złapała mnie mocniej za rękę. - Może.. przeszliśmy na następny level?
- Kochanie... od kiedy my gramy w jakąś grę? - zaśmiałem się w głos.
- Chodzi o następny etap naszego związku, dzbanie. - sapnęła. - Co ty na to?
- Dobra. - zatrzymałem ją. - No to... jutro czas na kolacyjkę z rodzicami, prawda?
- Na prawdę tego chcesz? - jej oczy zaczęły się błyszczeć.
- Chcę ci pokazać, że... zależy mi na tym wszystkim. - spojrzałem jej głęboko w oczy. - Na tobie, maleńka.
Wpadła mi w objęcie i rozstaliśmy się przed moją furtką. 
Kurde, kurde, kurde - pomyślałem, gdy tylko przekroczyłem progi mojego domu. Co mi strzeliło do głowy, żeby spotykać się z rodzicami Celi? Ja nie wiem, chyba zaczynam być odpowiedzialnym człowiekiem. Nie wiem co zrobić ze sobą, jak się ubrać... Na dodatek spotkanie jest już jutro, a ja już dzisiaj zaczynam panikować. Wyciągnąłem komórkę, potrzebuję pomocy i to od osoby, która doprowadzi mnie do trzeźwo-myślacego stanu. Wolę się skonsultować to z jakąś kobietą, spojrzałem na moje kontakty. Diana była pierwszą osobą na mojej liście, dlatego też wysłałem jej SMS'a.
do DAJEN: Mam sprawę. Chodzi o spotkanie z państwem Hill'sów. Pomożesz?
od DAJEN:  Szesnasta, centrum handlowe.
Centrum handlowe - o n i e, pewnie będę musiał pójść w jakimś głupi garniturku. Skarciłem się w myślach za takie nastawienie i powoli poszedłem w stronę centrum. Gdy byłem już na miejscu, dziewczyna siedziała na schodach, na mój widok poderwała się z miejsca i przytuliła się do mnie.
- Witaj kamracie... czas na przygodę. - wzniosła moją rękę w górę mimowolnie.
- Rób co trzeba. - wymamrotałem, a Diana wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do pierwszego sklepu.
Podczas przeglądania pierwszych wieszaków, zauważyłem, że brunetka patrzy na mnie ciekawskim wzrokiem.
- Mam coś na twarzy? - spytałem, a dziewczyna przez przypadek przewróciła jeden z menkinów.
- Nie...
- Dobra, co chcesz wiedzieć. - sapnąłem, przewracając to w jedną to w drugą stronę wieszaki.
- Po prostu... dziwię ci się - odparła, robiąc poważną  minę. - Bobby.. jak to się stało?
Z tego wszystkiego zacząłem się śmiać, ponieważ, uświadomiłem sobie smutną prawdę, oni na prawdę boją się mojego długo oczekiwanego przez wszystkich dojrzenia do pewnych rzeczy, właśnie takich jak taka - czytaj, poważny związek.
- Mmm, jakoś tak... chciałem przejść na kolejny etap. - sapnąłem, stając z nogi na nogę.
- Nie wydaję ci się, że to za wcześnie? - odparła, przykładając do mnie białą koszulę w niebieskie kropki.
- Słucham? - spojrzała na mnie przelotem by odpowiednio dobrać mi wszystkie części potrzebne do ułożenia garnituru. - Co jak co... ale ty mnie nie powinnaś pouczać.
- Niby jakim prawem... 
- Diana, ja rozumiem, że wy panikujecie, ja też panikuje. - sapnąłem. - Ale czuję, że jestem na to gotowy... miałem tyle czasu na to, by dorosnąć. Nie chcę go teraz tracić w sytuacji kiedy jestem z wspaniałą dziewczyną pierwszy raz i to na poważnie.
Weszliśmy do kolejnego, lepszego i bardziej droższego sklepu z smokingami. 
- Okej. Przymierz to, to i to. - powiedziała, dając mi stos ubrań.
Skierowałem się do przymierzalni. Wszyscy obdarzali mnie jakiś niepokojącym wzrokiem. Nie jestem dzieckiem, chyba na noszenie smokingów, prawda? W końcu to musiało nastąpić. Najpierw Mark, Axel, Eric, później Nathan, a teraz - ja. Wyszedłem w pierwszej kreacji
- I jak? - zrobiłem piruet niczym balerina.
- O nie... - skrzywiła się na mój widok. - Wyglądasz jak barszcz... a ja cię tak nie puszczę.
- No ale... ja lubię buraczki. - jęknąłem oburzony.
- Ale państwo Hills nie bardzo. - wepchnęła mnie z powrotem do przymierzalni
Wyszedłem więc drugim garniturze, a Diana obsypała mnie uważnym spojrzeniem. 
- Proszę, żeby to był ten... - jęknąłem, krzyżując palce.
- W sumie... zaprezentuj się. - stanąłem tak jak manekin w sklepie, dziewczyna zaczęła się śmiać. - Nie chcemy chudego Elivsa również.
- Halo, ja ćwiczę na siłowni. - odrzekłem urażony, demonstrując biceps. - Nie widzisz mięśni? 
- Papierosy wypuściły ci powietrze z tych baloników. - podsumowała mnie szybko, a ja wystawiłem jej język.
Popatrzyłem na wyświetlacz, jest już grubo po osiemnastej, a z tego co pamiętam centrum jest do 21. Tyle czasu nam zeszło, na te sztywniackie wdzianka? Przecież dopiero co wchodziłem do tego budynku, a jestem tu już dwie godziny, które są przepełnione tylko bólem i rozpaczą. Z nadzieją założyłem ostatni - szary w białą kratkę i modliłem się, żeby to był ten właściwy.
- Ta mieszanka elegancji z twoim urokiem osobistym... - powiedziała, powoli wstając i poprawiając mi sterczący kołnierzyk.
- Co to oznacza? - spytałem poddenerwowany
- Bierzemy. - ucięła, a ja zacząłem skakać ze szczęścia. 
Do tego dokupiliśmy buty i muszkę pod kolor smokingu. Gdy wyszliśmy ze sklepu, szliśmy w niezręcznej ciszy. 
- Ale to życie jest zwariowane. - zagadnąłem, patrząc na pędzące auta. - Eric nie żył, a teraz jak gdyby nigdy nic wraca do nas. Axel nie grał w piłkę, a tymczasem wraz z naszym zespołem przygotowuje się na finały. Ja kiedyś byłem dzieckiem słońca i teraz staje się coraz bardziej dojrzalszy.
- To wszystko tak pędzi, że nawet nie widzimy ile rzeczy dokonało się bez naszej wiedzy. - odparła.
- Diana, a ty przedstawiłaś Axel'a rodzicom? - spytałem ciekawie, a na jej policzkach pojawił się rumieniec.
- Nie. - pokręciła głową nadal jeszcze zawstydzona głową. - To za szybko.. Jesteśmy razem raptem z miesiąc.
- No to co?  - urwałem, na co ona stanęła w miejscu. - Ja i Celią też..
- To nie tak. - przerwała mi. - Wasza historia nieco różni się od mojej.
- A no tak... duch przeszłości cię prześladuje. - sapnąłem, a dziewczyna pokiwała na moje słowa twierdząco głową.
- Chcę być ostrożna... - westchnęła głęboko. - Po mojej ostatniej relacji z chłopakiem dużo myślałam. 
- I co wymyślałaś? - napierałem z pytaniami, nie patrząc na to czy czuje się ona z nimi komfortowo.
- Postanowiliśmy, że nie będziemy się śpieszyć. - nawet nie zauważyłem, że dotarłem, aż pod jej dom.
- Dziękuję ci za dziś.  - powiedziałem, całując jej ręce. - Bez ciebie nie dałbym rady...
- No wiadomo. - odpowiedziała żartobliwie, zamykając furtkę.
- Jak zawsze skromna! - krzyknąłem.
- Połamania nóg Shearer. - rzuciła przez ramie i znikła za drzwiami swojego domu.

niedziela, 5 czerwca 2016

Rozdział:37

"- Najchętniej bym w ogóle cię nie szukał i też żyłoby się nam dalej. - wrzasnął, składając rękę w pięść.
- Jesteście niepoważni! - wrzasnęła Diana. - Zamiast się cieszyć, że uszliście z życiem... to się chcecie pozabijać!
- Diana... - sapnęliśmy żałośnie.
- Nie interesuje mnie to. - odparła stanowczo. - Macie przestać i to już!
- No Axeluniuniu, chodź daj mi pysia. No chodź. - odrzekłem robiąc z ust dziubek, na co blondyn się skrzywił.
- Choćbyś był ostatnim człowiekiem na ziemi... - wymamrotał Axel.
- Kocham was, chłopaki! - szepnęła dziewczyna, przytulając nas obu. - Dobrze, że jesteście."


* Nathan's POV *

 ♫

Te białe ściany przestały już być dla mnie ciekawe, a łóżko właziło mi w kręgosłup. Po tak długim czasie, jedyne o czym myślę to wyjście z tego budynku i to jak najszybciej. Po Dianie i Axelu myślałem, że zaznam spokoju, dzięki czemu będę mógł wylizać się z moich ran i po prostu będę mógł odpocząć od moich problemów. Jednak los lubi ze mną igrać, zaraz po ich wyjściu, zaczęła się istna makabra. Do mojego pokoju wleciał jak strzała pobladły i wściekły ojciec. Moja relacja z ojcem była umiarkowana, on nie wchodził mi w drogę, a ja jemu. I tak było aż do tego momentu, kiedy dowiedziałem się smutnej prawdy. 
- Nathaniel, dziecko... - pogłaskał mnie po głowie. - Nie mam nawet słów na to co ty robisz i jakich emocji mi dostarczasz. 
- Mówiłem ci, żebyś mi tak nie mówił. - sapnąłem, a on usiadł na krześle obok łóżka. - Spokojnie, taka akcja się już nie powtórzy...
- Spokojnie? Ty mi mówisz spokojnie?! - wstał nagle i zaczął wymachiwać nienaturalnie rękami. - Synu, ty prawie mnie do grobu wpędziłeś... gdyby nie twój przyjaciel... nie wiem co by było.
- Gdybyś nie kłamał mnie od początku, to nic by się nie wydarzyło! - krzyknąłem poirytowany, a on spojrzał na mnie zdziwiony.
- Kłamał? 
- Dokładnie... czekałeś, aż tak jak wariatka, którą ożeniłeś zwariuje.
- To twoja matka, nie mów tak. - zganił mnie. - A więc miałem powiedzieć malutkiemu chłopcu, że jego własna matka się zabiła? - westchnął, chowając twarz w ręce. - Chciałem cię po prostu uchronić przed tym wszystkim.
Nigdy tak nie rozmawialiśmy. Zacznijmy od tego, że nie za często to robimy. On jest w pracy, a ja w szkole. On w domu, a ja na treningu. Wszystko było w porządku, dopóki do naszej rozmowy nie przyplątywał się temat matki. Kiedy do tego dochodziło zawsze albo rozmowa zostaje urwana albo udaje, że musi pozmywać wyimaginowane naczynia.
- Miałeś na to piętnaście lat. - sapnąłem uszczypliwie. 
- Przestań do cholery, Nathan. Czasami mam ochotę...
- Mnie zabić? Spluwa jest pewnie gdzieś w szufladzie. - dopiołem swego ponieważ, ojciec spojrzał na mnie surowym wzrokiem i opuścił budynek. 
Jednak chwilę potem przyjechał po mnie, by mnie wypisać. Nie żałuje tamtych słów, ponieważ szczerze wyrzuciłem z siebie to co od dawna dusiłem w sobie. Pielęgniarka wręczyła mu wypis i wyszliśmy z budynku. Wziąłem wdech, powietrze nadal pełne smogu - tak bardzo tęskniłem świecie. Właśnie miałem wsiadać do auta, gdy przed oczami mignęła mi postać Holly. Najpierw myślałem, że to przez leki mam jakieś zwidy, ale gdy parę razy pomrugałem, uświadomiłem sobie, że to ona. Jej włosy były splecione w małe drobne warkoczyki, które powiewały na wietrze, dziewczyna widząc mnie szybko podeszła i wtuliła się w mój tors, odwzajemniłem uścisk.
- Możesz jechać. - odrzekłem do ojca, na co ten pokiwał głową i odjechał.
- Idioto! - krzyknęła, bijąc mnie w pierś.
- Ej, ej! - wziąłem jej ściśnięte w pięść ręce. - Ty zamiast się cieszyć mnie wyzywasz?
- Nathan... - odparła, dając kosmyk za ucho. - dobrze cię widzieć, ptasi móżdżku. 
- To też może być.
- Prawie byś się zabił. - powtórzyła słowa mojego ojca.
- Tak i gdyby nie Axel to bym nie przeżył. - przewróciłem oczami. - Przerabiałem to.
- Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo było mi źle... - odwróciła ode mnie wzrok. - Znaczy się nam, kiedy cię nie było.. Narobiłeś nam stracha.  
- To też słyszałem, Axel zgonował z powodu wielkiej igły, a Diana dostała szlaban i  przewieziono ją do Sharp'a. 
- Masz mi coś do powiedzenia. - spojrzała na mnie znacząco, krzyżując ręce na piersiach. 
- Przepraszam. - urwałem, patrząc w ziemię.
- Powinieneś już tu klęczęć, Swift. - tak jak powiedziała, tak zrobiłem.
- Nathan, wiesz co ironia, prawda? - zaczęła się śmiać pod nosem. 
- Jeśli prosi się o przebaczenie, kogoś kto ci namieszał w głowie. - odparłem, biorąc jej rękę. - To wcale nie są żarty.
- Co ty mówisz? 
- Kocham cię. - powiedziałem, uśmiechając się głupio.
- Czy to jakiś żart?
- A czy to też jest żartem? - spytałem, muskając delikatnie jej usta.
Dziewczyna zarumieniła się i zaczęła się nerwowo śmiać. Uśmiechnąłem się w jej stronę, zdałem sobie sprawę, że chyba byłem ślepy. Nigdy nie patrzyłem na nią z tej strony, znamy się tyle lat, a ja nie zauważyłem jak cudowna jest. Tak jak kiedyś wam wspominałem - Holly to świetnym ziomkiem, a zarazem piękną i wspaniałą dziewczyną, którą cały czas miałem ją pod nosem. To połączenie idealne dla mnie. 
"- Kiedy znajdziesz dziewczynę to zmienisz zdanie. - poklepał mnie po ramieniu." 
Ale teraz zdałem sobie ten stary dziad (Blaze) ma teraz całkowitą rację.

* Diana's POV *



Otworzyłam zlepione snem powieki. Rozejrzałam się po pokoju, zdałam sobie sprawę, że to na pewno nie jest mój pokój. Nie mogę to uwierzyć w moje aktualne życie. Gdyby nie poznanie go to pewnie już dawno by mnie tu nie było. Gdyby nie on, nie wróciłabym do Japonii, po mimo, że kocham Marka, to on był moim głównym powodem przyjazdu. Niby wmawiam sobie, że to nieprawda, ale moje serce doskonale zna prawdę. Spojrzałam po sobie, miałam na sobie jedną z jego koszulek. Ta akurat była z 30 second to Mars. Uśmiechnęłam się sama do siebie, uświadomiłam sobie, że nie zasługuję na to wszystko. Nie powinnam mieszać tym wszystkim ludziom w głowach. Chwyciłam telefon, na moim wyświetlaczu pojawiła się wiadomość od mojego braciszka.
od BRACISZEK-KOPCIUSZEK: Ile to będzie trwać? Ta narastająca między nami bariera, mnie dobije. Nie wiem co się dzieję. Najpierw Nelly była powodem kłótni, później Axel, a teraz co? Ja tylko chcę dla ciebie jak najlepiej. Jesteś zła o Jude'a? Do domu byś nie poszła, Axel by cię wtedy nie zabrał do siebie, bo leżał w szpitalu, pozostał mi tylko on. Przyznał mi się do tego, że unikasz go. Wiem, że to nie dorzeczne, ale ja chcę abyście utrzymywali dobre kontakty. On na prawdę się zmienił na lepsze, musisz to zobaczyć! Musimy porozmawiać, bądź przy kawiarni, o piętnastej.
do BRACISZEK-KOPCIUSZEK: Dobra. 
Zdziwiłam się tą wiadomość, ale w sumie tak to przeważnie się kończy. Kłócimy się, a potem Mark podaje rękę na zgodę i ponownie perfekcyjne rodzeństwo zostaje zjednoczone. To normalne, w końcu jesteśmy rodziną. Zasłoniłam twarz poduszką, ponieważ przez rozsunięcie rolet, promienie słoneczne dostawały się do moich oczu i to mnie drażniło. Wtedy do pokoju ktoś wszedł,  pewnie był to Blaze i mało się nie pomyliłam. Z mojego oblicza szybko została zdarta poduszka, a moim oczom ukazał się rozpromieniony blondyn. Spojrzałam na lewo, odkąd tutaj jestem na półce nocnej leżą leki i stoi szklanka soku pomarańczowego - tak było i dzisiaj. Skrzywiłam się na samą myśl, że muszę to wypić. Tak, jestem niesystematyczna i praktycznie nie dbam o siebie. Ale muszę to robić, bo wszyscy doprowadzają mnie do szału z tą swoją troską.
- Witam moją śpiącą królewnę! - powiedział, całując moje czoło. - Wow... chyba pomyliłem panią z Shrekiem!
- Dzień dobry mój dzielny książę. - sapnęłam, miziając go po nosie. - Lordzie Farquaadzie, jak nie pasi... to wypad. 
Chłopak na to zaczął kichać jak mały słodki kociak. 
- A jednak pani pokazała swoje pazurki z rana. Wyspałaś się? 
- Tak mi się wydaje... - przeciągnęłam się. - Przesłuchanie z rana? 
Pamiętacie jak mówiłam o nadopiekuńczości? Na prawdę czasami myślę kto jest najbardziej opiekuńczy dla mnie. Mark czy Axel?
- Kochanie zależy mi na tym, abyś była przede wszystkim zrelaksowana i zdrowa. Kocham cię, może dlatego? - odparł, przytulając się do mnie. 
- Skoro tak. - musnęłam jego usta.
- Mark, do mnie pisał. - skrzywiłam się na dźwięk tego imienia w jego ustach. - Chciał się spotkać.
- Jeśli dobrze pamiętam to... o piętnastej, koło kawiarni...
- Nie mów, że... do ciebie też napisał? - podrapał się po głowie. 
- Jak myślisz... co kombinuje. - oparłam się o jego plecy.
- Przypuszczając to, że Mark to osoba bez konfliktowa, to będzie chciał z nami pogadać o ugodzie... - sapnął, wstając z łóżka, rozciągając się.
Nagle szybko ściągnął kołdrę ze mnie i zaniósł mnie do łazienki. 
- Nie bez powodu nazwałem się Shrekiem. - przewróciłam na niego oczami. - A teraz, ogarniaj się i czekaj na dalsze instrukcje. 
Wzruszyłam na to bezradnie ramionami i powoli przeczesałam szczotką moją szopę, potem podpięłam do gniazdka prostownicę i je wyprostowałam. Ostatecznie związałam w wysoki kucyk, a następnie wzięłam szybki prysznic i wyjęłam z torby jakieś ubrania pasujące do mojego humoru. Zeszłam pośpiesznie na dół, a tam już znajdował się nie wiadomo czemu Swift i Holly. Wszystko by wyglądało normalnie, gdyby chłopak nie trzymał jej za rękę. Chłopak uśmiechnął się krzywo w moją stronę. Spojrzałam na mojego chłopaka, miał ubraną jakąś czapkę wędkarską, a w ręku dzierżył mapę. 
- Co tu się odwala? - spojrzeli wszyscy w moją stronę.
- Jedziemy w poszukiwaniu przygody! - blondyn spojrzał na mnie spod okularów przeciwsłonecznych.
- Co? - zdjęłam mu okulary z nosa. - Ile ty masz lat?
- No ej, będzie fajnie. - odparł, zachrypnięty głos Nathan'a.  - Nie psuj zabawy!
- Jak się zgubimy to będzie jeszcze bardziej zabawnie. - dodała Holy, biorąc rękę chłopaka i oplatając ją wokół swojej talii.
- Cichać mieszczanie! - krzyknął Axel, spojrzeliśmy na niego jak na wariata. - Jedziemy w nieznane....
- Na Karaiby, kapitanie Sparrow! 
- Można i tam wpaść... ale najważniejsze jest to, że będzie zabawa. - spojrzał na Nathana, szukając w nim wsparcie. - No nie?
- Musimy się urwać od problemów.

* Mark's POV *

♫ 

- Mark, coś nie tak? - z moich rozmyślań wyrwał mnie głos Nelly.
Skłamałbym, że nie i strzeliłbym ten swój uśmieszek, ale się tak dalej nie da. Martwi mnie to, że zamiast budować z moją siostrą zdrową i wspaniałą relację, oddalamy się od siebie wszystko ze względu na to, że pragnę nadrobić jej stracone lata troską. Wiem, że to czasami wychodzi z pod mojej kontroli i wtedy staję się nieznośnie nadopiekuńczy. Ale to nie wszystko, Axel i ja jesteśmy na granicy z powodu nieustającej jadki po między mną a Dianą. Chłopak musi być na prawdę rozdarty, gdyż oboje jesteśmy dla niego bardzo bliscy.
- Kochanie... to skomplikowane.
- Chodzi o siostrę, co? - spytała, prosto z mostu.
- Jak ty mnie znasz. - pogłaskałem ją po twarzy.
Złapała mnie za rękę i spojrzała w oczy. 
- Napisz do niej i się spotkajcie.
- Myślisz, że to wystarczy? - sapnąłem, biorąc telefon do ręki.
- Kto nie ryzykuje... nie pije szampana. - poklepała mnie krzepiąco po ramieniu. 
do SIOSTRUNIA:Ile to będzie trwać? Ta narastająca między nami bariera, mnie dobije. Nie wiem co się dzieję. Najpierw Nelly była powodem kłótni, później Axel, a teraz co? Ja tylko chcę dla ciebie jak najlepiej. Jesteś zła o Jude'a? Do domu byś nie poszła, Axel by cię wtedy nie zabrał do siebie, bo leżał w szpitalu, pozostał mi tylko on. Przyznał mi się do tego, że unikasz go. Wiem, że to nie dorzeczne, ale ja chcę abyście utrzymywali dobre kontakty. On na prawdę się zmienił na lepsze, musisz to zobaczyć! Musimy porozmawiać, bądź przy kawiarni, o piętnastej.
od SIOSTRUNIA: Dobra.
Jedna zatopiona, teraz czas na Axel'a. Jakby tu zacząć:
do BLAZEONMYFACE: Ta sytuacja na pewno cię przytłacza cię stary... Zdaję sobie z tego doskonale sprawę... Dlatego, proszę przyjdź do naszej kawiarni, o piętnastej. 
od BLAZEONMYFACE: Jesteś mega dziwny, ale w sumie... zawsze taki byłeś. Będę przyjacielu.
Jak to chłopak miał w zwyczaju, użył swojego specyficznego dla mnie humoru. Westchnąłem, przeczesując gąszcz moich brunatnych loków.
- Nadal się przejmujesz? Rozchmusz się, nooo.... uśmiech.  - spojrzałem na dziewczynę i moje kąciki ust poszybowały ku górze. 
A dziwne poczucie beznadziei coraz bardziej się rozrastało w moim umyśle. Ale nadal z tyłu mojej głowy, pozostaje ten cholerny raz, zawiodłem - BOSKA RĘKA zwiodła. Pierwszy raz w życiu czułem, że nie dam już rady. Miałem ochotę odpuścić, ale moi przyjaciele nie dali mi tego zrobić. Natychmiast podnieśli mnie na duchu, choć na sekundę. Ten mecz to tylko i wyłącznie zasługa naszych obrońców i atakujących. Ja jako kapitan, byłem najgorszym... Dlaczego ja jeszcze gram w piłkę? Właśnie przechadzałem z dziewczyną po rynku Inazumy, gdy nagle podleciała do mnie niespodziewanie piłka. Wykopałem ją do góry, a piłka poleciała w jakimś nieokreślonym kierunku.
- Ten mecz.. nadal cię to kuje? - spytała brunetka, wskazując na piłkę.
- Poniekąd. - ścisnąłem jej rękę. - Chodzi o mnie. Jestem niedoskonały i w tym problem, rozumiesz?
- Mark, cholera. - sapnęła poirytowana. - W pierwszej klasie nie liczyło się to dla ciebie, liczyła się pasja i  miłość do football'u. 
- To było kiedyś.. - pokręciłem głową. - Czasy się zmieniły, teraz musimy być najlepsi.
- Hej, nie zamieniaj się w Dark'a! - potrząsnęła mną. - Ty jesteś Mark David Evans, chłopak Nelly Raimon. Jako piłkarz jesteś pełny werwy, jesteś optymistą i nic cię nie zatrzyma w dążeniu do wygranej. 
Ma rację. Czuję, że się zmieniam na gorsze - zauważyłem, że moje podniecenie przed każdym meczem powoli opada. Nie wiem gdzie zatraciłem w sobie to beztroskie dziecko... Czy ja staję się dojrzalszy i zepsuty? Czy może ten świat mnie niszczy?

* Holly POV *

♫ 

- Nathan, to nie jest dobry pomysł. - złapałam go mocniej za rękę. -Ona nie wie o nas...
- To co? Kocham cię, a Diana musi  pogodzić się z tym. - szybko uciął, obejmując mnie.
Nie wiem nawet po co on mnie tak ciągnie. Czy to coś tak ważnego, żeby to rozgłaszać każdemu? Bardzo wątpię. Nie chciał nic zdradzić, mimo, że jest wielką chlapą. Dotarliśmy do rezydencji Blaze. Widać, że pannie Evans jest jak w niebie. Czyżby była z nim dla forsy? W sumie to logiczne, pewnie jej opłaca jej każdą zachciankę i leki. Nie wiem co o tym myśleć, gdy weszliśmy do środka, ukazała nam się wielka czerwona kanapa. A na niej siedział blondyn w jakiejś śmiesznej czapeczce, a w rękach dzierżył mapę. Na nasz widok szybko się zerwał z amoku, spojrzał to na mnie, to na Nathan'a, a potem znacząco uśmiechnął się do niego. Przybił z nim piątkę, a do mnie mrugnął, gdyż nie był zaskoczony obrotem spraw po między nami. Następnie poszedł z mapą w nosie do kuchni.
- Coś nie tak? - spytał, obejmując mnie w talii.
- Dziwnie się czuję. - wzruszyłam ramionami. - Bo to takie nierealne...
- Ale jest realne i to bardzo. - potrząsnął mną.
Wtedy usłyszałam skrzypienie schodów, to była ona. Swift posłał jej uroczy uśmieszek, na co ona okazała zero reakcji. Wydawała się być bardziej spięta. 
- Co tu się odwala? - spojrzeli wszyscy w jej stronę.
- Jedziemy w poszukiwaniu przygody! - blondyn spojrzał na nią spod okularów przeciwsłonecznych.
- Co? - zdjęła mu okulary z nosa. - Ile ty masz lat?
- No ej, będzie fajnie. - odparł, zachrypnięty głos Nathan'a.  - Nie psuj zabawy!
- Jak się zgubimy to będzie jeszcze bardziej zabawnie. - dodałam, szybko biorąc rękę chłopaka i oplatając ją wokół swojej talii jakbym zaznaczyła stan rzeczy dla jej oczu.
- Cichać mieszczanie! - krzyknął Axel, spojrzeliśmy na niego jak na wariata. - Jedziemy w nieznane....
- Na Karaiby, kapitanie Sparrow! 
- Można i tam wpaść... ale najważniejsze jest to, że będzie zabawa. - spojrzał na Nathana, szukając w nim wsparcie. - No nie?
- Musimy się urwać od problemów. - na co Swift zaczął się głupkowato śmiać. 
Bez większego pośpiechu, wyszliśmy na zewnątrz. Axel z nią za rękę, my też, szliśmy oddzielnie, zupełnie tak jakbyśmy się nie znali. Nagle nasz przewodnik stanął, obrócił  się w stronę drogi i wystawił kciuka w stronę drogi.
- Co ty robisz? - krzyknęła, ciągnąc go za koszulkę. - Nie pojadę autostopem!
Mój byczek tak patrząc na Axel'a, również dostał chcicy, aby łapać autostop i nim się obejrzałam, obaj stali jak dwa zmuły, próbując wykombinować nam transport.  
- Mam pomysł... - jęknęła przeraźliwie. - Oglądnijmy jakiś film i się pośmiejmy.
- Okej, chodź. - sapnął, przewracając oczami. - Bo to coś, będzie pewnie jeczęć tak przez cały dzień. 
Udaliśmy się więc na najbliższy przystanek, a tam atmosfera stała się jeszcze bardziej niezręczna. Usiadłam obok Diany, ale nie na długo, na horyzoncie widniał bus i nim się obejrzałam wchodziliśmy do jego wnętrza. Kupiliśmy dwa bilety i pojechaliśmy "nieznane". Tego nie wiem i chyba na ten moment się nie dowiem.

* Nathan's POV *

♫ 

Ten autobus jest strasznie powolny, spojrzałem na blondynkę - na jej twarzy malowało się zakłopotanie pomieszane ze strachem. Nie wiem, co to konkretnie ma znaczyć, ale pewnie będę musiał pogadać o tym z Dianą. Wtem Axel zerwał się z miejsca i wcisnął przycisk przez co pojazd się zatrzymał. Od kiedy panicz Blaze stał się taki spontaniczny? Był on kiedyś równo stąpającym po ziemi człowiekiem, co mogło odmienić ten stan? Za pewne znajomość ze mną, rozbujałem go za bardzo, ale... podoba mi się to. Podążyłem za jego krokami, znajdowaliśmy się  na kompletnym zadupiu, podbiegłem do niego.
- Ej stary, gdzie my tak w ogóle...
- Pamiętasz, ten wielki kanion? - nie zwracał na moje słowa, nie spuszczając oczu z mapy.
- Ooo.. - zasłoniłem twarz. - Nie mów, że...
Pamiętam to jak wczoraj, to była środa, a dokładniej mówiąc marzec, 13. 
"Była ładna pogoda, a ja najzwyczajniej w świecie nie miałem zamiaru słuchać o jakiś durnowatych kulkach czy walcach, które do niczego mi się w życiu przydadzą chyba że byłbym budowniczym.
 - Urywamy się z matmy? - jęknąłem, zabierając mu książkę do historii.
- Kpisz sobie?  - prychnął na mnie, zabierając mi ją. - Wiesz jakie konsekwencje nas czekają?
- Ej, jesteś mięka klucha! - wystawiłem mu język. - Axel to mięczak, paczajcie!
- Zamknij się bombonie! - szybko dostałem książką w głowę. - Niech ci będzie, ale... to ostatni raz. 
Zbliżała się wyczekiwana lekcja matematyki. To był pierwszy dzień kiedy Axel stał się zbuntowanym aniołem. Uciekliśmy z pretekstem, że boli mnie brzuch, a jako, że nie jestem w stanie dojść do domu sam, Axel powinien ze mną pójść. Potem szybko wybiegliśmy z budynku i poszliśmy na najbliższy przystanek. 
- Mistrzostwo. - rozłożył bezradnie ręce. - Co masz zamiar teraz robić? 
- Zabiorę cię w nasze miejsce...
-  Nasze? - sapnął, rozkładając ręce. - Od kiedy my...
- Nie w tym sensie. - poklepałem go po ramieniu, widząc autobus. - Chodź.
I tak to się stało, że znaleźliśmy się na tym wspaniałym kanionie, nie wspominając, że szliśmy przez niezłe chaszcze, które zazwyczaj są pełne węży. Było to miejsce mojego odpoczynku (chillu), znalazłem je zupełnie przypadkiem kiedy błąkałem się myśląc nad moim życiem i po prostu uciekając od miejskiego tłoku. Mogłem tam robić co mi się chciało, cała pusta przestrzeń dla mnie. Przywiązałem się do tego miejsca bardzo szybko i może dlatego też przytachałem tam lodówkę z moim pepsi.
- Wooow. - rozłożył ręce.
- Tak, ja też. - poklepałem go po plecach - To nasza utopia! " 
Zaczęliśmy się śmiać.
- Ale... co ty chcesz z nimi robić? - wskazałem na dziewczyny. 
- Nie o tym, o czym teraz myślisz, zboczuchu. - odparł, poprawiając swój dziwaczny kapelusz.
- W ogóle skąd to masz? - spytałem, wskazując na to coś, zwane kapeluszem.
- A to... - powiedział, poprawiając go z koloni wakacyjnej. - Wiem, że jestem jeszcze piękniejszy..
Spojrzałem na tyły, poirytowane dziewczyny szły z tyłu, żadna nawet nie miała zamiaru patrzeć na drugą. Dźgnąłem go w bok.
- Czy ty to widzisz? - chłopak oglądnął się za siebie.
- Oj no, nie każdy musi się lubić z każdym. - odparł, wzruszając ramionami. - Chociaż w szpitalu były bardziej rozmowne...
- Nie mów, że jest zła, że jej o tym nie powiedziałem... - urwałem, pocierając kark. 
- Wnioskując po jej zmarszczonym czole, to tak. - szepnął, robiąc krok w tył. - Chodź, trzeba rozlźunić atmosferkę.

* Axel's POV *

♫ 

Kobieta - to pojęcie jest przez wielu rozumiane, a inni dopiero je zgłębiają. Do poszukiwaczy i odkrywców zalicza się Nate, widać, że jest zielony w temacie dziewczyn. Gdyż my mężczyźni, nie wiemy czasami, co dziewczyna może w sobie skrywać. Chciałem się dzisiaj rozerwać, poprawić mojej dziewczynie nastrój, uspokoić rozszalałe demony Nathana, a przy okazji poobserwować tą całą Holly. Nawet nie zauważyłem jaka panowała atmosfera między nimi, obie szły osobno, a kiedy było tak ciężko, to były dla siebie jak siostry.  
- Czy ty to widzisz? - jego głos był tak zaniepokojony jakby widział dinozaura. 
- Oj no, nie każdy musi się lubić od razu. - odparłem, wzruszając ramionami. - Chociaż w szpitalu były bardziej rozmowne...
- Nie mów, że jest zła, tylko dlatego, że ja i Holly... - urwał, pocierając kark.
- Wnioskując po jej zmarszczonym czole, to tak. - szepnąłem, robiąc krok w tył. - Chodź, trzeba rozluźnić atmosferkę. 
Objąłem je obie ramionami.
- Dziewczynki - sapnąłem, patrząc na ich twarze. - Tak być nie będzie...
- Czy coś jest nie tak? - spytały jednocześnie.
- Axel, chyba z tobą jest mocno coś nie tak. - pokręciła na mnie głową Diana.
- Oj proszę cię, przynajmniej ruszyłaś dupę z willi... - powiedziała blondynka, nawet nie patrząc na brunetkę. - Księżniczka też musi czasami wyjść do plebsu i natury 
- Co. - wcedziła przez usta, próbując unormować oddech. - Więc o to ci chodzi? 
- Wszyscy skaczą wokół ciebie jak pieski. Jesteś gorsza nawet od Nelly. - widziałem jak Diana trzęsie się ze złości, gdyż Holly nadepnęła na jej słaby punkt. - Sama jej prawiłaś morały, a sama nie jesteś idealna
- Słucham? - wykrztusiła Diana. - Wiedziałam, że tak będzie. Miałam nadzieję, że zacznę tu spokojne życie. Chciałam wrócić do domu, zacząć od nowa, odnowić życie z rodziną, którą nie widziałam się wieki.
- Dan, nie... - jęknął Nathan.
- Daj mi skończyć... - zatrzymała go. - Masz rację, jestem księżniczką. Tylko i wyłącznie dlatego, przylgnęła do mnie ta etykietka, ponieważ wszyscy są na moje zawołanie, nawet wtedy kiedy o to nie proszę. Ale popełniłaś istotny błąd. Nelly a ja to zupełnie dwie, różne osoby. 
- Ja-aa... - wydukała wbita w ziemię blondynka. 
- Może teraz wyjadę znowu i wszystko wróci do normy. - jej oczy się zeszkliły. - Diana równa się problem, ułatwię wam rozwiązanie tego.
Teraz mnie zatkało. Holly przez cały czas dusiła w sobie to mniemanie o Dianie? O dziewczynie która jest dla mnie wszystkim. Ona jako jedyna popchnęła mnie do powrotu do piłki nożnej, zabierała i zmuszała do otwarcia się dla nowych ludzi. Gdyby nie ona, to Nathan byłby sam i umarłby na miejscu, a Mark byłby poobcierany bez jej starannej pierwszej pomocy. Nelly jeszcze rozumiałem ponieważ, była zazdrosna o to, że ona stała się naszym ulubieńcem i to bez większych starań. Ale Holly? Po pierwszej naszej rozmowie wydała się sympatyczna, teraz nie wiem co o tym myśleć.
- Holly... Nie powinnaś tak mówić. - burknął w jej stronę Nathan.
- Ja nie...
- Bo wy nic nie wiecie! - wrzasnęła, a po jej twarzy lały się łzy. - Myślicie, że jest u mnie dobrze i fantastycznie. A tak naprawdę z dnia na dzień czuję, że tutaj nie pasuje. Boję się, że kogoś zawiodę i sprawię problemy, których nie potrzebujecie. Żałuję, że zrujnowałam życie wam wszystkim, moją osobą. 
- Nie mów tak... - złapałem ją za rękę. - Dopóki jesteś z nami...
-  Axel... - złapała się za głowę. - Ja u-uum-mieram. Ostatnio odebrałam wyniki i-ii.. mogę mieć nowotwór. Ale skoro jestem księżniczką, która nigdy w życiu nic nie przeżyła i nie napracowała się na swoje szczęście, to powinnam wracać do swojego zamku do Stanów Zjednoczonych! 
Zaczęła szybko zawracać, a potem zaczęła biec, a ja bez zastanowienia pobiegłem za nią. Nie wiedziałem, że tak się właśnie czuje. W sumie nie dowiedziałbym się od lekarza, ponieważ jest pod przysięgą lekarską. Nie mogę po prostu w to uwierzyć, że znowu mogę kogoś stracić i to tym razem na dobre. Dziewczyna nie biegła za długo, ponieważ zmęczona tym wszystkim, usiadła na ziemi i skuliła się w kłębek. Przykucnąłem obok niej.
- Serio się tak czujesz? - spytałem, głaszcząc ją po plecach.
- Z każdym dniem to poczucie winy we mnie narasta. - jęknęła. - Bo gdyby nie ja...
- To bym nie dołączył do Raimon'a, nie związałbym się z nikim i nadal byłbym nie ufny wobec każdego. - spojrzała na mnie. - To wszystko twoja zasługa, a ja właśnie tym ci się odwdzięczam. 
- Więc nie jesteś zły? - spytała, ocierając łzę.
- Jestem wręcz wściekły, że nie przyjechałaś szybciej, kochanie. - odparłem, całując ją. - Czy teraz możemy dalej iść?
Pokiwała głową, podniosła zadek i złapała mnie za rękę.

* Diana's POV *




- Ja nie... - wymamrotała Holly.
- Bo wy nic nie wiecie! - wrzasnęłam, a po mojej twarzy lały się łzy. - Myślicie, że jest u mnie dobrze i fantastycznie. A tak naprawdę z dnia na dzień czuję, że tutaj nie pasuje. Boję się, że kogoś zawiodę i sprawię problemy, których nie potrzebujecie. Żałuję, że zrujnowałam życie wam wszystkim, moją osobą. 
- Nie mów tak... - złapał mnie za rękę Axel. - Dopóki jesteś z nami...
-  Axel... - złapałam się za głowę. - Ja u-uum-mieram. Ostatnio odebrałam wyniki i-ii.. mogę mieć nowotwór. Ale skoro jestem księżniczką, która nigdy w życiu nic nie przeżyła i nie napracowała się na swoje szczęście, to powinnam wracać do swojego zamku do Stanów Zjednoczonych! 
Wreszcie wyrzuciłam wszystko co mnie przedtem przytłaczało. Ale czy jest dobrze? Po ostatniej  mojej wizycie u mojego doktora, nie wiem co ze sobą zrobić. Ta dziwna świadomość, że mogę w każdej chwili umrzeć mnie nie opuszcza. Stałam się bardzo podenerwowana faktem, że stworzyłam sobie za duże grono ludzi, którym zadam ból - jest mi z tym źle.  Tymczasem szliśmy dalej w nieznane. Za nami szli Nathan i Holly, było cicho jak makiem zasiał. Pociągnęłam blondyna za rękę, a ten spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Wyszeptałam mu do ucha, żeby coś zrobił z tą atmosferą.
- Nathan? - zwrócił się w stronę Swifta. - Co ty na to, żeby udać się do pobliskiego sklepu? Po jakieś papu, ewentualnie picie..
- ... w ostateczności piwo. - palnął, na co dostał kuksańca od Holy.
- Tak, tak. - zaśmiałam się mu w twarz. - Idź Nathanku potem będziesz rzygał jak kot. 
- Po jednym piwie? - poklepał się po klatce piersiowej, jakby był ze stali. - Pff... czyżbyś we mnie wątpiła, kochana?
- Nie jesteś jeszcze na tyle dorosły aby pić piwo. - wtrącił się Axel.
- Skoro tak mówisz... tato. - jęknął, śmiejąc się w głos.
Obaj potem nas szybko wyprzedzili, a my zostałyśmy same.
- Diana, ja..
- Nie przepraszaj mnie, nie każdy zna moją historię. - odparłam, uśmiechając się w jej stronę. - Swoją drogą, słyszałam, że ty i Nathan..
- Na to wygląda. - podrapała się po karku, a na jej twarzy pojawił się rumieniec. -To jest świeże i się strasznie boję. 
- Nie ma czego. - powiedziałam, dźgając ją w bok. - Nathan z pozoru to głupek, ale... to dobry chłopak.
- Podziwiam cię. - pokręciła głową. 
- Mnie? - spojrzałam na nią rozbawiona.
- Korzystasz z życia garściami, mimo przeciwności. - sapnęła, patrząc w niebo. - Szkoda, że ja tak nie potrafię.
- Wychodzę z założenia, że życie powinno być brane garściami. - pokiwała głową na moje słowa. - To jest niesamowity dar, którego nie każdy potrafi docenić.
- Nie rozumiem tego... - odparła skonsternowana. - Jesteś chora i to nie na żarty.. Ej, dlaczego się śmiejesz? 
- Ile razy ja to słyszałam? - zaczęłam się śmiać, a dziewczyna spojrzała na mnie zaniepokojona. - Z jakieś milion razy ludzie mi to powtarzali, ale mam na to wylane. Trzeba cisnąć do przodu, aby odbić się od dna. 
- Nate mówił, że właśnie taka jesteś i nie żartował. 
- Taka... czyli jaka?
- Taka po prostu dobra i optymistycznie nastawiona na następne jutro. - sapnęła, stając z nogi na nogę.
- Serio tak ci powiedział? - odparłam zdziwiona. - Z tym  optymizmem to może przesadził. Niekiedy mam tak, że jestem smutna cały dzień, tydzień, a nawet miesiąc. Ale na szczęście mam chłopaka i przyjaciół. 
Holly na chwilę zamilkła, ukradkiem spojrzałam na nią. Widać, że każde moje słowo powoli rozważała jakby było ono jedną, wielką kryminalną zagadką Maimi.
- Tak sobie myślę, że w sumie.. Mark i ty jesteście podobni.- powiedziała, podchodząc do mnie bliżej. - I z wyglądu i charakteru. 
- Aby na pewno? - jej słowa wydały mi się nie dorzeczne.
- Gdybym cię nie znała, to pomyślałabym... że ty i Mark jesteście parą. - klasnęłam otwartą ręką w kolano i zaczęłam się śmiać. 
Czy ja wiem? Mark i ja? Jestem dobra i miła, ale do czasu. Nie wybaczam wszystkim od tak jak to robi mój brat. Jeśli jest to coś drobnego to owszem, chowam to w niepamięć. Lecz zdarzają się wyjątki, jeden z nich jest żyjącym wyjątkiem - to Jude. Gdy my tak sobie gawędziłyśmy, nasi mężczyźni przybyli z pięcioma paczkami żelków w kształcie podłużnych rurek oraz z dwiema litrowymi pepsi.
- Axel, skąd ty masz pieniądze? - spytałam nagle olśniona. 
- Hmmm... - urwał, zastanawiając się nad sensownym wytłumaczeniem sytuacji. - Powiedzmy, że jestem jasnowidzem i na wszelki wypadek wziąłem trochę hajsu.
Nim się obejrzeliśmy staliśmy na jakiejś wielkiej skale, a raczej jak to Swift nazwał - "Utopi". Trzeba przyznać, że widok z tego czegoś jest nieziemski, normalnie raj na ziemi. Czułam się taka szczęśliwa jak jeszcze nigdy, wzięłam głęboki oddech, aby napawać się chwilą. Spojrzałam na zegarek, jest równo dwunasta, szybko się podniosłam z ziemi.
- Axel, musimy się zbierać. - odparłam, otrzepując się.
- Poczekaj.. - jęknął, wyciągając się wygodnie na ziemi.
- Nie mamy na to czasu. - zdjęłam mu z twarzy ten śmieszny kapelusz.
- Nie mów, że... - spojrzał ukradkiem na zegarek . 
- Tak. - spojrzeliśmy na siebie znacząco. - Kawiarnia, piętnasta.