Rozdział:15
- Jesteśmy twoimi fanami.
Kiwnęłam głową. Biorę do ręki gitarę i zaczynam grać. W sumie ta piosenka jest niestaranna i niedokończona, ale zaśpiewam ją. Axel mnie natchnął. Złapałam się za głowę, bo uświadomiłam sobie smutną prawdę. Zakochałam się, zakochałam się w Axelu."
* Mark's POV *
♫
Udało się, kolejny etap za nami. Czasami zastanawiam się jak to się dzieje, przecież byliśmy bandą chłopaków, a zdecydowana większość zapisała się do niej z przymusu. A teraz? Jesteśmy zupełnie innymi ludźmi niż na początku, tak jak już mówiłem. Zadziwia mnie, że jest coraz trudniej, jest więcej problemów, a my pokonujemy przeciwnika. Idziemy etap za etapem. Nawet nie spodziewałem się, że za dokładnie cztery dni, ponownie zagramy z Akademią Królewską. Znów spojrzę w oczy moim bolącym żebrom, pełnym siniaków dłoniom. Jude to wspaniały piłkarz i idealny kandydat na Kubę Rozporuwacza. Kiedy po raz pierwszy z nim grałem, moje ręce aż drżały z ekscytacji, a zrazem ze strachu. Podczas każdego naszego meczu, kątem oka patrzyłem na trybuny. On zawsze tam był, nie wiedząc czemu, gdyż podczas meczu poszukiwał Blaze'a. Na jego twarzy panował spokój i gdy tylko spostrzegł, że jego wzrok jest na nim, uśmiechał się łobuzersko. Ale mimo to wiedziałem, że mocno przeżywa, albo się wścieka albo się cieszy z naszej sytuacji. Chciałbym wiedzieć jaki jest na prawdę, gdyż widać, że poza, którą przyjmuje do niego nie pasuje. Spojrzałem na gwieździste niebo. Od kilku dni nachodzą mnie właśnie takie rozkminy. W sumie to ostatnio dosłownie wszystko, stało się przedmiotem mego rozmyślania. Poza tym, zauważyłem, że Bobby robi się coraz to tajemniczy. Nie umiem go rozgryźć, bo zawsze gdy staje się podejrzany, znika. Jego zachowanie jest najmniej dziwne. Czy coś ukrywa przed nami? Tego nie wiem, nie chcę myśleć o tym, że jest on w stanie nam zaszkodzić. Powinienem z nim porozmawiać, ale znając życie to albo o tym zapomnę albo jego nie będzie w pobliżu. Moja głowa jest pełna różnych myśli. Chciałbym być taki idealny i nie wiedzieć co to ból, problem i smutek. Nawet gdybym tak bardzo tego chciał, to nie potrafię od tak się tego pozbyć. Czasami myślę, że jestem zwykłą ofermą, po mimo, że inni mają inne zdanie. Nie umiem pomóc nawet własnym przyjaciołom, a co dopiero sobie. Jestem egoistom, myślę o MOIM treningu, o MOJEJ drużynie i o MOIM meczu. Ta myśl mnie przytłacza, z dnia na dzień. A żeby nikt się nie spostrzegł, to muszę zakładać ten sztuczny uśmiech. Tłamszę to, zamiast po prostu to komuś powiedzieć. Zatrzasnąłem z hukiem okno nie zauważając, że miażdżę własne palce. Syknąłem dmuchając na czerwone, pulsujące opuszki.
- Co się stało? - spytała Diana, wpadając do mojego pokoju.
- Wszystko jest okej.. - odrzekłem, masując obolałe miejsce.
- To nazywasz okej? - wskazała na moje palce, które zaczęły robić się fioletowe.
- Daj spokój. - machnąłem na to ręką.
- Chcesz o tym pogadać?
Usiadłem na swoim łóżku, ciężko wzdychając.
- Po prostu mam poczucie, że jestem kompletnym idiotą...
- Teraz jak to powiedziałeś, to może nim jesteś. - urwała, dźgając mnie w bok. - Wiesz, że to nie prawda?
- Ale taka jest prawda. Nie umiem pomóc własnym przyjaciołom, myślę tylko o sobie...
- Mark. - odparła biorąc mnie za rękę. - Pojęcie egoisty zwyczajnie do ciebie nie pasuje... popatrz ilu ludziom pomogłeś.
- Jesteś moją siostrą. To zrozumiałe, że nie chcesz mnie zranić.
- Proszę cię? Jesteś zwykłym filantropem, nawet takiemu Axel'owi jojczałęś nad głową jak mucha... a teraz? Gra z wami w drużynie.
- Może masz racje.. - mruknąłem, uśmiechając się w jej stronę.
- Poprawka. - podniosła palec do góry. - Ja zawsze mam rację.
Po czym wyszła. Może ma rację? Może Zbyt ostro siebie oceniam? Za dużo ty "może", ja muszę mieć pewność. Nie wiem co ją utwierdzi, bo ja sam chyba się do tego nie nadaję. I nim się obejrzałem stałem przed drzwiami do szkoły.
- Mark?
- O czeeść Silvia. Nie zauważyłem cię. - odrzekłem, drapiąc się po karku.
- Wszystko w porządku? - spytała, dotykając mojego ramienia.
- Oczywiście. Po prostu jestem zestresowany. - powiedziałem, wymijając ją i otwierając drzwi.
Moją pierwszą lekcją była matematyka. Wyśmienicie, spojrzałem na wyświetlacz, 8:06. Spóźniłem się i to na ten przedmiot, który strasznie mnie nie lubi i z wzajemnością. Pędem udałem się do sali numer 24 i pociągnąłem za klamkę.
- Przepraszam za spóźnienie. - wymruczałem.
- Pan Evans. - spojrzała na mnie ponuro. - Już myślałam, że się pan nie raczy pojawić.
Usiadłem obok Nathan'a. Lekcja jak lekcja, strasznie mi się dłużyła. Chciałem się skupić, ale wyszło jak zwykle. Moja głowa nadal była przepełniona zbyt dużym natłokiem myśli. Gdy usłyszałem dzwonek, momentalnie wybiegłem z klasy, myślałem, że choć trochę z mojej głowy uleci i stanie się lżejsza. Po szkole udałem się na boisko. Tam już znajdowała się cała ekipa... oprócz Bobby'ego.
* Bobby's POV *
Od paru dni męczy mnie ogromne poczucie winy. To dziwne, bo wcześniej kiedy kradłem różne rzeczy ze sklepów, nie pojawiało się u mnie to uczucie. Jak myślicie, dlaczego tutaj jestem? Do Raimon'a dołączyłem tylko i wyłącznie dlatego, ponieważ kazano mi pozyskać wszelkie informacje na temat ich gry. Na początko bardzo łatwo wkupiłem się w łaski wszystkich, a najbardziej kapitanowi, Markowi. Ale od pewnego czasu, ta cała robota wywiera na mnie ogromną presja, nie wspominając o tym cholernym sumieniu, które jednak we mnie jest. A tak być nie powinno... czy coś się we mnie zmieniło? W swoim życiu nigdy nie byłem fair, a wszystko przez moją sytuację rodzinną. Dlaczego właśnie teraz poczułem, że powinienem zagrać fair i być po prostu uczciwy? Właśnie udałem się na spotkanie z Jude'em. Mieliśmy się spotkać za budynkiem restauracji.
- Co teraz mam zrobić? - spytałem, czekając aż brunet uraczy mnie swoim spojrzeniem.
- Zdobądź ich statystyki. - odrzekł chłodno, powoli odchodząc.
Niezwłocznie udałem się do domku klubowego. Po drodze nadal ta myśl mi towarzyszyła, mijałem sklep sportowy. Moją uwagę zwróciły korki, a wtedy wszystkie wspomnienia wróciły. Od piłki tak na prawdę należy to, że tutaj jestem. Moi rodzice z butelką wina w ręce nie byli dla mnie wzorem i ulubionym widokiem. Właśnie wtedy zacząłem wiać i obracać się w dość nieciekawym towarzystwie. Dzięki Jude'owi jestem tutaj, w prestiżowej Akademii, którą z własnej kieszeni bym nie opłacił. Z początku robili to rodzice Sharp'a, ale było dla mnie niekomfortowe, więc poszedłem do pracy by na to zarobić. Poczułem ukłucie w sercu, ale mimo to, szedłem dalej. Ustawiłem się na przejściu na pieszych i bez zastanowienia postanowiłem przejść po białych paskach. Nawet nie zorientowałem się, że ktoś najeżdża, usłyszałem tylko głośny dźwięk klaksonu. Wtedy ktoś mnie pchnął, to była Silvia.
- Dureń! - wrzasnął poddenerwowany sytuacją kierowca.
- Musisz uważać... - jęknęła, klepiąc mnie po ramieniu. - życie jest jedno, nie marnuj je, bo Eric będzie zły.
W mojej głowie pojawił się jej krzyk i zgrzyt ciężarówki. Niestety w wieku 6 lat potrącił go tir. Na samo wspomnienie o nim, czuję ciepło na sercu, to był na prawdę wspaniały człowiek i przyjaciel. Przyspieszyłem kroku i dotarłem do określonego miejsca. Tym razem nie musiałem się skradać, ponieważ wiedziałem, że wszyscy są na treningu. Uchyliłem lekko drzwi i wszedłem do środka. Pogrzebałem w szafce z wszystkimi informacjami, aż w końcu znalazłem to co szukałem. Już miałem wyciągnąć papier, ale coś kazało mi tego nie robić. Odstawiłem dokument na miejsce i wybiegłem z pomieszczenia. Po drodze mijałem garaż, gdzie stał nasz karawan. Usłyszałem dźwięki odkręcanych śrub, co było dziwne ponieważ nas bus działał bez szwanku. Zaciekawiony, bez namysłu wszedłem do środka. Tam zobaczyłem naszego trenera, pana Wintersea.
- Co pan tu robi?
Na jego twarzy pojawiło się ogromne zakłopotanie.
- Zupełnie nic, takie tam... naprawy akumulatora. - odrzekł, klepiąc mnie po plecach, dodając. - Na twoim miejscu nie wsiadałbym do tego wozu.
I nim się obejrzałem, zniknął.
Postanowiłem dołączyć do treningu. I ponowne ukłucie nawiedziło moje serce, byłem strasznie rozdarty. Mogłem im powiedzieć, ale wtedy... dowiedzieli by się wszystkiego. Nie było by wtedy tak kolorowo, jak jest teraz.
- Sorka, ale kroki z angielskiego mi się przedłużyły. - skłamałem jak to zawsze, udając się do reszty drużyny.
Podczas treningu nie mogłem się kompletnie skupić. Ta cała sytuacja mnie dekoncentruje. Muszę porozmawiać z Sharp'em.
do Jude: Spotkajmy się.
Nie odpisał, ale wiedziałem, że zobaczył moją wiadomość. Udałem się w niewielki lasek znajdujący się niedaleko boiska.
- Masz to?
- Nie. - odrzekłem chłodno. - Mam już tego powoli dosyć. Ja rozumiem... zdobywać informacje, ale majstrować przy karawanie to przesadza. Trener postradał zmysły.
- Co ci się dzieje? Zapomniałeś po co to robisz?
- Wiem. - podrapałem się po głowie. - Ale to już idzie na prawdę za daleko.
- Nie wolno ci kwestionować jego rozkazów. - warknął w moją stronę.
Już chciałem coś powiedzieć, ale zauważyłem Celię. Schowałem się za ścianę domku leśniczego.
- Jude. Co ty tu robisz?! - powiedziała wzburzona szatynka, łapiąc go za rękę. - Szpiegujesz gimnazjum Raimon'a?
- Nie muszę ci się tłumaczyć siostrzyczko. - wycedził przez zęby, wyrywając się z jej uścisku.
Oni są rodzeństwem? Wtedy zdałem sobie sprawę, że muszę z tym skończyć. Wiedziałem jedno, że muszę zakończyć to wszystko tu i teraz. Gdy wróciłem do domu, postanowiłem napisać list do dyrektora. Chcę w końcu to wyrzucić z siebie.
" Drogi Dyrektorze,
Tutaj Bobby Shearer, jestem jednym z państwa uczniów. Chcę coś powiedzieć... nie byłem z panem stosunkowo szczery. To znaczy ani ja ani pan Wintersea. Współpracujemy z Akademią Królewską, jesteśmy po prostu szpiegami. Mam nadzieję, że moje szczere przeprosiny będzie miał pan na względzie, kiedy będzie wydawana. Przyjmę każdą karę."
Gdy już skończyłem, kartkę zapakowałem w kopertę. Następnie udałem się w kierunku szkoły.
- Bobby? - na mojej drodze stanęła Diana.
- O cześć Dianka. - spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem.
- Po co ci ta kartka? - wskazała na kopertę.
- Matko, mam coraz mniej czasu... - sapnąłem, patrząc na zegarek. - Przepraszam cię, ale się śpieszę. Cześć.
* Diana's POV *
♫
Po mimo tego, że nie kazałam mu do siebie dzwonić i pisać, on nie daje za wygraną. Jest strasznie uparty, to muszę przyznać. Przed treningiem udałam się do mojej ulubionej kafejki. Zamówiłam ciepłą czekoladę na wynos. Akurat musiałam wtedy wpaść na jednego z jego kolegów, Joe'go.
- Przepraszam. - wybełkotałam, powoli mijając chłopaka.
- Diana?
Zacisnęłam pięść. Czy choć raz mogę mieć to szczęście? Nie proszę o tak wiele.
- Cześć. - odrzekłam, poprawiając moje okulary przeciwsłoneczne.
- Co tam u ciebie? - uraczył mnie swoim uśmiechem flirciarza -Jude mówił, że wróciłaś.
- W porządku... A no tak, wróciłam. - odrzekłam, blado uśmiechając w jego stronę.
- Czuję, że coś się zmieniło... - powiedział, patrząc na mnie z troską. - On też od pewnego czasu chodzi jak struty, ale mi nie chce nic powiedzieć. Czy wy się pokłóciliście?
- Jude ci nie powiedział?
Nie mówcie, że... To nie może być...
- Nie. A o co chodzi?
- Niestety nie wiem co się dzieje z twoim kolegą. - sapnęłam, nerwowo poprawiając okulary. - Już nie jesteśmy razem.
Na jego twarzy pojawiło się zmieszanie.
- Jak to? - zaczęł się nerwowo śmiać.
- Tak to. Lepiej, jeśli twój przyjaciel opowie ci jak to było. Cześć. - odrzekłam, klepiąc go po ramieniu i zostawiając oszołomionego chłopaka.
Spojrzałam na wyświetlacz, 17. Powoli udałam się w stronę gimnazjum, popijając moją czekoladę. W ciągu minuty zostałam zasypana masą nieodebranych połączeń od Sharp'a. Nie chcę z nim rozmawiać. W głębi serca myślałam nad tym, aby do niego wrócić, ale to była raptem sekunda, gdyż w moment przyszło otrzeźwienie. Straciłam do niego zaufanie, straciłam najcenniejsze uczucia do niego... Okłamał mnie, swoich przyjaciół, gdyż w głębi duszy ma nadzieję, że ta przerwa jest chwilowa.
- Bobby? - no... kogo jeszcze mi ześle wszechświat?
- O cześć Dianka.
Zachowywał się jeszcze dziwniej niż zwykle, był lekko poddenerwowany, przechodził z nogę na nogę. Co on kombinuje?
- Po co ci ta kartka? - rzuciłam, a chłopak speszył się jeszcze bardziej.
- Matko, mam coraz mniej czasu... - sapnął, patrząc na zegarek. - Przepraszam cię, ale się śpieszę. Cześć.
Jego zachowanie przykuło moją uwagę, coś jest nie tak, muszę działać. Bez większego namysłu, ruszyłam za chłopakiem.
Gdy dotarłam na miejsce, nikogo nie było na miejscu. Czyżby wcześniej skończyli? Popytałam praktycznie wszystkich dookoła, nawet pana woźnego, aż wreszcie się dowiedziałam się, że cała ekipa zebrała przy garażu. Pędem pobiegłam w wyznaczone miejsce.
- Niech pan siądzie za kierownicą. - usłyszałam szorstki głos Nelly.
Moim oczom ukazała się cała drużyna i zmieszany pan Wintersea.
- Ależ panno Raimon, nie ma takiej potrzeby... - próbował miernie załagodzić sytuację.
A ja wmieszałam się w tłum gapiów.
- Proszę wsiąść do samochodu. - rozkazała.
Mężczyzna po chwili namysłu, z drżącymi rękami wsiadł do środku pojazdu. Jego dłoń zawisła na kluczyku w stacyjce.
- Proszę zapalić. - pokazała na kierownicę.
Trener tylko głośno jęknął i położył głowę na kierownicy.
- Nie mogę... - wymamrotał.
- Dlaczego?
Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na nas wszystkich. Nikt nie powiedział nic śmiesznego, a trener ni stąd ni zowąd zaczął się złowieszczo śmiać.
- Co pana tak bawi? - spytałam, zakładając ręce na piersi.
- Taak. - próbował pohamować diaboliczny śmiech. - Majstrowałem przy tym gruchocie.... Z resztą, i tak byście nie wygrali tego meczu.
- Zwalniam pana! - krzyknęła, przerażona zachowaniem trenera, panna Raimon.
- Zwalniasz mnie? - spytał z sarkazmem, nadal chichocząc - Okej. I tak miałem się stąd zmyć. Na waszym miejscu zaczął się rozglądać za szpiegiem.
- Co ma pan na myśli? - wyrwał się Mark.
- Zobaczycie sami... No, ale przynajmniej jedna cześć planu wykonana, nie prawdaż Bobby?
Wszystkie oczy były zwrócone w stronę Shearer'a. Chłopak momentalnie zbladł, a jego wzrok był rozbiegany. Wystraszony pobiegł tam, gdzie nogi poniosły.
hej, hej!
witam was w kolejnym rozdziale.
no i proszę prawda wyszła na jaw!
co teraz, co teraz?
na moim blogu prawie wybija okrąglutkie 600 wyświetleń.
dankee <3
dowiecie się tego w kolejnym rozdziale.
czeeść. :D
na spam odpowiadam spamem
OdpowiedzUsuńDziesięcioro rodzeństwa, dziesięć różnych historii. W którym miejscu ruszyli innymi drogami i czy naprawdę nigdy już nie wylądują na jednym torze? Czy potrafią uwolnić się od przeszłości? I dlaczego tak trudno osiągać szczyty, kiedy wylądowało się na samym dnie?
Chcecie szczęśliwego zakończenia? To sobie je napiszcie.
--
The Story of Ramona
z chęcią zobaczę. :))
Usuń