sobota, 14 września 2019

Rozdział:56

" - Tak, znalazłem. Ale.. - na te słowa spochmurniał. - Kiedy ją zobaczyłem z jakimś facetem i małym dzieckiem, nie podszedłem do niej. A tak bardzo chciałem jej wygarnąć co o niej myślę, ale nie mogłem... 
Spojrzałem na niego i uczyniłem jego gest, poklepałem go po ramieniu.
- To tak samo jak ja. Mogłem zostać, ale chciałem, aby Diana była szczęśliwa i bezpieczna, dlatego odszedłem. "

*Mark's POV*



Po kilku godzinach spania, autobus się zatrzymał. Za oknem zobaczyłem obraz wyglądający niczym Narnia, pokryty białym puchem.
- Myślisz, że uratujemy to miasto? - od okna oderwało mnie pytanie Nelly.
Inni również wyjrzeli przez okno i z podziwem patrzyli na to co się dzieje na zewnątrz.
- Mam taką nadzieję...  - sapnąłem, przysuwając ją do siebie bliżej. - ...oby nie było za późno.
W środku jednak nie byłem pewny swoich słów. To nie jest takie proste jak się wszystkim wydaje. Ta cała grupka, pełna cichociemnych typków jest - non stop - krok przed nami. Doprowadza mnie to do szału. Jestem bezsilny w tej sytuacji. Cholera, tak bardzo przydałby mi się ten przesławny "detektyw" Axel, który wyniuchałby wszystko raz-dwa. Dałby mi chociaż namiastkę  kontroli nad tym bałaganem. Jednak rzeczywistość jest inna - jestem spanikowany, a mimo tego staram się za wszelką cenę tego nie okazywać. Chociaż tą obietnicę daną samemu sobie chcę dotrzymać. Wtedy pani Hitomiko nakazała nam wysiąść z autobusu, machając do nas ręką byśmy zagęścili ruchy. Gdy wyszliśmy na pole to zderzyliśmy się z ogromnym wiatrem i mrozem. Trzęśliśmy się z powodu wielkiego zimna, które zasygnalizowały nasze, czerwone policzki. A na dodatek odróżnialiśmy się od reszty tym, że zamiast ciepłych kurtek czy też kożuchów, byliśmy jedynie w bluzach i w trampkach. Za pewne dla okolicznych mieszkańców byliśmy największą atrakcją.
- Gdzie się znajdujemy? - spytała lekko poirytowana Nelly.
Kobieta odwróciła głowę w jej stronę i zmierzyła ją wzrokiem. Mimo to wyraz Nelly nadal był lekko poirytowany, przez chwilę się jej przyglądała tak jakby próbowała ją zamrozić.
- To Haiku. - urwała, nakładając czapkę na głowę. - Jak widzicie klimat jest tu dość chłodny.. 
- Tak... jest zdecydowanie za zimno. - jęknęła Diana, przytulając się do Max'a.
Na widok Diany czarnowłosa zrobiła wielkie oczy - wiedziałem, że nie obędzie się bez jakiejś nieścisłości. 
- Kto to jest? - zwróciła się w moją stronę, nadal patrząc na postać mojej siostry.
- To... 
I teraz właśnie miałem powiedzieć, iż ten "ktoś" to moja siostra. Bałem się jak cholera gdyż chciałem za wszelką cenę chronić moją siostrzyczkę. Już wyobrażam sobie jak zostawiam Dianę w Inazumie wiedząc jakie typy kręcą się wokół tego miasta - po moim trupie. Widząc jakie ma nastawienie do naszej grupy "pani trener" sądzę, że nie ucieszyłby ją fakt iż moja siostra jest tutaj z nami. Może się wydawać, że jest nam bezużyteczna. Wręcz przeciwnie, bez niej nie ogarnęlibyśmy tego wszystkiego po mimo, że Silvia, Celia i Nelly starają się jak mogą. W tym momencie do zdania wtrącił się Jude.
- ... nasza managerka. - sapnął, puszczając w moją stronę oczko.
W myślach podziękowałem mu za jego wspaniały refleks.
- Po co wam, aż 4 managerki? - spytała zdziwiona, a w jej głosie usłyszałem lekką irytację. 
- Tak na wszelki wypadek. - palnął Swift, a Hitomiko obdarzyła go wzrokiem pełnym absurdu.
Jednak blondyn nie schował się przed jej spojrzeniem, a wręcz przeciwnie również patrzył jej prosto w oczy. Zawsze był nieustraszony, nie bał się stawiać największym przeszkodom w jego życiu.
- Bez sensu.. - urwała, rozglądając się po mieście.
Nagle w oddali zobaczyłem jakąś postać. Wydawało mi się, że to jakiś eskimos, który posturą przypominała Yodę z Gwiezdnych Wojen. Tajemnicza postać szła powoli, a pod jej nogami trzaskał śnieg. Gdy już postać była dostatecznie blisko mogliśmy jej się bliżej przyjrzeć. Był to staruszek z długą, siwą brodą, a na jego twarzy malował się ciepły uśmiech, który dodał nam natychmiastowego ciepła. Nasza trenerka widząc go, przykucnęła i podała mu rękę i wyglądało na to, że się znają. 
- Witajcie. - odparł mężczyzna, a jego głos idealnie komponował się z głosem zielonego stworka.
Poczułem się wtedy jak w innym wymiarze. Czy to na pewno nasza planeta ziemia? Czy ja śnię?
- Miło mi pana widzieć. - odparła, a na jej twarzy pojawił się dziwny grymas. 
Pewnie to był uśmiech, ale nie potrafię go sobie na niej wyobrazić. Staruszek skoncentrował swój wzrok na mnie i podszedł, wyciągając dłoń w moją stronę, aja nieśmiało uścisnąłem jego dłoń.
- Ty musisz być Mark Evans, zgadza się? - spytał, patrząc ufnie w moje oczy.
Ten wzrok przyprawił mnie o ciarki. Świadomość kim się właśnie stałem, nagle zaczęła lekko kłuć mnie z boku. Bohater - takie właśnie określenie do mnie przylega, chociaż nie odznaczam się od pewnego czasu żadnymi z swoich super mocy. Pokiwałem głową  na jego słowa.
- Chodźcie, zapoznam was z naszymi uczniami. - odparł, pokazując na naszą grupę. Podążyliśmy za nim i udaliśmy się do pobliskiego liceum. Po drodze zdążyliśmy rozglądnąć po mieście. Każdy obiekt był pokryty śnieżnym puchem, a ludzie machali do nas, jakbyśmy byli celebrytami. Szliśmy przez białe uliczki, do momentu gdy znaleźliśmy przed wielkim pałacem. Dosłownie jakbym widział pocztówkę z Petersburga. Oglądnąłem się za siebie, cała nasza grupa wyciągnęła telefon i cykała zdjęcie tego jakże urokliwego miasta. Z wielkiego zamku wyszedł chłopak. Był w naszym wieku, a z jego oczu pałało ogromne ciepło i troska. Na jego głowie znajdowała się platynowa czupryna. Na szyi leżał, w idealną kratkę zrobiony, szalik. Gdy zobaczył nas, zrobił wielkie oczy i popatrzył na trenera lekko zdezorientowany całą sytuacją.
- Baranie.. to są goście nasi! - skarcił go, ciągnąc go za wspomniany przeze mnie szalik. 
Chłopak na tą informację zatrzepotał szybko rzęsami i lekko się zawstydził. Po kilku chwilach kompletnego paraliżu, jegomość zdecydował się do nas podejść. Na przeciw wyszła mu Diana a ich spojrzenia się spotkały. Kątem oka zauważyłem, że platynowa czupryna na długo zawiesiła wzrok na dziewczynie.
- Jestem Shawn, witajcie w Haiku. - odparł, nadal trzymając Dianę za rękę.
- Nie uważasz, że powinieneś się przedstawić temu młodemu człowiekowi? - urwał staruszek w między czasie gładząc swoją brodę. 
Na te słowa Shawn zamknął oczy gdyż zapewne przeczuwał, że staruszkowi kończy się cierpliwość. Wtedy do staruszka podbiegł inny chłopak z czerwonym nosem i policzkami. Widząc poczynania Shawn'a, spoglądnął ostrzegawczo na staruszka i kręcił głową z niezadowolenia.
- Mark Evans! - odparł chłopak z lekką ironią w głosie. - Na co czekasz, Shirou? Całuj i bij pokłony. 
Na jego słowa chłopak podszedł do mnie i lekko się ukłonił. Na ten ruch grupa zaczęła się śmiać. Spojrzałem do tyłu, Nathan próbował połknąć ogromny potok melodyjnego śmiechu. 
- Mówiłem sensei...  - urwał kąśliwie chłopak. - on się nie nadaje się na takie rzeczy.
- Stary... nie musisz się kłaniać przede mną. - odparłem lekko zażenowany, podając mu rękę aby wstał. 
Chłopak chwycił moją rękę, wstał i otrzepał swoje czarne spodnie z śniegu.  
- Jesteśmy tacy sami jak wy wszyscy... - urwał Nate, patrząc na mnie nadal wielce rozbawiony. - Chociaż ten tutaj to nasza lokalna gwiazda.
Przewróciłem na jego stwierdzenie oczami. To, że przetrwałem całą strefę Football'u, śmierć dziadka i boskie liceum nie czyni ze mnie lokalnego pupilka. To tylko tak wygląda, że każde moje przemówienie jest motywujące i ich inspiruje. Wydaje mi się jednak, że nie zalicza się to do definicji idola czy gwiazdy.
- Sensei.. 
- Cisza. Shawn oprowadź naszych przybyłych. A ty Nori, wracaj na zajęcia. - rozkazał, wskazując niejakiemu Noriemu drzwi do szkoły.
- Ja mogę to zrobić... 
- Mam ci przetłumaczyć inaczej moje słowa? - warknął do niego starzec. 
Lekko przestraszony młodzieniec posłusznie wrócił do budynku.
- Ty zostań. - zwrócił się w moją stronę, a Shawn'owi skinieniem nakazał oprowadzanie za rozpoczęte. Staruszek bez słowa, wskazał mi drogę i nakazał abym nią podążał wraz nim.
- Widzę w tobie połamaną duszę, herosie... - odparł, szturając mnie w bok laską. 
Pokiwałem na to stwierdzenie głową, to prawda. Dosłownie zajrzał w głąb mnie i zauważył to wszystko co szamota moją duszę we wszystkie możliwe strony. Postrzelenie Jude'a, odejście Axel'a, kłótnie z Nelly, pijackie tułaczki wraz z Eric'em, a po między wszystkim tym wielka pusta przestrzeń. To wszystko odcisnęło się na mnie ogromne piętno, które odczuwam coraz mocniej. Lecz, czuję iż ta garść dobrych wspomnień, gdzieś głęboko we mnie siedzi. Niestety to co złe zakryło to kompletnie. Ten "dawny" Mark kilka miesięcy wcześniej ulotnił się przy tych pierwszych oznakach zła. Zupełnie jakby był niemile widziany przez moją duszę.
- Sęk w tym, że nie umiem ją poskładać do kupy.. - urwałem, łapiąc się za głowę.
Świadomość mojej bezsilności mnie dobija. Niegdyś byłem lekiem na całe zło, a teraz? Przyszło co do czego, to nie ma dla mnie ratunku.
- Chłopcze, musisz użyć odpowiedniego kleju do tego.. - przytknął palce do mojego serca. - Ta ciemna masa siedząca w tobie, musi być wypędzona... 
- Ale jak.. 
- Cicho. Zagłuszasz swój wewnętrzny głos, synu. - krzyknął, tupiąc laską w deski.- Wsłuchaj się w go.
Zamknąłem oczy i wziąłem kilka głębokich wdechów. Przed oczami pojawiła się ciemność, a na środku byłem w niej ja i telewizor. Na nim pojawiły się wszystkie wspomnienia. Pierwszą sceną rozpoczynającą moje wspominki był pierwszy meczu z Akademią.
"- Czy to już koniec Evans? - usłyszałem jego szorstki głos.
- Nie pozwolę na to, abyś krzywdził ludzi MOJĄ PIŁKĄ!
Ponownie czuję, że piłkę wbija się w mój brzuch. Jest rozwścieczony. Nigdy się nie spotkał się z tak upartym zawodnikiem. O to jestem ja. Zadał mi z 100 ciosów, które powaliło wielu, ale nie mnie. 
Pamiętam to jak dziś - do tej pory na samą myśl moje kości krzyczą z bólu. Ale oprócz tego, zyskałem nową siłę i wiarę w siebie. Na ekranie pojawił się Blaze, któremu zawdzięczam nowy początek, odrodzenie i silne oblicze.
(...)
Ponownie ZABÓJCZA FORMACJA zostaje wycelowana w naszą bramkę. Ale Axel biegnie w przeciwnym kierunku.. Chyba wyniuchałem jego plan. Liczy na moje padanie, na mnie... na moją obronę. Czuję, że moje serce zyskuje nową, lepszą energię. Ręce mi się niemiłosiernie trzęsą. Ale.. mam pewność, że ja to zatrzymam. Nie wierze, że właśnie stosuję BOSKĄ RĘKĘ! Wszyscy są pod wrażeniem, nawet pan Sharp. Obroniłem to. Bez zastanowienia szybko rzucam to w stronę Axel'a. Wznosi się w górę i robi piruet, a piłka niczym OGNISTE TORNADO  mknie do bramki. Strzela gola, 20:1. Niby marny wynik, ale... mamy punkt! 
- Królewscy ogłaszają, że mecz oddają walkowerem. - ogłasza speaker.
A ja nie mogę uwierzyć. Chłopaki lecą do mnie i przytulają mnie do siebie. Jesteśmy wszyscy wzruszeni i zdziwieni, że przetrwaliśmy.
- MY... WYGRALIŚMY!? - krzyczę na cały regulator.
Niestety nie widzę już pośród zawodników Axel'a. Zniknął. Zastanawiam się, dlaczego w ogóle nam pomógł..."
Pamiętam to jak dziś, do tej pory na samą myśl moje kości krzyczą z bólu. Ale oprócz tego, zyskałem nową siłę i wiarę w siebie. Na ekranie pojawił się Blaze, jemu zawdzięczam nowe odrodzenie, moje nowe silne oblicze."
Potem ukazał mi się wielki ból podczas walki z Boskim Liceum.
"Ponowny strzał w moją twarz, ponowny upadek, ponowny ból. Zamknąłem oczy i przez chwilę widziałem białe światło, przeraziłem się. Czułem jak upadam na ziemię, opuchniętą, zakrwawioną twarzą do zielonej trawy. Słyszę tylko kroki sędziego i zacząłem marzyć, by to powstrzymał tą masakrę.
- Zdziwiony? - podniosłem głowę i moim obolałym oczom ukazała się sylwetka Juda, który ledwo stał na nogach - To nasz kapitan, zapamiętaj tą twarz. Jest niezwyciężony, bo za każdym twoim ciosem wstaje jeszcze silniejszy. Każdy upadek spowodowany kometami twoich strzałów, dodaje mu siły. Nie możesz się mierzyć z tą boskością. 
Nie mogłem uwierzyć w jego słowa, ponieważ załączony obrazek nijak ma się do tych pięknych słów wygłoszonych przez chłopaka. Poczułem, że siły powoli do mnie wracają i nieudolnie zacząłem wstawać. Bayron spojrzał na mnie zdziwiony, na słowa Juda jego zabłyszczały ze wściekłości.
- To może zrobimy mały test? - i ponownie wzniósł się w przestworza.
(...)
- To co? - pstryknął w palce. - Czas się poddać.
- Nie wkurzaj mnie lalusiu. - warknąłem, a piłka ponownie musnęła moją twarz.
Jednak postanowiłem przyjąć to zagranie z godnością i wstałem jakbym był niewzruszony tym potężnym strzałem. Blondyn jeszcze bardziej wkurzył i kopnął jeszcze mocniej niż wcześniej piłkę. 
- Dlaczego ty wstajesz pluskwo! - piłka Bayrona poszybowała do bramki.
- Nigdy się nie poddam. - jęknąłem. - Nie pozwolę być zszargał piękne brzmienie tego sportu! 
Mięśnie blondyna się zacieśniły, nagle stał się jakiś dziwnie spięty. Przez te używki nawet nie zauważył jak szybko wysiadł mu organizm i przy okazji psychika. Pofrunął wysoko w górę. Wtedy  obrócił się i wyglądało na to, że nie chce patrzeć na swoją porażkę jakbym pogodził się z tym wszystkim. Zamknąłem oczy i złapałem się za serce jakbym chciał czerpać z niego całą swoją miłość do tego sportu. W tym samym czasie piłka poleciała z prędkością światła w moją stronę. Wtem z bramki rozbłysnęło wielkie światło a nade mną pojawił potężny bohater Maajin, który jest najsilniejszym bożkiem z kultury japońskiej. Wyciągnąłem pewnie rękę i z łatwością przechwyciłem potężną moc z jaką piłka leciała. 
- O matko... - sapnął zdezorientowany ściskając piłkę, upewniając się czy to na prawdę się zdarzyło."
I tutaj pojawia się ponowna bezsilność widząc wokół mnie poturbowanych przyjaciół - Axela ledwo trzymającego się na nogach i Juda, który z trudem podnosi głowę. Poczułem wtedy nie tylko cierpienie i strach, ale i złość. Jednak gdy tylko Bayron wzniósł się na ziemię poczułem jakby ktoś trzymał mnie za ręce. Wtedy ponownie nowa siła się we mnie narodziła, odkryłem nowe pokłady energii a to wszystko zasługa rękawic dziadka. Zauważyłem pewien schemat, który non stop przewijał się przez te stop klatki z mojego życia - BEZSILNOŚĆ ~ MIŁOŚĆ ~ SIŁA. Czy właśnie te słowa pragnie mi przekazać moje serce? Czy to powinienem zrobić? W końcu mam tylu wspaniałych przyjaciół i zwłaszcza teraz nie mogę ich zawodzić. Otworzyłem oczy i poczułem jak endorfiny rozchodzą się po każdym centymetrze mojego ciała. 
- Już wiem! Powinienem kierować bezsilność w objęcia miłości, a czyny.. przerodzić w siłę... czyż nie? - odpowiedziała mi cisza, staruszek jak mgła rozpłynął się.

* Jude's POV *



- Kuźwa, kocham cię... dlaczego ty do cholery nie? - jęknąłem bezsilnie.
Ona patrzyła na mnie roztrzęsionym wzrokiem, w jej oczach pojawił się nagły strach. Tak, przypomniałem jej dawne czasy... stare, złe czasy.. Nigdy nie wybaczę sobie tego, jakim ignorantem i dupkiem byłem wobec tak wspaniałej dziewczyny jak ona.I to wszystko ze względu na pozycję w Akademii. Wyryłem w jej sercu ogromną dziurę, która uniemożliwia jakiekolwiek kontakty z innymi chłopakami do dziś dzień. Właśnie tym głupim pomysłem, rozbudziłem jej wątpliwą stronę. 
- Dobrze wiesz dlaczego... - urwała, obracając się do mnie tyłem. 
Miałem ochotę ją przytulić, wyjaśnić to wszystko. Ale nie mogłem, byłem bezsilny. Co ja sobie myślałem? Nikt inny, tak jak Axel, nie załata jej serca. Ja jestem tym, kto zawsze ją niszczy na drobne kawałki. Głęboko westchnąłem i udałem się pośpiesznie do drzwi, gdy wtem ona obróciła się w moją stronę. Na jej twarzy widziałem łzy, za które zawsze będę siebie nienawidził, podeszła w moją stronę i mnie objęła. Zacisnąłem zęby i wtuliłem się w jej włosy, jestem wściekły. Moje serce kołatało we wszystkie strony, ze smutku i wściekłości. Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem, nie mogłem tego dłużej wytrzymać.
- Przepraszam... - mój głos się załamał na tyle, by zabrzmieć jak jęk, wyszedłem. 
Trzasnąłem drzwiami, a po moich oczach popłynęły łzy goryczy. Miałem ochotę krzyczeć na cały świat, ale nie mogłem. To mi nie pomoże, tym bardziej te moje łzy - szybko je przetarłem. Wziąłem walizkę w rękę i ewakuowałem się z posesji Evans'ów. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, udałem się w stronę szkolnego boiska. Zawsze granie w piłkę, jakoś mnie koiło i układało moje myśli. Dawno nie grałem, ale postanowiłem do tego powrócić. Byłem sam jak palec - ja, piłka i boisko. Kopnąłem piłkę i pogalopowałem w stronę bramki. W mojej głowie wciąż brzmiały jej słowa "Ja nie potrafię cię pokochać od nowa. Moje serce należy do Axel'a." Nikt nie jest w stanie go zastąpić, ma rację. Od tych dwoje, bije niesamowite uczucie i wbrew pozorem nie jest to miłość, a ogromne przywiązanie. Był z nią w tych najgorszych czasach, kiedy to ja potargałem jej uczucie, jej serce w drobny mak i w tych najlepszych, kiedy zaczęła w Japonii nowy rozdział, odzyskała rodzinę i zyskała miłość swojego życia. A ja? Wpycham się jak buldożer i żądam by mnie pokochała. Jakim prawem? Zachowałem się jak dzieciak - 
"Kuźwa, kocham cię... dlaczego ty do cholery nie?" 
To takie proste do zrozumienia, dlaczego dla mnie takie nie jest? Piłka odbiła się od poprzeczki i z impetem zaczęła lecieć w moją stronę. Gdy już zbliżała się do mnie zamachnąłem się i z wielką mocą i siłą uderzyłem w stronę bramki. Zauważyłem, iż mój strzał był na tyle mocny, by rozerwać siatkę w bramce. Upadłem na ziemię i czułem się taki mały w tym świecie. Słońce raziło moją twarz niemiłosiernie, a ja patrzyłem prosto w jego oblicze i byłem zmęczony. Po paru minutach, otrzepałem kurz z ubrań i szybko pomknąłem do domu. Szybko się ogarnąłem, wykąpałem i częściowo oczyściłem siebie z wstydu i gniewu. Nadal w mojej głowie widniała Diana. Zebrałem wszystkie, najpotrzebniejsze rzeczy i napisałem kartkę tacie, że wyjeżdżam z drużyną na wycieczkę, organizowaną przez Hillmana. Udałem się więc na wyznaczone miejsce, a gdy tam dotarłem, szybko zająłem miejsce w busie, by nie spotkać tam siostry Mark'a. Wiedziałem, że Mark będzie miał do tej sytuacji pytania. Już dawno wyłapałem jak patrzy się na naszą dwójkę. To kwestia czasu, że dowie się co zaszło. Przez resztę podróży spałem, a w uszach szumiała mi muzyka 5 second of summer. Trwało to chwilę, ponieważ autokar zrobił niespodziewany postój. Tego się obawiałem. Przetarłem twarz i poczekałem, aż wszyscy przejdą, by wyjść na końcu i nie narazić się na jakąkolwiek niezręczność z Dianą. Wyszedłem tak jak planowałem - ostatni, udałem się do stacji i kupiłem kawę, by orzeźwić zamroczony umysł. Od razu przykułem uwagę Nathan'a i Max'a, już wiedziałem, że Diana puściła farbę. Nie dziwiłem się, w końcu są jej najlepszymi ziomkami. W tym czasie podszedł do mnie Mark i zagadnął.
- Co się stało? - spytał, rozglądając się dookoła. 
- Nie... dlaczego pytasz? - sapnąłem zdziwiony. 
Nie potrafię kłamać. Spuściłem wzrok by ominąć jego badawczy wzrok. Wiedziałem, że doskonale wyczuł co się zdarzyło swoim nosem.
- Ty i Diana... co się po między wami dzieje? - spytał, spoglądając ukradkiem na Dianę. 
Na jej twarzy również zauważyłem zadumany grymas, za pewne myśli o tym intensywnie. Super, sprawiłem jej kolejne zmartwienie.
- Mark... to na prawdę nie twoja sprawa... - jęknąłem, upijając kawę z papierowego kubeczka.
Bzdura. Ja nie wierzę jakie ja dzisiaj słowa wypowiadam. Myślałem, że kofeina mnie obudzi, a mimo tego, mój mózg jak spał tak śpi nadal w najlepsze. Mark to jej rodzina, najważniejszy człowiek, dla którego wróciła do domu. Poza tym Mark jest mocno związany ze mną, tak samo jak Diana - wszyscy to wiedzą i widzą.
- Pocałowałeś ją. - stwierdził po chwili namysłu. 
Cholera jasna.. czy raz do cholery jasnej, nie może mi się upiec? Pytam się ciebie coś, wielki wszechświecie, który uwziął się na mnie od samego początku? Moje oczy zaczęły skakać we wszystkich stron, a ja już sam nie wiedziałem, czy to z powodu końskiej dawki kofeiny w moich żyłach czy też ze zdziwienia jak przenikliwy stał się Mark.
- Ja.. tak. - chrząknąłem, przyznając mu rację, robiąc krok w tył. 
Czułem, że właśnie wykopałem sobie dół, do którego wpadnę i już nie wyjdę z niego tak szybko. Odkąd Evans dowiedział się o związku z Dianą, za głową formowała się czarna chmura. Wiedziałam, że właśnie ta chmura kiedyś wypuści na siebie swój piorun i tak jak Balladyna będę skazany na śmierć, ze skutkiem natychmiastowym. I mimo tego, że pomiędzy nami wytworzyła się przyjaźń, to nadal mimo ulgi - moje wątpliwości zamiast się zmniejszać cały czas rosły. Mark spoglądał na mnie jednak zupełnie inaczej niż w tamtej chwili, wiedziałem, że muszę się przyznać przed samym sobą i nim, że mnie rozgryzł.
- Masz rację. - odparłem zasmucony.
- Ale stary.. wiesz to nie oznacza, że nie znajdziesz miłości... Potrzeba czasu, wiesz? - odrzekł, a jego słowa zabrzmiały typowo jak te wypowiadane przez panią psycholog.
Non stop je słyszę. Przecież jest czas, tego kwiatu jest pół światy - ta jasne. To takie "mrzonki" w które są skłonne uwierzyć większość z nas. Jestem zdania, że jeśli się kogoś kocha to się kocha na zawsze albo wcale.
- Czas, czas, czas... wkurza mnie to. - odburknął, biorąc łyk kawy.
Postanowiłem się nie wdawać się w dalszą interakcję i odszedłem. 
Widziałem wzrok i wiedziałem, że już ostrzy na mnie swoje kły. Po incydencie z Jackiem, weszliśmy do autobusu i ponownie zapadłem w sen. I nim zamknąłem swoje oczy i zdążyłem dojść do krainy Orfeusza, machina zatrzymała się. Kiedy drzwi otworzyły się, moją twarz i resztę mojego ciała zaatakował wielki chłód. Czy ktoś robi sobie z nas kpiny czy na prawdę znajdujemy się na Alasce?
- Gdzie się znajdujemy? - spytała moja lekko poirytowana Nelly.
Kobieta odwróciła głowę w jej stronę i zmierzyła ją wzrokiem. 
- To Haiku. Jak widzicie klimat jest tu dość chłodny.. - urwała, nakładając czapkę na głowę.
- Tak, jest zdecydowanie za zimno. - jęknęła Diana, przytulając się do Max'a.
Na widok Diany czarnowłosa zrobiła wielkie oczy. 
- Kto to jest? - zwróciła się w moją stronę, nadal patrząc na nią.
Spoglądałem na Dianę i widziałem wielkie zakłopotanie nawet przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały ale szybko odwróciłem wzrok.
- To... 
I wtedy zauważyłem zdenerwowanie na twarzy mojego przyjaciela. Jego brwi zmarszczyły się w zadumie, a ja tylko zastanawiałem się, co jest w stanie wymyślić. Czułem, że może rozpocząć się wielka jatka, a wiec postanowiłem tego uniknąć, ponieważ miałem dość jakichkolwiek kłótni, w których jestem lub też nie jestem uwikłany.
- ... nasza managerka. - sapnąłem, puszczając w moją stronę oczko.
Spojrzał na mnie i wiedział, że jest mi wdzięczny, że uratowałem jego dupę. I tutaj się kryje drugi powód, dla którego to zrobiłem. Chciałem go ochronić przed ogromną dawką stresu i zakłopotania, którą od pewnego czasu gotuje mu los.
- Po co wam, aż 4 managerki? - spytała, a w jej głosie usłyszałem lekką irytację. 
- Tak na wszelki wypadek. - palnął Swift, a Hitomiko obdarzyła go wzrokiem pełnym absurdu.
Jednak blondyn nie schował się przed jej spojrzeniem, wręcz przeciwnie również patrzył jej prosto w oczy.
- Bez sensu.. - urwała, rozglądając się po mieście.
Gdy pojawił się koło niej niski staruszek, ruszyliśmy w stronę miasta. To miasta wyglądało zupełnie jak nasze, zasadniczą różnicą był panujący klimat. Wszyscy patrzyli na nas jak kosmitów, ponieważ w przeciwieństwie do nich byliśmy w samych trampkach i bluzach. Po mimo swojego dziwactwa, miasto zachwyciło każdego z nas. Dotarliśmy do wielkiego pałacu, który jak się potem okazało "trener" tutejszej drużyny - czytaj staruszek, określił szkołą. Nasze zdziwienie było o wiele większe niżeli na samym początku. Nagle z wielkiego zamku wyszedł chłopak. Był w naszym wieku, a z jego oczu pałało ogromne ciepło i troska. Na jego głowie znajdowała się platynowa czupryna. Na jego szyi leżał w idealną kratkę zrobiony szalik. Gdy zobaczył nas, zrobił wielkie oczy i popatrzył na trenera lekko zdezorientowany całą sytuacją.
- Baranie.. to są goście nasi! - skarcił go trener, ciągnąc go za szalik. 
Chłopak na tą informację zatrzepotał szybko rzęsami i lekko się zawstydził. Po kilku chwilach kompletnego paraliżu jegomościa, zdecydował się do nas podejść. Na przeciw wyszła mu Diana, a ich spojrzenia się spotkał. Kątem oka zauważyłem, że platynowa czupryna na długo zawiesiła wzrok na dziewczynie. Poczułem się lekko zazdrosny, wiedząc, że ona nigdy już nie popatrzy na mnie tak jak on na nią.
- Jestem Shawn, witajcie w Haiku. - odparł, nadal trzymając Dianę za rękę.
Gniew mój wzrastał z każdą sekundą widząc tą scenę.
- Nie uważasz, że powinieneś się przedstawić temu młodemu człowiekowi? - urwał staruszek, pokazując na Marka i w między czasie gładząc swoją brodę. 
Na te słowa Shawn zamknął oczy, ponieważ przeczuwał, że staruszkowi kończy się cierpliwość wobec niego. Wtedy do staruszka podbiegł inny chłopak, z czerwonym nosem i policzkami. Widząc poczynania Shawn'a, spoglądnął na staruszka.
- Mark Evans! Na co czekasz, Shirou? Całuj i bij pokłony. - odparł chłopak z lekką ekscytacją w głosie.
Na jego słowa chłopak podszedł do naszego kapitana i lekko się ukłonił. Na ten ruch, nie mogłem się powstrzymać i zaśmiałem się. Nie żebym, twierdził, że Markowi jako świetnemu dowódcy jak i piłkarzowi nie należy się szacunek, po prostu takie coś to przesada. Szala przesady przechyliła się na tyle, że ta cała sytuacja stała się groteskowa. 
- Mówiłem sensei... on się nie nadaje się na takie rzeczy. - urwał kąśliwie chłopak. 
- Stary... nie musisz się kłaniać przede mną. - odparł lekko zamurowany i zawstydzony brunet, podając mu rękę aby wstał. 
Chłopak chwycił jego rękę, wstał i otrzepał swoje czarne spodnie z śniegu. Nate otoczył go ramieniem, aby dodać mi otuchy. 
- Jesteśmy tacy sami jak wy wszyscy... - urwał, patrząc na bruneta. - Chociaż ten tutaj to nasza lokalna gwiazda.
Przewrócił na jego stwierdzenie oczami. Jednak w jego głosie nie wyczułem jego ironii, a podziw. Ma rację, tak jest prawa, Mark jest naszym autorytetem. Widziałem, że Mark mimowolnie się wzrusza, ale nie wypuścił żadnej łzy. Po mimo tego w jakim stanie był, on nadal będzie dla nas jak diament - nieskazitelny.
- Sensei.. 
- Cisza. Shawn oprowadź naszych przybyłych. A ty Nori, wracaj na zajęcia. - rozkazał, wskazując niejakiemu Noriemu drzwi do szkoły. 
On posłusznie wrócił do budynku.
- Ty zostań. - zwrócił się w stronę Marka, a Shawn'owi skinieniem nakazał oprowadzanie za rozpoczęte. 
Zastanowiło mnie to wszystko, ruszyłem za platynowym chłopcem.

* Shawn's POV *



- Zapnijcie pasy, dzieci. - odparła zmęczona mama, próbując nas doprowadzić do porządku.
Mimo tego bez skutku, ja nadal z moim bratem obrzucaliśmy się najkreatywniejszymi przezwiskami, poza tym co chwilę jeden z nas drugiego szczypał. Zignorowaliśmy słowa naszej rodzicielki i nadal przedrzeźnialiśmy samych siebie. 
- Shawn, baranek Shawn... 
- Ani się waż, Thomas..- sapnąłem, patrząc jak on beztrosko nuci sobie tą melodyjkę. - ../bo daję ci słowo nie odjedziesz już z tej stacji. 
Zacisnąłem pięści i sprzedałem mu kuksańca, ale ten oczywiście nie był mi dłużny. Szybko mi się odpłacił i bójka rozpoczęła się na dobre. Thomas bezlitośnie ciągnął mnie za ucho, a ja trzymałem go za głowę i robiłem mu kokosa na jego rudych włosach. Wtem w naszą stronę obrócił się nasz ojciec.
- Przestańcie do cholery i zapnijcie pasy! - warknął, a na dźwięk jego głosu oboje usiedliśmy normalnie, kładąc ręce na swoich kolanach. 
Tak zdecydowanie, ojciec jest naszym dowódcą i potworem w jednym. Teraz doskonale sobie zdaję sprawę, dlaczego każdy z jego kadetów drżał na jego widok. Nigdy nie zostawiał na nas tak zwanej suchej w każdej kwestii naszego życia i przyszłości. Czasami dochodziło do rękoczynów, ale rzadko ponieważ matko szybko go hamowała i wtedy nasz generał się speszał. Zawsze tą metodę stosował i była ona niezawodna. Przynajmniej tak myślał, ale Thomas był wyjątkiem od tej reguły, zawsze stawał mu na przeciw, miał własne zdanie, które nic i nic nie podważy. Jedyną osobą, której słuchał byłem ja, choć nie zawsze się to udawało. Ponieważ jak wspominałem, mój brat uwielbia łamać zasady i wszelkie reguły, po czym jak gdyby nigdy nic iść swoją, wyznaczaną drogą. 
- Rajmund, nie musiałeś być taki ostry.. - jęknęła, głaszcząc go po ramieniu. 
Ten tylko sapnął na jej słowa nerwowo. Mimo tego, wiedziałem, że posłucha jej słowa. Może się wydawać, że jej mąż jest zbyt apodyktyczny, jednak mama ma nad nim pełną kontrolę. Ta z pozoru niska, chuda kobieta, potrafi pokazać komuś gdzie raki zimują. Dla nas ani razu nie ukazała takiej twarzy, pamiętam ją właśnie taką lekko przemęczoną, lecz kochaną, troskliwą i opiekuńczą. Szybko zapiąłem pasy by uniknąć awantury, kątem oka zauważyłem, że Thomas nic sobie nie robi z nakazu ojca i siedzi niezapięty. Uśmiechnął się zadziornie w moją stronę, a ja odwzajemniłem go, spojrzałem na krajobraz - wszędzie zielono, w końcu to góry. Nasze auto poruszało się w dokładniej barierze prędkości - na nasze, nie za szybko, nie za wolno. To miała być nasza pierwsza, wspólna a przede wszystkim rodzinna podróż. Bez żadnych niespodzianek, wtedy się łudziłem. 
- Thomas, zastanawiałeś się kiedyś co dalej? - spytałem nagle, zahipnotyzowany widokiem zza okna. 
Zmarszczył na to pytanie brwi i cmoknął ustami jak to miał w zwyczaju. 
- Na pewno coś z piłką, to jasne... - i nim zdążył się o cokolwiek mnie zapytać, nagle poczułem wielki łomot z tyłu i z przodu. Tylko tyle z tego pamiętam, ponieważ cała sytuacja zamknęła mi oczy i zemdlałem. Nie wiem ile to trwało, czułem jakbym był nieprzytomny wieczność. W moich uszach szumiało i na dodatek wkoło darły się syreny. 
- Ktoś tam jest jeszcze! Bierzemy go! - krzyknął jakiś człowiek.
Otworzyłem zmęczone oczy, a moim oczom ukazał mi się widok, który zapamiętam do końca swojego życia, na przedzie gdzie siedzieli moi rodzice, nie siedział nikt, a wszędzie wiedziałem krew i odłamki szkła. Zacisnąłem wargi i chciałem, a raczej modliłem się, aby to była jakaś pomyłka albo moje urojenie. Jednak tak wyglądała smutna rzeczywistość. To wszystko sparaliżowało mnie na tyle, że nie mogłem się poruszać, również oddychanie było dla mnie problematyczne. Obróciłem głowę w stronę mojego brata, siedział na miejscu, był przygnieciony przez auto. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się, to było dla mnie było o wiele boleśniejsze niż dla niego. Nie mogłem uwierzyć, że mimo tak wielkiego cierpienia, on nadal uśmiecha się. Do moich oczu nabrało się wiadro łez, które nie byłem w stanie powstrzymać. 
- Co ze mną będzie? Nie możesz mnie zostawić! - krzyknąłem żalem i wielkim gniewem. 
Nie tak wyobrażałem sobie nasze pożegnanie, tyle miało być przed nami, a teraz jedno z nas jedną nogą jest poza granicą życia.
- Sh-aa-wn. Ty będziesz gwiazdą, najjaśniejszą i najpiękniejszą na niebie... Ja się tym zajmę. - urwał i zaniemówił, zaczął się dusić.
A ja siedziałem jak ten kołek i nie wiedziałem co mam zrobić. A on powoli umarł a po chwili już odszedł na dobre a ja zatrwożony tym wszystkim zdołałem tylko zamknąć jego piękne, brązowe oczy. Odpiąłem pasy delikatnie i powoli wyszedłem z auta, zrobiłem kilka kroków i zgnieciony do głębi, uklęknąłem na drodze. Krzyczałem, byłem tak wielce rozżalony, na siebie, na Thoms'a, na rodziców i na okrutny los, który jest niepowstrzymany i bierze to co chce. 
- Tutaj jest! - krzyknęła jedna z ratowniczek, wskazując na mnie, a ja ponownie z natłoku sytuacji, straciłem przytomność.
Potem obudziłem się w szpitalu, przypięty do kilku kroplówek, usłyszałem pisk maszyn, która śledziła moje bicie serca i ciśnienie. 
Światło, które był w pomieszczeniu, oślepiało mnie i przymrużyłem lekko oczy. 
- Czy ty jesteś Shawn Shirou?
I gdy już chcę odpowiedzieć, budzę się. Jestem w Haikiuu, w mieście gdzie mieszka moja rodzina zastępcza. W najlepszej szkole, w której tylko ja jestem na pozycji przegranej. Oblał mnie pot, a mój oddech był nie równy. Przetarłem twarz z bezsilności, w mojej głowie pojawia się ten sam sen, który mnie prześladuje. Minął już rok, a ja nadal nie zaznałem duchowej ulgi, a wręcz przeciwnie, pojawiły się stany lękowe i liczne ataki paniki. Wstałem, wciąż otępiony przez mój koszmar i podszedłem do biurka. Usiadłem i wyciągnąłem kartkę i napisałem parę słów. Nieważne, że są one takie same, muszę spełnić zalecenia psychiatry. " Ból, cały czas czuję ten cholerny ból, może w końcu dasz mi odrobinę wytchnienia." Nagle usłyszałem pukanie.
- Coś się dzieje? - w drzwiach ukazała się moja przybrana siostra Sally. 
Nie byłem i do tej pory nie jestem w stanie opowiedzieć, co tak na prawdę się stało ze mną i z moją rodziną. Oczywiście, moi opiekunowie wiedzą tylko, że zostałem tragicznie osierocony. Żadnych innych szczegółów im nie podali, a kiedy wypytywali mnie o przymiotnik "tragiczny". Zawsze zwinnie omijam temat albo uciekam do swojego pokoju. Jak już mówiłem wiele razy, od tamtego momentu zamknąłem się na innych ludzi, tak jest do dziś. Na prawdę chciałbym się przed kimś otworzyć, ale tym kimś na pewno nie będzie ta rodzina. Kiedy pierwszy raz przybyłem do wielkiego, ceglanego domu odniosłem wrażenie, że wszystko jest u nich idealne. Na podłodze ani jednej smugi czy zadraśnięcia, a na stole leżał idealnie biały i wyprasowany obrus. Tak przynajmniej myślałem, dopóki nie minął miesiąc wspólnego mieszkania. Zaobserwowałem typowe kłótnie, godzenie się oraz wspólne spędzanie czasu.
- Nic, po prostu nie mogłem zasnąć. - urwałem, szybko chowając mój notatnik.

Sally na początku była do mnie lekko uprzedzona, ze względu na to, że jestem sierotą. Jednak po upływie czasu, zaczęliśmy się dogadywać, dowiedziałem się jakie ma zainteresowania. Z jej wszystkich opowiadań, szybko stwierdziłem, że jest cholernie ambitna i uparta, a przede wszystkim jest rodzoną córką państwa idealnych. To właśnie to powstrzymywało mnie od powiedzenia jej wszystkiego, zwierzenia z wielkiej zadry, która nieustannie kuje. Nie chciałem współczucia, czuję się wtedy niekomfortowo. Od niej dowiedziałem się, że ta rodzina nie jest taka kryształowa niż wcześniej mi się nie wydawała. Zmagali się oni z bezpłodnością, po tym jak pani urodziła Sally, wtedy ze względu na religijność postanowili skorzystać z adopcji. I tak wzięli i stałem się częścią jej rodziny, która jest z zupełnie innego pudełka puzzli. Blondynka usiadła na moim łóżku i zaczęła mi się przyglądać przez chwilę, trwaliśmy w ciszy. 
- Słyszałam od waszego trenera, że dzisiaj ma wam złożyć wizytę Iznu--omena.. 
- Inazuma Eleven. - dokończyłem, zamykając oczy z rozmarzenia. - Nie wiem czy mam na to siły.
Puknęła mnie w ramię by dodać mi otuchy.
- Pewnie, że dasz... - sapnęła, powoli wstając i udając się do wyjścia. - Shawn?
- Tak?
- Napisz do mamy... martwi się o ciebie. - odparła smutno, zamykając drzwi.
Podrapałem się po głowie, nie czuję aby ten dzień był mój. O ironio, kiedy on kiedykolwiek był mój? Ile lat minęło, a ja ta sama śpiewka. Nie ruszam naprzód, tylko stoję i patrzę jak moje życie się drze. Moje demony przeszłości dopadają mnie i zawsze wygrywają. Trzasnąłem zeszytem w ścianę, a ten poszybował i wtedy w moich uszach zabrzmiał trzask.
- Co ty wyprawiasz? - wtedy jak zwykle, do mojego pokoju wpakował się Nori. 
Chłopak rozglądał się chwilę po moim pokoju, szybko trzasnął za sobą drzwi. Podszedł do mnie bliżej i już wiedziałem, że mój poziom gniewu podniesie się. Nori to największa rzep na tyłku każdego, czasami zdarzają się momenty w których jest do zniesienia, jednak zdecydowanie przeważa to po przez bycie upierdliwym. 
- Po co tu przyszedłeś? - sapnąłem, podnosząc szybko mój zeszyt. 
Przewrócił na mnie oczami. 
- Przyjechali, sensei cię wzywa. - urwał lekko zawstydzony tym, że wpadł do mojego pokoju. 
Skierował swoje kroki w stronę wyjścia, chwycił za klamkę.
- Następnym razem, nie wyżywaj się na ścianach o tej godzinie. - dodał, znikając. 
Przetarłem dłonią twarz, fakt, iż przyjeżdżają do nas legendy nadal nie powoduje u mnie optymizmu. Powoli wstałem z łóżka, odświeżyłem się, po czym skierowałem kroki w stronę pękniętego lusterka. Sięgnąłem po żółto-czerwony szalik, który poskładany w równą kosteczkę, leżał pod kloszem. Założyłem go na szyję i długo wpatrywałem się w swoje odbicie. Wtedy poczułem jak ktoś mnie dotyka i w moim lustrze pojawił się Thomas. Uśmiechnął się do mnie, lecz zanim zdążyłem się napatrzeć głos naszego mistrza rozproszył jego zjawę.
- Daję słowo, jeśli Shawn się tutaj nie pojawi... 
Najszybciej jak tylko mogłem założyłem buty i opuściłem pokój. W takich momentach, żałuję, że nikt jeszcze nie udoskonalił teleportu. Usłyszałem głos trenera i ujrzałem przed sobą całą wspaniałą jedenastkę. Powoli skierowałem kroki w ich stronę, poczułem się lekko spięty i gdy ujrzałem Mark'a Evansa, zrobiłem wielkie oczy. To oczywiście zwróciło uwagę trenera.
- Baranie.. to są goście nasi! - warknął, ciągnąc mnie za szal. 
Zatrzepotałem szybko rzęsami, by wrócić do rzeczywistości. Nim zdążyłem się otrząsnąć, na przeciw mnie wyszła dziewczyna. Gdy ją tylko zauważyłem, poczułem w sercu ukłucie. Jej oczy tak strasznie przypominają mi jego oczy. Ona również na mnie spojrzała lekko zawstydzona tym, że tak dziwnie się w nią wpatruję. Nie mogłem odczepić od niej wzroku, podała mi rękę. Ścisnąłem ją i trzymałem dłuższą chwilę.
- Jestem Shawn, witajcie w Haiku. - odparłem, wciąż trzymając jej rękę.
- Nie uważasz, że powinieneś się przedstawić temu młodemu człowiekowi? - urwał staruszek.
Mark. Evans. Zamknąłem z przerażenia oczy, to nie tak miało wyglądać. Na moim miejscu powinien stać Thomas, a ja już dawno byłbym w szkole artystycznej. Czuje się egoistycznie, stojąc i zajmując jego miejsce. Nie jestem tego godny, nie mam prawa.
- Mark Evans! Na co czekasz, Shirou? Całuj i bij pokłony. - odparł Nori z lekką ekscytacją w głosie.
Moje ciało zdrętwiało, a ja nie wiedząc co robić, podszedłem do niego. I nim zdążyłem zarejestrować mój następny ruch, ukłoniłem się. Usłyszałem śmiech całej grupy.
- Mówiłem sensei... on się nie nadaje się na takie rzeczy. - urwał kąśliwie chłopak.  
On ma rację. Przynoszę więcej wstydu niż chwały.
- Stary... nie musisz się kłaniać przede mną. - odparł, podając mi rękę bym wstał. 
Chwyciłem tą rękę, która obroniła strzały najlepszych strzelców. Wstałem pośpiesznie, uświadamiając sobie jak szybko moje kolana zrobiły się mokre. Otrzepałem swoje czarne spodnie z śniegu. 
Spojrzałem w stronę grupy, jeden z chłopaków uśmiechnął się w moją stronę
- Jesteśmy tacy sami jak wy wszyscy... - urwał, patrząc na Marka zadumiony. - Chociaż ten tutaj to nasza lokalna gwiazda.
Przewrócił na jego stwierdzenie oczami. Za to najbardziej go szanowałem, za ogromną skromność. 
- Sensei.. 
- Cisza. Shawn oprowadź naszych przybyłych. A ty Nori, wracaj na zajęcia. - rozkazał, wskazując mu drzwi do szkoły. 
On posłusznie wrócił do budynku. Nie ukrywałem swojej satysfakcji z tego, że Noriemu też się dostało.
- Ty zostań. - zwrócił się w stronę bruneta.
Skinieniem nakazał rozpocząć oprowadzanie. Nadal nie mogłem się zbytnio skupić z powodu tej dziewczyny. Cholera, że też jej oczy muszą być tak nieziemsko podobne do Toma oczu. 
- A więc... Chodźmy. - odparłem zmieszany i poprowadziłem za sobą grupę.
Oprowadziłem ich prawie wszędzie, krótko streszczając każde pomieszczenie. W ostatnim pomieszczeniu zrobiło się wielkie pomieszczenie, była to sala gimnastyczna a chłopcy zaczęli biegać we wszystkie strony.
- Co się właściwie dzieje? - spojrzałem na dziewczynę, która sama była pochłonięta w myślach.
- Słucham? - nagle się otrząsnęła.
- Czy oni nigdy nie widzieli sali gimnastycznej? - spytałem ponownie.
- Nie mów, że nie oglądałeś ostatnich wiadomości...
- Szczerze mówiąc... nie bardzo mnie to jara. - odparłem, wzruszając ramionami. - A co mają z tym wspólnego wiadomości?

* Diana's POV *



Przez cały czas nie mogę przestać o tym myśleć. Minęło parę ładnych miesięcy i wygląda na to, że powinnam się otrząsnąć. W końcu los na tacy podał mi Juda tylko dlatego abym przestała jęczeć nad swoją beznadzieją. Miałam złudne nadzieje, że kiedy wyjadę z tego miasta, ta myśl o nim choć na chwilę zniknie z moich oczu i myśli. Jednak myliłam się - gdy tylko dotarliśmy do tej pięknej krainy śniegu a potem znaleźliśmy się pod ich szkołą ponownie mnie zmroziło. Widząc tego chłopaka Shawna, który był zwykłym chłopakiem i wcale nie przypominał Axela - poczułam, że coś we pękło. A kiedy zbliżył się do mnie, złapał za rękę i spojrzał w oczy - wiedziałam, że nigdy się od tego nie uwolnię. Po mimo, że ten gnojek jest daleko stąd to nadal jest w stanie przeniknąć do innego człowieka i obdarzyć mnie swoją obecnością. 
- A więc... Chodźmy. - jego głos wyrwał mnie z mojego myślenia i teraz razem szliśmy z Shawnem aby zobaczyć szkołę od wewnątrz.
- Diana... jak się trzymasz? - nagle zjawił się obok mnie Nate.
- Na prawdę nie musicie skakać wokół mnie jak pieski. - sapnęłam, przewracając na niego oczami.
- Dobrze wiesz, że...
- Tak, Axel dał ci zadanie. - ucięłam szybko. - A teraz ja mam dla ciebie zadanie... odwal się.
- Auć, zabolało. - odparł niewzruszony moimi słowami.
- Niezły żarcik. - do naszej dwójki przyłączył się Max.
- Jesteście niemożliwi! - warknęłam, przyśpieszając kroku.
I nim się zorientowałam stałam koło Shawn'a, który pokazywał nam ich wielką salę gimnastyczną. Na sam widok tak wielkiej przestrzeni cała drużyna zaczęła biegać wzdłuż pomieszczenia.
- Co się właściwie dzieje? - spojrzał na mnie uważnie.
- Słucham? 
- Oni chyba nigdy nie widzieli sali gimnastycznej, co? - spytał ponownie.
- Nie mów, że nie oglądałeś ostatnich wiadomości... - urwałam zdziwiona jego pytaniem.
- Szczerze mówiąc... nie bardzo mnie to jara. - odparł, wzruszając ramionami. - A co mają z tym wspólnego wiadomości?
- Kolego... nasza szkoła została spalona. - odparłam, a chłopak zasłonił usta.
- O matko... ja nie wiedziałem. - odparł niepewnie, łapiąc się za głowę.
- Może i to dobrze? - uniósł brew. - Przynajmniej nie wytworzyłbyś tej niezręcznej sytuacji po między nami.
- Chyba już za późno... - podrapał się po karku. - Stworzyłem ją na samym początku kiedy za długo gapiłem się i ściskałem twoją rękę.
Zaczęłam się śmiać sama nie wiedząc dlaczego. Pamiętam jak Axel zawsze raczył mnie takiego typu tekstami. - niech cię, Blaze!
- Przyzwyczaiłam się do tego. - odparłam, uśmiechając się. -  Mając Axela Blaze'a w drużynie...
- A właśnie... - zaczął się rozglądać. - Gdzie on jest?
Na samą myśl o tym, że muszę ponownie tłumaczyć tą chorą i niekomfortową sytuację po raz "-enty" robiło mi się słabo. Tak było i teraz - moja twarz pobladła, a ja poczułam się senna.
- O nie... - jęknął chłopak, łapiąc mnie szybko.
- Weź mnie do łazienki... - wymamrotałam, a chłopak pokiwał głową na moją prośbę.
Gdy byliśmy już w toalecie Shawn usadowił mnie delikatnie na podłodze i podszedł do umywalki. Wyrwał trochę papieru i namoczył go zimną wodą po czym podszedł do mnie.
- Halo ziemia! - pomachał mi ręką przed oczami, przystawiając zimny kompres do czoła.
- O matko...
- Przepraszam, że to takie zimne.... - jęknął, powoli ściągając kompres z mojego czoła. - ...ale czytałem w internecie, że to pomaga.
Zaczęłam się śmiać, a chłopak słysząc mój śmiech zrobił to samo.
- Niezła próba... - urwałam nadal się śmiejąc pod nosem.
- Kto nie próbuje to nie pije szampana! - odparł, marszcząc brwi. -Czy coś w ten deseń.
- Mimo tego... dziękuję. - odparłam, patrząc mu z wdzięcznością w oczy.
- Jeśli to ja sprawiłem, że tak się poczułaś...  - odparł, siadając na przeciwko mnie. - to przepraszam.
- Nie... to nie ty. - odparłam niepewnie. - Po prostu...
- Nie musisz mi o tym mówić jeśli nie jesteś gotowa o tym porozmawiać. - przerwał mi. - Poza tym jestem jakimś typkiem, który chciał zamrozić cię na śmierć.
- Jak widać jeszcze się trzymam. - odparłam ironicznie. - Coś mam na twarzy?
Chłopak słysząc moje słowa zmieszał się i odwrócił wzrok.
- Po prostu przypominasz mi kogoś... - urwał, ciężko wzdychając.
- Muszę powiedzieć, że miałam to samo uczucie kiedy cię spotkałam. - sapnęłam, a z moich oczu mimowolnie polały łzy.
- O matko... - jęknął, podając mi chusteczki ze kieszeni bluzy. - ....myślałem, że tylko dzieci płaczą na mój widok.
Palnęłam go w ramię.
- Jestem beksą. - odparłam, ocierając mokrą twarz.
- Nieprawda... jesteś... - urwał niepewnie, uciekając wzrokiem w moje oczy. - Silnym duchem, który przeżył wiele w swoim życiu. 
- Jestem Diana, ale uznam ci tą odpowiedź. - odparłam, a chłopak zaczął się śmiać.
- A więc Diana.... wiedz, że gdziekolwiek twoja dusza i w jakim jest stanie... znajdzie się dla ciebie pokój serca. 
Na jego słowa moje serce zadrżało, a jego twarz się zmieniła. Teraz była zdecydowanie bliżej mojej, a w pewnym momencie czułam jego oddech na skórze. I w tym momencie chłopak delikatnie objął moje usta swoimi, chwytając moją twarz zimną dłonią. Pamiętacie jak mówiłam, że się od tego nie uwolnię? W tym momencie wszystkie zwątpienia zniknęły i pochłonęłam się w tym pocałunku.
Niespodziewanie chłopak się ode mnie oderwał i spojrzał na mnie zdezorientowany.
- To jest szaleństwo. - urwałam, łapiąc się za głowę.
- Już po mnie... - wymamrotał chłopak, przecierając twarz.
- Czemu tak myślisz? - Shawn nieśmiale wskazał na mój tatuaż.
- Ty na kogoś czekasz, a ja nie powinienem...
- Masz rację... - sapnęłam, powoli się podnosząc. - to nie powinno mieć miejsca.
Nagle spod drzwi zaczęły dobiegać krzyki.
- Zostań tutaj.
- Ale Shawn... 
- Nikt nie może się o tym dowiedzieć... dla naszego dobra. - urwał, łapiąc mnie za rękę.
- Naszego? 
- Wiesz o co mi chodzi. - odparł zawstydzony. - A teraz tutaj poczekaj... a ja wrócę do reszty.
I tak zostałam sam na sam z moim lękiem i poczuciem winy. 


niedziela, 13 stycznia 2019


Rozdział:55

" - Proszę cię... prawie się zabiłaś, próbowałaś skrzywdzić David'a.... i ja mam nie zadawać pytań? - spojrzał na mnie znacząco. - Nie było mnie tu bite sześć miesięcy i oczekuję wielu odpowiedzi.
- Zawiodłam cię... - urwałam a po moim policzku poleciała mimowolnie gorzka łza. - Nawet nie wyobrażam sobie co by było jakbym ja zniknęła, a ty byś się obudził.
- Nie mów tak. - odparł, siadając na łóżku i obejmując mnie. -Powinienem być tuż przy tobie. 
- Dobrze wiesz, że to nie twoja wina...
- Jak to? - westchnął głęboko. - Przeze mnie tyle ludziom się życie posypało, a szczególnie tobie siostrzyczko. 
- A dzięki twojemu zmartwychwstaniu poskładałeś nasze marne życia. 
- Eee tam... przesadzasz. - odparł, a ja dźgnęłam go w bok.
- Kocham cię siostrzyczko. - szepnął, całując moje czoło.
- Ja ciebie też braciszku. - sapnęłam, opierając swoją głowę na jego ramieniu. 

* Jude's POV *


               
- Nie patrz na mnie tak, Evans. - burknąłem w jego stronę.
Uniósł brew do góry.
- Nie patrz na mnie jakbym był niepełnosprawny! - krzyknąłem do niego.
Oczy pacjentów zwrócił się na naszą dwójkę. Nie ukrywam, za każdym razem kiedy on do mnie przychodzi, to zawsze jestem tak głośno. Nie poznaję moich znajomych w ogóle. Czy ja wyglądam jakbym był w ciężkim stanie? Wiem, przez te 5 miesięcy tak wyglądałem, ale teraz regeneruje siły i wracam do mojej dawnej formy. Z każdym dniem, moje wyniki się poprawiają - to dobry znak. Ale oni zamiast być szczęśliwym z tego powodu, to przychodzą tu obdarzają mnie właśnie tym wzrokiem - pełnym współczucia i litości. No proszę was ludzie...  ja rozumiem, że się martwią, ale nie muszą mnie traktować jak małe, kruche porcelanowe talerzyki.
- Tak prawdę mówiąc, w połowie taki jesteś. - odparł uszczypliwie, poprawiając swoje bujne, brązowe loki.
Spojrzałem na niego. Nie wydawał się w najlepszej kondycji. Zawsze prezentował na swojej twarzy siłę i pewność siebie. Teraz wygląda zupełnie inaczej - Zaczerwienione oczy, worki pod oczami. Przypominał mi zagubione i zmęczone dziecko, co się z nim stało? Jak widać dużo mnie ominęło przez tą moją miesięczną drzemkę.
- Jesteś tego pewien? Wydaję mi się, że ty też. - odpowiedziałem mu również uszczypliwie. 
Zmierzył mnie wzrokiem. Dobrze wiedział, co mam na myśli.
- Co się dzieje z tobą Mark? - spytałem go wprost.
- Nie martw się o mnie. Obyś szybko wyzdrowiał, ponieważ czeka nas podróż życia. - odchrząknął, patrząc teraz mi prosto w oczy.
Słucham? Ten człowiek stał się nieco tajemniczy - a nigdy taki nie był. Zawsze był otwarty na wszystko i na wszystkich. 
- Co masz na myśli, mówiąc "podróż"? - odparłem zdziwiony.
- Nie miałem ci tego mówić... - urwał, śmiejąc się pod nosem.
- Nie umiesz trzymać języka za zębami, ot co. - podsumowałem go krótko. - Stary dobry Mark, gdzieś ty się podziewał?
Pewnie i on sam nie miał zielonego pojęcia. Mówią, że charakter nie jest trwały i stale się zmienia. Patrząc na mój przykład kiedyś byłem wielkim bucem i nie szanowałem nikogo i niczego, a teraz jest zupełnie inaczej. Tak jest też z nim, ale mimo wszystko myślałem, że jest wyjątek od tej reguły. Mark odznaczał się swoim nacechowanym pozytywnie charakterem, nie chcę aby było inaczej.
- Tak czy inaczej... Pewnego dnia, zadzwonił do mnie nasz trener. Powiedział mi, że ta cała grupa, która podpaliła naszą szkołę się przemieszcza. Oznacza to, że inne szkoły w całej Japonii mogą być zagrożone. Dlatego też, musimy się udać do tych wszystkich szkół, by je ostrzec. Czekamy tylko na ciebie, Sharp.
Oczywiście ominął temat jak zwykle. Spojrzałem na niego zdezorientowany. Oznacza to, że to poważna sprawa... Pożar u nas w szkole? Matko kochana, jak ja zasypiam to w naszym mieście dzieją się akcje jak w "Szklanej Pułapce?". Jednak jedna sprawa nie dawała mi spokoju.
- Co z Blazem? 
Mark podrapał się po głowie. Jego brak odznaczał się w życiu każdego z graczy club'u Raimon. Nie dziwota, był pierwszym z atakujących i to właśnie on zmotywował do działania drużynę. Zniknięcie Axel'a wydawało mi się mega podejrzane. Na początku uznałem, że zrobił to specjalnie, ponieważ bał się, że związek z Dianą stanie się zbyt poważny. Jednak z drugiej strony, mafia jest równie ciekawym wątkiem. Z tego co kiedyś mi tata opowiadał, tata Axel'a narobił sobie niezłych długów u lichwiarzy.
- Też chciałbym to wiedzieć stary. Wiem jedno, znajdę tego gnojka i sprowadzę go tutaj. 
 Też mam taką nadzieję, że się tak stanie. Mimo wszystko, z Axelem się zżyliśmy - nie spodziewałem się, że kiedykolwiek wypowiem te słowa. 
- W takim razie, dzwonię do ojca. Na podstawie tego co mi powiedziałeś, nie zamierzam tu siedzieć jak jakaś kukiełka. Jeszcze dzisiaj zwiewam z tego miejsca.
 Tak też zrobiłem, spakowałem swoje rzeczy i wybrałem numer do taty. 
- Halo? Tato dostałem wypis.
- To świetnie synu.. Odebrać cię? 
- Nie, jadę do Mark'a. Będę później.
- Uparty z ciebie człowiek, Sharp. Ale jeśli zasłabniesz choć raz, to nie licz, że będę dla ciebie pobłażliwy. To poważna sprawa, mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę... - odparł Mark, kręcąc głową na moje postępowanie.
Zaśmiałem się na jego słowa - przynajmniej poczucie humoru się u niego nie zmieniło.

* Diana's POV *


               
- Axel... powiedz mi gdzie ty jesteś!
Blondyn tylko się do mnie uśmiechnął. Ten uśmiech, od niego wszystko się zaczęło. Dlaczego moje serce wzięło cię do siebie? Bez konsekwencji, od tak zakochałam się w tobie... Czy raz już się nie sparzyłam na miłości? Czy już zapomniałam, jak to było z Jude'em? Ale Axel nie jest taki sam, prawda? Sama nie wiem co o tym myśleć. Na prawdę, czasami się gubię w tym wszystkim. Analizuje wszystko po kolei, od deski do deski i nie rozumiem, dlaczego się tak to skończyło. 
- Odezwij się do mnie do cholery. 
Cisza. A on nadal się na mnie patrzy i się uśmiecha. Zrobiłam jeden krok do przodu, a chłopak w jednej sekundzie zniknął. Rozpłynął się jak piach - ten sen zawsze tak się kończy. Może to oznacza, że dla nas nie ma już szczęśliwego zakończenia? Czy mam zacząć nowe życie bez niego?  Nie potrafię i nie rozumiem tego. Otworzyłam oczy i czułam, że cała z tego wszystkiego jestem spocona. Łzy nabrały się do moich oczu, nie chciałam płakać głośniej, ponieważ w pokoju nie byłam sama. Po jednej jak i drugiej stronie leżeli Max i Nathan. Po tym wszystkim co się dzieje, nie potrafię normalnie funkcjonować. Przez to wszystko nawet nie umiem cieszyć z tego, że Jude żyje. Moje myśli cały czas zajmuje Axel, cokolwiek bym nie zrobiła czy nie pomyślała, to ciągle widzę jego twarz. Nie umknęło to uwadze moim przyjaciołom, szczególnie Max'owi i Nathan'owi. Zaproponowali, że możemy razem tak jak za dawnych czasów  spotkać się u mnie i pooglądać filmy. Cały wieczór spędziliśmy zachwycając się naszą wspaniałą serią Harrego Potter'a, którego znamy na pamięć. Przez chwilę poczułam się szczęśliwa. To uczucie towarzyszyło mi dopóki nie zamknęłam oczu. Gdy już je miałam zamknięte,  ponownie pojawiał się ten sam głupi sen jak jakieś fatum. Mam już powoli tego dość.  Wstałam z łóżka i po cichu otworzyłam wejście na werandę. Musiałam złapać trochę świeżego powietrza. Ukradkiem zauważyłam, że jeden z nich się budzi. Usłyszałam skrzypienie drzwi.
- Co ty tu robisz, o tej godzinie? - spytał zachrypnięty Nate.
- Nie mogłam spać...
Nawet kłamanie, w którym kiedyś byłam tak wyśmienita mi nie wychodzi. Nathan przyjrzał mi się dokładnie, widział jak jestem wycieńczona.
- Diana, musisz przestać. - podsumował, opierając ręce na barierce. - On cię zabija. 
Popatrzyłam na niego. Zna mnie na wylot i to nie od dziś, wie kiedy mnie coś trapi. Przytulił mnie do siebie mocno, po czym na mnie spojrzał. Jemu też go brakowało, ale nie chciał to przy mnie pokazywać. Tak jak wszystkim, brakuje nam go cholernie. Czuję się, jakby on umarł, a ja była wdową, którą wszyscy na siłę chcą pocieszyć.
- Nathan.. Ja nie potrafię tego wszystkie zrozumieć i nawet nie chcę... Chcę żeby było tak jak kiedyś.. Kiedy się kogoś kocha, tak szybko nie da się o tym zapomnieć. - sapnęłam. 
- Znam to uczucie. Towarzyszyło mi z każdym wspomnieniem o mamie. To jest trudne nie tylko dla ciebie, ale dla nas też. Ale musimy się pozbierać do kupy i po prostu podnieść się z tego stanu
- Podnieść? Sama nie wiem czy jestem w stanie... 
Odwrócił głowę w moją stronę i spojrzał na mnie głębiej. Szukał coś w moich oczach, czegoś co sprawi, że będę zmotywowana. Próbował na mnie zastosować psychologię mojego brata. BĄDŹ POZYTYWNY CHOCIAŻ SIĘ CAŁY PALISZ - tak zawsze  myślałam o jego pozytywnym nastawieniu, ale sama nie wiem, czy w takiej sytuacji uda mi się tego trzymać. Axel to mój "ogień", opanował moje serce i nie chcę się go od tak pozbywać.
- Jesteś najsilniejszą babką jaką znam. Podniosłaś się po Judzie... zregenerowałaś się po operacji w której, teoretycznie miałaś zginąć... Potrafisz uwierzyć we wszystkich więc dlaczego nie uwierzysz w siebie? - spytał, kładąc rękę na moim ramieniu. 
Uśmiechnęłam się w jego stronę. Miał rację. Byłam niezniszczalna, ale w tej chwili, wątpiłam czy dalej taka jestem. 
- Dziękuję ci. - odrzekłam, wtulając się w niego.
Oboje potem weszliśmy do środka. Uznałam, że już nie mam ochoty spać. Poszłam więc do łazienki, wzięłam jakieś ciuchy, umyłam się i ogarnęłam. Do moich uszu dobiegła melodia piosenki, którą miałam ustawioną na dzwonek - to mój telefon. Sięgnęłam po nią, na wyświetlaczu pojawiło się imię, Mark.  
- Halo?
- Musisz zebrać nasz team. I to już. 
- Ale...
- Nie zadawaj pytań. Po prostu ich tu ściągnij pod szkołą, mamy zebranie. 
- Mark, czekaj....
- Sęk w tym, że nie mogę... Do zobaczenia pod szkołą. Szczegóły wyślę ci SMS-em. 
Rozłączył się. To było dziwne. Brzmiał jakby był poddenerwowany, więc musi tu chodzić o coś ważnego. Tak jak mi kazał, tak zrobiłam - wysłałam wszystkim wiadomość o tym tajemniczym "zebraniu". Poczułam wibrację, dostałam wiadomość od Juda. Zdziwiło mnie to, gdyż nie rozmawialiśmy od pewnego czasu. Sama nie wiem dlaczego, podejrzewam, że nie chciałam go nękać wiadomościami, by odpoczął i się podładował baterie.
od JUDE: Jesteś w domu? 
Nim zdążyłam cokolwiek mu na to odpisać, zauważyłam, że pod naszym domem zatrzymuje się taksówka. Rzuciłam poduszką w Max'a i Nate'a, którzy jak nigdy w życiu spali w najlepsze.  Na ten niespodziewany atak zareagowali przeraźliwymi jękami. 
- Wstawajcie i to już! - krzyknęłam, udając się do pokoju mojego brata.
Z jego wielkiego szafy, wyjęłam parę ciuchów i wręczyłam chłopakom. Szybko zeszłam ze schodów, słysząc dzwonek drzwi, otworzyłam je. W nich ukazał Jude. Przytuliłam go do siebie i wpuściłam do środka. 
- Co cię do mnie sprowadza? - spytałam, krzątając się po kuchni w poszukiwaniu składników na naleśniki. 
Zobaczyłam, że chłopak ma przy sobie walizkę. Zapewne Mark powiedział mu o zebraniu. Cieszyłam się, że stoi tu żywy, nawet nie chcę sobie wyobrażać innego scenariusza.
- Szczerze, to tajemnica... - odparł, śmiejąc się pod nosem. 
Znam tą tajemnicę, lepiej niż myślisz.
- Wypuścili cię w takim stanie? - spytałam, lustrując go wzrokiem.
Brunet usiadł przy stole. Wyciągnął telefon i zaczął do kogoś pisać. 
- Jest wszystko okej. - odrzekł, kaszląc. 
- Widzę... wiem, dlaczego tu jesteś. - odparłam.
Jego oczy zrobiły się wielkie jak dwie monety. Nie spodziewał się, że ktoś jeszcze wie o tym. 
- Ach masz mnie... - sapnął, uderzając teatralnie ręką w blat. 
- Chodzi o to spotkanie, co mój braciszek ma zorganizować. Wiem, że wiesz coś więcej. - urwałam, patrząc jak jego zmieszanie coraz bardziej się potęguje.
Szach mat. Spojrzałam na zmieszanego bruneta. Na jego twarzy pojawiła się konsternacja. Siedział w ciszy, gdyż jego tajemniczość szybko wyparowała i nie miał już żadnych środków do obrony.
- Nie, właściwie to nie. - burknął. 
W kuchni szybko pojawili się Nathan i Max. Widząc Jude'a przybili mu piątkę.
- O Jude. Mordo, ty u nas? - sapnął blondyn, ziewając.
Oni to zawsze muszą palnąć coś od czapy. 
- Eem, od kiedy wy tu mieszkacie? - spytał, śmiejąc się pod nosem. 
- W sumie od dziś.. Czym sobie zawdzięczamy wizytę? - drążył temat Carson. 
- Dzisiaj jest zebranie całego team'u. Od co, dlatego jestem tutaj. 
Spojrzeli po sobie.  
- Naleśnika? - sapnęłam, kładąc talerz przy czym zręcznie zmieniając temat. 
Widząc talerz pełen pyszności, szybko rzucili się do jedzenia. Po wspólnym śniadaniu, nasza trójka rozkoszowała się herbatą. Kątem oka widziałam, że Jude patrzy na mnie tak jakby chciał coś mi przekazać. To spojrzenie, sugerowało, że chce o czymś porozmawiać. Spojrzałam na chłopaków porozumiewawczo.
- Na was chyba już czas.. - chrząknęłam.
- Tak, zasiedzieliśmy się... Trzymajcie się, spotkamy się na miejscu. - odparł Nathan,
 ciągnąc Carson'a za kaptur. 
- Ale ja nie skończyłem herbatki. - jęknął zakłopotany Max, po czym wyszli.
Kiedy już zostaliśmy sami, nasze spojrzenia się skrzyżowały. Minęło tyle czasu, odkąd rozmawialiśmy. 
- Diana... co tu się wyrabia? - spytał, wstając od stołu.
Odwróciłam się do niego plecami. Dokładnie wiedziałam, o czym chcę rozmawiać. Jak ja mam się do cholery otrząsnąć po tym wszystkim, skoro wszyscy o niego pytają? Poczułam jak jego ręce oplatają moją talię, oparł głowę o moje ramię. 
- Nie było mnie tu długo... zdecydowanie za długo... - szepnął na moje ucho.
Odepchnęłam go od siebie. Wiedziałam do czego pije.. Zniknął Axel, to myśli, że go zastąpi? Zdecydowanie jest w błędzie, nikt go nie zastąpi. 
- Nie, przestań... - sapnęłam lekko zdenerwowana. 
- Axel to cud chłopak, kto by pomyślał, że ma związek z mafią...
W jego głosie wyczułam złośliwość. Tak jasne, pewnie się cieszysz, że go nie ma.. w końcu możesz mnie odzyskać, prawda?
- Do czego zmierzasz? - odparłam lekko urażona jego słowami.
- Znajdziemy go, zobaczysz. Ale do tego czasu musisz się ogarnąć.. Potrzebujesz kogoś, kto się tobą zaopiekuje należycie. Wiem, że właśnie tego by sobie życzył pan Blaze. 
Podszedł do mnie bliżej, wziął moje ręce. Wiedziałam do czego dąży. A mimo tego pozwalałam aby, odległość miedzy nami malała. Czułam jego ciężki oddech na sobie. Patrzył prosto w moje oczy, a ja w jego. Niespodziewanie delikatnie musnął moje usta, a ja oddałam pocałunek. Czułam niesamowite ciepło, które napełnia moje serce. Odkąd Axela nie ma, brakowało mi czegoś takiego. Nagle w mojej głowie pojawiło się setki myśli oraz stopklatek z przeszłości. A Jude był jej częścią. Oderwałam się od niego. Co ja wyprawiam? Czy już mój mózg wyłączył to co się wydarzyło? Jak ja mogłam znów zamoczyć palce w tej samej wodzie? Mój związek Judem to była pełna bólu miłość. Nie chciałam tego powtarzać, bałam się. Wiedziałam, że się zmienił mimo tego, czułam też jakbym zdradzała Axela. Chcę być jak Penelopa i czekać na jego powrót. Ale jego powrót był dalej niejasny i niepewny, może powinnam ruszyć dalej? Odpowiedź brzmi zdecydowanie nie.
- Jude... - jęknęłam, odsuwając się od niego.
- Co jest do cholery? - burknął, patrząc na mnie zdezorientowany. - Idiota ze mnie...
Widziałam, że i on speszył się na to wszystko
- Ja nie potrafię cię pokochać od nowa. Moje serce należy do Axel'a. - sapnęłam, hamując łzy. 
Brunet spojrzał na mnie smutno. Podszedł do mnie i przydusił mnie do ściany. Patrzył moje w oczy, wiedział, że to co powiedziałam jest prawdą i nic tego nie zmieni. 
- Kuźwa, kocham cię... dlaczego ty do cholery nie? - jęknął bezsilnie.
- Dobrze wiesz dlaczego...  - urwałam, patrząc na niego.
Wypuścił ciężko powietrze i odszedł kawałek. Podeszłam do niego i przytuliłam. Czułam jak jego serce szybko kołacze. Obrócił się do mnie niespodziewanie. W jego oczach widziałam wielką złość i zarazem smutek. Jest mi smutno, że nie jestem w stanie tego zmienić.  
- Przepraszam... - jęknął, po czym wybiegł z domu jak poparzony.

* Mark's POV *


                  
Co teraz, co teraz, co teraz? Cały plan ruszył  zdecydowanie wcześniej niż myślałem. Czekałem na ten moment, kiedy Jude się wybudzi. Mieliśmy pojechać jako team, tymczasem nie jesteśmy w pełnym składzie - brakuje jego. Ale trudno, tak czy siak podczas tej podróży mam nadzieję, że go znajdę. Nie odpuszczę mu tego, jak go znajdę wybiję mu te durnoty z głowy i wtedy wszystko wróci na swoje miejsce. Cały w nerwach chodziłem po pokoju, to nie odpowiedni moment na to wszystko. Jude nie jest w szczytowej formie, team jest w rozsypce, a Axel ucieka przed mafią. Nie czuję się na to gotowy, ani trochę. Ale klapka zapadła, dzwoniłem do trenera. Poza tym, wszyscy już wiedzą, więc nie mam wyjścia. Wziąłem swoją torbę, do której zapakowałem najważniejsze rzeczy, pożegnałem się z rodzicami. Wyszedłem bardziej zdenerwowany niż byłem i udałem się do punktu spotkania. Jestem strasznie niepewny co do tego wszystkiego. Ku mojemu zdziwieniu byli wszyscy, każdego przytuliłem z osobna. Nagle poczułem, że coś się zmieniło. To nie są ci sami chłopcy, którzy przed Akademią Królewską byli wystraszeni. Teraz czuję od nich ogromną determinację. Pozostało nam czekać na trenera. Nie minęła sekunda, a pojawił się jego samochód. Nie był sam, przy nim stała młoda czarnulka. Trener wraz z nią wzięli mnie na rozmowę tylko w cztery oczy. 
- Mark, nie mogę z wami jechać... - westchnął, drapiąc się po głowie. - Mam pewne problemy, które mi po prostu nie pozwalają na to...
Pokiwałem na to wszystko głową. Zdałem sobie sprawę, że przez ten czas, nauczyłem się kiedy człowiek kłamie, a kiedy nie. Kłamał, może nie widziałem jego oczu przez te okulary słoneczne, które miał na nosie i z którymi się nie rozstawał, ale czułem to. Patrząc na trenera, nie dziwię mu się. Facet nie jest pierwszej młodości, zapewne ma problemy ze zdrowiem, ale za nic w świecie nie chce tego pokazać. W końcu jest z rocznika mojego dziadka.
- Dobrze, a wiec załatwił sobie pan zastępstwo? - spytałem, patrząc na kobietę. 
Już pierwszy rzut oka, pozwolił mi stwierdzić, że ta kobieta jest podejrzana. Mocno wątpię w jej umiejętności trenerskie, ale wszystko czas pokaże.
- Dla ciebie, trener Hitomiko. - odparła, pani "trener" Hitomiko. 
A na dodatek jest żyletą, którą pod żadnym względem nie należy dotykać. Podaliśmy sobie ręce z trenerem i rozeszliśmy się. 
- Gdzie się dokładnie wybieramy? - spytałem
- Zobaczycie. - sapnęła.
Co więcej jest tajemnicza. Pewnie Blaze wymyśliłby na nią sto tysięcy teorii. Jedno wiem... nie stwarza ona powodów do  zaufania. Coś mi w niej nie pasuje.
- Okej, słuchajcie. Bus powinien być tu za niecałe 5 minut... także, nie martwcie się. Jak widzicie, nie ma z nami trenera Hillman'a, a zamiast niego pojedzie pani Hitomiko, jako nasz nowy trener.
Wszyscy wpakowali się do autokaru, oblało ich przerażenie. Ja sam podzielałem ich strach, ale jako, że jestem ich kapitanem, a zarazem liderem nie mogę tego po sobie pokazać. Nie dziwię się im, Hillmann był dla nas opoką, a z tą kobietą nasze szansę na powstrzymanie tych bandytów maleją. Zauważyłem Kevin'a na końcu autobusu, wyglądał na wkurzonego. Znałem tego powód, chodzi o Blaze'a. Może i na początku nie przypadli sobie do gustu, ale z biegiem czasu - stali się dobrymi kumplami. Teraz nie ma go, a to sprawia, że chłopak jest samotny. Przysiadłem się obok.
- Co jest?  
- Jeszcze pytasz? Czy to nie jest oczywiste? - spytał uszczypliwie, wpatrując się w okno autobusu. 
- Stary, wiem co czujesz. Każdy z nas przeżył stratę Axel'a...
- Nie, ty nie kumasz... Ten koleś, to był coś... bez niego ten team nie istnieje. - jęknął, zaciskając pięści.
Teraz przydała by się ta moja słynna gadka. Przez to wszystko mój optymizm uleciał jak hel z baloniku. Ale muszę się zebrać, dla mojej drużyny i dla siebie. Potrzebują mnie takiego jak kiedyś - nie mogę ich zawieść. 
- Nie mów tak.... Mamy ciebie przecież.  Nie zapominaj, że to ty byłeś naszym pierwszym napastnikiem, jeszcze przed tym jak on do nas dołączył. Radziłeś sobie całkiem dobrze bez jego pomocy, nie wierzę, że teraz sobie nie poradzisz. Po za tym, Jude nam pomoże -  to najlepszego strateg jakiego znam.... Nasz team to nie tylko Axel. - zakończyłem swoją mowę.
Jednak to we mnie jest. Chłopak na me słowa się zawstydził. Na jego miejscu też zrobiłbym to samo.  Ja wiem, że to kumpel, ale nie można się bez końca mazać. O ironio, ja robię to samo.. ale mus to mus - trzeba sobie radzić i bez niego. Powiedział, że wróci i ja w to wierzę. Mijały godziny, a ja czułem jakby ten autobus stał w miejscu. Zaglądnąłem do tyłu, zauważyłem, że Jude i Diana nie siedzą obok siebie. Muszę się czym prędzej dowiedzieć się o co chodzi. Przy pierwszym postoju, wziąłem go na rozmowę. 
- Co się stało? - spytałem, rozglądając się dookoła. 
- Nie... dlaczego pytasz? - sapnął zdziwiony. 
Nie potrafi kłamać. Spuścił wzrok by ominąć mój badawczy wzrok.
- Ty i Diana... co się po między wami dzieje? - spytałem inaczej, spoglądając ukradkiem na moją siostrę. 
Wyglądała na to, że coś ją trapi. Przez "coś" mam na myśli, że to zapewne związane z Sharpem.
- Mark... to na prawdę nie twoja sprawa... - jęknął, upijając kawę z papierowego kubeczka.
Mylisz się. Diana to moja siostra, to moja sprawa. Ponadto, jesteś moim przyjacielem to tym bardziej czyni to moją sprawą.
- Pocałowałeś ją. - stwierdziłem po chwili namysłu. 
Jego oczy nagle zrobiły się rozbiegane. Mam cię. Spodziewałem się tego, w końcu kiedyś chodzili ze sobą. Widziałem, jak Jude na nią patrzy. Sztuka dedukcji, którą mnie Axel nauczył nie poszła na marne. 
- Ja.. tak. - chrząknął, robiąc krok w tył. 
Jeśli myślicie, że przez chwilę zapomniałem, co on zrobił mojej siostrze, to błąd. Przez całą naszą przyjaźń, obserwowałem jego poczynania. Zauważyłem, że się wycofuje. W takim wypadku, bez jakiegokolwiek zastanowienia dałbym mu w ryj. Ale patrząc na to, że przeżył śpiączkę farmakologiczną i fakt, że ledwo stoi na nogach, hamuje mnie od tego czynu. Chociaż ręka mnie do tego swędzi i to cholernie. Co on sobie do cholery myśli? Moja siostra właśnie przeżywa załamanie nerwowe przez Blaze'a, a on wyjeżdża z czymś takim. Zapewne ona sama ma wielki mętlik w głowie.
- Ja rozumiem, że ją kochasz. Ale ona teraz potrzebuje cię jako przyjaciela, nie jako chłopaka. Sorki ale jako chłopak, nie sprawdziłeś się i nie wiem czy w ogóle będziesz pełnił taką rolę w jej życiu. Teraz jedyne co to możesz ją wspierać. Jest jej ciężko. Zrób dla niej chociaż to. 
Wiedział, że mam rację. 
- Masz rację. - odparł zasmucony.
- Ale stary.. wiesz to nie oznacza, że nie znajdziesz miłości... Potrzeba czasu, wiesz? - odrzekłem, jak typowy wujcio dobra rada.
- Czas, czas, czas... wkurza mnie to. - odburknął, biorąc łyk kawy.
Po czym odszedł, a ja znów zostałem sam ze swoimi myślami. Zawsze przy moim boku był Axel, ale teraz go nie ma. Team jest rozbity jak i ja. Sam nie wiem co mam ze sobą zrobić, co z nimi zrobić? Ale czas najwyższy przestać się bawić i poukładać te puzzle. Muszę się ogarnąć, wziąć się i ich wziąć garść. Gdzie jest ten zdeterminowany chłopak z przed Strefy Football'u? Wszyscy wokół zadają sobie to pytanie, ja sam również. A odpowiedź do tej pory jest nieznana. Muszę go koniecznie odnaleźć, byłby tu bardzo pomocny. Sam siebie nie poznaję, nie podoba mi się to oblicze. Marudny, zagubiony Mark - nie tak to siebie wyobrażałem. Gdzie jest piłka nożna? Matko, dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak ten sport zaniedbałem. Wiele rzeczy zaniedbałem.. Z mojego zamyślenia wyrwała mnie Nelly. No właśnie - jeszcze ona. To co kiedyś miedzy nami było, to już nie to samo... Coś się wypaliło. Czuję jakbym chodził z nią z przyzwyczajenia, nie z miłości.. a to źle i to bardzo.
- Coś ty znowu wymyślił? - spytała lekko poirytowana.
To jest ta Nelly, która gra mi na nerwy. Nienawidzę jej takiej. 
- Musimy wyruszyć z pomocą do innej szkoły, która może skończyć dokładnie tak samo jak nasza. - odparłem spokojnie. 
- Nie podoba mi się to, a na dodatek jest cholernie zimno. - odparła, chuchając w ręce. 
W odpowiedzi, zdjąłem z siebie bluzę i jej dałem. Przyjęła ją bez dłuższego namawiania. 
- To nie chodzi o to, żeby ci się podobało, a oto aby zapobiec wielkiej katastrofie. Poza tym, taki mają tu klimat, musisz się przyzwyczaić. Chwilę tu będziemy... 
- Chwilę? Mark, czy to w ogóle planowałeś? - jęknęła, tupiąc nogami jak rozwydrzone dziecko, które nie dostało zabawki. 
Zdecydowanie nie. Oczywiście się to ci się podoba. Przecież pani planuje dosłownie wszystko, panna Raimon nie lubi niespodzianek.
- Wiesz co, mało w ostatnim  czasie rzeczy planuję.  Wyjazd był zaplanowany przez trenera, a ja go musiałem tylko zrealizować. - sapnąłem poirytowany.
Miałem powoli dość tej jej fochów. Takie coś mogła robić ojcu, nie mnie.  
- Jesteś niemożliwy. - burknęła, chowając ręce w rękawach bluzy. 
- Dość, jeśli masz wypominać jaki to ja nie jestem, to nie mamy o czym rozmawiać...
Drodzy państwo, właśnie tym zdaniem podpaliłem jej lont. 
- Od kiedy zrobiłeś się taki chamski w stosunku do mnie? - warknęła.
Tak, wszystko moja wina. Oczywiście, gdzie ty byłaś przez ten czas kiedy ja zapijałem się z Eric'iem w barze? Jak widać na tym przykładzie, ledwo rozmawiamy. Ale oczywiście mi wypada rola tego złego w tym związku.
- Co? Dziewczyno, lepiej odejdź, bo jesteś o krok do wejścia w gówno. - ostrzegłem ją.
- Przestań, do cholery przestań mnie tak traktować. Zachowujesz się w stosunku do mnie jakbyśmy się nie znali. Nie wiem czy zapomniałeś czy kompletnie zgłupiałeś... Jestem twoją dziewczyną. Więc łaskawie mógłbyś okazać mi trochę ciepła...
Mogłem to samo powiedzieć o niej.
- Dałem ci bluzę. - odchrząknąłem. 
Zobaczyłem jej spojrzenie. Rozłożyłem płachtę na byka, już nic jej nie powstrzyma. 
- Dzieciak. 
- Przezywajmy się - jakie to dojrzałe, panno Raimon. - odparłem uszczypliwie 
- Wiesz co...
- Szczerze, nie wiem. Do jasnej cholery nie wiem! Dużo działo się rzeczy, Nel. Ja się pogubiłem i próbuję się odnaleźć. Na prawdę nie pomagasz mi ani naszemu związku, prowokując kłótnie. - jęknąłem, łapiąc się za głowę. 
- Ja..
- Co ja? Ostrzegałem cię, wpakowałaś się w gówno. Teraz słuchaj... - warknąłem poddenerwowany tak samo jak ona.
- Ale..
- Nie, nie przerywaj mi. Powiedz mi gdzie ty byłaś, kiedy byłem w emocjonalnym dołku? Gdzie ty do cholery byłaś, kiedy ja i Eric zapijaliśmy w trzy dupy? A teraz kiedy już mamy okazję pogadać, to robisz to co ci doskonale wychodzi -  toczysz ze mną pianę. Oczekiwałem, że mnie pocieszysz, zrozumiesz.... ale ty chyba nie potrafisz tego zrobić. Tylko chodzisz niezadowolona, to to, to sramto. Na prawdę dziewczyno, sam nie wiem co ty chcesz. Chyba nie jesteśmy sobie pisani albo to ja do ciebie nie pasuję. 
Dziewczyna zrobiła na mnie wielkie oczy. Ostrzegałem ją - tak to się kończy zawsze, a ona staję się wtedy ofiarą. Wszczyna nie potrzebne szarpaniny, a później sama wychodzi z płaczem. Tak jest i teraz. Z jej oczu popłynęły łzy. Nie czułem się winny, choć nienawidzę kiedy płacze. Przynajmniej powiedziałem, to co było prawdą i ciążyło mi na sercu. Przez ten czas gdzie powinna być, jej nie było. Za to ja byłem na każde jej skinienie, chociaż teraz tak jak i ona byłem nieobecny. Ściska mnie, że jestem miękki na jej zagrywki. Ale w końcu ją kocham, bardzo ją kocham. Mimo, że rani mnie niesamowicie. Wziąłem ją w swoje objęcia i poczekałem, aż się wypłacze i uspokoi.
- Przepraszam. - wyjęczała, nadal kurczowo trzymając się mojej koszulki.
- Cichutko kochanie. - odparłem, powoli ją od siebie odklejając. - Idź kup sobie coś ciepłego, zaraz będziemy wyjeżdżać.
Dziewczyna pokiwała na tą głową.
- Mark! - usłyszałem donośny głos Swift'a.
- Co jest? - odkrzyknąłem, po czym szybko do niego podbiegłem. 
- Chodzi o Jack'a. Zaciął się w kiblu albo sam się zamknął. W każdym razie nie może wyjść.

* Nathan's POV *

- Co on zrobił ?! - spytałem poirytowany jej słowami.
Jak widać historia lubi się powtarzać. Myślałem, że mu to minie, jednak mimo tego nadal go to trzyma. Jak to wszyscy głoszą, przyjaźń damsko-męska może się przerodzić w miłość. Jednak oni mają taki bagaż doświadczeń, że nie mają szans na miłość, a wiadome jest to dlaczego.
- Dokładnie tak...  a ty, chcesz mnie napastować? - spytała śmiejąc się bezradne.
- Spokojnie.. Plus jest taki, że nie dał ci dzisiaj w zęby,a to dobrze. O matko, jajka mi zamarzną! - krzyknął Max, dygocząc.
Swoją drogą logika Sharpa wydaje się być wprost genialna  - wyszedł ze szpitala, zorientował się, że Axela nie ma w pobliżu Dan i już startuje do niej. Nasza trójka widziała rozmowę Jude'a z Markiem, liczyłem na jakąś fajną jatkę. Niestety nic się nie działo, normalnie rozmawiali. Ale nie myśl sobie lalusiu, może teraz jesteś poturbowany, ale spokojnie ja cię dopieszczę, jeśli znów takie coś odwalisz... Poznasz smak mojej pięści!
- Ey, chodźcie tu! - krzyknął do mnie Todd, machając do nas ręką. - Posłuchajcie, Jack się zaciął w kiblu. 
Deja vu. Aż na myśl nasuwa się nasz pierwszy mecz z Akademią. Gościu jest nie możliwy. Wybuchłem na słowa Todda śmiechem.
- O matko, chodź Max. - odparła Dan, która również zachodziła się śmiechem.
- Ty, Markowi powiedz. - rozkazał mi niezwłocznie Max.
Tak też zrobiłem. Przez drogę nadal zachodziłem się śmiechem. 
- Stary... porobiło się. - sapnął Mark. 
- Tak, wiem. Musimy go przypilnować. Diana strasznie kocha Axel'a, sam wiesz jak ją boli, fakt że odszedł... 
- Tak, wiem. Moja siostra potrzebuje dużo wsparcia, jak i cała drużyna. - odparł, drapiąc się po głowie.
- A tak poza tym to... Jack się zaciął w kiblu. Znowu. 
Na moje słowa Mark również się roześmiał. Podążyliśmy we dwójkę do męskiego, to była 3 łazienka, z którą już siłowali Todd, Max i Diana. Bez skutecznie. 
- Co teraz zrobimy? Gówniana sprawa.. - jęknąłem, śmiejąc się pod nosem.
- Jack, wyłaź. Nie chcesz abym siłą cię stąd wydarł... wiesz co się ostatnio działo, kiedy tak zrobiłeś... - odparł Mark, łapiąc się za głowę.
- Kapitanie, ale tutaj jest tak bezpiecznie. Zero pożarów... Poza tym, chcę do domu! - odparł basowy głos Jack'a.
- O nie, mój drogi. Nie ma " ja chcę do domu". Musimy im pomóc i w końcu rozwiązać, kto to robi i po co. A później czeka ich prosta droga do więzienia. Wtedy możemy się udać od domu. - sapnął poirytowany Mark.
Nim ktokolwiek zdążył coś zrobić, ja postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce i wyważyć drzwi. Rozpędziłem się i z impetem uderzyłem w drzwi. Niestety mój plan nie zakładał, że drzwi złamią się na pół. Wszyscy skierowali na mnie swój wzrok. 
- Jesteś idiotą Swift. - skwitował mnie Mark, potrząsając głową. - Ale przynajmniej wydostałeś go stąd.
- Lepiej się szybko stąd zmywajmy, póki jeszcze możemy. - jęknął Max.
W mgnieniu oka, otrzepaliśmy Jacka z prochów, a odłamki drzwi oparliśmy  ścianę. Niczym torpeda wszyscy wylecieliśmy z męskiej toalety i wlecieliśmy do busa. 

*Axel's POV*


               
Minęło kilka tygodni odkąd podróżuję Travisem. Jednak zamiast skoncentrować się na tej całej popapranej sprawie z mafią, myślami jestem przy niej. Czuję się fatalnie, zostawiłem ją z głupią kartką papieru, nawet nie wyobrażam jak ona teraz funkcjonuje. To co zrobiłem można porównać do zwykłego zerwania. Nienawidzę siebie za to, ale jak to mówią MUS TO MUS. Muszę chronić moją rodzinę, Dianę i resztę moich przyjaciół. Mijaliśmy jakieś wsie pokryte piaskiem, dosłownie takie jak te z filmów country. 
- O czym myślisz? - wyrwał mnie z zamyślenia Travis.
- Nie zrozumiesz. - odparłem, machając na tą ręką. 
Taka prawda, nie da się zrozumieć mojego postępowania.
- Kiedy facet się tak zawiesza to albo ma jakiś poważny problem, albo chodzi o dziewczynę. - odrzekł, dźgając mnie w bok. - A więc jak to jest?
Biłem się z myślami, czy mu o wszystkim opowiedzieć. Bałem się, ponieważ mogło się okazać, że tak niepozorny Travis ma połączenie z mafią i byłbym skończony.
- To długa historia... 
- Blaze cholera jasna! - krzyknął, zatrzymując się i stając na przeciwko mnie.
- To skomplikowane Travis.. - jęknąłem, próbując go wyminąć.
- Ja lubię skomplikowane rzeczy, sam jestem taki więc... 
Czy ten koleś kiedykolwiek odpuszcza? Westchnąłem głęboko.
- W skrócie mafia mnie goni.. - urwałem, drapiąc się po głowie.
- Coś jeszcze masz na głowie. - podsumował mnie, patrząc mi prosto w oczy. - Dziewczyna... 
Pokiwałem na jego słowa twierdząco. Wyciągnąłem telefon i pokazałem mu nasze wspólne zdjęcie. Na samą myśl jakie szczęście pozostawiłem w Inazumie, ściska mnie. Nie wspominając, że pozostawiłem im sprawę podpalenia. Na widok zdjęcia, chłopak mnie poklepał po ramieniu.
- Ładna jest. - odparł, uśmiechając. 
Sam nie wiem, wyczułem w nim osobę, której mogę opowiedzieć wszystko - strach zniknął. Opowiedziałem mu o Dianie, dosłownie wszystko o mnie i o tym co się ze mną dzieje. Szliśmy przez kolejne dni i noce, nie zatrzymując się nawet na jakikolwiek postój. Gdy stanęliśmy przed znakiem z nazwą Iluza a Travis stanął. Widziałem, że na jego twarzy pojawił się uśmiech, po czym westchnął z ulgą.
- Mój przyjacielu jesteśmy na miejscu - oto mój dom. - odrzekł, wskazując na znak. 
Weszliśmy na teren Iluzy, która wyglądała zupełnie jak moje miasto, w którym zostawiłem zupełnie wszystko. Upadłem na kolana i zacząłem bić pięściami ziemię. Nie ucieknę od tego wszystkiego, gdzie się nie ruszę to wszystko wraca. Travis przykucnął przy mnie i położył rękę na moich plecach.
- Widać, że jesteś zmęczony.. Chodź. - urwał niepewnie.
- Travis, gdzie ja mam iść? Co ja mam zrobić? Cholera.. - odparłem zdenerwowany.
Byłem zdenerwowany na siebie i na los, który nie pozwala nacieszyć się tym co mam. Tracę wszystko, przywiązuję się do ludzi i ich również tracę, wszystko przez to cholerne fatum, które ciągnie za moje sznurki. Jestem dla losu marionetką, którą kontroluje jak chce i kiedy chce. 
- Ja wiem, że to jest trudne... 
- Trudne? To jest niesprawiedliwość. - warknąłem, nadal nie ruszając się z ziemi.
Byłem załamany i zagubiony, zupełnie wtedy kiedy pierwszy raz miałem z tymi ludźmi do czynienia. Czemu los nie był dla mnie tym razem łaskawy? Zawsze musi mi rzucać tak wielkie kłody, których nie przeskoczę. Tak było teraz, straciłem jakiekolwiek nadzieje, na dobre zakończenie tego wszystkiego. Tak bardzo potrzebuje pozytywnego słowa od Evansa, ale go tu nie ma. Jestem daleko od domu, na dodatek sam z typem, którego ledwo znam. Poczułem jak chłopak, łapie mnie za ręce i podnosi, spojrzał na mnie troskliwie i bez słowa podążyliśmy do jednej z chatek. Chatka była mała, drewniana, a z dachu odpadały małe, czerwone kafelki. Gdy podeszliśmy do drzwi, konstrukcja szybko się utworzyła. W nich stanęło 3 małych dzieciaków, na widok Travisa rzuciły się mu w objęcia.
- Tato wróciłeś! - krzyknęły, płacząc przy tym.
Spojrzałem zadziwiony, tego się nie spodziewałem. Dosłownie wszystkiego, ale nie tego. 
- Kim jest on? - zapytał jeden z chłopców.
- To jest wujek Axel. - prychnąłem na jego słowa, dzieci nieśmiale do mnie pomachały.
Weszliśmy do domu, a tam krzątała się staruszka. Z chaty płynęły przepiękne zapachy ziół i sera. 
- Znalazłeś co szukałeś, wędrowcze? - zwróciła się do Travisa, a ten wręczył jej kwiatek w brązowej doniczce.
- Dobrze wiesz, że nie--e.. - urwała na chwilę, gdyż spostrzegła mnie. 
Poprawiła swoje okulary, jakby dla pewności czy aby na pewno to nie halucynacje.
- Travis, kim jest ten młodzieniec? 
- Jestem Axel Blaze. - odparłem, uśmiechając się. 
- Hmm.. Blaze, ciekawe nazwisko.. - sapnęła, a ja poczułem, że ona coś może wiedzieć więcej. 
Po chwili wszyscy jedliśmy przepyszny obiad, po nim Travis poprosił byśmy wyszli. Usiedliśmy na schodach prowadzących do domu. 
- Jestem ci winny wyjaśnienia kolego.. - odparł, lekko mieszany po czym kontynuował dalej. - Tak, to moje dzieci. Ich matka, cóż postanowiła, że ich zostawi w moich rękach. A ta starsza pani to moja mama. Właśnie przed kilkoma tygodniami, postanowiłem poszukać matkę moich dzieci.. 
- I znalazłeś? - spytałem z pewną dozą ciekawości.
Nie ukrywam zaciekawił mnie swoją osobą. Wcześniej nie pomyślałbym, że ten chłopak nosi ze sobą tak wielki bagaż doświadczeń. Poczułem w nim pokrewną duszą, tak samo jak ja stracił wiele i również tak jak ja, jego życie jest zbyt skomplikowane. Na moje słowa chłopak uśmiechnął się.
- Tak, znalazłem. Ale.. - na te słowa spochmurniał. - Kiedy ją zobaczyłem z jakimś facetem i małym dzieckiem, nie podszedłem do niej. A tak bardzo chciałem jej wygarnąć co o niej myślę, ale nie mogłem... 
Spojrzałem na niego i uczyniłem jego gest, poklepałem go po ramieniu.
- To tak samo jak ja. Mogłem zostać, ale chciałem, aby Diana była szczęśliwa i bezpieczna, dlatego odszedłem.