Rozdział:50
- Nie mogę, Evans. - urwał, a jego oczy zaczęły się szklić. To moi przyjaciele do cholery!
- Rozumiem... ale..
- Trzeba ich powstrzymać. - wymamrotał Bobby.
- Bobby, nie mogę ci tego obiecać. - jęknąłem. - Football rządzi się swoimi prawami ii-i..
- Mam to aktualnie w dupie, wiesz? - odparł obojętnie.
- Nie krzyczcie.. pp-roszę. - wydukał Jude, który zaczął blednąć.
- Nie daj się nabrać, ten ciućmok pewnie znowu udaje! - sapnął, wkładając ręce do kieszeni.
- Debilu, spójrz! - palnąłem go w głowę. - On nie oddycha! Wołaj pielęgniarki!"
* Diana's POV *
♫
- Mam to aktualnie w dupie, wiesz?
- Nie krzyczcie.. pp-roszę.
- Nie daj się nabrać, ten ciućmok pewnie znowu udaje!
- Debilu, spójrz! On nie oddycha! Wołaj pielęgniarki!
To na pewno nie brzmi dobrze i nim zdążyłam się choć trochę zorientować co się dzieje tak na prawdę dzieje. Wtedy z sali szybko wyleciał roztrzęsiony Shearer, a ja niezwłocznie udałam się w ślad za chłopakiem. Założyłam kaptur na głowę, ponieważ na polu nie wiadomo skąd zaczęło okropnie padać. Zauważyłam, że chłopak tylko wyjmuje paczkę niebieskich Marbolo.
- Myślałam, że rzuciłeś. - podsumowałam, patrząc na jego zażenowanie.
- No bo rzuciłem.. - podrapał się po głowie. - Ale nałóg depcze mi po piętach...
- A propo tego... co się tam stało?
- Wytłumaczysz mi... dlaczego zawsze wychodzę na idiotę? - spytał, odpalając papierosa i wsadzając go do ust.
- Nie zawsze.. - chłopak uśmiechnął się w moją stronę. -
- Wchodź do środka, bo zmokniesz. - odparł, wskazując na szpital.
- Nigdzie się nie ruszam... dopóki nie wyjaśnisz co się dzieje. - tupnęłam ręką.
- Masz... - sapnął, ściągając kurtkę.
- A więc? - spojrzałam na niego znacząco, zakładając na siebie jego dużą, czarną kurtkę.
- Czemu wy takie jesteście...
- Jakie? - uniosłam brew do góry.
- Nigdy nie odpuszczacie i jesteście.. - spojrzał na mnie rozbawiony. - ...takie uparte.
- I kto to mówi? - dźgnęłam go w bok.
- A no tak... - zaśmiał się pod nosem. - to dlatego się przyjaźnimy.
- Tak samo stajemy na swoim i nie odpuszczamy. - sapnęłam, poprawiając kaptur.
- Jude przed chwilą powiedział mi, że gramy z naszymi kolegami z Akademii...
- Co. - wydukałam, patrząc na niego.
- Czekaj, coś jeszcze ci powiem. - odparł klepiąc mnie po ramieniu. - Twój braciszek to wiedział.
- Od początku? - spytałam z lekkim niedowierzaniem.
- Od początku.
Złapałam się za głowę, miałam powoli tego dość - wszyscy zrobili się nagle tacy tajemniczy. Co tu się dzieje?
- Jak z nim?
- Zemdlał nagle... - odparł pochmurnie. - A wszystko przez tajemnice..
Zamknęłam z przerażenia oczy.
- Diana słoneczko... nie śpij. - sapnął, dmuchając do mnie dymem.
- Idioto, nie w twarz. - palnęłam go w głowę.
- Przepra-aa
- Dobrze wiesz, że nienawidzę tego smrodu. - szybko się otrzepałam. - Zaraz Axel posądzi mnie o to że z Tobą paliłam.
- I co wtedy?
- Wtedy to cię zabiję. - wzruszył ramionami.
- Trudno. - jęknął, obejmując mnie i prowadząc w kierunku szpitala. - Może to lepiej.
Weszliśmy do środka, a ja szybko podbiegłam do Axel'a i wtuliłam się w jego tors. Ten nagle mnie odsunął od siebie.
- Diana... - stwierdził, patrząc na mnie zdziwionym wzrokiem. - ...paliłaś.
- To nie tak...
- Stary, ona jest czysta. - Bobby stanął w mojej obronie. - Daję ci moje słowo, które jest nic warte, ale... ci je daje.
- Bobby..
- No co? - palnęłam go w ramię. - Liczą się intencje!
- Że z nim? - spytał trochę poddenerwowany blondyn, wskazując na niego.
Tymczasem z sali Jude'a wyszedł Mark, obdarzył Bobby'ego wściekłym wzrokiem.
- Jak się czuje? - spytał nieśmiale Shearer.
- Rzeczywiście... udawał. - popchnął go lekko. - Prawie by umarł.
- Tego nie wiesz... - burknęłam do niego.
- Szkoda by było takiego aktora.
- A żebyś wiedział. - odparł chłodno Bobby.
Podeszli do siebie, a odległość między ich twarzami stopniowo się zmniejszała i wtedy Mark uderzył go w twarz. Tamten nie zdążał mu oddać ponieważ po między nimi stanęła Celia.
- Mark, cholera! - krzyknęła w jego stronę. - Co się tam stało?
- Jude.... on zasłabł, gdyby nie szybka interwencja doktora, to twój brat by nie żył. - odparł, wskazując winowajcę. - Ale twój chłoptaś wolał patrzyć jak on się dusi.
- Mark, zostaw go w spokoju. - warknęłam.
- Nie mogę... on jest powodem... - jęknął żałośnie.
- To nie jest powód, żeby go bić. - ucięłam szybko. - Uspokój się albo jedź do domu.
- Nie mam zamiaru patrzeć jak się wzajemnie okładacie. - sapnęła Celia gładząc jeszcze czerwony policzek chłopaka.
- Paliłaś? - wypalił szybko brunet. - I ty śmiesz mnie pouczać?
- Wypad do domu. - odburknęłam w jego stronę. - Mam cię już serdecznie dosyć.
- Tak?
- Won! - krzyknęłam, przenikliwie patrząc mu w oczy.
- Okej... - pokiwał głową na moje słowa. - pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Ty idziesz ze mną. - odparł, łapiąc mnie za rękę.
- Nie mam najmniejszego zamiaru, braciszku.
- Skoro nie pójdziesz... to niech Axel cie weźmie. - sapnął, patrząc porozumiewawczo na Axela.
- Spoko, zamówiłem dla nas taksówkę. - powiedział Axel, uśmiechając się w stronie Marka.
- Jak to nas? - spojrzał na niego zdziwiony.
- Wygląda na to, że... jedziemy w trójkę. - odrzekłam podchodząc do Axela.
* Axel's POV *
♫
- Mark, zostaw go w spokoju.
Wtedy wiedziałem, że zacznie się niezła jatka i świadomość, że ja muszę ją zatrzymać mnie przerażała.
- Nie mogę... on jest powodem... - jęknął żałośnie.
- To nie jest powód, żeby go bić. - ucięła szybko. - Uspokój się albo jedź do domu.
- Nie mam zamiaru patrzeć jak się wzajemnie okładacie. - sapnęła Celia gładząc jeszcze czerwony policzek chłopaka.
- Paliłaś? - wypalił szybko brunet. - I ty śmiesz mnie pouczać?
- Wypad do domu. Mam cię już serdecznie dosyć.
- Tak?
- Won! - krzyknęła, przenikliwie patrząc mu oczy.
- Okej... - pokiwał głową na jej słowa. - pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Ty idziesz ze mną. - odparł, łapiąc ją za rękę.
Zdałem sobie, że muszę coś zrobić, gdyż z każdą sekundą robi się agresywnie. Wyjąłem telefon i oddaliłem się od nich
- Tak.. niech pan przyjedzie najlepiej pod szpital. - szeptałem, ukradkiem patrząc na tą dwójkę.
- Nie mam najmniejszego zamiaru, braciszku.
Gdy już skończyłem rozmawiać, podszedłem do nich.
- Skoro nie pójdziesz... to niech Axel cie weźmie. - sapnął, patrząc porozumiewawczo na mnie.
- Spoko, zamówiłem dla nas taksówkę. - powiedziałem uśmiechając się w stronie Marka
- Jak to nas? - spojrzał na niego zdziwiony.
- Wygląda na to, że... jedziemy w trójkę. - odrzekłam podchodząc do Axela.
Nie minęło kilka minut, a taksówka była pod szpitalem. Wszedliśmy powoli do wnętrza pojazdu, a dla bezpieczeństwa usiadłem po środku nich.
- No dajcie spokój. - sapnąłem spoglądając to na nią, to na niego.
Diana wyglądała na wściekłą tak samo jak Mark.
- Jak znormalnieje... to wtedy porozmawiamy. - odparła brunetka, mierząc go pełnym pogardy wzrokiem.
- Przestań marudzić, młoda. - sapnął Evans, śmiejąc się pod nosem.
- Powiedział ten, któremu nic nie pasuje. - odparła uszczypliwie.
Ta rozmowa na szczęście nietrwała długo ponieważ dotarliśmy pod ich dom.
- Wyśpijcie się. - poklepałem ich po plecach. - Może wtedy was oświeci i przestaniecie się sprzeczać o byle co.
- Nienawidzę cię. - burknęła w moją stronę.
- Będziesz mi za to wdzięczna... zobaczysz. - odparłem, całując ją w czoło
Nazajutrz, dokładnie o siódmej rano dostałem powiadomienia o nieodebranych połączeniach od Diany. Przetarłem senne powieki i pośpiesznie odblokowałem telefon, dzwoniła do mnie od świtu, od piątej rano. Wstałem więc przeciągając się i podszedłem do okna. To co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania, otworzyłem w pośpiechu okno.
- Dlaczego nie odbierasz? - krzyknęła, wymachując rękami.
Szybko zamknąłem okno i ubrałem na szybko jakieś spodnie i starą koszulkę. Otworzyłem jej zamaszyście drzwi i podszedłem do miejsca gdzie stała. Gdy podszedłem do niej wyglądała na zdenerwowaną, a w jej oczach mogłem zauważyć ogromny strach. Ten strach był większy nawet od tego, który ze sobą miała wymykając się na swoją operację. Jej warga zaczęła lekko drżeć, a ja bez zastanowienia wziąłem ją za ramiona.
- Co jest? - krzyknąłem, patrząc w jej oczy i próbując ją uspokoić.
- Nie krzycz na mnie, okej?
- Nie powinienem... - podrapałem się po karku.
- Nie... - złapała mnie za rękę. - muszę się opanować, gdyż to co chcę ci-ii
- Lepiej wejdźmy... - sapnąłem, powoli prowadząc ją do drzwi. - Jest siódma rano... po za tym sąsiedzi są pewnie i tak wściekli.... więc wolę ich nie denerwować jeszcze bardziej.
Weszliśmy do środka, usiadła na kanapie i ciężko westchnęła.
- Może chcesz coś...
- Nie... - odparła, nagle podchodząc do mnie.
- Martwię się o ciebie. - jęknąłem, łapiąc ją za rękę. - Jesteś dziwnie niespokojna..
- To nie o mnie teraz chodzi. - odparła, uśmiechając się w moją stronę. - Możesz być spokojny.
- A więc?
- O matko.... od czego tu zacząć? - opadła bezsilnie na kanapę. - Właśnie dzisiaj o piątej rano dowiedziałam się od Shearera, że Jude nie czuje się jak najlepiej.
- To wiem... ale lekarze robią co mogą. - pogłaskałem ją po ręce.
- Okazało się, że... mimo tego, że lekarze przytoczyli mu krew to jest jej za mało. - spojrzała na mnie smutno.
- Co to znaczy? - spojrzałem na nią lekko przestraszony.
- Jego serce nie mogło normalnie pracować. - zasłoniła twarz. - Jest w śpiączce farmakologicznej....
I nim jakkolwiek zareagowałem na tę wiadomość Diana rozryczała się na dobre, upadła na podłogę i ponownie zakryła twarz dłońmi. Trzasnąłem poirytowany szklanką o podłogę - no cóż, w końcu jestem wściekły i zarazem smutny. Pamiętam jak na początku Diana mi o nim opowiadała - o jego podłym zachowaniu, wtedy czułem do niego szczerą nienawiść. I tak było nawet do czasu gdy byłem z nią, a on w najlepsze migdalił się do Marka. Później dzięki Markowi zacząłem go akceptować, co więcej polubiłem go. A teraz? Nawet nie mam pewności czy jeszcze kiedykolwiek otworzy oczy i pośle mi to sarkastyczne spojrzenie, którym mnie zawsze darzył. Ale co ja mogę czuć - to namiastka, to nic w porównaniu dla Diany... W końcu był jej pierwszą miłością, która maltretowała i poniżała ją w dzień w dzień, jednak po mimo wszystko nadal nie potrafi koło niego przejść obojętnie. Tymczasem po mojej głowie krążyła jedna myśl - Co na to Celia? Jej maleńki świat zapadł się - Jude był dla niej bohaterem, a przede wszystkim... starszym, jedynym i najukochańszym bratem.
- Diana.... - jęknąłem, klękając na przeciwko niej. - Wstawaj..
- Jestem taka bezsilna... cholera! - mamrotała pod nosem, a jej twarz była mokra od łez.
- Dlaczego... - nawet nie zauważyłem kiedy z moich oczu poleciały łzy.
Brunetka widząc to przyciągnęła mnie do siebie i głaskała mnie po głowie. Próbowaliśmy się wzajemnie uspokoić, ale to nie miało sensu. Jeszcze chwilę tkwiliśmy w tym uścisku, po czym spojrzałem jej prosto w oczy.
- Musimy do niego jechać.
- Axel...
- Muszę się ogarnąć i ty też. - pomogłem jej wstać.
- A reszta? - jęknęła.
- Dobra, ja zadzwonię do Celi lub Bobby'ego... - klasnąłem w dłonie. - Zabierzemy się z nimi.
- Ja nie dam rady.... - urwała, łapiąc za klamkę.
- Przyjdę po ciebie. - odparłem nadal zaryczany, całując jej czoło.
Pomaszerowałem do łazienki i wziąłem ciepły prysznic, po czym wyciągnąłem z szafy bluzę i jakieś czarne spodnie. Nałożyłem niebieskie super stary i zacząłem niechlujnie poprawiać włosy. Jednak po chwili zrezygnowałem z tego i w między czasie wykręciłem numer do Shearera.
- Axel...
- Wiem wszystko.
- Co my z tym zrobimy?
- Będziemy za minutę u was. Zabierzecie nas?
- Ok-kej.
- Jak się trzymasz?
- Ja... umarłem w środku.
- Widzę, że wszyscy są wymarli.
- Reszta wie?
- Powiadomiłem Hillmanna.... więc pewnie wiedzą.
- Okej... trzymaj się.
- Postaram się.
* Diana's POV *
♫
Myślałam, że wraz z zamknięciem oczu i pogrążeniem się w sen wszystkie stop-klatki z tamtego wieczoru znikną. Z samego rano zostałam zbudzona przez telefon, przetarłam twarz i spojrzałam na ekran - Bobby. Szybko wstałam, okryłam się kocem, wyszłam na balkon i nacisnęłam zieloną słuchawkę.
- Diana...
- Mów proszę.
- Jude... sprawy nie mają się za dobrze.
- Nie-ee... przecież miał transfuzję.
- Jego serce jest za słabe, a taka ilość krwi nie wystarczy dla niego.
- Co z nim zrobili?
- On... jest w śpiączce. - szybko się rozłączyłam by nie słyszeć dalszego ciągu tego koszmaru.
Spojrzałam na zegarek, leniwie dochodziła godzina piąta, a ja wiedziałam, że nie mogę zwlekać. Podążyłam w stronę Blaze'a, a w między czasie próbowałam się do niego dodzwonić. Gdy już byłam na miejscu ustawiłam się koło okna, przed którym rankiem Axel staje. I tak było teraz, był zasapany jednak gdy mnie zobaczył w jednej chwili rozbudził się.
- Dlaczego nie odbierasz? - blondyn szybko zamknął okno.
Usłyszałam trzaśnięcie drzwi i chłopak już się przy mnie znajdował.
Zaczęłam drżeć, a on już wiedział co się dzieje w mojej głowie i chwycił mnie w swoje objęcia.
- Co jest? - krzyknął, próbując wyrwać mnie z amoku
- Nie krzycz na mnie, okej?
- Nie powinienem... - podrapał się po karku.
- Nie... - złapałam go za rękę. - muszę się opanować, gdyż to co chcę ci-ii
- Lepiej wejdźmy... - sapnął, prowadząc mnie do drzwi. - Jest siódma rano... po za tym sąsiedzi są pewnie i tak wściekli.... więc wolę ich nie denerwować jeszcze bardziej.
Weszliśmy do środka, a ja usiadłam na kanapie i ciężko westchnęłam.
- Może chcesz coś... - próbował udawać normalność.
- Nie...
Podeszłam do niego, gdyż miałam dość guzdrania się z tą ciężką sprawą, której noszenie powoduje wielki ból w moim sercu.
- Martwię się o ciebie. - jęknął, łapiąc mnie za rękę. - Jesteś dziwnie niespokojna..
- To nie o mnie teraz chodzi. Możesz być spokojny.
- A więc?
- O matko.... od czego tu zacząć? - opadłam bezsilnie na kanapę. - Właśnie dzisiaj o piątej rano dowiedziałam się od Shearera, że Jude nie czuje się jak najlepiej.
- To wiem... ale lekarze robią co mogą.
- Okazało się, że... mimo tego, że lekarze przytoczyli mu krew to jest jej za mało. - na jego twarzy pojawił się niemały lęk.
- Co to znaczy? - spojrzał na mnie znacząco.
- Jego serce nie mogło normalnie pracować. - zasłoniłam twarz. - Jest w śpiączce farmakologicznej....
Nawet nie zauważyłam jak stoczyłam się na ziemię w swojej beznadziejności.
- Diana.... - jęknął, klękając na przeciwko mnie. - Wstawaj..
- Jestem taka bezsilna... cholera! - mamrotałam pod nosem, a jej twarz była mokra od łez.
- Dlaczego... - z jego oczu poleciały łzy.
Jego zaczęły wprowadzać jeszcze większą rozpustę w mojej duszy, wiec przyciągnęłam go do siebie i próbowałam go uspokoić głaskając go po głowie. Po dłuższym naszym przyklejeniu, chłopak spojrzał na mnie.
- Musimy do niego jechać. - odparł zdecydowanie.
- Axel...
- Muszę się ogarnąć i ty też. - sapnął, pomagając mi wstać.
- A reszta? - jęknęła.
- Dobra, ja zadzwonię do Celi lub Bobby'ego... - klasnąłem w dłonie. - Zabierzemy się z nimi.
- Ja nie dam rady.... - urwała, łapiąc za klamkę.
- Przyjdę po ciebie. - odparłem nadal zaryczany, całując jej czoło.
Wyszłam i wracałam roztrzęsiona do domu kiedy zauważyłam właśnie tą postać. Nawet nie chciałam na niego patrzeć, gdyż na samą myśl o nim mam ochotę go zabić. Skierowałam więc swoje spojrzenie na ziemię i zdecydowanie przyśpieszyłam kroku. Usłyszałam za sobą kroki i już wiedziałam, że mnie zauważył. Nie chcę nawet z nim rozmawiać - wystarczy, że ledwo przeżyłam to w jakim stanie jest Jude. Nadal nie może to do mnie dotrzeć właśnie taki stan rzeczy - tak zajęło moje myśli, że nie zdążyłam się zorientować się, że chłopak mnie wyprzedził i stanął przede mną.
- Dianka... dokąd idziesz, słoneczko? - spytał, darząc mnie swoim uśmieszkiem.- Nie twój zasrany interes. - warknęłam, pchając go do tyłu.
I ponownie zaczęłam iść szybciej.
- Jak tam pan Sharp? - dogonił, łapiąc mnie za nadgarstek. - Odpowiadaj sunio...
- Jak ty śmiesz... - wyrwałam się z jego uścisku. - Przez waszą bandę ćpunów nie wiadomo czy będzie żył.
- Do prawdy?
- Dopiąłeś swego. - sapnęłam poirytowana. - Zaklaskałabym twojemu szkaradnemu sukcesowi... ale szkoda mi na to czasu.
- Ze mną się tak księżniczko nie rozmawia. - burknął, ponownie łapiąc moją rękę i tym razem ją wykręcając.
- Puść.... to boli... - jęknęłam, próbując się ponownie nie poryczeć.
Przez to wszystko zaczęła mnie boleć głowa - to jakiś wielki koszmar. Modliłam się, aby skończył, odszedł i dał mi w spokoju zakopać się w moim smutku. Moim zbawieniem okazał Nathan, którego los zesłał - który podążał drugą stroną ulicy. Gdy do nas podszedł z jego oczu wiało nienawiścią.
- Powinieneś dostać w pysk... - odparł, przystawiając go do drzewa.
- Nathan... - urwałam, łapiąc go za rękę. - ...chodźmy.
Blondyn odepchnął go na ziemię i udaliśmy do swojego pokoju.
- Pokaż to. - urwał, chwytając moją rękę. - O matko...
- Ej.. to nic takiego. - odparłam, zasłaniając fioletowego siniaka bluzą.
- Gdybym się nie pojawił.... - sapnął.
- To byłoby jeszcze gorzej.
- Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć?
- Dziękuję. - odparłam, całując go w policzek i przechodząc przez bramkę.
Przemknęłam szybko przez schody i gdy doszłam do mojego pokoju ponownie się rozryczałam. Od początku tego dnia jedyne co robię to płaczę - a co mi pozostało? (powiedzcie mi) Tak się boję... Udałam się na zimny prysznic by odgonić czarne myśli krążące w mojej głowie, po czym lekko się pomalowałam. Ubrałam się i weszłam na dół w kuchni, w której stał Mark, a w ręku dzierży butelkę z piwem.
- Mam dziś urodziny. - powiedział do mnie blado się uśmiechając.
- Wszystkiego najlepszego.
- Coś mi tutaj nie pasuje. - pokręcił głową, biorąc sporego łyka z butelki. - On powinien tu być... ale go nie ma i chyba już nigdy nie będzie.
- Nie mów tak... - jęknęłam, odkładając butelkę.
- Dlaczego go puściłem tam samego?! To moja wina.. gdybym tylko mógł cofnąć czas...
- Teraz już za późno. - ucięłam szybko - Nadzieja, to jedyne co nam pozostało.
- Na to wygląda.... - urwał, ponownie biorąc butelkę do ręki.
W tym momencie zadzwonił dzwonek, a ja pośpiesznie ubrałam stare conversy i otworzyłam drzwi. W nich zastałam mojego ukochanego, szybko wtuliłam się w jego tors.
- Porozmawiaj z nim. - szepnęłam do niego, wskazując sekretnie na Mark'a. -Proszę.
Pogłaskał mnie po głowie i udał się do kuchni.
- Dasz sobie radę? - załapał mnie za ramiona.
- Tak...
- W takim razie... - urwał, łapiąc mnie za rękę. - Idź pod dom Celi, spotkamy się tam.
- Okej...
- Nate jest na zewnątrz gdybyś...
- Poradzę sobie. - ucięłam szybko, muskając jego usta.
Wyszłam z domu i wraz z Swiftem udałam się z pod dom Hills'ów. Nie miałam nawet śmiałości wejść do środka, dlatego postanowiliśmy czekać na nich na polu.
* Mark's POV *
♫
- Stary.. co ty robisz? - usłyszałem głos Axela.
- Twoje zdrowie.. - odparłem, śmiejąc się.
Podszedł do mnie i wyrwał mi butelkę z ręki.
- Skoro tak... - urwał, biorąc łyka.
- Co tu sii-ię...
- Może trochę mnie to uspokoi... - wybałuszyłem na niego oczy, a on oparł się obok mnie.
- Wszystkiego najlepszego, stary. - sapnął, dźgając mnie w bok.
- Za Jude'a! - wniosłem butelkę w oznace toastu.
- Skoro tak... - podałem mu butelkę, a on przystawił ją do swoich ust.
- Pamiętasz jak pierwszy raz wszedł na boisko? - na samo wspomnienie zacząłem się uśmiechać. - I to jeszcze w naszych brawach?
- Stary, nic nie przebije tego jak wyciągaliśmy z baru. - dodał, śmiejąc się
- No tak... Był kompletnie zalany. - zaczęliśmy się melodyjnie śmiać.
Po chwili nastała po między nami niezręczna cisza, tak teraz będzie wyglądać bez niego, spowodował w moim sercu pustkę. Nie pozwolę na to, aby odszedł, wiem, że muszą coś zrobić. Nie... ja muszę coś zrobić.
- To boli jak cholera. - spojrzałem na niego znacząco. - Dlaczego?
- Podobno wszystko wiem... - urwał, drapiąc się po głowie. - Chyba nie ma odpowiedzi na to pytanie.
- Jak dorwę tego gnoja w swoje łapy... - warknąłem. - To go zabiję.
- Mogę ci pomóc? - wypalił nagle.
- Jasne. - odparłem , przybijając ze mną żółwika. - Deal?
- Deal.
- Chodź, pewnie na nas czekają. - poklepał mnie po plecach.
Nie zwlekając ubrałem swoje buty i ruszyliśmy w drogę.
- Mam nowe wieści w sprawie pożaru. - wyrwał się nagle
- Co? - krzyknąłem podekscytowany. - I ty to mówisz mi dopiero teraz?
- Mianowicie przeprowadziłem wywiad środowiskowy z naszym woźnym. - klasnął w dłonie. - Powiem wprost... mam nagranie z dnia pożaru.
- Więc... możemy wtedy zobaczyć kto za nim stoi.
- Dokładnie. - podsumował.
- O matko, Blaze! Geniuszu! - odparłem, ściskając go.
Gdy byliśmy blisko, już z daleka zobaczyłem moją siostrę i Nathana. Gdy już do nich doszliśmy, czekaliśmy tylko na Bobby'ego i Celię. Gdy już w końcu wyszła - zrozumiałem, że nasz ból nie równa się z jej cierpieniem.
* Celia's POV *
♫
- Celia, Jude... jest w śpiączce. - jęknęła moja mama. - Nie wiadomo czy się jeszcze obudzi.
I wtedy... nic, po prostu wielka pustka. Tylko to mi pozostało po tym co się dowiedziałam od rodziców. Poczułam się jakby ktoś celowo wbił mi nóż w plecy. Ciągle w głowie dzwoni mi roztrzęsiony głos mojej mamy. A więc moje życie teraz to jeden wielki koszmar z którego chcę się wybudzić, ale nie mogę - ta rzeczywistość mnie tak mocno przytłacza. Zadzwoniłam wtedy do Bobby'ego.
- Kochanie...
- Twój głos drży... co się stało? Chodzi o Jude'a?
- Jude... jest w śpiączce. - odpowiedział mi tylko sygnał sygnalizujący zakończenie rozmowy.
Nagle usłyszałam ogromny dźwięk jego warczącego motor, a ja szybko wybiegłam do niego i natychmiast wtuliłam się w jego tors. Został ze mną na noc, a moi rodzice wyjątkowo nie protestowali. Rankiem otworzyłam oczy i nadal nic się nie zmieniło. Zdałam sobie sprawę, że on zniknął - mój dobry aniołek, mój starszy braciszek, który zawsze mnie bronił przed złem tego świata ma zamknięte oczy. Teraz jest jak śpiący książę, który czeka na kogoś, a raczej na coś sprawi, że się przebudzi. Ale straciłam jakiekolwiek nadzieję.
- Kochanie. - Bobby zwrócił się do mnie ochrypniętym głosem. - Zbieramy się.
- Nie każ mi tam - spojrzałam na niego zaszklonymi oczyma. -jechać.... To mnie jeszcze bardziej zaboli..
Chłopak przyciągnął mnie do siebie i czułam, że głaszcze mnie po głowie, ciężko wzdychając. Podniosłam do góry głowę.
- Bądź dzielna, maleńka. - posłał mi blady uśmiech.
- Ale... dla kogo?
- Dla niego... nie dla mnie. - urwał, całując mnie w usta.
- Spróbuję... - jęknęłam, wstając od kanapy.
Objął mnie w talii i złożył ciepły pocałunek na szyi.
- Celia, obiecaj mi.... - złapał mnie za dłonie. - ...że się nie zamkniesz na ludzi, na swoich przyjaciół... i przede wszystkim na mnie.
- Ale...
- Cii. - szepnął mi na uchu, po czym obrócił mnie do siebie. - Trzymajmy się razem.
- W końcu mamy siebie, prawda? - odparłam, ściskając mocno jego dłoń.
- Zuch dziewczyna. - ucałował moje dłonie. - Idź na górę, zrobię ci mleko z miodem.
Obdarzyłam go smutnym uśmiechem i niechętnie udałam się na górę. Przebrałam się z piżamy w której tkwiłam do tej pory i ubrałam czarne spodnie i jego koszulkę z Akademii. Pamiętam, że w tej właśnie koszulce grał z naszym clubem. Zrozumiałam wówczas, że jemu zawsze będzie zależeć na mnie i a mi na nim. Udałam się do łazienki by oblać się strumieniem lodowatej wody, po czym związałam włosy w niedbałego koka. Nie dbałam o to, że wyglądam jak wielki bałagan. Do pokoju wszedł Bobby i moim ulubionym kubkiem, spojrzał na mnie zaszklonymi oczami i uśmiechnął się do mnie.
- Wyglądasz cudownie. - sapnął, podając mi kubek i całując moje czoło. - Czekam na dole.
Usiadłam na łóżku i wzięłam łyk ciepłego napoju, tymczasem patrzyłam tępo w ścianę kompletnie nie wiedząc co ze sobą zrobić. Zadecydowałam - jadę tam, choć wiem, że moje serce tego nie przeżyje, muszę być przy nim. Chociaż to mogę zrobić... Powoli zeszłam na dół, podeszłam do drzwi i lekko je uchyliłam. Założyłam buty i wyszłam na zewnątrz, a przed moim domem stali moja cała wielka rodzina clubu Raimon. Ich pełen litości i współczucia wzrok teraz skupił się na mnie - to pewnie przez tą koszulkę. Podeszłam do furtki, wtedy zobaczyłam Dianę i po prostu nie mogłam. Z wielkim zamachem ją otworzyłam i momentalnie wpadłam w objęcia brunetki.
- Diana.... - jęknęłam, próbując unormować swój oddech.
- Wszystko się ułoży... - urwała, również wylewając potok łez.
- Celia. - na chwilę oderwałyśmy się od siebie, a przed sobą zauważyłam innego niż przedtem Axela - czyli bardziej mrocznego niż zwykle.
Bez zastanowienia i jemu wpadłam mu w ramiona - i tak z każdym z z zawodników po kolei i nie skończyłam dopóki nie przytuliłam każdego z nich. Ogromną grupką ruszyliśmy więc w stronę szpitala. Trzymałam mocno za rękę mojego ukochanego i poczułam się choć odrobinę silniejsza. Będąc już na miejscu, przed drzwiami zacisnęłam pięści i zdecydowanym krokiem udałam się do środka. To co zobaczyłam kompletnie wyprowadziło mnie z równowagi. Zobaczyłam tu całkiem zaćpanych Joe'go., Davida i na dodatek mój gwałciciel się jeszcze tu napatoczył. We trójkę leżeli pod recepcją, będąc w swoim chorym świecie, bezczelnie się do mnie uśmiechając. Nim zdążyłam zareagować Bobby mnie wyminął i zmierzał w ich kierunku.
* Bobby's POV *
♫
Noc, godzina dwudziesta druga - ta godzina zapadnie mi w pamięć do końca życia. Właśnie miałem się pogrążyć w słodkim śnie, ale wtedy zadzwoniła Cel. To było dość dziwne, ponieważ według swojego grafiku powinna już dawno spać. Przeciągnąłem palcem na zieloną słuchawkę.
- Kochanie...
- Twój głos drży... co się stało? Chodzi o Jude'a?
- Jude... jest w śpiączce. - momentalnie się rozłączyłem. Rozebrałem się z wygodnej piżamy i brałem jakąś koszulkę i dresy. Na to nałożyłem moją motocyklową kurtkę oraz wziąłem ze sobą kask. Pod wpływem impulsu pojechałem prosto pod jej dom. W mojej głowie szalała jedna myśl - to nie może być... prawdziwe. Matko.... nawet nie wiecie jak bardzo czuję się winny - tym bardziej po tym jak Mark mnie nakrzyczał. Czemu zawsze muszę wychodzić na tego złego, a zwłaszcza w takim momencie? Gdy już byłem na miejscu, zacząłem odruchowo dodawać gazu, aż do momentu kiedy jej nie zobaczę. Warkot silnika umilkł, a ona wtuliła się we mnie. Przytuliłem ją mocniej do siebie. Spojrzała na mnie.
- Bobby... dziękuję. - jęknęła, płacząc.
- Już cichutko... jestem tutaj. - odparłem, głaszcząc ją po głowie.
- Zostań ze mną. - sapnęła, ciągnąc mnie za rękę.
- Nigdzie się nie wybieram. - zgodziłem się bez wahania.
Mimo tego, że byłem zmęczony i nie mogłem zasnąć - zostałem. Zdecydowałem się zadzwonić do Diany - to było gdzieś koło czwartej.
- Diana...
- Mów proszę.
- Jude... sprawy nie mają się za dobrze.
- Nie-ee... przecież miał transfuzję.
- Jego serce jest za słabe, a taka ilość krwi nie wystarczy dla niego.
- Co z nim zrobili?
- On... jest w śpiączce.
A właśnie teraz zmierzałem z całą naszą grupą w stronę szpitala. Czy jestem na to gotów? Nie wiem. Zajęty swoimi myślami, nawet nie zauważyłem jak szybko Celia weszła do środka, prędko podążyłem za nią. Gdy tylko zobaczyłem te trzy naćpane pacany moja złość sięgnęła zenitu.
- Bobbik! - krzyknął w moja stronę Joe.
Podszedłem do niego i przydusiłem do ściany.
- Nie powinieneś to pojawiać. - warknąłem.
- Bobby... nie rób nic głupiego. - jęknęła przestraszona Diana.
- To przez ciebie ja, Celia, a przede wszystkim on cierpi. - odparłem, powoli opuszczając go na dół.
- Nie chciałem go zabić, I swear!
- Żadne dragi cię nie usprawiedliwiają! - krzyknąłem mu w twarz. - Rozumiesz?
Poczułem jak ktoś pociąga mnie za koszulkę.
- Te... łapy od naszego ziomeczka! - usłyszałem ten głos.
Caleb Stonewall - ten który dobierał się do mojej dziewczyny, skwasiłby na kwaśne jabłko Willy'ego, a na dodatek podkusił tych dwóch do zabicia mojego przyjaciela Jude'a. Obróciłem się napięcie w jego stronę i zmierzyłem go ostrym wzrokiem.
- Co-oo Shea-aa-rer. - popchnął mnie. - Strach cię obleciał.
O nie - jemu nie daruję. Z furią rzuciłem się na niego i momentalnie powaliłem go na ziemię. Nawet nie zdążyłem zadać mu żadnego ponieważ Eric i Nathan szybko nas rozdzieli.
- Uspokójcie się, cholera! - usłyszałem poddenerwowany głos Marka.
- Blaze, przywal mu. - dopingowałem blondyna do walki.
- To nie czas na bójki. - powiedział, podchodząc do Caleba. - Won stąd.
Przez ten zgiełk przyszli do nas ochroniarze.
- Jacyś problem, panowie? - spytał jeden z nich, mierząc to mnie to trójcę ćpunów podejrzliwym wzrokiem.
- Tak. - sapnął Axel, wskazując na nich. - Tych trzech, nie powinno tu być.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz