poniedziałek, 31 października 2016

Rozdział:48

 Odwróciłam  wzrok i wtedy w moich uszach rozbrzmiał ostry dźwięk - strzał. A ja zamarłam, przede mną mignął Joe, który przerażony uciekał z miejsca swojej zbrodni. Bez zastanowienia podążyłam do Jude'a, a moim oczom ukazał się horror. Brunet leżał na ziemi, jego klatka piersiowa ledwo się unosiła, a wokół było pełno krwi. Podeszłam do niego bliżej, kucnęłam - tak jak myślałam, pocisk trafił w brzuch. Cała we łzach próbowałam zahamować krwotok, dlatego zdjęłam swoją bluzę i przyłożyłam do jego brzucha. 
- Dianka nie chce umierać! - wrzasnął, łapiąc mnie za rękę. 
- Cicho... 
- Gdzie jest Joe? - wymamrotał, a jego oczy powoli się zamykały. - Nie znikaj Dan....
- Jude... za wszelką cenę nie zasypiaj i nie zamykaj oczu! - klepnęłam go w niemalże siną twarz, a chłopak ledwo otworzył powieki.
- Nie wiem czy dam radę... - uśmiechnął się blado, po czym zaczął kaszleć. - ...ale spróbuję.
- Dzwonię po pogotowie... trzymaj się. - złapałam go mocno za rękę. - Jestem tutaj przy tobie i zawsze będę. "


* Diana's POV *



Nie miałam najmniejszego zamiaru, patrzeć jak Jude umiera na moich kolanach. Rozpięłam jego koszulę, na sam widok rany postrzałowej miałam ochotę jęknąć ze strachu - ale nie mogła. w końcu musiałam się opamiętać - pracowałam jako praktykantka w amerykańskim szpitalu. Widziałam gorsze rzeczy, które powodowały u mnie właśnie taki stan, ale teraz jest inaczej. Tam byli nieznani mi ludzie, a tutaj jest mój były chłopak. Chłopak, który w moich oczach wydawał się potworem. Czy coś się zmieniło? Gdybym z nim wtedy szczerze nie pogadała... to pewnie nadal bym mu życzyła śmierci i najpewniej pozwoliłabym mu tutaj dawno umrzeć. Ale mimo całej nienawiści i niechęci do niego, nie mogę trzymać tego uczucia przy sobie, tymczasem ja zaczęłam go reanimować. W moich oczach co chwilę pojawiały się ogromne krople łez. Byłam kompletnie załamana, gdyż czas wyjątkowo szybko uciekał, a pogotowia nadal nie było widać. W pewnym momencie nawet straciłam nadzieję, na to, że go uratuje.... Wtem usłyszałam wycie karetki, ratownicy szybko mignęli przed oczami - to wszystko działo się szybko, mężczyźni powoli położyli na go na łóżku i wpakowali do wyjącego pojazdu
- Halo, wszystko okej? - spytał jeden z nich, kucając przy mnie.
Pokiwałam przecząco głową. 
- Nawet pan sobie nie wyobraża... - sapnęłam, patrząc na krew na moich rękach.
Nie wiedziałam teraz nic - ak mam na imię, ile mam lat i co się stało, jakby kompletna amnezja nawiedziła mój mózg.
- Zabieramy ją. Damy jej coś na uspokojenie. Wtedy na pewno nam wszystko powie. - burknął ten drugi, biorąc mnie za rękę.
Było ciemno na dworze, a gdzie nie gdzie migały słabe strumienie światła ulicznych latarni. Tymczasem ja siedziałam w karetce i miałam wrażenie jakbym umarła w środku i była jakimś duchem, który wszystko obserwuje z góry. Spojrzałam na niego, leżał nieruchomo, był blady jak ściana, a jego oczy były podkrążone - to był jakiś koszmar. Nim się obejrzałam byliśmy na miejscu. Oczywiście, nie zabrakło tu policji i tego całego detektywa. Jeszcze będą chcieli ode mnie zeznania, nie mam ochoty na tą całą dziecinadę. Co policja może? Niby złapali Darka, ale najwidoczniej nie strzegli go na tyle dobrze jak uciekł i zdążył zaćpać całą Akademię, a na dodatek rykoszetem jego chorych wizji oberwał Jude. Weszłam do budynku, usiadłam na krześle i głośno westchnęłam, nim się obejrzałam w drzwiach nagle zobaczyłam Axel'a. Był roztrzepany i szukał mnie wzrokiem po sali, bez zastanowienia podbiegłam do niego i wtuliłam się w jego tors.
- Diana... - powiedział niepewnie, odrywając mnie od siebie. 
- Nie mogę... - spojrzałam na niego, a łzy leciały z moich oczu.
- Przepraszam, ale muszę wiedzieć... - złapał mnie za twarz i otarł łzy. - Co się dzieje?
- Zgodnie z planem śledziłam King'a i wszystko gładko szło. - zacisnęłam pięści. - Do momentu w którym skręcił w jakąś ciemną, nieznaną mi uliczkę. Usłyszałam, że z kimś rozmawia.... więc podeszłam bliżej. To był Jude... Wychyliłam się na chwilę i tylko ujrzałam, jak Joe mierzy do niego z pistoletu. Zamarłam..... ii..... on strzelił, a potem.... uciekł....
- Matko..  - jęknął, głaszcząc mnie po głowie. 
- Mogłam temu zapobiec! - wrzasnęłam, waląc go w tors.
- Tylko nie możesz się za to obwiniać. - odparł, przecierając twarz. - Gdybyś chciała zgrywać herosa, za pewnie też byś oberwała... Nie przeżyłbym twojej straty...
Spojrzałam na niego i powoli pokiwałam głową, wiedziałam, że w środku wrze od gniewu, ale dla mnie tłamsi go i stara się choć zrozumieć moje emocje i czyny. Nikt nie mógłby tego dla mnie zrobić - tylko on.
- Okej... - spojrzałam na niego znacząco - A tobie... jak poszło?

* Axel's POV *




- Rozdzielmy się. - palnęła, obracając się aby nie stracić celu z oczu.
- To ryzykowne...  
- To nasza jedyna szansa by cokolwiek się dowiedzieć... Zaufaj mi.
- Niech ci będzie. - 
Szybko zaczęła realizować swój plan i zaczęła podążać za Kingiem. Tymczasem ja konsekwentnie kierowałem się za Samford'em. Jednak zamiast się skupić na tym, żeby nie zostać złapanym - myślami byłem przy Dianie. Jest strasznie narwana, nie wiadomo co może jej do głowy przyjść i jak to się może skończyć.... Jednak otrząsnąłem się i szedłem dalej. Według mnie chłopak zmierzał do domu, nagle usłyszałem dzwonek telefonu, przestraszyłem się. Co jeśli to mój? Szybko przemacałem wszystkie wszystkie kieszonki, gdy się upewnić. Na szczęście okazało się, że to był jego telefon, a ja mogłem odetchnąć z ulgą.
- Halo?
- Tak, tak.
- Tam gdzie zawsze? Ale... na co? po co?
- Co? Co zrobił? Halo?! Nie rozłączaj się czerwiu..
Widocznie ta rozmowa na tyle nim wstrząsnęła, że postanowił zmienić swój dotychczasowy kierunek i zaczął biec w nieznanym mi kierunku. Teraz na pewno nie mogę spuścić go z oka, nawet chociażby na moment. Poczułem wibracje telefonu, ukradkiem spojrzałem na ekran, Tata - walić to, potem mu odpiszę. No jasne, że będzie zły, no ale trudno - na tą chwilę mam ważniejsze priorytety. Tak się zamyśliłem, że nawet nie zauważyłem jak David przystanął. Z kim mógł się spotkać koło naszego boiska? To podejrzane, bardzo podejrzane. Coraz bardziej moje przypuszczenia się potwierdzają co do ich udziału. No ale... muszę mięć na to niezbite dowody. Zeznania dla dzisiejszej policji są mało pomocne w oparciu o słowne dowody - które, najczęściej są bezużyteczne. W świetle pobliskiej latarni zobaczyłem tego gnoja -Caleba, który wyglądał również na wściekłego. Wtem przybiegł King.... A wtedy zapaliła mi się w głowie czerwona lampka - Gdzie do cholery jest Diana? Zacząłem się bać, gdyż to już nie są żarty.  
- Ty idioto. - syknął w stronę Joe'go. - Nic nie można powierzyć w twoje brudne łapy...
Czyżby twój mistyczny plan kolego zrównania naszego clubiku, poszedł na marne? Ćpuni są nierozważni i to się nie zmieni. Nie wiem czy liczyłeś na łut szczęścia czy coś, kolego?Ale najwidoczniej nadzieja była złudna.
- Miałeś go nastraszyć, co w tym trudnego? - urwał David, obracając się wokoło.
O  nie... Mayday, Mayday! Mamy problem! Znaczy się... ja - mam problem. Wdech, wydech.
- Jude, nas zostawił i nie mogłem się pohamować widząc w jakim szczęściu się kąpie...
- Pogódź się z tym, że ludzie są egoistami. - podszedł do niego Stonewall, popchnął go lekko. - Każdy... Nawet twoi rodzice.
- A co ty wiesz. - warknął w jego stronę, pchając go. - Wal się.
Usłyszałem sygnał podobny do karetki. W moich myślach zaczęły się pojawiać złe myśli, sam sygnał przyprawiał mnie o ciarki stachu Nie... to nie może być..... Szybko ruszyłem za dźwiękiem. To największy maraton w moim życiu, a wygraną jest Diana, która jest cała i zdrowa. Boje się, tak strasznie się boje. Gdy ujrzałem budynek szpitala poczułem się w połowie zwycięzcą. Wbiegłem do środka i szukałem jej wzrokiem, aż znalazłem. Siedziała na krześle skulona, ale najważniejsze jest to, że nic jej nie jest. O matko, jak dobrze... Tak mi naderwała psychikę... Szybko do mnie podbiegła i się we mnie wtuliła i momentalnie zaczęła ryczeć - nienawidzę tego.
Diana... - spojrzałem na nią, była załamana
Po jej twarzy widać było, że mocno to wszystko przeżyła. 

- Nie mogę... - spojrzała na mnie smutno, bo wiedziała, że będzie musiała mi powiedzieć co się tam stało.
- Przepraszam, ale muszę wiedzieć...  Co się dzieje?
Westchnęła głęboko.
- Zgodnie z planem śledziłam King'a i wszystko gładko szło. - zacisnęłam pięści. - Do momentu w którym skręcił w jakąś ciemną, nieznaną mi uliczkę. Usłyszałam, że z kimś rozmawia.... więc podeszłam bliżej. To był Jude... Wychyliłam się na chwilę i tylko ujrzałam, jak Joe mierzy do niego z pistoletu. Zamarłam..... ii..... on strzelił, a potem.... uciekł....
To musiało ją dużo kosztować. Tym bardziej że to osoba, która wcześniej była jej tak bardzo bliska. W tych oczach można było zobaczyć teraz mieszankę strachu połączonego z histerią. Wiem, że silna dziewczyna i sobie z tym poradzi, ale na pewno nie w tej chwili. W końcu ta dziewczyna potrafiła powstać nawet z wielkiego gówna. Czy już wspominałem, że Diana zawsze myśli o innych, nie osobie, dlatego tak łatwo szło jej omijanie wielkiej tabliczki z napisem ŚMIERĆ, która wisiała nad jej głową. Ale wiadomo, że czasami ma chwile słabości i to właśnie była jedna z nich. Ale kto ich nie ma? Przecież, człowiek to pogmatwane stworzenie, czyż nie?
Matko..  - jęknąłem, głaszcząc ją po głowie. 
- Mogłam temu zapobiec! - wrzasnęła nagle waląc pięściami w mój tors.
- Tylko nie możesz się za to obwiniać. - odparłem, przecierając twarz. - Gdybyś chciała zgrywać herosa, za pewnie też byś oberwała... Nie przeżyłbym twojej straty...
Sam się zdziwiłem się swoim słowom, gdyż miałem ochotę dać wielki wykład przepełniony gniewu, strachu i morału. Jednak to nie był odpowiedni czas i godzina, wiedziałem jedno - ona potrzebuje mnie, mojego wsparcia, mojej miłości, właśnie teraz.
- Okej... - zwinnie przerzuciła inny temat, byle by nie myśleć o Judzie. - A tobie... jak poszło? 
- W porządku... - spojrzała na mnie znacząco.
- Powiedz coś bo zwariuje...
- Wiem nie wiele... David spotkał się Calebem i Joe. - zagryzłem wnętrze policzka. - Wtedy zaczęli mówić o jakiś spapranych sprawach.... i dowiedziałem się o Judzie...
- I co o tym myślisz? - nadal zasypywała mnie pytaniami.
- Coraz bardziej jestem, że nasza szkoła samoistnie się nie spaliła... - pokręciłem głową. - Akademia miała w tym swój udział.
- Czyli głównym podejrzanym jest Ray Dark. - spojrzałem na jej zmęczoną twarz. - Tak?
- Prawdopodobnie. - złapałem ją za rękę. - Nie jestem tego pewien...
- A kiedy będziesz? - przerwała mi.
- Trudno powiedzieć... nie można być pewnym. - odparłem, uśmiechając się w jej stronę. - Ale jestem pewien tego, że jesteś niecierpliwa.
On go odwzajemniła - ta chwila trwała może z dwie sekundy, a potem znowu na naszych twarzach zagościł smutek. Objąłem ją, ucałowałem w czoło, a ona wtuliła się w mój tors i zamknęła oczy. Oczywiście, jak wiecie chwile są ulotne - tak samo i ta była, ponieważ tą romantyczną scenę przerwał nam rozdrażniony Evans.

* Mark's POV *



To co się dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie. Myślałem, że wszystkie problemy nas opuściły wraz z zwycięstwem w Strefie Football'u. Jednak jak to mówią - życie nie jest usłane różami lecz kolcami. Właśnie czytałem kolejne wydanie mojej ulubionej gazety piłkarskiej, wtem do mojego pokoju wpadł zdyszany Sharp. 
- Jude? - spytał, leżąc na łóżku. - Co ty tu...
Wyglądał na zdenerwowanego, zaczął bawić się włosami, a na jego w twarzy widniał lęk.
- Właśnie...
- Stary, mów. - popatrzyłem mu w oczy.

- Pamiętasz, jak ci mówiłem... o tym, że Dark pierze mózgi moim przyjaciołom? - pokiwałem niepewnie głową. - Właśnie dzwonił do mnie David.
Momentalnie wszystkie złe momenty związane z tym człowiekiem, powróciły do mnie ze zdwojoną siłą. Ale wiedziałem jedno, że jeśli teraz okaże słabość, to jego bardzo krucha psychika złamie się na pół i to na zawsze.
- Co powiedział? - spojrzałem na niego znacząco i powoli usiadłem obok niego, gdyż miałem przeczucie, że niosą się za to problemy
- Brzmiał bardzo dziwnie. - sapnąłem. - Kazał stawić się w Akademii, na mecz... mam przyjść wraz z Inazumą. 
Spojrzałem na niego zdezorientowany jego słowami. Ale wiedziałem, że coś jeszcze trapi jego duszę, dlatego patrzyłem na niego do momentu, w którym wyjawia prawdziwy powód swojego lęku.

- Rozumiem.. ale powiedz, czemu w twoim głosie słyszę jakbyś się obwiniał za to wszystko?
- Nie obwiniam się, okej?! - wrzasnął. 
- Ech... 
- Przepraszam.... - urwał, przecierając twarz. - Ale... taka jest prawda. Gdybym ich nie zostawił i nie ruszył dalej ze swoim życiem... gdybym ciebie nie spotkał.
- Do czego zmierzasz? - złapałem go mocno za ramiona. 
- Myślę, że...
- Człowieku, to nie twoja wina! - nie pozwoliłem mu dokończyć zdania. - Obarczanie siebie winą nie jest rozwiązaniem problemu. 
- Tylko to mi pozostało stary.. - próbował się niezdarnie tłumaczyć.
- Trzeba powiedzieć sobie jasno to wina Darka. - uciąłem. - Wiesz jakim jest człowiekiem, z ludzi robi pacynki w mgnieniu oka. Czy to by coś zmieniło... gdybyś tam został? Wątpię. 
- No co? Czemu ty mi się nie stawiasz? - spytał, uśmiechając się. 
Zaczęliśmy się śmiać, po chwili jego kieszonka zaczęła boruczeć. Dlatego też chłopak sięgnął do niej i złapał do ręki telefon.
- O nie. - sapnął, patrząc na telefon.
Szybko wyrwałem mu go z rąk i przeczytałem wiadomość na wyświetlaczu.
od JOE: Czas zakończyć dawne porachunki. Przyjdź.
- Co mam zrobić? - spytał przerażony łapiąc mnie za ręce.
- Idź tam. 
- Na śmierć? - jęknął.
- Musisz z nim pogadać. - odparłem spokojnie. - Nie uciekniesz przed tym... Ratuj ich, póki nie jest za późno Jude.
I nim zdążyłem zakończyć swój monolog, chłopak wystrzelił jak kamień z procy i wyszedł z pokoju. Czułem, że coś może się przydarzyć coś złego, ale mój optymista w głowie olał to. Nie minęła niespełna godzina, a ja srałem ze starchu w gacie za niego. Usłyszałem, że z mojego telefonu wydobywa się dobrze znany mi dzwonek. Ktoś dzwoni, to Celia. Przełknąłem wielką gulę mieszczącą się w moim gardle.
- Halo?
- Mark.
- Co się stało...
- Ja nn-nie mogę
- Uspokój się!
- Nie krzycz na mnie! Wystarczy, że już Bobby się wyżył. Nie dla każdego jestem workiem treningowym.
- Przepraszam... 
- Jude jest w ciężkim stanie... w szpitalu.
- Jee-edd-dziecie do niego?
- Tak, tata odpala samochód.
- Okej, spotkamy się na miejscu. - sapnąłem, rozłączając się czym prędzej.
Szybko zleciałem z łóżka na twarz, otrzepałem się i skierowałem swoje kroki do łazienki. Nieziemsko śmierdziałem, więc pomyślałem, że szybki prysznic mi nie zaszkodzi. Gdy już byłem czyściutki, w pośpiechu suszyłem włosy. Na szybko ubrałem czarne spodnie i kraciastą koszulę, założyłem na głowę czapkę, ponieważ moje włosy były jeszcze lekko wilgotne. Ale teraz najmniej się to liczyło - najważniejsze, żeby on przeżył. W szpitalach nie bywałem często, ale odkąd jest Diana, Nathan próbował się zabić, Axel utracił dużo krwi to ten budynek był moją codziennością. Wyszedłem z pokoju i chwyciłem kurtkę.
- Gdzie? - spytała mama, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Do Jude'a... miał mały wypadek. - urwałem, wiążąc sznurówki czarnych, długich conversów.
Nie mam przed nią tajemnic. Ufam jej, a ona mi - jednak, czasami połowę "brzydkiej" prawdy wolę zachować dla siebie.
- Mark! - krzyknęła za mną. - Wróć szybko, proszę!
- Postaram się... Ale nie obiecuję! - odkrzyknąłem jej, zamykając furtkę.
Zacząłem biec w kierunku miejsca gdzie mieści się szpital. Mijałem centrum oraz nasze dawne (już spalone) gimnazjum, aż w końcu dotarłem. Wpadłem jak oszalały do recepcji, pierwsi w oczy rzucili mi się Axel i Diana. Od razu zauważyłem, że zachowywali się dziwnie - Diana była rozdarta i spochmurniała, a Axel był zamyślony i smutny. Czyżby maczali w tym palce? Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Axel szepnął coś do brunetki i podszedł w moją stronę, skierowaliśmy się do pobliskiego automatu. Blondyn wrzucił jakieś grosiki i z automatu wyleciała czysta, niegazowana woda.
- Co się dzieje? - zażądałem odpowiedzi, patrząc na niego poważnym wzrokiem.
- Mam ci powiedzieć prawdę, czy zapodać jakieś dobre kłamstewko?
- Blaze, nie teraz... - odburknąłem.
- Niech będzie. - wziął łyk wody. - My... to znaczy ja postanowiłem zbadać tą sprawę podpalenia. Pierwszym podejrzanym stał się Dark. 
- No tak...
- Powiedz szczerze... kto jak nie on, pasuje do podpalenia szkoły w którym gra club, który zniszczył jego bandę ćpunków? 
- Nie zagłębiajmy się w szczegóły... co tutaj robi ona? - wskazałem na brunetkę.
- A no tak... - podrapał się po głowie. - Diana poszła ze mną...
- Ja mówiłem, żebyś jej dał trochę luzu. - odparłem zbulwersowany. -  Ale to przesada!
- Mark! - warknął. - Cholera, nie wcinaj się! Na czym to... A tak! Udaliśmy się pod szkołę. Oczywiście ten budynek był strzeżony jakby był tam jakiś sejf z milionem dolarów. Na szczęście, wykurzyliśmy ochroniarzy i dostaliśmy się do środka...
- Nie zauważyli was? - widocznie nie doceniałem jego zdolności.
- Nie. - uciął szybko. - Kiedy już tam byliśmy, podsłuchaliśmy rozmowę Darka z ich... dilerem? 
- Czyli to co Jude mówił... to prawda. - zacząłem łączyć kropki.
- Chyba to jest najtrafniejsze określenie. - nie zważał na moje słowa. - Ray szantażował go, gdyż chciał kolejne dawki dla drużyny. I jak to zawsze szantaż się udał. Wtedy na horyzoncie pojawili się Joe i David i postanowiliśmy ich śledzić, rozdzieliśmy się... - urwał niepewnie, drapiąc się po głowie.
- Rozdzieliśmy się? - zacząłem wymachiwać rękami - A ja myślałem, że jesteś rozsądny... 
- A ja myślałem, że twoja siostra nie jest tak uparta jak wygląda. - sapnął poirytowany.
- Jak to się stało, że wszyscy jesteśmy tutaj? -  zadałem najważniejsze pytanie, które miało ujawnić prawdę o tym co się wydarzyło.
- W wielkim skrócie. - klasnął w dłonie. - King postrzelił Juda.... dodam fakt, że był on pod wpływem prochów. 
- Skoro tak... to dlaczego ona płacze? - spytałem wzburzony, powoli podchodząc do niego. - To twoja sprawka?
Teraz byliśmy twarzą w twarz, nie ma szans na to, żeby mi skłamał.
- Ponieważ nie mogłam nic zrobić! - jęknęła, nadal płacząc.
- Chodź tu. - rozkazałem zdenerwowany.
Dziewczyna zrobiła się momentalnie blada, podchodziła do mnie powoli i ostrożnie jakbym miał ją zaraz uderzyć. Gdy tylko była blisko, przytuliłem się do niej i spojrzałem w jej przekrwione oczy.
- Mama dzisiaj mówiła, żebyś wracała do domu. - zmieniłem zręcznie temat. - Nie sądzisz, że miesiąc u Axel'a, to za dużo?
- Jest mi u niego dobrze... - złapała go za rękę. - Ale skoro mama tak mówi to wrócę. 
- Szanuję twoją decyzję. - blondyn uśmiechnął się w jej stronę. - Powinnaś teraz przebywać z rodziną i na prawdę odpoczywać. Nie należycie się tobą opiekowałem.
- Proszę cię... miała u ciebie jak w raju!  - palnąłem, śmiejąc się w jego stronę.

* Celia's POV *




- DIANA! - krzyknęłam z daleka, widząc jej twarz.
Była zapłakana jak ja. Nie mogę w to uwierzyć... Jak to się stało?
- O matko Celia! - szepnęła, tuląc się do mnie.
Za nami szedł zdenerwowany Bobby.
- Dość tych czułości. - sapnął w naszą stronę.
- Daruj sobie, durniu! - zaczęłam go prowokować, odpychając go od siebie. - Nawet nie wiesz jak teraz właśnie tego potrzebuje.
- Nie będziemy o tym rozmawiać, okej? - uciął szybko. - Jesteśmy w szpitalu, Celia.
- O popatrz ty się....
- PRZESTAŃCIE! - nagle między nami pojawił się Mark.
Spojrzał to na mnie, to na niego jak dobrze, że Mark wyczuł konflikt i zareagował.
- To nie jest odpowiedni moment na to... - odparł. - Jude by ci dawno nogi z dupy powyrywał, za to jak się nad nią tak pastwisz.
Odszedł Mark, a blondyn spojrzał w moją stronę. W jego oczach widziałam ogromny żal. Ale do kogo? Do mnie? Do świata? Wyszedł w stronę wyjścia i ja już wiedziałam w jakim celu. Również wyszłam na zewnątrz i nim zdążyłam przebiec przez drzwi, on już palił papierosa. 
- Przepraszam... Muszę. - sapnął, zaciągając się i wypuszczając ten okropny dym z ust.
- Że to niby niweluje stres, tak? Daj mi. - spojrzał na mnie zdziwiony.
- O nie, nie. - złapał mnie za rękę. - Koleżanko, tobie na pewno nie pozwolę tego palić. 
- Shearer, świnio! - usłyszałam głos podobny do Eric'a.
Nie myliłam się - Amerykanin stał przed nami w czarnej kurtce i z zielonym szalikiem na szyi.
- Może całą rodzinę zaprosisz i razem się powyzywamy? - spytał sarkastycznie.
Jeszcze nigdy go takiego nie widziałam, był uszczypliwy i niemiły jak nigdy. A co gorsza nawet dla mnie.
Czułam się teraz jak idiotka. Co by dało mi, jedno zaciągnięcie się, dymem rakowym? 
- Daruj sobie...  - odparł, biorąc od niego paczkę papierosów. - I tego gówna, też się pozbądź.
Obrócił się i rzucił paczką jak najdalej, po czym dodał.
-  Pocałuj ją. - klasnął w dłonie. - Raz, dwa, trzy!
Blondyn wpił się w moje usta, waliło od niego nikotyną, ale ten pocałunek to było jedno - "PRZEPRASZAM, ŻE JESTEM DUPKIEM. KOCHAM CIĘ. "
- A teraz wracajmy na salę. - objął naszą dwójkę. - Chyba chcecie wiedzieć co się tam dzieje.

* Jude's POV *



" - Odstaw to.  Proszę.. 
- Dlaczego? Trzeba cię usunąć stąd! - krzyczał Joe, a jego ręka drżała. - To przez ciebie! Ten cały koszmar! Opuściłeś nas!  
- To nie tak jak myślisz... "
Cały czas w mojej w głowie krążyły te słowa. Gdzie ja jestem? Nagle jakbym wrócił.
- Dianka nie chce umierać! - wrzasnąłem, łapiąc mnie za rękę. 
- Cicho...
Nagle w moich myślach pojawił się Joe, szybko zamrugałem powiekami. 
- Gdzie jest Joe? - wymamrotałem, czując się coraz bardziej senny. - Nie znikaj Dan....
- Jude... za wszelką cenę nie zasypiaj i nie zamykaj oczu! - poczułem uderzenie i z trudem otworzyłem oczy.
- Nie wiem czy dam radę... ale spróbuję.
- Dzwonię po pogotowie... trzymaj się. - złapała mnie mocno za rękę. - Jestem tutaj przy tobie i zawsze będę. 
Koniec. Ponownie ciemność. Umarłem? NIE. CHCE ŻYĆ! CHCE WRÓCIĆ! Czy moje życie się tak szybko skończyło? Dostałem drugą szansę od życia... i jej w pełnie nie wykorzystałem! No nie. Jestem głupi, że zmarnowałem to wszystko. Drogi losie, ja... chce żyć. PROSZĘ! Uniżam się i proszę już o ostatnią szansę. DAJCIE MI ŻYCIE, ODDAJCIE MNIE. BĘDĘ GRZECZNY I DOZGONNIE WDZIĘCZNY! 
- Siostro, skalpel. - słyszę damski głos. 
CO? CZY TO MI SIĘ ŚNI?
- Dobra, trzeba to opanować. - tym razem odezwał zachrypły głos. - Cholera.. szybko!
Pojawiło się jakieś światło w tej ogromnej czerni. Co to oznacza? Sam nie wiem, ale najprawdopodobniej zaraz się przekonam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz