Rozdział:39
" - A no tak... duch przeszłości cię prześladuje. - sapnąłem, a dziewczyna pokiwała na moje słowa twierdząco głową.
- Chcę być ostrożna... - westchnęła głęboko. - Po mojej ostatniej relacji z chłopakiem dużo myślałam.
- I co wymyślałaś? - napierałem z pytaniami, nie patrząc na to czy czuje się ona z nimi komfortowo.
- Postanowiliśmy, że nie będziemy się śpieszyć. - nawet nie zauważyłem, że dotarłem, aż pod jej dom.
- Dziękuję ci za dziś. - powiedziałem, całując jej ręce. - Bez ciebie nie dałbym rady...
- No wiadomo. - odpowiedziała żartobliwie, zamykając furtkę.
- Jak zawsze skromna! - krzyknąłem.
- Połamania nóg Shearer. - rzuciła przez ramie i znikła za drzwiami swojego domu."
* Nelly's POV *
♫
Jest letnie po południe, wielka duchota opanowała całe miasto, a ja tymczasem stoję lekko poddenerwowana pod drzewem i wachluje się swoją niewielką, czarną torebką. Jest już czternasta, a jego nie ma. Byliśmy umówieni, a on znowu albo to olał albo najzwyczajniej w świecie się spóźnia. Szybko wybrałam jego telefon, połączenie leniwo się rozpoczyna, przez chwilę w moich uchu zaczęło brzęczeć - oznaczała to, że połączenie jest realizowane, jednak tak jak przypuszczałam, odpowiedziała mi jego poczta. Zdenerwowana ruszyłam na boisko, gdyż tylko to miejsce przychodziło mi do głowy. Jednak i tam go nie było, potrząsnęłam ze złością głową i zaczęłam się trochę martwić. Moje nogi zaprowadziły mnie pod wieżę Inazumy. Opona na tym wielkim, starym drzewie wisiała tak jak zawsze, tylko wiatr próbował ją wprowadzić w ruch - zero śladu Marka tutaj. Centrum treningów wpadło do moich myśli, więc i tam się pokierowałam, gdy byłam już przy samych drzwiach, usłyszałam jakieś wielkie grzmoty, przypominające do tych podczas wielkich burz, które niszczyły okoliczne domy. Popchnęłam je mocno, a one lekko się uchyliły i wydały z siebie przeraźliwy dźwięk. Moim oczom ukazał się obrazek niczym z horroru. Mark stał na bramce, a jakieś ustrojstwo waliło w niego piłką. Wyglądał na jak wojownik po ostrej bitwie, a z jego łuku brwiowego sączyła się krew.
- Mark! - krzyknęłam by przerwać tą rzeź, ale chłopak nie zareagował.
Podeszłam do tego czegoś i kliknęłam losowy przycisk, wtedy maszyna się zatrzymała.
- Neee-ll-y? - sapnął, szybko podnosząc się z ziemi.
Posłał mi blady uśmiech. Próbował się podnieść, lecz jego ciało jakby mu na to nie pozwalało. Jego twarz wyglądało jak pole bojowe, a z jego nosa i łuku brwiowego leciała stróżka krwii. Zrobiłam kilka kroków w jego stronę, złapałam go za twarz.
- Mark, co ty robisz? - spytałam, głaszcząc go po głowie.
- Kochanie... - zaczął się nerwowo śmiać.- Toż to mój codzienny trening?
- Trening? - jęknęłam. - Wyglądasz jak sto nieszczęść... zamęczysz mi się tutaj na śmierć.
Miałam już tego dość, Mark jest zbyt ambitny i zbyt poważnie podchodzi do swojej pasji. Zawsze chce z siebie dać sto procent, przez to jego chore dążenie, może się to skończyć tragicznie.
- Mam wszystko pod kontrolą. - odrzekł, ocierając krew ręcznikiem.
Z moich oczu poleciało kilka gorzkich łez. Ja nie mogę tak dłużej. Jeśli on się przez ten sport zabije, to ja nie wiem co ze sobą zrobię. To mój pierwszy chłopak, mi na tym, na nim cholernie zależy, nie chcę tego schrzanić. Pierwsze miesiące były piękne niczym z bajki, a teraz wiszą nad nami czarne chmury, które zsyłają na nas grad nieszczęść. Pogłaskał mnie swoją wątłą ręką po policzku.
- Musisz przestać. - sapnęłam, łapiąc go delikatnie za zmasakrowaną rękę.
- Nie mogę... - szepnął, powoli wstając. - Dopóki stoję na dwóch nogach... to wtedy będę ćwiczył.
Wstał, ale nadal się bujał bańka-wstańka. Spojrzał mi w oczy i niespodziewanie pocałował, wiedziałam, że chce tym załagodzić już dość napiętą sytuację, dlatego oderwałam się od niego.
- Mark. - jego wzrok był przygotowany na moje słowa. - Ja tak nie mogę...
- Co masz na myśli? - złapał mnie za moje drżące ręce.
- Myślałem, że "na zawsze" ma wielką moc. - urwał, gryząc dolną wargę. - Myliłem się.
- Ja....
- Nie wytrzymujesz... rozumiem. - odwrócił się ode mnie.
- To nie... - próbowałam coś jeszcze powiedzieć, ale on już mnie nie słuchał.
- Już wszystko wyjaśniłaś, Nelly. - uciął nagle, a następnie obdarzył mnie przepraszającym wzrokiem. - A teraz... po prostu to powiedz.
- Musimy zrobić sobie przerwę Mark... - sapnęłam, przełknęłam ciężko ślinę. - ...to dla naszego dobra.
- Skoro tak chcesz. - westchnął głęboko, zaczął powoli odchodzić.
- Mark.. - chłopak spojrzał na mnie smutno.
- Puszczam cię wolno... a wszystko dlatego, że cię kocham. - rzucił przez ramię i zostawił mnie w dziwnym amoku.
Usiadłam na podłodze i próbowałam się uspokoić. Potok łez polał się z moich oczu, ta decyzja może mnie uspokoiła, ale zadała bardzo dużo bólu. Nie mam nikogo przy sobie, w desperacji wyjęłam z kieszeni telefon i zamówiłam taksówkę. Następnie taksówkarz zawiózł mnie pod podane miejsce. Znalazłam się koło domu Blaze'a i zadzwoniłam niepewnie w dzwonek.
* Mark's POV *
♫
- Dokąd idziesz synku? - spytała troskliwie mama.
- Na trening.
- Myślałam, że idziesz z Nelly na spacer... - sapnęła, wycierając ostatni talerz.
- Niech to. - syknąłem. - Jakoś się wytłumaczę, trzymaj się mamo! Zapomniałem, znowu. Zapomniałem o niej, o tej cudownej niewiaście, która zawsze mi pomaga wstać. Czasami wydaje mi się, że mi jest do niczego nie potrzebna - pokręciłem głową na to wszystko i udałem się do centrum. Ustaliłem sobie cel - wykreować coś nowego. Nowa technika, nowy ja - pomyślałem, gdy już byłem w środku. Podążyłem do szatni i szybko się przebrałem, potem na przeciwko bramki ustawiłem tą wielką maszynę. Stanąłem na swojej pozycji, a maszyna niczym kometa wypaliła w stronę bramki, a ja dostałem piłką w twarz. Zignorowałem rosnący ból, który pojawił się w okolicy mojego nosa i próbowałem zatrzymać kolejną. Jednak z każdym uderzeniem, padałem na kolana coraz bardziej słabszy. Uświadomiłem sobie, że z takim nastawieniem, z tamtą mocarną drużyną nie mamy żadnych szans. Przecież oni zmiażdżą mnie jak robaka. Gdy maszyna ponownie wycelowała, drzwi się uchyliły, odwróciłem głowę i to był mój błąd. Piłka z maksymalną prędkością trafiła moją brew, poleciała krew, ale miałem to gdzieś. Upadłem, znowu - najwidoczniej moje ciało się zbuntowało, gdy się powoli podnosiłem, zobaczyłem ją przy maszynie. W jej oczach można było dostrzec przerażenie.
- Mark! - krzyknęła w moją stronę.
To potrwało aby moje ciało zaczęło ze mną współpracować, abym mógł cokolwiek wykrztusić.
- Neee-ll-y? - sapnąłem, szybko podnosząc się z ziemi.
Muszę jakoś uspokoić sytuację, podszedłem do niej jak gdyby nic się nie wydarzyło.
- Mark, co ty robisz? - spytała, głaszcząc go po głowie.
- Kochanie... - zacząłem się nerwowo śmiać. - Toż to mój codzienny trening?
- Trening? - jęknęła. - Wyglądasz jak sto nieszczęść... zamęczysz mi się tutaj na śmierć.
Ma rację, ale nie chciałem jej zdania dopuścić do mojej koncepcji. Nie rozumie, że nie mogę się ociągać, a ja nie rozumiem, że takim zachowaniem doprowadzam ją do nerwicy.
- Mam wszystko pod kontrolą. - obtarłem krew ręcznikiem.
Gdy zauważyłem jej łzy, zacząłem mięknąć, zdałem sobie sprawę, że jestem najgorszym człowiekiem na świecie, doprowadzając kobietę, którą kocham do płaczu. Pogłaskałem ją swoją ręką po policzku.
- Musisz przestać. - sapnęła, łapiąc delikatnie za zmasakrowaną rękę.
- Nie mogę... - szepnąłem, powoli wstając. - Dopóki stoję na dwóch nogach... to wtedy będę ćwiczył.
Po mimo, że się chwiałem, chciałem jej za wszelką cenę udowodnić, że wiem co robię i nie musi się ona niepotrzebnie martwić.
Spojrzałem jej w oczy i niespodziewanie pocałowałem, chciałem jakoś ją uspokoić, ale ona wywąchała podstęp i oderwała się od mnie.
- Mark. - byłem przygotowany na najgorsze. - Ja tak nie mogę...
- Co masz na myśli? - złapałem ją za drżące ręce.
- Myślałem, że "na zawsze" ma wielką moc. - urwałem, gryząc dolną wargę. - Myliłem się.
- Ja....
- Nie wytrzymujesz... rozumiem. - odwróciłem się ode niej, bo czułem, że się rozpłaczę.
- To nie...
- Już wszystko wyjaśniłaś, Nelly. - nie chciałem tego przedłużać, dlatego jej wszedłem w zdanie, ten ból coraz bardziej mnie przygniatał. - A teraz... po prostu to powiedz.
- Musimy zrobić sobie przerwę Mark... to dla naszego dobra.
- Skoro tak chcesz. - westchnąłem głęboko i chciałem już uciec stąd jak najszybciej, dlatego wstałem.
- Mark.. - spojrzałem na nią ostatni raz
- Puszczam cię wolno... a wszystko dlatego, że cię kocham. - to wszystko, po prostu zostawiłem ją samą, z jej smutkiem i z jej gorzkimi łzami.
Nie chciałem dalej z nią rozmawiać, bo to by jeszcze bardziej pogorszyło sprawę. Skołowany udałem się w nieznanym sobie kierunku. Kopałem w między czasie moją piłkę, chciałem ją teraz najdalej od siebie - to wszystko przez nią.
- Mark! - usłyszałem za sobą, moim oczom ukazał się Eagle.
Szybko do mnie podbiegł i przybiliśmy żółwika.
- Dokąd się wybierasz, Amerykaninie? - spytałem, blado się uśmiechając.- Urwałem się od mojej dziewczyny, Silvi. Jeden dzień bez tej małpy.. - sapnął, śmiejąc się w głos.
- Jesteś pewien? - jęknąłem, a chłopak spojrzał na mnie uważnie.
- Matko Mark.... co jest? - sapnął, analizując moją twarz.
Ja nie wiem jak oni potrafią to robić... Czy oni znają mnie tak dobrze czy ja tak bardzo pokazuje swoje uczucia? Wzruszyłem na jego zapytanie ramionami.
- Nelly i ja... to koniec. - wycedziłem szybko, nie patrząc na niego.
Na pewno jego mina wyglądała na bardzo zszokowaną.
- Rozumiem. - odparł powoli, kiwając głową.
Myślałem, że jak każdy będzie zagłębiał się w szczegóły. Jednak jedno zdanie zaspokoiło jego ciekawość. Nagle spojrzał na mnie, a jego wzrok mnie wewnętrznie przytłaczał.
- Mark, jak to się stało? - spytał, obserwując każdy mój ruch.
- Sam do tej pory nie wiem. - zacząłem wymachiwać rękami. - Ona po prostu się o mnie boi, ale ja... nie mogę pozwolić, żeby była zmartwiona.
- A więc...
- Dlatego puściłem ją wolno. - skończyłem zdanie za niego.
- Stary... to na pewno było ciężkie dla ciebie. - poklepał mnie po plecach. - Masz wielkie serca... i ona jeszcze to doceni.
Uśmiechnąłem się na jego słowa, może to i prawda? Zawsze mam wielkie serce dla każdego, tylko nie dla siebie.
- Każdy by taki był... gdyby się wewnętrznie przełamał. - sapnąłem, poprawiając włosy.
- Może... obgadamy to przy taco?
- Jak ty mnie znasz....
- Tak się składa, że ja wyczuwam każdego człowieka. - zaśmialiśmy się. - Nieważne z jakiej planety by był.
- Każdy ma swoją ukrytą moc, tylko trzeba ją odkryć. - podsumowałem, klepiąc go po plecach.
* Diana's POV *
♫
- Wychodzę do sklepu. - powiedział, kiedy pakowałam kolejną łyżkę płatków do buzi.
- Okejka. - odburknęłam, chłopak podszedł do mnie bliżej, przez co czułam się jak osoby, które cierpią na klaustrofobię.
- Żadnych głupot jak mnie nie będzie. - dodał, całując moje czoło.
- Jasne, tatuśku. - sapnęłam, machając mu z daleka.
Drzwi się zamknęły, a ja wzięłam do ręki pilota. Miałam ochotę pooglądać jakieś bajki, aby choć na chwilę powrócić do dzieciństwa. Nagle usłyszałam dzwonek, czyżby czegoś zapomniał?
Otworzyłam drzwi i moim oczom ukazała się Nelly. Ona również była zdziwiona tym, że tu jestem.
- Prze-epraszam, chyba pomyliłam adresy. - palnęła, cofając się do tyłu.
- Co ty kombinujesz? - spytałam, po czym zmierzyłam ją wzrokiem. - Wracaj tu.
- Ja tylko... krążyłam w okolicy. - odparła, poruszając ramionami.
- Raimon, wiesz, że jesteś słabym kłamcą? - zagięłam ją, na co dziewczyna zrobiła wielkie oczy.
- Ale ja... mówię prawdę. - otarła szybko łzę z policzka.
- Coś cię gryzie. - odparłam zamyślona. - Chciałaś porozmawiać z Axel'em, a teraz chcesz się wycofać ze względu na mnie.
- Skąd ty...
- Czyli chodzi o Marka. - klasnęłam w dłonie, dziewczyna spojrzała na mnie cała zszokowana.
Chyba nauczyłam się tego od Axel'a, jak ja się cieszę, że mam z nią taką piękną relację. Właśnie to jest jedna z tych korzyści chodzenia i ogólnie znania się z Axelem.
- Wejdź. - powiedziałam, otwierając jej drzwi.
Ona nieśmiało weszła, powoli usiadła na sofie i była wpatrzona w swoje buty. Tymczasem ja nalałam do dwóch szklanek soku jabłkowego i przysiadłam się do niej, podając jej szklankę.
- A więc?
- Zerwałam z nim, okej? - wrzasnęła. - Już... jesteś zadowolona? W końcu twoje marzenia o naszym rozstaniu się spełniły.
- Wiem, że nasze relacje nie są idealne... - odłożyłam szklankę, bo zaczęłam bać się o swoje życie. - Mimo tej całej nienawiści do ciebie, cieszyłam się, że mój brat znalazł osobę, która go uszczęśliwia, wspiera i szanuje.
- Na prawdę tak myślisz? - pokiwałam twierdząco głową.
- Powiesz mi, co się po między wami zdarzyło?
- To wyszło tak spontanicznie... - jęknęła, popijając łapczywie sok. - Po prostu nie chciałam patrzeć na jego ból i-ii...
- Jasna cholera... o czym ty chcesz mi powiedzieć? - westchnęłam, siedząc jak na szpilkach.
- W jego głowę strzelała maszyna wypełniona piłkami. - próbowała poukładać wszystko po kolei. - Gdyby nie ja... to stała by się wielka tragedia.
- No tak... znam to. - spojrzała na mnie. - Axel ma ze mną to samo, no ale... mów.
- Pomyślałam, że musimy od siebie odpocząć. - wypuściła duży pokład powietrza. - Ale wyszło na to, że.. to nie był dobry pomysł.
- Spokojnie... Mark to rozsądny chłopak. - złapałam ją za rękę. -Wrócicie do siebie tak czy siak. Wiesz przecież, że on nie może bez ciebie wytrzymać i ciągle mi gada, że tak bardzo cię kocha.
- Obyś miała rację. - odrzekła z nadzieją w głosie.
- Ja przeważnie ją mam.
- Dzięki. - powiedziała cicho, wstając.
- Ale za co?
- Za to, że mnie wysłuchałaś. - jęknęła, przytulając mnie do siebie. - Przepraszam, ale muszę się zbierać.
- Ale dlaczego? - spytałam zdezorientowana jej pośpiechem.
- Axel wraca, a ja nie chciałabym... aby wiedział o tym. - powiedziała, szybko zamykając drzwi.
Wtedy wszedł blondyn, oglądając się za ramię.
- Czy to była Nelly? - spytał niepewnie, zamykając drzwi.
- Taa-ak, a co?
- Przecież wy się nie lubicie... - odparł, stawiając torby. - Wyczuwam intrygę...
- Po prostu do mnie przyszła. - wzruszyłam ramionami. - Też mnie zaskoczyła tym... chciała tylko pogadać.
Axel pokiwał na to wszystko głową. Dobrze wie, że kłamie, ale nie powie mi tego w twarz i nie zapyta się jaki cel była wizyta Nelly tutaj. On po prostu wie, że ja prędzej czy później puszczę parę z ust.
- A ty co robiłeś?
* Axel's POV *
♫
Właśnie kierowałem się ze sklepu do mojego domu, kiedy zauważyłem Caleb'a. Przyjrzałem się mu z bliska, chłopak przygwoździł do ściany jakiegoś innego typka. Olałbym tą sytuację, gdybym nie usłyszał głosu ofiary. To był bardzo piskliwy głos, należący do jednej osoby w tym mieście - do Willy'ego Glassa. Nie mogłem koło tego przejść obojętnie, szybko podszedłem do tych dwojga.
- Proszę cię, puść mnie! - jęknął Willy, składając ręce jak do modlitwy. - Ja oddam ci te pieniądze tylko mnie nie bij!
- To za mało koleżko. - Caleb tylko się na to zaśmiał. - A teraz powiesz, gdzie trzymacie dokumenty dotyczące waszej drużyny albo... rozkwaszę cię jak zbite jabłko.
- Mogę cię zaprowadzić. - zagadnąłem, na co Caleb szybko go puścił.
Chłopak opadł na ziemię, poprawił swoje okulary i skulił się w kulkę.
- Axel Blaze. - sapnął.
- W rzeczy samej... Calebie Stonewall. - spojrzał na mnie zdziwiony, że znam jego imię.
- Nie mieszaj się do tego. - warknął.
Spojrzałem na niego. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest po wpływem prochów. Nie wiem co on chce zrobić, ale mocno mi to śmierdzi trenerem Darkiem.
- Nie pozwolę abyś gnoił ludzi bez powodu. - podszedłem do niego bliżej. - Nie odejdę, tylko dlatego, że chuchniesz we mnie swoją anfą z mordy.
Stonewall na te słowa, stał się jeszcze bardziej wściekły niż był. Wycelowałem w jego słabość. Swoją drogą - nie wiem skąd sprowadza te dragi, ale to tylko kwestia czasu jak się dowiem.
- Ty psie! - warknął, rzucając się na mnie i tym samym powalając nas obu na ziemię.
Walnąłem go twarz, on mi szybko oddał. Zrzuciłem go z siebie i walnąłem prawym sierpowym w brzuch, a chłopak skulił się w kulkę.
- Niezły jesteś... - sapnął, plując krwią. - Twoja dziewczyna na pewno będzie z Tobą bezpieczna, nieprawdaż?
- Chcesz spróbować? Proszę bardzo. - rzuciłem w niego paczką chusteczek.
- Nie znasz dnia i godziny. - zaśmiał się złowieszczo.
- Jeśli znowu mam patrzeć jak płaczesz niczym małe dziecko... - powiedziałem, łapiąc Willy'ego za rękę. - Następnym razem weź ze sobą większe zapasy proszku, jeśli chcesz mnie położyć na łopatki.
Poszliśmy w stronę kawiarni. Zamówiłem dla siebie colę, a dla niego wodę, usiedliśmy i odetchnęliśmy w spokoju.
- Co się stało? - spytałem, patrząc na swoje obdarte knykcie.
- Szedłem sobie spokojnie do domu... - Willy zaczął łapczywie pić wodę drżącymi rękami. - ...kiedy napatoczył się ten typ z pod ciemnej gwiazdy.
- Co zrobiłeś?
- Próbowałem uciekać, ale mnie dopadł i przygwoździł do ściany. Resztę historii znasz. - powiedział wszystko na jednym oddechu.
- Willy... - poprawiłem mu okulary. - Musisz zacząć się bronić, nie zawsze będę chodził do sklepu..
- Ja wiem. - jęknął lekko przerażony. - Dziękuję ci, że mnie uratowałeś.
- Masz szczęście, że wyszedłem do sklepu. - złapałem się za głowę. - Tak to byś dawno nie żył.
- To się nie powtórzy. - sapnął, patrząc mi prosto w oczy.
- Na co czekać? - klasnąłem w dłonie. - Chodź, zapiszę cię na lekcje karate.
Oczy Willy'ego się nagle powiększyły jak na widok nowej, limitowanej edycji mangi. Gdy tylko go zapisałem, chłopak całował mnie dosłownie po stopach.
- Jak ja cię mogę dziękować?
- Kupisz mi jogurt, będziemy kwita. - powiedziałem, żegnając się z nim i podążając do domu.
Musiałem jakoś zmyć krew z moich rąk, więc zahaczyłem o miejską fontannę. Gdy byłem już na dróżce prowadzącej do mnie, minąłem się z jakąś dziewczyną. Obróciłem się na chwilę i już wiedziałem - to była Nelly. Otworzyłem drzwi, Diana siedziała spokojnie na kanapie oglądając telewizję.
- Czy to była Nelly? - spytałem niepewnie, zamykając drzwi.
- Taa-ak, a co?
- Przecież wy się nie lubicie... - postawiałem torby na ziemi. - Wyczuwam intrygę...
- Po prostu do mnie przyszła. - wzruszyłam ramionami. - Też mnie zaskoczyła tym... chciała tylko pogadać.
Tak, jasne - skoro chcesz tak grać, ja sobie poczekam. Wiem, że kłamstwo zeżre cię od środka i nie będziesz miała wyjścia, będziesz musiała mi powiedzieć.
- A ty co robiłeś? - tym pytaniem wywołała we mnie poczucie winy.
Ona nienawidzi przemocy, a tym bardziej kiedy ja jej używam.
- Co? - udałem, że nie słyszę jej, choć tak na prawdę stałem w kuchni i doskonale słyszałem jej pytanie.
- Znowu się pobiłeś, tak? - szepnęła do mojego ucha.
- Przepraszam. - sapnąłem, odkładając talerz.
- Z Calebem? - i tu mnie masz, chyba uczeń przerósł mistrza.
Odwróciłem ją w swoją stronę i spojrzałem w jej oczy.
- Gdyby nie ja, to Willy by wypaplał gdzie się znajdują statystyki.
- Bohatera strugasz, Blaze. - mruknęła, głaszcząc mnie po głowie.
- A więc nie jesteś zła?
- Skoro zrobiłeś to w słusznej sprawie to nie. - wzruszyła ramionami. - Ale jeśli się kiedykolwiek dowiem, że biłeś się gdzieś i to bez potrzeby... to nie licz na litość.
- Tak jest, szefowo! - odparłem, muskając jej usta.
* Jude's POV *
♫
- Bobby? - nie mogłem uwierzyć, kiedy go zobaczyłem.
Był ubrany w jakiś czarny, śmieszny garniak. W dłoni dzierżył butelkę fanty, a ta muszka kompletnie rozwaliła.
- Mówi mi Shearer, Bobby Shearer. - odparł, udając tą przesławną scenę z James'a Bond'a.
- I jak poszło? - spytałem znienacka.
Chyba głównie po to chciałem się z nim spotkać. Pewnie zrobił z siebie debila, ale to tylko moje przypuszczenia - on sam wie jak było na prawdę.
- A więc... - zaczął klaskać rękami o uda, udając werble. - Wszedłem do restauracji i usiadłem do wspólnej kolacji z jej rodzicami. Oczywiście jej ojciec wypytywał mnie o przyszłość...
- Nie ie mów, że powiedziałeś mu, że chcesz obcinać jednorożce. - wtrąciłem się, śmiejąc się w głos.
- A więc ja powiedziałem, że chce zostać nauczycielem angielskiego.
- Słucham? - czy on ma jeszcze dużo tych niespodzianek w swojej kieszeni?
- Jakbyś nie wiedział. - pokręcił na mnie głową. - Tak samo jak ty byłem na wymianie w USA. Przez te dwa lata nauczyłem się tego i owego...
- Jaki ja ślepy byłem.. - złapałem się za głowę.
- Angielski to banał. - podsumował, kontynuując historię. - Jako, że mam dobre podejście do ludzi, to zdecydowałem, że to właśnie nauczycielem będę w przyszłości.
- A co z piłką?
- Jakby co to plan B. - dźgnął mnie w bok. - Moim planem C nadal jest fryzjer kucyków, a oczywiście planem A to jest zostać zawodowym piłkarzem.
- Od kiedy ty myślisz w ogóle o przyszłości? - odparłem nadal skonsternowany jego podejściem do takich rzeczy.
- A ty?
To świetne pytanie, które kompletnie zbiło mnie z tropu. W sumie sam nie wiem, chyba wolę żyć teraźniejszością niż planować coś odległego - coś co pewnie nie wypali potem. "Carpe Diem" to moje życiowe motto. Zamyśliłem się nad jego pytaniem, zadałem sobie milion pytań pomocniczych - Co chciałbym robić? Co mi wychodzi?
- Chcę zostać trenerem. - odrzekłem po dłuższym namyśle.
- No, no idziemy w ślady tatuśka. - odparł, śmiejąc się pod nosem.
- Chcę uczyć kogoś piłki nożnej, aby dalsze pokolenia nie zapomniała o sporcie.
- Akademia Sharp'a, to brzmi całkiem realnie. - odparł, popijając pomarańczowy napój.
- Uważam siebie za dobrego stratega, więc czemu nie?
- Skromniacha... wracając od meritum.
Kiedy jeszcze chodził do Akademii ani słowem nie odezwał się o swoich planach. Zacznijmy może od tego, że za dużo do siebie się nie odzywaliśmy. Ja miałem nowych przyjaciół, a on sam snuł się się za mną po korytarzach. Czasami zagaił do jakiś kolesi, ale to bywało dość rzadko. Był to typowy marzyciel, po tylu latach ten marzyciel jeszcze w nim nie zanikł. Tak na prawdę to dzięki Evansowi zaczął się zmieniać na lepsze. W sumie ja też... kurde, ten koleś taki dobry.
- Ale czy to będzie realne....
- Skoro tak mówisz to tak będzie. - uciął mnie szybko. - Zobaczysz, zapiszę tam swoje dziecko.
- Może już zacznę robić listę, bo wiesz... gumka pęknie i już Bobby będzie zalatany w pampersach. - powiedziałem, dźgając go w bok.
- Ha, ha, ha. - odparł z nutą ironii w głosie. - Zobaczymy jakie będzie twoje dziecko, pewnie tak samo posępne i zamulone jak ty.
- Jeśli ktoś się taki zjawi, kto zechce...
- Na czym to ja... A już wiem! - wrzasnął i wytrącił mnie z moich myśli na temat mojego potomka. - No więc mówię mu, że chcę zostać nauczycielem. Na to odpowiada mi cisza.
- Ajć. - syknąłem.
- Ale spoko. - machnął ręką. - Ogólnie to było spoczko-kwoczko tylko Celia cały czas mnie kopała w kostkę, żeby mnie przywrócić do rzeczywistości.
- I to wszystko? - zacząłem wymachiwać rękami.
- No to co, szybki kebab?
- Z tobą szybko i prosto się rozmawia Shearer. - poklepałem go po ramieniu.
- A zwłaszcza przy jedzeniu. - zaczęliśmy się oboje spać.
Nagle moim oczom ukazała się Diana. Była w bluzie Axela i jak zwykle miała na sobie podarte spodnie, do tego na nogach niebieskie vansy. Przywitała nas obu uśmiechem. O matko.. jaki ona piękny uśmiech.
- Cześć wam. - powiedziała, zatrzymując się koło nas.
- Gdzie idziesz? - moja ciekawość zawsze wygrywa z przyzwoitością.
- Chciałam sprawdzić jak spotkaniem z państwem Hills. - odrzekła do mnie, biorąc twarz Bobby'ego i formować jego usta w dziubek. - Ale widząc tą wesołą mordkę... już wszystko wiem.
W końcu to zrobiła bez jakiegoś przymusu. Zachowywała się jakby mnie dopiero co poznała albo jakbyśmy byli jakimiś wielkimi ziomkami, bardzo mnie to zdziwiło
- Widzę, że czytamy sobie w myślach. - odpowiedziałem, na co ona się zaśmiała.
Co dziwniejsze było to szczere, zaczyna mnie to powoli przerażać.
- To co idziemy na kepsa? - spytał, patrząc to na mnie, to na Dianę.
- Jeśli nie będzie to problem, to mogę z chęcią się przyłączyć. - i
poszliśmy w stronę budki.
Czułem się co najmniej niezręcznie. Szliśmy jakbyśmy byli przyjaciółmi. Czułem się zszokowany i zarazem zadowolony z tego, że nasze relacje chyba się wyrównują. Ale nie będę sobie robił niepotrzebnej nadziei na odbudowę tamtej relacji. Cieszymy się chwilą! Około osiemnastej siedzieliśmy na miękkich, żółtych sofach w knajpce. Atmosfera była bardzo dobra, wiele rozmawialiśmy i śmialiśmy się.
- Nauczyciel angielskiego? - zaczęła się przeraźliwie śmiać.
- Mówiłem, że śmiesznie brzmi w twoich ustach. - odparłem, również zarażając się od niej śmiechem.
- Szydercy... - odparł naburmuszony Bobby. - Usadzę wasze dzieci na starcie!
- Oj... nie chcesz tego garnituru mieć w tym sosie.. - odparła, machając jedzeniem przed nim. - Czym się będziesz chwalić dzieciom?
- Prze-estań! - zapiszczał. - Odsuwaj to świństwo!
- Groźby karalne padają panno Evans.
- Użyczysz mi adwokata, prawda? - i ponownie wybuchliśmy śmiechem.
Gdy wracaliśmy i mieliśmy właśnie przejść przez pasy, brunetka już miała przejść, ale chwyciłem ją za rękę.
- Ej, uważaj, auto. - powiedziałem, szybko ją puszczając.
Odpowiedziała mi tylko uśmiechem. Gdy zostaliśmy sam na sam, miałem okazję się zapytać i odpowiedzieć sobie na dręczące mnie myśli.
- Diana... nie uważasz, że to dziwne? - dziewczyna uniosła jedną brew do góry.
- No ale co?
- Proszę cię Diana, jesteś mądrą dziewczyną.
- Ale ja nie wiem nawet o co ci chodzi! - wrzasnęła, wymachując rękami.
- Dobrze wiesz o czym mówię... - spojrzałem na nią. - Dzisiaj byłaś dla mnie szczerze miła i ja się pytam... Dlaczego?
- Jude, to głupie uciekać od siebie, tylko dlatego, że się z kimś zerwało.
- Co masz na myśli? - sapnąłem.
- Co ty na to... aby ocieplić nasze relację choć trochę?