Rozdział:49
- Siostro, skalpel. - słyszę damski głos.
CO? CZY TO MI SIĘ ŚNI?
- Dobra, trzeba to opanować. - tym razem odezwał zachrypły głos. - Cholera.. szybko!
Pojawiło się jakieś światło w tej ogromnej czerni. Co to oznacza? Sam nie wiem, ale najprawdopodobniej zaraz się przekonam. "
* Eric's POV *
♫
Złapałem go za rękaw jego wymiętej, bordowej bluzy.
- Celia. - skierowałem swoje słowa do szatynki. - Idź.. my zaraz do ciebie dojdziemy.
Ona pokiwała niepewnie głową i odeszła. Matko, ona nie zasługuje na takie traktowanie, przecież to tak dobra dziewczyna. A on tego cholera nie dostrzega albo przestało go to tak fascynować jak na samym początku. Zacisnąłem uścisk na jego nadgarstku, spojrzał na mnie zdziwiony.
- Słucham. - powiedział, śmiejąc się pod nosem.
Miałem powoli dość tego ironicznego uśmieszku, którym aktualnie mnie darzył - dobrze wiedział, że tego nienawidzę.
- Pogadajmy na poważnie... - urwałem, nadal patrząc mu głęboko w oczy.
- No nie patrz się tak! - palnął mnie w ramię. - Eric...
Próbowałem coś znaleźć w tych jego szarych jak chmury podczas burzy oczach. Zdaje mi się, że od pewnego czasu nie zachowuje się jak on. Wiadomo, że zawsze był dziecinny, ale teraz stał się jakiś inny, jakiś gorszy niż zwykle. Wszystko wyładowuje na tej kruchej i wrażliwej dziewczynie jaką jest Celia. Myślałem, że mu przejdzie w momencie kiedy się z nią związał, jednak nic się nie zmieniło. Zaczął ponownie palić, co jeszcze bardziej mnie rozwścieczyło. Tym czynem złamał obietnicą daną mi przed meczem z Boskim Liceum.
- Co ja mam ci powiedzieć? - westchnąłem, puszczając jego rękę. - Wszystkie te słowa odbijają się od ciebie jak krople deszczu od szyby.
Blondyn odetchnął z ulgą i zaczął masować miejsce uścisku. Pewnie zrobiłem mu siniaka... ale w tym momencie najmniej mnie to interesowało.
- Ooo... Zaczyna się. - sapnął, zakładając kaptur. - Eric, ja...
- Co ty? Ciągle słyszę tylko JA, JA i cały czas JA. - popchnąłem go. - Pomyślałeś kiedykolwiek o niej? Przecież ją tak kochasz, a traktujesz ją jak bezpańskiego psa.
- Proszę cię.. - był niewzruszony moimi słowami.
- Gdybyś nie był egoistą, to nie wróciłbyś do nałogu i nie złamał obietnicy. - odrzekłem zdenerwowany, wymachując rękami. - Shearer, ocknij się w końcu.
- Egoista... - jęknął, rozmyślając moje słowa. - Tak masz rację, jestem nim i tak było od zawsze.
- Myślałem, że miłość cię zmieni.. - sapnąłem, kręcąc głową na jego bierność.
- Celia... kocham ją, ale.... - urwał, łapiąc się za kark.
- Powiedz to! - krzyknąłem, trzymając go za ramiona. - Bobby!
- Nie drzyj ryja, Eagle. - odparł poirytowany, po czym dodał. - Ale... depresja mi na to nie pozwoliła.
- Depresja? - spojrzałem na niego rozbawiony. - Żartujesz, prawda?
- Umieram w środku, a wiesz co najlepsze? - odparł, śmiejąc się.
- Nie wiem dlaczego!
Spojrzałem na niego, jego twarz była teraz jak skała, a oczy patrzyły na mnie smutno - zamurowało mnie. On i depresja? Gdyby ktoś mi to powiedział to bym już dawno tu leżał i śmiał się jak głupi. No bo... Bobby to wesoły chłopak, jakby to Silvia ujęła - osiedlowy łobuziak. Nagle w jego oczach pojawiły się łzy, a ja tylko patrzyłem na to z wybałuszonymi oczyma. Musiałem wyglądać jak skończony debil.
- Ja nie wiedziałem... - wydukałem, nadal wbity w ziemię jego wyznaniem.
- Może wiem dlaczego... - przetarł twarz. - Ojciec chleje, matce grożą opieką społeczną i jeszcze napatoczył się ten cholerny Jude. I przez to wszystko muszę pracować i nawet nie mam jak się po dupie podrapać. Mimo tego dla was zawsze jestem dzieckiem.
- Bobby...
- Tak, tak mówcie sobie. - machnął na mnie ręką. - Przez ten czas, byłem sfrustrowany i szczerze... miałem w dupie wszystkie przysięgi. Chciałem sobie zapalić by się uspokoić i choć na chwilę uwolnić od stresu. To sobie i teraz zapaliłem, by choć na moment wyłączyć się z tego świata. A teraz sprowadzacie mnie na ziemię. Pozwalacie mi wierzyć jakim jestem łajdakiem, łamaczem serc, bandytą, świnią i egoistą.
Zamrugałem parę razy - ja na prawdę nie wiedziałem. Ale skąd miałbym wiedzieć? Przecież dawno nie rozmawialiśmy i tak to się skończyło. Teraz wiem dlaczego taki jest. Głupio mi, że zwyzywałem go od dzieciaka, gdyż ten dzieciak próbował za wszelką cenę ratować swoją rodzinę i poszedł do pracy. Ten egoista zamiast o sobie pomyślał o rodzinie. Jednym słowem nasz Bobby po prostu wydoroślał. Widziałem, że chodził zestresowany, zdenerwowany i dodatkowo popalał za szkołą, ale nie zareagowałem ani r a z.
Podszedłem do niego i bez słowa go przytuliłem - tak po prostu. Wiedziałem, że to mu było potrzebne. Kątem oka zauważyłem, że przygląda nam się zdezorientowana Celia. Pewnie wszystko słyszała, ukradkiem mrugnąłem do niej, a ona weszła dla niepoznaki do budynku.
* Celia POV *
♫
- Ja nie wiedziałem... - wydukał Eric.
- Może wiem dlaczego... - przetarł twarz. - Ojciec chleje, matce grożą opieką społeczną i jeszcze napatoczył się ten cholerny Jude. I przez to wszystko muszę pracować i nawet nie mam jak się po dupie podrapać. Mimo tego dla was zawsze jestem dzieckiem.
- Bobby...
- Tak, tak mówcie sobie. - machnął na niego ręką. - Przez ten czas, byłem sfrustrowany i szczerze... miałem w dupie wszystkie przysięgi. Chciałem sobie zapalić by się uspokoić i choć na chwilę uwolnić od stresu. To sobie i teraz zapaliłem, by choć na moment wyłączyć się z tego świata. A teraz sprowadzacie mnie na ziemię. Pozwalacie mi wierzyć jakim jestem łajdakiem, łamaczem serc, bandytą, świnią i egoistą.
Jego słowa odbijały się w mojej głowie - zdałam sobie, że przez cały ten czas mój Bobby był zdruzgotany i nieszczęśliwy. Nie dziwię się, że już nie dawał rady wyhamować ze swoimi emocjami i wyładował to na mnie. Twardziele są skryci, w końcu prawdziwi mężczyźni nie przyznają się do swoich problemów, którzy wolą je rozwiązać sami albo się nimi nie przejmują. Mimo to, że na polu było zimno jak w psiarni to w moim sercu pojawiło się dziwne ciepło. Eric również był zdziwiony jego postawą, po kilku minutach byli przytuleni jak niedźwiadki z filmu " Mój brat niedźwiedź" . Eric porozumiewawczo do mnie mrugnął, a ja weszłam do szpitala. Oglądając się za siebie zauważyłam, że idą za mną - przez to prawie zapomniałam po co tu jestem. Zapanował we mnie jakiś spokój - mówią, że jestem zbyt wrażliwa i zestresowana, jednak w tym momencie było inaczej.
- I jak? - spytałam cicho.
Wszystkie oczy teraz spojrzały na mnie.
- Na razie nic... - jęknęła Diana, która zaczęła łazić tam i z powrotem. - Kurde, boje się....
- Celia... wszystko jest okej? - spytał Axel, łapiąc mnie za ramię.
- No na razie jest nerwowo.... - odparłam, posyłając mu blady uśmiech. - Ale mam nadzieję, że będzie w porządku.
Po chwili doszli do nas Bobby i Eric. Chłopacy przybili sobie żółwika i czekali z niecierpliwieniem na dalszą część akcji.
W środku również bałam się jak Dan, ale na zewnątrz wyglądałam jak ostoja spokoju.
- Diana... wprowadzasz nerwową atmosferę. - warknął w jej stronę Mark.
Brunetka wybałuszyła na niego oczy.
- Juda prawie nie zabili, a ja mam być....
- Przepraszam.. - wtem do ich burzliwej rozmowy wtrącił się lekarz opiekujący się moim bratem.
Po między tą dwójką nagle zapadła cisza.
- A więc... - przejrzał dokładnie kartę. - Operacja przebiegła pomyślnie, nie został uszkodzony żaden z narządów wewnętrznych, chociaż jelito cienkie zostało troszeczkę nadszarpnięte. Po za tym stracił dużo krwi, ale spokojnie... teraz ją uzupełniamy. Pacjent się wybudził i jest w stanie stabilnym.
- Okej, kiedy możemy do niego wyjść? - wyrwał się Mark.
- I kto tu wprowadza zamęt, co? - warknęła Diana, dźgając go w bok.
Doktor tylko mrugnął porozumiewawczo do Axela - zgaduję, że doktor zna tą dwójkę doskonale.
- Niestety w tym momencie nie ma takiej opcji. - odparł, rozglądając się po sali. - A gdzie rodzice?
Znowu niezręczna cisza.
- Niestety rodzice pracują. - sapnęłam. - Nie mają jak dojechać.
- I to wszystko? - wiedziałam, że takim argumentem nic nie wskóram.
- Tak.... - spojrzał na mnie podejrzliwie. - Czy można się z nim zobaczyć?
- Myślę, że jest to możliwe. - odparł, a ja bez zastanowienia pchnęłam drzwi do sali.
* Jude's POV *
♫
Poczułem ukłucie w moim nadgarstku, szybko otworzyłem szeroko oczy i zobaczyłem pielęgniarkę, która się do mnie uśmiechnęła i przemyła ranę wacikiem. Oznacza to, że ja żyje! Ja żyję! Chciałem trochę poskakać z radości, ale nie mogłem się ruszyć. Czy to oznacza, że jestem sparaliżowany? Co? Jedyne co pamiętam to... to, że mnie postrzelono w brzuch. Ale nie przez byle kogo tylko przez mojego najlepszego przyjaciela, przez Joe'a. Nadal nie mogę w to uwierzyć, że tak wpadli w sidła tego potwora. Na samą myśl o tym, chciało mi się rzygać, pielęgniarka podbiegła do mnie z podstawką i a z ust wyleciała ciemna ciecz - moja krew. Opadłem bezsilny na łóżko, nawet nie zauważyłem, kiedy przyszedł doktor.
- Jak się czujemy? - spytał, co chwile wtykając w nos w najprawdopodobniej w moje papiery.
Pokiwałem niepewnie głową.
- Miałeś dużo szczęścia... - pokręcił głową. - Gdyby nie ta dziewczyna... to byś umarł na miejscu.
Diana, ta dziewczyna to ona. To ona mnie kochała mimo, że traktowałem jak popychadło, to ona mnie wspierała, nawet wtedy kiedy po między nami było nie najlepiej - tyle jej zawdzięczam. Wyrządziłem jej wiele krzywd i nic nie dałem jej w zamian, ale wiem, że będę musiał się jej odwdzięczyć.
- Dziękuję... - urwałem zamyślony.
- Idę oznajmić to twoim przyjaciołom. - odparł, klepiąc mnie po plecach.
Nie dało się ich nie słyszeć.
- Diana... wprowadzasz nerwową atmosferę.
- Juda prawie nie zabili, a ja mam być....
Tak, to zdecydowanie ta charakterystyczna dwójka, zamknąłem na chwilę oczy i usłyszałem skrzypienie drzwi. W nich pojawiła się Celia, która była wyjątkowo spokojna co mnie trochę zdziwiło. W sumie miałem powoli dosyć jej niepotrzebnych jęków o byle co więc... lepiej dla mnie - chyba, że to tylko pozory.
- Co tam? - spytałem, rozkładając na całym łóżku.
- Jude. - złapała mnie za rękę. - Nie prowokuj.
Uśmiechnąłem się do niej.
- Strasznie cię wystraszyłem? - spytałem, patrząc na nią uważnie.
- Taa-ak... - urwała nie pewnie. - Ale musisz coś wiedzieć.... - Diana, Celia jeszcze nie wyszła.... - krzyczał Eric. - Pohamuj się, cholera!
I nim się zorientowałem do sali wpadła panna Evans, wyglądała na roztrzepaną i bardzo zmęczoną całą tą sytuacją.- Wiesz co? - odrzekła, schodząc z krzesła. - Może on sam ci powie.
- Celia! - nawet mnie nie usłyszała. - Poczekaj! Kto?
Tymczasem nasze oczy się zbiegły, poczułem, że moje serce zaczyna przyśpieszać w dobrym tego słowa znaczeniu. Podeszła do mnie powoli i chwyciła mnie za rękę, ścisnąłem ją lekko żeby dodać jej otuchy.
- Czy ty czasami zastanawiałaś się... dlaczego pomagasz takiemu gnojkowi jak ja? - spytałem, patrząc jej prosto w oczy.
- Przerabialiśmy to, kolego. - sapnęła, puszczając moją rękę.
- Ale... ja ci wyrządziłem piekło na ziemi...
- Jestem pełna empatii, sam wiesz... dlaczego, za wszelką cenę chciałam być ratowniczką. - urwała, gładząc moją twarz. - Nie mogłabym przejść obok osoby, która potrzebującej pomocy... a zwłaszcza koło tej, która zostałaby postrzelona, a z jej brzucha sączyłaby się krew jak strumień.
- Wiesz, że jestem ci do końca wdzięczny?
- Nie. - przerwała mi. - Teraz liczysz się ty, okej? Nagrodą jest dla mnie to, że żyjesz.
- Krew wychodzi ze mnie hektolitrami. - odparłem, śmiejąc się pod nosem.
Uśmiechnęła się, zamarzyłem się patrząc na nią - zapomniałem już jaki ten uśmiech jest cudowny.
- Normalnie jak z wieloryba... - zaśmieliśmy się razem. -Celia, chciała ci coś powiedzieć, a ja... się tak wbiłam tu i wam chamsko przerwałam.
- To nie ucieknie.. - urwałem, mrugając do niej.
- Ale... głupio mi. - odparła, drapiąc się po głowie. - A co jeśli to coś ważnego?
- Spokojnie... jeszcze się dowiem o co jej chodziło.
- Dobra, na mnie już pora. - odparła, całując moje czoło.
* Bobby's POV *
♫
- Ja nie wiedziałem... - wydukał Eric.
- Może wiem dlaczego... - przetarłem twarz. - Ojciec chleje, matce grożą opieką społeczną i jeszcze napatoczył się ten cholerny Jude. I przez to wszystko muszę pracować i nawet nie mam jak się po dupie podrapać. Mimo tego dla was zawsze jestem dzieckiem.
- Bobby...
- Tak, tak mówcie sobie. - machnąłem na niego ręką. - Przez ten czas, byłem sfrustrowany i szczerze... miałem w dupie wszystkie przysięgi. Chciałem sobie zapalić by się uspokoić i choć na chwilę uwolnić od stresu. To sobie i teraz zapaliłem, by choć na moment wyłączyć się z tego świata. A teraz sprowadzacie mnie na ziemię. Pozwalacie mi wierzyć jakim jestem łajdakiem, łamaczem serc, bandytą, świnią i egoistą.
Jak to jest? Obnażyć się ze wszystkich ciężarów tego świata, swojemu najlepszemu kumplowi? Nie wiem... wydaje mi się, że to uczucie, to mieszanka wstydu, zdziwienia i smutku. Przytuliłem do siebie Celię, nie opierała się, co dziwne bo przed chwilą warczeliśmy na siebie jak wściekłe psy.
- Celia... przepraszam cię... - jęknąłem, gładząc ją po twarzy.
- Nie.. to ja przepraszam... - urwała, łapiąc mnie za rękę. - Ja nie wiedziałam, że aż tyle bierzesz na swoje ramiona.
- Kochanie... mimo tego, zachowywałem się jak świnia wobec najlepszego co mnie w życiu spotkało... - ucałował mój nosek. - ... Ciebie.
Eric nie spuszczał ze mnie wzroku, tymczasem my czekaliśmy. Nie mogę się doczekać jak go zobaczyć, nagle zobaczyłem w drzwiach Dan. Gula podeszła mi do gardła, a dziewczyna tylko poklepała mnie po plecach. Gdy wszedłem do sali pełnych chorych ludzi, zobaczyłem bladego jak ściana bruneta, który siedział na łóżku i patrzył się na mnie znaczącym wzrokiem. Wypuściłem ciężki pokład powietrza z ust.
- Nie.zadawaj.pytania.jak.jest. - wyszeptał, słabnąc.Szybko do niego podbiegłem.
- O matko... pomo-
- Ey... to tylko żarcik. - zaśmiał się pod nosem. - Na rozładowanie atmosfery.
Okazało, że ten ciul, zrobił mnie w konia, zaczął się śmiać na cały regulator.
- H a h a. - odparłem, dźgając go w bok. - Wystarczy, że napiąłeś ją tym Romeo.
- Aua-aa, ależ ciężki pocisk! - jęknął, nadal się śmiejąc.
- Bo zaraz się poplujesz krwią. - odrzekłem.
Teraz popatrzył się na mnie poważnym wzrokiem.
- Co? - spojrzałem na niego zdezorientowany.
- Ukrywasz coś, Bobby? - skąd.oni.to.wiedzą?!
Odwróciłem od niego wzrok.
- W skrócie... - klasnąłem w dłonie. - mam depresje. Wiesz... z moją rodziną jest krucho, dlatego.. musiałem iść do pracy. Przez to jestem zdenerwowany i jeszcze ty się napatoczyłeś...
- Ojć, przepraszam... mogłem wybrać inną chwilę. - odpowiedział sarkastycznie.
- Jak tu trafiłeś? - usiadłem na jego łóżku. - Słyszałem, że King...
- Tak, dobrze słyszałeś. - odparł, wzdychając i pokazując zabandażowany brzuch.
- O kurka... - powoli dotknąłem białego bandaża, który trochę przemakał.
- Ale to nie wszystko. - zasłonił brzuch kołdrą. - Mamy z nimi grać mecz.
- Co? - wstałem nagle. - Czy to są żarty.
- David do mnie dzwonił wczoraj i wcale z tym nie żartował.
- Cholera.. nie wytrzymam z tym wszystkim!
Słysząc ten huk od razu przyszły pielęgniarki.
- Co się dzieje? - spytały wszystkie na raz przestraszone.
- Przepraszam za kolegę... - spojrzał na mnie znacząco. - Trochę go poniosło...
- To się nie powtórzy. - odparłem, mrugając do nich. - Wracając... mogłeś mi powiedzieć.
- Byłeś trudny do złapania! - rzucił z wyrzutem - Sam powiedziałeś, że byłeś zapracowany....
- To nie wytłumaczenie! - sapnąłem. - Wiesz, że piłka jest u mnie na pierwszym miejscu....
- Bobby.. spokojnie.
- Ach, zwariować można! - machnąłem na niego ręką.
- Dlatego poszedłem z tym do Marka... - urwał niepewnie.
- O nie... zaraz oboje będziecie się z tego tłumaczyć. - zagroziłem mu palcem. - Wołam Evansa.
Wyszedłem rozwścieczony, złapałem Marka za koszulkę i zaciągnąłem do sali.
* Mark's POV *
♫
- Cholera.. nie wytrzymam z tym wszystkim!
Słysząc ten huk od razu przyszły pielęgniarki.
- Co się dzieje? - spytały wszystkie na raz przestraszone.
- Przepraszam za kolegę... - spojrzał na mnie znacząco. - Trochę go poniosło...
- To się nie powtórzy. - odparłem, mrugając do nich. - Wracając... mogłeś mi powiedzieć.
- Byłeś trudny do złapania! - rzucił z wyrzutem - Sam powiedziałeś, że byłeś zapracowany....
- To nie wytłumaczenie! - sapnąłem. - Wiesz, że piłka jest u mnie na pierwszym miejscu....
- Bobby.. spokojnie.
- Ach, zwariować można! - machnąłem na niego ręką. - Dlatego poszedłem z tym do Marka... - urwał niepewnie.
- O nie... zaraz oboje będziecie się z tego tłumaczyć. - zagroziłem mu palcem. - Wołam Evansa.
Ups, Bobby drze ryja... to zły znak. Albo powiedział Jude mu o Joe albo o meczu, obstawiam, że to drugie. Eric powiedział mi w jakim stanie znajduje się Bobby i jedno mogę powiedzieć, chłopak może być nieobliczalny w swoich działaniach.
- Eyyy... Przygotuj się na torpedę. - odrzekł ostrzegawczo Blaze.
Wtem ujrzałem rozwścieczonego Shearera, który zaczął mnie targać za ciuchy. Wchodząc do sali zdążyłem zobaczyć tylko Sharpa, który przestraszony zasłania oczy.
- Co jeszcze macie do ukrycia Kapitanciu? - poklepał mnie po ramieniu.
- Ja? - udawałem idiotę. - W sumie... to nic.
- Are you sure? - spytał z tym swoim amerykańskim akcentem.
- Bobby, miałem ci o tym powiedzieć. - sapnąłem. - Ale.. to wszystko tak szybko zaszło... widzisz co się teraz dzieje.
- Nie obracaj kota ogonem...
- Nie zachowuj się jak dziecko. - sapnąłem, patrząc na niego poważnie. - Skoro wydoroślałeś to nie dąsaj się o takie coś.
Na moje słowa chłopak się speszył - dowaliłem mu, ale należało mu się.
- Jedno jest pewne... - pokiwałem głową.Trzeba to wygrać.
- Sherlock! - klasnął w dłonie. - Tylko zacznijmy od tego, że ci gracze będą pod wypływem dragów.
- Słucham? - spojrzał na nas obu rozwścieczony. - Oni są....
- A no i to... - urwałem, drapiąc się po głowię.
- Skąd wiecie? - odparł, patrząc na nas uważnie.
- Uspokój się. - powiedziałem, łapiąc go za rękę. - Diana i Axel prowadzą tą sprawę!
- Nie mogę, Evans. - urwał, a jego oczy zaczęły się szklić. To moi przyjaciele do cholery!
- Rozumiem... ale..
- Trzeba ich powstrzymać. - wymamrotał Bobby.
- Bobby, nie mogę ci tego obiecać. - jęknąłem. - Football rządzi się swoimi prawami ii-i..
- Mam to aktualnie w dupie, wiesz? - odparł obojętnie.
- Nie krzyczcie.. pp-roszę. - wydukał Jude, który zaczął blednąć.
- Nie daj się nabrać, ten ciućmok pewnie znowu udaje! - sapnął, wkładając ręce do kieszeni.
- Debilu, spójrz! - palnąłem go w głowę. - On nie oddycha! Wołaj pielęgniarki!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz