piątek, 27 stycznia 2017

Rozdział:51

"- Co-oo Shea-aa-rer. - popchnął mnie. - Strach cię obleciał. 
O nie - jemu nie daruję. Z furią rzuciłem się na niego i momentalnie powaliłem go na ziemię. Nawet nie zdążyłem zadać mu żadnego ponieważ Eric i Nathan szybko nas rozdzieli
- Uspokójcie się, cholera! - usłyszałem poddenerwowany głos Marka. 
- Blaze, przywal mu. - dopingowałem blondyna do walki.
- To nie czas na bójki. -  powiedział, podchodząc do Caleba. - Won stąd.
Przez ten zgiełk przyszli do nas ochroniarze.
- Jacyś problem, panowie? - spytał jeden z nich, mierząc to mnie to trójcę ćpunów podejrzliwym wzrokiem. 
- Tak. - sapnął Axel, wskazując na nich. - Tych trzech, nie powinno tu być. "



*kilka dni później*


* Axel's POV *



Spojrzałem na zegarek, zdałem sobie sprawę, że ten cwaniaczek już dawno powinien tu być. Znając jego pewnie wstąpił w parę w swoich ulubionych miejscówek tylko "na chwilę". Mimo tego wytrwale na niego czekałem, ponieważ to co mam do powiedzenia, dotyczy go, a na dodatek jest bardzo ważne i nie może czekać. Wtem usłyszałem wielkie pukanie do drzwi - oho, to pewnie on... nareszcie! Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, konstrukcja zamaszyście się otworzyła. Moim oczom ukazał się zdyszany Shearer, który ledwo mógł ustać na kolanach.
- Coś z twoją formą nie tak, stary. - podsumowałem go krótko, zamykając za nim drzwi.
- Prze-ee-estań. - przetarł twarz, na której malowało się zmęczenie. - Wiesz kiedy ja grałem w piłkę? 
- Gdzieś tak sześć miesięcy temu? 
- Brakuje mi tego... - jęknął, drapiąc się po głowie.
Pokiwałem na te słowa głową - w końcu piłka była jednym z moich motywacji. Ale teraz, gdy już po tym wszystkim to wątpię aby miał jakiekolwiek motywacje. Trudno utrzymać pasję do swojego hobby  kiedy, nie chodzisz do szkoły i stwierdzasz ze smutkiem, że twoja edukacja nie posunęła się o krok naprzód. Na dodatek twój kumpel trafia do szpitala i to na dłużej, w momencie gdy zadzierasz z nieodpowiednimi ludźmi.
- A więc? - spytał, wyrywając mnie z transu. 
Szybko się otrząsnąłem i spojrzałem na niego poważnym wzrokiem.
- Musisz mi coś obiecać...
- Jasne... - spojrzał na mnie podejrzliwym wzrokiem. O co chodzi?
- Nie wkurzaj się, ptrosze.
- Axel... - poklepał mnie po plecach. - Uwierz, już nic nie potrafi mnie rozwścieczyć do tego stopnia, abym miał zamiar cie zabić. 
- Chodzi o Jude, a raczej o to co się tam wydarzyło. - chłopak na samo wspomnienie jego imienia spochmurniał.
- Postrzelenie miałeś na myśli... - urwał.
- Tak... - spojrzałem na niego lekko zaniepokojony. - Joe go postrzelił, miał nielegalną broń... 
- Co się z tym wiąże? - jego ton głosu zmienił się.
- To nielegalne... - podsumowałem. - Musisz to zgłosić na policję.
Jeszcze chwile wpatrywał się na mnie pustym spojrzeniem, jakby szukał odpowiedzi na moją prośbę. Tak to głupie o to prosić, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Wiem, że to trudne, ponieważ to jego kumpel z drużyny, ale... Joesph to nie ta sama osoba co kiedyś i Bobby musi to sobie w końcu uświadomić. Teraz Dark kieruje jego życiem, Joe zatracił się w prochach i kompletnie jest zagubiony, po prostu stał się marionetką swojego trenera.
- Czy ciebie naprawdę....
- Tylko nie-ee-e klnij. - przerwałem mu, próbując go jakoś uspokoić.
- Blaze to chora propozycja. - potrząsnął bezradnie głową. 
- Do prawdy? - spojrzałem na niego znacząco.
- No dobra, to co zrobił jest złe, ale cholera... to mój przyjaciel, kumpel z drużyny. 
- Wiele się zmieniło od tego czasu, stary...
- Nie chce słuchać o tym, że się zmienił. - uciął szybko. 
- Nie możesz się wyprzeć prawdy, którą wczoraj widziałeś na własne oczy. - odparłem, próbując mu uzmysłowić smutną prawdę.
- Mimo wszystko...  - jęknął, wstając i chodząc z pokoju do pokoju. - Wierzę, że ten prawdziwy Joe, w końcu wróci...
- Otrząśnij się! - potrząsnąłem nim. - Czasami trzeba zostawić uczucia na bok!
- To nie boisko, to życie Axel! - warknął poirytowany moim podejściem do tej sprawy. 
- To dziwne... ponieważ zawsze sprawiałeś wrażenie obojętnego na życie. - urwałem, patrząc na niego uważnie.
- Może jestem twardy i zobojętniały na jakiego się wydaję, ale.. mam uczucia. - poklepał się po klatce piersiowej. -  Mam serce, które przenigdy by nie wydało swojego kumpla ze względu chociażby na przyczynę. 
- Tu nie chodzi o ciebie czy o twoją przyjaźń. - odparłem, przecierając twarz. - Twój przyjaciel został postrzelony przez niezrównoważonego ćpuna!
- Powiedz... wydałbyś Dianę, gdyby kogoś zabiła albo była nie bezpieczeństwie? - zacisnąłem pięści. 
Doskonale trafił w mój czuły punkt jakim jest ta dziewczyna. Dzisiaj rano dostałem SMS-a o tym, że będę musiał podjąć decyzję, która zmieni wszystko w moim życiu i związku - albo odejdę albo Dianie i Julii stanie się krzywda. Sam nie wiem jak mam wybrać, ale będę próbował ze wszystkich sił z tego jakoś wybrnąć, ale... boję się. Uświadomiłem sobie, że cokolwiek zrobię to będzie dla niej ogromny cios. Kocham ją i to bardzo, ale nie mogę jej narażać na takie coś.
- Axel. -spojrzał na mnie podejrzanie. - Co się dzieje?
- Nie powinno cię to obchodzić. - uciąłem szybko.
- Ah, tak? - zaśmiał się ironicznie. - Jaja sobie robisz? 
- Chciałbym... ale to nie twoja sprawa Bobby.
- Przecież jesteś moim ziomkiem z team'u. 
- To nic nie znaczy. - podsumowałem.
- Pamiętasz, że wszystkie problemy rozwiązujemy razem, tak? 
- Nie wiem czy pamiętasz, ale moje problemy to moje problemy. - warknąłem. - Wiec jak mówię, że to nie twoja sprawa to tak jest, jasne?
- Po co ci te tajemnice, co? - sapnął, podchodząc do mnie.
Ani na chwilę nie odwróciłem od niego wzroku -  nie może poznać po mnie, że kłamie.
- Skoro tak mówisz... - spojrzałem na niego znacząco. - To dlaczego, nie chcesz sobie pomóc? 
- To nie jest takie proste! - odparł, wymachując rękami.
- Donos to najlepsze rozwiązanie i dobrze o tym wiesz... - urwałem, ale on nagle wstał i skierował się do drzwi. 
- Nie odwracaj kota ogonem... - machnął na mnie ręką. - A zresztą... walić to. 
- A co z uczuciami Bobby?
- Zadzwoń jak się ogarniesz, nara. - sapnął, łapiąc za klamkę.
- Przemyśl to. - jęknąłem, a wtedy drzwi trzasnęły z wielkim łoskotem, aż obrazy na ścianie lekko się przekrzywiły.
Buc jak ich mało, a Shearer jest na samej górze na tej wielkiej liście - ale... to nie ważne. Spojrzałem na telefon, a na wyświetlaczu pojawiło się powiadomienie o trzecg wiadomości - 1 DAN, 1 MARK I 1 NIEZNANY - i właśnie tego ostatniego bałem się najbardziej. By uspokoić myśli, postanowiłem najpierw na spokojnie odpisać Markowi.
od MARK: na boisko, raz!
Uniosłem brew do góry, ponieważ nasz klub umarł wraz z naszą spaloną szkołą. Martwię się o niego, przez tą całą sytuację z Judem kompletnie stracił zmysły. Wiedziałem, że powinienem się z nim spotkać, nawet gdyby był to ostatni raz.
do MARK: Jasne, daj mi chwilę.
Następnie otworzyłem wiadomość, tym razem od mojej ukochanej.
od DAN: Hejcia, słuchaj co ty na to.. Ty i ja... razem, dzisiaj?
do DAN: Przykro mi kochanie, ale mamy męskie sprawy do załatwienia z Markiem.
KŁAMIESZ. KŁAMIESZ. KŁAMIESZ. - powtarzało moje sercu, które najchętniej wyszło z mojej klatki piersiowej i siarczyście splunęło mi w twarz. Na koniec otworzyłem ostatnią wiadomość, od nieznanego numeru. To co tam zobaczyłem zwaliło mnie z nóg kompletnie z nóg.
od NIEZNANY: Radzę ci się spakować... tak na wszelki wypadek.
Jak na komendę, wdrapałem się na schody i skierowałem się do mojego pokoju. Wyciągnąłem swój "szkolny" plecak i wpakowałem tam parę koszulek, spodenek i dezodorant. Już wiedziałem, że nastał dla mnie sąd ostateczny, przerażony zszedłem, a raczej zjechałem ze schodów i otworzyłem zamaszyście drzwi. Następnie zamknąłem dom na klucz i wsadziłem pod doniczkę. Na wszelki wypadek zostawiłem ojcu list, napisałem mu moją sytuacje, w którą on sam (ordynator szpitala) również jest zamieszany. Dla ekipy oraz Diany również coś napisałem - muszą o tym wiedzieć, ale też muszą to zrozumieć, w końcu to moi ludzie z takimi samymi problemami jak ja.Udałem się w wyznaczone miejsce spotkania,  czułem jednak, że jestem obserwowany. E tam, trudno... i tak prędzej czy później się o tym dowiedzą. Nie musiałem długo czekać, gdyż ci goście są zawsze punktualni, widząc mnie na ich twarzy pojawił się wstrętny uśmiech zwycięstwa - w końcu moją mnie w garści, prawda?
- Nie ma odwrotu, paniczu! - krzyknął ich boss, pokazując na mnie palcem.

* Mark's POV *




Otworzyłem zmęczone życiem oczy, jest już kolejny dzień a ja znowu obudziłem się z wielkim bólem głowy. Tak się czuje każdy, gdy się uzyska pełnoletność? Jeśli tak to uczucie wygląda - to jest do dupy. Usiadłem na łóżku z grymasem na twarzy i przetarłem ręką twarz. Wziąłem telefon, aby sprawdzić która godzina. Jednak moją uwagę przykuło powiadomienie o nieodebranych połączeniach od Nelly, na ten widok szybko się zerwałem z łóżka i podążyłem do łazienki. Wpakowałem pośpiesznie do ust szczoteczkę z pastą, jednocześnie wybierając jej numer.
- Z Tobą się połączyć jest nie możliwe? 
- Przepraszam.. byłem zajęty.
- Czym?!
- Proszę nie krzycz.. głowa mi pęka.
- Upiłeś się?
- Pomińmy to, okej? 
- Niech ci będzie...
- O co chodzi?
- To rozmowa nie na telefon. Przyjdź pod szkołę, a wszystko ci powiem. - rozłączyłem się zirytowany jej tajemniczością. 
Dzisiaj nie jestem nastawiony na takie gierki, na mojej głowie jest już wiele rzeczy, a na dodatek to wszystko się na siebie nawarstwia. Ledwo co wyrabiam z natłokiem problemów, a moje trybiki pracują już na rezerwie. Ta sytuacja z Judem kompletnie roztroiła mnie emocjonalnie, przez co stałem się jedną, wielką, tykającą bombą pełną goryczy i lęku. Ubrałem na głowę koszulkę i wciągnąłem jakieś jakieś spodnie. Przeczesałem włosy niedbale ręką i udałem się na dół. I prawie bym niepostrzeżenie wszedł, gdyby nie fakt, że moja mama ma szósty zmysł.
- Mark. - usłyszałem za sobą jej głos. - Poczekaj.
- Co to ma znaczyć? - wskazała na bałagan na salonie. - Te butelki? 
- Takie tam... - próbowałem coś wymyślić na swoje usprawiedliwienie, ale to na nic, gdyż na jej twarzy malowała się wściekłość.
- Może masz już te osiemnaście lat... - jęknęła bezradnie. - Nie pozwala ci zapić swoje smutki. 
- Mamo, nie dziś.... - jęknąłem, gdyż wiedziałem do czego ta rozmowa zmierza.
- Właśnie, że dzisiaj. - odparła, wkładając butelki do worka. - Przestałeś z nami przebywać, a nawet rozmawiać, to nie jest normalne. 
- Dziwisz mi się? - sapnąłem, rozkładając bezradnie ręce.
- Rozumiem, że Jude to ktoś bliski dla ciebie, ale nie możesz stać się przez to zamknięty. - odparła, patrząc na mnie smutno. - Zmieniłeś się, synu to mnie najbardziej boli. 
- Mamo... - sapnąłem, ale ona już było zobojętniała na moje słowa. - Teraz możesz już iść. - trzasnąłem drzwiami i skierowałem się w stronę naszej szkoły.
Gdy już byłem na miejscu, Nelly pomachała do mnie z daleka. 
- Hej. - powiedziała, tuląc się do mnie.
- O co chodzi? - odparłem, nie zwracając uwagę na jej czułości.
- Wczoraj dzwonił do nas pan Hillman. 
- Do ciebie? - spytałem zdziwiony.
- Wie kim są ci, którzy podpalili naszą szkołę. - chwyciłem ją za ramię i spojrzałem głęboko w oczy.
- Mów!
- Mark... - zwolniła mój uścisk. - Uspokój się.
- Kochanie, proszę cię.... - sapnąłem zirytowany. -  ...nie trzymaj mnie w niepewności.
- Okej.. - pokiwała na mnie głową, widząc moje cierpienie wypisane na twarz. - To nie sprawka Dark'a. 
- A więc kogo? 
- To coś gorszego. - westchnęła głęboko. - Wiem tylko tyle, że nie są stąd i wysłali nam wiadomość, że chcą się spotkać jeszcze dziś... 
- O matko... muszę to powiedzieć, Blaze'owi! - krzyknąłem, przytulając ją do siebie. - Nelly jesteś najlepsza.
- Ale.. czekaj!  - krzyknęła zdezorientowana. - Evans, co ty zamierzasz zrobić?
- Potem się spotkamy i wszystko ci powiem. - odparłem, całując ją czuje w czoło. - Nie martw się.
Ucałowałem ją w policzek i pospiesznie poleciałem na boisko. Tam wysłałem wiadomość do Axela i czekałem na to, aż się zjawi.
Między czasie kopałem w piłkę, zdałem sobie sprawę, że szybko zapomniałem jakie to uczucie biegać z piłką. Ale coś nie dawało mi spokoju, miałem wrażenie, że odkąd wyszedłem z domu ktoś mnie obserwuje. Słysząc jakieś szelesty w pobliskim lesie, jestem tego niemalże pewien. Ale nie wiem gdzie ten ktoś może się ukrywać. Wiem jedno - jak na razie mu się to doskonale udaje. Usłyszałem szelest w krzakach i bez zastanowienia wycelowałem w miejsce hałasu piłką. Piłka celnie wleciała w kupkę liści, wtedy tajemnicza postać uniosła się i zaczęła się zbliżać w moją stronę. Był inny niż my, jego twarz była trupio-blada, a jego oczy były niczym niebieskie neony świecące w nocy przy japońskich knajpkach. Jednym słowem wyglądał jak kosmita, gdyż już był dostatecznie blisko, chłopak obdarzył mnie przyjaznym uśmiechem.
- Pan Evans? - spytał, uważnie mi się przyglądając.
- A nawet jeśli... to co? - warknąłem, również do niego podchodząc. - Ktoś ty i dlaczego mnie śledzisz?
- Jestem Xavier. - odparł, podając dłoń w moją stronę.
- Ty jesteś odpowiedzialny za to co się stało z szkołą, prawda? - spytałem, będąc obojętny na jego dłoń skierowaną w moją stronę, wskazując na budynek.
- A to? - spojrzał na ruiny budynku. - Ach, piękna akcja. Wszystko poszło gładko i tak jak przewidywałem. 
- Wiesz co zrobiłeś?
- Rozgniewałem was, wasz team powoli się rozpada kawałek po kawałeczku, a przede wszystkim ty się rozpadasz. - pchnął mnie lekko. 
- Co ty wiesz? - sapnąłem, patrząc na niego uważnie.
- Pewnie to co się dzieje z Sharpem, cię zabolało... - urwał, patrząc mi prosto w oczy. - ...auć
- Ty gnoju.... - podszedłem do niego bliżej, łapiąc go za koszulkę  -Jak śmiesz wymawiać jego imię? To co zrobiłeś...  nabawiło nas wszystkich wielu emocji... 
- Taki był plan...
- Powinienem ci na dzień dobry dać w mordę, ale po co skoro... - warknąłem, zaciskając pięść. -  ...to nie zmieni naszej sytuacji... Dlaczego to zrobiłeś?
- Od początku byłeś na celowniku, kapitanie. - uśmiechnął się do mnie chytrze. - A dlaczego? Chciałem cię, jakby to powiedzieć... uhonorować.
- Co masz na myśli? - spytałem, podając do niego piłkę.
Chłopak zatrzymał ją i ustawił.
- Ty jeszcze nic nie wiesz, co? - zaśmiał się. - Wasza szkoła nie będzie ostatnią... planujemy spalić każdą szkołę w Japonii. 
- Jak to? - wydukałem.
- Ponieważ wy, ludzie jesteście wadliwi. - wskazał na mnie placem. 
- I kto to mówi... 
- Nie jesteście idealni tak jak my. - wzruszył ramionami. - I dlatego... nie macie po co żyć.
- Ha. - zaśmiałem mu się w twarz. - Dobre sobie, chyba muszę ci coś uświadomić, kolego... nikt nie jest idealny.
- Jesteście nędznym prochem... słabą istotą. - sapnął poirytowany moją postawą. - Mię-cza-kiem.
- Chyba coś przeoczyłeś w swoim śledztwie. - podszedłem do niego bliżej. -  Zastanów się co ty mówisz. Kiedyś owszem, mógłbym tak powiedzieć o sobie i swoim teamie. 
- Ty....
- Mój dziadek wpoił mi co to jest walka. - kontynuowałem, nie zwracając na jego rosnące zdenerwowanie. - Może nie żyje tysiąc lat na ziemi, może jestem głupi i zbyt pozytywny na te czasy. Ale nikt nie jest w stanie zaprzeczyć mojej ogromnej sile, która rośnie przede wszystkim dzięki, mojej rodzinie, przyjaciołom i piłce nożnej.
- Dlaczego jesteś taki uparty, co?! - krzyknął. - Wadliwy. Gnojek.
- Xavier. - przerwałem mu. - Nie pozwolę ci na to, daje słowo... jeszcze się policzymy.
Tym zdaniem zakończyłem tą pogawędkę i udałem się w kierunku zmierzającym do mojego domu.
- Evans! - krzyczał nadal za mną.
Zatrzymałem się na chwilę i posłałem mu swój uśmiech.
- Wierzę, że w końcu zmienisz swoje nastawienie do mnie i do sportu.
- Zniszczę cię!
- Powodzenia ci życzę.. - dodałem, już nie odwracając się za siebie.

* Diana's POV *




od  ALEX: Przykro mi, ale mamy męskie sprawy do załatwienia z Markiem.  
Ach tak? Hmm, jakoś nie potrafię ci w to uwierzyć kochany. Dobrze wiem, że nienawidzisz oficjalnych zwrotów - w przeciwnym wypadku nigdy byś nie napisał że masz "męskie sprawy". Mam cię, przebrzydły kłamczuchu!  Obiecałeś, że nie skłamiesz, że będziesz ze mną szczery - ale złamałeś tą obietnicę i tego już ci nie przepuszczę, za żadne skarby. Poddenerwowana, wykręciłam numer do Swifta, który prawdopodobnie zna powód kłamstwa mojego ukochanego. 
- Diana.. co się dzieje?
- Może ty mi powiesz..
- Ale...
- Co znowu wykombinował?
- Ale kto?
- Nathan... dobrze wiesz, że chodzi o mojego chłopaka.
- Ale...
- Spotkajmy się, natychmiast.
- Ale... ja nic nie wiem, cholera no!
- Park, szesnasta... bądź.
- Okej.. - a ja szybko się rozłączyłam.
Nie zwlekałam długo, ponieważ do godziny szesnastej pozostały już tylko trzy minuty, założyłam buty i narzuciłam płaszcz na siebie. Podążyłam szybkim krokiem w stronę pobliskiego parku, przed wejściem sprawdziłam godzinę - szesnasta jeden. Weszłam do środka pełnego zieleni miejsca, a na jednej z ławek zobaczyłam Nathana. Widząc mnie, szybko do mnie podszedł. 
- Gdzie on jest? - spojrzałam na niego uważnie.
- Skąd mam to wiedzieć?
- Proszę cię... - prychnęłam z niedowierzania.
- Nie mam z nim od rana kontaktu... - sapnął, rozkładając bezradnie ręce. - Może serio poszedł się spotkać z Markiem?
- Serio Nathan? - pokiwałam na niego głową. - Kryjesz go... no oczywiście.
- Myślisz, że gdybym go krył to nadal bym zaparcie brnął w swoje? - jęknął, patrząc mi głęboko w oczy, tak abym mu uwierzyła. - Wiesz, że przed tobą żadne moje kłamstwo się nie ukryje...
- O kur... - pociągnęłam go za jakieś krzaki.
Zaciągnęłam go w te krzaki, gdy zauważyłam wilka o którym przed chwilą była mowa. Chłopak dziwnie ogląda się, a przy tym bardzo  jest ostrożny. W co ty się znów wpakowałeś? 
- Za nim! - szepnęłam mu do ucha.
Diana, nadal myślisz, że to dobry pomysł?
- Chodźmy.. bo stracimy go z pola widzenia. - odburknęłam, ciągnąc go za rękę.
Podążając za nim, zdałam sobie sprawę, że chłopak zaprowadził nas w najmroczniejsze zakamarki tego miasteczka. Aby nas nie zauważył, schowaliśmy się za pobliskim murem.
- Nadal obstawiasz, że idzie spotkać z moim bratem?
- Cicho. - uciszył mnie, wskazując na tajemniczą postać. - Ktoś idzie.
Moim oczom ukazało się trzech rosłych mężczyzn, ubranych w kominiarki i czarne garnitury. Jęknęłam cicho - to jest jakis horror.
- Nie ma odwortu paniucz! - rzucił jeden z nich, pewnie to jego szef.
- Gdzie twoje maniery? - zbeształ go drugi. - Panicz Axel Blaze! Witamy po latach... 
Obserwowałam jego reakcję, na jego twarzy panował błogi spokój. Ale ja wiem, że to tylko taka przykrywka - jestem pewna, że w środku się w nim chowa ogromny strach, który i ja zaczęłam odczuwać.
- Możemy to jeszcze odkręcić... - sapnął szybko blondyn, jego wzrok był rozbiegany.
- Jak to sobie wyobrażasz, malutki? - zaśmiał my się w twarz jeden. - Nic się już nie da. - klasnął w dłonie drugi. - Prosta piłka. Albo się stąd zwijasz albo twojej Juli może się niefortunnie pogorszyć, nie zapominajmy też o twojej ukochanej Dianie, ktoś musi nią porządnie zaopiekować. 
Jedna myśl mi się cisnęła na usta - co za parszywce. Z tego całego strachu na moim ciele pojawiła się gęsia skórka. Nie.. nawet nie chce myśleć do czego te typki z pod ciemnej gwiazdy są zdolni, ugh.
- Ewentualnie, jeśli będzie niegrzeczna to się jej da... kulka na do widzenia. - odparł trzeci.
Nathan przygarnął mnie do siebie.
- Nie ośmielcie się... - chłopak ze złością zacisnął pięści. - Zabiję..
- Przepraszam.. co zrobisz? - spytał jeden, celując w niego pistolet.
Na chwilę przestałam oddychać.
- Nic. - jęknął, powoli podnosząc ręce do góry.
- No mordka... wiesz jaki jest plan. - odparł jeden z nich, klepiąc go po twarzy. - Nie spartol tego.
Posłał im sztuczny uśmiech, a oni w zwycięstwie odeszli. Nie zamierzałam długo czekać, szybko wyłoniłam się z mojej kryjówki.
- No co masz mi do powiedzenia? 
- Diana... - oglądnął się za siebie. - co ty tu ro..
- No malutki. - popchnęłam go. - Gadaj.
- To nie jest rozmowa na dziś... - wydukał, przecierając bladą twarz.
- Miałeś w ogóle w planach mi to powiedzieć? - wypaliłam, nie zważając na jego przerażenie. 
- Uwierz mi nie chcesz o tym wiedzieć. - jęknął bezradnie.
Zachowałeś się jak gówniarz, sam wpakowałeś się w to gówno. - sapnęłam. - A przede mną zgrywasz wielkiego bohatera, którego nie potrzebuje... daj szczerość, Axel.
On pokiwał przecząco głową.
- Słyszałaś co mówili. - rozłożył bezradnie ręce. - Nie mam wyboru
- Nie możesz mnie opuścić, w momencie gdy potrzebuję cię najbardziej... - jęknęłam, szarpiąc go za koszulkę.
- Spójrz na mnie! - krzyknął, łapiąc mnie za nadgarstek. - Kocham cię, nawet bardzo... ale muszę cię chronić. Ciebie i Julię, jesteście dla mnie ogromnie ważne, bez was moje życie nie ma sensu. Do póki nie jesteście bezpieczne, nie będę was narażał. Wtedy zdałam sobie sprawę, że już decyzja zapadła - straciłam go i nie da się go uratować. Nie rozumiem tego wszystkiego i nawet nie jestem w stanie tego zrozumieć. Ta sytuacja mnie przytłamsza, mam tego dość.
- Nienawidzę cię! - sapnęłam, impulsywnie dając mu w twarz.
Westchnął ciężko, łapiąc się za czerwony policzek. Podszedł do mnie ponownie, podniósł mój podbródek i namiętnie mnie pocałował. Próbowałam się wyrwać, ale w końcu mu uległam - jak zawsze to robisz, idiotko. Po moich policzkach spływało się mnóstwo rzek łez, odepchnęłam go od siebie.
- Nie mogę inaczej... 
- Dość tej maskarady. - mruknęłam ponuro. - Po prostu już idź.....
- Kochanie...
- Wynocha! - krzyknęłam, na co chłopak zrezygnował z udziału w tej konwersacji.
Ja też się poddałam, zaczęłam się szybko oddalać z tego miasta, które napełniało mnie smutkiem i cierpieniem. Gdy szłam, słyszałam tylko krzyki Nathana, ale czułam się na tyle źle, że miałam cały świat gdzieś. Gdy dotarłam do parku, nie mogłam normalnie oddychać. Było już ciemno, a ja byłam sama,  pozostał mi tylko niebom, księżyc i gwiazdy jako kompan. Usiadłam zmęczona ciągłym płaczem na ławce i wtem przed oczami pojawiły się wszystkie wspomnienia z nim, które napawały mnie kolejną porcją bólu - jeszcze tego brakowało.
- Dan, minęło tyle czasu... - wyszeptał blondyn do mojego ucha.
Moja podświadomość mi wciąż podpowiadała, że powinnam go znać. Lecz pamięć mi w tym nie pomaga. Gdy powiedział Dan, wiedziałam, że ktoś mi bliski. Będąc w USA to zdrobnienie używało większość moich przyjaciół. Więc on musi być moim przyjacielem. Ach, no tak! Jak mogłam o nim zapomnieć? To Axel. Jak to się stało, że teraz się tulimy? Z Axel'em poznaliśmy się, dokładnie wtedy kiedy jego siostra miała wypadek. Miałam wtedy staż jako ratownik w pobliskim szpitalu. Tak jakoś potem wyszło, że zaczęliśmy się poznawać coraz bardziej. Aż w końcu zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi.
- Tak.. ja też tęskniłam. - urwałam, patrząc mu głęboko w oczy.
- Brakowało mi tego właśnie uśmiechu. - odparł, również się uśmiechając."
Dobrze pamiętam to wspomnienie, to był cudowny dzień - w końcu wróciłam do rodziny, do brata i znów spotkałam Axel. Po ostatnim razie jak się widzieliśmy w Stanach po raz ostatni, nie liczyłam na dalszy kontakt - a tu taka niespodzianka.
"- Spójrz na mnie. 
Nie miałam takiego nawet zamiaru. Wszyscy wokół traktują mnie jak porcelanową lalkę. Mają gdzieś to co ja czuję i chcę, no bo to przecież, dla 'mojego dobra'.
- Diana, cholera!
- Co. - wycedziłam przez zęby.
- Nie możesz...
- Zatrzymam cię tu. - dotknęłam jego torsu, by dać mu sygnał stopu. - Wiem co mogę. Nie strugaj dobrego wuja Axel.
- Słucham? - przerwał mi, łapiąc się za głowę. - Wiesz? Wchodzisz na boisko i zmuszasz się do wysiłku fizycznego, a potem mdlejesz...
- Tylko tyle pamiętasz?- urwałam, czułam jak mój głos się łamie. - A to, że zdobyłam gola? Dla naszej drużyny.. chciałam być potrzebna.
Zamknął oczy.
- Diana. Nie zaczynaj... ta gadka, że nie jesteś potrzebna jest słaba. A ty taka nie jesteś. - wziął moją rękę, którą od razu próbowałam odebrać. 
- Axel.. ona ze mnie kpi za każdym krokiem. Dzisiaj chciałam jej pokazać, że nie jestem słodkim dodatkiem....
Ucałował moją dłoń, a ja się kompletnie popłakałam.
- Choroba nie wybiera Dan... to wiesz. Ale wiedz, że dla nas nie będziesz dodatkiem, jesteś jedną z nas. I jeśli ktoś będzie chciał to kwestionować, to pokaże mu gdzie jest jego miejsce. "
Taki właśnie był, nigdy nie obijał w bawełnę, kiedyś mówił w prost. Jest asertywny i nie obchodzi go, czy kogoś tym zrani czy też nie. Zachowywał się jakby był moim ojcem, ale i tak to było słodkie.
"- Słucham? 
- To co słyszysz. Nie mogę pozwolić sobie na narażenie dobrego imienia szkoły.
- Największą kotwicą, co sprowadza to całe miasto, szkołę i nasz zespół jesteś ty sama. - warknęłam i miałam ochotę pociągnąć jej delikatne, równo zrobione, brązowe loki.
- Wiesz do kogo mówisz, wieśniaro? 
Zacisnęłam pięści. Nie zastanawiałam się co właściwie robię,  momentalnie rzuciłam się w kierunku dziewczyny. Axel oplótł ręce wokół mojej talii.
- Puść mnie idioto.
- Nie mam zamiaru Evans. Ochłoń trochę... a wtedy ewentualnie cię puszczę. 
- Puścisz mnie albo i tobie coś się stanie. - syknęłam, wyrywając się z jego uścisku. "
A nie mówiłam? Potrafił sprawić bym była potulna jak baranek, nawet dla swoich wrogów, którym numerem jeden była w tamtym momencie Nelly.
- Co się dzieje? Jesteś taka.. nieobecna.
- Axel, daj spokój. - sapnęłam, łapiąc się za głowę.
Oparłam się o jeden z płotów. Axel podbiegł do mnie.
- Hej, coś jest na rzeczy... Diana, powiedz mi. - stwierdził, podnosząc delikatnie moją twarz, sprawdzając przy tym czy wszystko ze mną okej.
- Wszyscy chcą coś wiedzieć.. Odwalcie się! - warknęłam idąc na przód.
- Nie rób tak. - warknął, łapiąc mnie za rękę. - Chodzi o niego, prawda?
Pokiwałam twierdząco głową. 
- Piszę do mnie cały czas, ale to nic...
- To nic? Diana...
- Dam sobie radę, na prawdę. - zapewniłam, otwierając drzwi do szkoły.
(..)
- Niech zgadnę.... to jego przydupas?
- Axel, nie teraz proszę cię. - miałam dość tej sytuacji, jak i tej rozmowy.
- Diana chcę ci pomóc. - odparł, patrząc mi prosto w oczy. 
- Lepiej jeśli pomożesz chłopakom...
- Okej. - zrezygnowany odszedł."
W tym momencie zdałam sobie sprawę, że coś do mnie czuję. A co najlepsze, moje serce zaczęło mi przy nim szybciej bić. To nie był przyjacielski gest, taka czułość pochodzi tylko od kogoś, komu na prawdę na kimś zależy.
Wszyscy jęknęli z żałości, podkopałam ich i czułam ich wściekłe spojrzenia  na sobie - to w końcu 3 klasa moi państwo! Zadzwonił dzwonek i udałam się na stołówkę, niespodziewanie napadł mnie Blaze. 
- Czego? 
- Ja rozumiem, że chciałaś być przy swoim przyjacielu...
- Skoro mnie rozumiałeś... to trzeba było mnie zostawić tam. - wyminęłam go. 
- Poczekaj! - złapał mnie za ramię. - Chciałbym ci złożyć propozycję.
- Czyżby?
- Czy... - zacisnął usta. - ...pójdziesz ze mną do kina? "
Mogliśmy się bezkarnie powyzywać i tak żadne z was nie byłoby obrażone. I ten moment kiedy mnie zaprosił, ten moment zaczął dla mnie nowy rozdział, który był pełen miłości.
"- Czy miałeś kiedyś tak w swoim życiu, w którym  miałeś uczucie spełnienia? - uniósł głowę do góry.
- Każda godzina, sekunda, minuta z Tobą jest dla mnie spełnieniem. - spojrzałam głęboko w moje oczy.
Nastała niezręczna cisza, tylko wiatr lekko wiał i bawił się z gałęziami drzew oraz moimi włosami.
- Axel... 
- Wiem, że pownienem... - przerwałam mu.
- Odkąd poznałam Jude'a, wiedziałam, że się nigdy nie zakocham. Miał być tym jedynym b l a b l a b l a. Gdy go straciłam... moje serce było w kawałkach. Ale niedługo później przyszedłeś do mnie ty. 
- A raczej wpadłem. - zaczęłam się śmiać.
- ...W jednej chwili wyleczyłeś moje serce. - w pewnym momencie chwyciłam go za rękę. - Jestem ci wdzięczna za to ile poświęciłeś dla mnie swojego życia. Nie wiem jak na to zareagujesz, ale...
- Poczekaj. - tym razem on przerwał mi. - Chcę to powiedzieć pierwszy... Gdy cię ujrzałem, już wiedziałem, że będziesz częścią mojego życia. Po kilku miesiącach uświadomiłem sobie, że tak na prawdę... 
- Kocham cię. - powiedzieliśmy to w tym samym czasie.
- Jesteś tego pewien? - spojrzałam na niego znacząco.
- Kocham całą twoją osobę. Nie wiem czy wiesz, ty również mnie uratowałaś. Jesteśmy 2 duszyczkami, które nie potrafią bez siebie żyć.  
- Mówiłem, żebyś nie beczała!  - krzyknął, śmiejąc się i ocierając swoją łzę. - Patrz, co zrobiłaś!
- Oj no przepraszam... - odparłam, chichocząc. - Ale teraz mam pewność, że nie jesteś takim twardzielem.
(...)
- To dziwne... - odrzekłam, śmiejąc się.
- A ja chciałem być romantyczny. - pokręcił na mnie głową. "
Zaczęłam płakać na samą myśl o tym spotkaniu w którym, zgodziłam się z nim być. Tak, wtedy nastąpił dla mnie i Axela ogromny przełom w naszej relacji, poza tym wszyscy nas dopingowali w tym - wiedzieli, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Ale jednego nie przewidzieli, że to tak szybko może się skończyć. Szczęście przecieka mi przez palce jak piasek. By kolejne wspomnienia nie dostały się do mnie, schowałam głowę i zaczęłam wyć jak pies wyjący za swoim panem. Tak, można mnie teraz porównać. Usłyszałam jak ktoś biegnie - to był Nathan.

* Nathan's POV *





- No co masz mi do powiedzenia? - warknęłam w jego stronę.
- Diana... - chłopak oglądnął się za siebie. - co ty tu ro..
- No malutki. - popchnęła go, zanim biedaczek jakkolwiek mógł zareagować. - Gadaj.
- To nie jest rozmowa na dziś... - wydukał, przecierając bladą twarz.
- Miałeś w ogóle w planach mi to powiedzieć? - wypaliła, nie zważając na jego przerażenie. 
- Uwierz mi nie chcesz o tym wiedzieć. - jęknął bezradnie.
Zachowałeś się jak gówniarz, sam wpakowałeś się w to gówno. - sapnęła lekko poddenerowowana. - A przede mną zgrywasz wielkiego bohatera, którego nie potrzebuje... daj szczerość, Axel.
On pokiwał przecząco głową.
- Słyszałaś co mówili. - rozłożył bezradnie ręce. - Nie mam wyboru
- Nie możesz mnie opuścić, w momencie gdy potrzebuję cię najbardziej... - jęknęła, szarpiąc go za koszulkę.
- Spójrz na mnie! - krzyknął, łapiąc mnie za nadgarstek. - Kocham cię, nawet bardzo... ale muszę cię chronić. Ciebie i Julię, jesteście dla mnie ogromnie ważne, bez was moje życie nie ma sensu. Do póki nie jesteście bezpieczne, nie będę was narażał. Wtedy zdałam sobie sprawę, że już decyzja zapadła - straciłam go i nie da się go uratować. Nie rozumiem tego wszystkiego i nawet nie jestem w stanie tego zrozumieć. Ta sytuacja mnie przytłamsza, mam tego dość.
- Nienawidzę cię! - sapnęłam, impulsywnie dając mu w twarz.
Nie mogłem uwierzyć w to co się dzieje, po mojej głowie leciały trzy słowa: Axel, mafia i kłopoty. Tymczasem podszedł do niej ponownie, podniósł mój podbródek i namiętnie mnie pocałował. Próbowała się wyrwać, ale w końcu mu uległ, a po jej policzkach spływało się mnóstwo rzek łez, odepchnęła go od siebie.
- Nie mogę inaczej... 
- Dość tej maskarady. - mruknęła ponuro. - Po prostu już idź.....
- Kochanie...
- Wynocha! - krzyknęła, na co chłopak zrezygnował z udziału w tej konwersacji.
Nim się zorientowałem zostaliśmy sami, a dziewczyna się oddaliła.
- Diana!
- To nic nie da... - urwał smutno.
- Co się tak gapisz? - warknąłem, wymachując rękami. -  Mam ci pogratulować? 
- Daruj sobie... - urwał, oglądając się za siebie. 
- Przemyślałeś to w ogóle? - spytałem nadal zszokowany tym całym zdarzeniem, które było niczym z kosmosu.
- To dla jej dobra. - zaczął się usprawiedliwiać. - Dobra jej i mojej siostry.
- Przy okazji zraniłeś ją, mnie... - rozłożyłem bezradnie ręce. - Przewidziałeś i to, strategu?
To jest jakiś kiepski żart. Właśnie jestem świadkiem odejścia mojego najlepszego kumpla, który był ze mną na dobre i na złe.
"- Wiemy wszystko... - spojrzałem w stronę Blaze, który też znalazł się obok dziewczyn. - Będziemy cię wspierać, jeśli chcesz... razem z nami zrobisz badania. Tylko daj sobie pomóc do cholery! 
- Na to już za późno.. - jęknąłem.
- Swoją śmiercią nie zdziałasz nic. - pokręcił na mnie głową. - Wyrządzisz nam i twojemu ojcu wielką krzywdę. Po prostu trzeba stawić prawdzie prosto w oczy... nieważne jaka jest. 
Axela od zawsze ceniłem za to, że jest bezpośredni i szczery. To mi się w nim podobało, był mi jak brat, którego nigdy nie miałem. 
- Ach, tak? To powinien zrobić? - zacząłem wymachiwać rękami, przez co zacząłem się lekko chwiać. - To moja decyzja, Blaze. Uszanuj ją, jeśli jesteś moim przyjacielem.
- Nigdy. - syknął. - Nie będę był w stanie zaakceptować czegoś takiego głupiego. Stary, życie to piękna rzecz, mimo, że często spadają na nas jakieś niespodziewane gówna. Trzeba trzymać gardę do góry i iść dalej, a nie zabijać się. Rozumiem, że to chodzi o twoją rodzinę.. 
- Do prawdy? - wymamrotałem. - Co ty możesz o tym wiedzieć?
- Jeśli jesteś taki silny za jakiego się wydajesz, a wierzę, że jesteś, to dasz sobie radę. - rozłożył ręce. - Masz przyjaciół, masz wszystko. Tylko do cholery, zejdź z tego mostu."
Co gorsza, ja nic o tym nie wiedziałem. 
Myślałem, że to dobry chłopak, który jest czysty jak łza... a tu proszę - gnojek był zamieszany w mafię.
- Mam prośbę...
- Jesteś niedorzeczny stary....  - zaśmiałem się. - Nie wystarczy ci to, że prosisz mnie bym zaakceptował twoją ucieczkę od tego gówna.
- Nathan... - spojrzał na mnie znacząco.
- A zresztą skoro to mają być twoje ostatnie słowa... to mów. - odparłem, przewracając oczami.
- Zaopiekuj się ją. 
- Nie wiem czy dam radę...
- To twoja przyjaciółka. - urwał. - Ma tylko ciebie teraz.
- Ty tego nie zrobiłeś, prawda? - przerwałem mu, kiwając głową na niego. 
- Myślisz, że to zamierzałem? - krzyknął poirytowany. - Zraniłem ją do jasnej cholery! I nie, nie jestem z siebie zadowolony. 
- Co planujesz?
- Do póki to całe gówno się nie skończy, będę żył z dala od niej, od was i od tego miasta.  
- Niech mnie ktoś obudzi z tego koszmaru. - pokręciłem bezradnie głową na jego poczynania.
- Wiem, że nie rozumiesz. - powiedział, łapiąc mnie za ramię i patrząc mi prosto w oczy. -  Ale proszę cię jako najlepszego przyjaciela, abyś nad nią czuwał.
Wytrzymałem to spojrzenie, przepełnione smutkiem i miłością braterską. Mimo tego, że w środku łkam jak małe dziecko to nie zamierzam być mięki na zewnątrz.
- Czy to długo potrwa? - spytałem, na co chłopak podrapał się po głowie.
- Sam nie wiem, ale... jak najszybciej muszę coś z tym zrobić. 
- Wrócisz? - jęknąłem, czując jak łzy cisną mi się w oczy.
- Nie wiem ile czasu mi to zajmie, ale uwierz mi... wrócę do was. - odparł, uśmiechając mnie w moją stronę.
- Powiedz... od kiedy to się zaczęło? - sapnąłem, patrząc na niego. - Powiedz mi chociaż to, bo nie wytrzymam. 
- Od paru miesięcy.  - odparł, a ja spojrzałem na niego poirytowany.
- I ty od tylu miesięcy...
- Nie wiem jak mnie znaleźli. - odparł bezradnie, nie zwracając uwagi na moje wybuchy zdziwienia i gniewu. 
- Mogłeś mi powiedzieć.. - odrzekłem z wyrzutem.
- Nie mówiłem ci tego... - sapnął. przecierając twarz. - ...ale nasza rodzina nie jest taka perfekcyjna jak się wydaje. Mój ojciec miał przeszłość kryminalną, a oni są jej częścią. On nie wie, ale ja tak. Dopadli mnie kiedyś przed szkołą, a ja ich olałem. Ale teraz to grubsza sprawa, mają mnie w garści i na tą chwilę nie dam rady się wykaraskać z tego... choćbym chciał. 
- Dlatego? 
- Nienawidzisz mnie, co?
Jestem na niego wściekły i mam ochotę właśnie zmazać ten cwany uśmiech z twarzy.
- I to jak gnoju. - odparłem, na co poklepał mnie po plecach. - Masz wracać i to jak najszybciej. 
Kątem oka widziałem, że odchodzi.
- A kto by pomyślał, że taki grzeczny chłopak może mieć zatargi z gangsterami.. - szepnąłem do siebie.
Na co on się niespodziewanie odwrócił.
- Jeszcze wiele rzeczy o mnie nie wiesz. - odparł i to były jego ostatnie słowa.
Zacząłem się głośno śmiać.
"Ty, śmieciu..." - pomyślałem, nadal się uśmiechając.
A wiec od tej rozmowy stałem się stróżem panny Evans. Teraz muszę ją znaleźć to nie będzie trudne. Zapewne poszła do miejsca w którym przeżywała swoje emocje samotnie, wśród drzew, księżyca, nieba i gwiazd - park. Znam ją na tyle, że nie będzie się pakować w jakieś swoje miejscówy, zwłaszcza o takiej porze. Pewnie telepie się z zimna, jest noc i wygląda na to, że nasze lato jest zwariowane jak nigdy. Zacząłem szybko biec w stronę parku, po kilku chwilach znalazłem ją. Była zwinięta w kulkę, płakała - nienawidzę tego, kiedy one płaczą. Uginają mi się wtedy kolana i staje się bezradny jak dziecko. Powoli podszedłem do dziewczyny, ona spojrzała na mnie i rzuciła mi się w ramiona, mocno przytuliłem ją do siebie.
- Co ci powiedział? - spojrzała na mnie znacząco.
Spojrzałem na nią. Była kompletnie rozbita, a na jej twarzy malował się strach i ogromny ból - codziennością jest, że twój ukochany ucieka przed mafią, prawda?
- Powierzył mi cię. - odparłem, biorąc jej zimną rękę. - Nie miałem innego wyjścia.
- Klasycznie... - zaśmiała się nerwowo, wstając z ławki. - Nadal nie mogę tego pojąć. 
- Ja też nie... nie wiem co ten cwel robi. 
- Zawsze mi się to przytrafia... dlaczego? - jęknęła, kucając.
- Nie prawda, słoneczko. - sapnąłem, szybko również kucając. 
- Najpierw Jude, a teraz... - jęknęła żałośnie, ponownie zanosząc się płaczem.
- Axel wróci. 
- Jaką masz pewność?
- Obiecał mi to i tak będzie. - odparłem, głaszcząc ją po plecach. - W końcu... to człowiek honoru. Zobaczysz, wszystko się ułoży. 
- Serio tak myślisz, Nathan? - spojrzała na mnie zdziwiona.
- Tak... i jeszcze jedno. - odparłem, unosząc jej podbródek. - Nie waż się tak mówić o sobie, okej? Jesteś wspaniałą dziewczyną, wierną przyjaciółką... posiadającą wybuchowy charakter oraz wiele niezliczonych talentów. 
- To tyle? - spojrzała na mnie, śmiejąc się z moich nieudolnych starań pocieszenia jej.
- A i najważniejsze... - wzniosłem palec do góry, dając jej znak, że znalazłem coś jeszcze w swoich zwojach mózgowych. - ...dla mnie jesteś moim najukochańszym i najwredniejszym skrzatem jakiego znam. 
- Akurat to ze skrzatem mogłeś sobie darować...
- Dlatego uśmiechu zrobię wszystko. - dźgnąłem ją w bok.
- Dziękuję ci, Nathan. - odparła, całując mnie w policzek.
Założyłem na nią swoją czarną bomberke i razem udaliśmy się do domu.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Rozdział:50

"- Uspokój się. - powiedziałem, łapiąc go za rękę. - Diana i Axel prowadzą tą sprawę!
- Nie mogę, Evans. - urwał, a jego oczy zaczęły się szklić. To moi przyjaciele do cholery! 
- Rozumiem... ale..
- Trzeba ich powstrzymać. - wymamrotał Bobby.
- Bobby, nie mogę ci tego obiecać. - jęknąłem. - Football rządzi się swoimi prawami ii-i..
- Mam to aktualnie w dupie, wiesz? - odparł obojętnie. 
- Nie krzyczcie.. pp-roszę. - wydukał Jude, który zaczął blednąć.
- Nie daj się nabrać, ten ciućmok pewnie znowu udaje! - sapnął, wkładając ręce do kieszeni. 
- Debilu, spójrz! - palnąłem go w głowę. - On nie oddycha! Wołaj pielęgniarki!"

* Diana's POV *




- Mam to aktualnie w dupie, wiesz? 
- Nie krzyczcie.. pp-roszę. 
- Nie daj się nabrać, ten ciućmok pewnie znowu udaje! 
- Debilu, spójrz! On nie oddycha! Wołaj pielęgniarki!
To na pewno nie brzmi dobrze i nim zdążyłam się choć trochę zorientować co się dzieje tak na prawdę dzieje. Wtedy z sali szybko wyleciał roztrzęsiony Shearer, a ja niezwłocznie udałam się w ślad za chłopakiem. Założyłam kaptur na głowę, ponieważ na polu nie wiadomo skąd zaczęło okropnie padać. Zauważyłam, że chłopak tylko wyjmuje paczkę niebieskich Marbolo. 
- Myślałam, że rzuciłeś. - podsumowałam, patrząc na jego zażenowanie.
- No bo rzuciłem.. - podrapał się po głowie. - Ale nałóg depcze mi po piętach...
- A propo tego... co się tam stało?
- Wytłumaczysz mi... dlaczego zawsze wychodzę na idiotę? - spytał, odpalając papierosa i wsadzając go do ust. 
- Nie zawsze.. - chłopak uśmiechnął się w moją stronę. - 
- Wchodź do środka, bo zmokniesz. - odparł, wskazując na szpital. 
- Nigdzie się nie ruszam... dopóki nie wyjaśnisz co się dzieje. - tupnęłam ręką. 
- Masz... - sapnął, ściągając kurtkę.  
- A więc? - spojrzałam na niego znacząco, zakładając na siebie jego dużą, czarną kurtkę.
- Czemu wy takie jesteście...
- Jakie? - uniosłam brew do góry.
- Nigdy nie odpuszczacie i jesteście.. - spojrzał na mnie rozbawiony. - ...takie uparte.
- I kto to mówi? - dźgnęłam go w bok.
- A no tak... - zaśmiał się pod nosem. - to dlatego się przyjaźnimy.
- Tak samo stajemy na swoim i nie odpuszczamy. - sapnęłam, poprawiając kaptur.
-  Jude przed chwilą powiedział mi, że gramy z naszymi kolegami z Akademii... 
- Co. - wydukałam, patrząc na niego.
- Czekaj, coś jeszcze ci powiem. - odparł klepiąc mnie po ramieniu. - Twój braciszek to wiedział. 
- Od początku? - spytałam z lekkim niedowierzaniem.
- Od początku. 
Złapałam się za głowę, miałam powoli tego dość - wszyscy zrobili się nagle tacy tajemniczy. Co tu się dzieje?
- Jak z nim? 
- Zemdlał nagle... - odparł pochmurnie. - A wszystko przez tajemnice..
Zamknęłam z przerażenia oczy. 
- Diana słoneczko... nie śpij. - sapnął, dmuchając do mnie dymem.
- Idioto, nie w twarz. - palnęłam go w głowę.
- Przepra-aa
 - Dobrze wiesz, że nienawidzę tego smrodu. - szybko się otrzepałam. - Zaraz Axel posądzi mnie o to że z Tobą paliłam. 
- I co wtedy?
- Wtedy to cię zabiję. - wzruszył ramionami.
- Trudno. -  jęknął, obejmując mnie i prowadząc w kierunku szpitala. -  Może to lepiej.
Weszliśmy do środka, a ja szybko podbiegłam do Axel'a i wtuliłam się w jego tors. Ten nagle mnie odsunął od siebie.
- Diana... - stwierdził, patrząc na mnie zdziwionym wzrokiem. - ...paliłaś. 
- To nie tak...
- Stary, ona jest czysta. - Bobby stanął w mojej obronie. - Daję ci moje słowo, które jest nic warte, ale... ci je daje. 
- Bobby..
- No co? - palnęłam go w ramię. - Liczą się intencje!
- Że z nim? - spytał trochę poddenerwowany blondyn, wskazując na niego.
Tymczasem z sali Jude'a wyszedł Mark, obdarzył Bobby'ego wściekłym wzrokiem.
- Jak się czuje? - spytał nieśmiale Shearer.
- Rzeczywiście... udawał. - popchnął go lekko. - Prawie by umarł.
- Tego nie wiesz... - burknęłam do niego. 
- Szkoda by było takiego aktora. 
- A żebyś wiedział. - odparł chłodno Bobby. 
Podeszli do siebie, a odległość między ich twarzami stopniowo się zmniejszała i wtedy Mark uderzył go w twarz. Tamten nie zdążał mu oddać ponieważ po między nimi stanęła Celia.  
- Mark, cholera! - krzyknęła w jego stronę. - Co się tam stało?
- Jude.... on zasłabł, gdyby nie szybka interwencja doktora, to twój brat by nie żył. - odparł, wskazując winowajcę. - Ale twój chłoptaś wolał patrzyć jak on się dusi.
- Mark, zostaw go w spokoju. - warknęłam. 
- Nie mogę... on jest powodem... - jęknął żałośnie.
- To nie jest powód, żeby go bić. - ucięłam szybko. - Uspokój się albo jedź do domu. 
- Nie mam zamiaru patrzeć jak się wzajemnie okładacie. - sapnęła Celia gładząc jeszcze czerwony policzek chłopaka.
- Paliłaś? - wypalił szybko brunet. - I ty śmiesz mnie pouczać?
- Wypad do domu. - odburknęłam w jego stronę. - Mam cię już serdecznie dosyć.
- Tak? 
- Won! - krzyknęłam, przenikliwie patrząc mu w oczy. 
- Okej... - pokiwał głową na moje słowa. - pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Ty idziesz ze mną. - odparł, łapiąc mnie za rękę. 
- Nie mam najmniejszego zamiaru, braciszku.
- Skoro nie pójdziesz... to niech Axel cie weźmie. - sapnął, patrząc porozumiewawczo na Axela.
- Spoko, zamówiłem dla nas taksówkę. - powiedział Axel, uśmiechając się w stronie Marka.
- Jak to nas? - spojrzał na niego zdziwiony.
- Wygląda na to, że... jedziemy w trójkę. - odrzekłam podchodząc do Axela.

* Axel's POV *



- Mark, zostaw go w spokoju. 
Wtedy wiedziałem, że zacznie się niezła jatka i świadomość, że ja muszę ją zatrzymać mnie przerażała.
- Nie mogę... on jest powodem... - jęknął żałośnie.
- To nie jest powód, żeby go bić. - ucięła szybko. - Uspokój się albo jedź do domu. 
- Nie mam zamiaru patrzeć jak się wzajemnie okładacie. - sapnęła Celia gładząc jeszcze czerwony policzek chłopaka.
- Paliłaś? - wypalił szybko brunet. - I ty śmiesz mnie pouczać?
- Wypad do domu. Mam cię już serdecznie dosyć.
- Tak? 
- Won! - krzyknęła, przenikliwie patrząc mu oczy. 
- Okej... - pokiwał głową na jej słowa. - pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Ty idziesz ze mną. - odparł, łapiąc ją za rękę. 
Zdałem sobie, że muszę coś zrobić, gdyż z każdą sekundą robi się agresywnie. Wyjąłem telefon i oddaliłem się od nich 
- Tak.. niech pan przyjedzie najlepiej pod szpital. - szeptałem, ukradkiem patrząc na tą dwójkę.
- Nie mam najmniejszego zamiaru, braciszku.
Gdy już skończyłem rozmawiać, podszedłem do nich.
- Skoro nie pójdziesz... to niech Axel cie weźmie. - sapnął, patrząc porozumiewawczo na mnie.
- Spoko, zamówiłem dla nas taksówkę. - powiedziałem uśmiechając się w stronie Marka
- Jak to nas? - spojrzał na niego zdziwiony.
- Wygląda na to, że... jedziemy w trójkę. - odrzekłam podchodząc do Axela.
Nie minęło kilka minut, a taksówka była pod szpitalem. Wszedliśmy powoli do wnętrza pojazdu, a dla bezpieczeństwa usiadłem po środku nich. 
- No dajcie spokój. - sapnąłem spoglądając to na nią, to na niego.
Diana wyglądała na wściekłą tak samo jak Mark.
- Jak znormalnieje... to wtedy porozmawiamy. - odparła brunetka, mierząc go pełnym pogardy wzrokiem.
- Przestań marudzić, młoda. - sapnął Evans, śmiejąc się pod nosem.
- Powiedział ten, któremu nic nie pasuje.  - odparła uszczypliwie.
Ta rozmowa na szczęście nietrwała długo ponieważ dotarliśmy pod ich dom. 
- Wyśpijcie się. - poklepałem ich po plecach. - Może wtedy was oświeci i przestaniecie się sprzeczać o byle co. 
- Nienawidzę cię. - burknęła w moją stronę.
- Będziesz mi za to wdzięczna... zobaczysz. - odparłem, całując ją w czoło
Nazajutrz, dokładnie o siódmej rano dostałem powiadomienia o nieodebranych połączeniach od Diany. Przetarłem senne powieki i pośpiesznie odblokowałem telefon, dzwoniła do mnie od świtu, od piątej rano. Wstałem więc przeciągając się i podszedłem do okna. To co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania, otworzyłem w pośpiechu okno.
- Dlaczego nie odbierasz? - krzyknęła, wymachując rękami. 
Szybko zamknąłem okno i ubrałem na szybko jakieś spodnie i starą koszulkę. Otworzyłem jej zamaszyście drzwi i podszedłem do miejsca gdzie stała. Gdy podszedłem do niej wyglądała na zdenerwowaną, a w jej oczach mogłem zauważyć ogromny strach. Ten strach był większy nawet od tego, który ze sobą miała wymykając się na swoją operację. Jej warga zaczęła lekko drżeć, a ja bez zastanowienia wziąłem ją za ramiona.
- Co jest? - krzyknąłem, patrząc w jej oczy i próbując ją uspokoić.
- Nie krzycz na mnie, okej?
- Nie powinienem... - podrapałem się po karku.
- Nie... - złapała mnie za rękę. - muszę się opanować, gdyż to co chcę ci-ii
- Lepiej wejdźmy... - sapnąłem, powoli prowadząc ją do drzwi. - Jest siódma rano... po za tym sąsiedzi są pewnie i tak wściekli.... więc wolę ich nie denerwować jeszcze bardziej.
Weszliśmy do środka, usiadła na kanapie i ciężko westchnęła. 
- Może chcesz coś...
- Nie... - odparła, nagle podchodząc do mnie. 
- Martwię się o ciebie. - jęknąłem, łapiąc ją za rękę. - Jesteś dziwnie niespokojna..
- To nie o mnie teraz chodzi. - odparła, uśmiechając się w moją stronę. - Możesz być spokojny.
- A więc?
- O matko.... od czego tu zacząć? - opadła bezsilnie na kanapę. - Właśnie dzisiaj o piątej rano dowiedziałam się od Shearera, że Jude nie czuje się jak najlepiej. 
- To wiem... ale lekarze robią co mogą. - pogłaskałem ją po ręce.
- Okazało się, że... mimo tego, że lekarze przytoczyli mu krew to jest jej za mało. - spojrzała na mnie smutno.
- Co to znaczy? - spojrzałem na nią lekko przestraszony.
- Jego serce nie mogło normalnie pracować. - zasłoniła twarz. - Jest w śpiączce farmakologicznej....
I nim jakkolwiek zareagowałem na tę wiadomość Diana rozryczała się na dobre, upadła na podłogę i ponownie zakryła twarz dłońmi. Trzasnąłem poirytowany szklanką o podłogę - no cóż, w końcu jestem wściekły i zarazem smutny. Pamiętam jak na początku Diana mi o nim opowiadała - o jego podłym zachowaniu, wtedy czułem do niego szczerą nienawiść. I tak było nawet do czasu gdy byłem z nią, a on w najlepsze migdalił się do Marka. Później dzięki Markowi zacząłem go akceptować, co więcej polubiłem go. A teraz? Nawet nie mam pewności czy jeszcze kiedykolwiek otworzy oczy i pośle mi to sarkastyczne spojrzenie, którym mnie zawsze darzył. Ale co ja mogę czuć - to namiastka, to nic w porównaniu dla Diany... W końcu był jej pierwszą miłością, która maltretowała i poniżała ją w dzień w dzień, jednak po mimo wszystko nadal nie potrafi koło niego przejść obojętnie. Tymczasem po mojej głowie krążyła jedna myśl - Co na to Celia? Jej maleńki świat zapadł się - Jude był dla niej bohaterem, a przede wszystkim... starszym, jedynym i najukochańszym bratem.
- Diana.... - jęknąłem, klękając na przeciwko niej. - Wstawaj.. 
- Jestem taka bezsilna... cholera! - mamrotała pod nosem, a jej twarz  była mokra od łez.
- Dlaczego... - nawet nie zauważyłem kiedy z moich oczu poleciały łzy. 
Brunetka widząc to przyciągnęła mnie do siebie i głaskała mnie po głowie. Próbowaliśmy się wzajemnie uspokoić, ale to nie miało sensu. Jeszcze chwilę tkwiliśmy w tym uścisku, po czym spojrzałem jej prosto w oczy.
- Musimy do niego jechać. 
- Axel...
- Muszę się ogarnąć i ty też. - pomogłem jej wstać.  
- A reszta? - jęknęła.
- Dobra, ja zadzwonię do Celi lub Bobby'ego... - klasnąłem w dłonie. - Zabierzemy się z nimi. 
- Ja nie dam rady.... - urwała, łapiąc za klamkę.
- Przyjdę po ciebie. - odparłem nadal zaryczany, całując jej czoło. 
Pomaszerowałem do łazienki i wziąłem ciepły prysznic, po czym wyciągnąłem z szafy bluzę i jakieś czarne spodnie. Nałożyłem niebieskie super stary i zacząłem niechlujnie poprawiać włosy. Jednak po chwili zrezygnowałem z tego i w między czasie wykręciłem numer do Shearera.
- Axel...
- Wiem wszystko. 
- Co my z tym zrobimy?
- Będziemy za minutę u was. Zabierzecie nas?
- Ok-kej. 
- Jak się trzymasz?
- Ja... umarłem w środku. 
- Widzę, że wszyscy są wymarli. 
- Reszta wie? 
- Powiadomiłem Hillmanna.... więc pewnie wiedzą.
- Okej... trzymaj się.
- Postaram się.

* Diana's POV *



Myślałam, że wraz z zamknięciem oczu i pogrążeniem się w sen wszystkie stop-klatki z tamtego wieczoru znikną. Z samego rano zostałam zbudzona przez telefon, przetarłam twarz i spojrzałam na ekran - Bobby. Szybko wstałam, okryłam się kocem, wyszłam na balkon i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Diana...
- Mów proszę.
- Jude... sprawy nie mają się za dobrze.
- Nie-ee... przecież miał transfuzję.
- Jego serce jest za słabe, a taka ilość krwi nie wystarczy dla niego.
- Co z nim zrobili?
- On... jest w śpiączce. - szybko się rozłączyłam by nie słyszeć dalszego ciągu tego koszmaru.
Spojrzałam na zegarek, leniwie dochodziła godzina piąta, a ja wiedziałam, że nie mogę zwlekać. Podążyłam w stronę Blaze'a, a w między czasie próbowałam się do niego dodzwonić. Gdy już byłam na miejscu ustawiłam się koło okna, przed którym rankiem Axel staje. I tak było teraz, był zasapany jednak gdy mnie zobaczył w jednej chwili rozbudził się.
- Dlaczego nie odbierasz? - blondyn szybko zamknął okno.
Usłyszałam trzaśnięcie drzwi i chłopak już się przy mnie znajdował.
Zaczęłam drżeć, a on już wiedział co się dzieje w mojej głowie i chwycił mnie w swoje objęcia.
- Co jest? - krzyknął, próbując wyrwać mnie z amoku
- Nie krzycz na mnie, okej?
- Nie powinienem... - podrapał się po karku.
- Nie... - złapałam go za rękę. - muszę się opanować, gdyż to co chcę ci-ii
- Lepiej wejdźmy... - sapnął, prowadząc mnie do drzwi. - Jest siódma rano... po za tym sąsiedzi są pewnie i tak wściekli.... więc wolę ich nie denerwować jeszcze bardziej.
Weszliśmy do środka, a ja usiadłam na kanapie i ciężko westchnęłam. 
- Może chcesz coś... - próbował udawać normalność.
- Nie... 
Podeszłam do niego, gdyż miałam dość guzdrania się z tą ciężką sprawą, której noszenie powoduje wielki ból w moim sercu.
- Martwię się o ciebie. - jęknął, łapiąc mnie za rękę. - Jesteś dziwnie niespokojna..
- To nie o mnie teraz chodzi. Możesz być spokojny.
- A więc?
- O matko.... od czego tu zacząć? - opadłam bezsilnie na kanapę. - Właśnie dzisiaj o piątej rano dowiedziałam się od Shearera, że Jude nie czuje się jak najlepiej. 
- To wiem... ale lekarze robią co mogą. 
- Okazało się, że... mimo tego, że lekarze przytoczyli mu krew to jest jej za mało. - na jego twarzy pojawił się niemały lęk.
- Co to znaczy? - spojrzał na mnie znacząco.
- Jego serce nie mogło normalnie pracować. - zasłoniłam twarz. - Jest w śpiączce farmakologicznej....
Nawet nie zauważyłam jak stoczyłam się na ziemię w swojej beznadziejności.
- Diana.... - jęknął, klękając na przeciwko mnie. - Wstawaj.. 
- Jestem taka bezsilna... cholera! - mamrotałam pod nosem, a jej twarz  była mokra od łez.
- Dlaczego... - z jego oczu poleciały łzy. 
Jego zaczęły wprowadzać jeszcze większą rozpustę w mojej duszy, wiec przyciągnęłam go do siebie i próbowałam go uspokoić głaskając go po głowie. Po dłuższym naszym przyklejeniu, chłopak spojrzał na mnie.
- Musimy do niego jechać. - odparł zdecydowanie.
- Axel...
- Muszę się ogarnąć i ty też. - sapnął, pomagając mi wstać.  
- A reszta? - jęknęła.
- Dobra, ja zadzwonię do Celi lub Bobby'ego... - klasnąłem w dłonie. - Zabierzemy się z nimi. 
- Ja nie dam rady.... - urwała, łapiąc za klamkę.
- Przyjdę po ciebie. - odparłem nadal zaryczany, całując jej czoło.
Wyszłam i wracałam roztrzęsiona do domu kiedy zauważyłam właśnie tą postać. Nawet nie chciałam na niego patrzeć, gdyż na samą myśl o nim mam ochotę go zabić. Skierowałam więc swoje spojrzenie na ziemię i zdecydowanie przyśpieszyłam kroku. Usłyszałam za sobą kroki i już wiedziałam, że mnie zauważył. Nie chcę nawet z nim rozmawiać - wystarczy, że ledwo przeżyłam to w jakim stanie jest Jude. Nadal nie może to do mnie dotrzeć właśnie taki stan rzeczy - tak zajęło moje myśli, że nie zdążyłam się zorientować się, że chłopak mnie wyprzedził i stanął przede mną.
- Dianka... dokąd idziesz, słoneczko? - spytał, darząc mnie swoim uśmieszkiem.
- Nie twój zasrany interes. - warknęłam, pchając go do tyłu.
I ponownie zaczęłam iść szybciej. 
- Jak tam pan Sharp? - dogonił, łapiąc mnie za nadgarstek. - Odpowiadaj sunio...
- Jak ty śmiesz... - wyrwałam się z jego uścisku. - Przez waszą bandę ćpunów nie wiadomo czy będzie żył. 
- Do prawdy? 
- Dopiąłeś swego. - sapnęłam poirytowana. - Zaklaskałabym twojemu szkaradnemu sukcesowi... ale szkoda mi na to czasu. 
- Ze mną się tak księżniczko nie rozmawia. - burknął, ponownie łapiąc moją rękę i tym razem ją wykręcając. 
- Puść.... to boli... - jęknęłam, próbując się ponownie nie poryczeć. 
Przez to wszystko zaczęła mnie boleć głowa - to jakiś wielki koszmar. Modliłam się, aby skończył, odszedł i dał mi w spokoju zakopać się w moim smutku. Moim zbawieniem okazał Nathan, którego los zesłał - który podążał drugą stroną ulicy. Gdy do nas podszedł z jego oczu wiało nienawiścią. 
- Powinieneś dostać w pysk... - odparł, przystawiając go do drzewa.
- Nathan... - urwałam, łapiąc go za rękę. - ...chodźmy.
Blondyn odepchnął go na ziemię i udaliśmy do swojego pokoju.
- Pokaż to. - urwał, chwytając moją rękę. - O matko...
- Ej.. to nic takiego. - odparłam, zasłaniając fioletowego siniaka bluzą.
- Gdybym się nie pojawił.... - sapnął. 
- To byłoby jeszcze gorzej. 
- Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć?
- Dziękuję. - odparłam, całując go w policzek i przechodząc przez bramkę. 
Przemknęłam szybko przez schody i  gdy doszłam do mojego pokoju ponownie się rozryczałam. Od początku tego dnia jedyne co robię to płaczę - a co mi pozostało? (powiedzcie mi) Tak się boję... Udałam się na zimny prysznic by odgonić czarne myśli krążące w mojej głowie, po czym lekko się pomalowałam. Ubrałam się  i weszłam na dół w kuchni, w której stał Mark, a w ręku dzierży butelkę z piwem. 
- Mam dziś urodziny. - powiedział do mnie blado się uśmiechając.
- Wszystkiego najlepszego.
- Coś mi tutaj nie pasuje. - pokręcił głową, biorąc sporego łyka z butelki. - On powinien tu być... ale go nie ma i chyba już nigdy nie będzie.
- Nie mów tak... - jęknęłam, odkładając butelkę. 
- Dlaczego go puściłem tam samego?! To moja wina.. gdybym tylko mógł cofnąć czas... 
- Teraz już za późno. - ucięłam szybko - Nadzieja, to jedyne co nam pozostało. 
- Na to wygląda.... - urwał, ponownie biorąc butelkę do ręki. 
W tym momencie zadzwonił dzwonek, a ja pośpiesznie ubrałam stare conversy i otworzyłam drzwi. W nich zastałam mojego ukochanego, szybko wtuliłam się w jego tors. 
- Porozmawiaj z nim. - szepnęłam do niego, wskazując sekretnie na Mark'a. -Proszę.
Pogłaskał mnie po głowie i udał się do kuchni. 
- Dasz sobie radę? - załapał mnie za ramiona.
- Tak... 
- W takim razie... - urwał, łapiąc mnie za rękę. - Idź pod dom Celi, spotkamy się tam.
- Okej... 
- Nate jest na zewnątrz gdybyś...
- Poradzę sobie. - ucięłam szybko, muskając jego usta.
Wyszłam z domu i wraz z Swiftem udałam się z pod dom Hills'ów. Nie miałam nawet śmiałości wejść do środka, dlatego postanowiliśmy czekać na nich na polu.

* Mark's POV *



- Stary.. co ty robisz? - usłyszałem głos Axela.
- Twoje zdrowie.. - odparłem, śmiejąc się.
Podszedł do mnie i wyrwał mi butelkę z ręki. 
- Skoro tak... - urwał, biorąc łyka. 
- Co tu sii-ię...
- Może trochę mnie to uspokoi... - wybałuszyłem na niego oczy, a on oparł się obok mnie. 
- Wszystkiego najlepszego, stary. - sapnął, dźgając mnie w bok.
- Za Jude'a! - wniosłem butelkę w oznace toastu.
- Skoro tak... - podałem mu butelkę, a on przystawił ją do swoich ust. 
- Pamiętasz jak pierwszy raz wszedł na boisko? - na samo wspomnienie zacząłem się uśmiechać. - I to jeszcze w naszych brawach? 
- Stary, nic nie przebije tego jak wyciągaliśmy z baru. - dodał, śmiejąc się
- No tak... Był kompletnie zalany. - zaczęliśmy się melodyjnie śmiać.
Po chwili nastała po między nami niezręczna cisza, tak teraz będzie wyglądać bez niego, spowodował w moim sercu pustkę. Nie pozwolę na to, aby odszedł, wiem, że muszą coś zrobić. Nie... ja muszę coś zrobić. 
- To boli jak cholera. - spojrzałem na niego znacząco. - Dlaczego?
- Podobno wszystko wiem... - urwał, drapiąc się po głowie. - Chyba nie ma odpowiedzi na to pytanie. 
- Jak dorwę tego gnoja w swoje łapy... - warknąłem. - To go zabiję. 
- Mogę ci pomóc? - wypalił nagle.
- Jasne. - odparłem , przybijając ze mną żółwika. - Deal?
- Deal.
- Chodź, pewnie na nas czekają. - poklepał mnie po plecach. 
Nie zwlekając ubrałem swoje buty i ruszyliśmy w drogę. 
- Mam nowe wieści w sprawie pożaru. - wyrwał się nagle
- Co? - krzyknąłem podekscytowany. - I ty to mówisz mi dopiero teraz?
- Mianowicie przeprowadziłem wywiad środowiskowy z naszym woźnym. - klasnął w dłonie. - Powiem wprost... mam nagranie z dnia pożaru. 
- Więc... możemy wtedy zobaczyć kto za nim stoi.
- Dokładnie. - podsumował.
- O matko, Blaze! Geniuszu! - odparłem, ściskając go.
Gdy byliśmy blisko, już z daleka zobaczyłem moją siostrę i Nathana. Gdy już do nich doszliśmy, czekaliśmy tylko na Bobby'ego i Celię. Gdy już w końcu wyszła - zrozumiałem, że nasz ból nie równa się z jej cierpieniem. 

* Celia's POV *



- Celia, Jude... jest w śpiączce. - jęknęła moja mama. - Nie wiadomo czy się jeszcze obudzi.
I wtedy... nic, po prostu wielka pustka. Tylko to mi pozostało po tym co się dowiedziałam od rodziców. Poczułam się jakby ktoś celowo wbił mi nóż w plecy. Ciągle w głowie dzwoni mi roztrzęsiony głos mojej mamy. A więc moje życie teraz to jeden wielki koszmar z którego chcę się wybudzić, ale nie mogę - ta rzeczywistość mnie tak mocno przytłacza. Zadzwoniłam wtedy do Bobby'ego. 
- Kochanie...
- Twój głos drży... co się stało? Chodzi o Jude'a?
- Jude... jest w śpiączce. - odpowiedział mi tylko sygnał sygnalizujący zakończenie rozmowy. 
Nagle usłyszałam ogromny dźwięk jego warczącego motor, a ja szybko wybiegłam do niego i natychmiast wtuliłam się w jego tors. Został ze mną na noc, a moi rodzice wyjątkowo nie protestowali. Rankiem otworzyłam oczy i nadal nic się nie zmieniło. Zdałam sobie sprawę, że on zniknął - mój dobry aniołek, mój starszy braciszek, który zawsze mnie bronił przed złem tego świata ma zamknięte oczy. Teraz jest jak śpiący książę, który czeka na kogoś, a raczej na coś sprawi, że się przebudzi. Ale straciłam jakiekolwiek nadzieję. 
- Kochanie. - Bobby zwrócił się do mnie ochrypniętym głosem. - Zbieramy się.
- Nie każ mi tam - spojrzałam na niego zaszklonymi oczyma. -jechać.... To mnie jeszcze bardziej zaboli.. 
Chłopak przyciągnął mnie do siebie i czułam, że głaszcze mnie po głowie, ciężko wzdychając. Podniosłam do góry głowę. 
- Bądź dzielna, maleńka. - posłał mi blady uśmiech. 
- Ale... dla kogo?
- Dla niego... nie dla mnie. - urwał, całując mnie w usta.
- Spróbuję... - jęknęłam, wstając od kanapy. 
Objął mnie w talii i złożył ciepły pocałunek na szyi.
- Celia, obiecaj mi.... - złapał mnie za dłonie. - ...że się nie zamkniesz na ludzi, na swoich przyjaciół... i przede wszystkim na mnie.
- Ale... 
- Cii. - szepnął mi na uchu, po czym obrócił mnie do siebie. - Trzymajmy się razem. 
- W końcu mamy siebie, prawda? - odparłam, ściskając mocno jego dłoń.
- Zuch dziewczyna. - ucałował moje dłonie. - Idź na górę, zrobię ci mleko z miodem. 
Obdarzyłam go smutnym uśmiechem i niechętnie udałam się na górę. Przebrałam się z piżamy w której tkwiłam do tej pory i ubrałam czarne spodnie i jego koszulkę z Akademii. Pamiętam, że w tej właśnie koszulce grał z naszym clubem. Zrozumiałam wówczas, że jemu zawsze będzie zależeć na mnie i a mi na nim. Udałam się do łazienki by oblać się strumieniem lodowatej wody, po czym związałam włosy w niedbałego koka. Nie dbałam o to, że wyglądam jak wielki bałagan. Do pokoju wszedł Bobby i moim ulubionym kubkiem, spojrzał na mnie zaszklonymi oczami i uśmiechnął się do mnie.
- Wyglądasz cudownie. - sapnął, podając mi kubek i całując moje czoło. - Czekam na dole. 
Usiadłam na łóżku i wzięłam łyk ciepłego napoju, tymczasem patrzyłam tępo w ścianę kompletnie nie wiedząc co ze sobą zrobić. Zadecydowałam - jadę tam, choć wiem, że moje serce tego nie przeżyje, muszę być przy nim. Chociaż to mogę zrobić... Powoli zeszłam na dół, podeszłam do drzwi i lekko je uchyliłam. Założyłam buty i wyszłam na zewnątrz, a przed moim domem stali moja cała wielka rodzina clubu Raimon. Ich pełen litości i współczucia wzrok teraz skupił się na mnie - to pewnie przez tą koszulkę. Podeszłam do furtki, wtedy zobaczyłam Dianę i po prostu nie mogłam. Z wielkim zamachem ją otworzyłam i momentalnie wpadłam w objęcia brunetki. 
- Diana.... - jęknęłam, próbując unormować swój oddech.
- Wszystko się ułoży... - urwała, również wylewając potok łez. 
- Celia. -  na chwilę oderwałyśmy się od siebie, a przed sobą zauważyłam innego niż przedtem Axela - czyli bardziej mrocznego niż zwykle. 
Bez zastanowienia i jemu wpadłam mu w ramiona - i tak z każdym z z zawodników po kolei i nie skończyłam dopóki nie przytuliłam każdego z nich. Ogromną grupką ruszyliśmy więc w stronę szpitala. Trzymałam mocno za rękę mojego ukochanego i poczułam się choć odrobinę silniejsza. Będąc już na miejscu, przed drzwiami zacisnęłam pięści i zdecydowanym krokiem udałam się do środka. To co zobaczyłam kompletnie wyprowadziło mnie z równowagi. Zobaczyłam tu całkiem zaćpanych Joe'go., Davida i na dodatek mój gwałciciel się jeszcze tu napatoczył. We trójkę leżeli pod recepcją, będąc w swoim chorym świecie, bezczelnie się do mnie uśmiechając. Nim zdążyłam zareagować Bobby mnie wyminął i zmierzał w ich kierunku. 

* Bobby's POV *



Noc, godzina dwudziesta druga - ta godzina zapadnie mi w pamięć do końca życia. Właśnie miałem się pogrążyć w słodkim śnie, ale wtedy zadzwoniła Cel. To było dość dziwne, ponieważ według swojego grafiku powinna już dawno spać. Przeciągnąłem palcem na zieloną słuchawkę.
- Kochanie...
- Twój głos drży... co się stało? Chodzi o Jude'a?
- Jude... jest w śpiączce. - momentalnie się rozłączyłem. Rozebrałem się z wygodnej piżamy i brałem jakąś koszulkę i dresy. Na to nałożyłem moją motocyklową kurtkę oraz wziąłem ze sobą kask. Pod wpływem impulsu pojechałem prosto pod jej dom. W mojej głowie szalała jedna myśl - to nie może być... prawdziwe. Matko.... nawet nie wiecie jak bardzo czuję się winny - tym bardziej po tym jak Mark mnie nakrzyczał. Czemu zawsze muszę wychodzić na tego złego, a zwłaszcza w takim momencie? Gdy już byłem na miejscu, zacząłem odruchowo dodawać gazu, aż do momentu kiedy jej nie zobaczę. Warkot silnika umilkł, a ona wtuliła się we mnie. Przytuliłem ją mocniej do siebie. Spojrzała na mnie.
- Bobby... dziękuję. - jęknęła, płacząc.
- Już cichutko... jestem tutaj. - odparłem, głaszcząc ją po głowie.
- Zostań ze mną. - sapnęła, ciągnąc mnie za rękę. 
- Nigdzie się nie wybieram. - zgodziłem się bez wahania. 
Mimo tego, że byłem zmęczony i nie mogłem zasnąć - zostałem.   Zdecydowałem się zadzwonić do Diany - to było gdzieś koło czwartej. 
- Diana...
- Mów proszę.
- Jude... sprawy nie mają się za dobrze.
- Nie-ee... przecież miał transfuzję.
- Jego serce jest za słabe, a taka ilość krwi nie wystarczy dla niego.
- Co z nim zrobili?
- On... jest w śpiączce.
A właśnie teraz zmierzałem z całą naszą grupą w stronę szpitala. Czy jestem na to gotów? Nie wiem. Zajęty swoimi myślami, nawet nie zauważyłem jak szybko Celia weszła do środka, prędko podążyłem za nią. Gdy tylko zobaczyłem te trzy naćpane pacany moja złość sięgnęła zenitu. 
- Bobbik! - krzyknął w moja stronę Joe. 
Podszedłem do niego i przydusiłem do ściany. 
- Nie powinieneś to pojawiać. - warknąłem.
- Bobby... nie rób nic głupiego. - jęknęła przestraszona Diana.
- To przez ciebie ja, Celia, a przede wszystkim on cierpi. - odparłem, powoli opuszczając go na dół.
- Nie chciałem go zabić, I swear!
- Żadne dragi cię nie usprawiedliwiają! - krzyknąłem mu w twarz. -  Rozumiesz?
Poczułem jak ktoś pociąga mnie za koszulkę.
- Te... łapy od naszego ziomeczka! - usłyszałem ten głos. 
Caleb Stonewall - ten który dobierał się do mojej dziewczyny, skwasiłby na kwaśne jabłko Willy'ego, a na dodatek podkusił tych dwóch do zabicia mojego przyjaciela Jude'a. Obróciłem się napięcie w jego stronę i zmierzyłem go ostrym wzrokiem. 
- Co-oo Shea-aa-rer. - popchnął mnie. - Strach cię obleciał. 
O nie - jemu nie daruję. Z furią rzuciłem się na niego i momentalnie powaliłem go na ziemię. Nawet nie zdążyłem zadać mu żadnego ponieważ Eric i Nathan szybko nas rozdzieli
- Uspokójcie się, cholera! - usłyszałem poddenerwowany głos Marka. 
- Blaze, przywal mu. - dopingowałem blondyna do walki.
- To nie czas na bójki. -  powiedział, podchodząc do Caleba. - Won stąd.
Przez ten zgiełk przyszli do nas ochroniarze.
- Jacyś problem, panowie? - spytał jeden z nich, mierząc to mnie to trójcę ćpunów podejrzliwym wzrokiem. 
- Tak. - sapnął Axel, wskazując na nich. - Tych trzech, nie powinno tu być.