Rozdział:26
- Po prostu podoba mi się jedna dziewczyna i boje się do niej zagadać.
- To na co czekasz? - odparłem, jakby rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki. - Powiedz jej co czujesz!
- " To tak samo jak ja i Nelly" - sapnął. - Tak, znam wasze love story.
Dźgnąłem go w bok.
- Mogę ci potowarzyszyć w drodze do szpitala?
- Skoro chcesz.. - wstał, gdyż wehikuł podjechał to wsiadaj do tego magicznego rumaka."
* Nathan's POV *
♫
Minął dzień, a ja czuję jakby to była wieczność, między mną a Axelem panują ciche dni. Każdy z nas przekroczył granice, które nie chciał. Ale teraz już za późno, zostały powiedziane słowa i każdy z nas jest tym wszystkim rozgoryczony. W najgorszej sytuacji jest chyba Diana, jest naszą przyjaciółką i będzie jej trudno wybrać jakąkolwiek stronę, na pewno jej celem będzie nakłonienie któregoś do zgody. Ale, nie będę to ja , ja tam nie pójdę! Nie ma mowy! W moim przypadku, nie chodzi tutaj o moją, urażoną, męską dumę, a o moje uczucia. Odejście moje mamy było najgorszą rzeczą do przełknięcie, mimo, że minęło szmat czasu. Dla mnie i taty był to trudny czas, do te pory nasze relacje są stosunkowo słabe. Przez ten wczorajszy incydent, nie mogę normalnie funkcjonować. Wszystkie emocje się pomieszały, raz czuję pustkę, smutek, złość to na Axela to na moją matkę, bo doprowadziła do tej całej sytuacji. Nie wiem co z tym zrobić, a raptem za trzy godziny mecz. A ja siedzę w amoku, nie wiem czy jest mi smutno czy jestem wściekły, usłyszałem znajomą mi melodię, wydobywała się z mojego telefonu. Na ekranie wyświetlało się jedno imię, Mark.
- Halo?
- Nathan, co ty odwalasz?
- Powinieneś być na treningu.
- Nie mogę... źle się czuję.
- Jasne, a na twoim balkonie zawsze stoi wiadro lodów.
- Skąd ty...
- Spójrz na okno. - i szybko się rozłączył.
W oknie widniała pyzata twarz bruneta, wpuściłem go do siebie. Poprawka, zastanawiałem się co zrobić, ale on mnie ubiegł - wszedł sam. Chcę pobyć sam, na prawdę nie mam ochoty słuchania kazań, nie dziś. W końcu depresje przetrwałem w pojedynkę, jak to zawsze robię.
- Mark... nie wiem czy ta rozmowa ma...
- Wiem wszystko od Axel'a.
- Ekstra. - podsumowałem, kiwając głową.
- Nie wiem co powiedzieć.. - podszedł do mnie bliżej.
- Nic. - usiadłem na kanapie zrezygnowany, postanowiłem wtrącić Axel'a do dyskusji ku dystrakcji. - Na pewno ci powiedział o swoim problemie, a raczej dziewczynie.
- Tia, znam ten ból. - skrzywił się. -To samo kiedy...
- Tak, znamy historię Marka i Nelly. - on zaczął się śmiać. - Co?
- Dosłownie to samo powiedział mi Axel. - przewróciłem oczami na jego słowa.
- Coś jeszcze wspominał?
- Mówił, że żałuje tego co zaszło. - powiedział spokojnie Mark, powoli wstając.
- Serio? - wstałem z kanapy.
- Nie... a teraz proszę cię, chodźmy na trening. - sapnął, powoli wstając.
- Nie. - odrzekłem, krzyżując ręce na piersi. - Ten dupek tam jest.
- Jak dzieci...
- Mark, zrozum... - jęknąłem żałośnie.
- Jeśli jeszcze chcesz być w drużynie to radzę ci, jako kapitan udać się na boisko. - warknął w moją stronę.
Zawsze myślałem, że Mark jest życzliwy, spokojny i pokojowy. Nigdy nie wyobrażam sobie tego momentu kiedy Mark kogoś wyrzuca z drużyny, ale ta wizja jest dla mnie od dzisiaj bardziej prawdopodobna. Niestety ale ma rację, po mimo tej napiętej sytuacji, powinienem wspierać drużynę. Wychodzi jednak na to, że wszystkich mam w dupie. Prawda jest inna - Raimon to moja jedna, wielka rodzina. Powolnym krokiem ruszyłem w stronę drzwi.
- I to mi się podoba! - Mark klepnął mnie po plecach, drzwi się zatrzasnęły, a my byliśmy w drodze na boisko.
* Diana's POV *
♫
Bez zastanowienia nałożyłam swoje stare, starte trampki, udałam się do Axel'a. Ta sytuacja jest po prostu śmieszna, jeden jest bardziej uparty od drugiego, żaden nie popuści. Zapukałam w drzwi, blondyn otworzył je, a ja go obdarowałam znaczącym wzrokiem.
- Wiesz co powinieneś zrobić?
- O nie, nie, nie! - krzyknął naburmuszony blondyn, wymachując rękami. - Diana, nie mam zamiaru tego robić!
- Jesteście przyjaciółmi do cholery! - trzasnęłam drzwiami. - Gracie mecz! Czy to do ciebie nadal w pełni nie dociera?!
Na prawdę chcę aby się pogodzili, a raczej wszyscy tego chcą. W końcu obaj są dla mnie równie ważny. Ale tak jak mówiłam, trudno jest się pogodzić dwóch facetów. Typowe - niby mówią, że to kobiety są tak uparte i kłótliwe. I oto mit obalony! Obaj unoszą się honorem, obaj są tak samo głupi i obaj czekają, aż któryś z nich wystawi rękę na zgodę.
- Co przyjaźń ma do meczu? - rozłożył ręce - Nic. Na boisku jesteśmy drużyną. Nie liczą się żadne uczucia.
- A wsparcie drużyny nie jest ważne? - spojrzał na mnie wzrokiem, przyznającym mi rację. - Własnej drużyny nie umie wesprzeć, patrzcie państwo!
- Uważaj sobie! - zaczął mi grozić palcem.
- Nawet nie masz zamiaru ruszyć się z własnego łóżka. - wzięłam kołdrę i rzuciłam nią o podłogę. - Nie będziesz siedział pod kołdrą do usranej śmierci.
- Wy baby nic nie rozumiecie!
- Ach, tak? A chcesz się bić? - spytałam, wskakując na jego łóżko i bijąc go poduszką.
- Przestań! - sapnął, zasłaniając się rękami przed ciosami puchowymi.
- Jesteście niedojrzali!
- O nie, wypraszam sobie. - wzniósł palec do góry. - To on wyprawia jakąś maskaradę. Ja nic nie zrobiłem.
- Powiedziałeś o matce. - odparłam, waląc go w twarz kolejną tym razem, granatową poduszką. - Rzeczywiście, to nic takiego.
- Ale to on powiedział o Julii! - odrzekł z pretensją. - Może to też nie było sympatyczne.
- Proszę was.... - jęknęłam, kładąc się na łóżku z bezradności.
- Nie proś n a s. - odparł, siadając na łóżku. - Tylko jego.
Spojrzałam z poirytowaniem w jego stronę.
- Zbieraj się na trening!
- Ooo nie. - zaciągnął ponownie kołdrę na głowę. - On tam będzie, więc się nigdzie nie wybieram!
- Matko Axel, jutro gracie mecz! - jęknęłam, szarpiąc się z nim o kołdrę. - Zachowujesz się jak dziecko... i to takie kapryśne
- Kapryśne? Dziecko? - sapnął, podążając do łazienki. - No to zobaczymy, daj mi 5 minut.
W niecałe 10 minut był wyszykowany.
- Naprzód! - krzyknął, wybiegając z pokoju.
Pokręciłam tylko z politowaniem głową. On chyba nigdy nie wydorośleje, to okropny dzieciuch tak samo jak Nate. Zeszłam powoli po schodach, a w kuchni kręciła się pani Clifford (sprzątaczka) z patelnią. Obok niej stał blondyn, który z pośpiechem rozbijał jajka.
- Na miły Bóg, chłopcze dość. - złapała się za głowę, a potem za miskę. - Ta miska już wystarczająco dużo wycierpiała.
- Ależ proszę pani. - uśmiechnął się, pukając w miskę. - Co taka dupna skorupka może zrobić temu amelinium?
Zaczęłam się śmiać w głos, a wraz ze mną i on. Odkąd się znamy, gdy tylko wypowiadał słowo "aluminium", zawsze przekręcał literki i tak powstało "amelinium".
- Amelinium, a to ciekawe. - spojrzał na mnie złowrogo.
- Przestań no. - zaczął mieszać łyżką na patelni. - Raz się człowiek pomyli, to całe życie będzie się to za nim ciągnąć.
- Z takim to można zwariować, nieprawdaż panienko? - wskazała go wzrokiem pani Clifford, uśmiechając się w moją stronę.
- Na mnie też już za późno. - odrzekłam, odwzajemniając uśmiech. - Panicz Blaze już wiele razy doprowadził mnie do szału, że stało się to dla mnie normalnością.
- Takiej to ze świecą szukać.
- Dobra, dobra ona nie jest lepsza, proszę panią! - odgryzł się na mnie.
- Axel kochanie... - odparła słodko, głaszcząc uradowanego chłopaka po głowie. - Dobrze wiesz, że ty jesteś najlepszy.
- No księżna, zbieramy się! Trening! - krzyknęłam, zakładając moje trampki.
- Tylko nie księżna. - wziął torbę i krzyknął przez ramię. - Co najwyżej to ty możesz mi mówić ekscelencjo, korduplu!
- Coś ty teraz właśnie powiedział?
- Prawdę. - odparł spokojnie blondyn, przechodząc przez drzwi.
- Pożałujesz. - warknęłam i już znalazłam się na plecach chłopaka. - Za karę niesiesz mnie na trening.
Chłopak tylko przewrócił teatralnie oczami. Zaczął biec tak szybko, jak wściekły,a ja darłam się w niebo głosy, lecz ten osioł oczywiście to ignorował. Dotarliśmy na plac boiska, z daleka zauważyłam sylwetkę Nathan'a.
* Nathan's POV *
♫
Spojrzałem za siebie, zauważyłem brunetkę i Axela. Jego wzrok był obojętny jak nigdy, nic go nie obchodzi, a przynajmniej na takiego wygląda - powoli zbliżał się w kierunku boiska. Nadal nie odrywał ode mnie wzroku.
- O stary, już myślałem, że nie przyjedziesz. - powiedział Mark, przybijając żółwika z blondynem.
Tym czasem obok mnie pojawiła się Diana.
- Co u ciebie?
- Jakoś jest. - spojrzałem na Axela. - A może co u Axelka bo widzę, że świetnie się z nim bawisz.
- I się zaczyna... - jęknęła z poirytowaniem, łapiąc się za głowę.
- No jeszcze powiedz, że "on jest dla mnie ważniejszy, a ciebie kompletnie olałam." Nie mam już do was obu siły.
Zdziwiłem się. Nie stoi po niczyjej stronie?
- To jest śmieszne. - pokręciłem głową. - Ta cała sytuacja, to nie moja wina... A to, że on jest jakiś zdenerwowany dziewczyna z pierwszym okresem to inna sprawa. - odparłem, kręcąc głową bezwiednie.
- Nathan, ty też nie jesteś bez winy. - na mojej twarzy pojawiło się zdziwienie. - Dobrze wiesz, że jego siostra mogła umrzeć.
- A ty dobrze wiesz, że moja matka umarła. - na jej twarzy pojawiło się zmieszanie. - Punkt za punkt.
Wtedy podszedł do nas Axel.
- Chodź, musimy poćwiczyć OGNISTEGO KOGUTA. - nawet na mnie nie raczył spojrzeć. - Skoro mamy wygrać to spotkanie, to chciałbym choć przyczynić się do tego sukcesu i ty pewnie też.
- Okej, daj mi jeszcze 2 minuty. - on tylko wzruszył ramionami.
- Nie było pytania.
- Powiedziałem, że za chwilę, tak? - warknąłem, patrząc mu prosto w oczy.
A jego oczy nawet nie drgnęły.
- Za chwilę... to ty możesz kupę zrobić.
- Coś ty powiedział? - już miałem dać mu w twarz, ale w porę się
opamiętałem, a raczej mój mózg i instynkt samca alfa.
Nie chce aby drużyna również się martwiła, że po między nami są niejasności. Zaczęliby się jeszcze bardziej stresować, zresztą obiecałem Markowi, że będę grzeczny. Spojrzałem mu w oczy Blaze'a, tak jakbym chciał go zabić. Ten tylko się uśmiechnął, bo został ocalony od sprawiedliwości i odszedł.
* No One's POV *
I tak oto zaczęły się finały, cóż to będą za rozgrywki. Tymczasem przenosimy się do malutkiego miasteczka, Nagya. Dwa gimnazja i tylko jedna przepustka do dzisiejszego etapu. Kto ją dostanie? Czy drużyna z Jing- jang gimnazjum, czy też może drużyna z Raimon'a?
Tego się nie da przesądzić z góry, ponieważ, obie drużyny prezentują się okazale. Każdy zawodnik ma własny sposób na prowadzenie piłki po murawie. Zaczyna się... Mark Evans, kapitan Raimona i Horizon Kills, kapitan Jing-jang podają sobie ręce na powitanie. Obaj mają tą, niesamowitą iskierkę, maniaka piłki nożnej.
* Mark's POV *
♫
Cholernie się boję. Tak wiem, że zawsze tak mówię, ale potem przyjdzie co do czego, to wtedy myślicie " No i po co Mark się bałeś? Przecież wygrałeś." Nie zawsze jestem taki pewny siebie. A jeśli jestem przerażony tak jak teraz, nie chcę i nie mogę tego za żadne skarby pokazać. " Musisz być mężczyzną, a nie jakąś cipą! "- łatwo wam powiedzieć, trudniej zrobić, gdy ma się na brakach cały zespół i jego problemy. Ale wiem, że wszyscy na mnie liczą - moja dziewczyna, siostra, moi przyjaciele, całe miasto Inazuma i moje gimnazjum. Czasami sam wątpiłem w to czy ten club ma jakiś sens, a nawet już miałam ochotę spalić to wszystko. Ale wtedy na pomoc przychodził mój wewnętrzny głos " Nie rżnij głupa." Usiadłem na ławce i miętoliłem pustą butelkę po wodzie. Próbowałem unormować moje ciśnienie, moje myśli poukładać do odpowiednich szufladek. które skakało jak zając uciekający przed lisem.
- Ej, kapitanie. - otworzyłem oczy.
Przede mną pojawił się Bobby.
- Stresik? - pokiwałem głową na tak.
- Ech, znam to. - podrapał się po głowie. - Wiem, że to głupio zabrzmi, ale... z Akademią też miałem chwilę zwątpienia. Nie wszystko dało się zmiażdżyć od tak.
- Na przykład nas.
- A zwłaszcza ciebie. - powiedział, dźgając mnie łokciem w bok.
- Pewnie pierwszą twoją myślą była " Ale ten ciul jest twardy! "
- Wyjąłeś mi to z ust stary! - zaczęliśmy się głośno śmiać. -Skromniacha.
- Mark! Na boisko. Zaczyna się... - burknął trener, wychodząc z szatni.
* No One's POV *
Zaczynajmy, nie ma co przedłużać tej chwili! Krótkie podanie w drużynie Raimona i piłka znajduje się przy nodze Blaze'a. Chłopak płynnie porusza się po boisku, dopóki na swojej drodze nie spotyka kapitana drużyny - Alana. Blondyn został więc bez piłki, a Alan zbliża się wprost do bramki. Najwidoczniej żaden z obrońców nie może pokonać tego chłopaka. Nawet ten największy z nich - Jake drży jak galareta. Przeciwnik stanął przed bramką, rozpoczyna się więc pojedynek (Alan vs Mark). Kto wygra to starcie? Chłopak z zaciekłością w oczach kopie piłkę, która z początku toczy się po murawie. Przy czym błoto ją oblepia i staje się wielką kulą błota, która wybucha niespodziewanie przed bramkarzem. A raczej go oślepia, a tymczasem piłka nagle leci prosto, Mark stosuje swoją OGNISTĄ RĘKĘ. Ręka Evans'a nie wytrzymuje tego ataku, mamy pierwszy punkt, zdobyty przez Jing-jang! 1:0 dla Jing-jang. Brunet lekko się skrzywił i skulił w kulkę. Wydaje mi się, że musiał nieźle oberwać. Przeciwnicy nie dają ani jednej chwili wytchnienia dla Raimon'a. Każda próba ataku na bramkę Jing-jang, kończy się jednym wielkim niepowiedzeniem. Jak za pstryknięciem palców, minęła pierwsza połowa. Co teraz?
* Diana's POV *
♫
Spojrzałam na Mark'a, okropnie mocno dostał, chłopak po tej akcji tylko lekko się skrzywił. Usłyszałam gwizdek koniec pierwszej połowy, a wszyscy tylko wypuścili ciężko powietrze z ust. Idąc na przerwę, chłopcy wylali na siebie całą wodę. Mark stał się dziwnie niewyraźny, widać, że próbuje to ukryć. Ale powiedzmy sobie szczerze, Mark'owi nie wychodzi kłamanie.Nawet ten jego niepozorny uśmiech, nie zadziałał w tej sytuacji. Gdy tylko jego kącik ust unosiły się do góry, kulił się z bólu. Podszedł do niego Nathan.
- Pokaż to. - warknął w jego stronę.
Brunet próbował schować swą dłoń, jednak nim się spostrzegł, blondyn miał ją w garści. Szybko ściągnął rękawicę, a brunet wykrztusił z siebie tylko syknięcie.
- Co ty sobie myślałeś? - rzucił rękawicą. - Widziałem, że twoja ręka podczas strzału się dziwnie zgięła. Dlaczego chciałeś to ukryć?
- Ja? - odparł, jakby nic się nie stało. - Przestań to mały siniaczek, a ty od razu dramat robisz? Patrz jak ją zginam! - odparł, z trudem zginając ręką.
- Musimy pomóc Markowi. - powiedział Swift, zwracając się drużyny.
- Nie. - wymruczał mój brat, masując rękę. - Zajmę się tym sam.
- Żartujesz sobie. - odparł Todd, patrząc z troską na Mark'a. - Z takim "siniakiem", nie obronisz żadnego strzału. Musimy się wspierać.
- W końcu jesteśmy rodziną, prawda? - odparł cicho Bobby.
Brunet tylko lekko się uśmiechnął. Pobiegłam szybko po bandaże, opatrzyłam jego rękę. W między czasie zauważyłam na trybunach Jude'a. No tak - odkąd dowiedziałam się, że są "przyjaciółmi" z Markiem, baczenie mu się przyglądam. Skąd wiem, że to nie są kolejne jego gierki? Nie wiem jak Mark może mu tak ufać.
* Axel's POV *
♫
Kuźwa, jest nie dobrze. Powiedziałbym nawet, że tragicznie, dyszę jak pies i co mi z tego. Jednak ja to pikuś, Mark mocno oberwał po tym strzale. Nasza obrona nawet nie może nad nimi nadążyć, a dodatek nasz "wspaniały" biegacz nie dogania swojego konkurenta - tego Horizen'a. Muszę z nim pogadać, muszę jakoś to załagodzić. Pociągnąłem go za rękaw, ten tylko obdarował mnie zdziwionym spojrzeniem i zaraz potem zmierzał w tym samym kierunku co ja. Wszedłem z nim do szatni i usiadłem.
- Czego chcesz.
- Posłuchaj nasza gra się powoli wali. - klasnąłem w dłonie. - Nasi obrońcy nie są zbyt szybcy... Nie nadążają za ich ruchami.
- Widać, że ty również to zauważyłeś. - pokiwał głową, składając ręce. - Muszą dokonać analizy ich gry.
- Jak?
- Ale spokojnie, ogarną to. - zapewnił mnie. - Bobby jest doświadczony, a Jack dość spory aby zatrzymać tych gości.
- Mam taką nadzieję. - wymruczałem, powoli wychodząc.
- Czekaj. - urwał, trzymając mnie za ramię. - Skoro mamy wygrać, to... musi panować tu jakaś harmonia.
- Co masz na myśli? - spytałem, wyrywając się z jego uścisku.
- Przepraszam. - podrapał się po głowę, przez chwilę wyglądał jakby się wahał. - Kurde czuję się ciapa, robiąc to, ale... Do cholery, jesteś moim kumplem, na dobre i na złe.
- Nie, nie. - nagle też poczułem potrzebę, by go przepraszać. - To nie ty powinieneś przepraszać... To ja nie potrzebnie się wkurzyłem, po prostu Diana i ten Horizon, Horaizen, Horeizen.. w każdym razie, widząc ich razem..
- Znam to uczucie. To samo mam kiedy patrzę na ojca gadającego z jakąkolwiek kobietą.
- Stary. - jęknąłem, tuląc go do siebie. - Tęskniłem.
- Te te.. Nie płacz teraz. - poklepał mnie po plecach. - Łzy zostawisz jak wygramy.
* No One's POV *
Iii... nadszedł czas na drugą połowę. Piłka jest w posiadaniu Raimon'a, ale na jak długo? Piłkę już przejmuje Horizen. Chłopak konsekwentnie zmierza w kierunku bramki. Czyżby powtórka z rozrywki? Wallside tym razem nie zamierza się ograć, o nie! Chłopak staje mocno na murawie i z całej siły odbija piłkę od siebie, jakby za nim było pasmo gór. Szatyn upadł strwożony, a jest się czego bać! Beznadziejna sytuacja Raimona zaczyna się najzwyczajniej w świecie poprawiać. Piłkę przechwycił teraz Carson, zmierza powoli do bramki Jing-jang. Jednak Reaven szybko zatrzymuje chłopaka. Tym razem piłka po stronie Jing-jang. Podaje on do kapitana, a kapitan ponownie zbliża się do bramki. Tym razem robi atak z zaskoczenia, w konsekwencji czego wielkolud tego nie zauważa. Wszystko w rękach Evans'a. Chłopak po zetknięciu z piłką nie łapie jej.... Ale co to? Nagle na polu bramkarskim pojawia się ni stąd ni zowąd Swift i przechwytuje strzał, budzi to wzburzenie przeciwników. Z łatwością omija piłkarzy Jing-jang, a za nim biegnie Blaze. Czyżby mieli wspólną akcję? A oto wzbijają się w powietrze jak wielkie wieloryby nad oceanem. Niczym OGNISTY KOGUT. Celują z całej swojej mocy w bramkę, bramkarz został pogrążony. No ale co to? Kolejny atak ze strony Raimon'a. Tym razem to ZRZUT INAZUMY. I mamy 2:1. Kto by się spodziewał?! Na pewno nie ja, na pewno nie wy i cała widownie. Nie no... może, ktoś w nich wierzył... Ale, co ja wiem?
hej, hej!
to ja!
dawno mnie nie było, co?
hehe mam mało czasu żeby pisać przypiski.
mogę tylko podziękować za 1000 wyświetleń.
najlepsze bataty na świecie! <3
~ gejzerka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz