Rozdział:30
* No One's POV *
Rywalem okazał się, niepokonane jak dotąd, Technikum Rolnicze. Placówka z farmerami, rolnikami? Ale.. jak oni mogli wygrać? Zadźgali na śmierć przeciwnika... motyką? A ta ich wspaniała obrona to pewnie - GRABKI SPRAWIEDLIWOŚCI. Nastały zmiany w drużynie Raimon, za Sama gra teraz Jude. Chwilę potem Raimon i "Rolnicy" pojawili się na boisku, kapitanie jak to zwykle bywa, podali sobie ręce. Jasnym było, że rozpoczyna gość - Raimon. Nim zdążylibyście mrugnąć, nastąpiło szybkie podanie Kevin'a, a potem do Axel'a. Blondyn popędził szybko do strefy ataku technikum, zręcznie omijając obronę. Wszystko przebiegało w miarę dobrze, a można rzec idealnie... Dopóki podanie nie zostało doprowadzone do Steve'a. Steve z konsternacją na twarzy skierował piłkę do Timmy'ego, lecz piłka poleciała zupełnie gdzie indziej. Na szczęście piłka pojawiła się w pobliżu Bobby'ego, a chłopak podał do Todd'a. Piłka poleciała jak błyskawica i nawet sam Ironside jej nie zauważył. Coś jest nie tak... Na treningu były podobne sytuacje, ale nikt się tym nie przejmował. Wszyscy żartowali, że to z powodu stresu. Jednak to nie to było tego powodem... To nie umknęło również uwadze bystrego oka Sharp'a. Próbował to jakoś rozgryźć, jednak jeszcze nie znał pewnej odpowiedzi na swoje pytania. Tymczasem piłka była w posiadaniu Rolników i ku zdziwieniu wszystkich, żaden z nich nie użył wspomnianej wyżej motyki ani grabek. Raimon przy nich poruszał się jak ślimak, to na prawdę dziwne. Na bramkę Evans'a zmierzał Sunset, jeden z atakujących technikum. Nagle przy jego nodze pojawił się dziwny blask, niczym promienie słońca. I taka oto piłka poleciała w stronę pola bramki, a jej blask ogarnął całą halę. I gdy już promienie znikły, piłka już leżała w siatce. Na prowadzenie więc wychodzi Rolnicze. Jednak Raimon nie załamuje się tak łatwo, w końcu też znalazł się sposób na dobre podania. Po prostu trzeba było się posłuchać Sharp'a, czyli najlepszego stratega pod słońcem. Pomachał ręką do Mark'a i chociaż nie było czasu na pogawędki, trener poprosił o czas.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że tu jesteś.. - jęknął, przecierając czoło.
- Nie ty jeden... - murknęła nadal naburmuszona Diana.
- Ale my tu gadu-gadu a czas tyka. - przerwał naszą pogawędkę Kevin.
- Okej... postawię sprawę jasno. - klasnął w dłonie Jude. - Wiem, że podczas treningów ciągle zdobywacie nowe umiejętności, wasze postępy są rewelacyjne.
- Aż się zarumieniłem. - sapnął Jack, chowając twarz.
- W każdym razie... - kontynuował Jude. - Nie wszyscy jesteście na tym samym poziomie.
- A no tak... trzeba być czterdziestoletnim zwycięzcą by stanąć obok ciebie na boisku. - wystrzelił Nate.
- Nie czas na nieprzyjemności Swift. - sprostował go trener.
- Tak jak mówiłem.. każdy z was poprawił się w różnym stopniu.
- I stąd te nieścisłości w grze. - dokończyła Diana, a oczy wszystkich zwróciły się w jej stronę.
- Dokładnie.
- A więc to nie jest wynik stresu? - zapytał Sam.
- Co proponujesz. - na twarzy Jude pojawił się przenikliwy uśmiech.
- Są to różnice stosunkowo niewielkie i wiem jak im zaradzić. - spojrzał w stronę Nathana. - Ale musicie mnie posłuchać.
- A więc to dlatego on tutaj jest. - zajarzyła Celia wraz Silvią.
- Skoro tak mówisz... to cała naprzód! - klepnął go w ramię Mark.
I w tym samym momencie dobiegła końca ich przerwa, zawodnicy znaleźli się na murawie. Przez następne pięć minut Raimon nie udolnie próbowało dostać się do pola karnego. Gdy już był przy piłce Dragonfly, nie zamierzał zrezygnować z okazji i zastosował SMOCZY CIOS. Ale niestety... przed nim pojawił się mur, a piłka się od niego odbiła. Nigdy nie mówicie B, zanim powiecie A - tak to przysłowie idealnie pasuje do mojego i (zapewne waszego) mniemania o tym przeciwniku. Nastał koniec pierwszej połowy, co teraz pocznie Raimon?
- Nadal nie mogę uwierzyć, że tu jesteś.. - jęknął, przecierając czoło.
- Nie ty jeden... - murknęła nadal naburmuszona Diana.
- Ale my tu gadu-gadu a czas tyka. - przerwał naszą pogawędkę Kevin.
- Okej... postawię sprawę jasno. - klasnął w dłonie Jude. - Wiem, że podczas treningów ciągle zdobywacie nowe umiejętności, wasze postępy są rewelacyjne.
- Aż się zarumieniłem. - sapnął Jack, chowając twarz.
- W każdym razie... - kontynuował Jude. - Nie wszyscy jesteście na tym samym poziomie.
- A no tak... trzeba być czterdziestoletnim zwycięzcą by stanąć obok ciebie na boisku. - wystrzelił Nate.
- Nie czas na nieprzyjemności Swift. - sprostował go trener.
- Tak jak mówiłem.. każdy z was poprawił się w różnym stopniu.
- I stąd te nieścisłości w grze. - dokończyła Diana, a oczy wszystkich zwróciły się w jej stronę.
- Dokładnie.
- A więc to nie jest wynik stresu? - zapytał Sam.
- Co proponujesz. - na twarzy Jude pojawił się przenikliwy uśmiech.
- Są to różnice stosunkowo niewielkie i wiem jak im zaradzić. - spojrzał w stronę Nathana. - Ale musicie mnie posłuchać.
- A więc to dlatego on tutaj jest. - zajarzyła Celia wraz Silvią.
- Skoro tak mówisz... to cała naprzód! - klepnął go w ramię Mark.
I w tym samym momencie dobiegła końca ich przerwa, zawodnicy znaleźli się na murawie. Przez następne pięć minut Raimon nie udolnie próbowało dostać się do pola karnego. Gdy już był przy piłce Dragonfly, nie zamierzał zrezygnować z okazji i zastosował SMOCZY CIOS. Ale niestety... przed nim pojawił się mur, a piłka się od niego odbiła. Nigdy nie mówicie B, zanim powiecie A - tak to przysłowie idealnie pasuje do mojego i (zapewne waszego) mniemania o tym przeciwniku. Nastał koniec pierwszej połowy, co teraz pocznie Raimon?
- Jest źle... - położył się zdewastowany Jim.
- Nie ma co się załamywać.. - odparł Mark, lejąc na siebie zawartość butelki. - Na pewno jesteśmy w stanie to wygrać.
- Tia, jak tylko się przedostaniemy na drugą stronę. - sapnął Max.
- A to będzie trudne. - zawył Jack, wzdychając.
- E tam, da się zrobić. - Sharp machnął na ich obawy. - Potrzebny jest do tej akcji Dragonfly.
- To nie zadziała. - wyskoczył Max, stwierdzając fakty.
- Będzie wabikiem, poudaje, że naciera na bramkę. Wtedy będzie kryła go piątka... A co się z tym wiąże? Nie będą mogli zastosować swojej obrony.
Między zawodnikami powstało wielkie poruszenie. Otóż kiedy Kevin zostanie przynętą, Axel nie będzie mógł wykonać strzału.
- Czyli... Axel, nie będzie uczestniczył w akcji? - miliony zwątpień przeszło przez chłopców.
- Zwariowaliście? - odburknął Steve. - To nie ma najmniejszego sensu. - Nie ma co się załamywać.. - odparł Mark, lejąc na siebie zawartość butelki. - Na pewno jesteśmy w stanie to wygrać.
- Tia, jak tylko się przedostaniemy na drugą stronę. - sapnął Max.
- A to będzie trudne. - zawył Jack, wzdychając.
- E tam, da się zrobić. - Sharp machnął na ich obawy. - Potrzebny jest do tej akcji Dragonfly.
- To nie zadziała. - wyskoczył Max, stwierdzając fakty.
- Będzie wabikiem, poudaje, że naciera na bramkę. Wtedy będzie kryła go piątka... A co się z tym wiąże? Nie będą mogli zastosować swojej obrony.
Między zawodnikami powstało wielkie poruszenie. Otóż kiedy Kevin zostanie przynętą, Axel nie będzie mógł wykonać strzału.
- Czyli... Axel, nie będzie uczestniczył w akcji? - miliony zwątpień przeszło przez chłopców.
Do konwersacji dołączyła się młoda Evans.
- Nie mamy za dużo czasu. - przerwała ich żałosny lament. - Postawmy sprawę jasno, temu człowiekowi nie można ufać...
- Diana... - jęknął Mark.
- ... ale, to nasza szansa, żeby cokolwiek zrobić. Poza tym Axel sam po boisku latać nie będzie, nie zapominajcie o tym. - odparła, mierzwiąc włosy blondyna.
Zawodnicy powoli pokiwali głowami twierdząco.Tak jak powiedziała Diana, czasu jest coraz mniej, nadeszła kolejną cześć meczu - druga połowa. Piłka jest teraz w posiadaniu Raimon'a, a więc czas na akcję z wabikiem. Wszystko szło dobrze, do czasu... I gdy już się wydawało, że teraz Raimon zdobędzie punkt dzięki lecącemu w powietrzu SMOCZEMU TORNADO, wtedy znowu pojawiła się żelazna obrona. Kolejna piłka przy nodze zawodników Raimona, tym razem akcja rozgrywa się z udziałem Wallside'a i Blaze'a - ZRZUT INAZUMY. To na nic, został im już tylko Mark do wykorzystania. Jude kopnął piłkę w stronę swojego bramkarza, wtedy kapitan Raimon wykonał akcję z Axel'em tak zwaną - INAZUMA 1. Kolejny porażka, czuję, że duch walki powoli opuścił drużynę. Czy to koniec? To co, rączki do góry i się poddajemy?
* Jude's POV *
♫
Spojrzałem na innych zawodników. Ich oczy już nie błyszczały tak jak wcześniej, malowało się w nich zmęczenie. Każdy ma już dość, odpala im się słaba wola walki... Co ja mam tu do powiedzieć? Od zawsze byłem pewny siebie, w końcu wygrywałem kilka lat pod rzędu, a moje słowa im nie pomogą, gdyż pogrążyłem ich na samym początku.
" - Spodziewałem się ciebie, panie Blaze. - odparłem, powoli się odwracając.
- To koniec. - jęknął Todd, padając na ziemię.
Pewność według moich kalkulacji wynosi ledwo pięćdziesiąt procent i podczas mojego obliczania, usłyszałem jego głos, głos kapitana.
- Chłopaki... co wy robicie! - pokazał palcem na widownię. - Spójrzcie na nich, oni na nas liczą, a przede wszystkim j a na was liczę.
- Kapitanie... - Jack'owi cisnęły się łzy do oczu.
- Jesteście cholernie silni, sami nie wiecie jacy jesteście utalentowani... - rozłożył ręce. - Tej mocy doświadczyła Akademia Królewska, Cyborgi z technikum Mechatroniki, nawet gimnazjum Jing-jang miało z nami ciężko, zwariowane Dzikie gimnazjum udało nam się ujarzmić i zmierzyliśmy się z czymś dziwnym z gimnazjum Otaku. Wiecie ile ludzi chciało być teraz na waszym miejscu? Walczymy nie tylko o wygraną, ale i o uznanie oraz szacunek dla całego kraju. Bierzemy w dupę w troki i użyjmy naszej determinacji, która nas nigdy was nie zawiodła!
Podniósł pięść do góry, a reszta zrobiła to samo, wydaliśmy mężny okrzyk. Podziwiam go - Mark to na prawdę mądry chłopak. Spełnił swoje marzenia, nie miał żadnych barier. Tak samo jak ja, miał własną motywację (swojego dziadka), którego nie dane mu było poznać. Nagle w mojej głowie zabrzmiały głosy i przed moimi oczami pojawiła się retrospekcja.
Pewność według moich kalkulacji wynosi ledwo pięćdziesiąt procent i podczas mojego obliczania, usłyszałem jego głos, głos kapitana.
- Chłopaki... co wy robicie! - pokazał palcem na widownię. - Spójrzcie na nich, oni na nas liczą, a przede wszystkim j a na was liczę.
- Kapitanie... - Jack'owi cisnęły się łzy do oczu.
- Jesteście cholernie silni, sami nie wiecie jacy jesteście utalentowani... - rozłożył ręce. - Tej mocy doświadczyła Akademia Królewska, Cyborgi z technikum Mechatroniki, nawet gimnazjum Jing-jang miało z nami ciężko, zwariowane Dzikie gimnazjum udało nam się ujarzmić i zmierzyliśmy się z czymś dziwnym z gimnazjum Otaku. Wiecie ile ludzi chciało być teraz na waszym miejscu? Walczymy nie tylko o wygraną, ale i o uznanie oraz szacunek dla całego kraju. Bierzemy w dupę w troki i użyjmy naszej determinacji, która nas nigdy was nie zawiodła!
Podniósł pięść do góry, a reszta zrobiła to samo, wydaliśmy mężny okrzyk. Podziwiam go - Mark to na prawdę mądry chłopak. Spełnił swoje marzenia, nie miał żadnych barier. Tak samo jak ja, miał własną motywację (swojego dziadka), którego nie dane mu było poznać. Nagle w mojej głowie zabrzmiały głosy i przed moimi oczami pojawiła się retrospekcja.
- Czy coś jest nie tak?
- Wszystko jest okej.
- Ach, tak? Dobrze wiem, że przeżywasz bardzo mocno ostatni mecz.
- Co ty wiesz... możesz sobie tylko wyobrażać...
- Jesteś roztrzęsiony, tylko tego nie chcesz pokazać.
- Sherlock Holmes. - zacząłem klaskać, gdyż dokładnie mnie rozgryzł. - Tak jest, właśnie przez tą głupią piłkę, straciłem wszystko... Dianę, Celię, przyjaciół
- Ej, ej, ej... - przerwał mi. - To nie jest wina piłki. Jeżeli dobrze pamiętam, to Diana odeszła dlatego, że byłeś kompletnym dupkiem wobec niej.
- Jakbym tego nie wiedział. - przewróciłem oczami.
- A twoi przyjaciele nadal z tobą są. - on kontynuował swój monolog. - Dobrze wiedzą, że nie mogłeś z powodu nogi...
- Ciekawe kto jest przyczyną tego wszystkiego, co?
- To ci mogę przyznać... Ale co do tamtego tematu, twoi przyjaciele doskonale cię znają, wiedzieli o twojej kontuzji i o tym, że byłeś dupkiem. - wypuściłem powietrze z ust.
- Wow... nie spodziewałem się tego z twoich ust, Axel.
- Czy to prawda, że się zmieniłeś? - nadal zadawał pytania, był bezpośredni.
- A ty co o tym myślisz?
- Sam nie wiem co o tym sądzić. - podrapał się po głowie. - Ale skoro Mark ci zaufał, musiało się coś zmienić... Może, czas przejść na jego stronę?
- Czy ja wiem... - kopnął w moją stronę piłkę tak mocno jak potrafił.
Dogoniłem ją najszybciej jak tylko potrafię i kopnął z tą samą mocą w jego stronę, przy czym wydałem z siebie jęk boleści, gdyż odebrałem to jego kontuzjowaną nogą. Piłka poleciała wysoko, a ja wzbiłem się aż do nieba, wykonał OGNISTE TORNADO. Piłka wylądowała gdzie indziej, przez ten wykop wyparowało z niej całe powietrze.
- Może dołączysz do Evans'a... - wytarł z twarzy pot. - Pokaż swoim przyjaciołom jak ci zależy na nich i na piłce. "
Czuję się niczym jak Darth Vader, tylko ja w przeciwieństwie do niego, przeszedłem na dobrą stronę i raczej na niej pozostanę. Drużyna na jego słowa odżyła jak nowa, to dlatego są nie do złamania, podstawą tego jest ich (nasz) kapitan. Jest im jak wielki ojciec, jak serce bez którego cały organizm nie potrafi normalnie funkcjonować. A więc tak jak powiedział... cała na przód!
* No One's POV *
I kiedy wszyscy weszli na boisko, zaczęły się wielkie przepychanki. Jak widać determinacja wzrosła u obu zespołów, do bramki technikum już zbliżał się (określają go tak chłopcy z zespołu) doskonały kapitan - Mark, a zanim genialny strateg, Jude i ognisty chłopak, Axel.
- Co zamierzasz zrobić? - krzyknął zdezorientowany Axel.
- Mark... cholera. - jęknął Jude, który zauważył, że są coraz bliżej bramki.
- Zostawcie to wszystko mnie i biegnijcie. - warknął kapitan.
I w tym momencie, to można rzec - idealne trio wykonało świetną ewolucję
- Już wiem.. to jest TARAN INAZUMY! - krzyknął podekscytowany Willy.
Ta mieszanka wycelowała prosto w obronę przeciwnika i.. mur się rozpadł. Wraz z tym powróciły nadzieje na zwycięstwo. Widząc tą akcję, nie mogli się już zatrzymać, dosłownie wszyscy zaczęli biegać jak na sterydach. I teraz kolejna szansa na punkty, tym razem Kevin przy piłce uderza swoim SMOCZYM TORNADO. Gol! I tylko sekundy dzielą nas do zakończenie tego meczu! Gospodarze próbują się ratować, ale na marne... We wszystkich uszach dudni gwizdek sędziego, a to oznacza, że Raimon zostaje wygrywa to spotkanie!
* Axel's POV *
♫
- Co zamierzasz zrobić? - krzyknąłem.
- Mark... cholera. - jęknął Jude, który zauważył, że jesteśmy coraz bliżej bramki.
- Zostawcie to wszystko mnie i biegnijcie. - warknął Mark i zaczął biec coraz szybciej.
Wzbiliśmy się w powietrze (ja i Mark) z impetem podaliśmy piłkę do Jude, który był na ziemi. Piłka niczym kula ognia poszybowała w obronę... i bum! Mamy gola! Nie minęło kilka sekund, a Kevin zajął się już całą resztą. Wszyscy na przemian tańczyli, śpiewali i płakali. Spojrzałem w stronę Sharp'a. To dziwne, czuję, że Jude stał mi się nawet pewnego rodzaju bliski? Wiem, wiem powiecie - przecież to była tylko jakaś niewinna akcja na boisku i to wszystko. Nie użyłbym wcześniej nigdy takie sformułowania. I z moich rozmyśleń wyrwała mnie Diana, która nagle rzuciła się na moją szyję. W mojej głowie, właśnie w tej chwili, całowała moje usta... ale rzeczywistość jest inna. Tylko ucałowała mój policzek.
- Bąbel. Dałeś czadu. - odparła, bawiąc się moimi włosami.
Zarzuciłem ją na swoje plecy i zacząłem latać z nią po całym boisku. Ta tylko piszczała, wiec potem położyłem ją na ziemi. Jej włosy zasłaniały jej połowę, pewnie wściekłej twarzy. - Ja ci dam bąbel! - pogroziłem jej palcem.
- E-ej, słabo mi... - na co przybliżyłem się do niej i podałem dłoń w jej stronę. - Mógłbyś mi pomóc wstać?
I to był mój błąd, szybko mnie pociągnęła i wylądowałem na niej. Zrobiło się co najmniej niezręcznie. I już by coś się wydarzyło, gdyż jej oczy wraz z moimi nie chciały przerwać tej chwili, ale dosłownie znikąd przygalopował tu Nathan i Max.
- O stary, kanapka! - krzyknął, po czym miałem na swoich plecach Nathan'a i Max'a.
Czy wspominałem, że może być gorzej? Nie? Jack również się dołączył. I wtedy już wiedziałem, że moje żebra będą krzyczeć z bólu. A mogło być tak pięknie...
* Nelly's POV *
♫
Otworzyłam oczy, rozglądnęłam się po sali, nic się nie zmieniło - najwidoczniej musiałam zasnąć przy czytaniu mojej książki. Wzięłam ją z mojej twarzy i spojrzałam na widok za oknem, skierowałam teraz swój wzrok na łóżko, na którym leżał mój ojciec. Miał taki spokojny wyraz twarzy, a jego klatka piersiowa delikatnie i powoli się unosiła. Uśmiechnęłam się w jego stronę, chyba mamy okazję pobyć ze sobą trochę dłużej niż zazwyczaj. Nie oszukujmy się - bycie dyrektorem takiego gimnazjum to bardzo pracochłonne zajęcie. Papiery, papiery i jeszcze raz p a p i e r y. Nie zdziwiłabym się gdybym trafił tu właśnie przez swój niezdrowy styl życia. Zawsze wypijał kilkadziesiąt hektolitrów kawy, mimo, że mówiłam mu, że to szkodliwe, ten tylko mnie zbywał. Czasami mi go na prawdę brakuje, zastępuje mi mamę, która jest tymczasowo w rozjazdach. Każde tak samo zapracowane - zarządzają innymi, podobnie jak ja kiedyś. Mam wpojoną zasadę, że mogę być wodzem wszystkiego co chodzi po ziemi. Chwyciłam jego dłoń, po moim policzku poleciało parę słonych łez. Niby moje życie wydaje się być idealne. Córeczka tatusia szkoły może wszystko, czasami chciałabym to wszystko zostawić i być normalną nastolatką. Nie wiem nawet, po co kandydowałam na przewodniczącą szkoły. I po co mi to wszystko skoro nie mam mocy by uchronić mojego ojca przed śmiercią. Wtedy do pomieszczenia weszła pielęgniarka, uśmiechnęła się w moją stronę i wymieniła ojcu kroplówkę na nową.
- Panienka niezmęczona? - odparła troskliwie. - Mogę zmienić się za ciebie.
- Może trochę... Ale spokojnie, dam radę.- powiedziałam, również się uśmiechając.
- Wiesz gdzie mnie szukać, jeśli coś będzie nie tak? - pokiwałam głową i wyszła.
- Niech cię jasno cholera.. chłopcze, uważaj!
Spojrzałam na korytarz i zobaczyłam ponownie brązową czuprynę, mało nie wywalił pielęgniarce przyrządów.
m- Proszę pana, nie można tam wejść. - odparła dyżurująca. - Nie jest pan nikim z rodziny.
- A co jeśli jestem?
- Skoro tak... to kim jest dla ciebie pan Raimon?
- To mój teść.
- Słucham?
- To znaczy... - jęknął, pocierając nerwowo kark. - Mój przyszły... Tam jest moja narzeczona, muszę tam wejść.
- Nie za szybko na wesele? - spytała podejrzliwie. - Coś mi się wydaje..
- Miłość nie czeka, proszę panią. - i nim się spostrzegłam pojawił się w drzwiach.
W ręce trzymał bukiet mojej ulubionej lawendy, a w drugiej jakieś owoce. Odłożył reklamówkę na stół, a ja szybko do niego podleciałam i obdarowałam namiętnym pocałunkiem.
- Chciałem tylko powiedzieć cześć. - odparł, śmiejąc się. - Ale... to może wystarczyć.
Wziął mnie w objęcia i obrócił wokół własnej osi.
- Jak mecz?
- A jak myślisz?
- Jestem zbyt zmęczona na te twoje łamigłówki. - jęknąłem.
- Przegraliśmy.
Spojrzałam w jego oczy. Jeśli robi ze mnie żarty, to będzie z nim źle.
Nagle chłopak zaczął się śmiać.
- Uwielbiasz to robić co, sadysto? - zaczęłam piąstkować jego tors.
- Tak, nawet nie wiesz jak bardzo. - nagle dziwnie się zamyślił, po czym szybko dodał. - Jude do nas dołączył.
- Teraz to na pewno nie dam się na to nabrać. - zaśmiałam się w głos.
- Na prawdę. - odparł trochę poważniej. - On jest w naszym zespole.
- Ale...
- Nie mogłem się doczekać, aż z nim zagram!
- Ty to masz życie, marzenia ci spełniają, rodziców masz na co dzień, a ja jestem.. taką trochę sierotką.
Nagle usłyszałam dziwne charknięcie. Zauważyłam, że na twarzy mojego taty coś się zmieniło, jego powieki lekko drgały i wtem otworzył oczy.
- Aż takim złym ojcem jestem? - spytał, na co moje oczy wypełniły się morzem łez.
Szybko zamknęłam go w szczelnym uścisku.
- O, M-mark. - spostrzegł bruneta. - Witaj zięciu, skoro mamy zostać rodziną, to i ty chodź się przytulić!
* następnego dnia *
Miałam taki piękny sen - naprawdę nie chciałam go kończyć, ale nic nie trwa wiecznie, nagle coś sobie coś przypomniałam. Szybko otworzyłam powieki i wzięłam do ręki telefon, sama jeszcze nie wiedząc co się toczyło po mojej głowie.
- Cholera! - krzyknęłam. - Trening!
Wynurzyłam się spod kołdry i zaczęłam krzątać się w łazience. Szybko zaplotłam tam włosy w warkocza i zrobiłam make-up. Podeszłam do szafy i wybrałam parę ciuszków. Wzięłam ze sobą jabłko i sok pomarańczowy i ruszyłam w drogę. Przed sobą zauważyłam jakiegoś chłopaka. Był dziwnie opalony, zupełnie jakby wrócił.. ze Stanów? Co? Kogoś mi przypominać.. Chwila... To nie może być... Niby wszystko się zgadza... Z tych całych przemyśleń, wpadłam na słup. Nieznajomy obrócił się, a ja tylko złapałam się za czoło, gdy już ból przeszedł chłopak podążył w kierunku... gimnazjum? Czyżby kolejny koleś z wymiany? Podążyłam w trop za nim. Krok w krok za nim i dotarłam na boisko. Chłopak stał obok Silvii i patrzył na to wszystko z fascynacją. Piłka poleciała pod jego stopy, on ją wziął i zaczął z nią biec. Ze świetnym dryblingiem wyminął nawet niezawodnego Axel'a. Jude próbował go nawet rozgryźć, ale i jemu się to nie udało. Chłopak strzelił prosto do Mark'a, a ja aż zakrztusiłam się moją papierówką. Kim on jest do cholery? Nagle nie wiadomo z jakiej przyczyny zaczął ściskać Bobby'ego i Silvię. Nie mogłam tego dłużej znieść, więc szybko podeszłam do nich. Usłyszałam jedno imię - Eric. Ostatnio to moja pamięć płata mi figle, czy to może być ten sam chłopak, którego poznałam w USA? Gdy tylko spojrzałam na jego twarz, już wiedziałam, żeby częściej ufać mojej intuicji.
Spojrzałem na niego. Cholernie, do złudzenia mi kogoś przypominał. Kiedy zaczął kopać, wtedy już wiedziałem z kim mam do czynienia - amerykański magikiem boiska. Ale chwila... Przecież to nierealne. Wtem on niespodziewanie zaczął mnie ściskać. Nie wiedziałem jak na to zareagować, przyciągnęło to uwagę innych.
- Ej, stary... Nie poznajesz? - spytał zdziwiony, obracając się wokół.
- Nie znam cię... Stary? - spojrzałem na niego przenikliwie. - Czekaj. Tylko jeden mógł mi tak mówić...
- Ha! Shearer, to ja! - powiedział, salutując. - Eric Eagle.
Moje całe ciało zostało, w tym momencie sparaliżowane.
- Ty nie żyjesz. - odparłem zmieszany, na co chłopak zaczął się śmiać.
- Tak szybko wam mnie mój ojciec uśmiercił? - skrzywił się. - Ajć.
Wtedy podeszła do nas Silvia. Ten "ktoś", bo nadal nie jestem pewny jego torżsamości, rzucił się na nią. Dziewczyna zaczęła nagle płakać i on również.
- To ty... - jęknęła, nadal będąc we łzach.
To Eric. O kurde, to mój przyjaciel niedźwiedź? Obojga przytuliłem ich do siebie. On żyje, on oddycha i on gada. Tak, wiem to brzmi, co najmniej, jakbym nigdy nie widział normalnego człowiek i co najmniej jakbym był jakimś kosmitą. Ale to takie... niewyobrażalne. Uszczypnąłem się w ramię - to nie sen.
- Eric! - wrzasnęła Dan, wskazując na niego palcem. - To ten Eric?!
- Panienka, która wpadła w słup! - krzyknął, śmiejąc się.
Ukradkiem spojrzał na jej nadgarstek i wtedy ponownie zaczęły się pocić słoną substancją. Czy ja o czymś nie wiem?
heejcia!widzicie jaka jestem kochana, 2 rozdziały w tydzień!
sama się sobie dziwię...
ale to chyba dobrze, nie? xDDD
ach a tu proszę pojawia się Eric Eagle.
szczerze, nie mogłam sie doczekać, aż się tu pojawi.
nie ukrywam, że to bd jedna z moich ulubionych postaci w tym opowiadaniu.
"przyjaciel niedźwiedź" nie pytajcie, to powstało tak sooł macz spontanicznie.
ogólnie, daję wam go wcześniej bo sama nie mogę się doczekaaać
aaa
więc co życzę tym, którzy mają ferie miłej zabawy.
a tym co mają szkołę, to... powodzenia?
ja lecę, trzymajcie się
p.s przy tak dobrej passie, miejmy nadzieję, że w następny tydzień, będzie tak samo!
baju baju
~ gejzerka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz