Rozdział:28
- Chodźmy do parku. - powiedział, łapiąc mnie za rękę.
A ja o dziwo, nie wyrywałam się z jego uścisku. Przechadzaliśmy się po parku, tą porą było tutaj pusto, zajęliśmy ławkę przy wysokim dębie. Usiedliśmy na jednej z ławek, Jude przez dobrą chwilę patrzył na mnie i najwidoczniej próbował rozgryźć moje kolejne kroki.
- Co tam u ciebie?"
* Jude's POV *
♫
Szliśmy w ciszy, złapani za ręce - co było dla mnie dziwne, gdyż wcześniej nawet nie zamierzała się do mnie zbliżać, a co dopiero dotknąć. Nie patrzyła się na mnie, a jej głowa była spuszczona w dół jakby się nad czymś zastanawiała. Po chwili przysiedliśmy na najbliższej ławeczce.
- Co tam u ciebie? - wypaliła.
Co ona znowu kombinuje? Chciała porozmawiać, a pierwsze co zadaje mi najgorszy typ pytania z wszystkich możliwych! W co ona gra? Może powinienem przestać główkować. Ważne, że przyszła, że jest. Nie szamocze się we wszystkie strony jak przy poprzednim spotkaniu. Teraz patrzyła mi prosto w oczy, szukając odpowiedzi na jej własne pytania.
- Trzymam się.
- Łżesz. - sapnęła, podnosząc brwi. - Rusza ci się prawa powieka, kłamiesz
- Znasz mnie na wylot...
- Nie do końca. - pokiwałem na to głową, ponieważ miała rację.
- No tak... nie poznaliśmy a ż t a k dobrze.
- Dlaczego udawałeś takiego dupka?
Spojrzałem na nią zdziwiony jej bezpośrednim zachowaniem i pytaniem. Co mam jej powiedzieć? Musiałem, no cholera musiałem, inaczej Dark zrobiłby mi piekło i już bym nigdy nie zobaczył moich przyjaciół, a z Celią bym się już przenigdy nie skontaktował. Ale czy to ją usprawiedliwi.
- Na prawdę chciałbym ci powiedzieć. - jęknąłem.
- Poniekąd znam odpowiedź na to pytanie.
- Jak?
- Joe mi powiedział. - urwała, zagryzając wargi. - Zanim wyjechałam spotkałam Joe'ego. Powiedział mi o twojej umowie z trenerem i kontrakcie na całe życie... teraz wiem, że chodziło ci o Celię.
- Diana... - sapnąłem, łapiąc ją za rękę.
Ona ją lekko ścisnęła.
- Jednak to cię nie usprawiedliwia... to jak mnie traktowałeś..
- Nie zasługiwałaś na to. - wyrwałem się, spojrzała mi głęboko w oczy. - Zniszczyłem w tobie wszystko co piękne...
- Wiesz co jest najśmieszniejsze? - zaczęła się nerwowo śmiać. - Ja nadal nie umiem w to uwierzyć... Po tylu latach, ja próbuje się wypierać tego, jednak widząc moje nadgarstki... pamieć wraca.
Po jej policzku spłynęła łza. Jestem chujem! Czuję się najgorzej na świecie, ponieważ nic tak faceta nie boli jak łzy kobiety. Jak ja mogłem sam z tym żyć? Jak mogłem do tego dopuścić? I po tym wszystkim iść dalej?! Kurwa mać, kochałem ją to znaczy... kocham. Lecz szala się przechyliła, w końcu miałem w interesie tylko samego siebie. Pieprzony egoista.Uniosłem rękę do góry i miałem ochotę uderzyć się w twarz.
- Co ty robisz?! - krzyknęła, szybko łapiąc moją dłoń.
- Sam sobie wymierzyłem sprawiedliwość. - odparłem. - Za to wszystko.
- Nie wróci mi to szczęścia, Jude. - urwała, przecierając twarz.
- A więc co mam zrobić? - złapałem ją za dłonie.
- Chcę abyś o mnie zapomniał. - te słowa przeszły jej trudno przez gardło. - Nie staraj się o jakiekolwiek drugie szanse. To koniec.
- A więc to tak się skończy? - spytałem, patrząc w jej stronę.
- Nie mogę sobie pozwolić na więcej.. zrozum. - jęknęła.
- Czyli... to oficjalne pożegnanie? - puściłem jej dłonie. - Nie mów mi, żebym zapomniał. Bo nawet gdybym miał wypadek i amnezja przeżarłaby mi mózg, to nie zapomnę... o twoich włosach, perfumach od Dior'a oraz twojego śmiechu.
- Nie utrudniaj mi tego...
- ...Byłaś moim szczęściem, które sam spaprałem. Ale skoro tak chcesz... to nie będę na ciebie naciskał, ale nie mogę sobie samemu zaprzeczać. Kocham cię.
Westchnęła głęboko.
- Nie chcę cię trzymać w zamkniętej klatce, bądź wolna.
- Dziękuję. - wydukała.
- Ale ja wierzę, że pewnego dnia to wszystko wróci i znów będziemy razem.
Dziewczyna znienacka musnęła lekko moje wargi.
- Do widzenia, Jude. - odrzekła, powoli odchodząc.
Poczułem jakby odeszła cześć mnie. I już chciałem cofnąć czas, chciałem za nią biec, ale dobrze wiedziałem, że to nie ma najmniejszego sensu. Zacząłem ryczeć jak dziecko, ale boleśnie sobie uświadomiłem, że...czas na zmiany. Wiele lat nie byłem sobą, a teraz... Panie i Panowie Prawdziwy Jude Sharp wraca na rejony.
* Diana's POV *
♫
- Chcę abyś o mnie zapomniał. - mimo, że te słowa wiele razy wypowiadałam w jego stronę, w tym momencie stały się trudniejsze. - Nie staraj się o jakiekolwiek drugie szanse. To koniec.
- A więc to tak się skończy?
- Nie mogę sobie pozwolić na więcej.. zrozum.
- Czyli... to oficjalne pożegnanie? - puścił moje dłonie. - Nie mów mi, żebym zapomniał. Bo nawet gdybym miał wypadek i amnezja przeżarłaby mi mózg, to nie zapomnę... o twoich włosach, perfumach od Dior'a oraz twojego śmiechu.
- Nie utrudniaj mi tego... - czułam, że zaraz zmienię swoją decyzję, którą mój rozsądek uważał za słuszną.
- ...Byłaś moim szczęściem, które sam spaprałem. Ale skoro tak chcesz... to nie będę na ciebie naciskał, ale nie mogę sobie samemu zaprzeczać. Kocham cię.
Westchnęłam głęboko.
- Nie chcę cię trzymać w zamkniętej klatce, bądź wolna.
- Dziękuję. - mój głos zaczął się łamać.
- Ale ja wierzę, że pewnego dnia to wszystko wróci i znów będziemy razem.
To wszystko co mogę dla niego zrobić, znienacka musnęłam lekko jego wargi.
- Do widzenia, Jude. - odrzekłam, powoli odchodząc.
Mimo wszystko, poczułam jakiegoś rodzaju ulgę. Chyba rozdział Jude jest u mnie zamknięty i to już na zawsze. Po drodze spotkałam Bobby'iego, był rozweselony i uśmiechnięty jak głupi do sera. To nie był ten jego typowy uśmiech - coś się musiało stać.
- Heej gwiazdo. - odparł, przytulając mnie do siebie. - Co ty tu robisz?
- Właśnie oficjalnie zakończyłam związek z Sharp'em.
- Auć. - syknął. - Wszystko jest okej? Potrzebujesz jakieś antydepresanty?
- Nie. - zapewniłam go. - Mam się w miarę dobrze. A ty... Króliku Bugsie, jak tam?
- Czemu od razu Królik? - uniósł jedną brew do góry. - Moje ząbki są takie białe i proste, a me włosy wspaniałe.. a ty mnie od animowanego stworzenia wyzywasz.
- Auć. - syknął. - Wszystko jest okej? Potrzebujesz jakieś antydepresanty?
- Nie. - zapewniłam go. - Mam się w miarę dobrze. A ty... Króliku Bugsie, jak tam?
- Czemu od razu Królik? - uniósł jedną brew do góry. - Moje ząbki są takie białe i proste, a me włosy wspaniałe.. a ty mnie od animowanego stworzenia wyzywasz.
- Oj tam, oj tam. - poklepałam go po plecach.
- Ale.. kij z tym. - machnął ręką.
- Coś jest na rzeczy... zachowujesz się inaczej.
- Dobrze powiem ci sekret... - nachyliłam się do niego, a on
wyszeptał. - Jestem z Celią.
Zaczęłam piszczeć jak oszalała. Wiedziałam, wiedziałem i WIEDZIAŁAM! Bardzo dobrze, że posłuchała mojej rady. Mimo tego, że zakończyłam mój związek, bardzo się cieszę. Tak to jest... coś musi umrzeć, by narodziło się nowe.
- I ty mi to teraz mówisz? - palnęłam go w ramię. - Musimy to opić. To co zapraszam cię na sok marchewkowy.
- Z chęcią. - odparł, poruszając śmiesznie brwiami.
- Ale.. kij z tym. - machnął ręką.
- Coś jest na rzeczy... zachowujesz się inaczej.
- Dobrze powiem ci sekret... - nachyliłam się do niego, a on
wyszeptał. - Jestem z Celią.
Zaczęłam piszczeć jak oszalała. Wiedziałam, wiedziałem i WIEDZIAŁAM! Bardzo dobrze, że posłuchała mojej rady. Mimo tego, że zakończyłam mój związek, bardzo się cieszę. Tak to jest... coś musi umrzeć, by narodziło się nowe.
- I ty mi to teraz mówisz? - palnęłam go w ramię. - Musimy to opić. To co zapraszam cię na sok marchewkowy.
- Z chęcią. - odparł, poruszając śmiesznie brwiami.
Spojrzałem na ekran, Jude. Wiem, że nie powinienem tak myśleć, ale oczekiwałem najgorszego. Jest moim przyjacielem i nie powinienem tak sądzić. Ale jako, że już trochę zapoznałem się z jego osobą i historią, to czarny scenariusz jest bardzo prawdopodobny. Poza tym, jest już trochę późno, na taką zwykłą rozmowę. Wiem, pewnie pomyślicie, że to trochę dziwne, że się martwię o takiego gnojka, który skrzywdził moją siostrę... ale, w tych czasach był pogubiony - ja mu wierzę. Przypuszczam, że pomiędzy Dianą a nim doszło do nieprzyjemnej wymiany zdań, tak jak dzisiaj rano, nie mogę tego tak zostawić, nie mogę j e g o tak zostawić.
- Halo?
- Witam i o zdrowie pytam.
- Jude, coś się stało?
- Ogłaszam wieści nowe... zakończyłem związek z twoją siostrą.
- Piłeś?
- Eeem hehehehe, ależ skądżżżżżże.
- Gdzie jesteś?
- Nie powiem... to tajemnica!
- Sharp.
- E-evans.
- Nie cackaj się ze mną, mów... gdzie jesteś.
- A nie powiesz nikomu?
- Niech cię...
- No d-dobra.. jestem w barze. - rozłączyłem się.
Pośpiesznie nałożyłem na siebie płaszcz i ruszyłem w drogę, na najbliższy przystanek, najszbciej autobus miał się zjawić o godzinie dwudziestej pierwszej. Więc usiadłem na przystanku i zacząłem nerwowo stukać nogą. Modliłem się, aby nie wpakował się w jakieś kolejne gówno. Chwilę później byłem na miejscu.
- Daj mi piwo. - wymamrotał Jude, pchając szklankę do barmana.
- Chyba panu wystarczy... - odparł niewzruszony barman (który, za pewnie takie sytuacje ma na porządku dziennym), polerując kufelek.
Szybko podszedłem bliżej do baru, a tam obraz nędzy i rozpaczy - zobaczyłem całego zalanego w 3 dupy Jude'a, a jego oczy były czerwone od płaczu.
- Markuniu! Przyjacielu kochany! - jęknął, wieszając się na mojej szyi.
- Wychodzimy stąd. - warknąłem.
- Nie. - oderwał się ode mnie. - Ja sobie tylko świętuje zerwanie stulecia, prawda proszę pana? - zwrócił się do barmana.
Co on robi? Przecież nie jesteśmy jeszcze pełnoletni. To nie jest odpowiedni środek przeciwbólowy na problemy, to może się nawet przerodzić w nałóg i to tak w młodym wieku. Spojrzałem na jego twarz, jego spojrzenie było puste, jak on sam w tym momencie. Darzył mnie teraz swoim pijackim uśmiechem i przypominał pijany statek. Nie dam sobie z nim rady sam, dlatego wyciągnąłem telefon i napisałem do Axela.
do BLAZEONMYFACE: Przyjedź do baru. Teraz.
od BLAZEONMYFACE: Okej, daj mi pięć minut.
I nim się obejrzałem blondyn przepychał się po między tłumem ludzi.
- Co on tu robi? - spytał, podchodząc do Sharp'a.
- Jeszcze się pytasz... - załapał przyczynę nietrzeźwości Jude'a.
- Widać że, chłopak nie mógł do pełnoletności doczekać.
- Najwidoczniej. - odparłem, wzdychając.
- Skąd w ogóle ma to piwo? - włączył mu się stróż prawa.
- Jego pytaj. - wskazałem na barmana.
Po tych słowach blondyn szybko podszedł do mężczyzny
- W czym mogę pomóc? - sapnął, nadal szlifując jeden i ten sam kufel.
- Teraz już pan nam nie pomoże. - przetarł twarz ręką, po czym wskazał na delikwenta. - Sprzedałeś właśnie nieletniemu alkohol, wiesz ile ci za to grozi?
- Ey, nie potrzebuje niani Blaze... jam jest król Akademi, ug-ginajcie się kolana ludu!
- Na pewno jest inny sposób by to załatwić... ja nie wiedziałem. - bronił się mężczyzna.
Blaze chwycił go za koszulkę.
- Obiecuję ci, że zgnijesz w pierdlu. - odparł, popychając go na alkohole, które stały za nim.
- Dobra, zmywamy się! - krzyknąłem biorąc Jude'a pod rękę i ciągnąc drugą rozwścieczonego Blaze'a. - Już!
Zamówiłem taksówkę najszybciej jak się da i wróciliśmy do domu. Na szczęście moi rodzicie poszli na imprezę urodzinową pana Jefferson'a - oznacza to, że mogę łatwo zatuszować ślady tego co się dzisiaj stanie w tym domu.
- Jesteście najlepszymi przyjaciółmi pod słońcem! - opadł na kanapę. - Ale jutro będę grzeczniejszy obiecuję... na mały paluszee-ek!
I w tym momencie do domu weszła Diana, czy może być jeszcze gorzej?
***
- A więc to tak? - dźgnęłam w bok Shearera, po tym gdy usłyszałam historię.
- Tak... nie myślałem, że mi się to uda. - odparł nieskromnie.
- Proszę cię. - parsknęłam.
- Okej... może i myślałem. - zaczęliśmy się śmiać. - To mój pierwszy tak poważny związek.
- Na to wygląda.
Prawie dochodziliśmy do mojego domu.
- Jakieś rady, Evans? - spojrzał na mnie jak na doświadczoną w tych sprawach.
- Nie spartol tego. - rzuciłam przez ramię, zamykając furtkę.
Z daleka pomachałam mu i chwyciłam za klamkę.
- Jesteście najlepszymi przyjaciółmi pod słońcem! - usłyszałam znajomy głos. - Ale jutro będę grzeczniejszy obiecuję... na mały paluszee-ek!
Moim oczom ukazał się czerwony, na dodatek pijany Jude, leżący na kanapie, obok niego stał Mark i Axel. Obdarzyłam ich znaczącymi spojrzeniami, a oni wymownie spojrzeli po sobie. Usiedliśmy wszyscy przy jednym stole, nastąpiła cisza, tylko słychać było pomrukiwania na kanapie. Odkąd zobaczyłam Jude'a w naszym domu, ci dwaj tylko patrzą po sobie i milczą.
- Tak... nie myślałem, że mi się to uda. - odparł nieskromnie.
- Proszę cię. - parsknęłam.
- Okej... może i myślałem. - zaczęliśmy się śmiać. - To mój pierwszy tak poważny związek.
- Na to wygląda.
Prawie dochodziliśmy do mojego domu.
- Jakieś rady, Evans? - spojrzał na mnie jak na doświadczoną w tych sprawach.
- Nie spartol tego. - rzuciłam przez ramię, zamykając furtkę.
Z daleka pomachałam mu i chwyciłam za klamkę.
- Jesteście najlepszymi przyjaciółmi pod słońcem! - usłyszałam znajomy głos. - Ale jutro będę grzeczniejszy obiecuję... na mały paluszee-ek!
Moim oczom ukazał się czerwony, na dodatek pijany Jude, leżący na kanapie, obok niego stał Mark i Axel. Obdarzyłam ich znaczącymi spojrzeniami, a oni wymownie spojrzeli po sobie. Usiedliśmy wszyscy przy jednym stole, nastąpiła cisza, tylko słychać było pomrukiwania na kanapie. Odkąd zobaczyłam Jude'a w naszym domu, ci dwaj tylko patrzą po sobie i milczą.
- Mogę wiedzieć... co on robi u nas w domu? - spytałam prosto z mostu, patrząc na nich naprzemiennie.
- To przez waszą rozmowę. - odparł Axel.
- Nie wiem co mu powiedziałaś, ale.. - przerwałam Markowi jego akt oskarżenia.
- Nie wiem co mu powiedziałaś, ale.. - przerwałam Markowi jego akt oskarżenia.
- Hej, hej. - wstałam z krzesła. - Zanim wysuniesz swoje pazurki na mnie powinieneś wiedzieć, że... to nie moja wina, tylko i wyłącznie jego.
- To znaczy?
- Rozmowa przebiegała normalnie. Uświadomiłam mu, że to koniec i nie dałam mu żadnych złudzeń, że będzie kiedyś moim chłopakiem.
- To znaczy?
- Rozmowa przebiegała normalnie. Uświadomiłam mu, że to koniec i nie dałam mu żadnych złudzeń, że będzie kiedyś moim chłopakiem.
- Diana...
- Nie, Mark. - zatrzymałam go. - Nie będę się nad nim użalać. To moja i tylko moja decyzja i jej nie zmienię. Co najważniejsze... on uszanował tą decyzję.
- O matulu... mój łeb... - spytał oszołomiony, rozglądając się. - Co ja tu robię?
- Witaj w świecie żywych... tak mi się wydaje. - nie mógł się powstrzymać od tych słów Axel, a ja kopnęłam go w kostkę.
- Fajnie było... na początku. - syknął, siadając na sofie.
- Usatysfakcjonowany? - spytał Mark z ironią w głosie. - Napiłeś się jak świnia, upodliłeś się jako człowiek i na dodatek może ci grozić więzienie.
- Kurwa. - powiedział, łapiąc się za głowę.
- Kac morderca, nie ma serca. - podsumowując jego stan i mając już kompletnie dość, poszłam do swojego pokoju.
Myślałam, że to koniec... no ale, nie można mieć wszystkiego na raz prawda?
- Co zrobił? - złapałam się za głowę, słuchając relacji Diany z wybryku mojego brata. - Jak z dzieckiem, zaraz sobie z nim pogadam.
Właśnie dostałam ten telefon od Diany. Jedyne co zapamiętałaam to: Jude, zalany całkowicie, i to w ich domu. Czy to jakiś żart? Jude nigdy by nie tknął alkoholu przed 18-stką, obiecał mi to. No właśnie... Tamten Jude gdzieś się zgubił. Teraz sama nie wiem kim on jest, jest zmienny i ciągle jest inny. Raz jest idealnym, troskliwym bratem, a potem zachowuje się jak nieodpowiedzialny gówniarz.
- Coś się stało? - oderwał się od ekranu swojego telefonu Shearer.
- Szkoda gadać...
- Chodzi o Jude'a, tak? - spytał, uśmiechając się. - Upił się?
- To cię bawi? - krzyknęłam, wstając.
- A taki wielki abstynent był... - urwał, również wstając. - Nie wkurzaj się, ja również nie jestem święty, jeśli chodzi o te sprawy..
Wytrzeszczyłam oczy.
- A no tak... miałem ci to powiedzieć w odpowiednim czasie.- podeszłam w jego stronę, głaszcząc dłonią jego twarz.
- Spodziewałam się tego.
- To wszystko? - odparł zaskoczony moją reakcją. - Gdzie to gadanie, że jeśli tego nie przestaniesz to zerwę z Tobą i to całe bla bla bla?
- Jesteś szczery, a to jest najważniejsze. - sapnęłam. - Poza tym lubię cię.
- Lubisz?
- No dobra... - na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. - Szaleje za tobą.
Ucałowałam czubek jego nosa.
- Dobrze wiem, że piszczysz na mój widok. - wymruczał, oplatając swoje ręce wokół mojej talii.
- Skormniacha!
- Słońce ty moje. - uśmiechnął się i zakręcił mną. - Razisz mnie niesamowicie... Ale co mi tam, najwyżej przez twoje promyczki będę miał bąble na twarzy.
Zaczął składać małe pocałunki na mojej szyi. A wtedy zorientowałam się, że miałam inne plany - muszę pogadać z Jude'm. To nie może czekać, mimo, że nie chciałam by ta chwila się kończyła.
- Odwieź mnie od Sharp'a.
- Nie wjeżdżaj na niego, okej. - odparł poważniej. - Świat mu się załamał wczoraj.
- Bobby. Zbyt długo starałam się nie prawić mu żadnych morałów. Niby jest moim starszym bratem i wiadomo jak to jest, ale... muszę go poprowadzić.
- Zerwał z dziewczyną... Co byś zrobiła na jego miejscu? Bo ja to samo.
- Może... masz rację. - odparłam.
* Jude's POV *
♫
Przechodziłem przez to miasto ponad 10 minut, jednak mój jeszcze pijany umysł twierdził, że chyba wlekłem się bitą godzinę. W końcu doszedłem na przystanek, autobus pojawił się chwilę potem, gdy usiadłem zaledwie na kilka sekund. Zapłaciłem kierowcy za bilet i usiadłem z tyłu. Założyłem kaptur na głowę i wtedy poczułem wibrację w kieszonce mojej bluzy, więc wyjąłem telefon - Celia. O nie, nie, ja się jeszcze nie doprowadziłem do dobrego stanu, żeby z nią gadać. Chce mi rzygać jak nigdy i nawet nie wiem czy idę w dobrą stronę. Matko... Na co mi to było? Co ja zrobiłem? Sam nie wiem. Mój mózg się po rozmowie z Dianą się wyłączył kompletnie, a rozżalone serce chciało się choć na chwilę uspokoić. Tak jakoś wyszło, że moje nogi same zaprowadziły mnie do tego miejsca. Nawet nie pamiętam jak przekonałem barmana, że jestem pełnoletni. Nawet nie pokazałem dowodu, a gość był skłonny mi uwierzyć, jak widać, jestem dość przekonujący. Celia nadal nie dawała za wygraną, pomimo, że ją zbywałem. Postanowiłem więc wyciszyć telefon. Autobus zatrzymał się kilka metrów od mojego domu. Po cichutku wszedłem niepewnie do domu. Niby mówi się, że dom to bezpieczne miejsce dla każdego, jednak tym momencie nie zgadzałem się z tym stwierdzeniem.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie byłeś? - spytał ojczym, kiedy jeszcze nawet nie przestąpiłem progu domu.
- Uczyłem się u Bobby'eigo.
- A to ciekawe. - rozgryzł mnie. - Przedzwoniłem do wszystkich twoich znajomych, a w tym do pani Shearer. Nie kłam mnie.
- Nie kłamię cię. - próbowałem iść w zaparte. - Po prostu byłem u Bobby'iego, wtedy kiedy nie było jego mamy.
On tylko pokiwał na to wszystko głową, a ja szybko wszedłem do pokoju. Złapałem się za głowę, mój mózg był jak bomba zegarowa, która tykała za każdym kiedy chociażby mrugałem. Położyłem się na łóżku, patrzyłem w sufit i próbowałem sam siebie przeanalizować. Chwyciłem jakieś tabletki na mój ból i je łyknąłem. Bomba rozbrojona. Poszedłem pod prysznic, ponieważ śmierdzę szczurem, a kiedy się wykąpałem, wyciągnąłem pierwsze lepsze ubrania, leżące na półce w mojej szafie. Usłyszałem kroki, spodziewałem się, że należą one do mojej siostrzyczki. I nie myliłem się, nie wiele brakowało, a drzwi wyleciałyby z zawiasów.
- Co ty sobie wyobrażasz?
- Chciałbym się wyspać, a potem pójść na jakąś pizzę.
- Jude nie traktuj mnie jak idiotkę! - odparła, zamykając drzwi. - Wszystko wiem od Diany. To jest chore...
- Wyślij mnie do psychiatryka w takim razie. - odparłem, kładąc się na łóżko. - Nie mogę się doczekać, aż dostanę od nich list.
- Nie kpij ze mnie.. - usiadła obok mnie. - Nie wiem co się dzieje... ale nie jesteś sobą.
- Słucham? - podparłem się łokciami. - Może nie jestem idealnym bratem, ale podoba mi się ta nowa strona siebie. Poznaję sam siebie na nowo każdego dnia, obiecuję się poprawić... ale pozwól, że ja to zrobię.
Ona zaniemówiła, szybko wyszła z pokoju, a ja podążyłem za nią. Dobiegłem do otwartych drzwi wejściowych, które były otwarte. Zobaczyłem Bobby'ego i Celię wpadającą w jego objęcia - on są razem. Machnąłem na to ręką - w końcu to jej życie, w przeciwieństwie do niej nie zamierzam się w to wtrącać.
Spojrzałem jeszcze raz przez okno, by się upewnić. Rozmawiali, chyba czeka mnie druga konfrontacja z Bobby'm. Chłopak pocałował Celię na pożegnanie i zbliżał się w stronę moich drzwii. Nim zdążał w nie nawet zapukać, ja szybko mu otworzyłem. Zaprosiłem go do środka, weszliśmy po schodach do mojego pokoju.
- Chciałbym porozmawiać...
- Celia cię wysłała, co? - odparłem, na co chłopak się ogromnie zdziwił.- No tak.. w końcu ty i Celia, ale okej nie będę ci psuł przemowy.. no mów.
- Jestem związku z twoją siostrą, Celią. Czy masz jakieś przeciwwskazania? - spytał zatrwożony.
- Nie, cieszę się, że moja siostra teraz bardziej skupi się na sobie niż na mnie.
- Brachu, ona po prostu się o ciebie martwi. - poklepał mnie po ramieniu. - Ostatnio upiłeś się do nieprzytomności w barze, nie odbierałeś telefonów.
- Nie musi na prawdę. - sapnąłem. - Prawda, upiłem się i nie jestem z tego powodu dumny. Ale teraz staram się siebie rozumieć jak najlepiej. I czasami tak będzie, że kompletnie nie będę wiedział co robię, tak jak wtedy w barze.
- Każdy daje ci drugą szansę, nie zmarnuj jej.
- Spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność w takim razie. - westchnąłem, na co blondyn wstał i podał mi dłoń.
- Między nami wszystko okej, bracie? - spytał, nadal wyciągając rękę w moją stronę.
- Jasne, braci się nie traci!
* No One's POV *
Tymczasem pan Sharp, który miał głowę zanurzoną w papierach, otrzymał dość zaskakujący telefon. Nadawca nawet się nie przedstawił.
- Dzień dobry, w czym mogę panu pomóc.
- Ma pan syna, tak? Jude Sharp?
- Tak, tak. Ale... do czego pan zmierza?
- Powiem wprost. Jestem trenerem club'u należącego do gimnazjum Raimon, chciałbym złożyć panu i pańskiemu synu pewną ofertę.
- Jaką?
- Słyszałem, że Jude i Akademia przegrali ostatni mecz. Wiele zawodników po tym zdarzeniu trafiło do szpitala. Jako, że zespół ten jest na daną chwilę niedyspozycyjny... chciałbym aby właśnie on dołączył do naszego club'u.
- Jest tylu wspaniałych piłkarzy.. dlaczego padło akurat na niego.
- Widzę wielki potencjał w tym chłopaku.
- Skoro tak..
- Aż żal patrzeć jak cierpi bez piłki.
- A więc... zgadzam się!
- Fantastycznie. Czy syn mógłby przyjść w następną środę o 15 do kawiarni, która się mieści się na ul. Dona Chichota 34? Omówiłbym z nim parę spraw, dotyczących clubu.
- Nie mam nic przeciwko.
- Dziękuję panu, na wszelki wypadek będziemy w kontakcie.
- To ja dziękuję.
hej, hej!
hehe wiem, przedtem nie dodałam notki Xdddd
taki tam mały nieistotny szkopuł
ale, ale
dużo się dzieje
Jude z kacem, Celia z mętlikiem w głowie
a Diana próbuje odnaleźć wewnętrzny spokój
mam nadzieję, że rozdział się spodoba
komentujcie!
cium
~ gejzerka
Właśnie dostałam ten telefon od Diany. Jedyne co zapamiętałaam to: Jude, zalany całkowicie, i to w ich domu. Czy to jakiś żart? Jude nigdy by nie tknął alkoholu przed 18-stką, obiecał mi to. No właśnie... Tamten Jude gdzieś się zgubił. Teraz sama nie wiem kim on jest, jest zmienny i ciągle jest inny. Raz jest idealnym, troskliwym bratem, a potem zachowuje się jak nieodpowiedzialny gówniarz.
- Coś się stało? - oderwał się od ekranu swojego telefonu Shearer.
- Szkoda gadać...
- Chodzi o Jude'a, tak? - spytał, uśmiechając się. - Upił się?
- To cię bawi? - krzyknęłam, wstając.
- A taki wielki abstynent był... - urwał, również wstając. - Nie wkurzaj się, ja również nie jestem święty, jeśli chodzi o te sprawy..
Wytrzeszczyłam oczy.
- A no tak... miałem ci to powiedzieć w odpowiednim czasie.- podeszłam w jego stronę, głaszcząc dłonią jego twarz.
- Spodziewałam się tego.
- To wszystko? - odparł zaskoczony moją reakcją. - Gdzie to gadanie, że jeśli tego nie przestaniesz to zerwę z Tobą i to całe bla bla bla?
- Jesteś szczery, a to jest najważniejsze. - sapnęłam. - Poza tym lubię cię.
- Lubisz?
- No dobra... - na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. - Szaleje za tobą.
Ucałowałam czubek jego nosa.
- Dobrze wiem, że piszczysz na mój widok. - wymruczał, oplatając swoje ręce wokół mojej talii.
- Skormniacha!
- Słońce ty moje. - uśmiechnął się i zakręcił mną. - Razisz mnie niesamowicie... Ale co mi tam, najwyżej przez twoje promyczki będę miał bąble na twarzy.
Zaczął składać małe pocałunki na mojej szyi. A wtedy zorientowałam się, że miałam inne plany - muszę pogadać z Jude'm. To nie może czekać, mimo, że nie chciałam by ta chwila się kończyła.
- Odwieź mnie od Sharp'a.
- Nie wjeżdżaj na niego, okej. - odparł poważniej. - Świat mu się załamał wczoraj.
- Bobby. Zbyt długo starałam się nie prawić mu żadnych morałów. Niby jest moim starszym bratem i wiadomo jak to jest, ale... muszę go poprowadzić.
- Zerwał z dziewczyną... Co byś zrobiła na jego miejscu? Bo ja to samo.
- Może... masz rację. - odparłam.
* Jude's POV *
♫
Przechodziłem przez to miasto ponad 10 minut, jednak mój jeszcze pijany umysł twierdził, że chyba wlekłem się bitą godzinę. W końcu doszedłem na przystanek, autobus pojawił się chwilę potem, gdy usiadłem zaledwie na kilka sekund. Zapłaciłem kierowcy za bilet i usiadłem z tyłu. Założyłem kaptur na głowę i wtedy poczułem wibrację w kieszonce mojej bluzy, więc wyjąłem telefon - Celia. O nie, nie, ja się jeszcze nie doprowadziłem do dobrego stanu, żeby z nią gadać. Chce mi rzygać jak nigdy i nawet nie wiem czy idę w dobrą stronę. Matko... Na co mi to było? Co ja zrobiłem? Sam nie wiem. Mój mózg się po rozmowie z Dianą się wyłączył kompletnie, a rozżalone serce chciało się choć na chwilę uspokoić. Tak jakoś wyszło, że moje nogi same zaprowadziły mnie do tego miejsca. Nawet nie pamiętam jak przekonałem barmana, że jestem pełnoletni. Nawet nie pokazałem dowodu, a gość był skłonny mi uwierzyć, jak widać, jestem dość przekonujący. Celia nadal nie dawała za wygraną, pomimo, że ją zbywałem. Postanowiłem więc wyciszyć telefon. Autobus zatrzymał się kilka metrów od mojego domu. Po cichutku wszedłem niepewnie do domu. Niby mówi się, że dom to bezpieczne miejsce dla każdego, jednak tym momencie nie zgadzałem się z tym stwierdzeniem.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie byłeś? - spytał ojczym, kiedy jeszcze nawet nie przestąpiłem progu domu.
- Uczyłem się u Bobby'eigo.
- A to ciekawe. - rozgryzł mnie. - Przedzwoniłem do wszystkich twoich znajomych, a w tym do pani Shearer. Nie kłam mnie.
- Nie kłamię cię. - próbowałem iść w zaparte. - Po prostu byłem u Bobby'iego, wtedy kiedy nie było jego mamy.
On tylko pokiwał na to wszystko głową, a ja szybko wszedłem do pokoju. Złapałem się za głowę, mój mózg był jak bomba zegarowa, która tykała za każdym kiedy chociażby mrugałem. Położyłem się na łóżku, patrzyłem w sufit i próbowałem sam siebie przeanalizować. Chwyciłem jakieś tabletki na mój ból i je łyknąłem. Bomba rozbrojona. Poszedłem pod prysznic, ponieważ śmierdzę szczurem, a kiedy się wykąpałem, wyciągnąłem pierwsze lepsze ubrania, leżące na półce w mojej szafie. Usłyszałem kroki, spodziewałem się, że należą one do mojej siostrzyczki. I nie myliłem się, nie wiele brakowało, a drzwi wyleciałyby z zawiasów.
- Co ty sobie wyobrażasz?
- Chciałbym się wyspać, a potem pójść na jakąś pizzę.
- Jude nie traktuj mnie jak idiotkę! - odparła, zamykając drzwi. - Wszystko wiem od Diany. To jest chore...
- Wyślij mnie do psychiatryka w takim razie. - odparłem, kładąc się na łóżko. - Nie mogę się doczekać, aż dostanę od nich list.
- Nie kpij ze mnie.. - usiadła obok mnie. - Nie wiem co się dzieje... ale nie jesteś sobą.
- Słucham? - podparłem się łokciami. - Może nie jestem idealnym bratem, ale podoba mi się ta nowa strona siebie. Poznaję sam siebie na nowo każdego dnia, obiecuję się poprawić... ale pozwól, że ja to zrobię.
Ona zaniemówiła, szybko wyszła z pokoju, a ja podążyłem za nią. Dobiegłem do otwartych drzwi wejściowych, które były otwarte. Zobaczyłem Bobby'ego i Celię wpadającą w jego objęcia - on są razem. Machnąłem na to ręką - w końcu to jej życie, w przeciwieństwie do niej nie zamierzam się w to wtrącać.
Spojrzałem jeszcze raz przez okno, by się upewnić. Rozmawiali, chyba czeka mnie druga konfrontacja z Bobby'm. Chłopak pocałował Celię na pożegnanie i zbliżał się w stronę moich drzwii. Nim zdążał w nie nawet zapukać, ja szybko mu otworzyłem. Zaprosiłem go do środka, weszliśmy po schodach do mojego pokoju.
- Chciałbym porozmawiać...
- Celia cię wysłała, co? - odparłem, na co chłopak się ogromnie zdziwił.- No tak.. w końcu ty i Celia, ale okej nie będę ci psuł przemowy.. no mów.
- Jestem związku z twoją siostrą, Celią. Czy masz jakieś przeciwwskazania? - spytał zatrwożony.
- Nie, cieszę się, że moja siostra teraz bardziej skupi się na sobie niż na mnie.
- Brachu, ona po prostu się o ciebie martwi. - poklepał mnie po ramieniu. - Ostatnio upiłeś się do nieprzytomności w barze, nie odbierałeś telefonów.
- Nie musi na prawdę. - sapnąłem. - Prawda, upiłem się i nie jestem z tego powodu dumny. Ale teraz staram się siebie rozumieć jak najlepiej. I czasami tak będzie, że kompletnie nie będę wiedział co robię, tak jak wtedy w barze.
- Każdy daje ci drugą szansę, nie zmarnuj jej.
- Spoczywa na mnie wielka odpowiedzialność w takim razie. - westchnąłem, na co blondyn wstał i podał mi dłoń.
- Między nami wszystko okej, bracie? - spytał, nadal wyciągając rękę w moją stronę.
- Jasne, braci się nie traci!
* No One's POV *
Tymczasem pan Sharp, który miał głowę zanurzoną w papierach, otrzymał dość zaskakujący telefon. Nadawca nawet się nie przedstawił.
- Dzień dobry, w czym mogę panu pomóc.
- Ma pan syna, tak? Jude Sharp?
- Tak, tak. Ale... do czego pan zmierza?
- Powiem wprost. Jestem trenerem club'u należącego do gimnazjum Raimon, chciałbym złożyć panu i pańskiemu synu pewną ofertę.
- Jaką?
- Słyszałem, że Jude i Akademia przegrali ostatni mecz. Wiele zawodników po tym zdarzeniu trafiło do szpitala. Jako, że zespół ten jest na daną chwilę niedyspozycyjny... chciałbym aby właśnie on dołączył do naszego club'u.
- Jest tylu wspaniałych piłkarzy.. dlaczego padło akurat na niego.
- Widzę wielki potencjał w tym chłopaku.
- Skoro tak..
- Aż żal patrzeć jak cierpi bez piłki.
- A więc... zgadzam się!
- Fantastycznie. Czy syn mógłby przyjść w następną środę o 15 do kawiarni, która się mieści się na ul. Dona Chichota 34? Omówiłbym z nim parę spraw, dotyczących clubu.
- Nie mam nic przeciwko.
- Dziękuję panu, na wszelki wypadek będziemy w kontakcie.
- To ja dziękuję.
hej, hej!
hehe wiem, przedtem nie dodałam notki Xdddd
taki tam mały nieistotny szkopuł
ale, ale
dużo się dzieje
Jude z kacem, Celia z mętlikiem w głowie
a Diana próbuje odnaleźć wewnętrzny spokój
mam nadzieję, że rozdział się spodoba
komentujcie!
cium
~ gejzerka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz