Rozdział:24
"- Przepraszam. - szepnęłam.
- Nie ma co, Diana. - blado uśmiechnął się. - Erick się nie pogniewa jak o nim poplotkuję.
- Mam nadzieję, że jest w dobrym miejscu.
- Pewnie pełno w nim jest fajnego football'u i puszek Tiger'a.
Sama wiem jak to jest stracić kogoś tak bliskiego. Niby utraciłam swoje relacje z rodziną, ale to nie to samo. W przeciwieństwie do Bobby'ego, ja mogłam odzyskać moją rodzinę którą utraciłam 13 lat temu, a tu żadna siła nie wskrzesi tego Erick'a. Shearer może tylko popatrzeć w gwiazdy i zastanawiać się co tam u niego i gdzie teraz jest. "
* Mark's POV *
Teraz przenieśmy się trochę w czasie, a dokładnie do dnia wczorajszego. Otóż jak zawsze po treningu, udaliśmy się do restauracji. Zajadaliśmy się długimi makaronami i rozluźnialiśmy nasze myśli.
- Ciekawe jak ta Inazuma Eleven sobie radziła.. - jęknął Todd, rozmasowując łydkę.
- Mieli mięśnie ze stali. - mruknął Kevin.
Naszej rozmowie przysłuchiwał się pan detektyw, ten sam, który wsadził Dark'a do paki.
- Hillmann coś o tym wie. - sapnął, a nasz trener odwrócił się na pięcie.
- Jeszcze słowo..
- Grał pan w Inazumie? - wystrzeliłem jak z procy.
Pokiwał głową, a wszyscy podskoczyli z radości.
- Musimy zbadać temat. - krzyknął Nathan.
- Czy ja wiem... - próbował się wymigiwać Hillman.
I nim się obejrzałem, jeszcze tego wieczoru znajdowałem się na boisku. Nie spodziewałem się nawet, kto tutaj przyjdzie - a był to między innymi nasz historyk, woźny i pobliski prawnik. I kiedy doszło co do czego, ich gra... się zmieniła. Byli przeciwnikami łatwymi, zupełnie jakbym grał z dziećmi, tak jak kiedyś.
- Mark... - jęknął Max. - To podpucha.
- Chłopcze... jeszcze zobaczysz. - sapnął detektyw, zakładając nogę na nogę.
I tak jak powiedział, tak się stało, najwidoczniej bardzo dobrze znał tą drużynę i tych ludzi. Nim się obejrzałem - ci "łatwi" przeciwnicy zbliżali się do naszej bramki, pędzili jak szalenie, aż kurz się za nim zbierał. I wtedy wzbili się w powietrze, złapali się za ręce, zrobili salto i niczym OGNISTY KOGUT, wycelowali w moją bramkę. Byłem bezsilny i puściłem piłkę z otwartą buzią. Nawet nasz niepozorny trener nas zaskoczył, będąc na pozycji bramkarza, użył słynnej BOSKIEJ RĘKI. Zaklaskałem w dłonie, po tym spotkaniu wiem dwie rzeczy: musimy opanować OGNISTEGO KOGUTA i pozory to tylko pozory. A teraz, leżę w swoim wygodnym i ciepłym królestwie - łóżku i moja głowa jest wolna od wszystkiego. Moje oczy są zamknięte, a ja mogę wejść do krainy Orfeusza. Jednak nie na długo, słyszę przeraźliwy krzyk, otwieram oczy i patrzę na moje lewo. Na dębowej szafce nocnej odzywał się mój najlepszy przyjaciel (budzik), który oznajmiał mi, że koniec tego dobrego i trzeba wstać.
- Zamknij mordę, no! - krzyknąłem, rzucając go w kąt.
Po mimo tego ten szmelc nadal grał swoją uroczą do bólu melodyjkę.
- Stary nie chcesz ze mną wojny... Chcesz? - groziłem temu piekielnemu urządzeniu. - To się zamknij!
- Mark wstawaj! - tym razem to była moja mama.
Przykryłem twarz poduszką, nie miałem najmniejszej ochoty na robienie nic, tyle ostatnio się napracowałem. Myślałem przez chwilę by symulować gorączkę, ale to by nie przeszło, mając matkę w roli detektywa. A propo niej, właśnie wpadła oburzona do mojego pokoju.
- O nie, tak nie będzie. - i nim się obejrzałem już stałem w łazience z poduszką na głowie.
Przewróciłem oczami i orzeźwiłem swoją twarz zimną wodą. Zszedłem na dół leniwym krokiem, prawie zasypiając na niekończących się schodów, prowadzących do kuchni. Tam już roznosił się zapach jajecznicy, a mama tylko stukała garnkami, a przynajmniej mi się wydawało. Nawet nie zauważyłem, że Axel jest u nas. A sam latałem w samych bokserkach.
- Co ty tu? - wymamrotałem, trąc oczy.
- O... widzę pan domu się obudził. - usłyszałem głos blondyna.
- Axel, przyjacielu. Równie dobrze możesz postać za drzwiami, ale z ubytkami w twoich idealnych, białych ząbkach.
- Lubię swoje ząbki.. - jęknął, a potem oboje zaczęliśmy się śmiać
- Pośpieszyłbyś siostrę, co?
- Znasz drogę do jej pokoju na pamięć, co? - chłopak lekko się zarumienił.
- Wolałbym nie wchodzić.. - urwał, po czym poruszył znacząco brwiami. - Nie wiadomo co by się tam zadziało
- Tee. Nie pozwalaj sobie. - pogroziłem mu placem. - Nie chciałbyś wąchać kwiatków od spodu.
- Łapki przy sobie. - uniósł ręce do góry.
- I tak ma zostać. - podkreśliłem.
Udałem się do pokoju Diany, za poleceniem Blaze'a. Później poszedłem do szkoły, jak reszta moich rówieśników.
* Diana's POV *
♫
Udałam się szybkim krokiem do łazienki, gdyż jak zwykle czas mi ucieka. W porę sobie uprzytomniałam, że jest siódma trzydzieści i nadszedł najwyższy czas by wstać. Spojrzałam na wyświetlacz, pojawiło się na nim nieodebrane połączenie od Nathan'a. Wybrałam pospiesznie jego numer i wsadziłam szczotkę do buzi. Oczywiście jak to miał Swift w zwyczaju, nie odbierał, n i g d y nie odbierał. Gdy już się w miarę ogarnęłam, zaczęłam nakładanie lekkiego make-upu. Ubrałam się i już miałam otworzyć drzwi, kiedy one niespodziewane same to zrobiły, waląc z impetem w mój nos.
- Niech cię trafi.. - syknęłam, łapiąc się za nos, który przypominał teraz wulkan.
- Upsi.. - usłyszałam głos Marka, który już cicho chciał zamknąć drzwi i zniknąć z mojego pola widzenia
- Hej, hej braciszku! Może pomożesz mi wstać, skoro sam wcześniej mnie położyłeś na łopatki.
- Aa... no już, już. - krzyknął, powoli mnie podnosząc. - Axel już jest, więc się rusz Rudolfie!
- Nienawidzę cię! - krzyknęłam rzucając w niego poduszką.
Ale niestety moja celność, z zwłaszcza w takim stanie, jest na takim wielkim minusie, że nawet z takiego bliska, nie umiałam trafić w mojego brata, ponieważ poduszka o odcieniu pudrowego różu trafiła w drzwi.
- Też cię kocham! - krzyczy uradowany.
Potrząsnęłam głową z niezadowolenia, po czym sama zaczęłam się śmiać. Szybko zeszłam na dół.
- Rudolf czerwono-nosy to renifer każdy wie.. - i nim Axel skończył swoją piosenkę, dostał (tym razem precyzyjnie), beżową poduszką z salonu w swoją twarz.
- Chodź już lepiej, chyba że lubisz puch na swojej twarzy. - nie pohamować śmiechu. - Dodaje ci tyle szyku i elegancji.
- Och, na prawdę? - powiedział blondyn, dumnie krocząc na palcach jak prawdziwa modelka. - Skoro to ma być magnezem na kobietki, to tak będę chodzić!
- Kwiaty, rzućcie mu kwiaty! - powiedziałam, śmiejąc się pod nosem. - Dobra koniec pokazu, matematyka czeka!
Na dworze świeciło piękne słońce, czułem się świetnie, mimo, że ten dzień zaczęłam z takim impetem. Dlatego dziś, jakoś nad zwyczaj się nam nie spieszyło do szkoły. Pani Hemmings może poczekać, ale taka pogoda zdarza się rzadko.
- Ej, czy Nathan gadał z tobą? - zaczęłam temat, kiedy przekroczyliśmy progi szkoły.
- Właściwie, to nie. - spojrzał na mnie dziwnie. - Mieliśmy się spotkać wczoraj, ale się nie stawił. Powiedział, że był na meczu ping-ponga.
- Co? - sapnęłam, łapiąc się za głowę. - Przecież on nienawidzi tej gry.
- A no tak... Jak to mawia " Piłka jak jajko odbija się z jednej do drugiej patelni, ale ekscytacja". - zaczął udawać jego głos.
- Oo proszę... - urwał Blaze, pokazując na postać chłopaka. - Coś ukrywa i teraz mamy szansę rozpocząć śledztwo.
Zawsze szedł sam do szkoły, bo zawsze się nie wyrabiał lub po prostu nie szedł w ogóle , zdarzało się też tak, że chodził z Max'em. Nie był on sam dzisiaj, nie był z Max'em. Obok niego szła dziewczyna, była to blondynka o zielonookim spojrzeniu. Co dziwne - wyglądała na to, że znają się bardzo dobrze ze Swiftem.
- Wrócisz do nas biegać, prawda? - zagadnęła go. - Wczoraj było super!
- Holly, proszę cię. - spojrzał w naszą stronę. - Ja nie wiem...
* Nathan's POV *
♫
- Mark, cholera jasna. - wrzasnąłem, gdy kolejny raz mocno zetknąłem się z ziemią.
Od wczorajszego meczu ze starą 11 inazumy, zostałem wyznaczony do zadania specjalnego, trenuję z Blaze'em OGNISTEGO KOGUTA. Gdy wracałem z kolejnego treningu, spotkałem Holly. To była, a właściwie chyba nadal jest, moja najlepsza przyjaciółka z zajęć lekkoatletyki.
- Cześć Nath. - powiedziała, uśmiechając się.
Dobrze wiedziała, że nienawidzę jak ktoś TAK do mnie mówi.
- Holly.. - próbowałem udać, że pierwszy raz ją widzę. - cześć.
- Co u ciebie?
- Hmmm... dobrze. - powiedziałem, trzymając piłkę w dłoniach. - A u ciebie?
Wtedy sobie coś przypomniałem. Właściwie dołączyłem do Raimona aby uzupełnić skład, tylko i wyłącznie po to. A potem miałem do nich wrócić. A ja, zadomowiłem się u nich na stałe, a na dodatek, wsadziłem całą grupę biegaczy daleko w kosmosie, tam gdzie nawet Darth Vader nie sięgnie swoim świetlistym mieczem.
- Leci. - spojrzała na moje ręce. Stałeś gwiazdą piłki nożnej.
- Gdziesz tam... - podrapałem się po głowie, czując się niezręcznie.
- Ale... chyba pamiętasz jak się biega?
- Jasne, na każdym treningu latam wzdłuż boiska.
- No to chodź. - krzyknęła blondynka, klaszcząc w ręce. - Pobiegajmy
- Holly, nie mam czasu! - ale zanim mogłem coś powiedzieć, już biegłem obok niej.
O kurde, no nie... Miałem się spotkać z Blaze'em, co teraz? Zdecydowałem się na szybki blef.
do IDIOTA: Nie mogę przyjść. Właśnie siedzę na meczu ping-ponga i chyba prędko się z niego nie urwę.
od IDIOTA: Ooo... od kiedy się interesujesz ping-pongiem? Jaki wynik?
No to ładnie, lepszego nie mogłeś wymyślić Nathan? On zna mnie na wylot, dobrze wie, że nienawidzę tej gry. Postanowiłem mu nie odpisywać, gdyż pogrążyłbym się kompletnie. I nim się zorientowałem, stałem koło Harry'ego.
- Cześć! - poklepał mnie po plecach. - Słyszałem od Holly, że odnosisz wielkie sukcesy w nożnej!
- Tak, tak. - przytaknąłem, próbując skupić moje rozwiane myśli.
- Ale spokojnie on zawsze będzie z nami biegać. - to jedno zdanie, wypowiedziane z usta Chris'a, wytrąciło mnie z moich rozmyśleń.
Bo oto stoję przed wyborem - Lekkoatletyka vs piłka, cholera. Co ja mam począć? Za 3 dni półfinały, a ja mam ogromny dylemat. Następnego dnia zadzwoniłem do Diany, chciałem się komuś wygadać o tym, ale ta nie odebrała i wtedy zacząłem żałować tego telefonu. Założyłem torbę na ramię i wyszedłem w drogę do szkoły. Po drodze musiałem znów spotkać zielonooką.
- Cześć.. - spojrzała na mnie radośnie, promieniała. - co za spotkanie!
- Tak właśnie, hej. - odparłem, ponieważ ona ponownie przypomniała mi to, jaki dylemat mam przed sobą.
- Nathan, chcę ci coś powiedzieć. - powiedziała poważniej.
- Tak? - przystanąłem.
- A raczej, chcę prosić... - zagryzła wargę. - Abyś wrócił do nas. Do lekkoatletyki. Nawet nie wiesz jak jest tam bez ciebie pusto.
- Nie możesz mnie o to prosić. - sapnąłem, przekraczając próg szkoły.
- Ależ Nath. - złapała mnie za rękę i popatrzyła głęboko w oczy. - To prosty wybór. Przecież zawsze mówiłeś, że "bieganie ponad wszystko", a teraz co? Zostawiłeś nas, dla jakiś nędznych piłkarzy... - dziewczyna nie dawała za wygraną.
A ja z jakże anielskim spokojem wpisywałem kod do szafki.
- Wypraszam sobie. - mruknąłem, choć po części miała rację. - Ja was nie zostawiłem. A jeśli już tak mówisz o tych piłkarzykach, to powiem ci jedno - to są moi przyjaciele.
- Nie zapomniałeś o kimś? - trzasnęła szafką przed moim nosem.
- Nie wiem czy długa potrwa nasza przyjaźń, jak będziesz obrażać moich przyjaciół. - odparłem, odchodząc od niej.
- Zmieniłeś się nie do poznania. - dogoniła mnie
- Wcale że nie. - sapnąłem, poprawiając grzywkę wchodzącą w moje oczy. - Po prostu kiedyś nie mówiłem swojego zdania, a teraz coraz częściej je wyrażam. Musisz się przyzwyczaić.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Głupek jesteś. - uśmiechnęła się figlarnie, złapała mnie za ramię. - Dobrze wiem, że jeszcze do nas na kolanach przyjdziesz.
- Pożyjemy, zobaczymy. - powiedziałem, po czym zorientowałem się, że w szkole już jest Diana i Axel.
Chciałem ich ten cały dzień unikać, bo znając życie i moje szczęście małe dziecko Nathanek dostałoby milion kazań i pouczeń od państwa doświadczonych, dlaczego tak zrobiłem, a nie inaczej. Choć raz chcę swój problem rozwiązać sam.
- Wrócisz do nas biegać, prawda? - wyrwała mnie z przemyśleń. - Wczoraj było super!
- Holy, proszę cię. - urwałem, gdy obok nas zjawiła się brunetka i Axel. - Ja nie wiem.
- Daj znać, jak zmądrzejesz. - odburknęła Holy, kierując się w głąb korytarza.
- Nathan? Jak tam ping-pong? - zaczął mnie sprawdzać Axel.
- Wręcz wyśmienicie... - mruknąłem.
- Podobno nie lubisz tego sportu. - stwierdziła brunetka.
- O widzisz jaka niespodzianka! - wykrzyknąłem, machając zeszytem do angielskiego.
- Kto był? - zadał detektyw
- Ale co? - " serio Nathan, udawaj, że nie wiesz o co chodzi, na pewno się na to nabiorą"
- No ta dziewczyna, jak jej było... Holly? - spytała Diana i wtedy zabrzmiał dzwonek - mój wybawiciel.
To się nazywa mieć farta, popędziłem na angielski. Ale dobrze wiem, że czeka mnie ciężka rozmowa z tymi dwojga.
* Mark's POV *
- Kurde no, kurde no. - mówiłem do kartki papieru.
Od razu na pierwszej lekcji pani od angielskiego zaskoczyła nas kartkówką, na którą byłem bardzo źle nastawiony. Niby coś tam się uczyłem, ale... No właśnie. Zostało jedno słowo, którego na prawdę nie mogłem sobie przypomnieć w tej chwili. To był UGH... co to jest, no!
- Jeszcze 4 minutki, kochani! - usłyszałem piskliwy głos pani Thin, która akurat krążyła nad moją ławką.
I wtedy mój umysł się rozjaśnił, szybko nabazgrałem rozwiązanie i położyłem kartkę na stos innych.
" No widzisz Mark jak chcesz to potrafisz. " - podsumowałem siebie, gdy nauczycielka zabierała kartkę. Gdy zabrzmiał dzwonek, szybko udałem się do domu. W końcu dziś spotykam się z rodzicami Nelly. Boję się jak cholera, nie wiem co ze sobą zrobić. Co jeśli im nie przypadnę do gustu? W końcu to pan Raimon, on liczył na księcia z bajki dla swojej córki, a nie wieśniaka turlającego się po ziemi za piłką. Wybrałem numer do Jude'a.
- Halo?
- Stary... musisz mi pomóc.
- Nawijaj.
- Spotkanie... z rodzicami Nelly.
- Oo widzę grubo.
- Proszę cię przyjedź tu, natychmiast!
- Skoro tak ładnie prosisz, już lecę.
- Szybko!
- Spokojnie, będę za 10 minut.
- Okej. - odparłem, kładąc się na łóżku.
Wypuściłem ciężko powietrze z ust. Spotkanie mam o 17, czyli mam jeszcze 2 godziny. A ja nawet nie mam garnituru i krawatu, ani nawet kwiatów dla matki i Nelly. Zabijcie mnie, Jude jest moją jedyną opcją.
* Diana's POV *
Gdy tylko wyszłam z sali, wzrokiem szukałam blond czupryny z długą grzywą. Nie musiałam go długo szukać, siedział z Blazem i Carson'em przy jednym ze szkolnych kaktusów.
- Cześć chłopcy. - odrzekłam, machając im.
Usiadłam obok Nathan'a.
- Jak tam idzie ćwiczenia OGNISTEGO KOGUTA? - zagadnęłam.
- Możemy nie mówić o piłce?
- Nathan, co ci się dzieje?
Chłopak był spięty jak nigdy i unikał mojego wzroku.
- Słyszysz?
- Nie twój interes. - odburknął, podążając w stronę wyjścia ze szkoły.
- Co mu jest? - chłopaki wzruszyli ramionami.
- Musimy dowiedzieć się od tej całej Holy, co jest grane. - powiedział Max, kręcąc z poirytowania głową.
- Nie. - wtrącił się Axel. - Jak będzie gotowy, to nam po prostu powie.
* Mark's POV *
Chyba zaraz mnie coś rozsadzi. Właśnie wywaliłem dosłownie wszystko z mojej szafy i co? Nie mam tam nic eleganckiego oprócz koszulki ACDC, której już dawno nie nosiłem. Do pokoju wszedł brunet.
- Okej myślałem, że będzie gorzej. - sapnął, przeciągając się. - To co, trzeba jechać do centrum po garnitur, krawat i buty...
- Co?
- No tak. - odrzekł, skanując mnie wzrokiem. - Chyba im się nie pokażesz.
Westchnąłem i szybko narzuciłem na siebie kangur. Udałem się na dwór, gdzie ku mojemu zdziwieniu znajdowała się czarna limuzyna.
- Wsiadasz czy będziesz się tak dalej gapić? - z transu wyrwał mnie głos Juda.
Czułem się co najmniej dziwnie, prestiż nie pasuje do mnie. Dojechaliśmy do najbliższego centrum w mojej okolicy.
- Ej, Jude to się chyba nie uda... - jęknąłem, powoli zawracając do wyjścia.
- Evans dopiero co weszliśmy, nie panikuj. - odparł, klepiąc mnie po ramieniu.
- Mam pytanie. - mój mózg nie mógł mnie przed tym zatrzymać.- Jak to było z Dianą?
- A co ma to wspólnego z zakupami? - próbował ominąć temat.
- Nie zagłębiam się w wasze relacje, ale chciałbym wiedzieć jak sobie poradziłeś.
- Do czego dążysz? - sapnął, drapiąc się po karku
- Chodzi o to, kiedy przedstawiła cię rodzicom (ciotce i wujkowi).
- To było wspaniałe spotkanie. - zaśmiał się sarkastycznie. - Byłem tak samo roztrzęsiony, jak ty teraz. Wiedziałem, że ciocia Diany uwielbia petunię, dlatego też przed spotkaniem zaopatrzyłem się w maleńką doniczkę. Gorzej było z wujkiem, który nie był zwolennikiem piłki nożnej. Wręcz jej nienawidził, gdy powiedziałem czym się zajmuję, odrzekł -" Co w tym jest interesującego? Kopiecie piłkę, ganiacie za nią jak psy za kością." Zauważyłem, że na koszulce miał symbol 30 second to Mars. Jako że lubiłem ten zespół, postanowiłem zmienić temat naszej rozmowy i wykorzystać to jako mój checkpoint. 30 second to Mars rzecz biorąc, uratowało nasz związek i całe spotkanie. Pewnie teraz pan Nicolas wyklina mnie pod nosem. Ale... zawsze będę pamiętać to spotkanie, dobrze.
- No to jestem zgubiony. - sapnąłem, łapiąc się za głowę. - Przestraszyłeś mnie!
- Ciebie nie da się przestraszyć.. widziałem to już przy naszym pierwszym spotkaniu.
- A jednak w takich sprawach ze mnie... cienias. - jęknąłem.
- Dam ci dobrą radę, bądź sobą. Nie udawaj kogoś innego, bo pan Raimon cię doskonale zna i od razu wyczuje, że udajesz.
Weszliśmy do pierwszego sklepu, wyszliśmy z niczym. Następnie kolejny, następny i następny... W końcu w ostatnim znalazłem całkiem spoko marynarkę, krawat a nawet buty.
- Potrzymaj. - powiedziałem, dając telefon Sharp'owi.
* Jude's POV *
♫
Leżałem już dobry tydzień w łóżku, noga w gipsie i dusza w rozsypce. Nadal rozmyślam nad słowami Mark'a, jednak przygłusza to świadomość, że teraz jestem bezużyteczny, bez jakiegokolwiek celu. Nie wychodzę ze swojego pokoju, moja noga coraz bardziej boli, jednak dzisiaj obudziłem się inaczej. Dzisiaj już bez gipsu, połknąłem tą tabletkę i nagle poczułem, że ten dzień będzie mój, będzie szczęśliwy. Pomaszerowałem do łazienki, wyszorowałem się i ubrałem się. Gdy usiadłem na fotelu, telefon na mojej szafce nocnej zaczął brzęczeć, przekląłem w myślach, tego kto każe mi się z mojej strefy komfortu. Pokuśtykałem do stolika, pochwyciłem telefon, na wyświetlaczu pojawił się numer Marka.
- Halo?
- Stary... musisz mi pomóc.
- Nawijaj.
- Spotkanie... z rodzicami Nelly
- Oo widzę grubo.
- Proszę cię przyjedź tu, natychmiast!
- Skoro tak ładnie prosisz, już lecę.
- Szybko!
- Spokojnie, będę za 10 minut.
- Okej.
Zacząłem się zbierać, poprosiłem mojego szofera by zawiózł mnie na posiadłość Evans'a. Gdy wszedłem do domu, zastałem go w kupie ubrań, a na jego twarzy malowała się trwoga.
- Okej myślałem, że będzie gorzej. - sapnąłem, przeciągając się. - To co, trzeba jechać do centrum po garnitur, krawat i buty...
- Co?
- No tak. - spojrzałem na jego szary dres i koszulkę poplamioną ketchupem. - Chyba im się nie pokażesz.
Wyszliśmy na pole i podeszliśmy do auta.
- Wsiadasz czy będziesz się tak dalej gapić? - chłopak się otrząsnął i nim się obejrzałem znaleźliśmy się pod centrum, gdy tylko Evans zobaczył ilość sklepów, zbladł.
- Ej, Jude to się chyba nie uda... - jęknął, powoli zawracając do wyjścia.
- Evans dopiero co weszliśmy, nie panikuj. - odparłem, klepiąc mnie po ramieniu.
Nie myślałem, że nasza znajomość z Markiem się tak potoczy.
- Mam pytanie. - wiedziałem, że kiedyś to pytanie padnie. - Jak to było z Dianą?
- A co ma to wspólnego z zakupami?
- Nie zagłębiam się w wasze relacje, ale chciałbym wiedzieć jak sobie poradziłeś.
- Do czego dążysz? - sapnąłem, drapiąc się po karku
- Chodzi o to, kiedy przedstawiła cię rodzicom (ciotce i wujkowi).
- To było wspaniałe spotkanie. - zaśmiałem się sarkastycznie. - Byłem tak samo roztrzęsiony, jak ty teraz. Wiedziałem, że ciocia Diany uwielbia petunię, dlatego też przed spotkaniem zaopatrzyłem się w maleńką doniczkę. Gorzej było z wujkiem, który nie był zwolennikiem piłki nożnej. Wręcz jej nienawidził, gdy powiedziałem czym się zajmuję, odrzekł -" Co w tym jest interesującego? Kopiecie piłkę, ganiacie za nią jak psy za kością." Zauważyłem, że na koszulce miał symbol 30 second to Mars. Jako że lubiłem ten zespół, postanowiłem zmienić temat naszej rozmowy i wykorzystać to jako mój checkpoint. 30 second to Mars rzecz biorąc, uratowało nasz związek i całe spotkanie. Pewnie teraz pan Nicolas wyklina mnie pod nosem. Ale... zawsze będę pamiętać to spotkanie, dobrze.
- No to jestem zgubiony. - sapnął, łapiąc się za głowę. - Przestraszyłeś mnie!
- Ciebie nie da się przestraszyć.. widziałem to już przy naszym pierwszym spotkaniu.
- A jednak w takich sprawach ze mnie... cienias. - jęknąłem.
- Dam ci dobrą radę, bądź sobą. Nie udawaj kogoś innego, bo pan Raimon cię doskonale zna i od razu wyczuje, że udajesz.
Przemierzyliśmy wiele sklepów, został nam ostatni, a jako, że byliśmy zmęczeni, modliliśmy się by tutaj znalazło się to, czego szukamy. Podszedłem do garniturów, Mark podbiegł do mnie uradowany.
- Potrzymaj. - powiedział, dając mi swoje rzeczy, a w tym swój telefon.
Nie wiem czy jego siostra będzie z tego zadowolona, na pewno nie. Nagle telefon się zaświecił, o wilku mowa. Na wyświetlaczu pojawiło się jej imię. Nie wiem co mnie podkusiło, ale odebrałem.
- Halo? Mark, gdzie jesteś?
- Na zakupach.
- Jude? Co to ma być?
- Spokojnie. Po prostu pomagam mu wybrać odpowiednie ubranie, w końcu ma spotkanie z rodzicami Nelly.
- Skąd ty...
- Poprosił mnie o radę, to wszystko.
- Okej, miłych zakupów. - szybko się rozłączyła.
Zza zasłony wyjrzał Mark.
- Kto dzwonił?
- Diana. - spojrzał na mnie znacząco.
Mi chyba nigdy przejdzie... Ciągle coś do niej czuję, nie powinienem, przecież ona chce ruszyć dalej, a ją trzymam za rękę i nie chcę tak łatwo puścić. Uzależniłem się od niej i nie mogę jej od tak odstawić. Na co ja liczę? Przecież wielokrotnie dała mi do zrozumienia, że nie chce mieć ze mną i resztą przeszłości nic wspólnego.
- Co chciała? - wyrwałem się z przemyśleń.
- Chciała z tobą porozmawiać. - sapnąłem.
- Wszystko jest ok?
- Chyba tak... - urwałem, siadając na pufie.
- Kurde... - złapał się na głowie, siadając obok mnie. - Ty ją nadal kochasz.
- Ale nie zasługuję na nią. - stwierdziłem.
- Nic nie masz do stracenia. - zaśmiałem się. - Przeszłość się dla niej nie liczy, więc... zaczynasz z czystą kartą.
- To nie jest takie proste. - pokręciłem głową.
- Oczywiście, że nie będzie to proste. - westchnąłem. - Nie licz, że da ci kolejną szansę jako chłopak... bo zawiodłeś. Ale możecie zostać chociaż przyjaciółmi.
- To już coś. - przytaknąłem mu. - I jak wdzianko?
- Bierzemy!
* Nathan's POV *
♫
Prosto ze szkoły, pobiegłem na boisko. Wziąłem piłkę i z furią celowałem w bramkę. Chciałem się po prostu wyładować, więc krzyczałem, kopałem i płakałem. Moje emocje rozszalały się na dobre. Nie wiem nawet czy sam dam radę się uspokoić, czy dam radę podjąć tą decyzję i nikogo nie zranić. Usiadłem na ziemi i patrzyłem jak leniwe, czerwone słońce chowa się za zielono-brunatnymi pagórkami.
Spojrzałem na wyświetlacz, to Diana dzwoni.
- Halo.
- Gdzie ty jesteś, pacanie?
- W dupie.
- Aha, czyli tak będziemy rozmawiać?
- Tak właśnie.
- O ty gnoju, zaraz sobie porozmawiamy w realu.
I nim zdążyłem się zastanowić nad jej słowami, ona stała tuż za mną.
- Ładna ta dupa, ci powiem. - powiedziała, kręcąc głową - Nathan, powiedz co się dzieje.
- Nie chcę słuchać twoich durnych kazań.
- Nawet mi nie powiedziałeś o co chodzi. - sapnęła. - Skąd wiesz, że cię zganię?
Nastała po między nami niezręczna cisza.
- Zagramy? - spytałem, podając do niej piłkę.
- Z chęcią. - odparła, kopiąc w moją stronę. - Więc powiesz mi, co cię trapi?
- Nie wiem, czy wiesz... ale moja przygoda z Raimon'em jest trochę pogmatwana.
- Jak to?
- Nigdy nie zamierzałem grać w piłkę, byłem urodzonym biegaczem. A przyszedłem do Mark'a tylko po to aby zasilić ich drużynę. - wziąłem głęboki oddech. - Ale potem coś mnie przywiązało do tego sportu. Coś czego nie da się opisać.
- Pasja?
- Tak to zdecydowanie była pasja. A teraz kiedy spotkałem moją przyjaciółkę Holly przypomniałem sobie jak to jest biegać, mieć rozwiane włosy, pot na czole. Stoję przed ciężkim wyborem, moja droga.
- Musisz sam podjąć tą decyzję, nie ja. - złapała mnie za ramię. - Po prostu przemyśl to na spokojnie.
- Nie potrafię. - jęknąłem bezradnie.
- Ale pamiętaj... - ona nadal kontynuowała wykład. - jeśli odejdziesz z Raimon'a, to nasza przyjaźń się nie rozwiąże, nadall będzie trwać. A jak ci się kiedyś zatęskni za piłką, to wrócisz do club'u. - odparła, klepiąc mnie po ramieniu.
- Masz racę. - pokiwałem na jej słowa głową. - To co może przejdziemy się?
- Czemu nie. - odparła.
- W pobliżu jest jakaś kawiarenka... może wpadniemy?
- A nie lepiej na ping-ponga? - zaczęła się śmiać.
- Och, dalej będziesz mi to wypominać. - przewróciłem na nią oczami. - Na prawdę nie myślałem, kiedy pisałem do niego SMS'a.
* Mark's POV *
♫
Wdech, wydech. Zapukałem do drzwi, byłem zatrwożony, trząsłem się i bałem się, że stłucze na dzień dobry doniczkę z fioletowym kwiatem. Otworzyła moja ukochana, wypuściłem powietrze z ust (ulga).
- Matko, takiej edycji Mark'a Evans'a nie widziałam. - uśmiechnęła się, zatykając usta z podziwu.
- No widzisz... jednak umiem cię zaskoczyć. - odrzekłem, całując ją w policzek.
- Skąd wiedziałeś, że moja mama uwielbia wrzosy? - spytała, jeszcze bardziej zdziwiona, patrząc na doniczkę.
- Tego akurat nie wiedziałem. - podrapałem się po głowie. - Ale to dobrze, że wpadłem w gusta twojej mamy.
- Wchodź. - odparła, otwierając szerzej drzwi.
W środku zastałem państwo Raimon, a ten cały stres minął, czułem się jak ryba w wodzie. Podszedłem do jej taty, ścisnąłem jego rękę.
- A więc to ty. - powiedział pan Raimon. - Mark, chłopak mojej córki.
- No padło na mnie. - zaśmiałem się. - Pańska córka nie mogła lepiej wybrać.
- No ja mam nadzieję. - zachichotała pani Elizabeth, kiedy całowałem jej rękę.
Również odpowiedziałem jej śmiechem.
- Czym się interesujesz poza p i ł k ą n o ż n ą.
Ups.
- Mam zamiłowanie do perkusji. - co było zgodne z prawdą. - Może dlatego, że moim ulubionym perkusistą jest Phil Rudd z ACDC.
- O nie. - jęknęła Nelly, zasłaniając twarz.
- Ooo... - pokiwał na to głową ojciec Nelly. - widzę, że mamy podobne gusta!
- Wygląda na to, że jesteśmy na siebie skazani. - uśmiechnąłem się ciepło.
- Ale pamiętaj, jeśli moja córka przyjdzie z płaczem... - zacisnął pięść. - To nie chcesz wiedzieć co ci zrobię.
- Tato... - sapnęła brunetka, przewracając oczami.
- Twój tata ma racje. - złapałem ją za rękę. - Ale możesz być spokojna, nie pozwolę na to.
cześć! :))
jaki dłuuuuugaśny rozdział, hehe.
tak jakoś wyszło.
mi się nie bardzo podoba... xDDDD
ale tak właśnie jest.
a tak wgl wesołych świąt. :D
miałam pomysł aby napisać taki rozdział typowo świąteczny
ale... zrobiłam inaczej.
mam nadzieję, że rozdział się wam spodoba. <3
cium.
~ gejzerka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz