Rozdział:23
" - A gdybyś ty nam umarła?
- Ey. - zatrzymałam jego fantazje. - Dopóki biorę leki, wszystko jest okej.
- No ja myślę, ale już nigdy więcej ci na takie coś nie pozwolę. Choćbym musiał wąchać skarpety Jack'a.
Zaczęliśmy się oboje śmiać, spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy.
- Nie śmiej się idiotko! - próbował pohamować swój śmiech.
Poczułam uczucie, które już kiedyś miałam - motylki w brzuchu. Cholerny Blaze, niech cię... Zdałam sobie sprawę, że zakochałam się i nie mam wyjścia z tej sytuacji. "
* Mark's POV *
♫
Od wygrania finałów minęło już sporo czasu, nie mogę się z tego odtrząstnąć . Pamiętam jak z weselem wybiegliśmy z Akademii, chłopaki mnie podnosili, a zaraz po mnie nawet i Diana wzleciała w powietrze, gdy wtarabaniliśmy się do autobusu, zaczęliśmy śpiewać piosenkę Pink "Raise your glass". Oczywiście nie obyło się bez wielkiej fety z tej okazji, wszyscy zgromadzili się w naszej ulubionej knajpce, a wszystko co chcieliśmy zjeść było na koszt naszego trenera i lokalu. Wróciłem do domu o późnej godzinie.
- Gdzieś ty się podziewał? - krzyknęła lekko zbulwersowana matka.
- Odpuść mu... w końcu wygrali finały. - poklepał ją po ramieniu tata. - Jesteśmy z ciebie dumny synu.
- Dzięki, to wiele dla mnie znaczy.. - urwałem, uśmiechając się, udałem na górę.
W dniu dzisiejszym czuję się dziwnie, dosłownie, czasami wydaje mi się, że mnie to odrobinę przytłacza. Każdy już nie patrzy na nas jak na jakiś obłąkanych, ale normalnych, wyluzowanych, jesteśmy niczym jak popularne dzieciaki, odwalające popularne, spektakularne, ale coraz mniej zaskakujące rzeczy. Stałem się obiektem westchnień wielu panienek, ale Nelly akurat nie była z tego faktu zadowolona. Nie mogę w to uwierzyć, wiem, że się powtarzam, ale jestem coraz bliżej celu. Jestem bliżej dziedzictwa, którego tak bardzo pragnął mój dziadek, jak i ja. Minął już tydzień od tego wszystkiego. Tego się nie da ot tak zapomnieć, tych potów, siniaków, łez. Tylu wrażeń, żaden (ale to żaden) mecz mi tak nie doświadczył. Mój idealny przeciwnik, Akademia napoiła mnie swoim lękiem, ale zmierzyłem się z nim dzielnie i go pokonałem. Właśnie... Ciekawe co u niego? Chciałbym z nim pogadać, mimo wszystko powinienem go nienawidzić - w końcu bestialsko traktował moją siostrę, ale to głupie... ale nasza relacje nie jest mi obojętna, tak jak mówiłem, nasza relacja jest dziwnym połączeniem przyjaźni. O ironio (westchniecie) wcześniej chciałeś go zlinczować, a teraz nazywasz go kumplem? Mark, what's happend? Też chciałbym wiedzieć. Nadal mam milion pomysłów jak go zabić, ale widząc go wtedy zdruzgotanego, po prostu nie mogłem. Stracił szansę na zjednoczenie rodziny, ja mu ją odebrałem, ale ja mam serce i nie chciałem go dodatkowo kopać. Udałem się jak zwykle, na trening do naszego centrum. Z daleka można było usłyszeć wrzaski Jack'a, a raczej krzyk panienki Wallside, gdyż piszczał jak baba. W wewnątrz powitała mnie moja pani (Nelly), Silvia i Diana. Bacznie przyglądały się poczynaniom chłopakom.
- A tobie trzeba wysyłać specjalne zaproszenie? Szoruj się przebrać i trenować! - krzyknęła moja siostra.
Na rozkaz generał Diany udałem się do szatni.
* Diana's POV *
♫
Non stop myślę o tym wszystkim. Po ostatniej konforntacji z nim, z moim oprawcą. Rozmyślam nad tym wszystkim, a szczególnie nad moim uczuciami, które ponownie rozpanoszyły się wszędzie gdzie się da, po mojej głowie. Nie mogłam zasnąć, przesuwałam się z boku na bok, a nadal w głowie miałam naszą rozmowę. Teraz już wszyscy wiedzą. Z jednej strony, zaoszczędziłam sobie ckliwej opowiastki o tym strasznym epizodzie mojego życia. Jednak jest ta druga strona, teraz będę okupowana wymuszoną litością, a tego nie chciałam. Chciałam by każdy mnie znał, jako silną osobowość, a nie dzidziusia, któro najzwyczajniej w świecie, trzeba nauczyć jak ten świat funkcjonuje. Po kilku godzinach, zamknęłam oczy i usnęłam.
- Zbieraj się! - ponaglał mnie Axel, stojąc nad moim łóżkiem.
- Co ty tu...
- Patrz. - wskazał na zegarek, wskazujący siódmą czterdzieści pięć. - Musimy się zbierać!
Mimowolnie wstałam z łóżka i leniwym krokiem udałam się pędem do łazienki.
- Zejdź na dół, to potrwa długo. - rzuciłam przez ramię.
- Rób to swoje czary-mary, tylko szybko. - przewrócił oczami i udał się, tak jak mu kazałam, na dół.
Tam doprowadzam się do ładu-składu i ubieram się. Patrzę na zegarek, mam raptem dziesięć minut.
- Izi. - krzyczę, zjeżdżając tyłkiem po schodach.
Pamiętacie zjeżdżanie ze schodów? Zwykle kończy się boleśnie, tak było i teraz. Mój tyłek trzasnął o podłogę, a ja poleciałam jak długa.
- Matko... - krzyknął zaniepokojony Axel, kucając przy mnie. - Aż tak nam się nie śpieszy.
- Wszystko jest na swoim miejscu. - na co chłopak poruszył śmiesznie brwiami.
- A ten tylko o jednym. - sapnęłam, podnosząc się z ziemi. - Chodziło mi o mózg, geniuszu.
- Zdziwiłabyś się jakie Nathan ma dopiero myśli.
- Mnie nic w nim nie zdziwi. - zaczęliśmy się śmieć.
Wyszliśmy z domu i udaliśmy się do szkoły. Po ostatnich wydarzeniach wszystko, tak jakby jest w równowadze. Przynajmniej mi się tak wydaje. Doprowadza mnie do niemałego zdziwienia, gdyż ostatnimi czasy było po między wiele napięć, i to nie takich przyjacielskich. W szkole nie zmieniło się dosłownie nic, oprócz tego, że chłopakom przybyło kilka panienek-fanek. Po lekcjach udałam się wraz z Swiftem, Max'em i Axel'em do centrum treningowego. Tam już zaczynali trening Todd i Jack.
- To ja was zostawiam, miłego trenowania. - odparłam, powoli odchodząc.
- Nie idź. - zajęczał Todd, który jak to zawsze uczepił się moich kostek.
- To jest bardzo przekonujący argument, ale.. - próbowałam oswobodzić swoją nogę.
- Nie daj się prosić... - urwał Nate. - Mam ci powiedzieć miłe rzeczy.. "Jesteś piękna", " Z dnia na dzień rozkwitasz"..
- Dobra, dobra. - pohamował go Axel.
- Coś się wymyśli. - sapnęłam.
- Ktoś musi pilnować te "duże dzieci". - zaczął się chichrać Todd.
- Te Ironside chcesz dostać w pusie, hę? - usłyszałam blondyna.
- O kochany przyjacielu, ależ nie. Dobrze wiesz, że cię szanuje i uwielbiam. - powiedział zatrwożony brunet, nisko się kłaniając.
W kilka chwil później pojawiła się reszta drużyny. Przyszły też dziewczyny.
- Co u ciebie, maleńka? - usłyszałam serdeczny głos Bobby'ego.
Wpadłam w jego objęcia.
- Bardzo dobrze... maleńka? - zaczął się śmiać.
- No dobra, niech ci będzie.. po ostatnim meczu jesteś naszym gigantem.
- A jak u ciebie, panie wygrałemfinałystrefyfootballu?
Axel spojrzał na nas dziwnym wzrokiem.
- Wręcz wyśmienicie mi się wiedzie.
- Nie chcę wam przeszkadzać, ale Bobby chyba przyszedłeś tu doskonalić swoje zdolności piłkarskie, a nie flirtować. - rozmowę przerwała nam Nelly.
- Pardon panno Raimon. Już idę. - powiedział, puszczając jej oczko. - Po treningu... Kawa?
- Zgadamy się. - pomachał mi na pożegnanie i podbiegł do reszty ćwiczących.
I wtem, niczym piorun z jasnego nieba, zjawił się Mark. Muszę przyznać, że odkąd przeszli do półfinałów stał się niesamowicie pełny życia, za każdym widzę jak głowę ma w chmurach i jest dziwnie zamyślony. Teraz kiedy już wie, co zrobił Jude, zaczął się mną strasznie interesować. Czego czasami mam po dziurki w nosie, są takie momenty, że wpada mi do pokoju by zapytać mnie jak się miewam. Powinien zająć się Nelly, tym bardziej, że już jutro spotyka się z państwem Raimon. Chłopak z wielkim uśmiechem wpatrywał się w swoich kolegów.
- A tobie trzeba wysyłać specjalne zaproszenie? Szoruj się przebrać i trenować! - krzyknęłam do niego, na co brunet jak kamień wystrzelony z procy udał się do szatni.
Do centrum wleciała zdyszana Celia. Na jej twarzy malowało się zakłopotanie.
- I jak mecz królewskich? - spytał Carson, podchodząc do dziewczyny.
- Daj jej złapać powietrza. - palnęłam go, na co on tylko syknął.
- 40-0
- Rozgromili wszystkich.. - urwał Steve.
- W końcu, to Akademia. - podsumował ponuro Jim.
- WOW, WOW! - posłyszał tą informację mój brat. - Czyli widzimy się z Akademią w finałach.
- Akademia przegrała ten mecz. - odparła smutno.
* Mark's POV *
Czy to jakiś chory żart? Przecież, oni są najlepsi, niepokonani. Nikt ich nie rozgromił tak jak oni te wszystkie drużyny. Stałem zamurowany, nie mogłem się ruszyć.
- Jak to się stało? - spytałem najspokojniej jak potrafiłem, po mimo tego, że moje nerwy już dawno rozszarpały się na strzępy.
- Nie mieli jak zareagować. Przeciwnik był tak potężny, że połowa drużyny jest w szpitalu. - szepnęła cicho. - W ciężkim stanie.
- Gdzie wtedy był Jude?! - wrzasnąłem zbulwersowany.
- Ja chyba wiem gdzie... - jęknął Blaze, drapiąc się po karku.
- Siedział całą 1 połowę na ławce. - sapnęła, siadając na powoli na ławce obok dziewczyn. - I gdy chciał już wejść... boisko stało się cmentarzem. Koniec meczu.
- Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. - mruknął Kevin.
- Przepraszam, muszę wyjść. - odparłem, obruszony złymi wiadomościami.
Po czym szybko się przebierałem i wyszedłem.
- Gdzie idziesz? - usłyszałem głos Dan za swoimi plecami.
Nie chciałem jej mówić że chodzi o Jude'a. Widzę jak to przeżyła na meczu i jak nadal to przeżywa. Ten człowiek, odcisnął na niej wielkie piętno z którym ona sobie nie radzi. Muszę ją ochronić przed tym wszystkim, za wszelką cenę.
- Przejść się.. - próbowałem ominąć temat.
- Powiedz mi. - powiedziała nieco zdenerwowana. - Do Sharp'a, tak?
Pokiwałem głową.
- Trzeba było tak od razu.
- Ale...
- Nie musisz się martwić. - sapnęła poirytowana. - Tak, on pozostawił ogromną ranę w mojej psychice, ale staram się żyć dalej.
- Jesteś pewna? - spojrzałem jej głęboko w oczy.
- Tak, idź już.
A tymczasem ja pomknąłem na najbliższy przystanek.
* Jude's POV *
♫
Czuję się tak beznadziejnie i niepotrzebnie. Jak jakiś śmieć, jak zabawka, która się nagle zepsuła. Po ostatnim meczu, muszę podkreślić, że przegranym (meczu z Raimonem), byłem jak po jakiś najlepszych sterydach, byle by wleźć na boisko. Każdy najlepszy musiał kiedyś przegrać, prawda? Ale następny mecz, tak bardzo chciałem wygrać Ale niestety nawet nie mogłem w nim zagrać, siedział na ławce z nogą w bandażu. Przeciwnik był tak mocarny, że zdmuchnął jednym uderzeniem naszą drużynę z boiska. Niektórzy mają przez to spotkanie nie małą traumę, a inni leżą połamani w szpitalu. Głupia kontuzja, wszystko przez to, przeze mnie. Z perspektywy widza, to wyglądało jeszcze gorzej, zupełnie jakbym zostawił drużynę na pastwę losu. Niby tam byłem, a siedziałem na ławce i sprawiałem wrażenie, że mało mnie obchodzi co się dzieje na boisku. Ale nie było mnie na boisku, więc moje wsparcie nie było takie odczuwalne. Przez ten cholerny sport nie mam nic, zupełnie nic, tylko problemy. Wszelkie nadzieje na lepsze życie umarły. Siedziałem teraz w zamkniętym pokoju, sam na sam, w jak zawsze pustym domu. Ojciec jak zawsze był w pracy, moi jedyni przyjaciele, jakich posiadam, są w szpitalu. Zostałem sam, kompletnie sam. Zresztą swoim postępowaniem zasłużyłem na takie coś - "A masz gnoju". Ta pustka mnie przygniata, ta psychiczna i fizyczna. Teraz wiem co musiała czuć Diana. Tak bardzo chciałbym znów ją mieć w objęciach, głaskać jej pofalowane, miękkie włosy i czuć jej perfumę o zapachu nektarynki. To były czasy. Wtedy wszystko wydawało się takie proste. A teraz to jakiś jebany koszmar. Z którego resztkami sił chcę się wyrwać. To środowisko, ten człowiek kompletnie poprzewracał moje życie. Zmienił mnie. Stałem się jakimś aroganckim gówniarzem, którym tak na prawdę nie jestem. Byłem taki z przyzwyczajenia. Usłyszałem czyjeś kroki, to dziwne ponieważ, jak wspominałem wcześniej, byłem sam w domu. Drzwi lekko się uchyliły, zobaczyłem w nich Marka. Chłopak tylko się uśmiechnął.
- Dzień dobry.
- Dla mnie chyba nie za bardzo. - skrzywiłem się.
- Nie mów tak. - urwał, siadając obok mnie.
- Łatwo ci mówić. - mruknąłem ponuro. - Udział w półfinałach mamy z głowy. Zostaliśmy pogrążeni. Nie widzisz tego?
- Jude, Jude Jude. To że przegrałeś...
- Przestań pierdolić, dobrze wiem co zrobiłem. - krzyknąłem wstając z łóżka.
- ... nie znaczy, że jesteś nikim. - mimo mojego wybuchu, nie wycofał się. - Na prawdę jesteś wspaniałym piłkarzem. Marnujesz to.
- Piłka nożna zabrała mi wszystko. - zacząłem wymachiwać rękami. - Dziewczynę, przyjaciół a nawet własnego siebie. Więc o czym my mówimy? Ty masz rodzinę, a ja nie. Ty masz kochającą dziewczynę, a ja nie. Ty masz przyjaciół, a ja nie. Całe moje życie to jedno wielkie marnotrawstwo.
- O nie kolego. - obruszył się. - Nie obwiniaj o to piłki. To nie jej wina. To wszystko zrobiłeś niestety ty.. ale to nie oznacza, że sinusoida ci się nie poprawi
- Nie rozumiem cię, Mark. - odparłem bezradny. - Poniżyłem cię przed twoją szkołą, skrzywdziłem twoją siostrę, obraziłem... A ty tu nadal stoisz.
- Po mimo tego co zrobiłeś i jaki byłeś. - urwał, głęboko wzdychając. - Jakaś wewnętrzna siła każe mi przy tobie zostać. Może nie mam podobnej sytuacji, do twojej ale... cię rozumiem. A przynajmniej próbuję to robić. Nie mogę patrzeć na ludzi, którzy mówią, że życie jest do dupy. Bo to wcale nie jest tak. Warto się cieszyć życiem, mieć w dupie jakieś przeznaczenie wywróżone z kart. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce.
- Nie umiem.
- Hola, hola. - klasnął mi przed twarzą. - Nie rób z siebie jakiegoś nieudacznika. Wygrywałeś ze swoją drużyną ponad kilka lat z rzędu, a teraz trudno ci jest życie ułożyć? Nigdy nie uwierzę w taką bzdurę...
- Mark...
- Będzie dobrze. - odrzekł, przybijając z nim piątkę. - Skoro tu przyszedłem, to może porozmawiamy?
- Tak, jasne.
* Diana's POV *
♫
Po treningu udałam się, na ustaloną z Bobby'm, kawę. Przez całe nasze spacerowanie do pobliskiej kawiarni, na jego twarzy widać, że coś go nurtowało. Po mimo tego, że kumplujemy się stosunkowo krótko, doskonale się rozumiemy jakbyśmy się znali od podszewki.
Wiem kiedy jest coś nie tak, tak było i teraz.
- Diana. Mam problem. - odparł, miętoląc kubek po swojej karmelowej kawie.
- Ty i problem? Nie możliwe! - machnęłam ręką.
- Ja się chyba... zakochałem.
Ostatnio wszystko dookoła mnie czuje miłość, tylko ja omijam ją szerokim łukiem, a gdy się pojawia to staram się ją ignorować.
- Kim jest ta szczęściara? - spytałam zaciekawiona.
- Nie wiem czy ci się to spodoba, ale...
- Ale.. - dalej ciągnęłam go za język.
- To Celia. - zaczął się szybko tłumaczyć. - Tak wiem, to siostra Jude'a i...
- Ej, Bobby luz - uspokoiłam go klepiąc go po plecach. - Przyjaźnię się Celią, nie z nim.
- Czyli ci to nie przeszkadza? - spytał by się upewnić.
- Cieszę się, że to akurat ona jest wybranką twojego serca.
- Tylko właśnie się dla niej nie nadaje.
- Dlaczego? - przysiedliśmy na ławce z naszymi kawami.
- Jestem strasznie, ale to strasznie niegrzeczny. Nie widać tego po mnie, ale tak jest. - powiedział, uśmiechając się.
Takie plotki można było usłyszeć wszędzie, ale ja jako, że nie wierzę w pocztę pantoflową, ufałam swoim instynktom. Widząc go przy paczce Jude'a, zawsze się zastanawiałam co on tu właściwie robi. Teraz wszystko się zmieniło, poznaję się z nim na nowo, nasze relacje są zdecydowanie bliższe niż dotychczas.
- Och, gdyby Erick tu był... - sapnął.
- Erick?
- Tak, mój kumpel. - pokiwał patrząc w niebo. - On to by mnie obrzydził tobie na starcie. Opowiedziałby nasze przygody.
- A gdzie on jest? - zadałam pytanie, które najchętniej bym drugi raz nie zadała.
Chłopak nagle się zasmucił.
- Jakby ci to powiedzieć... - zaczął nerwowo podskakiwać nogą. - Tir zmiótł go z drogi, słyszałem tylko jego krzyk.. już nigdy więcej go nie zobaczę.
- Przepraszam. - szepnęłam.
- Nie ma co, Diana. - blado uśmiechnął się. - Erick się nie pogniewa jak o nim poplotkuję.
- Mam nadzieję, że jest w dobrym miejscu.
- Pewnie pełno w nim jest fajnego football'u i puszek Tiger'a.
Sama wiem jak to jest stracić kogoś tak bliskiego. Niby utraciłam swoje relacje z rodziną, ale to nie to samo. W przeciwieństwie do Bobby'ego, ja mogłam odzyskać moją rodzinę którą utraciłam 13 lat temu, a tu żadna siła nie wskrzesi tego Erick'a. Shearer może tylko popatrzeć w gwiazdy i zastanawiać się co tam u niego i gdzie teraz jest.
witam was serdecznie.
za niedługo święta!
mi już się udziela ten nastrój, a Wam?
ach u naszych bohaterów jak widać raz pod górkę raz z górki.
Jude w depresji, Diana zagubiona, Bobby zakochany, Mark szczęśliwy i skołowany.
co to będzie, co to będzie?
to się okaże w następnym rozdziale.
całuję.
p.s dziękuję za 900 wyświetleń na blogu.
to poniekąd napawa mnie dumą i daje mi nadzieję, że nie jest najgorsza w tym
co robię! :)))
~ gejzerka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz