środa, 13 lipca 2016

Rozdział:41


" Zapachniało mi to od razu panem Rayem Darkiem. Dobrze wiem, że ta świnia nie dała sobie wolnego ani na moment. Nagle usłyszałam jakieś piski, które niebezpiecznie zbliżały się w moją stronę. Moim oczom ukazały się kolejno Celia, Silvia i Nelly, które wybałuszyły na mnie oczy.
- Co ty tu robisz? - spytała Celia, przyglądając mi się uważnie.
- Przyszłam po prawdę... - spojrzały po sobie. - Czyli po to samo co wy.
- Dlaczego cię nie było na pierwszej połowie meczu? - zagadnęła Silvia. 
- To długa historia, później wam opowiem. - odpowiedziałam wymijająco - Trzeba to powiedzieć chłopakom no już."

* No One's POV *

Gdy dziewczyny próbowały odkryć tajemnice eliksiru, który sprawia, że drużyna Zeusa zyskuje nieskończone pokłady siły, na boisk jatka trwała nadal. I nie znosiło się na jej zakończenie. Jednak największą uwagę publiczności skupiła walka po między kapitanami - Bayronem i Markiem. Patrzyli sobie głęboko w oczy, w które nieśmiało zaglądał gniew i nienawiść. Inni zawodnicy ledwo co stali na nogach, a niektórzy nawet nie podnosili się z zielonej trawy. Po mimo, że byli wykończeni i poniżeni do samego dna człowieczeństwo, było w ich sercach coś, co nie pozwalało im tak po prostu się poddać. 
- Zdziwiony? - spytał Sharp, próbując się uśmiechnąć. - To nasz kapitan, zapamiętaj tą twarz. Jest niezwyciężony, bo za każdym twoim ciosem wstaje jeszcze silniejszy. Każdy upadek spowodowany kometami twoich strzałów, dodaje mu siły. Nie możesz się mierzyć z tą boskością. 
Blondyn obrócił w jego stronę głowę. Był wściekły, a jednocześnie podekscytowany i gotowy pokazać Sharp'owi jak bardzo się myli.
- To może zrobimy mały test? - i ponownie wzniósł się w przestworza. 
Wtedy zabrzmiał gwizdek, który był zbawieniem dla Marka. Koniec pierwszej połowy, drużyny udały się na spoczynek.

* Mark's POV *



Ponowny strzał w moją twarz, ponowny upadek, ponowny ból. Zamknąłem oczy i przez chwilę widziałem białe światło, przeraziłem się. Czułem jak upadam na ziemię, opuchniętą, zakrwawioną twarzą do zielonej trawy. Słyszę tylko kroki sędziego i zacząłem marzyć, by to powstrzymał tą masakrę.
- Zdziwiony? - podniosłem głowę i moim obolałym oczom ukazała się sylwetka Jude'a, który ledwo stał na nogach - To nasz kapitan, zapamiętaj tą twarz. Jest niezwyciężony, bo za każdym twoim ciosem wstaje jeszcze silniejszy. Każdy upadek spowodowany kometami twoich strzałów, dodaje mu siły. Nie możesz się mierzyć z tą boskością. 
Nie mogłem uwierzyć w jego słowa, ponieważ załączony obrazek nijak ma się do tych pięknych słów wygłoszonych przez chłopaka. Poczułem, że siły powoli do mnie wracają i nieudolnie zacząłem wstawać. Bayron spojrzał na mnie zdziwiony, na słowa Jude'a jego zabłyszczały ze wściekłości.
- To może zrobimy mały test? - i ponownie wzniósł się w przestworza.
Wtedy zabrzmiał gwizdek w ustach sędziego, a ja klasnąłem w dłonie za ocalenie mojego życia choć na parę minut. Zeszliśmy do trenera i do chłopaków, którzy siedzieli kontuzjowani koło naszych dziewczyn
- Narkotyki? - usłyszałem spanikowany głos Willy'ego. - Do prawdy... ludzie nie mają granic.
Szybko podszedłem do nich słysząc te słowa.
- Co właśnie powiedziałeś? - a wszyscy spojrzeli na mnie ze współczuciem.
- Twoje ręce... - jęknęła cicho Silvia, łapiąc moje dłonie. 
- Gdyby tu była Diana, to na pewno by się tym zajęła. - pokręcił głowom ze smutkiem Todd. 
- Mam nadzieję, że się zjawi. - urwał niepewnie Steve.
- Spokojna twoja rozczochrana - Nathan przerwał ich żałosne jęki. - Musimy sobie radzić sami, bez niej...
I tu nastał moment kiedy nie wiedziałem co powiedzieć, a wszyscy wyczekiwali mojej motywacyjnej przemowy, właśnie w takich kryzysowych sytuacjach. Jesteśmy bardzo ciężkiej sytuacji, a ja nie mam pomysłu jak mamy wyjść z tego gówna. Przez to, że biorą te dragi są parę kroków przed nami, gdy tymczasem ja taplam się w błotku jak jakaś świnia. Muszę zmienić obdarte rękawice, dlatego szybko zobaczyłem do wnętrza swojej torby. Znalazłem tam coś pięknego - rękawice, i to nie byle jakie, to były dziadkowe rękawice. Szybko je włożyłem i wtedy poczułem jakby jego duch sportowca połączył się z moim połamanym aż do kości duchem. Do mojego serca nadeszła wielka fala determinacji. 
- Okej, czas się zabawić. - odparłem, lekko klaszcząc w zmasakrowane dłonie. - Przepraszam was za to, że byłem taki rozkojarzony. Wszystko przez moje paskudne czarne myśli, ale mniejsza... 
- Kapitanie... jak my sobie poradzimy? - jęknął Sam, podkulając nogi do siebie.
- Jak widzicie... nie z nami wielu osób - obróciłem się w koło. -Mojego dziadka, niektórych waszych rodziców, Diany, Julii, pana Raimon'a. Ale my musimy się spiąć w sobie. Wiem, że możecie! Przechodziliśmy przez większe gówna. Szczerze, życie nam pokaże jeszcze więcej, ale wpierw musimy przejść tą wojnę! 
- Pokażmy siłę i moc, która jeszcze nigdy nas nie zawiodła - poklepałem Blaze'a po ramieniu. 
Teraz się musi udać. 

* No One's POV *

Przerwa powoli zbliża się ku końcowi, a zawodnicy udali się na boisko by rozpocząć drugą połowę. Rozpoczyna ją Inazuma, szybkie podanie i zaczyna się natarcie Raimona. Do bramki biegną  Jude, Axel i Eric. Lecz obrońcy Zeusa nie śpią. Są bardzo czujni, gdy widzą przeciwników na horyzoncie, następuje wielkie tupnięcie jednego z nich znów ich powaliło na ziemię. Ponownie przy piłce jest Bayron i konsekwentnie zmierza do bramki, a pozostali nadal leżą nieruchomo na murawie. Kilka metrów przed bramką blondyn zatrzymał się i spojrzał głęboko w oczy Evansa.
- To co? - pstryknął w palce. - Czas się poddać.
- Nie wkurzaj mnie lalusiu. - warknął Mark, a piłka ponownie musnęła z impetem jego twarz.
Jednak chłopak przyjął to z godnością i wstał niewzruszony tym potężnym strzałem. Blondyn jeszcze bardziej wkurzył i kopnął jeszcze mocniej niż wcześniej piłkę. 
- Dlaczego ty wstajesz pluskwo! - piłka Bayrona poszybowała do bramki Raimona.
- Nigdy się nie poddam. - jęknął żałośnie. - Nie pozwolę być zszargał piękne brzmienie tego sportu! 
Mięśnie blondyna się zacieśniły, nagle stał się jakiś dziwnie spięty. Przez te używki nawet nie zauważył jak szybko wysiadł mu organizm i przy okazji psychika. Pofrunął wysoko w górę. Wtedy Mark  obrócił się i wyglądało na to, że nie chce patrzeć na swoją porażkę, jakby się pogodził z tym wszystkim. Mark zamknął oczy, złapał się za serce by czerpać z niego całą swoją miłość do tego sportu. W tym samym czasie, piłka poleciała z prędkością światła w jego stronę. Wtem z bramki rozbłysnęło wielkie światło, a nad Evansem jakby pojawił potężny bohater Maajin, najsilniejszy bożek z kultury japońskiej. Chłopak wyciągnął pewnie rękę i z łatwością złapał piłkę. 
- O matko... - sapnął zdezorientowany Mark, ściskając piłkę, upewniając się czy to na prawdę się zdarzyło.
Raimon widząc te wszystkie rzeczy, jakby dostali nowych skrzydeł. Jude wraz z Axel'em zaczęli podążać do bramki, obrońca Boskiego Liceum próbował ich zatrzymać, jednak nic nie wskórał. Axel poleciał wysoko nad jego głową i posłał swoje OGNISTE TORNADO do Jude'a, a ten swoją z PODWÓJNĄ SZYBKOŚCIĄ rozwalił bramkę wraz z bramkarzem, który stał w jej środko. Powtórzyli akcję drugi raz i trzeci, sukces. Teraz jest 3:3, a więc mamy remis. Rozwścieczony aniołek (Bayron) poleciał do bramki i piłka prosto poleciała w ręce kapitana Inazumy. On uśmiechnął się, widząc, że nastała dla nich dobra passa i wraz z piłką podążył do bramki. Za nim dreptali Eric i Bobby, czas więc na słynnego TRÓJPEGAZA. Iiii... udało się! Oto mistrze! 
- JEDENASTKA RAIMONA WYGRYWA STREFĘ FOOTBALLU! -krzyknął uradowany speaker, a wszyscy na trybunach zaczęli klaskać.

* Axel's POV *



- Dlaczego ty wstajesz pluskwo! - piłka Bayrona poszybowała do bramki Raimona.
- Nigdy się nie poddam. - jęknął żałośnie. - Nie pozwolę być zszargał piękne brzmienie tego sportu! 
Ponownie piłka została posłana w jego stronę, a ja miałam ochotę zasłonić oczy. Mark chyba czytał w moich myślach, ponieważ obrócił się i zamknął oczy, zacisnąłem pięści. Piłka leciała z zawrotną prędkością, a chłopak nie porusza się, stoi jak amerykańska statua wolności. Wtem w moje oczy błysnęła dużo doza światła, szybko je przetarłem i zobaczyłem jak za plecami Mark'a wyłania się gigant nad giganty - Maajin, a Mark trzyma piłkę w rękach. Uradowany szybko rzuciłem się  Nathanowi w objęcia, ponieważ jest jeszcze nadzieja na odwrócenia losów tego meczu. Zeus stosuje podanie, a Jude sprytnie przejmuje piłkę pod swoje nogi, gestem ręki pokazał, abym podążył za nim. Teraz liczyły się sekundy. Co on kombinuje? Będąc przy bramce, nie mogłem się wycofać. Wtedy w mojej głowie pojawiła się moje ukochane osoby - Diana i Julia. Zdałem sobie sprawę, że dla nich muszę to zrobić, nie dla siebie - dla nich, dla team'u, mamy i przede wszystkim dla całego miasta Inazumy. Moje OGNISTE TORNADO poleciało w dół do Jude'a, a ten po linii prostej poprowadził strzał - bramkarz nie miał szans. I nim się obejrzałem Bobby, Mark i Eric zrobili swoje. 
- JEDENASTKA RAIMONA WYGRYWA STREFĘ FOOTBALLU! -krzyknął uradowany speaker, a wszyscy na trybunach zaczęli klaskać.
Nie mogłem przez chwilę uwierzyć w tą kolej zdarzeń, jakbym ogłuchł. Popatrzyłem na ławkę rezerwowych i wtedy zobaczyłem ją. Stała oparta o słupek z tym swoim pięknym uśmiechem, bez zastanowienia podbiegłem do niej i wpadliśmy sobie w objęcia. 
- Udało ci się, deklu. - jęknęła, z jej oczu polał się potok łez.
- Gdyby nie ty... nie stałbym w tym miejscu. - musnąłem jej usta.
- Nie.. - spojrzała mi głęboko w oczy. - To wy i tylko wy przyczyniliście się do tego. 
Nie wytrzymam, muszę ją pocałować. Czułem się teraz tak dobrze,  spełniłem wszystkie swoje doczesne plany. Zostałem mistrzem Japonii, mam u swojego boku wspaniałą dziewczynę, o której marzyłem przez lata i wiem, że mogę liczyć na swoich wspaniałych przyjaciół. A to sprawka tylko jednego człowieka, który na początku wchodził mi w dupę jak nikt inny, mowa tu o jednej osobie - Mark Evans. Pamiętam, że od samego początku był po prostu nie do zniesienia, był niczym jak wrzut na dupie, którego nijak nie można było się pozbyć. Kto by pomyślał, że będę zawdzięczał mu tak wiele. O wilku mowa, brunet jak z procy podbiegł do nas i przytulił, a raczej powalił na ziemię.
- Moje kości! - jęknęła Diana, śmiejąc się jak głupia.
- Ból to moje drugie imię. - sapnął, pokazując swoją porządnie obdartą twarz.
- A więc.. to rodzinne - odparłem, na co dostałem kuksańca w bok.
Wszyscy zaczęliśmy ryczeć na myśl tych emocji, które dostaliśmy będąc w tym turnieju. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, dlatego płakałem i śmiałem się w tym samym czasie, wszystko z powodu natłoku tych cholernych emocji. Potem cała nasza paczka wpakowała się do karawanu. Gdy ja, jako ostatni pasażer, wchodziłem do środka, zatrzymał mnie kapitan Zeusa. 
- Jesteście pierwszą drużyną, która nas pokonała. - skrzywił się. 
- Zdarza się. - burknąłem.
- Zasługujecie na nasz pokłon. - powiedział, klękając przede mną. 
- Ej, ziom wstawaj. - powiedziałem zawstydzony, klepiąc go po ramieniu.
Wtedy podszedł do nas Mark, Bayron na szczęście już się podniósł, a ja mogłem spokojnie odetchnąć.
- To był dobry mecz. - odparł Evans, wyciągając do niego dłoń.
- Tak, zdecydowanie trzeba to powtórzyć. - sapnął, mocniej ściskając jego rękę.
I w końcu mogliśmy odjechać stąd i autobus skierował nas w stronę szkoły. Timmy, Todd i Jack wynieśli nasz złoty puchar i zaczęli go powoli podrzucać. Sam widok tego złota, napawało mnie to dumą. Nadal myślę, że to głupi sen, a ból spędził mi złudzenie z powiek.
- No siema książę, tak tylko cię upewniam, że zostałeś mistrzem Japonii. - odparł Nathan, klepiąc mnie po plecach. 
Gdy schylił się by zawiązać sznurówkę, miałem dobrą okazję na rewanż. Zamachnąłem się i wycelowałem stopą w jego dupę, a chłopak przeraźliwie jęknął.
- A ja się upewniam, czy wszystkie kości masz na miejscu. - zaśmiałem się w głos. - Ta, nic się nie zmieniło.
Podszedłem w stronę Marka - mojego kapitana i najlepszego przyjaciela i wysunąłem dłoń w jego stronę. 
- Dziękuję ci. - Mark patrzył się na mnie jak wryty.
- Ale za co? 
- Za to, że mnie ocaliłeś. Jestem ci winny przeprosiny... za to, że nazwałem się głupkiem. - i nim się oglądnąłem zaczął płakać jak małe dziecko. 
Potrząsnął moją rękę.
- Muszę jeszcze gdzieś pójść. - a w moich myślach pojawiła się Julia, skierowałem swoje kroki w stronę szpitala.

* Diana's POV *



Wyszłam z budynku, ponieważ zrobiło mi się słabo, usiadłam na schodach. Zastanawiałam się jak chłopcy sobie radzą, więc gdy tylko poczułam się troszkę lepiej, weszłam do środka by zaspokoić swoją ciekawość. Podążyłam za dźwiękiem odbijanej piłki i parę minut później znalazłam się na boisku. 
- JEDENASTKA RAIMONA WYGRYWA STREFĘ FOOTBALLU! -krzyknął uradowany speaker, a wszyscy na trybunach zaczęli klaskać.
Oparłam się o słupek i spojrzałam ukradkiem na wmurowanego w ziemię Blaze'a. Jeszcze chyba nigdy go takiego nie widziałam, gdy tylko na mnie spojrzał, na jego twarzy pojawił się szczery, wielki uśmiech. Podbiegł do mnie szczęśliwy, że spełnił swoje największe marzenie.
- Udało ci się, deklu. - jęknęłam, próbując powstrzymać łzy.
- Gdyby nie ty... nie stałbym w tym miejscu. - musnął moje usta.
- Nie.. - spojrzałam mu głęboko w oczy. - To wy i tylko wy przyczyniliście się do tego. 
Oczywiście do nas przyłączył się Mark i powalił nas na ziemię.
- Moje kości! - jęknęłam, śmiejąc się jak głupia.
- Ból to moje drugie imię. - sapnął mój brat, pokazując swoją porządnie obdartą twarz.
- A więc.. to rodzinne - odparł uszczypliwie Axel, na co dostał ode mnie kuksańca w bok.
Potem nasza wesoła gromadka udała się do karawanu, gdy już siedzieliśmy, szczęśliwa wtuliłam się w tors Blaze'a. Po chwili znaleźliśmy się przed szkołą, patrzyliśmy przez chwilę na siebie i ponownie chłopaki zaczęli się wzruszać.
- Hej, hej. - wrzasnęłam. - Chłopaki nie płaczą, a zwłaszcza mistrzowie.
Wtem podszedł do mnie Shearer. 
- Coś ty młoda powiedziała? 
- To co słyszałeś, gałganie. - dogryzłam mu. Już wiedziałam co się święci, chłopak przerzucił mnie przez ramię i zaczął kręcić z całej siły, uciekając ze mną z dala od grupy.
- A teraz gadaj gdzie się podziewałaś? - odparł, stawiając mnie na ziemi, dysząc jak pies.
- A co cię to interesuje? - próbowałam odwrócić jego uwagę. - Teraz cała uwaga jest skierowana na waszym zwycięstwie, czyż nie?
- Muszę wiedzieć. - odparł, patrząc na mnie znacząco. - Siła wyższa. 
- W wielkim skrócie... przeżyłam operację szpiku, w której teoretycznie miałam umrzeć. - odparłam, a jego oczy zrobiły się duże jak dwie wielkie monety.
- Kozak z ciebie. - podsumował, głaszcząc mnie po głowie.- To tak się jeszcze mówi? - zaczęliśmy się śmiać. 
- Ale jest coś jeszcze. - zagryzł dolną wargę. - Chodzi o Celię...
- Gadaj Shearer. - zażądałam.
- Czuję, że się od niej oddalam. - ukradkiem spojrzał na nią. - Tak jakoś od tej kolacji z jej rodzicami, nie spotykamy się, a nawet nie piszemy. 
- Nie rozumiem. 
- Wolałbym tego akurat nie zepsuć... - urwał, patrząc na mnie z nadzieją. - Nie mówiła ci nic?
- Paranoja.
- Co? - sapnął zaniepokojony.
- Tak się dzieje kiedy zaczyna ci zależeć. - wytłumaczyłam. 
- Świetnie..
- Spokojnie. - poklepałam go po ramieniu. - Zabierz ją dziś gdzieś i obgadajcie sprawę.
- Nie chce naciskać. - westchnął, drapiąc się w kark.
- Lepiej, żebyś się dowiedział o co chodzi... - odparłam szybko. - Może się okazać, że jest problem i tutaj nie chodzi o naciskanie. 
- Skoro tak... - ponownie na nią spojrzał. - Jesteś najlepsza.
Szybko pomknął w stronę dziewczyny, a tymczasem Mark i Axel patrzyli na siebie znacząco. Nie ma co, ta dwójka przeżyła swoje wzloty i upadki większe od innych ludzi na tej planecie.
- Dziękuję ci. - Mark patrzył się na niego jak wryty.
- Ale za co? 
- Za to, że mnie ocaliłeś. Jestem ci winny przeprosiny... za to, że nazwałem się głupkiem. - zaczął płakać jak małe dziecko.
Wzruszeni podali sobie ręce.
- Muszę jeszcze gdzieś pójść. - i nim zorientowałam, byłam prowadzona przez Blaze'a.
- Halo, gdzie ty mnie prowadzisz? - jednak ten się nie odpowiedział. 
Gdy w końcu dotarliśmy pod budynek szpitala, to zrozumiałam. Chodzi o Julię, weszliśmy szybko do pokoju numer 24. Moim oczom ukazało się dobrze znane mi łóżko, a na nim spokojnie leżała mała dziewczynka. Blondyn usiadł na przeciwko niej i chwycił ją za rękę. Nagle jej powieki zaczęły lekko drgać i dziewczynka powoli otworzyła oczy. Z moich oczu polały się łzy, po tylu latach w końcu się obudziła i to w odpowiednim czasie. 
- Axel? - szepnęła, patrząc na już kompletnie zaryczanego Blaze'a.
- Tak, to ja aniołku. - pocałował ją w czoło. - Dobrze, że jesteś. 
- Długo mnie nie było? - spytała zdezorientowana, rozglądając się na boki. - Gdzie jestem?
- Julka... - ciężko westchnął, drapiąc się po karku. - Kopę lat.
Jak teraz powiedzieć dziewięcioletniej dziewczynce, że została potrącona przez tira, a raczej prawie zabita przez Dark'a? Biedne dziecko nie wiedziało jak się jej brat strasznie się męczył przez ten czas, przeprowadzał z miejsca na miejsce i w końcu stał się mistrzem Japonii. 
- Żartuje... po prostu na chwilkę zdrzemnęłaś. - powiedział, nerwowo się śmiejąc.
- To mój nowy pokój? Jakiś dziwny... - powiedziała, ziewając. - Idę pospać, obudź mnie na obiad. 
Pokiwał na to głową, a malutka ponownie zamknęła oczy. Axel wpadł w moje objęcia, pogłaskałam go po głowie.
- Wszystko jest na swoim miejscu. - jęknęłam.
- Na to wygląda. - złapał się za głowę. - Tyle na to czekałem..
- Hej. - wzięłam jego twarz w swoje ręce. - Nie analizuj tego, ciesz się tą chwilą.
- Masz rację. - ucałował moje ręce. - Nareszcie wyszedłem na prostą... my wszyliśmy na prostą.

* Nelly's POV *



Przez cały ten mecz patrząc jak na tą rzeź, w której Mark brał udział, miałam ochotę to przerwać. Jednak wiedziałam, że już nie mam tej władzy i nie mogę się w to wtrącać. Kiedy wygrali ten mecz, tak bardzo zapragnęłam znaleźć się w jego bezpiecznych objęciach, ale nie mogłam - mamy przerwę. Weszliśmy do autobusu i miałam okazję z nim pogadać stchórzyłam. A kiedy byliśmy pod szkołą, Celia dała mi kuksańca w bok, spojrzałam na nią zdezorientowana.
- Nelly, idź do niego. - jęknęła, potrząsając mną.
- Nie ma mowy. - potrząsnęłam głową. - Nie ma sensu żeby to naprawiać. 
Ale czy aby na pewno? 
- Kochasz go, prawda? - a w moich oczach znalazły się łzy. - Uznam to za tak... a teraz idź.
Toczyłam w mojej głowie bitwę z moimi myślami, poczułam nagle, że ktoś mnie pchał z tyłu - to była Celia i Silvia. Przez to wszystko wpadłam na niego, spojrzał mi głęboko w oczy i posłał mi swój uśmiech.
- Idziesz ze mną. - sapnął, łapiąc mnie za rękę.
Zaprowadził mnie w to właśnie miejsce, w nasze miejsce. Opona, wielkie drzewo i wieża Inazumy. Na sam widok tego obrazku, uśmiechnęłam się i spojrzałem na niego. Siedział na oponie, popijając zimną colę. Jego wzrok był jak zawsze rozbiegany, ale gdy tylko zauważył się na niego patrzę, skoncentrował całą swą uwagę na mnie. 
- Po co mnie tu zabrałeś? - przerwałam tą  niezręczną ciszę. 
Wa te słowa powoli wstał i skierował swoje kroki w moją stronę. Teraz był bardzo blisko mojej twarzy, co doprowadzało mnie do szaleństwa.
- Chciałem tylko na ciebie popatrzeć. - sapnął, łapiąc mnie za twarz.
- Nie wystarczy ci to, że widujesz mnie w klubie, sklepie, szkole? - spytałam zdezorientowana.
Przejechał mi powoli ręką po ramieniu, a na moim ciele pojawił się ten dobry dreszcz.  
- To zdecydowanie za mało.. - odparł, wzruszając ramionami. - A wszystko dlatego, że... zwariowałem na twoim punkcie.
- Jesteś pewien, że to nie jakieś złudzenia? - na moje słowa chłopak zaśmiał się.
- A czy to złudzenie? - wbił się w moje usta. 
Tak bardzo za nim tęskniłam, pogłaskałam go po twarzy.
- Witaj z powrotem. - zaśmiałam się, delikatnie głaszcząc go po twarzy.
- Kurde.. - zaczął cmokać ustami. - Gdzie się podziała ta wiśniowa szminka? 
- Nie byłam przygotowana na to, że ktoś zaatakuje moją twarz. - odparłam, na co oboje zaczęliśmy się śmiać. 
I tak chwilę jeszcze siedzieliśmy - szczęśliwi, wtuleni i całkowicie spełnieni.


hejcia naklejcia! :>
co tam u was? jak wakacje.
hmm, komentarzów  brak :c
ale nie zmuszę was do tego,
kiedyś się ich może doczekam.. XD
a tu tak jakby szczęśliwe zakończenie, 
Raimon mistrzem Japonii, o tak! <3
ale czy wszystkie ich troski już mają za sobą?
dowiecie się tego w następnym rozdziale! :3
p.s jeśli chcecie jakiś specjalik na 1700 wyświetleń, 
to pod tym rozdziałem ma być przynajmniej 10 wyświetleń!
daję wam wielkie wyzwanie, czy podołacie?
zobaczymy, tym czasem miłego dnia/wieczoru! <3
papatki! c:
                                                   ~ gejzerka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz