Rozdział:31
"To Eric. O kurde, to mój przyjaciel niedźwiedź? Obojga przytuliłem ich do siebie. On żyje, on oddycha i on gada. Tak, wiem to brzmi, co najmniej, jakbym nigdy nie widział normalnego człowiek i co najmniej jakbym był jakimś kosmitą. Ale to takie... niewyobrażalne. Uszczypnąłem się w ramię - to nie sen.
- Eric! - wrzasnęła Dan, wskazując na niego palcem. - To ten Eric?!
- Panienka, która wpadła w słup! - krzyknął, śmiejąc się.
Ukradkiem spojrzał na jej nadgarstek i wtedy ponownie zaczęły się pocić słoną substancją. Czy ja o czymś nie wiem? "* Eric's POV *
♫
- Tato... tak się ostatnio zastanawiałem, co się stało z Silvią i Bobby'm. - odparłem, opierając się o ścianę.
Już dłuższy czas żyję w niepewności, to dziwne ponieważ mnie nawet nie odwiedzili.
- Już mówiłem ci... - nie oderwał wzroku od gazety.
Pokręciłem na to głową i postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Gdy nastał wieczór, zakradłem się do jego gabinetu - tylko tak mogłem się dowiedzieć prawdy. Zasiadłem w czarnym, dużym fotelu i szafka po szafce patrzyłem za czymś, co zaspokoi moją ciekawość. I gdy otworzyłem ostatnią, już traciłem nadzieję na znalezienie czegokolwiek i wtedy moją uwagę przykuło małe zawiniątko. To była gazeta, ta z dnia wypadku, na pierwszej stronie widniało moje czarno-białe zdjęcie, a napis pod nim zmroził mnie - Niewinna gra i nierozważna jazda kierowcy doprowadziły do śmierci syna naszego burmistrza. Trzasnąłem pięściami w biurko i wybiegłem stamtąd. Już było bardzo późno, a ja podjąłem decyzję - muszę wyjechać, wyjąłem torbę i zacząłem się pakować. O 4 rano postanowiłem się zmyć, nie miałem zamiaru wysłuchiwać słabych argumentów ojca, już nie jest w stanie mnie omamić.
I tak znalazłem się wewnątrz latającej machiny, minęło parę dobrych godzin i wyszedłem z samolotu. Wziąłem głęboki wdech, poczułem jak świeże powietrze trafia do moich nozdrzy i tak oto znalazłem się w Japonii. Nigdy bym się tu nie wybrał, jednak przez to wielkie gówno, które narobił mój ojciec - muszę wszystko naprawić i oto jestem. Nigdy mu tego nie wybaczę, pamiętam to jak dziś... Miałem jakieś 9 lat, jak zwykle graliśmy piłkę (ja, Silvia i Bobby), i w nieodpowiednim momencie piłka wyleciała na jezdnię, a ja za nią pobiegłem... i wtedy też potrącił mnie tir. To dziwne uczucie mrowienia, które pojawiło się po raz pierwszy po wypadku - towarzyszy mi nawet do teraz. Przez parę ładnych lat leżałem w szpitalu. Gdy odleżałem swoje czyli - jakieś 2 lata trafiłem do reprezentacji jako najmłodszy. A później co się dowiedziałem? Nie jestem jednak już tak idealny jak wcześniej, wszystko przez ten cholerny wypadek. Otóż, stwierdzono, że moje serce nie wytrzymuje tak szybkiego ruchu. Mało się tam nie zalałem ze śmiechu, na prawdę? Co jeszcze masz mi do zaoferowania losie? Mimo tego, robię to co kocham, a teraz najważniejsze jest to, że muszę to wszystko naprawiać. Ostatnio nawet, zauważyłem Bobby'ego i Silvię w telewizji z jakimś club'em o nazwie Raimon. Nie mogłem poskromić swojej ciekawości. Nawet zadzwoniłem do Sil lub do Bobby'ego, ale pewnie mieli nieaktywny numer - ponieważ gdy wybierałem ich numer, to słyszałem puste b r a k o d p o w i e d z i. Ja rozumiem.. mój ojciec miał ciężkie chwile, w końcu zajmuje stanowisko burmistrza. Ale żeby mnie uśmiercać? Dla dobra kogo? Jego? No nieźle... niech jeszcze poradzi się swojego świetnego psychologa to może za niedługo matkę przemieni w alkoholiczkę. Stanąłem w miejscu - no tak, przecież nie wiedziałem gdzie jestem. Po krótkich zwiadach dowiedziałem co gdzie i jak, udałem się wedle wskazówek tutejszych do gimnazjum, gdzie chodzą moi przyjaciele. Nie tylko ta sprawa mnie tu sprowadziła, chciałem się odseparować od ojca i dlatego przeniosłem się też do tutejszej szkoły. W końcu jest mi to obojętne, dla wszystkich jestem martwy. Szedłem sobie spokojnie, gdy nagle usłyszałem jakiś dziwny brzęk. Obróciłem się i jakaś dziewczyna najwidoczniej była tak zafascynowana swoim jedzeniem, że aż przydzwoniła głową w słup. Zaśmiałem się pod nosem. Swoją drogą, gdy tak na nią spoglądnąłem,ona mi kogoś strasznie przypomina. Ale czy to ona? Czy to możliwe.. Nie wydaje mi się. Pewnie nadal siedzi w szpitalach na praktykach. Pamiętam jak kiedyś przyszła na mój sparing i zaczęła śpiewać i ten głos anielski! Pod koniec lata niespodziewanie zniknęła. Sam nie wiem... może przenieśli ją? Sama mi często mówiła, że pragnie, a nawet musi wrócić do swoich. Ale gdzie są ci jej "swoi"? Chyba się nigdy nie dowiem. Nim się zorientowałem już znajdowałem się nad boiskiem. Na nim jacyś goście rozgrywali meczyk, z fascynacją oczach podszedłem bliżej. Rozpoznałem w mig kapitana tego całego Raimona - toż to Mark Evans tak zwany przez cały internet jako człowiek ze skały. Nagle pod moimi nogami podpełza piłka. No nie mogłem się powstrzymać... wziąłem ją do ręki i zacząłem kopać. Wyminąłem parę zawodników, nawet tego całego Blaze'a. Kolejny już nie był taki hop-siup do ominięcia, chwilami nawet próbował mnie wyczuwać, jednak kochaniutki jeszcze nie jest w stanie tego zrobić, nadejdzie jeszcze moment ten moment. Posuwałem się coraz bliżej bramki i z impetem strzeliłem prosto na bramkę. Zmieszany Evans rzucił się na piłkę. To wywołało niemałe zmieszanie pomiędzy nimi, obróciłem się i zauważyłem go - tego dupka do trójkąta! Ach, zmienił się, wydoroślał i jest sto razy większy ode mnie. Tymczasem on nie odrywał ode mnie wzroku. Bez zastanowienia zamknąłem go w szczelnym uścisku.
- Ej, stary... Nie poznajesz? - zaprezentowałem się wszystkim wokół, że jestem cały i zdrów.
- Nie znam cię... Stary? - spojrzał przenikliwie. - Czekaj. Tylko jeden mógł mi tak mówić...
- Ha! Shearer, to ja! - powiedziałem, salutując. - Eric Eagle.
- Ty nie żyjesz.
- Tak szybko wam mnie mój ojciec uśmiercił? Ajć.
W tłumie gapiów ujrzałem i Silvię, która nadal była piękna, a nawet może piękniejsza. Również wpadłem w jej objęcia.
- To ty... - jęknęła, nadal będąc we łzach.
- To ty... - jęknęła, nadal będąc we łzach.
- Eric! - wrzasnęła brunetka, która znalazła się nagle przy boku Sil. - To ten Eric?!
- Panienka, która wpadła w słup!
Ukradkiem spojrzałem na jej nadgarstek. Fajny tatuaż, dziwnie znajomy... Osz w dupę! To nie może być! Zacząłem biegnąć w jej stronę i uścisnąłem ją. Ona również zmieniła się i to znacznie - z biednego, zbitego psiaka po rozstaniu w dość fajną, silną dziewczynę.- Misiaczek, kochanie moje drogie! - jęknąłem, ponownie biorąc ją w objęcia i całując po policzkach i czole.
- Eagle udusisz mnie. - wymamrotała. - Tęskniłam za tobą i za tym...
- ... odeszłaś bez pożegnania i to nieładnie z twojej strony, wiesz?
- nadal trzymałem ją w objęciach. - Więc należy mi się okazanie mojej ogromnej tęsknoty!
Zacząłem nucić znaną mi i jej piosenkę. Same nogi aż skaczą!
* Mark's POV *
♫
Albo to rzeczywistość albo jakiś wielki nieskładny sen, gdyż pewnie jak zawsze, nażarłem się sera przed snem. Muszę to wszystko poukładać sobie w głowie, najpierw widzę tego gościa przytulającego Bobby'ego i Silvię, a teraz... mówi do mojej siostry... Misiaczku? Kochanie? A potem zaczęli śpiewać jakąś piosenkę i do tego tańczyć. Spojrzałem po innych, Axel był jakoś dziwnie niespokojny, szybko podszedł do nich.
- Przepraszam, że przeszkadzam obściskiwaniu.. - Diana skrzywiła się w jego stronę. - ale co tu się odwala?
Oni zaczęli się śmiać.
- To może... pizza? - zaproponował Eric.
- Czekaj pan. - wyskoczył za nim Nathan. - Najpierw gadanie, później jedzenie.
- Bez jedzenia nigdy nie jestem rozgadany. - sapnął i nim się spostrzegłem doszliśmy do jakieś pobliskiej knajpki.
- To jak było? - spytał Bobby, udając werble
Chłopak na chwilę się zamyślił.
- Okej. To było tak...
" Udałem się do pobliskiego pub'u, aby się odstresować od tego wszystko, ponieważ w drużynie byłem pod dużą presją, ze względu na wiek. W każdym razie.. Gdy wszedłem do baru, moją uwagę przykuła pewna dziewczyna. Była inna niż te typowe "Stanowce" - nie miała na sobie makijażu, na jej twarz upadały kosmyki kasztanowych, małych loczków. Sączyła jakiś sok, a ja jakoś postanowiłem do niej dołączyć.
- Witaj. - odparłem, przysiadając się.
Dziewczyna wręcz nie zauważyła mojej obecności.
- Wiesz, jeśli chcesz ze mną flirtować. - sapnęła. - To nie dziś.. ani nigdy.
Uśmiechnąłem się w jej stronę.
- Lubisz niszczyć marzenia facetów, co?
Ona tylko pokiwała na to głową.
- W sumie to mało mi zostało do stracenia? - wzruszyłem ramionami. - Pewnie i tak zaraz wrócę w podskokach do szpitala, także..
Dziewczyna nagle na mnie spojrzała i wtedy mogłem zobaczyć jej całą twarz - miała delikatne rysy, a jej oczy po tej wiadomości dziwnie się zaszkliły.
- Coś o tym wiem. - przetarła twarz. - Tak jakoś grozi mi białaczka, moja oddana przyjaciółka anemia również mnie nie opuszcza.
Spojrzałem na jej oczy i nagle zaczęły się z nich sypać grochy łez. Jakiś bodziec kazał mi coś zrobić i ją przytuliłem. Czułem z nią takie wielkie powiązanie, jakbyśmy byli oboje z innego świata.
- Panienko... - usłyszałem za sobą jakiś gruby głos.
Szybko się odwróciłem.
- Odwal się koleś. - wstałem z krzesłą.
- Oo Romeo, miło z twojej strony, że bronisz tej pani. Ale teraz zjeżdżaj. - i nim się spostrzegłem uderzyłem go pięścią w twarz.
Moje serce szybko podskoczyło z tej adrenaliny. Nie zdawałem sobie sprawę z tego, że mój przeciwnik również nie był mi dłużny zadał mi cios w brzuch.
- Zostaw go! - jęknęła, przytulając mnie do siebie.
Oprawca zniknął z moich oczu. Poczułem na mojej twarzy jej dłonie. Głaskała mnie po głowie.
- Najchętniej też bym cię pobiła, ale zlituje się. - powiedziała, ciężko wzdychając.
Powoli wstałem. Trochę kręciło mi się w głowie. Nagle poleciała piosenka, Walk to the Moon - Shut up and dance with me. Podałem w jej stronę rękę i zaczęliśmy tańczyć. Nie zapomnę tego jak później nas z tego pub'u wywalali."
- Jesteś mistrz, gościu! - krzyknął Bobby, przybijając z nim żółwika.
- Się wie!
* Axel's POV *
♫
Sam nie wiem co we mnie wstąpiło, to jaką miał z nią relację... jak bardzo chciałbym móc podróżować w czasie, wtedy mógłbym być z nią tak blisko. Przytulał się do niej i patrzyli sobie głęboko w oczy - nie wytrzymam.
- Przepraszam, że przeszkadzam obściskiwaniu.. - Diana spojrzała na mnie lekko zdezorientowana. - ale co tu się odwala?
Oni zaczęli się śmiać.
- To może... pizza? - zaproponował Eric.
- Czekaj pan. - wyskoczył za mną zarówno jak ja zaintrygowany Nathan. - Najpierw gadanie, później jedzenie.
- Bez jedzenia nigdy nie jestem rozgadany.
Mam ochotę, aby tego Eric'a jeszcze raz ten tir przejechał, ale teraz tak konkretnie. No powiedzcie mi, co wy byście zrobili - gdyby jakiś nie wiadomo kto, nagle powiedział do waszej wybranki czułe kochanie. I na dodatek trzyma łapy na twojej lubej... aż na samą myśl o tym wspomnieniu, zaczynam się gotować z zazdrości i gniewu. Gdy ją odprowadzałem, cały czas się uśmiechała, ale pewnie nie z mojego powodu.
- Coś się stało? - spytała niepewnie.
Ja tylko pokiwałem głową. Co miałem jej powiedzieć? - No wiesz jest taka sprawa... jestem o ciebie cholernie zazdrosny, więc nie będziesz miała nic przeciwko, aby spacyfikować Erica, prawda? Nie miałem zamiaru wypowiadać tych myśli na głos.
- Axel. - zatrzymała mnie. - Chodzi o Eric'a?
- Czy ten cały dzień musi wokół niego kręcić?
Dziewczyna dziwnie na mnie spojrzała.
- Jesteś zazdrosny? - zaczęła się śmiać.
Na mojej twarzy nagle pojawił się rumieńce.
- Nie prawda.. - próbowałem się wykręcić. - Jesteśmy przecież najlepszymi przyjaciółmi.
- To prawda... ale to jak na niego naskoczyłeś...
- Po prostu nie wiedziałem co się dzieje... myślałem, że jesteś w niebezpieczeństwie...
- Spokojnie. - sapnęła, machając ręką na moje słowa.- Ja i Eric jesteśmy bardzo bliskimi przyjaciółmi... zupełnie tak jak ja i ty. Pamiętaj, nic nie zaważy na naszej relacji, ponieważ mi na niej bardzo zależy. - odparła, ściskając mnie za ramię. - Zawszę cię będę uwielbiać, pączuszku.
- Nawet nie wiesz jak mi się ciepło zrobiło na serduszku!- uśmiechnąłem się lekko.
Skoro on tu jeszcze jest, to... muszę rozegrać i to szybko! Muszę jej powiedzieć co czuję, inaczej pan Eagle przejmie ją na wyłączność. Nie mogę w nieskończoność tego chować (to i tak już się wymyka się spod kontroli). Nathan od początku miał rację, miałem tyle czasu... a teraz już go coraz mniej. Muszę się pośpieszyć, gdyż całe swoje życie będę siebie nienawidził, za to, że odpuściłem sobie najwspanialszą rzecz na świecie, jaką jest miłość do Diany.
* Silvia's POV *
♫
Po przepracowanym dniu oraz treningu chłopaków, wróciłam do domu późno. Jako, że zazwyczaj w wieczory poświęcam sobie najwięcej czasu, postanowiłam nałożyć jakąś maseczkę. Tak był wczoraj wieczorem, jednak gdy byłam wciągnięta w fabułę filmu, ktoś do mnie dzwonił. Pamiętacie słynną zasadę, którą nauczyli was rodzice?- nie otwieraj i tym bardziej nie odbieraj od nieznajomych, tak więc nie odebrałam. Ale kiedy dowiedziałam się, że to było połączenie ze Stanów, mało nie dostałam zawału. I po południu miałam wielkie zakłopotanie jak większość grupy, jak powiedział do Diany - kochanie. Odkąd pamiętam podobał mi się Mark, ale Nelly jak łasy niedźwiedź rzuciła się na niego. Trafiony-zatopiony. Ale teraz coś się zmieniło, uświadomiłam sobie, że to Eric mi się od zawsze podobał. Mówią: "Stara miłość nie rdzewieje", racja moje serce stanęło w miejscu kiedy go zobaczyłam. Zmienił się, jest bardziej... dojrzalszy? Jak patrzę na niego i Bobby'ego to aż serce mnie ściska, po mimo przeciwności losu zawsze się odnajdziemy. Mam przy sobie dwie największe miłości z dzieciństwa. Związek z Bobby'm było jak pole bitewne, na którym patrzy się tylko czy ci ktoś bombę pod ucho nie przystawi. Też tak było, pamiętam jak tą "bombą" okazała się jakaś ładna dziunia z wielkimi cyckami. Wracając do rzeczywistości, w barze spędziliśmy jeszcze dwie godziny, potem ja i Eric byliśmy sam na sam, spojrzałam na niego nadal nie dowierzając.
- Co się gapisz? - zaśmiał się. - Nadal zamurowana?
- No wiesz, mi nie było do śmiechu, kiedy musiałam wygłaszać mowę pożegnalną na twoim pogrzebie. - odparłam, wzdychając.
Jako jeszcze dziesięciolatka potrafiłam pisać świetne przemowy, a tak wtedy mi się przynajmniej wydawało. Przynajmniej wiedziałam, że umiałam pisać... nie to co Shearer. Chłopak przybliżył się do mnie i objął ramieniem.
- Narobiłem ci niezłą psychiczną klatkę. - sapnął, patrząc w gwiazdy. - Cholera.. jesteś silna Silvia.
- Ja nie powróciłam zza światów. - machnęłam na jego słowa ręką.
Uszczypnęłam jego nos, a na jego twarzy twarzy pojawił się słodki grymas, po czym zaczął kichać.
- Nawet teraz uwielbiasz mi to robić, co? - spytał, po czym dodał.
- Eric... nie!
- Czas się więc odegrać! Zemsta będzie słodka! - biegłam jak oszalała pomiędzy drzewami.
W końcu ukryłam się nieopodal wierzby. I gdy już myślałam, że jestem bezpieczna, nagle on przygwoździł mnie do drzewa.
- Bang, bang! - krzyknął, formując z dłoni pistolet.
- Amerykanie! - jęknęłam, na co on zbliżył się do mnie. - Co ja... biedna ofiara losu mam począć?
Matko, miałam tę scenę tak tylko w snach. Zawsze wtedy przerywał nam dźwięk budzika, ale... tu nie ma budzika. Spojrzałam nieśmiało w jego oczy, znalazłam w nich pełno małych iskierek. Odległość między nami zmalała, ręką gładził mi twarz.
- Chcę to naprawić. - i kiedy już miał mnie pocałować, ja szybko się oddaliłam. - Przynajmniej tak mogę ci te lata wynagrodzić...
- E-eric... - musiałam unormować mój oddech. - Nie wiesz jak bardzo czekałam na tą chwilę, ale.... mieszasz.
- Co masz na myśli? - spojrzał na mnie zdziwiony. - Czy nie tego zawsze pragnęłaś?
- Dopiero co przyjechałeś.. a ja jestem w szoku... - złapałam się za głowę. - Przepraszam.
- Kurwa, głupi jestem. - warknął, łapiąc się za głowę. - Choć raz chciałbym być szczęśliwy, chciałem ciebie uszczęśliwić. Może.. powinienem pójść tam... skąd wróciłem.
- Eric.. to nie tak. - w jego oczach nagle pojawiły się łzy.
- Silvia, wpadam do waszego życia i oczekuję cudów, to wszystko...
- Nie mów tak! - powiedziałam, łapiąc za go za rękę.
On ją szybko wyrwał.
- To nie jest mój moment, to nie jest nasz moment. - sapnął i zaczął biec w nieokreślonym kierunku.
* następnego dnia *
* Diana's POV *
Obudziłam się w idealnym nastroju, spojrzałam na telefon i zauważyłam nieodebrane połączenie od Erica. Spojrzałam na godzinę, 7;36 - mam mało czasu, szybko skierowałam się do łazienki. Tam doprowadziłam się do ładu i składu, z szafy wyjęłam parę ciuszków. I jak to zwykle bywa mój oddany piesek o imieniu Axel przyszedł po mnie do szkoły. Zachowywał się... jakoś inaczej. Uśmiechał się, co mnie przerażało, ponieważ nie zawsze goszczę taki widok u niego na twarzy. Wyglądało na to, że coś szykuje albo coś poważnego się stało i nie chce mi tego powiedzieć. Moje urodziny są dopiero późną jesienią... może, on idzie na randkę z kimś? Na samą myśl, aż coś zakuło mnie w serce.
- Przestań, dobrze?
- Raz w roku człowiek będzie uśmiechał, to już zło? - przewrócił oczami.
- Zazwyczaj jesteś ponury, irytujący i sarkastyczny. - spojrzałam na jego twarz.- A dziś... jesteś jak Nathan.
- O nie, nie porównuj mnie nawet do niego. - powstrzymał mnie. --Dobrze wiemy, że żeby stać Swift'em trzeba nie mieć odpowiedniej klepki w głowie.
Nagle poczułam wibrację w kieszeni, to mój telefon, spojrzałam na ekran - dostałam wiadomość, to było od Silvii.
od SIV: Diana! Wczoraj Eric chciał mnie pocałować i...
ja go odtrąciłam, a on się spłoszył i nie wiem co zamierza zrobić.
Przez chwile straciłam oddech. Odkąd tu przybył nic się od niego nie dowiedziałam i nie wiem co u niego. Nie wierzę w to, żeby coś sobie zrobił, ale... jeśli Silvia go odtrąciła...
do SIVI: Co zrobiłaś!? Silvia, bądź dobrej myśli. Spokojnie, na pewno znajdzie się cały i zdrowy.
Przyśpieszyłam kroku, blondyn widząc to chwycił mnie za rękę.
- Diana... co jest? - spytał zaniepokojony.
- E-eric... - wydukałam. - Może być w niebezpieczeństwie.
Dziwnie się zmieszał.
- Obdzwoniłaś Bobby'ego? - zaczął wymachiwać rękami. - Może jest u niego... w końcu są przyjaciółmi.
Pięć minut później znajdowaliśmy się w szkole - ja na angielskim, a Axel na matmie. Przez chwilę pisaliśmy do siebie gdy była taka okazja, ale zrezygnowałam z tego, gdyż mogło by się to skończyć odebraniem mojego telefonu przez nauczycielkę. Czekałam tylko aż lekcja się skończy, aby wygalopować z klasy i pogadać z Bobby'm. On musiał coś wiedzieć. Jak widać, dzisiaj moje prośby się spełniają! Jak na klaśnięcie rąk zadzwonił dzwonek, kierowałam swoje kroki do szafki Shearer'a.
- Dianka! - krzyknął i już chciał mnie przytulić, ale mu przerwałam.
- Gdzie jest Eric?
- U mnie w domu. - odparł, głupio się szczerząc.
Ja z Silvią prawie obgryzłyśmy nasze wszystkie paznokcie, a ten poszedł do Bobby'ego.
- Niech cię trafi... Amerykanie. - wyklęłam go. - Wszystko u niego okej.
- Evans... - urwał cicho, drapiąc się po karku.
- Proszę powiedz, że jest w kawałku! - złapałam go za ręce.
- Proszę powiedz, że jest w kawałku! - złapałam go za ręce.
Nagle u mojego boku znalazła się Silvia, a jej oczy wyglądały zupełnie jak duże kocie ślepia, kiedy jest już ciemno.
- Co sobie zrobił!? - krzyknęła, przyciskając Shearer'a do ściany.
- Oj no.... - próbował nie zdradzić przyjaciela. - Pociął sobie całą rękę...
- I ty na to pozwoliłeś? - złapałam się za głowę.
- Okej, puść mnie teraz, już! - jęknął żałośnie. - Silvia, ja ładnie proszę...
- Miałeś zamiar nam o tym powiedzieć? - warknęła w jego stronę i nie odpuszczała
- Axel! - krzyknął w stronę Blaze'a.
- I ty na to pozwoliłeś? - złapałam się za głowę.
- Okej, puść mnie teraz, już! - jęknął żałośnie. - Silvia, ja ładnie proszę...
- Miałeś zamiar nam o tym powiedzieć? - warknęła w jego stronę i nie odpuszczała
- Axel! - krzyknął w stronę Blaze'a.
Ten podbiegł do nas. Lecz jeszcze za nim mu pomógł, zrobił mu pamiątkowe zdjęcie. Potem podszedł na szatynki i powoli uwolnił spoconego i zatrwożonego o swoje życia blondyna.
- Jedźmy do Eric'a. - powiedział spokojnie Axel, próbując ją uspokoić.
Dziewczyna spojrzała na Bobby'ego złowrogo.
- No dziękuję, że ją w ogóle powstrzymałaś. - zaczął poprawiać zmiętą koszulkę. - I tak oto bluzka poszła się jebać..
- Trzeba było nam od razu powiedzieć lub napisać, że Eric jest u ciebie. - wymamrotała Silvia, łapiąc się za głowę.
- Wy nie rozumiecie...
- Przecież do ciebie napisałam, głupku, a ty mnie zbyłeś. - przystawiłam mu mój telefon do twarzy.
- Wy nie rozumiecie...
- Przecież do ciebie napisałam, głupku, a ty mnie zbyłeś. - przystawiłam mu mój telefon do twarzy.
- Nie... Eric wziął mój telefon. Uwierz, że chciałem coś zrobić, ale... - sapnął. - Wtedy powiedział mi, że jak zadzwonię do którejś z was, to zrobi sobie coś. Jako że ja nie jestem podatny na żaden szantaż, powiedziałem, że i tak zadzwonię. On wtedy wziął wtedy nóż... coraz bardziej przybliżał go do swojego ramienia.
- Matko kochana? - Silvia opadła w ramiona Axela.
- ...I w końcu zrobił sobie sieczkę na ramieniu. - przetarł twarz. -Nie miałem innego wyboru i nie zadzwoniłem, bo byście go już żywego nie zobaczyły.
- Matko kochana? - Silvia opadła w ramiona Axela.
- ...I w końcu zrobił sobie sieczkę na ramieniu. - przetarł twarz. -Nie miałem innego wyboru i nie zadzwoniłem, bo byście go już żywego nie zobaczyły.
Nie wierzę w to, że Eric był w stanie sobie zrobić coś takiego. Ale co się dziwić? - czuł się niepotrzebny. Silvia go odrzuciła, ojciec uśmiercił, a na dodatek najlepszy przyjaciel chciał wydać.
Od razu po szkole, udaliśmy się do mieszkania Shearer'ów.
* Eric's POV *
- E-eric... Nie wiesz jak bardzo czekałam na tą chwilę, ale.... mieszasz.
- Co masz na myśli? - poczułem, jakbym został uderzony w policzek. - Czy nie tego zawsze pragnęłaś?
- Dopiero co przyjechałeś.. a ja jestem w szoku... - złapała się za głowę. - Przepraszam.
- Kurwa, głupi jestem. Choć raz chciałbym być szczęśliwy, chciałem ciebie uszczęśliwić. Może.. powinienem pójść tam... skąd wróciłem.
- Eric.. to nie tak.
- Silvia, wpadam do waszego życia i oczekuję cudów, to wszystko...
- Nie mów tak! - powiedziała, wyrwałem się z jej uścisku
- To nie jest mój moment, to nie jest nasz moment. - skołowany tą całą sytuacją, chciałem zniknąć, więc po prostu uciekłem.
Ale ja na prawdę nie chciałem włazić z buciorami w ich życie i wszystko zmieniać. Po tym jak Silvia mnie odrzuciła, miotałem się jak kupka siana po mieście. Chciałem nawet ze sobą skończyć, ale wtedy nie wiadomo skąd pojawił się w mojej ręce telefon, wybrałem numer do Bobby'ego.
- Co masz na myśli? - poczułem, jakbym został uderzony w policzek. - Czy nie tego zawsze pragnęłaś?
- Dopiero co przyjechałeś.. a ja jestem w szoku... - złapała się za głowę. - Przepraszam.
- Kurwa, głupi jestem. Choć raz chciałbym być szczęśliwy, chciałem ciebie uszczęśliwić. Może.. powinienem pójść tam... skąd wróciłem.
- Eric.. to nie tak.
- Silvia, wpadam do waszego życia i oczekuję cudów, to wszystko...
- Nie mów tak! - powiedziała, wyrwałem się z jej uścisku
- To nie jest mój moment, to nie jest nasz moment. - skołowany tą całą sytuacją, chciałem zniknąć, więc po prostu uciekłem.
Ale ja na prawdę nie chciałem włazić z buciorami w ich życie i wszystko zmieniać. Po tym jak Silvia mnie odrzuciła, miotałem się jak kupka siana po mieście. Chciałem nawet ze sobą skończyć, ale wtedy nie wiadomo skąd pojawił się w mojej ręce telefon, wybrałem numer do Bobby'ego.
- Halo?
- Weź mnie do siebie.
- Słucham?
- Bobby.. nie mogę sobie sam z tym poradzić.
- Słucham?
- Bobby.. nie mogę sobie sam z tym poradzić.
- Cholera Eric, gdzie jesteś?
- Na moście..
- Dobra, zaraz do ciebie idę. - szybko się rozłączyłem.
Zacząłem ryczeć jak dziecko, nie wiedziałem co zrobić, czułem się nikomu niepotrzebny, moje życie więc nie miało określonego celu.
Nagle zobaczyłem blondyna, podbiegł do mnie, zauważyłem, że miał na szyi ślady szminki.
- Od Celi, co?
- Tak... Co tutaj robisz?
- Zawieź mnie do swojego domu. - odburknąłem.
Chłopak podszedł do ulicy i zaczął gwizdać. Oczywiście pierwsza z taksówek się zatrzymała - szczęściarz. Zawiózł mnie do siebie, a ja Położyłem się na kanapie i owinąłem się kocem. Nagle usłyszałem dziwny dźwięk, spojrzałem na Bobby'ego. Chwycił swój telefon i już wiedziałem, że to któraś z nich już się do niego dobija.
- Nie waż się! - warknąłem, wstając.
- Coś ty zrobił Eagle!? - wrzasnął. - Muszę to odebrać.
Chwyciłem nóż leżący na blacie.
- Spróbujesz, a...
- Eric, wiesz, że to na mnie nie działa. - zaczął się śmiać.
Zacząłem krzyczeć i wtedy... skończyło się to tak jak skończyło -nadszarpniętym ramieniem. Cały dzień to wielki ból. Wiem, że to zabrzmi bardzo źle, ale cieszę się, że matka Bobby'ego jest pijaczką, przynajmniej nie będzie pamiętać tego co tu się wydarzyło. Czytałem właśnie jedną z książek, gdy wszedł Bobby i one. Spojrzałem w ich stronę i szybko odwróciłem wzrok.
- Nie waż się! - warknąłem, wstając.
- Coś ty zrobił Eagle!? - wrzasnął. - Muszę to odebrać.
Chwyciłem nóż leżący na blacie.
- Spróbujesz, a...
- Eric, wiesz, że to na mnie nie działa. - zaczął się śmiać.
Zacząłem krzyczeć i wtedy... skończyło się to tak jak skończyło -nadszarpniętym ramieniem. Cały dzień to wielki ból. Wiem, że to zabrzmi bardzo źle, ale cieszę się, że matka Bobby'ego jest pijaczką, przynajmniej nie będzie pamiętać tego co tu się wydarzyło. Czytałem właśnie jedną z książek, gdy wszedł Bobby i one. Spojrzałem w ich stronę i szybko odwróciłem wzrok.
- Bobby, chyba Celia chce się z Tobą widzieć. - na jej słowa chłopak pośpiesznie wyszedł.
- Co wy tu robicie?
- Co wy tu robicie?
- Co ty wyprawiasz?! - krzyczała Sil.- Nie myślałam, że tak to się wszystko potoczy... chciałeś zniknąć tym razem na zawsze! Egoista!
Odpowiedziałem jej ciszą.
- Eric... - jęknęła Evans, łapiąc się za głowę. - Powiedz coś do mnie.
- Eric... - jęknęła Evans, łapiąc się za głowę. - Powiedz coś do mnie.
- To moja decyzja i guzik wam do tego! - warknąłem, trzaskając książką o ścianę.
- Eric.... Pociąłeś sobie ramię... - sapnęła szatynka. - Matko dobrze, że Bobby tutaj był... nie przeżyłabym gdybym cię kolejny raz straciła.
Skierowałem swój wzrok na nią.
- Mówiłaś, że nie jesteś gotowa na mnie. - odparłem jakby to były zwykłe słowa, którymi one nie były. - Nauczyliście się żyć beze mnie, więc proszę nie mów, że nie wyobrażasz sobie życia beze mnie.
- Postradałeś zmysły. - wskazała na ramię.
- Ja? Ależ skądże, ja się bawię w Popka.
- To na prawdę nie jest śmieszne. - oglądnęła ranę. - Mogłeś się wykrwawić...
- A wy znowu swoje. Widzę, że wam nie przegadam... - podniosłem książkę z ręki. - Czy możecie łaskawie wyjść?
- A wy znowu swoje. Widzę, że wam nie przegadam... - podniosłem książkę z ręki. - Czy możecie łaskawie wyjść?
- Mam dość. - fuknęła Diana, biorąc moje ubrania w garść. - Wiedz, że kiedy przekroczę ten próg... nie wrócę, więc nie dzwoń do mnie jak ci się zrobi kuku.
Po czym oburzona trzasnęła drzwi i opuściła dom Bobby'ego. Ponownie zostaliśmy sami, ja i Silvia.
Po czym oburzona trzasnęła drzwi i opuściła dom Bobby'ego. Ponownie zostaliśmy sami, ja i Silvia.
- Silvia... - zacząłem klękać. - Kocham cię.
Dziewczyna spojrzała na mnie zatrwożona, a potem niespodziewanie mnie pocałowała, lecz nie puściłem jej ust tak szybko. Gdy ta piękna chwila się skończyła, dostałem od niej siarczystego policzka.
- Co tym razem zrobiłem źle? - jęknąłem, masując pulsujący czerwony placek na policzku.
- Co tym razem zrobiłem źle? - jęknąłem, masując pulsujący czerwony placek na policzku.
- Nigdy prze nigdy już tak nie zrobisz, rozumiesz?
Nagle zaczęło mi się kręcić w głowie. Usłyszałem jak brunetka zaczęła krzyczeć i wybiegła z domu. Mignęła mi nad głową sylwetka Diany.. i tu się film urywa. Tak to jest kiedy moje serce jest nasączone zbyt dużą dawkę adrenaliny.
i tak oto kolejny rodział!
wbił Eric i namieszał.
kolejna para! <3
miłość kwitnie, oo tak!
Za niedługo będzie nieźle... xDD
Axel coś kombinuje, czy wyzna swoje uczucia?
okaże się to w następnym rozdziale!
ciumeczki!
~ gejzerka
i tak oto kolejny rodział!
wbił Eric i namieszał.
kolejna para! <3
miłość kwitnie, oo tak!
Za niedługo będzie nieźle... xDD
Axel coś kombinuje, czy wyzna swoje uczucia?
okaże się to w następnym rozdziale!
ciumeczki!
~ gejzerka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz