czwartek, 18 lutego 2016


Rozdział:29

♫ 


"Aż żal patrzeć jak cierpi bez piłki.
- A więc... zgadzam się!
- Fantastycznie. Czy syn mógłby przyjść w następną środę o 15 do kawiarni, która się mieści się na ul. Dona Chichota 34? Omówiłbym z nim parę spraw, dotyczących clubu.
- Nie mam nic przeciwko.
- Dziękuję panu, na wszelki wypadek będziemy w kontakcie. 
- To ja dziękuję. "





* Nelly POV *



To był miły, przyjemne niedzielne popołudnie - a przynajmniej, myślałam, że takie pozostanie do końca. Czekałam na mojego wiecznie zapracowanego i zmęczonego ojca, który lubował wychodzić do kasyna z kumplami, by szczęście napakowało się do kieszeni. Tymczasem ja siedziałam znudzona na kanapie i oglądałam magazyny modowe. Właśnie miałam przewracać następną kartkę, gdy od tej czynności oderwał mnie dźwięk dzwoniącego telefonu stacjonarnego. Nigdy nie odbieram akurat tego telefonu, gdyż zawsze się spodziewam ludzi, którzy naciągają nas na kasę. Jednak tego wieczoru coś mnie podkusiło, jakieś przeczucie i podniosłam słuchawkę.  
- Słucham? Co?! Jak to? Jak tam trafił? Gdzie jest?! Dobra jadę tam. - to była moja reakcja, gdy dowiedziałam się, że mój ojciec jest w szpitalu. 
Nadal się trzęsę na samo wspomnienie o tym. Jego stan był tragiczny, dlatego jest teraz w śpiączce, a dodatkowo z wstrząsem mózgu. Nie wiem co mam z tym zrobić. Wszystko spadło na mnie -  dziś chłopcy grają mecz, a ja jako manager'ka zespołu powinnam tam być, poza tym interesy ojca są bez opieki. Wyciągnęłam telefon w panice i wybrałam numer jedynej osoby, która wydawała mi się racjonalna - Diana. Sama nie wiem, dlaczego akurat uznałam za taką, może pod wpływem emocji? Może dlatego, że nie umyka mojemu oku, jak dobrze dogaduje się z naszymi piłkarzami i rozumie ich w stu procentach.
- Halo?
- Cześć. 
- Co jest?
- Mam do ciebie prośbę.
- No dawaj, bo nie mam czasu.
- Mogłabyś zająć się nimi należycie?
- Ja? Z jakiej okazji? 
- Czemu ty zadajesz mnóstwo pytań? Nie możesz się po prostu zgodzić!
- Ej spokojnie... Po twoim tonie wnioskuje, że coś poważnego jest na rzeczy...
- Mój ojciec jest w szpitalu, a ja ledwo co oddycham, wystarczy ci?
- A Mark wie?
- Cholera, po prostu się zgódź. 
- A co twojego brata, to nie... Od razu po telefonie ze szpitala, wyparowałam z domu, więc nie miałam czasu mu nawet wysłać SMS-a.
- Możesz na mnie liczyć, trzymaj się tam! - rozłączyłam się.
W tym samym momencie zauważyłam burzę brązowych loków. To Mark, gdy mnie zauważył, szybko do mnie podbiegł, a ja bez słowa go przytuliłam.
- Nelly, będzie dobrze. - odrzekł, głaszcząc mnie po głowie.
- Możesz nie mówić jak te wszystkie pielęgniarki? - odparłam z wyrzutem. - Od tego mu się nie polepszy.
- Spokojnie. - złapał mnie za rękę. - Dzwoniłaś do Diany?
- Skąd wiesz? - on tylko się uśmiechnął.
- Nie myślałem, że do niej zadzwonisz. - sapnął. - Ale miałem jakieś przeczucie, że w końcu zakopiecie ten topór wojenny i..
- Ja tylko ją poprosiłam o przysługę. - ucięłam jego gadkę.
- Jak to. - odparł zdziwiony. - Ciebie nie będzie?
- Jakbyś jeszcze nie zauważył mój ojciec jest w szpitalu. - zaczęłam się powoli denerwować całą tą sytuacją. - Nie mogę ot tak, bezstrosko jechać na mecz i nie myśleć o tym co z nim jest, w jakim jest stanie... Ja muszę przy nim być, w końcu jestem jego córką. On był przy mnie, gdy miałam świnkę czy różyczkę, można powiedzieć że zawsze. Zatem ja nigdzie się nie ruszam. Mam nadzieję, że zrozumiesz.
- Chciałbym z tobą tu zostać, ale to było by kompletne szaleństwo. - urwał, drapiąc się po głowie. - W razie czego dzwoń. 
- Dziękuję. - jęknęłam, nie odrywając wzroku od okna.
- Kurde, będzie mi ciężko grać nie widząc twojej kochanej, rumianej buzi. - chwycił delikatnie moją twarz i pocałował mnie w czoło. - Ale jakoś dam radę.. mimo, że cię nie będzie, to wiem będziesz nam stąd kibicować. 
Za to go najbardziej kocham - on nigdy nie ma do mnie pretensji mimo, że czasem doprowadzam go do szału i na odwrót. Doskonale rozumie wszystko. 
- Oczywiście, że będę. A teraz idź. - pchnęłam go w stronę wyjścia. - Trenuj! Nie pozwolę abyście przegrali właśnie przeze mnie!

* Diana's POV * 



Właśnie przygotowywałam drużynę do kolejnego spotkania, wszyscy trzęśli portkami ze stresu - w końcu zaszli tak daleko i to tak w krótkim czasie. Nie umiałam na nim zapanować ani ja, ani Celia, ani Silvia. W tych momentach zaczęło mi brakować stanowczości Nelly, no właśnie... gdzie ona się podziewa? Zawsze jest na czas, spojrzałam na zegar, nie ma jej już grubo dwadzieścia minut, coś jest nie tak. Nagle usłyszałam dzwonek mojego telefonu, szybko chwyciłam urządzenie - o wilku mowa.
- Halo?
- Cześć. 
- Co jest?
- Mam do ciebie prośbę.
- No dawaj, bo nie mam czasu.
- Mogłabyś zająć się nimi należycie?
- Ja? Z jakiej okazji? 
- Czemu ty zadajesz mnóstwo pytań? Nie możesz się po prostu zgodzić!
- Ej spokojnie... Po twoim tonie wnioskuje, że coś poważnego jest na rzeczy...
- Mój ojciec jest w szpitalu, a ja ledwo co oddycham, wystarczy ci?
- A Mark wie?
- Cholera po prostu się zgódź. 
- A co twojego brata, to nie... Od razu po telefonie ze szpitala, wyparowałam z domu, więc nie miałam czasu mu nawet wysłać SMS-a.
- Możesz na mnie liczyć, trzymaj się tam! 
To dziwne, że to właśnie do mnie dzwoni, przecież nie jestem jedyną manager'ką zespołu. Odkąd pamiętam nienawidzi mnie i wzajemnie, jednak minęło trochę czasu i wiele spraw się przewinęło, teraz nasza relacje może wyglądać zupełnie inaczej niż wcześniej. 
- Mam dla was wiadomość.
- Dobra czy zła? - jęknął Todd, obgryzając paznokcie.
- Czy ja wiem... sami oceńcie. - sapnęłam. - Nie będzie Nelly na dzisiejszym meczu.
Chłopcy spojrzeli po sobie i zaczęli się uśmiechać.
- A więc.. zastąpię ją. - a wtem wszyscy niespodziewanie zaczęli klaskać, śpiewać, tańczyć i ogólnie się cieszyć.
- Z taką manager'ką wygramy każdy mecz! - odparł Willy, zaciskając pięść.
- To tylko chwilowe. - usłyszałam smutne jęki. - Wasze umiejętności zdobywają gole... nie ja.
- Gdzie Evans? - rozglądał się Sam.
Na wspomnienie jego imienia, szybko chwyciłam telefon i wysłałam mu krótką wiadomość.
do Mark: Pędź do szpitala.
- Co to za pytanie. - odpowiedział mu Axel.
- Tam gdzie Mark, tam jest i Nelly. - zachichotał Nate, a wraz z nim Max i Axel.
- Ale wpierw, musimy iść na hawajską. - krzyknął Bobby. - Kto za?

* Jude's POV *



Od rana tata zrobił się jakiś tajemniczy i mało rozmowny. Nie żeby mnie to dziwiło, gdyż zawsze taki był. Jednak dzisiaj jego zachowanie stało się dla mnie podejrzane, na bank coś ukrywał przede mną, tylko nie wiem co. Zamierzam rozwiać moje wątpliwości.
- Mogę? - uchyliłem drzwi, a on mnie zaprosił jednym gestem dłoni.
- Jude masz spotkanie.
- Jakie? 
- Zobaczysz.- odparł dziwnie się uśmiechając.
- Nienawidzę kiedy to robisz... nie możesz mi po prostu powiedzieć? - jęknąłem poirytowany. 
- Jeszcze mi za to mi podziękujesz. - powiedział, wchodząc na górę do swojego gabinetu.
Pokręciłem bezwiednie głową. I wtedy na jego biurku zauważyłem kopertę, otworzyłem ją. A w kopercie biała kartka, na niej jakiś adres. Za pewnie tam mam się udać na swoje spotkanie. Jest już grubo po piętnastej, a ja odsypiam mój kac i dlatego nadal siedzę w swojej piżamie, zastanawiając się nad tym, co mój ojciec wyczynia. Czytam wszystko słowo po słowie, analizując je powoli - wyraźnie jest napisane, na spotkaniu mam być o równej szesnastej. Leniwie ześlizgnąłem się więc z sofy i udałem do łazienki. Gdy się wypucowałem do czystości, ubrałem pierwsze ubrania, które jako wpadły z szafy prosto w moje ręce. Zacząłem szybko biec po schodach, bo zdałem sobie sprawę, że zostało mi mało czasu. W mojej myśli, powtarzałem sobie adres - ulica Donchichota 34. Skądś kojarzę tę ulicę... Czy tam czasami nie mieści się ta kawiarnia, do której chodzi Raimon? Gdy dotarłem pod wskazane miejsce, okazało się, że nie myliłem się. Przede mną prezentował się okazały, duży, kremowy budynek z którego zionął zapach chińskiego jedzenia. Nad drzwiami mieścił dzwoneczek, przez chwilę miałem ochotę zawrócić, ale jakoś moje nogi skierowały mnie w kierunku drzwi frontowych. Więc niepewnie przekroczyłem próg kawiarni i usłyszałem dźwięk dzwonka. Znalazłem się w środku, rozglądnąłem się i zauważyłem, że ludzi nie było zbyt dużo, a przy barze siedział jakiś koleś zasłonięty gazetą. Chwilami popijał kawę i mamrał coś pod nosem, przyjrzałem się bliżej tej gazecie. Zobaczyłem zdjęcie Akademii Królewskiej, mojej drużyny z nagłówkiem " Mistrze zniszczeni!" Skrzywiłem się, byłem u nich ostatnio,  nie dość, że są połamani, to są bardzo rozgoryczeni. Jeszcze długo poleżą na szpitalnych łóżkach, ale przynajmniej im się trochę poprawiło. Tak bardzo chciałbym znów z nimi zagrać, chociaż na chwilę poczuć adrenalinę i w ogóle dotknąć piłki. Czasami zastanawiam się nad tym, dlaczego po prostu nie wyjdę na trawnik i jak zawsze nie porobię parę kapek. Kiedyś tak robiłem, był to mój codzienny rytuał, ale teraz... staram się piłki unikać. Nadal boli, rana, która przez dłuższy czas była otwarta, niby jest zamknięta, a szwy założone. Ale gdy tylko spojrzę na piłkę, szwy się rozdzierają na nowo i czuję ból. Usiadłem na jednym z krzeseł, nagle podszedł do mnie pan Hillman i usiadł na przeciwko mnie. Posłał mi ciepły uśmiech. To niemożliwe... To z nim mam to spotkanie?
- Cieszę się, że przyszedłeś. - odparł, uśmiechając się.
- Po co mnie pan tu zaprosił? - odparłem obojętnie, krzyżując ręce na piersi. - Chciałem w spokoju pograć na konsoli w swoim domu i zjeść jakaś chińszczyznę.
- Nie udawaj, że nie wiesz po co cię tu wysłałem. - powiedział, śmiejąc się pod nosem. - Może jesteś świetnym manipulatorem, ale mnie nie omotasz. 
Prychnąłem na jego słowa. 
- Proszę więc o rozjaśnienie mojego umysłu. - na te słowa mężczyzna uderzył ręką w stół.
- Jude. - podskoczyłem na krześle. - Jesteś dobrze zapowiadającym się piłkarzem, przez kilka lata wygrywałeś wszystkie mecze wraz z Akademią...
- Tak, to prawda. - sapnąłem. - Ale trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. 
- Cholera, dzieciaku! Czy wiesz co ty mówisz? - jego słowa mnie mocno uderzyły. - To, że przegrałeś mecz nie znaczy, że to koniec twojej przygody z football'em. 
- Ty nie rozumiesz! Pan nic nie rozumiesz! - wzburzyłem się. - Ja nawet nie brałem udziału w meczu... Nie mogłem ich uratować, ponieważ Blaze mnie skosił i moja noga była niesprawna. Patrzyłem jak kładli swoje słabe, zmęczone, ubrudzone ciała na murawie. Zawiodłem ich, na pewno nie wrócę do tego po czymś takim, kumasz staruchu?! 
Wtedy uświadomiłem sobie jakie słowa wycelowałem w jego stronę. Mój przyśpieszony oddech powoli się unormował, ponownie usadowiłem się na swoim krześle.
- A więc o to chodzi... - pokiwał na moje zdenerwowanie głową. -Powiem ci coś... też kiedyś nie brałem udziału w meczu i moja drużyna przegrała. Byli poturbowani i obwiniałem siebie, nie potrzebnie. Oni wiedzieli, że nie mogłem im pomóc. Co więcej, byli mi wdzięczni za to, że byłem tam z nimi. Czuli moje wsparcie, mimo tego, że ich ciała nie miały już w sobie żadnej siły. 
- Brednie..
- ...Nie zawiodłeś swoich przyjaciół... powiem ci więcej, ty ich uratowałeś od zwątpienia. Na pewno chcą jeszcze grać w piłkę, nie wierzę, żeby tak nie było. Ale też chcą twojego szczęścia, dlatego... 
- Nie mogę, po prostu nie! - rołorzyłem bezradnie ręce.
- Uwierz, że możesz. Dlatego dołącz do Raimon! I graj w football. 
- To nie takie proste...
- Jednym który zrezygnował, był twoim trenerem, wiesz o kim mówię. - ciężko westchnął. - Wierzę w ciebie, Mark również. W końcu chciałeś kiedyś zobaczyć jak to jest z nim grać. 
- Skąd pan..
- Daję ci taką szansę... to będzie tylko jedna jedyna, drugiej nie będzie. Teraz albo nigdy!
- Okej, zgadzam się. - wypaliłem. - Ale tylko raz i nic więcej. 
Hillman tylko się uśmiechnął i uścisnął moją rękę. A ja w szoku, szybko wyszedłem, musiałem ochłonąć. Mecz zaczyna się równo o 18, nie ma co zwlekać, poszedłem prosto do szpitala. Wszedłem do sali 213, gdzie leżeli David i Joe.
- Cześć chłopaki. - pomachali mi ręką. - Muszę wam coś powiedzieć...
- Wiemy, że dołączasz do Raimon'a. - jęknął Joe, próbując podnieść głowę i spojrzeć prosto w moje oczy. 
- Jako, że cię bardzo kochamy to.... z wielkim, ale to ogromnym bólem serca pozwalamy ci odejść. - sapnął David.
- Zrób to dla nas, dla Akademii, a przede wszystkim dla siebie.- pokiwałem na ich słowa głową i zamknąłem drzwi. 

* No One's POV *

Wszyscy o godzinie 17:30 stawili się pod szkołą, wszyscy w wielkich nerwach. Brakowało tylko trenera, okazało się jednak, że Hillman nie jedzie z ekipą, ponieważ musi coś jeszcze pilnie załatwić. Wszyscy nie pewnie weszli do samochodu. Nie dziwota, dla nich teraz każdy mecz to jedna, wielka walka przetrwania. Jeden błąd, jedna przegrana i tracą wszystko na co tak ciężko pracowali. Zawodnicy byli w mieszanych nastrojach, po tym jak powiedziano im o tym, że drużyna z którą, mają się zmierzyć jeszcze nigdy nie przegrała. Pojawiły się po między nimi wątpliwości, pewność siebie zdecydowanie osłabła. Wtedy na pomoc przychodził niezastąpiony kapitan, Mark Evans.
- Hej ludzie! - klasnął w ręce. - Co jest nie tak? Czy nie na tym polega ten sport? To kolejne wyzwanie, które nas czeka, a wy się nie cieszycie? Mi aż kości trzeszczą z podniecenia, a wy trzęsiecie portkami.
- Kapitanie...
- No cholera... Ja też się boję. - bił się w pierś. - Gdyby była tu Nelly, poczułbym się pewniej... Ale, wiecie co? Gdy patrzę na moją siostrę Dianę, na Silvię, na Celię, na was to moja moc znów powraca. 
- Zróbmy to chłopaki! - wyrwał się Axel.
Gdy chłopcy dojechali na stadion, weszli na niego pewnym krokiem, razem z trenerem, który dotarł na ostatnią chwilę na mecz. Za niedługo wszystko miało się zacząć. Ale cóż to? Gdy tylko sędzia podszedł do zespołu, trener Raimon nie miał zamiaru rozpoczynać meczu. To było co najmniej dziwnie.
- Poczekajmy.
- Trenerze, o co chodzi? - ciągle zadawał jedno i to same pytanie Mark.
Jednak pan Hillman nie miał zamiaru na nie odpowiadać, tylko kiwał głową i się uśmiechał.
- Ej, panie! Co to ma znaczyć?! - krzyczała Diana, która miała się już na niego rzucić, ale na szczęście Nathan, zatrzymał ją i utrzymał w szczelnym uścisku. - Przez pana chłopcy wylecą z turnieju! 
Zawodnicy byli zdezorientowani.
- Jeśli nie wyjdziecie za 10 sekund, mecz zakończy się walkowerem. - podsumował fakty sędzia.
Wszyscy jęknęli z przerażenia, a Simon (trener) ciągle był zasypywany milionami pytań. Na co on czeka? - pewnie zapytacie, musi być to czymś na prawdę wartym tego czekania. I wtedy na murawie pojawił się on - Jude Sharp.


* Mark's POV *



- Trenerze, co się dzieje? - pytał po kolei każdy z nas, jednak on milczał.
Nie rozumiem co ma na celu nasz trener... Jeśli teraz nie wyjdziemy, to będzie walkower!
- Jeśli nie wyjdziecie za 10 sekund, mecz zakończy się walkowerem. 
Moje wnętrze aż krzyczy z wściekłości, ale mamy się słuchać się trenera, więc p o c z e k a m y. W końcu dzięki niemu, trafiliśmy tu gdzie jesteśmy. Na pewno nie chce nam zaszkodzić i kiedy ta myśl mi się napatoczyła, ktoś wszedł na murawę,  to był Jude i to w naszych barwach, w naszej koszulce. Marzyłem o tym, odkąd go spotkałem, a więc - moi drodzy, marzenia się spełniają! Posłałem mu uśmiech i mocno go uściskałem. Reszta drużyny najwidoczniej była tym wszystkim tak zaszokowana, nawet nie mogli się ruszyć z miejsca. Nasz trener tylko mrugnął w moją stronę -  a więc, o oto chodziło! Zwerbował Jude'a, niesamowite!
- Cześć Diana. - odparł, machając w jej stronę.
- Po co tu jesteś? - spytała, patrząc podejrzliwie w jego oczy.
- Przyszedłem pograć w piłkę? - urwał, rozglądając się po chłopakach. - Czy jest jakiś problem, pani manager?
- Nie. - warknęła. - Ale jeśli przegramy właśnie przez ciebie to będziemy go mieli. 
- Miała na myśli... witamy w zespole. - ucałował dłoń Celi, na co Diana była niewzruszona, a przynajmniej próbowała taką udawać. Jednak po między nami jest jeszcze trochę iskierek... 



* Jude's POV *



Wszedłem na boisko, na znak sędziego, gdyż tak jak mi przykazał Hillmann, miałem wejść na słowa "dziesięć minut". Teraz wszystkie światła były skupione na mnie. Zwracałem na siebie wielką uwagę, wiadomo dlaczego - w końcu jestem wychowankiem Dark'a. Udałem się w ich stronę, przywitał mnie ciepły uśmiech i uścisk Mark'a. Inni nie byli zadowoleni z mojej obecności. Diana szybko do mnie podeszła. 
- Cześć Diana. - odparłem, machając w jej stronę.
- Po co tu jesteś? - spytała, patrząc podejrzliwie w moje oczy.
- Przyszedłem pograć w piłkę. Czy jest jakiś problem, pani manager?
- Nie. - warknęła. - Ale jeśli przegramy właśnie przez ciebie, to będziemy go mieli. - odrzekła, po czym dodała. 
Miała na myśli... witamy w zespole. - ucałowałem  dłoń Celia, a ona lekko się zarumieniła. 
Uwielbiam kiedy zachowuje się, jakby była nie wzruszona moją osobą. Z tyłu głowy nadal brzmi mi głoś, że chyba... nadal coś jest między nami. Nawet kiedy się nienawidzimy, nie potrafimy być obojętni na siebie. Za chwilę ma się rozpocząć mecz, Mark zwołał wszystkich.
- Posłuchajcie. Wiem, że Jude to ostatnia osoba, którą chcielibyście widzieć. - poklepał mnie po plecach. - to mój przyjaciel i cieszę, że wreszcie może walczyć u naszego boku! Teraz jesteśmy jak jedna wielka rodzina, a rodzina się wspiera, czyż nie? Więc pokażmy im co potrafimy! Skośmy tych gości! 
Uśmiechnąłem się. Teraz zrozumiałem, dlaczego Mark mógłby być dla nich motywacją na każdy dzień. On jest sercem tej drużyny - jeśli on zawodzi, to reszta też. Właśnie staję przed największym wyzwaniem, jeszcze kiedyś bym czegoś takiego nie zrobił. Chyba stałem się bardziej spontaniczny. W sumie... podoba mi się to!


witam was!
długo męczyłam się z tym rozdziałem.
ale udało się!
Jude u Raimon
Simon bohaterem
teraz nadszedł czas na stawienie czoła 
przeciwnikowi
ale to... w następnym rozdziale!
do zobaczenia, besos
                            ~ gejzerka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz