piątek, 8 lipca 2016

Rozdział: 40


"- Proszę cię Diana, jesteś mądrą dziewczyną.
- Ale ja nie wiem nawet o co ci chodzi! - wrzasnęła, wymachując rękami.
- Dobrze wiesz o czym mówię... - spojrzałem na nią. - Dzisiaj byłaś dla mnie szczerze miła i ja się pytam... Dlaczego?
- Jude, to głupie uciekać od siebie, tylko dlatego, że się z kimś zerwało. 
- Co masz na myśli? - sapnąłem.
- Co ty na to... aby ocieplić nasze relację choć trochę? 

* Diana's POV *



Nie mogłam zasnąć, więc otworzyłam senne powieki i szybko wstałam z łóżka. Wyciągnęłam moją torbę i spakowałam najważniejsze rzeczy, które mi będą dzisiaj potrzebne. Włosy przeczesałam szczotką i ubrałam się. Dziś jest t e n dzień. Idę na operację, której mogę nie przeżyć. Moje myśli utwierdzały mnie w tym, że to będzie mój ostatni dzień będąc w tym życiu. Po ostatniej wizycie u lekarza moja głowa jest pełna mroku.
" Kiedy wywołano moje nazwisko, moje ciało drżało, a ja powoli chwyciłam za mosiężną klamkę. Gdy już byłam w środku, doktor zachęcił mnie bym podeszła bliżej i usiadła na przeciwko niego. Gdy to zrobiłam, spojrzał na mnie uważnie i zanotował coś na malutkiej kartce.
- Witam panią... - pogrzebał chwilę w papierach. - Pani wyniki...
- Taa-ak. - przerwałam mu niespodziewanie. - są słabe, wiem.
Pokiwał na moje słowa głową.
- Właśnie to miałem powiedzieć... ale pani mnie już wyręczyła. - sapnął, poprawiając okulary. 
- Przepraszam. - odburknęłam, poprawiając się na krzesełku.
- Rozumie pani, że te wyniki nie zmieniają się od pewnego czasu. - spojrzał na mnie podejrzanie.
- Skąd...
- Poprosiliśmy o amerykańską klinikę o pańską kartę. - podsunął wielką, brązową kopertę pełną mojej medycznej historii. - Powinna się pani poddać operacji szpiku... jakieś dwa lata temu.
- Czy już jest za późno? - wyrwałam się przestraszona.
- Wydaje mi się, że tak. - zdjął okulary i spojrzał mi głęboko oczy. - Chyba, że natychmiast panią zoperujemy. 
- Kiedy? - spytałam szybko.
- Najlepiej jutro. - zacisnęłam pięści. - Ale to szalone...
- Zgadzam się. - spojrzał na mnie jak na wariatkę.
- Ale.. przemyślałaś to dziecko?
- A czy przeżyję to? 
- Jest pani w dobrych rękach.  - powiedział z uśmiechem na twarzy. - Ale nie obiecuję, że podczas takiego zabiegu nie znajdą się komplikację.
- Ufam panu. - wstałam, podając mu rękę.
- A więc, do zobaczenia jutro. - ścisnął pewnie moją rękę."
Może wam się wydawać, że jestem wielkim chojrakiem, gdyż igram ze śmiercią jak mi się podoba. Gdy tylko przekroczyłam próg gabinetu, pojawiło się wokół mnie mnóstwo wątpliwości i paraliżujący strach. Usiadłam na schodach szpitala i miałam ochotę się wycofać, ale już na to za późno - klamka zapadła. Nie ufam tekstowi "jest pani w dobrych rękach" - gdyż to największy kit jaki lekarz może wam wcisnąć i to przez to wasz stres i strach wzrasta. Wróciłam myślami właśnie w ten dzień, kiedy łapałam klamkę. Nagle poczułam, że ktoś jest za mną i ściska moją rękę - wydawało mi się, że to poranne mroczki, jednak byłam w błędzie. 
- Myślisz, że ci tak łatwo pójdzie? - obróciłam się powoli, a na jego twarzy pojawił się wielki gniew.
- Proszę... puść mnie. - jęknęłam, a ten posadził mnie na kanapie.
- Co się dzieje? - złapał się za głowę. - Proszę powiedz mi prawdę Diana.
I właśnie w takich momentach strasznie żałuję, że zaangażowałam go w moje życie za bardzo. Co mam mu powiedzieć? Prawda brzmi dla mnie niedorzecznie w tej kwestii, ponieważ nie będę mogła się wyplątać. 
- Axel... ja muszę iść. - sapnęłam, wstając z kanapy.
- Dokąd. - wyrwał się, również wstając. 
- Szpital. - blondyn zacisnął pięści. 
W jego oczach zobaczyłam wielki smutek. 
- W celu?
- Mam mieć operację szpiku, o dziewiątej. - spojrzałam na zegarek ukradkiem. - Muszę się zbierać...
- Czekaj. - wrzasnął. - Kiedy miałaś mi to powiedzieć? Po wszystkim?
- To nie tak... 
- Nie... - walnął w stół. - Dziewczyno, doprowadzisz mnie do szewskiej pasji!
- Uspokój się do cholery! 
- Od razu się uspokoiłem, wiesz? - zaśmiał się mi w twarz. - To był błąd.
Złapałam go za ramię i odwróciłam w moją stronę. Teraz patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Położyłam mu rękę na policzku, poczułam na mojej dłoni jak z jego oczu lecą rzewne łzy.
- Dlaczego mnie porwałaś w swoje sidła Diana? - jęknął.
- Axel... przepraszam. - zagryzłam wargę. 
- Obiecaj mi... - złapał mnie za dłoń. - wróć w jednym kawałku... nie chcę cię stracić tak jak straciłem swoją siostrę.  
- Wiesz, że nie mogę tego zrobić. - powiedziałam, łamiącym się głosem. - Ale wiedz, że.... cholernie cię kocham. 
- Proszę idź już... bo zaraz zmienię zdanie. - sapnął, całując moje czoło. 
Na jego twarzy pojawił się uśmiech podobny do tego, który nosi mój brat. Odpięłam swój naszyjnik, po czym zapięłam mu na szyi. Na naszyjniku wisiał srebrne serce - a na jego odwrocie pisało moje imię, Diana. Ostatnio mama mi go dała, aby strzegł mnie przed złem, nie chcę by i jemu coś się stało. 
- Może nie będę z Tobą ciałem tam... ale duszą. - szepnęłam, muskając jego usta. - Bądź dzielny dla mnie. 
- Do widzenia. - powiedział, powoli się oddalając.
- Mam nadzieję...- i już miałam zamykać drzwi, kiedy znowu mi przerwał.
- Diana... - obróciłam się. - Jeśli ten lekarz coś sknoci to... pomszczę cię.
Momentalnie zamknęłam drzwi i szłam w stronę ulicy mając oczy pełne łez. Uświadomiłam sobie, że zachowałam się najgorzej na świecie zostawiając takiego cud chłopca, jakim jest Axel. Może lepiej, że się dowiedział już teraz? Inaczej by było, gdyby dowiedział się zdecydowanie później. A co zresztą? Kiedy odpowiadałam sobie na to pytanie w myślach, spostrzegłam, że jestem przed budynkiem szpitala. Tam pielęgniarki odpowiednio mnie przygotowały i teraz czekałam na moją kolej. Nagle słyszę nazwisko. 
- Evans! - wstałam szybko z miejsca. 
Nadszedł czas abym i ja zagrała mecz o wysoką stawkę, o własne życie.

* Axel's POV *



- Proszę idź już... bo zaraz zmienię zdanie. - sapnąłem, całując moje czoło. 
Wiedziałem, że już nie powstrzymał. Kuło mnie to, że zaledwie jestem z nią dwa miesiące, a już muszę ją wypuszczać z mych rąk. Tak strasznie mam ochotę wyrzucić i przestać martwić się o nią, ale wiem, że nie miałbym serca od tak ją odrzucić i zostawić na pastwę losu. Ona potrzebuje mnie, a ja jej  - jedno bez drugiego jest puste jak bęben perkusji. Podeszła do mnie na chwilę, zdjęła swój piękny naszyjnik i zawiesiła na mojej szyi.
- Może nie będę z Tobą ciałem tam... ale duszą. - szepnęła, muskając moje usta. - Bądź dzielny dla mnie.
Miałem ochotę już jej nie puszczać, ale nie mogłem. Czułem jak do moich oczu, dlatego też wydukałem 
- Do widzenia. - i zacząłem powoli się oddalać.
- Mam nadzieję...- i już miała zamykać drzwi, ale tyle słów cisnęło mi się na usta, że ponownie pohamowałem ją od jej planu.
- Diana... - obróciła się, patrząc na mnie smutno. - Jeśli ten lekarz coś sknoci to... pomszczę cię.
Widziałem, jak jej oczy się szklą, ona też była tego świadoma, dlatego z impetem trzasnęła drzwiami. Zostałem więc sam z milionem zakończeniami jej operacji, spojrzałem na wisiorek. Był piękny i delikatny jak ona, zacisnąłem go w ręce, zdałem sobie sprawę, że zaczynam się cholernie o nią bać.  Do meczu pozostało zaledwie dwie godziny, usiadłem zdruzgotany na kanapie. Poprawiłem rozwalony stół i wtedy do drzwi zapukała pani Clifford. 
- O matko kochano! - złapała się za głowę, widząc pęknięty wazon na podłodze. - A ja tylko pojechałam do sanatorium na tydzień. 
Pani Clifford tak bardzo przypominała mi moją świętej pamięci babcie, która miała manię sprzątania. Nim się spostrzegłem kobieta miała w ręku zmiotkę i powoli zamiatała kawałki wzorzystego wazonu.
- Coś się stało paniczu? - spytała, siadając obok mnie. 
- Po prostu... nie wyspałem się. - odmruknąłem.
- Axel, matko kochana! Tak być nie będzie... - westchnęła, wstając z kanapy i udając się do kuchni. - Ugotuję ci coś w takim razie... mleko. 
Ponownie usłyszałem pukanie do drzwi. I nim zdążyłem je otworzyć, one z wielkim łomotem się otworzyły. A w nich stanął Swift, który uśmiechnął się nieśmiało w stronę staruszki.
- Co to ma znaczyć?! - wrzasnęła sprzątaczka.
- Przepraszam... señorita. -  powiedział, całując jej rękę. 
- Jeszcze mamy kupę czasu... - spojrzałem na zegarek.
- Musimy się zbierać, kamracie. - zaśmiał się, klepiąc mnie do plecach.
Pani Clifford natomiast zaśmiała się słysząc hiszpański akcent Nathana i nalała do kubka mleko. 
- Halo ziemia! - wrzasnął w moje ucho.
- Zwariować można. - westchnąłem, udając się po schodach do mojego pokoju.  - Daj mi chwilę.
Wszedłem do pokoju i wtedy moją uwagę przykuła jej piżamka, która leżała ładnie złożona na poduszce. Ubrałem czarną bluzę i spodenki, założyłem torbę ze strojem meczowym na ramię.
- Gotowy! - krzyknąłem w jego stronę.
- Nathan... dziecko drogie. - wrzasnęła kobieta. - Toż to sałatka na jutro dla pana Blaze'a.
- Przepraszam za niego... - sapnąłem, łapiąc go za ramię.
I wyszliśmy z domu, nasze kroki pokierowały nas w kierunku szkoły. Panowała po między nami wielka, niezręczna cisza.
- Axel. - powiedział, przystając. - Jeśli jest coś ważnego co chcesz mi powiedzieć? 
- Skąd taki pomysł? - spytałem, wzruszając ramionami.
- Lepiej żebyś powiedział teraz. - spojrzał na mnie wymownie. - Nie chcę mieć stresu przed wejściem na boisko.
- Skoro tak... - odparłem, na co oczy blondyna się powiększyły. - Diana właśnie będzie operowana.... i może zginąć.
- Że co? 
- No co... chciałeś już to masz. - odburknąłem.
- Myślałem, że chciałeś mi powiedzieć, że bardzo mnie cenisz jako przyjaciela... - podrapał się po głowie, a ja uniosłem jedną brew do góry. - Nie myślałem, że wypalisz do mnie z taką torpedą.
- Nie myślałem, że jesteś aż taki narcystyczny. 
- Okej.. - pokiwał głową, będąc urażony przez moje słowa. 
- Sam widzisz... - urwałem, klepiąc go po ramieniu. - Stawka jest wysoka.

* Mark's POV *



Po tym jak dostałem wiadomość od Nelly, byłem zaskoczony. Niby minęło raptem 2 dni, mieliśmy mieć przerwę, a tutaj jak gdyby nigdy nic pisze do mnie. Udałem się pod szkołę i tam przybiłem z każdym piątkę, gdy ją zobaczyłem, nasze spojrzenia zetknęły się na sekundę, a potem dziewczyna gestem ręki, poprosiła bym podszedł.
- A więc...  o co chodzi?
- Nastąpiła zmiana miejsca.. - urwała, głęboko wzdychając.
- Jak to przenieśli mecz w inne miejsce? - spytałem zdenerwowany.
- Właśnie otrzymałam telefon w tej sprawie. - brunetka poprawiła niesforny kosmyk. - Nie jestem wszechwiedząca, więc do cholery nie zadawaj mi takich durnych pytań.
- Myślałem, że managerka wie wszystko najlepiej. - sapnąłem, a dziewczyna zrobiła się czerwona z gniewu.
Już miała się na mnie ruszać, ale między nami stanęła Silvia. 
- Możecie mi powiedzieć co z wami jest? - spojrzała na mnie. - Mark? 
- Chyba Nelly doskonale zna odpowiedź na to pytanie - odparłem, oddalając się od nich.
Na horyzoncie zobaczyłem Nathan'a i Axel'a. Wybiegłem im na przeciw. Gdy stanąłem przed nimi, coś mi nie pasowało. Gdzie jest moja siostra? Przybiłem z nimi piątkę. 
- A Diana? - na to pytanie, wzrok Axela skierował się w dół.
- Potem do nas dołączy.. nie martw się. - powiedział Swift, klepiąc mnie po plecach.
Czas wyruszać, więc wszyscy usiedli w naszym karawanie. Zająłem miejsce obok Blaze'a, który wydawał się dzisiaj wyjątkowo ponury. Nie zamierzałem tego dociekać, ponieważ sam już jestem zaniepokojony tym stanem zespołem. Po opowieściach Jude'a przeraziłem się na dobre. Ale po mimo tego w moim sercu jeszcze są jakieś złoża nadziei. Gdy dotarliśmy się na wyznaczone miejsce, wytrzeszczyliśmy oczy, przed nami mieściło się ogromne koloseum podobne do tego znajdującego się w Rzymie. Zaciekawieni weszliśmy do środka, postanowiliśmy być ostrożni, dlatego zaczęliśmy oglądać każdy zakamarek tego miejsca. Tymczasem Hillman wziął mnie na bok, na poważną rozmowę. 
- W czym rzecz? - spytałem zdezorientowany. 
- Mam Ci coś do powiedzenia przed meczem, Mark. - powiedział trener Hillman, obdarzając mnie smutnym wzrokiem. 
- Proszę oby to nie były złe wiadomości... - jęknąłem.
- Otóż... - westchnął ciężko. - Dark był zamieszany w śmierć twojego dziadka. 
Zapanowała cisza po między nami. Nie wiedziałem co powiedzieć i co zrobić. Szczerze powiedziawszy, spodziewałem tego po trochu, ale myślałem, że mogę się mylić.  Zacisnąłem  pieści, te wszystkie intrygi mają swoje drugie dno - Dark nienawidzi każdego z nazwiskiem Evans. Jestem na niego niewyobrażalnie wkurzony, okrążyłem wzrokiem cały budynek i wzniosłem zawistną pięść do góry. Zabił mi idola, człowieka, którego uważam za swój autorytet, aż wreszcie mojego dziadka. Odebrał mi wspaniałą możliwość nawiązania z nim relacji rodzinnych i tych związanych z piłką nożną. I kiedy gorzej być nie może, właśnie takich rzeczy się dowiaduje akurat przed ważnym dla mnie meczem... Coś jeszcze losie masz w zanadrzu?
- Po co pan mu to mówił?! - zza moich pleców uniosła się gniewnie Nelly.
- Ty wiedziałaś? - spojrzałem na nią ponownie. - I przez ten czas... nic mi nie powiedziałaś. 
- Ja... nie chciałam. - jęknęła. - Poza tym... dowiedziałam się o tym, podczas kiedy mój tata był w szpitalu, zrozum mnie.
- To cię nie usprawiedliwia. - uciąłem szybko. - Nigdy nie stawiasz uczuć innych przez swoje. 
- Uspokójta się. - zciszył nas trener. - Słuchaj, nie chcę abyś z takim nastawieniem poszedł na to boisko. To przez nienawiść Dark'a, piłka jest tak hańbiona, pokaż mu, że jest jeszcze jedna, piękna strona tego sportu.
Poczułem rękę na moim lewym ramieniu, to był Axel. Dobrze wie, co czuję - w końcu ten sam człowiek chciał uśmiercić jego siostrzyczkę. 
- Okej. - klasnąłem w dłonie, przywołując do siebie całą drużynę. -Nie planowałem tego ciągu nieszczęść, które los zsyła na naszą głowę. Walić to. Nasza drużyna nie zrażała się nawet wtedy kiedy ryzykowaliśmy życiem, samym staniem na boisku. Dzięki naszej niezłomności i determinacji, jesteśmy jak okrągły stół króla Artura, jesteśmy niepowstrzymani. Damy radę panowie!
Ruszyliśmy w stronę boiska, a jako, że mieliśmy jeszcze trochę czasu na ćwiczenia, zrobiliśmy truchtem osiem kółek. Następnie kilka minut przed rozpoczęciem udaliśmy się do szatni. Kiedy zobaczyłem te blizny na każdym naszym zawodniku, poczułem lekki, przyjemny dreszcz. Napawa mnie dumą to jak wiele przetrwaliśmy, zostawiając na sobie zwycięskie rany. Ukradkiem zobaczyłem na Axel'a, chłopak kurczowo trzymał w ręku srebrny wisiorek. 

* No One's POV *

I zaczyna się! Wszyscy na to czekaliśmy i być może i wy (czytający ten rozdział) też na to czekaliście na wieków. Otóż na naszych oczach będzie rozgrywał się mecz wszech czasów, który zmieni dosłownie wszystko, jeśli chodzi o piłkę nożną. Kapitanie podali sobie ręce i wymienili się gniewnymi spojrzeniami. Jak to zwykle bywa zaczynają goście, w drużynie Raimon następuje szybkie podanie. Biegną w kierunku bramki Zeusa, jednak na swojej drodze napotykają kapitana tej że drużyny - Bayrona Love. On pstryka tylko palcami i w mgnieniu oka odbiera im piłkę. Nikt nie potrafi go powstrzymać. Gdy kapitan był już wystarczająco blisko pola bramki Raimona, blondyn zatrzymał się. 
- Masz jeszcze czas. - sapnął w stronę Marka. - Poddaj się teraz. 
Jednak Evans niewzruszony jego groźbą, klasnął rękawicami i ustawił się na swojej pozycji. Bayron więc uniósł się do góry, wyglądał tak jak anioł, pojawiły się przy nim skrzydła. Piłka z pomocą BOSKIEJ WIEDZY poleciała z zawrotną szybkością i mocą. Mark próbował ratować się tym czym mógł, dlatego zasłonił się BOSKĄ RĘKĄ, ale BOSKA WIEDZA z łatwością to przełamała. Chłopak mocno upadł na ziemię, ten strzał był wyjątkowo mocny. To jeszcze bardziej zmobilizowało drużynę Raimona,widząc zło, które Dark szerzy w drużynie Zeusa. Do bramki przeciwnika podążali tymczasem Kevin i Axel, wykonali swoje słynne SMOCZE TORNADO. Jednak bramkarz je szybko zdmuchnął, jakby smok dmuchał ogniem w małą, niewinną owieczkę. Kolejne ataki nadlatywały takie jak TRÓJ FENIKS, KRÓLEWSKI PINGWIN, ale one również zakończyły się niepowodzeniem. Do bramki zbliżali się niebezpieczni i nieprzewidywalni przeciwnicy. Ziemia pod ich stopami trzęsła się jak oszalała, zupełnie tak samo jak przy trzęsieniach ziemi. Raz po razie piłkarze z Inazumy padali jak kaczki, celnie ustrzelone i zabite przez myśliwego. 
Liczba piłkarzy Inazumy na boisku zmieniła się z jedenastu podekscytowanych meczem chłopaków w ledwo żyjących i stojących piłkarzy. Wynik to 3:0 dla Zeusa. Co w nich takiego boskiego jest? - pewnie spytacie. Czy to talent? A może dar? Zdecydowanie coś jest na rzeczy, wyczuwam to przez swój nos. Nawet nie minęła pierwsza część meczu, a Zeus zabawiał się i jednocześnie zwalał przeciwników na kolana. Kapitan, Mark Evans po mimo ataków na jego pozycję, nie poddaje się, dzielnie znosi ból i powoli wstaje. A co z resztą? Kevin ma zwichnięty obojczyk po obronie bramkarza, Glass stracił przytomność z powodu trzęsień boiska, mały Timmy złamał nogę, gdy jeden z piłkarzy Boskiego Liceum go podkosił. Jest coraz gorzej, a trener Hillman jest zszokowany, a zarazem wściekły zaistniałą sytuacją. Nie trudno mu (nam) ustalić kto jest inicjatorem tej wielkiej rzezi. Pewnie teraz Dark uśmiecha się w sobie, bo mu się udało - pogrążył najwspanialszy ród Evansów. Czy losy tego meczu są przesądzone? Wszyscy z 11 Raimon'a leżą jak zabici. A na twarzach graczów Zeusa pojawił się zły uśmiech z tego powodu. Piłka wciąż wędruje do Mark'a, a raczej w Marka - trafia ona w jego twarz, w brzuch, a nawet w krocze. Chłopak upada na twarz tak jak reszta zespołu. 
Czy to koniec meczu? Wszystko na to wskazuje - sędzia wychodzi na boisko i ma zamiar oznajmić wynik.
- Z powodu niemożności Inazumy Eleven mecz zostaje...
- Hej, ty! - krzyczy Sharp, który chwieje się na własnych nogach, w stronę Bayrona. - Ja jeszcze nie skończyłem.
Nagle wszyscy podnoszą się jak feniks z popiołów.
- Nie ma z nami tak łatwo, patałachy! - wyrwał się Nathan, który nastawił sobie rękę, wyrwaną z nawiasów.
- Obiecałem jej, że się nie poddam... - wymamrotał Blaze, obcierając krew z nosa. - Pokażcie co dla nas macie!

* Diana's POV *



- Siostro, proszę o szybkie nawodnienie. - powiedział jakiś dziwny głos. 
Otworzyłam ociężałe powieki, czułam się trochę obolała, ale najważniejsze jest to, że żyję. Kiedy odzyskałam pełną świadomość, uświadomiłam sobie, że się udało, jestem w szpitalu, gdzie wszędzie biało, ludzie biali, meble białe.
- Dzień dobry! - słysząc to, podskoczyłam przestraszona donośnym głosem.
Okazało się, że to jest doktor. 
- A więc.. - popatrzył na kartę. - Operacja trwała jakąś godzinę.
- Czy-yli ja-a żyję? - wymamrotałam, przecierając twarz.
- Wszystko poszło sprawnie. - pogłaskał mnie po głowie. - Jak na razie jest dobrze, ale będziesz musiała przyjmować leki normalnie i dużo odpoczywać. 
Pokiwałam na to wszystko głową. Teraz na pewno tego nie oleję, nie ma mowy, zbyt długo zbywałam swój stan zdrowia. Nie mogę być powodem zmartwień dla moich bliskich. Muszę z tym walczyć, tak jak chłopcy walczą o mistrzostwo. 
- Czy telewizor tu chodzi? - spytałam, przypominając sobie o meczu naszych chłopców.
W mgnieniu oka podano mi pilot, szybko wybrałam odpowiedni program. Widząc ten obraz, zasłoniłam twarz, byłam tym przerażona. Ta banda boskich dzieci zmasakrowała naszą drużynę w drobny mak. Kevin, Timmy, Todd, Willy siedzieli równie przerażeni jak ja na bramce. Jakiś blondynek z włosami długością równych moich, stał sam na sam z Markiem. Piłką masakrował jego twarz, mój brat cały czas upadł i dzielnie wstawał. Taki już jest, jest niezniszczalny. Nagle usłyszałam zachrypły głos, to był Jude, który nie mógł nawet otworzyć oczu.
- Zszokowany? - uśmiechnął się. - To nasz kapitan, zapamiętaj tą twarz. Jest niezwyciężony, bo za każdym twoim ciosem wstaje jeszcze silniejszy. Każdy upadek spowodowany kometami twoich strzałów, dodaje mu siły. Nie możesz się mierzyć z tą boskością. 
Na twarzy blondyna można było zaobserwować wielkie zdenerwowanie. I kiedy kolejny strzał miał paść, nagle ni stąd ni zowąd tamci zrobili sobie przerwę. Zeszli z boiska, zaczęli pić jakąś wodę podawaną przez jakiegoś zamaskowanego typa. Domyślałam się, co może być w tych pucharkach. Oni stosują doping, ale czy na pewno? Muszę się przekonać na własne oczy. Postanowiłam się tam jak najszybciej dostać, zaczęłam powoli wstawać.
- Dokąd? Czy pani upadła na głowę?! - wrzasnęła spanikowana pielęgniarka.
- Po wypis. - spojrzała na mnie zdziwiona.
- W takim stanie?
- Dawaj mi kobieto ten papier, bo czasu coraz mniej. - warknęłam, a ta poszła po doktora.
- Co ci się tak śpieszy? - spytał doktor, krzyżując ręce na piersi.
- Podajcie mi jakieś przeciwbólowe i odlatuje stąd. - sapnęłam, zakładając swoje buty.
- W celu? - spojrzał na mnie jak nieudolnie próbowałam związać sznurówki
- Mam misję.
- Wiesz, że...
- To ryzykowne, ja wiem. - odparłam, powoli się prostując. 
Oni nie rozumieją powagi sytuacji, nie mogę siedzieć bezczynnie na dupie i patrzeć ze spokojem jak masakrują moją drużynę.
- Siostro. - kobieta szybko ruszyła po ampułkę z tabletkami.
Popiłam je wodą szybko wodą. Potem przebrałam się i podeszłam do recepcji, tam odebrałam wypis i ruszyłam szybko (robiłam to w swojej mocy, po mimo bólu) w stronę wyjścia. Szybkim krokiem wstąpiłam do domu, był zamknięty tak jak się spodziewałam. Schyliłam się i wyciągnęłam z pod wycieraczki klucze. Przekręciłam zamek w drzwiach i udałam się na górę. Poszłam też do łazienki, a tam umyłam się, uczesałam włosy w kok i zmieniłam ubraniaPrzez telefon zamówiłam taksówkę, po mimo, że nie wiedziałam jak tam dojechać. Na szczęście pan taksówkarz po słowie - Inazuma wiedział o co mi chodzi i skierował mnie w odpowiednie miejsce. I nim się spostrzegłam stałam pod wielkim, wręcz monumentalnym koloseum, weszłam niepewnie do środka. Wszędzie roiło się od korytarzy, w jednym z nich, zobaczyłam coś co przykuło moją uwagę. Był to korytarz, którym było bardzo ciemno - to jeszcze bardziej podsyciło moją ciekawość. Powoli, na palcach podeszłam kawałek do tej jaskini. Wychyliłam głowę i zauważyłem jakiś dwóch ochroniarzy stojących przy wielkich drzwiach. Musi być za tym za pewnie zawartość, tego świństwa co podają tym piłkarzom.  
- Co bym dał, aby wypić choć kroplę tej wody. - zaśmiał się jeden z nich. 
-  Wtedy byś mógł dosłownie wszystko.
Zapachniało mi to od razu panem Rayem Darkiem. Dobrze wiem, że ta świnia nie dała sobie wolnego ani na moment. Nagle usłyszałam jakieś piski, które niebezpiecznie zbliżały się w moją stronę. Moim oczom ukazały się kolejno Celia, Silvia i Nelly, które wybałuszyły na mnie oczy.
- Co ty tu robisz? - spytała Celia, przyglądając mi się uważnie.
- Przyszłam po prawdę... - spojrzały po sobie. - Czyli po to samo co wy.
- Dlaczego cię nie było na pierwszej połowie meczu? - zagadnęła Silvia. 
- To długa historia, później wam opowiem. - odpowiedziałam wymijająco - Trzeba to powiedzieć chłopakom no już. 


hej, cześć, siema! :3
wow, co tu się odwala? O.O
w tym rozdziale i na tym blogu. :O
pod ostatnim rozdziale po prostu...
nie wiem co powiedzieć.. XDD
dziękuję wam za to, że mimo tego
że, nie komentujecie to czytacie
bardzo mnie to cieszy ^^
blog bd się zbliżał 1600 wyświetleń.
co wy na to, aby zrobić coś szalonego? c;
proszę komentki, a ja lecę i życzę wam 
miłego dnia/wieczoru! <3

                                ~ gejzerka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz