Rozdział:51
O nie - jemu nie daruję. Z furią rzuciłem się na niego i momentalnie powaliłem go na ziemię. Nawet nie zdążyłem zadać mu żadnego ponieważ Eric i Nathan szybko nas rozdzieli.
- Uspokójcie się, cholera! - usłyszałem poddenerwowany głos Marka.
- Blaze, przywal mu. - dopingowałem blondyna do walki.
- To nie czas na bójki. - powiedział, podchodząc do Caleba. - Won stąd.
Przez ten zgiełk przyszli do nas ochroniarze.
- Jacyś problem, panowie? - spytał jeden z nich, mierząc to mnie to trójcę ćpunów podejrzliwym wzrokiem.
- Tak. - sapnął Axel, wskazując na nich. - Tych trzech, nie powinno tu być. "
*kilka dni później*
* Axel's POV *
♫
Spojrzałem na zegarek, zdałem sobie sprawę, że ten cwaniaczek już dawno powinien tu być. Znając jego pewnie wstąpił w parę w swoich ulubionych miejscówek tylko "na chwilę". Mimo tego wytrwale na niego czekałem, ponieważ to co mam do powiedzenia, dotyczy go, a na dodatek jest bardzo ważne i nie może czekać. Wtem usłyszałem wielkie pukanie do drzwi - oho, to pewnie on... nareszcie! Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, konstrukcja zamaszyście się otworzyła. Moim oczom ukazał się zdyszany Shearer, który ledwo mógł ustać na kolanach.
- Coś z twoją formą nie tak, stary. - podsumowałem go krótko, zamykając za nim drzwi.
- Prze-ee-estań. - przetarł twarz, na której malowało się zmęczenie. - Wiesz kiedy ja grałem w piłkę?
- Gdzieś tak sześć miesięcy temu?
- Brakuje mi tego... - jęknął, drapiąc się po głowie.
Pokiwałem na te słowa głową - w końcu piłka była jednym z moich motywacji. Ale teraz, gdy już po tym wszystkim to wątpię aby miał jakiekolwiek motywacje. Trudno utrzymać pasję do swojego hobby kiedy, nie chodzisz do szkoły i stwierdzasz ze smutkiem, że twoja edukacja nie posunęła się o krok naprzód. Na dodatek twój kumpel trafia do szpitala i to na dłużej, w momencie gdy zadzierasz z nieodpowiednimi ludźmi.
- A więc? - spytał, wyrywając mnie z transu.
Szybko się otrząsnąłem i spojrzałem na niego poważnym wzrokiem.
- Musisz mi coś obiecać...
- Jasne... - spojrzał na mnie podejrzliwym wzrokiem. - O co chodzi?
- Nie wkurzaj się, ptrosze.
- Axel... - poklepał mnie po plecach. - Uwierz, już nic nie potrafi mnie rozwścieczyć do tego stopnia, abym miał zamiar cie zabić.
- Chodzi o Jude, a raczej o to co się tam wydarzyło. - chłopak na samo wspomnienie jego imienia spochmurniał.
- Postrzelenie miałeś na myśli... - urwał.
- Tak... - spojrzałem na niego lekko zaniepokojony. - Joe go postrzelił, miał nielegalną broń...
- Co się z tym wiąże? - jego ton głosu zmienił się.
- To nielegalne... - podsumowałem. - Musisz to zgłosić na policję.
Jeszcze chwile wpatrywał się na mnie pustym spojrzeniem, jakby szukał odpowiedzi na moją prośbę. Tak to głupie o to prosić, ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Wiem, że to trudne, ponieważ to jego kumpel z drużyny, ale... Joesph to nie ta sama osoba co kiedyś i Bobby musi to sobie w końcu uświadomić. Teraz Dark kieruje jego życiem, Joe zatracił się w prochach i kompletnie jest zagubiony, po prostu stał się marionetką swojego trenera.
- Czy ciebie naprawdę....
- Tylko nie-ee-e klnij. - przerwałem mu, próbując go jakoś uspokoić.
- Blaze to chora propozycja. - potrząsnął bezradnie głową.
- Do prawdy? - spojrzałem na niego znacząco.
- No dobra, to co zrobił jest złe, ale cholera... to mój przyjaciel, kumpel z drużyny.
- Wiele się zmieniło od tego czasu, stary...
- Nie chce słuchać o tym, że się zmienił. - uciął szybko.
- Nie możesz się wyprzeć prawdy, którą wczoraj widziałeś na własne oczy. - odparłem, próbując mu uzmysłowić smutną prawdę.
- Mimo wszystko... - jęknął, wstając i chodząc z pokoju do pokoju. - Wierzę, że ten prawdziwy Joe, w końcu wróci...
- Otrząśnij się! - potrząsnąłem nim. - Czasami trzeba zostawić uczucia na bok!
- To nie boisko, to życie Axel! - warknął poirytowany moim podejściem do tej sprawy.
- To dziwne... ponieważ zawsze sprawiałeś wrażenie obojętnego na życie. - urwałem, patrząc na niego uważnie.
- Może jestem twardy i zobojętniały na jakiego się wydaję, ale.. mam uczucia. - poklepał się po klatce piersiowej. - Mam serce, które przenigdy by nie wydało swojego kumpla ze względu chociażby na przyczynę.
- Tu nie chodzi o ciebie czy o twoją przyjaźń. - odparłem, przecierając twarz. - Twój przyjaciel został postrzelony przez niezrównoważonego ćpuna!
- Powiedz... wydałbyś Dianę, gdyby kogoś zabiła albo była nie bezpieczeństwie? - zacisnąłem pięści.
Doskonale trafił w mój czuły punkt jakim jest ta dziewczyna. Dzisiaj rano dostałem SMS-a o tym, że będę musiał podjąć decyzję, która zmieni wszystko w moim życiu i związku - albo odejdę albo Dianie i Julii stanie się krzywda. Sam nie wiem jak mam wybrać, ale będę próbował ze wszystkich sił z tego jakoś wybrnąć, ale... boję się. Uświadomiłem sobie, że cokolwiek zrobię to będzie dla niej ogromny cios. Kocham ją i to bardzo, ale nie mogę jej narażać na takie coś.
- Axel. -spojrzał na mnie podejrzanie. - Co się dzieje?
- Nie powinno cię to obchodzić. - uciąłem szybko.
- Ah, tak? - zaśmiał się ironicznie. - Jaja sobie robisz?
- Chciałbym... ale to nie twoja sprawa Bobby.
- Przecież jesteś moim ziomkiem z team'u.
- To nic nie znaczy. - podsumowałem.
- Pamiętasz, że wszystkie problemy rozwiązujemy razem, tak?
- Nie wiem czy pamiętasz, ale moje problemy to moje problemy. - warknąłem. - Wiec jak mówię, że to nie twoja sprawa to tak jest, jasne?
- Po co ci te tajemnice, co? - sapnął, podchodząc do mnie.
Ani na chwilę nie odwróciłem od niego wzroku - nie może poznać po mnie, że kłamie.
- Skoro tak mówisz... - spojrzałem na niego znacząco. - To dlaczego, nie chcesz sobie pomóc?
- To nie jest takie proste! - odparł, wymachując rękami.
- Donos to najlepsze rozwiązanie i dobrze o tym wiesz... - urwałem, ale on nagle wstał i skierował się do drzwi.
- Nie odwracaj kota ogonem... - machnął na mnie ręką. - A zresztą... walić to.
- A co z uczuciami Bobby?
- Zadzwoń jak się ogarniesz, nara. - sapnął, łapiąc za klamkę.
- Przemyśl to. - jęknąłem, a wtedy drzwi trzasnęły z wielkim łoskotem, aż obrazy na ścianie lekko się przekrzywiły.
Buc jak ich mało, a Shearer jest na samej górze na tej wielkiej liście - ale... to nie ważne. Spojrzałem na telefon, a na wyświetlaczu pojawiło się powiadomienie o trzecg wiadomości - 1 DAN, 1 MARK I 1 NIEZNANY - i właśnie tego ostatniego bałem się najbardziej. By uspokoić myśli, postanowiłem najpierw na spokojnie odpisać Markowi.
od MARK: na boisko, raz!
Uniosłem brew do góry, ponieważ nasz klub umarł wraz z naszą spaloną szkołą. Martwię się o niego, przez tą całą sytuację z Judem kompletnie stracił zmysły. Wiedziałem, że powinienem się z nim spotkać, nawet gdyby był to ostatni raz.
do MARK: Jasne, daj mi chwilę.
Następnie otworzyłem wiadomość, tym razem od mojej ukochanej.
od DAN: Hejcia, słuchaj co ty na to.. Ty i ja... razem, dzisiaj?
do DAN: Przykro mi kochanie, ale mamy męskie sprawy do załatwienia z Markiem.
KŁAMIESZ. KŁAMIESZ. KŁAMIESZ. - powtarzało moje sercu, które najchętniej wyszło z mojej klatki piersiowej i siarczyście splunęło mi w twarz. Na koniec otworzyłem ostatnią wiadomość, od nieznanego numeru. To co tam zobaczyłem zwaliło mnie z nóg kompletnie z nóg.
od NIEZNANY: Radzę ci się spakować... tak na wszelki wypadek.
Jak na komendę, wdrapałem się na schody i skierowałem się do mojego pokoju. Wyciągnąłem swój "szkolny" plecak i wpakowałem tam parę koszulek, spodenek i dezodorant. Już wiedziałem, że nastał dla mnie sąd ostateczny, przerażony zszedłem, a raczej zjechałem ze schodów i otworzyłem zamaszyście drzwi. Następnie zamknąłem dom na klucz i wsadziłem pod doniczkę. Na wszelki wypadek zostawiłem ojcu list, napisałem mu moją sytuacje, w którą on sam (ordynator szpitala) również jest zamieszany. Dla ekipy oraz Diany również coś napisałem - muszą o tym wiedzieć, ale też muszą to zrozumieć, w końcu to moi ludzie z takimi samymi problemami jak ja.Udałem się w wyznaczone miejsce spotkania, czułem jednak, że jestem obserwowany. E tam, trudno... i tak prędzej czy później się o tym dowiedzą. Nie musiałem długo czekać, gdyż ci goście są zawsze punktualni, widząc mnie na ich twarzy pojawił się wstrętny uśmiech zwycięstwa - w końcu moją mnie w garści, prawda?
- Nie ma odwrotu, paniczu! - krzyknął ich boss, pokazując na mnie palcem.
* Mark's POV *
♫
Otworzyłem zmęczone życiem oczy, jest już kolejny dzień a ja znowu obudziłem się z wielkim bólem głowy. Tak się czuje każdy, gdy się uzyska pełnoletność? Jeśli tak to uczucie wygląda - to jest do dupy. Usiadłem na łóżku z grymasem na twarzy i przetarłem ręką twarz. Wziąłem telefon, aby sprawdzić która godzina. Jednak moją uwagę przykuło powiadomienie o nieodebranych połączeniach od Nelly, na ten widok szybko się zerwałem z łóżka i podążyłem do łazienki. Wpakowałem pośpiesznie do ust szczoteczkę z pastą, jednocześnie wybierając jej numer.
- Z Tobą się połączyć jest nie możliwe?
- Przepraszam.. byłem zajęty.
- Czym?!
- Proszę nie krzycz.. głowa mi pęka.
- Upiłeś się?
- Pomińmy to, okej?
- Niech ci będzie...
- O co chodzi?
- To rozmowa nie na telefon. Przyjdź pod szkołę, a wszystko ci powiem. - rozłączyłem się zirytowany jej tajemniczością.
Dzisiaj nie jestem nastawiony na takie gierki, na mojej głowie jest już wiele rzeczy, a na dodatek to wszystko się na siebie nawarstwia. Ledwo co wyrabiam z natłokiem problemów, a moje trybiki pracują już na rezerwie. Ta sytuacja z Judem kompletnie roztroiła mnie emocjonalnie, przez co stałem się jedną, wielką, tykającą bombą pełną goryczy i lęku. Ubrałem na głowę koszulkę i wciągnąłem jakieś jakieś spodnie. Przeczesałem włosy niedbale ręką i udałem się na dół. I prawie bym niepostrzeżenie wszedł, gdyby nie fakt, że moja mama ma szósty zmysł.
- Mark. - usłyszałem za sobą jej głos. - Poczekaj.
- Co to ma znaczyć? - wskazała na bałagan na salonie. - Te butelki?
- Takie tam... - próbowałem coś wymyślić na swoje usprawiedliwienie, ale to na nic, gdyż na jej twarzy malowała się wściekłość.
- Może masz już te osiemnaście lat... - jęknęła bezradnie. - Nie pozwala ci zapić swoje smutki.
- Mamo, nie dziś.... - jęknąłem, gdyż wiedziałem do czego ta rozmowa zmierza.
- Właśnie, że dzisiaj. - odparła, wkładając butelki do worka. - Przestałeś z nami przebywać, a nawet rozmawiać, to nie jest normalne.
- Dziwisz mi się? - sapnąłem, rozkładając bezradnie ręce.
- Rozumiem, że Jude to ktoś bliski dla ciebie, ale nie możesz stać się przez to zamknięty. - odparła, patrząc na mnie smutno. - Zmieniłeś się, synu to mnie najbardziej boli.
- Mamo... - sapnąłem, ale ona już było zobojętniała na moje słowa. - Teraz możesz już iść. - trzasnąłem drzwiami i skierowałem się w stronę naszej szkoły.
Gdy już byłem na miejscu, Nelly pomachała do mnie z daleka.
- Hej. - powiedziała, tuląc się do mnie.
- O co chodzi? - odparłem, nie zwracając uwagę na jej czułości.
- Wczoraj dzwonił do nas pan Hillman.
- Do ciebie? - spytałem zdziwiony.
- Wie kim są ci, którzy podpalili naszą szkołę. - chwyciłem ją za ramię i spojrzałem głęboko w oczy.
- Mów!
- Mark... - zwolniła mój uścisk. - Uspokój się.
- Kochanie, proszę cię.... - sapnąłem zirytowany. - ...nie trzymaj mnie w niepewności.
- Okej.. - pokiwała na mnie głową, widząc moje cierpienie wypisane na twarz. - To nie sprawka Dark'a.
- A więc kogo?
- To coś gorszego. - westchnęła głęboko. - Wiem tylko tyle, że nie są stąd i wysłali nam wiadomość, że chcą się spotkać jeszcze dziś...
- O matko... muszę to powiedzieć, Blaze'owi! - krzyknąłem, przytulając ją do siebie. - Nelly jesteś najlepsza.
- Ale.. czekaj! - krzyknęła zdezorientowana. - Evans, co ty zamierzasz zrobić?
- Potem się spotkamy i wszystko ci powiem. - odparłem, całując ją czuje w czoło. - Nie martw się.
Ucałowałem ją w policzek i pospiesznie poleciałem na boisko. Tam wysłałem wiadomość do Axela i czekałem na to, aż się zjawi.
Między czasie kopałem w piłkę, zdałem sobie sprawę, że szybko zapomniałem jakie to uczucie biegać z piłką. Ale coś nie dawało mi spokoju, miałem wrażenie, że odkąd wyszedłem z domu ktoś mnie obserwuje. Słysząc jakieś szelesty w pobliskim lesie, jestem tego niemalże pewien. Ale nie wiem gdzie ten ktoś może się ukrywać. Wiem jedno - jak na razie mu się to doskonale udaje. Usłyszałem szelest w krzakach i bez zastanowienia wycelowałem w miejsce hałasu piłką. Piłka celnie wleciała w kupkę liści, wtedy tajemnicza postać uniosła się i zaczęła się zbliżać w moją stronę. Był inny niż my, jego twarz była trupio-blada, a jego oczy były niczym niebieskie neony świecące w nocy przy japońskich knajpkach. Jednym słowem wyglądał jak kosmita, gdyż już był dostatecznie blisko, chłopak obdarzył mnie przyjaznym uśmiechem.
- Pan Evans? - spytał, uważnie mi się przyglądając.
- A nawet jeśli... to co? - warknąłem, również do niego podchodząc. - Ktoś ty i dlaczego mnie śledzisz?
- Jestem Xavier. - odparł, podając dłoń w moją stronę.
- Ty jesteś odpowiedzialny za to co się stało z szkołą, prawda? - spytałem, będąc obojętny na jego dłoń skierowaną w moją stronę, wskazując na budynek.
- A to? - spojrzał na ruiny budynku. - Ach, piękna akcja. Wszystko poszło gładko i tak jak przewidywałem.
- Wiesz co zrobiłeś?
- Rozgniewałem was, wasz team powoli się rozpada kawałek po kawałeczku, a przede wszystkim ty się rozpadasz. - pchnął mnie lekko.
- Co ty wiesz? - sapnąłem, patrząc na niego uważnie.
- Pewnie to co się dzieje z Sharpem, cię zabolało... - urwał, patrząc mi prosto w oczy. - ...auć
- Ty gnoju.... - podszedłem do niego bliżej, łapiąc go za koszulkę -Jak śmiesz wymawiać jego imię? To co zrobiłeś... nabawiło nas wszystkich wielu emocji...
- Taki był plan...
- Powinienem ci na dzień dobry dać w mordę, ale po co skoro... - warknąłem, zaciskając pięść. - ...to nie zmieni naszej sytuacji... Dlaczego to zrobiłeś?
- Od początku byłeś na celowniku, kapitanie. - uśmiechnął się do mnie chytrze. - A dlaczego? Chciałem cię, jakby to powiedzieć... uhonorować.
- Co masz na myśli? - spytałem, podając do niego piłkę.
Chłopak zatrzymał ją i ustawił.
- Ty jeszcze nic nie wiesz, co? - zaśmiał się. - Wasza szkoła nie będzie ostatnią... planujemy spalić każdą szkołę w Japonii.
- Jak to? - wydukałem.
- Ponieważ wy, ludzie jesteście wadliwi. - wskazał na mnie placem.
- I kto to mówi...
- Nie jesteście idealni tak jak my. - wzruszył ramionami. - I dlatego... nie macie po co żyć.
- Ha. - zaśmiałem mu się w twarz. - Dobre sobie, chyba muszę ci coś uświadomić, kolego... nikt nie jest idealny.
- Jesteście nędznym prochem... słabą istotą. - sapnął poirytowany moją postawą. - Mię-cza-kiem.
- Chyba coś przeoczyłeś w swoim śledztwie. - podszedłem do niego bliżej. - Zastanów się co ty mówisz. Kiedyś owszem, mógłbym tak powiedzieć o sobie i swoim teamie.
- Ty....
- Mój dziadek wpoił mi co to jest walka. - kontynuowałem, nie zwracając na jego rosnące zdenerwowanie. - Może nie żyje tysiąc lat na ziemi, może jestem głupi i zbyt pozytywny na te czasy. Ale nikt nie jest w stanie zaprzeczyć mojej ogromnej sile, która rośnie przede wszystkim dzięki, mojej rodzinie, przyjaciołom i piłce nożnej.
- Dlaczego jesteś taki uparty, co?! - krzyknął. - Wadliwy. Gnojek.
- Xavier. - przerwałem mu. - Nie pozwolę ci na to, daje słowo... jeszcze się policzymy.
Tym zdaniem zakończyłem tą pogawędkę i udałem się w kierunku zmierzającym do mojego domu.
- Evans! - krzyczał nadal za mną.
Zatrzymałem się na chwilę i posłałem mu swój uśmiech.
- Wierzę, że w końcu zmienisz swoje nastawienie do mnie i do sportu.
- Zniszczę cię!
- Powodzenia ci życzę.. - dodałem, już nie odwracając się za siebie.
* Diana's POV *
♫
od ALEX: Przykro mi, ale mamy męskie sprawy do załatwienia z Markiem.
Ach tak? Hmm, jakoś nie potrafię ci w to uwierzyć kochany. Dobrze wiem, że nienawidzisz oficjalnych zwrotów - w przeciwnym wypadku nigdy byś nie napisał że masz "męskie sprawy". Mam cię, przebrzydły kłamczuchu! Obiecałeś, że nie skłamiesz, że będziesz ze mną szczery - ale złamałeś tą obietnicę i tego już ci nie przepuszczę, za żadne skarby. Poddenerwowana, wykręciłam numer do Swifta, który prawdopodobnie zna powód kłamstwa mojego ukochanego.
- Diana.. co się dzieje?
- Może ty mi powiesz..
- Ale...
- Co znowu wykombinował?
- Ale kto?
- Nathan... dobrze wiesz, że chodzi o mojego chłopaka.
- Ale...
- Spotkajmy się, natychmiast.
- Ale... ja nic nie wiem, cholera no!
- Park, szesnasta... bądź.
- Okej.. - a ja szybko się rozłączyłam.
Nie zwlekałam długo, ponieważ do godziny szesnastej pozostały już tylko trzy minuty, założyłam buty i narzuciłam płaszcz na siebie. Podążyłam szybkim krokiem w stronę pobliskiego parku, przed wejściem sprawdziłam godzinę - szesnasta jeden. Weszłam do środka pełnego zieleni miejsca, a na jednej z ławek zobaczyłam Nathana. Widząc mnie, szybko do mnie podszedł.
- Gdzie on jest? - spojrzałam na niego uważnie.
- Skąd mam to wiedzieć?
- Proszę cię... - prychnęłam z niedowierzania.
- Nie mam z nim od rana kontaktu... - sapnął, rozkładając bezradnie ręce. - Może serio poszedł się spotkać z Markiem?
- Serio Nathan? - pokiwałam na niego głową. - Kryjesz go... no oczywiście.
- Myślisz, że gdybym go krył to nadal bym zaparcie brnął w swoje? - jęknął, patrząc mi głęboko w oczy, tak abym mu uwierzyła. - Wiesz, że przed tobą żadne moje kłamstwo się nie ukryje...
- O kur... - pociągnęłam go za jakieś krzaki.
Zaciągnęłam go w te krzaki, gdy zauważyłam wilka o którym przed chwilą była mowa. Chłopak dziwnie ogląda się, a przy tym bardzo jest ostrożny. W co ty się znów wpakowałeś?
- Za nim! - szepnęłam mu do ucha.
- Diana, nadal myślisz, że to dobry pomysł?
- Chodźmy.. bo stracimy go z pola widzenia. - odburknęłam, ciągnąc go za rękę.
Podążając za nim, zdałam sobie sprawę, że chłopak zaprowadził nas w najmroczniejsze zakamarki tego miasteczka. Aby nas nie zauważył, schowaliśmy się za pobliskim murem.
- Nadal obstawiasz, że idzie spotkać z moim bratem?
- Cicho. - uciszył mnie, wskazując na tajemniczą postać. - Ktoś idzie.
Moim oczom ukazało się trzech rosłych mężczyzn, ubranych w kominiarki i czarne garnitury. Jęknęłam cicho - to jest jakis horror.
- Nie ma odwortu paniucz! - rzucił jeden z nich, pewnie to jego szef.
- Gdzie twoje maniery? - zbeształ go drugi. - Panicz Axel Blaze! Witamy po latach...
Obserwowałam jego reakcję, na jego twarzy panował błogi spokój. Ale ja wiem, że to tylko taka przykrywka - jestem pewna, że w środku się w nim chowa ogromny strach, który i ja zaczęłam odczuwać.
- Możemy to jeszcze odkręcić... - sapnął szybko blondyn, jego wzrok był rozbiegany.
- Jak to sobie wyobrażasz, malutki? - zaśmiał my się w twarz jeden. - Nic się już nie da. - klasnął w dłonie drugi. - Prosta piłka. Albo się stąd zwijasz albo twojej Juli może się niefortunnie pogorszyć, nie zapominajmy też o twojej ukochanej Dianie, ktoś musi nią porządnie zaopiekować.
Jedna myśl mi się cisnęła na usta - co za parszywce. Z tego całego strachu na moim ciele pojawiła się gęsia skórka. Nie.. nawet nie chce myśleć do czego te typki z pod ciemnej gwiazdy są zdolni, ugh.
- Ewentualnie, jeśli będzie niegrzeczna to się jej da... kulka na do widzenia. - odparł trzeci.
Nathan przygarnął mnie do siebie.
- Nie ośmielcie się... - chłopak ze złością zacisnął pięści. - Zabiję..
- Przepraszam.. co zrobisz? - spytał jeden, celując w niego pistolet.
Na chwilę przestałam oddychać.
- Nic. - jęknął, powoli podnosząc ręce do góry.
- No mordka... wiesz jaki jest plan. - odparł jeden z nich, klepiąc go po twarzy. - Nie spartol tego.
Posłał im sztuczny uśmiech, a oni w zwycięstwie odeszli. Nie zamierzałam długo czekać, szybko wyłoniłam się z mojej kryjówki.
- No co masz mi do powiedzenia?
- Diana... - oglądnął się za siebie. - co ty tu ro..
- No malutki. - popchnęłam go. - Gadaj.
- To nie jest rozmowa na dziś... - wydukał, przecierając bladą twarz.
- Miałeś w ogóle w planach mi to powiedzieć? - wypaliłam, nie zważając na jego przerażenie.
- Uwierz mi nie chcesz o tym wiedzieć. - jęknął bezradnie.
Zachowałeś się jak gówniarz, sam wpakowałeś się w to gówno. - sapnęłam. - A przede mną zgrywasz wielkiego bohatera, którego nie potrzebuje... daj szczerość, Axel.
On pokiwał przecząco głową.
- Słyszałaś co mówili. - rozłożył bezradnie ręce. - Nie mam wyboru
- Nie możesz mnie opuścić, w momencie gdy potrzebuję cię najbardziej... - jęknęłam, szarpiąc go za koszulkę.
- Spójrz na mnie! - krzyknął, łapiąc mnie za nadgarstek. - Kocham cię, nawet bardzo... ale muszę cię chronić. Ciebie i Julię, jesteście dla mnie ogromnie ważne, bez was moje życie nie ma sensu. Do póki nie jesteście bezpieczne, nie będę was narażał. Wtedy zdałam sobie sprawę, że już decyzja zapadła - straciłam go i nie da się go uratować. Nie rozumiem tego wszystkiego i nawet nie jestem w stanie tego zrozumieć. Ta sytuacja mnie przytłamsza, mam tego dość.
- Nienawidzę cię! - sapnęłam, impulsywnie dając mu w twarz.
Westchnął ciężko, łapiąc się za czerwony policzek. Podszedł do mnie ponownie, podniósł mój podbródek i namiętnie mnie pocałował. Próbowałam się wyrwać, ale w końcu mu uległam - jak zawsze to robisz, idiotko. Po moich policzkach spływało się mnóstwo rzek łez, odepchnęłam go od siebie.
- Nie mogę inaczej...
- Dość tej maskarady. - mruknęłam ponuro. - Po prostu już idź.....
- Kochanie...
- Wynocha! - krzyknęłam, na co chłopak zrezygnował z udziału w tej konwersacji.
Ja też się poddałam, zaczęłam się szybko oddalać z tego miasta, które napełniało mnie smutkiem i cierpieniem. Gdy szłam, słyszałam tylko krzyki Nathana, ale czułam się na tyle źle, że miałam cały świat gdzieś. Gdy dotarłam do parku, nie mogłam normalnie oddychać. Było już ciemno, a ja byłam sama, pozostał mi tylko niebom, księżyc i gwiazdy jako kompan. Usiadłam zmęczona ciągłym płaczem na ławce i wtem przed oczami pojawiły się wszystkie wspomnienia z nim, które napawały mnie kolejną porcją bólu - jeszcze tego brakowało.
" - Dan, minęło tyle czasu... - wyszeptał blondyn do mojego ucha.
Moja podświadomość mi wciąż podpowiadała, że powinnam go znać. Lecz pamięć mi w tym nie pomaga. Gdy powiedział Dan, wiedziałam, że ktoś mi bliski. Będąc w USA to zdrobnienie używało większość moich przyjaciół. Więc on musi być moim przyjacielem. Ach, no tak! Jak mogłam o nim zapomnieć? To Axel. Jak to się stało, że teraz się tulimy? Z Axel'em poznaliśmy się, dokładnie wtedy kiedy jego siostra miała wypadek. Miałam wtedy staż jako ratownik w pobliskim szpitalu. Tak jakoś potem wyszło, że zaczęliśmy się poznawać coraz bardziej. Aż w końcu zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi.
- Tak.. ja też tęskniłam. - urwałam, patrząc mu głęboko w oczy.
- Brakowało mi tego właśnie uśmiechu. - odparł, również się uśmiechając."
Dobrze pamiętam to wspomnienie, to był cudowny dzień - w końcu wróciłam do rodziny, do brata i znów spotkałam Axel. Po ostatnim razie jak się widzieliśmy w Stanach po raz ostatni, nie liczyłam na dalszy kontakt - a tu taka niespodzianka.
"- Spójrz na mnie.
Nie miałam takiego nawet zamiaru. Wszyscy wokół traktują mnie jak porcelanową lalkę. Mają gdzieś to co ja czuję i chcę, no bo to przecież, dla 'mojego dobra'.
- Diana, cholera!
- Co. - wycedziłam przez zęby.
- Nie możesz...
- Zatrzymam cię tu. - dotknęłam jego torsu, by dać mu sygnał stopu. - Wiem co mogę. Nie strugaj dobrego wuja Axel.
- Słucham? - przerwał mi, łapiąc się za głowę. - Wiesz? Wchodzisz na boisko i zmuszasz się do wysiłku fizycznego, a potem mdlejesz...
- Tylko tyle pamiętasz?- urwałam, czułam jak mój głos się łamie. - A to, że zdobyłam gola? Dla naszej drużyny.. chciałam być potrzebna.
Zamknął oczy.
- Diana. Nie zaczynaj... ta gadka, że nie jesteś potrzebna jest słaba. A ty taka nie jesteś. - wziął moją rękę, którą od razu próbowałam odebrać.
- Axel.. ona ze mnie kpi za każdym krokiem. Dzisiaj chciałam jej pokazać, że nie jestem słodkim dodatkiem....
Ucałował moją dłoń, a ja się kompletnie popłakałam.
- Choroba nie wybiera Dan... to wiesz. Ale wiedz, że dla nas nie będziesz dodatkiem, jesteś jedną z nas. I jeśli ktoś będzie chciał to kwestionować, to pokaże mu gdzie jest jego miejsce. "
Taki właśnie był, nigdy nie obijał w bawełnę, kiedyś mówił w prost. Jest asertywny i nie obchodzi go, czy kogoś tym zrani czy też nie. Zachowywał się jakby był moim ojcem, ale i tak to było słodkie.
"- Słucham?
- To co słyszysz. Nie mogę pozwolić sobie na narażenie dobrego imienia szkoły.
- Największą kotwicą, co sprowadza to całe miasto, szkołę i nasz zespół jesteś ty sama. - warknęłam i miałam ochotę pociągnąć jej delikatne, równo zrobione, brązowe loki.
- Wiesz do kogo mówisz, wieśniaro?
Zacisnęłam pięści. Nie zastanawiałam się co właściwie robię, momentalnie rzuciłam się w kierunku dziewczyny. Axel oplótł ręce wokół mojej talii.
- Puść mnie idioto.
- Nie mam zamiaru Evans. Ochłoń trochę... a wtedy ewentualnie cię puszczę.
- Puścisz mnie albo i tobie coś się stanie. - syknęłam, wyrywając się z jego uścisku. "
A nie mówiłam? Potrafił sprawić bym była potulna jak baranek, nawet dla swoich wrogów, którym numerem jeden była w tamtym momencie Nelly.
" - Co się dzieje? Jesteś taka.. nieobecna.
- Axel, daj spokój. - sapnęłam, łapiąc się za głowę.
Oparłam się o jeden z płotów. Axel podbiegł do mnie.
- Hej, coś jest na rzeczy... Diana, powiedz mi. - stwierdził, podnosząc delikatnie moją twarz, sprawdzając przy tym czy wszystko ze mną okej.
- Wszyscy chcą coś wiedzieć.. Odwalcie się! - warknęłam idąc na przód.
- Nie rób tak. - warknął, łapiąc mnie za rękę. - Chodzi o niego, prawda?
Pokiwałam twierdząco głową.
- Piszę do mnie cały czas, ale to nic...
- To nic? Diana...
- Dam sobie radę, na prawdę. - zapewniłam, otwierając drzwi do szkoły.
(..)
- Niech zgadnę.... to jego przydupas?
- Axel, nie teraz proszę cię. - miałam dość tej sytuacji, jak i tej rozmowy.
- Diana chcę ci pomóc. - odparł, patrząc mi prosto w oczy.
- Lepiej jeśli pomożesz chłopakom...
- Okej. - zrezygnowany odszedł."
W tym momencie zdałam sobie sprawę, że coś do mnie czuję. A co najlepsze, moje serce zaczęło mi przy nim szybciej bić. To nie był przyjacielski gest, taka czułość pochodzi tylko od kogoś, komu na prawdę na kimś zależy.
" Wszyscy jęknęli z żałości, podkopałam ich i czułam ich wściekłe spojrzenia na sobie - to w końcu 3 klasa moi państwo! Zadzwonił dzwonek i udałam się na stołówkę, niespodziewanie napadł mnie Blaze.
- Czego?
- Ja rozumiem, że chciałaś być przy swoim przyjacielu...
- Skoro mnie rozumiałeś... to trzeba było mnie zostawić tam. - wyminęłam go.
- Poczekaj! - złapał mnie za ramię. - Chciałbym ci złożyć propozycję.
- Czyżby?
- Czy... - zacisnął usta. - ...pójdziesz ze mną do kina? "
Mogliśmy się bezkarnie powyzywać i tak żadne z was nie byłoby obrażone. I ten moment kiedy mnie zaprosił, ten moment zaczął dla mnie nowy rozdział, który był pełen miłości.
"- Czy miałeś kiedyś tak w swoim życiu, w którym miałeś uczucie spełnienia? - uniósł głowę do góry.
- Każda godzina, sekunda, minuta z Tobą jest dla mnie spełnieniem. - spojrzałam głęboko w moje oczy.
Nastała niezręczna cisza, tylko wiatr lekko wiał i bawił się z gałęziami drzew oraz moimi włosami.
- Axel...
- Wiem, że pownienem... - przerwałam mu.
- Odkąd poznałam Jude'a, wiedziałam, że się nigdy nie zakocham. Miał być tym jedynym b l a b l a b l a. Gdy go straciłam... moje serce było w kawałkach. Ale niedługo później przyszedłeś do mnie ty.
- A raczej wpadłem. - zaczęłam się śmiać.
- ...W jednej chwili wyleczyłeś moje serce. - w pewnym momencie chwyciłam go za rękę. - Jestem ci wdzięczna za to ile poświęciłeś dla mnie swojego życia. Nie wiem jak na to zareagujesz, ale...
- Poczekaj. - tym razem on przerwał mi. - Chcę to powiedzieć pierwszy... Gdy cię ujrzałem, już wiedziałem, że będziesz częścią mojego życia. Po kilku miesiącach uświadomiłem sobie, że tak na prawdę...
- Kocham cię. - powiedzieliśmy to w tym samym czasie.
- Jesteś tego pewien? - spojrzałam na niego znacząco.
- Kocham całą twoją osobę. Nie wiem czy wiesz, ty również mnie uratowałaś. Jesteśmy 2 duszyczkami, które nie potrafią bez siebie żyć.
- Mówiłem, żebyś nie beczała! - krzyknął, śmiejąc się i ocierając swoją łzę. - Patrz, co zrobiłaś!
- Oj no przepraszam... - odparłam, chichocząc. - Ale teraz mam pewność, że nie jesteś takim twardzielem.
(...)
- To dziwne... - odrzekłam, śmiejąc się.
- A ja chciałem być romantyczny. - pokręcił na mnie głową. "
Zaczęłam płakać na samą myśl o tym spotkaniu w którym, zgodziłam się z nim być. Tak, wtedy nastąpił dla mnie i Axela ogromny przełom w naszej relacji, poza tym wszyscy nas dopingowali w tym - wiedzieli, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Ale jednego nie przewidzieli, że to tak szybko może się skończyć. Szczęście przecieka mi przez palce jak piasek. By kolejne wspomnienia nie dostały się do mnie, schowałam głowę i zaczęłam wyć jak pies wyjący za swoim panem. Tak, można mnie teraz porównać. Usłyszałam jak ktoś biegnie - to był Nathan.
* Nathan's POV *
♫
- No co masz mi do powiedzenia? - warknęłam w jego stronę.
- Diana... - chłopak oglądnął się za siebie. - co ty tu ro..
- No malutki. - popchnęła go, zanim biedaczek jakkolwiek mógł zareagować. - Gadaj.
- To nie jest rozmowa na dziś... - wydukał, przecierając bladą twarz.
- Miałeś w ogóle w planach mi to powiedzieć? - wypaliła, nie zważając na jego przerażenie.
- Uwierz mi nie chcesz o tym wiedzieć. - jęknął bezradnie.
Zachowałeś się jak gówniarz, sam wpakowałeś się w to gówno. - sapnęła lekko poddenerowowana. - A przede mną zgrywasz wielkiego bohatera, którego nie potrzebuje... daj szczerość, Axel.
On pokiwał przecząco głową.
- Słyszałaś co mówili. - rozłożył bezradnie ręce. - Nie mam wyboru
- Nie możesz mnie opuścić, w momencie gdy potrzebuję cię najbardziej... - jęknęła, szarpiąc go za koszulkę.
- Spójrz na mnie! - krzyknął, łapiąc mnie za nadgarstek. - Kocham cię, nawet bardzo... ale muszę cię chronić. Ciebie i Julię, jesteście dla mnie ogromnie ważne, bez was moje życie nie ma sensu. Do póki nie jesteście bezpieczne, nie będę was narażał. Wtedy zdałam sobie sprawę, że już decyzja zapadła - straciłam go i nie da się go uratować. Nie rozumiem tego wszystkiego i nawet nie jestem w stanie tego zrozumieć. Ta sytuacja mnie przytłamsza, mam tego dość.
- Nienawidzę cię! - sapnęłam, impulsywnie dając mu w twarz.
Nie mogłem uwierzyć w to co się dzieje, po mojej głowie leciały trzy słowa: Axel, mafia i kłopoty. Tymczasem podszedł do niej ponownie, podniósł mój podbródek i namiętnie mnie pocałował. Próbowała się wyrwać, ale w końcu mu uległ, a po jej policzkach spływało się mnóstwo rzek łez, odepchnęła go od siebie.
- Nie mogę inaczej...
- Dość tej maskarady. - mruknęła ponuro. - Po prostu już idź.....
- Kochanie...
- Wynocha! - krzyknęła, na co chłopak zrezygnował z udziału w tej konwersacji.
Nim się zorientowałem zostaliśmy sami, a dziewczyna się oddaliła.
- Diana!
- To nic nie da... - urwał smutno.
- Co się tak gapisz? - warknąłem, wymachując rękami. - Mam ci pogratulować?
- Daruj sobie... - urwał, oglądając się za siebie.
- Przemyślałeś to w ogóle? - spytałem nadal zszokowany tym całym zdarzeniem, które było niczym z kosmosu.
- To dla jej dobra. - zaczął się usprawiedliwiać. - Dobra jej i mojej siostry.
- Przy okazji zraniłeś ją, mnie... - rozłożyłem bezradnie ręce. - Przewidziałeś i to, strategu?
To jest jakiś kiepski żart. Właśnie jestem świadkiem odejścia mojego najlepszego kumpla, który był ze mną na dobre i na złe.
"- Wiemy wszystko... - spojrzałem w stronę Blaze, który też znalazł się obok dziewczyn. - Będziemy cię wspierać, jeśli chcesz... razem z nami zrobisz badania. Tylko daj sobie pomóc do cholery!
- Na to już za późno.. - jęknąłem.
- Swoją śmiercią nie zdziałasz nic. - pokręcił na mnie głową. - Wyrządzisz nam i twojemu ojcu wielką krzywdę. Po prostu trzeba stawić prawdzie prosto w oczy... nieważne jaka jest.
Axela od zawsze ceniłem za to, że jest bezpośredni i szczery. To mi się w nim podobało, był mi jak brat, którego nigdy nie miałem.
- Ach, tak? To powinien zrobić? - zacząłem wymachiwać rękami, przez co zacząłem się lekko chwiać. - To moja decyzja, Blaze. Uszanuj ją, jeśli jesteś moim przyjacielem.
- Nigdy. - syknął. - Nie będę był w stanie zaakceptować czegoś takiego głupiego. Stary, życie to piękna rzecz, mimo, że często spadają na nas jakieś niespodziewane gówna. Trzeba trzymać gardę do góry i iść dalej, a nie zabijać się. Rozumiem, że to chodzi o twoją rodzinę..
- Do prawdy? - wymamrotałem. - Co ty możesz o tym wiedzieć?
- Jeśli jesteś taki silny za jakiego się wydajesz, a wierzę, że jesteś, to dasz sobie radę. - rozłożył ręce. - Masz przyjaciół, masz wszystko. Tylko do cholery, zejdź z tego mostu."
Co gorsza, ja nic o tym nie wiedziałem.
Myślałem, że to dobry chłopak, który jest czysty jak łza... a tu proszę - gnojek był zamieszany w mafię.
- Mam prośbę...
- Jesteś niedorzeczny stary.... - zaśmiałem się. - Nie wystarczy ci to, że prosisz mnie bym zaakceptował twoją ucieczkę od tego gówna.
- Nathan... - spojrzał na mnie znacząco.
- A zresztą skoro to mają być twoje ostatnie słowa... to mów. - odparłem, przewracając oczami.
- Zaopiekuj się ją.
- Nie wiem czy dam radę...
- To twoja przyjaciółka. - urwał. - Ma tylko ciebie teraz.
- Ty tego nie zrobiłeś, prawda? - przerwałem mu, kiwając głową na niego.
- Myślisz, że to zamierzałem? - krzyknął poirytowany. - Zraniłem ją do jasnej cholery! I nie, nie jestem z siebie zadowolony.
- Co planujesz?
- Do póki to całe gówno się nie skończy, będę żył z dala od niej, od was i od tego miasta.
- Niech mnie ktoś obudzi z tego koszmaru. - pokręciłem bezradnie głową na jego poczynania.
- Wiem, że nie rozumiesz. - powiedział, łapiąc mnie za ramię i patrząc mi prosto w oczy. - Ale proszę cię jako najlepszego przyjaciela, abyś nad nią czuwał.
Wytrzymałem to spojrzenie, przepełnione smutkiem i miłością braterską. Mimo tego, że w środku łkam jak małe dziecko to nie zamierzam być mięki na zewnątrz.
- Czy to długo potrwa? - spytałem, na co chłopak podrapał się po głowie.
- Sam nie wiem, ale... jak najszybciej muszę coś z tym zrobić.
- Wrócisz? - jęknąłem, czując jak łzy cisną mi się w oczy.
- Nie wiem ile czasu mi to zajmie, ale uwierz mi... wrócę do was. - odparł, uśmiechając mnie w moją stronę.
- Powiedz... od kiedy to się zaczęło? - sapnąłem, patrząc na niego. - Powiedz mi chociaż to, bo nie wytrzymam.
- Od paru miesięcy. - odparł, a ja spojrzałem na niego poirytowany.
- I ty od tylu miesięcy...
- Nie wiem jak mnie znaleźli. - odparł bezradnie, nie zwracając uwagi na moje wybuchy zdziwienia i gniewu.
- Mogłeś mi powiedzieć.. - odrzekłem z wyrzutem.
- Nie mówiłem ci tego... - sapnął. przecierając twarz. - ...ale nasza rodzina nie jest taka perfekcyjna jak się wydaje. Mój ojciec miał przeszłość kryminalną, a oni są jej częścią. On nie wie, ale ja tak. Dopadli mnie kiedyś przed szkołą, a ja ich olałem. Ale teraz to grubsza sprawa, mają mnie w garści i na tą chwilę nie dam rady się wykaraskać z tego... choćbym chciał.
- Dlatego?
- Nienawidzisz mnie, co?
Jestem na niego wściekły i mam ochotę właśnie zmazać ten cwany uśmiech z twarzy.
- I to jak gnoju. - odparłem, na co poklepał mnie po plecach. - Masz wracać i to jak najszybciej.
Kątem oka widziałem, że odchodzi.
- A kto by pomyślał, że taki grzeczny chłopak może mieć zatargi z gangsterami.. - szepnąłem do siebie.
Na co on się niespodziewanie odwrócił.
- Jeszcze wiele rzeczy o mnie nie wiesz. - odparł i to były jego ostatnie słowa.
Zacząłem się głośno śmiać.
"Ty, śmieciu..." - pomyślałem, nadal się uśmiechając.
A wiec od tej rozmowy stałem się stróżem panny Evans. Teraz muszę ją znaleźć to nie będzie trudne. Zapewne poszła do miejsca w którym przeżywała swoje emocje samotnie, wśród drzew, księżyca, nieba i gwiazd - park. Znam ją na tyle, że nie będzie się pakować w jakieś swoje miejscówy, zwłaszcza o takiej porze. Pewnie telepie się z zimna, jest noc i wygląda na to, że nasze lato jest zwariowane jak nigdy. Zacząłem szybko biec w stronę parku, po kilku chwilach znalazłem ją. Była zwinięta w kulkę, płakała - nienawidzę tego, kiedy one płaczą. Uginają mi się wtedy kolana i staje się bezradny jak dziecko. Powoli podszedłem do dziewczyny, ona spojrzała na mnie i rzuciła mi się w ramiona, mocno przytuliłem ją do siebie.
- Co ci powiedział? - spojrzała na mnie znacząco.
Spojrzałem na nią. Była kompletnie rozbita, a na jej twarzy malował się strach i ogromny ból - codziennością jest, że twój ukochany ucieka przed mafią, prawda?
- Powierzył mi cię. - odparłem, biorąc jej zimną rękę. - Nie miałem innego wyjścia.
- Klasycznie... - zaśmiała się nerwowo, wstając z ławki. - Nadal nie mogę tego pojąć.
- Ja też nie... nie wiem co ten cwel robi.
- Zawsze mi się to przytrafia... dlaczego? - jęknęła, kucając.
- Nie prawda, słoneczko. - sapnąłem, szybko również kucając.
- Najpierw Jude, a teraz... - jęknęła żałośnie, ponownie zanosząc się płaczem.
- Axel wróci.
- Jaką masz pewność?
- Obiecał mi to i tak będzie. - odparłem, głaszcząc ją po plecach. - W końcu... to człowiek honoru. Zobaczysz, wszystko się ułoży.
- Serio tak myślisz, Nathan? - spojrzała na mnie zdziwiona.
- Tak... i jeszcze jedno. - odparłem, unosząc jej podbródek. - Nie waż się tak mówić o sobie, okej? Jesteś wspaniałą dziewczyną, wierną przyjaciółką... posiadającą wybuchowy charakter oraz wiele niezliczonych talentów.
- To tyle? - spojrzała na mnie, śmiejąc się z moich nieudolnych starań pocieszenia jej.
- A i najważniejsze... - wzniosłem palec do góry, dając jej znak, że znalazłem coś jeszcze w swoich zwojach mózgowych. - ...dla mnie jesteś moim najukochańszym i najwredniejszym skrzatem jakiego znam.
- Akurat to ze skrzatem mogłeś sobie darować...
- Dlatego uśmiechu zrobię wszystko. - dźgnąłem ją w bok.
- Dziękuję ci, Nathan. - odparła, całując mnie w policzek.
Założyłem na nią swoją czarną bomberke i razem udaliśmy się do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz