czwartek, 28 lipca 2016

Rozdział:42

"- A czy to złudzenie? - wbił się w moje usta. 
Tak bardzo za nim tęskniłam, pogłaskałam go po twarzy.
- Witaj z powrotem. - zaśmiałam się, delikatnie głaszcząc go po twarzy.
- Kurde.. - zaczął cmokać ustami. - Gdzie się podziała ta wiśniowa szminka? 
- Nie byłam przygotowana na to, że ktoś zaatakuje moją twarz. - odparłam, na co oboje zaczęliśmy się śmiać. 
I tak chwilę jeszcze siedzieliśmy - szczęśliwi, wtuleni i całkowicie spełnieni. "

* Eric's POV *



Kurde, ale to dziwne, czuję się jakbym wygrał mistrzostwa Japonii w piłce nożnej. A no tak... to było wczoraj. Właśnie spokojnie szedłem do sklepu, kiedy napadły mnie jakieś dziewczyny, które piszczały na mój widok. Nawet się nie spostrzegłem jak zaczęły mnie całować po policzkach, przytulać i głaskać po włosach. Gdy się od nich uwolniłem, głęboko westchnąłem na to wszystko i w końcu wszedłem do marketu. I nagle zauważyłem jego, tak jak myślałem tatuś się zjawił się w Inazumie. Krzątał się z wielkim wózkiem pełnym wegańskich przysmaków, a obok niego swoją ukochaną kobietę - moją nauczycielkę biologii, pani Petsburg. Pierwsza myśl jaka mi się pojawiła widząc go to ucieczka. Dobrze wiem co chce zrobić, przyjechał po mnie i chce mnie zabrać z powrotem do Stanów. Nie ma mowy, nie teraz, kiedy wszystko się tak gładko układało. Zacząłem biec w stronę domu Shearer'a, bez zastanowienie otworzyłem drzwi z rozmachem. Blondyn w tym czasie trzymał wielki kubełek popcorn'u, który przez moje trzaśnięcie teraz leżał na ziemi.
- Miałem ochotę na ten popcorn. - sapnął, zbierając jego resztki.
- On tu jest. - wydukałem, siadając obok niego.
- Kto? 
- Mój ojciec.  - na te słowa cały zdrętwiał. 
Szybko się podniósł i chwycił mnie za ramiona.
- Masz jakiś plan?
- Nie mam...  - jęknąłem, tupiąc nogą.- Kuźwa, ja nie chcę tam wracać. 
- Nie wie gdzie jesteś, prawda?  - pokiwałem twierdząco głową.
- Dobra... - poklepał mnie po ramieniu. - Chodźmy do Marka, może on nam coś pomoże. 

* Mark's POV *



Budzę się wraz z tym wspaniałym uczuciem. Pierwszy raz czuję się na prawdę spełniony. Jestem mistrzem Japonii, to dla mnie wielkie osiągnięcie, gdyż spełniłem nie tylko swoje, a dziadkowie marzenia. Odświeżyłem jego imię, które jest na ustach każdego mieszkańca tego miasta. Ale to nie oznacza, że mam zamiaru rezygnować z piłki. Teraz czas podbić świat. Rozmarzony już widzę jak na nagłówkach gazet, na billboardach jest wielki napis "INAZUMA JAPAN MISTRZEM ŚWIATA!" Zawsze mówili, że jestem  głupi, ponieważ żaden klubik szkolny nigdy nie osiągnął mistrzostwa. Marzenia na prawdę mogą się przemienić w coś realnego, tylko trzeba dać z siebie wszystko do ich spełnienia. Uwaga, to na prawdę sprawdzona metoda - a moja historia właśnie to udowadnia. Wyszedłem na dwór, napawając się miejskim powietrzem. Wziąłem ze sobą jeden z magazynów sportowych i rozłożyłem się na ławce. Chwila relaksu jednak nie trwała dość długo, bo do mojego ogródka wpadli zatrwożeni Eric i Bobby. Odłożyłem na bok gazetę, po ich minach, wiedziałem że to coś poważnego. Gdy do nich podszedłem sprzeczali się.
- Mówiłem ci, że to zły pomysł! - krzyknął Bobby.
- Za to ty masz zawsze złe pomysły! - sapnął poddenerwowany Amerykanin.
- Co tu się dzieje? - stanąłem po między nich, by się nie pozabijali.
- Cześć Mark. - zawołali chórkiem.
- Hej, co was do mnie sprowadza? - spytałem, na co odpowiedziała mi cisza.
- Eric, po prostu to powiedz. - zażądał od niego Bobby.
- Myślisz, że to takie łatwe? - warknął brunet w jego stronę. - To proszę bardzo, ty pierwszy. 
Przez chwilę patrzyłem na nich i czekałem, aż atmosfera opadnie, a oni przejdą w końcu do meritum. Tak bardzo chce im pomóc, ale muszę wiedzieć o co chodzi. 
- Mark, nie byłem z tobą od początku szczery... 
- Co masz na myśli? - spytałem zdezorientowany.
- No bo... od paru miesięcy palę fajki. - spojrzałem na niego zdziwiony.
- I ty mówisz mi to teraz?
- Nie chciałem ci o tym mówić... - skrzywił się. - Mam zamiar  z tym zerwać, tym razem na dobre
- Postawmy sprawę jasno. - klasnąłem w dłonie. - Zobaczę cię z paczką Malboro to wylatujesz permanentnie z drużyny.
- Zrozumiano. - pokiwał na to głową. - No widzisz... Mark to bardzo wyrozumiały człowiek.
- Do czasu Bobby... - pogroziłem mu palce.
- Okłamałem cię. - palnął Eric, stojąc z nogi na nogę. - Trener mnie nie wysłał na wymianę. 
- Powiedzcie, że mi się to śni. - złapałem się za głowę. - Więc jak tutaj się znalazłeś, Eric?
- Uciekłem z mojego domu, od mojego ojca.... 
- Czy.... coś ci zrobił? - spytałem, łapiąc go za ramię.
- Uśmiercił się by być wiarygodnym w swojej kampanii. - sapnął, wypuszczając duży pokład powietrza. 
- On znęcał się nad Tobą? - spytałem zszokowany.
- To nie tak... - spojrzał ukradkiem na Bobby'ego. - Kiedy potrącił mnie tir, leżałem w bardzo ciężkim stanie w szpitalu. Aby się pozbyć szumu gazet oraz plotek, powiedział, że podczas operacji umarłem. 
- Mogłeś umrzeć? - spojrzeli po sobie.
- My tak twierdziliśmy... aż do teraz. - urwał Bobby, przecierając twarz.
- A tak na prawdę... po operacji moje rokowania były wyśmienite.
Zaniemówiłem, nie wiedziałem co mam zrobić w tej sytuacji. Nie mogłem się z nim utorżsamić, gdyż moja sytuacja rodzinna znacznie odbiega od niego. Co za podłość! Nigdy się jej nie spodziewamy ze strony osoby, która cię ukochała i wychowywała przez tyle lat. Ufałeś jej przez całe życie, a tu nagle wyrzuca cię ze świata i to na rzecz swoich egoistycznych pobudek. Mimowolnie z moich oczu spłynęła łza.
- To jest.... niemożliwe.  - wydukałem, ściskając jego ramię.
On również uronił łzę, co jeszcze bardziej rozbudziło moje ogromne współczucie do niego.
- Przepraszam. - jęknął brunet, ocierając twarz.
- To nie twoja wina, Eagle. - odsunąłem go od siebie i spojrzałem mu głęboko w oczy.
- Nie jesteś zły? - spojrzał na mnie wymownie. - Okłamałem cię.
- Nie to się teraz liczy... - urwałem, łapiąc go za ramię. - Musisz z nim pogadać, w końcu... to twój ojciec. 
- Nie rozumiesz! W kwestii prawnej może i nim jest, ale ja tak nie uważam. - wykrzyknął, biegnąc przed siebie. - Ja nie mam ojca i nigdy go nie będę miał!

* Silvia's POV *



Właśnie malowałam sobie paznokcie u stóp w kolor dzisiejszego niebieskiego nieba, gdy mój telefon zaczął wibrować. Resztkami sił chwyciłam go i odebrałam go.
- Silvia, mamy problem...
- Co ty zrobiłeś?
- Właściwie... to chodzi o Erica.
- Tylko nie to...
- Jego ojciec jest tutaj. 
- Co? Jak to jego ojciec?! - krzyknęłam żałośnie do telefonu.
Pan Eagle przyjechał w poszukiwaniu syna, świetnie. Kontaktował się nawet z mamą Bobby'ego i na szczęście nie mogła podejść do telefonu. 
- Jasna cholera... gdzie jest Eric? 
- Właśnie opuścił konwersację.
Poleciał nie wiadomo gdzie, a ci zamiast biec za nim, to dzwonią do mnie. Przez to wylałam lakier na całym biurko.
- Ugh... zaraz sprowadzę pomoc. - szybko się rozłączyłam i zaczęłam ścierać niebieską ciecz.
Odstawiłam buteleczkę na odpowiednie miejsce, pośpiesznie ubrałam trampki i wykręciłam numer do Diany. Wolałam nie wyciągać Celi, która pewnie pracuje nad nowym materiałem do gazetki szkolnej. 
- Halo?
- Heejcia. 
- Słuchaj, mam problem. 
- Co tym razem zmajstrowali?
- Ojciec Erica jest w mieście.
- Jak to się stało?
- Sama nie wiem... ale to nie jest najgorsze. Eric gdzieś się zmył.
- Sprawdzałaś park? Tam może najprawdopodobniej być.
- Jestem w drodze... Liczyłam na to, że pomożesz mi szukać.
- Wiesz co... nie mogę, Axelowi pomóc z tym egzaminem?
- Egzamin?
- O kurczę.... coś przerywa...
- Diana. - i w tym momencie coś mi tutaj zaczęło nieprzyjemnie cuchnąć. 
Dobrze wiem, że Axel gdyby miał problemy w nauce, rozwiązałby ten problem w pojedynkę. Jest typem jednokierunkowca, który sam pracuje na swoje osiągnięcia. Ma najlepszą średnią z naszych chłopaków. Zdałem sobie, że ona mnie najzwyczajniej w świecie okłamała. Za pewne, chroni tego idiotę, tylko dlaczego? Mimo wszystko wolałam sprawdzić ten park. Moje nadzieje były złudne, żadnego śladu Amerykanina. Nabuzowana wróciłam do mojego domu i zastanawiałam się - gdzie on teraz mógł się podziewać? Może jest na boisku, sprawdziłam i tam - ślepy strzał, nie było go i tam. Z wycieńczenia tym chłopakiem, kupiłam kawę w pobliskiej kawiarni. Los chyba tak chciał, że spotkałam na swojej drodze pana Blaze'a. On to mi na pewno pomoże, ma nosa do takich tajemniczych spraw.
- To ty nie zakuwasz na test? - zagadnęłam go, patrząc na niego uważnie.
- Już wczoraj to przejrzałem.... - spojrzał na mnie podejrzliwie. - A o co chodzi?
- Ciekawe... - mruknęłam. - Diana powiedziała mi, że właśnie w tej chwili... pomaga ci w nauce. 
- A to wstrętna kłamczucha... 
- Czyli jednak! - klasnęłam w dłonie.
- Kogoś szukasz? 
- Ty wiesz, Blaze. - pokiwał głową na moje słowa
Dla niego żaden człowiek nie ma tajemnic, jest jak magik wyciąga królika z kapelusza. 
- Czyżby umknął ci twój orzełek? - pokiwałam ze śmiechem głową.
- Dokładnie... wszędzie sprawdzałam. - westchnęłam głęboko.
- Skoro tak... pomogę ci. - razem ruszyliśmy na poszukiwania.

 * Diana's POV *



- Gdzie się wybierasz? - spytałam, krzyżując ręce na piersi.
On powoli odwrócił się w moją stronę. Jego twarz nie pokazała mi żadnego zaniepokojenia. Aktor. 
- Za niedługo wrócę, obiecuję. - po czym wyszedł jak gdyby nigdy nic. 
Od pewnego czasu zrobił się dziwnie tajemniczy. On ma przede mną tajemnice tylko jakie? Mieliśmy być ze sobą szczerzy. Zaczynam powoli tracić całą cierpliwość i zaufanie do niego. Opadłam bezsilna na tapczan, wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Zanim zdołałam się podnieść, moim oczom ukazał się równie zdruzgotany Eric. . 
- Diana.
- Eric.- wpadłam w jego objęcia
Przez chwilę patrzyłam na jego brązowe oczy. 
- Co jest? - sapnął, nadal trzymając ręce wokół mojej talii.
- Coś jest nie tak z Axel'em. - skrzywiłam się. - Czuję, że coś przede mną ukrywa. 
Powoli zdjęłam jego ręce z mojej talii, gdyż wyglądało to co najmniej niezręcznie. Na jego twarzy pojawiły się niemałe rumieńce.
- Mój ojciec wrócił. - przełknął wielką gulę w gardle. - Chce mnie zabrać do Stanów.
Myślałam, że po tej operacji, wygranym turnieju będzie nam lepiej. A wygląda na to, że nie ma mowy na poprawę. Usłyszałam mój telefon, brunet chwycił mnie za rękę.
- Jeśli to Silvia... - spojrzał na mnie wymownie. - Nie mów jej, gdzie jestem...
- To twoja dziewczyna, a moja przyjaciółka. - sapnęłam. - Wiesz, że to niefair?
- Nie chcę ją w to pakować... I tak już wiele przeze mnie wycierpiała. - zagryzłam wewnętrzną część policzka. 
Powoli nacisnęłam zieloną słuchawkę.
Halo?
- Heejcia. 
- Słuchaj, mam problem. 
- Co tym razem zmajstrowali?
- Ojciec Erica jest w mieście.
- Jak to się stało?
- Sama nie wiem... ale to nie jest najgorsze. Eric gdzieś się zmył.
- Sprawdzałaś park? Tam może najprawdopodobniej być.
- Jestem w drodze... Liczyłam na to, że pomożesz mi szukać.
- Wiesz co... nie mogę, Axelowi pomóc z tym egzaminem?
- Egzamin?
- O kurczę.... coś przerywa...
- Diana. - i wtedy wiedziałam, że zaczyna się powoli domyślać, szybko odłożyłam słuchawkę.
Nie umiem kłamać, powie wam to każdy, że prędzej czy później da się mnie rozgryźć, tak czy siak.   

 * Axel's POV *



Około godziny 10 zacząłem się zbierać. Musiałem spotkać się z dawcą mojej siostry. Tak, to dzięki zdrowej nerce Julia mogła się przebudzić i odzyskać swoje dzieciństwo z powrotem. Kiedy dowiedziałem się kim jest dawcą, wściekłem się, był nim Caleb Stonewall, a raczej jego siostra Stella. Okazało się też potem, że możemy być dalekimi kuzynami. Zacisnąłem pięści, zdałem sobie sprawę, że nie mogę z tym czekać, a tym bardziej powiedzieć o tym Dianie. Nie wiem dlaczego los ze mną tak igra i skąd ten dupek tak wiele o mnie, o mojej rodzinie wie, ale... nie zostawię tak tego. 
- Gdzie się wybierasz? - usłyszałem jej głos za swoimi plecami. 
Musiałem jakoś z tego wybrnąć. 
- Za niedługo wrócę, obiecuję.
Po jej twarzy wiedziałem, że nie jest w stanie uwierzyć, że wychodzę od tak, do sklepu. Nie chcę jej o tym mówić, bo wiem, ze ta rozmowa nie będzie zaliczana do takich spokojnych i bez konfliktowych. Udałem się więc w stronę kawiarni, gdy już byłem w środku, zamówiłem coś ciepłego do picie i usiadłem przy ostatnim stoliku. Nim się obejrzałem koło barku kręcił się on, w pewnym momencie nasze spojrzenia się spotkały, a ten szybko do mnie podszedł.
- Witaj kuzynie. - powiedział, podając w moją stronę rękę.
- Nie jesteśmy dla siebie w żaden sposób bliscy, więc daruj sobie. - sapnąłem, ignorując jego ironiczne przywitanie
- A więc... co cię do mnie sprowadza? - spytał, wykładając nogi na blat.
- Dobrze wiesz. 
- No tak.... Julia, Stella, szpital. - odparł, grzebiąc wykałaczką w zębach.
- Myślałeś, że się nie dowiem? - warknąłem w jego stronę, waląc w stół.
- Na twoim miejscu byłbym wdzięczny mojej siostrze. - spojrzał na mnie równo groźnie, wytrzymałem to spojrzenie. - Gdyby się nie zgodziła... twoja malutka siostrzyczka dawno by leżała w grobie i gryzła by piach tak samo jak twoja matka.
W tym momencie dostałem szału, przekroczył wszystkie granice i uderzył w moje czułe punkty - matka i Julia. 
- Dawcą mogę być nawet ja albo mój ojciec. 
- A jednak... - zaśmiał się. - Wybrali Stellę.
- Miałeś się odwalić ode mnie, mojej drużyny, rodziny i dziewczyny. - powiedziałem, wstając. - Powtórzę więc ostatni raz... odpieprz się ode mnie raz na zawsze. 
Skierowałem swoje kroki do wyjścia. Miałem już dość tej rozmowy, a nawet samej jego obecności. Usłyszałem za sobą kroki, chłopak nie chciał dać za wygraną. 
- Nie skończyłem jeszcze. - odparł, chwytając mnie za ramię.
- Ale ja tak! - krzyknąłem, odpychając go od siebie. - Wal się!
Ale to nie był koniec, gdy wyszedłem na zewnątrz, chłopak rzucił się na mnie i zaczął okładać pięściami moją twarz. Resztkami sił zrzuciłem go z siebie, a następnie uderzyłem go w brzuch. 
- Jeszcze cię dopadnę, dupku. - wymamrotał, plując krwią.
- Niedoczekanie twoje... gnoju. - sapnąłem, obcierając twarz z krwi. Z mojego nosa jednak nadal leciała wąska struga krwi, a moje lewe oko było podbite. Mówiąc prościej, moja twarz została 
masakrowana. Po drodze udałem się do sklepu, po okulary przeciwsłoneczne, które po części zakryją te siniaki. Wiedziałem, że nie mogłem się w takim stanie pokazać mojej ukochanej, która potrafi mnie rozgryźć za pstryknięciem palców. I wszystko poszło by wyśmienicie, gdybym na mojej drodze nie napotkał przyjaciółki Diany - Silvii. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, czy mam ją zignorować i iść dalej czy udawać, że wszystko jest w całkowitym porządku.
To ty nie zakuwasz na test? - zagadnęła, patrząc na mnie uważnie.
- Już wczoraj to przejrzałem.... - spojrzałem na nią podejrzliwie. - A o co chodzi?
- Ciekawe... - mruknęła. - Diana powiedziała mi, że właśnie w tej chwili... pomaga ci w nauce. 
- A to wstrętna kłamczucha... - sapnąłem, łapiąc się za głowę. 
- Czyli jednak! - klasnęłam w dłonie.
- Kogoś szukasz? 
- Ty wiesz, Blaze. - pokiwałem głową na jej słowa
I już wiedziałem, że moja ukochana jest zamieszana z Erikiem, ponieważ brunet słynie z tego, że szybko znika z pola widzenia.
- Czyżby umknął ci twój orzełek? - pokiwała ze śmiechem głową.
- Dokładnie... wszędzie sprawdzałam. - westchnęła głęboko.
- Skoro tak... pomogę ci. - razem ruszyliśmy na poszukiwania.
Miałem przeczucie, że Diana właśnie w moim domu chowa Amerykanina. Po chwili byliśmy na miejscu, zdecydowanie złapałem za klamkę 
- To co... może mała konfrontacja? - zaproponowała.
- Do dzieła. - odparłem, poprawiając okulary .
Nacisnąłem pewnie klamkę i wszedłem do środka.
- Gdzie ty się tyle czasu podziewałeś, co? - syknęła, podchodząc do mnie bliżej.
- Gdzie jest Eagle? 
- To ja pierwsza zapytałam. - warknęła. - Choć raz, cholera bądź ze mną szczery.  
Silvia przez chwilę patrzyła na nas z troską, a następnie podreptała po schodach na górę. 
- Trudno mi o tym mówić... - urwałem, drapiąc się po karku. 
I nim się spostrzegłem zdjęła moje okulary. Z jej ust wydostało się cichy jęk, przejechała ręką po mojej twarzy.
- Nie wierzę w ciebie.... - odepchnęła mnie od siebie. - Mówiłam ci coś na ten temat.
- Zrozum, nie chciałem by do tego doszło.. - urwałem, łapiąc ją za rękę.
- A jednak... wracasz do domu i wyglądasz jak zbite jabłko. - skrzyżowała ręce. - Jak to się stało?
- Dzisiaj dzwonili ze szpitala... - urwałem, drapiąc się po głowie. - Dowiedziałem się, że siostra Caleba Stonewalla była dawcą nerki dla mojej siostry.
- O matko....
- Okazało się, że Caleb Stonewall to moja daleka rodzina.- kontynuowałem dalej. - Dzisiaj się z nim spotkałem, rzucił w moją stronę groźbami.
- Groźbami? Caleb to.... twoja rodzina. - usiadła na kanapie zdezorientowana. - To za dużo...
- To zdarzyło się tak niespodziewanie... rzucił się na mnie, a ja musiałem się bronić. - złapałem ją za rękę. - Proszę Diana... uwierz mi.
- Myślałam, że będzie dobrze. - wstała. - Ale... coś nam to utrudnia... ty to utrudniasz...
- Dan. - wtrąciłem się jej w zdanie. - Ty jesteś moim wszystkim, nie rób mi tego... 
Zauważyłem, że jej twarz lekko pobladła. 
- Axel...  - jej głos powoli się załamywał. - Będziesz niszczył każdego, kto będzie mi zagrażał i co potem? To nic nie da, oprócz mnóstwo stresu dla mnie, nowych szww-wów dla cie-bbb-ie... - wybełkotała z ledwym tchem, po czym jak piórko zaczęła lecieć wprost do moich ramion. 
Wziąłem ją na ręce i położyłem na sofie. Przykryłem ją kocem.
- Przepraszam kochanie... - szepnąłem jej do ucha i ucałowałem jej czoło.

* Eric's POV *




- Mówiłam, że to zły pomysł! - wrzasnęła, odkładając słuchawkę. - Ona wie...
- Domyśliła się? - złapałem się za głowę. - Okazuje się, że będę musiał uciekać moim ojcem oraz moją dziewczyną, która nieźle złoi mi dupsko.
- Ale ty sobie życie komplikujesz.. - urwała, pijąc kawę. 
- I kto to mówi? - odparłem z wyrzutem. - Gdybyś dawno poszła do doktora i poddałabyś się operacji, nie groziłby ci rak.
- Myślisz, że nie słyszałam tego od Mark'a, Jude'a, Bobby'ego, Axel'a, Silvii i Celii? - warknęła w moją stronę. 
Nagle w drzwiach klamka się poruszyła.
- Jasna cholera... - jęknąłem, patrząc na nadal poruszającą się klamkę. 
- Wio, na górę! - krzyknęła, pchając mnie na schody.
Udałem się do pokoi Axela, gdy do niego wpadłem, na pierwszym planie wysuwało się ich wspólne zdjęcie. Ona uśmiechnięta, on też, jednym słowem - szczęśliwa para zakochanych. Z dołu dobiegały mnie jakieś wrzaski. 
- Trudno mi o tym mówić... - urwałem, drapiąc się po karku. 
- Nie wierzę w ciebie....  Mówiłam ci coś na ten temat.
- Zrozum, nie chciałem by do tego doszło.. 
- A jednak... wracasz do domu i wyglądasz jak zbite jabłko. Jak to się stało?
- Dzisiaj dzwonili ze szpitala...  Dowiedziałem się, że siostra Caleba Stonewalla była dawcą nerki dla mojej siostry.
- O matko....
Oglądnąłem się za siebie i zobaczyłem brunetkę. 
- Ty. - warknęła, łapiąc mnie za ramiona i rzucając na łóżko.
- Silvia....
- To ja cię szukam po parkach, boiskach.... a ty ukrywasz się u Diany?
- Nie rozumiesz... - urwałem, siadając na łóżku. - Mój ojciec nie może mnie znaleźć.
- Nie będziesz uciekać przez wieki, Eric. - sapnęła, również siadając obok mnie. - Co my teraz zrobimy?
- Ale nie chciałem cię martwić, misiu. - urwałem, głaszcząc ją po ramieniu.
- Misiu? Ty idioto... - palnęła mnie w głowę. - Chciałam ten dzień spędzić sama ze sobą, a przez ciebie zmarnowałam swój cenny czas. Wszystko przez to twoje uciekanie.
Podszedłem do niej i wziąłem ją w objęcia. Przez parę minut się miotała, ale po chwili dała sobie spokój. 
- Postaram się ingerować cię w moje życie skarbie. - szepnąłem jej na ucho.
- A spróbowałbyś nie. - pogroziła mi palcem, po czym zaczęliśmy się oboje śmiać.
Poczułem wibracje w mojej kieszeni, spojrzałem na wyświetlacz - ojciec.
- Muszę coś jeszcze załatwić. - odparłem, głaszcząc po twarzy. - Ta rozmowa nie może czekać... ojciec nie może czekać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz