Rozdział:4
" - Cześć Evans. - zagaił, patrząc mi głęboko w oczy, jakby rozmyślał, po co tu tak na prawdę przyszedł. - Nie wierzę w to co chcę powiedzię.. ale, postanowiłem grać z wami. - w środku cieszyłem się jak dziecko.
Przytuliłem go do siebie niespodziewanie. Będąc w tym uścisku, zauważyłem, kolejną postać, dziewczynę, brunetkę. Czy to może być.. To niemożliwe.
- Kapitanie, kto to jest? - spytał Kevin, wskazując na dziewczynę, zmierzającą w naszym kierunku. "
- Kapitanie, kto to jest? - spytał Kevin, wskazując na dziewczynę, zmierzającą w naszym kierunku. "
* No One's POV *
Chłopak nadal tępo wpatrywał się w to samo miejsce ponad pięć minut. Nie mógł uwierzyć w to co się dzieje. Najpierw pojawia się Axel z świetną wiadomością, a teraz widzi swoją, młodszą siostrę. Jak już wiecie, Mark był do niej bardzo przywiązany. Odkąd Diana wyjechała, czuł się pusto. Potrafił cały dzień przesiedzieć w domu i ryczeć przy jej zdjęciach. Jednak piłka nożna szybko zastąpiła tęsknotę za młodszą siostrą, ale nie całkowicie. Nie było minuty by rozmyślał o niej, nie zapomniał o niej. Codziennie zapewniał siebie, że zadzwoni, napisze. Jednak kończyło się to tylko słowami, a nie czynami. Już prawie pogodził się z tym wszystkim, a tak przynajmniej sobie wmawiał. A tu ni stąd ni zowąd, pojawia się ona. Brązowymi falami dziewczyny bawił się wiatr, a ona również stoi. Jednak nie trwa to długo, tęsknota wygrała i powolnym krokiem udaje się na boisko.Uśmiech gości na twarzach rodzeństwa. Dla tych dwojga czas się zatrzymał, zapomnieli o całym świecie. Ta cała sytuacja wzruszyła i poruszyła ich małe serduszka. Drużyna nadal zadawała kapitanowi pytania, jednak na próżno. On był skupiony, tylko i wyłącznie na niej. Patrząc w jej diamentowe oczy został oczarowany. Nagle do dziewczyny niespodziewanie podbiega Axel i ją przytula. Nastąpiła wielka wrzawa pytań i zdziwienia, do której również przyłącza i kapitan. Co się właściwie dzieje?
* Mark's POV *
♫
Jak zaraz ktoś nie obleje mnie kubełkiem wody, to pomyśle, że to sen. Ocierałem oczy i się szczypałem ponad milion razy. Nie wierzę... widzę moją małą Diankę, moją przyjaciółkę, moją podporę i moją siostrę. Czuje się wniebowzięty, patrząc w jej roześmiane w oczy. Gdy zaczęła podchodzić, nie miałem zamiaru tak stać, chciałem ją już mieć w objęciach. Ale wyprzedził mnie Axel, a mnie zostawił z wielką konsternacją z tyłu. Co się tu.. niech mi ktoś to należą wytłumaczy. Najlepiej jakby to było któreś z tej dwójki. Od ponad 15 sekund tuli moją siostrę tak jakby znali się kopę lat.
* Diana's POV *
♫
- Dan, minęło tyle czasu... - wyszeptał blondyn do mojego ucha.
Moja podświadomość mi wciąż podpowiadała, że powinnam go znać. Lecz pamięć mi w tym nie pomaga. Gdy powiedział Dan, wiedziałam, że ktoś mi bliski. Będąc w USA to zdrobnienie używało większość moich przyjaciół. Więc on musi być moim przyjacielem. Ach, no tak! Jak mogłam o nim zapomnieć? To Axel. Jak to się stało, że teraz się tulimy? Z Axel'em poznaliśmy się, dokładnie wtedy kiedy jego siostra miała wypadek. Miałam wtedy staż jako ratownik w pobliskim szpitalu. Tak jakoś potem wyszło, że zaczęliśmy się poznawać coraz bardziej. Aż w końcu zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi.
- Tak.. ja też tęskniłam. - urwałam, patrząc mu głęboko w oczy.
- Brakowało mi tego właśnie uśmiechu. - odparł, również się uśmiechając.
Zobaczyłam w końcu ten uśmiech, którego za często nie nosił na twarzy. Podczas naszych spotkań Blaze chodził jak struty i ponury. Moje policzki nabrały rumieńców.
- Nie chcę przerywać tak pięknej chwili... ale oni patrzą na nas jak na jakieś ufo.. - sapnęłam, pokazując na malutką grupkę patrzącą na nas. - Chodź.
Na te słowa blondyn uśmiechnął się zadziornie, palnęłam go w plecy. Udaliśmy się do nich.
- Mark.
- Diana.
* Mark's POV *
Czy ktoś łaskawie mi wytłumaczy to wszystko... Odchodzę od zmysłów, patrząc na to całą scenę wyjętą z niczym filmów romantycznych. Stoję tutaj jak idiota, nie świadomy niczego. Nadszedł czas aby to wszystko wyjaśnić, nadchodzą.
- Mark.
- Diana.
Zaraz nie wytrzymam, muszę ją przytulić, teraz. Ale nie chcę się wyłamać pierwszy, pomyśli, że jestem mięczakiem. Nie patrz na nią, kumasz? - przekonywałem siebie. Zobacz jaka ta ziemia jest interesująca! Czekaj, czekaj to głupie. I nim się obejrzałem obejmowałem moją kruszynę.
- Okej... co to, kto to i co się właściwie tutaj zadziałało? - sapnął Nate, łapiąc się za głowę.
No tak, jeszcze oni. To takie groteskowe, że wszyscy troje parsknęliśmy śmiechem.
- To jest moja siostra.. - wskazałem na nią. - Diana Evans.
- Siostra? - spytał Axel, lekko zdziwiony.
- Ups, chyba umknęło mi to nazwisko kiedy się tobie przedstawiałam... - jęknęła, gryząc swój palec.
- Może coś jeszcze ci umknęło, hm? - odparłem kąśliwie.
- Kapitanie... ty masz siostrę. - urwał Todd, podchodząc do dziewczyny i całując jej rękę. - Ależ ona piękna.
- Stary... nie radzę. - jęknął Willy, patrząc na ich maślane oczy.
- Ale dlaczego my jej nie poznaliśmy wcześniej? - zapytał zagadkowo Carson.
Wszystkie oczy zwróciły się na naszą trójkę.
- Hej.. po takich wielkich wrażeniach, mam ochotę na lody! Idziecie? - szybko odbiegła od tematu Diana.
Całą grupą udaliśmy się do najbliższej lodziarni. Każdy nie żałował sobie lodów i zimnych napoi. W końcu mamy co świętować.
- Chcę wytłumaczeń, już. - odparł Nate, kładąc majestatycznie szklankę.
- Ale niee-e - urwał Axel, ale Diana mu przerwała.
- No dobrze, należy się wam. - odparła, patrząc mu prosto w oczy. - Jestem młodszą siostrą tego tutaj. Pewnie powiesz, że nigdy mnie tu nie widziałeś. Masz rację. A to dlatego, że w wieku 5 lat miałam przeprowadzkę do zupełnie innego kontynentu, do Stanów, do ciotki. Ponad 13 lat tam mieszkałam, wtedy również poznałam Axel'a... Ale o tym opowiem przy innej okazji. Dzisiaj postanowiłam wrócić, na swoje, na stałe. Pytania? - odparła zgryźliwie, pakując łyżkę do ust i nadal nie spuszczając wzrok z chłopaka.
Ten natomiast najwyraźniej zdał sobie sprawę, że to nie było odważne posunięcie.
- Bieganie.. no nieźle. - odparła Dan. - Pościgamy się?
- No pewnie... Mów godzinę i będę tam. - odparł, łobuzersko się uśmiechając.
- Będziesz biegł niczym łania... - zażartował Max, udając wielkiego poetę.
- Na twoim miejscu nie kończyłbym. - spiorunował go wzrokiem blondyn.
- Ratownictwo, ale dlaczego? - zagadnął Max.
Spojrzała na mnie. To nie czas, by im o tym powiedzieć. Ona nie jest gotowa, tym bardziej oni.
- Zawsze lubiła pomagać. - wyręczył ją Axel.
- Mark, już późno. Mama nakazała obecność, więc...
Musieliśmy się zbierać, skoro mama tak powiedziała, to chodzi o coś ważnego. Przez to nie zauważyłem, jak się od niej odizolowałem. Trzeba to naprawić, póki jest jeszcze co.
- Wróciliśmy! - krzyknąłem na cały regulator, przekraczając próg drzwi.
Diana uciekła jak poparzona do pokoju. Bez pukania wszedłem do jej pokoju. Zobaczyłem, że w ręce ma jakieś kolorowe pastylki.
- Ja rozumiem, że ty mnie kochasz. Ale ile razy mam ci mówić abyś pukał?!
- Wiesz, że nie musisz się chować przede mną... - urwałem, kucając przy niej.
- Wiem, ale... nie chcę byś widział mnie jako chorą... ale jako siostrę. - urwała, uśmiechając się blado.
- Słucham? - nie myślałem, że ona się tak czuje.
- Ja... nie mam normalnego życia Mark. Moje zdrowie nie jest wspaniałe, a to leczenie... nie pomogło. - jęknęła, gryząc dolną wargę.
Zamknąłem drzwi, by rodzice nie usłyszeli.
- Jak..
- Odmówiłam... to miała być operacja.
- Czy ty jesteś poważna, Mark? Nie rozumiem... - sapnąłem, przecierając twarz.
- Nigdy tego nie zrozumiesz, bo nie wiesz co to jest.. - jęknęła, a po jej twarzy zaczęły płynąć łzy. - Ja już bym nigdy nie wróciła.
- Diana.. - jęknąłem, pohamowując łzy i szybko ją przytuliłem do siebie.
Wtedy do pokoju weszła mama.
- Dzieci, chodźcie. Już gotowe. - zasalutowała, uśmiechając się, widząc nas przytulonych.
- Okej, daj nam sekundkę. - i drzwi się zamknęły. - Mama wie?
- Nie i niech się nie dowiaduje...
- Ale Diana...
- Cicho. - uciszyła mnie. - Mam leki i jest okej. Zaufaj mi, proszę.
Zszokowało mnie to wszystko. Myśl, że już bym jej nie zobaczył, zmroziła mnie do kości.
*Diana's POV*
- My się znamy?
- Nie, pierwszy raz Cię widzę panno Evans. - odrzekł, robiąc ironiczną minę
- Daruj sobie pan tą ironię. - sapnęłam, machając na jego poczucie humoru.
- Jak się spało? - spytał, podchodząc do stołu.
- Serio, będziemy się bawić w Simon pyta? - mruknęłam, bijąc jego rękę. - Jadłeś śniadanie Alex.
Skrzywił się.
- Wiesz, że.. mam na imię.. - i wtedy wcisnęłam mu naleśnik w usta.
- Axel? - właśnie na dół szedł Mark.
- A no tak... tak masz na imię. - blondyn zmroził mnie wzrokiem.
- A co ty.. - wiercił dziurę mój brat.
- Chciałem zaprowadzić Dianę...
- To tak samo jak ja...
Szybko wtargnęłam do tej konwersacji.
- Dziękuję za troskę, trafiłabym. - odparłam, wystawiając im zadziornie język.
I tak oto w trójkę udaliśmy się do nowej szkoły. Nie patrząc na to wszystko Raimon to całkiem niezła szkoła. Mark akurat pisał sprawdzian z którego poszło mu nie najgorzej, Axel miał poprawkę, a ja miałam pogadankę z klasą. Wszyscy skierowali się od razu na stadion.
- To ja pójdę, nie chcę przeszkadzać w treningu.. - odrzekłam, powoli się odwracając.
- O nie... idziesz z nami kochana. - odrzekł Mark, szczerze się uśmiechając. - To najlepszy fragment tego dnia.
Po drodze minęliśmy mufinkarnię i kupiliśmy dla całej drużyny łakocie. Pędem udaliśmy się do domku klubowego.
Miałam tyle rzeczy w rękach, że postanowiłam, że z kopyta wyważyć drzwi, nie zważając na to, że w środku są ludzie.
- Mogę wiedzieć, dlaczego się... - urwała Silvia, ponieważ Jack i Todd od razu rzucili się na moje nogi.
Czuję, że stanę się ich ulubioną muzą, przy czym zdmuchnę Axel'a ze stołka "bohatera".
- Diana. - jęknął Todd, nadal trzymając się mojej kostki. - Pokażę ci nową apkę dla fanów Avangersów.
Czułam, że mam na sobie wzrok tych dwóch dziewczyn.
- Może później, co? Słyszałam, że ma wyjść nowy dodatek... ale to dopiero po godzinie.
- Chciałybyśmy wam coś pokazać. - rzekła Celia, pokazując na komputer.
Było to nagranie z meczu, niestety jakoś była niczym z tosterta. To bardzo dobry moment, aby wymknąć i zażyć tabletki. Po cichutku podeszłam do drzwi i lekko je uchyliłam. Wyszłam na dwór i zaczerpnęłam świeżego powietrza, ponieważ prawie bym się udusiła. Z torby wyjęłam paczkę dobrze znanych leków i w pośpiechu spadły mi na trawę. Schylając się po nie zauważyłam, że ktoś jest za drzewem. To bardzo mnie zaintrygowało, ale w końcu stwierdziłam, że to pewnie moja bujna wyobraźnia. Wypiłam tabletki i wróciłam z powrotem do środka. Postanowiłam trochę ich wystraszyć. Zaczęłam po cichutko do nich podchodzić. Miałam zamiar skoczyć na któregoś z nich. Moją ofiarą będzie Nathan. Bez zastanowienia wskoczyłam na jego plecy. A ten jakby wiedział, że zaatakuję, gdyż zaczął się zachowywać jak mały niesforny kucyk. Wszyscy wpadli w śmiech, włącznie ze mną.
- Diana, złaź! - krzyczał, próbując mnie strącić z siebie.
- Ani mi się śni! Jesteś zbyt fajnym pegazem, aby z ciebie zejść.
- Okej sama tego chciałaś Evans! - powiedział, po czym zaczął obracać wokół własnej osi.
Nawet nie wiedział jaką mi sprawiał radość. Uwielbiam karuzele i wszystko co się szybko kręci! W końcu i ja i "mój pegaz" zmęczyliśmy się i zeszłam z pegaza Swifta. Zajęłam spokojnie miejsce obok niego i Axel'a.
- To jest za wiele.... co on tutaj robi? Myślałem, że to ja jestem jedynym napastnikiem. - warknął w stronę Mark'a.
Ten spuścił wzrok.
- Nathan? Co jest?
- Oglądałaś mecz, prawda? No więc... po tym meczu to Blaze stał się idolem reszty chłopaków. To doprowadza Kevin'a do wściekłości, a mówiąc prościej jest zazdrosny. - westchnął, pocierając kark.
- Spokojnie lalusiu, zluzuj gatki.
- Zaraz mu przywalę, trzymajcie mnie! - podleciał w stronę Blaze'a z pięściami.
Weszłam miedzy nich dwóch. Jutro mają mecz, a nie chcę aby się dziś pozabijali.
- Uspokójcie się!
- No ale...
- ...Diana
- Nie interesuje mnie to, kto zaczął. Podać sobie ręce już. - zagrałam, piękną rolę matki roztrzygając spór po między swoimi dziećmi.
- Nie ma mowy...
Spojrzałam wymownie w stronę obu.
- Trening jest. Albo się zaczniecie tolerować albo obaj wylecicie. - fuknął ich kapitan, a oni momentalnie podali sobie ręce.
Potem cała grupa udała się na trening, postanowiłam popatrzeć jak grają. Nie powiem, trochę interesuję się piłką, ale zdecydowanie wolę śpiewać.
* Mark's POV *
♫
To już dziś. Ten mecz... jest jedną, wielką o udział w turnieju strefy turnieju. Dzięki Axel'owi, Kevin'owi oraz naszemu zaangażowaniu mamy wygraną w kieszeni. Już od ponad 3 godzin trenujemy tutaj na boisku, po mimo zmęczenia. Mecz ma się zacząć punktualnie o godzinie 18. Jeszcze czas, który nie można marnować . Oglądając nagranie z ich meczu, nabrałem wrażenia, że walczymy z niesamowitym a zarazem tajemniczym graczem (liceum Czarnej Akademii). Niemalże od razu po treningu zostaliśmy wygonieni przez dziewczyny do łazienki. Nie dziwię im się, śmierdzę tak jakbym się nie mył całe życie, a moja twarz wygląda jak jeden wielki brud. Wyszliśmy czyściutcy i udaliśmy się prosto na boisko. Tam już czekał na nas nasz rywal. Czuję się przy nich tak dziwnie. Nie wiem... a tam, pewnie to przez stres. Przywitałem się z ich kapitanem, Wiktorem. Ciarki po tym uścisku pozostały mi non stop. Trener spojrzał na nas, lecz podszedł tylko i wyłącznie do Axel'a.
- Witaj, Axel. Mam nadzieję, że nie będziesz dla nas surowy... Jesteś świetnym piłkarzem. - jego głos była szorstka i bardzo mroczna.
- Hola hola gościu... - wyrwał się Dragonfly. - Nie zapominaj, że w drużynie mamy 2 napastników.
- O chłopcze. - podszedł do niego i maksymalnie się do niego przybliżył. - Jesteśmy tutaj ze względu na pana Blaze'a... bez niego, jesteście nikim.
Poczułem ukłucie prosto w moje serce. Niech myśli, że ma rację... on jeszcze nie wie z kim zadarł, patrząc na wspaniały strzał Dragonfly'a.
* No One's POV *
Zaczęło się, kolejne spotkanie, spotkanie tytanów. Wiktor zaczyna ten mecz celnym podanie do Watsona, a ten z szybkością celuje w stronę bramki Raimonów. Był to na tyle zwykły strzał, że Mark z łatwością ją broni. Nie zwlekając toczy piłkę do Todd'a, który niezdarnie podaje do Steve'a.
- Podaj do mnie, Grim. - krzyczy Kevin
Chłopak po chwili namysłu przekazuje piłkę. Dragonfly perfekcyjnie omija obronę przeciwnika i podąża do jego bramki. Już nikt go nie zatrzyma. Stosuję swoją tajną technikę.. Pojawia się przy nim smok, a piłka niczym SMOCZY CIOS wpada do bramki. 1:0 dla Raimon'a, gospodarze wychodzą na prowadzenie. Zapowiada się na to, że to będzie bardzo szybki mecz. "Nie chwal dnia przed zachodem słońca." I ponownie kolejny gol zdobyty przez Kevin'a. Chłopcy zbijali sobie żółwiki i stali się zbyt pewnie siebie.
Nie wiedzieli jednak, że przeciwnik chowa coś w zanadrzu.
"STÓJ I DRŻYJ, I DRŻYJ I STÓJ I PATRZ I PŁACZ I NAS SIĘ BÓJ."...
hej,hej!
witam was w kolejnym rozdziale.
wielkie spotkanie po latach czy to nie urocze? <3
piszcie w komentarzach jak wam się podoba ten rozdzialik.
szczerze mówiąc to pisałam go 2 dni. ;'c
już prawie dobijamy do 300 wyświetleń, dziękuję. :)))
także see ya! :3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz