piątek, 14 października 2016

Rozdział:47

"- Odbiło ci kompletnie. - warknął w jego stronę, podchodząc do mnie. 
Wtuliłam się w jego tors, a do moich oczu napłynęły łzy. Powrócił ten potworny strach. On zawsze przy mnie był, ale nie wychodził na zewnątrz, aż do teraz. 
- Stary. - stanął po między mną a Nathanem Max. - Ja rozumiem, że jesteś wściekły, ale Diana nie jest żadnym workiem treningowym . . 
- Ja... poniosło mnie. - odsłoniłam twarz i przetarłam ją ręką. 
- Jest okej. - sapnęłam, poprawiając włosy. - Tylko nigdy tak nie rób. 
Nathan spojrzał na mnie troskliwym wzrokiem, przytulił mnie do siebie
 - Nie ma na co czekać... trzeba znaleźć go jak najszybciej. - odparł Axel, gładząc mnie po ręce i razem podążyliśmy w stronę domu Holly."


* Holly's POV *



Jak to się stało? Dosłownie sama nie wiem. Wcześniej miałam najlepszego ziomka na świecie, potem stał się on moim chłopakiem, a teraz zostałam sama. Stałam się dla niego niczym, w jego oczach maluje się moja twarz jako największe zło świata. I nie winię go za takie myślenie, gdyż to co zrobiłem jest okropne. Jednak nadal myślę, że to nie jest całkowicie moja wina. Zdrada miała swoje podłoże, otóż wynikła z tęsknoty za nim. Niby podczas treningów przychodził do mnie na najdłużej jak tylko mógł, jednak z każdym dniem nasze spotkania trwały coraz krócej, a ja stawałam się coraz bardziej samotna. Spojrzałam na nasze zdjęcia, na widok naszego szczęścia zachciało mi się płakać. Nagle usłyszałam jakieś krzyki, które co dziwne - dochodziły z pod mojego podwórza. Myślałam, że to jak zwykle sąsiedzi się kłócą. Aby się upewnić podeszłam do werandy, a te dziwne dźwięki były coraz głośniejsze. Wyjrzałam przez okno i ujrzałam kompletnie zlanego Grima.
- Holly, dasz mi ciuma tak jak wtedy!? - krzyczał, ledwo stojąc.
Złapałam się za głowę, zdałam sobie sprawę, że los mnie nie oszczędza. Nie wiedziałam co z nim zrobić. Doskonale wiem, dlaczego Steve jest w takim stanie, zapewne Nathan sponiewierał go psychicznie i fizycznie, a chłopak nie wytrzymał i pozostało mu tylko zapić się w trzy dupy. Jedynym moim ratunkiem teraz będzie Diana, która najzwyczajniej zbywała moje telefony. Jednak po chwili usłyszałam jej głos. 
Halo?
- Możesz łaskawie odbierać jak się do ciebie dzwoni? Cholera, puścisz mnie z torbami. 
- Po co do mnie wydzwaniasz? 
- Posłuchaj, nie wiem co mu naopowiadał Nathan, ale teraz Steve koczuje pod moim domem. Drze ryja i budzi moich sąsiadów, zrób coś z tym. 
- Ja? Dlaczego? 
- Proszę cię. Nie chcę wzywać policji. 
- Okej, za chwilę będę. - rozłączyła się. 
A ten skończona idiota nadal darł ryja w niebo-głosy. Próbowałam go ignorować, ale przeraźliwe jęki chłopaka nadal kaleczyły moje uszy. Zeszłam na dół i wciągnęłam go do środka, z trudnem zataszczyłam go na kanapę. 
- Hoo-olly! - jęknął, turlając się po tapczanie. 
Spojrzałam na niego bezsilnie, wyglądał jak małe dziecko, które widzi świat po raz pierwszy. I znów powraca moje poczucie winy - to moja wina, że takie są stany rzeczy. Co ja sobie myślałam? Czy ja kompletnie oszalałam? A może po prostu nie potrafiłam się powstrzymać? Nie mogłam zahamować swojej tęsknoty za chłopakiem, który mnie bardzo kochał? Nie wiem, dosłownie nie wiem jak uzasadnić te moje raptowne decyzje. Usiadłam obok bruneta i czekałam, aż przyjdą.
- Głupia jesteś, wiesz?- spojrzałam na niego z pod byka. - Mogło by być tak pięknie... 
Co najgorsze, miał rację. 
- No wiem. - odchrząknęłam, wstając i podchodząc do okna. 
- Ale nie tylko ty straciłaś wiele... Ja straciłem kumpla, a ty chłopaka. Co za sprawiedliwość! - krzyknął uradowany, po czym szybko zasłonił twarz. - O nie, niedobrze mi. 
Na te słowa szybko pobiegłam po miednice, do łazienki. Jeszcze tego by brakowało, żeby oświnił mi całe mieszkanie - najwidoczniej los tak chciał. W moim domu teraz miałam duże dziecko, które aktualnie rzygało jak kot. 
- Maa-atko. - wydukał, próbując unormować oddech. 
Spojrzałam na okolice mojego osiedla, zauważyłam dużą grupkę - nie myślałam, że zjawią się tak licznie. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam drzwi od razu ujrzałam go, a nasze spojrzenia się skrzyżowały, po czym szybko przestąpił próg domu.
- O NATHANEK! MORDA! - jęknął Grim, łapiąc blondyna za kolana.
Wszyscy ustawiliśmy się w kółku. 
- Co mamy z nim zrobić? - spytałam, patrząc po wszystkich. 
- Mnie się pytasz? - spojrzał na mnie znacząco. - Narobiłaś bałaganu, teraz sprzątać.
- Nathan. - zagniła go Diana, dodając. - Nie możemy tego zostawić w takim stanie. 
- Musimy go jakoś przenocować. - palnął Max, patrząc jak Steve kurczowo trzyma się miedniczki.
- Jak?
- Widziałem, że masz domek na drzewie... 
- No nie ma mowy! - krzyknęłam łapiąc się za głowę. 
- Widzisz lepsze rozwiązanie? - warknął w moją stronę. - Czemu jesteś taka trudna, co? 
- Proszę, proszę... - sapnęłam. - Największą rzeczą, która była trudna to zachowanie normalności w tym związku... zupełnie jaby nas nie było, ciebie nie było!
- Dosyć. - huknął Axel. - Zachowujecie się jak dzieci, wystarczy, że mamy tutaj aktualnie jedno. 
- Domek to najlepsze rozwiązanie... - sapnęła Diana, lekko klepiąc mnie ku pokrzepienia. - ...przykro mi. 
- Ooo, señorita! - mamrotał Steve, kładąc się na kolanach Diany. 
- O matko...  - brunetka wzdrygnęła się na jego widok. - Do czego to doszło...
- Dobre pytanie, Dan. - wstał szybko Nathan. - Może też wspomnisz kto ten związek rozwalił? 
- Który już raz... - odburknęłam.
- Nie pochwalisz się? - klasnął w dłonie. - Każda dziewczyna powinna być jak Holly!
- Przestańcie. - do konwersacji wtargnął Max.
- Nie wtrącaj się! - krzyknęliśmy równocześnie. 
- Może... Carson pomożesz mi z nim? - powiedział Blaze, patrząc na bruneta tym wzrokiem. 
- Mogę z wami? - jęknęła przerażona Diana i nim się zorientowałam, okazało się, że zostaliśmy sam na sam. 
Między nami nastąpiła głucha cisza.

* Nathan's POV *



Tak, tak - najlepiej. Zawsze marzyłem wracać do zamkniętych rozdziałów takich jak te - nie ma to jak wracać do swojej byłej by ratować jej dupsko przed rodzicami. Mam dość tego dnia, tej dziewczyny, uczucia żalu i gniewu -  po prostu tego wszystkiego. 
- Czy musimy tam iść? - jęknąłem, zatrzymując się.
- Daj spokój.. - urwała Diana. - Dobrze wiesz, że ty też jesteś zamieszany.
- Załatwimy to szybko, stary. - uciął Axel, klepiąc mnie po ramieniu. 
- Rozchmurz się! - usłyszałem Max'a.
- Daruj sobie. - burknąłem smętnie. 
Nie minęło dziesięć minut i a my znaleźliśmy się w pobliżu jej osiedla. To było jedyne tak spokojne osiedle w Inazumie, żadnych bijatyk, dresów, pijaków - po prost nic, błogie n i c. Zadzwoniłem zdecydowanie dzwonkiem i czekałem, aż otworzy. Widząc mnie zdziwiona otworzyła drzwi szerzej. Obdarzyliśmy się na sekundę spojrzeniem i wepchałem się do środka. Tam zastałem Grima, który żył we własnym świecie. Brunet widząc mnie, przeczołgał się z kanapy i złapał mnie za kolana.
- O NATHANEK! MORDA! 
Zacząłem się mimowolnie śmiać. Ludzie pijani są na ogół śmieszni, tak? Jasne, jest mi go szkoda - ta myśl nazbierała w moje wnętrze pokład ogromnego poczucia winy. Stanęliśmy w kółku i obserwowaliśmy go jakby był jakimś rzadkim gatunkiem.
- Co mamy z nim zrobić? - spytała patrząc po wszystkich. 
- Mnie się pytasz? - spojrzałem na nią znacząco. - Narobiłaś bałaganu, teraz sprzątać.
- Nathan. - trzasnęła mnie w ramię Diana. - Nie możemy tego zostawić w takim stanie. 
- Musimy go jakoś przenocować. - palnął Max, patrząc jak Steve kurczowo trzyma się miedniczki.
- Jak?
- Widziałem, że masz domek na drzewie... 
- No nie ma mowy! - krzyknęła łapiąc się za głowę. 
- Widzisz lepsze rozwiązanie?  Czemu jesteś taka trudna, co? 
- Proszę, proszę... - sapnęła poirytowana. - Największą rzeczą, która była trudna to zachowanie normalności w tym związku... zupełnie jakby nas nie było, ciebie nie było!
- Dosyć. - huknął Axel, a wszyscy zamilkli. - Zachowujecie się jak dzieci, wystarczy, że mamy tutaj aktualnie jedno. 
- Domek to najlepsze rozwiązanie... - sapnęła Diana, lekko klepiąc ją ku pokrzepieniu. - ...przykro mi. 
- Ooo, señorita! - mamrotał Steve, kładąc się na kolanach Diany. 
- O matko...  - brunetka wzdrygnęła się na jego widok. - Do czego to doszło?
- Dobre pytanie, Dan. - podłapałem jej słowa. - Może też wspomnisz kto ten związek rozwalił? 
- Który już raz... - odburknęła Holly, przewracając oczami.
- Nie pochwalisz się? - klasnąłem w dłonie. - Każda dziewczyna powinna być jak Holly!
- Przestańcie. - do konwersacji wtargnął Max.
- Nie wtrącaj się! - krzyknęliśmy równocześnie. 
- Może... Carson pomożesz mi z nim? - powiedział Blaze, patrząc na bruneta tym wzrokiem. 
- Mogę z wami? 
Nienawidzę kiedy tak robią, nim się obejrzałem już ich nie było w pomieszczeniu. Po co to robią? Przecież wszystko z nią sobie wyjaśniłem i nie chcę poruszać tego tematu jeszcze raz. Tymczasem patrzyliśmy sobie prosto w oczy, a po między nami panowała głucha cisza. 
- Milczysz? - sapnęła, krzyżując ręce na piersi. - Miałeś mi przed chwilą tyle do powiedzenia. 
- Wolę cię nie ranić wyzwiskami, które aktualnie mi się kłębią w głowie. 
- O jaki kochaniutki. - westchnąłem głęboko i usiadłem na kanapie.
- Jeśli zamierzasz się ze mną bawić to lepiej nie ciągnąć tej rozmowy. - skwitowałem ją, wyciągając telefon. 
- Doprawdy? - jęknęła. - Porozmawiaj ze mną choć raz szczerze.
Podszedłem do niej.
- Szczerze? Z Tobą? - sapnąłem, przybliżając się do niej. - Wyczerpaliśmy temat, nie pamiętasz
- Może ja zadam ci pytanie. - pchnęła mnie na kanapę. - Gdzie byłeś, kiedy cię potrzebowałam? A no tak, na boisku. Kiedy chciałam się przytulić to została mi tylko poduszka. 
- Powiedz mi coś czego nie wiem, Holly.
- Wtedy ze Steve'em... to była chwila słabości. - zagryzła dolną wargę. - Zrozum, że tęskniłam za Tobą. 
- Chcesz powiedzieć... że miałaś zamiar postawić ultimatum? - spytałem zszokowany.
- A co byś wybrał? 
Jest w tym ziarnko prawdy - niestety. Podczas turnieju owszem, spędzałem z nią czas, ale zbyt krótko. Za to więcej ganiałem po boisku. Ale to nie zmienia faktu, że mogła mi powiedzieć o tym w każdej chwili. I uwierzcie mi, nie odprawiłbym ją z kwitkiem w tej sprawie. Ultimatum tu nic by nie poradziło, za pewne przez to nasz związek by się skończył. Ale nie gdybajmy, stwierdźmy fakty - to ona mnie zdradziła i kłamała w żywe oczy. Moje zaufanie zostało  naderwane na tyle, że nic nie jest w stanie je odbudować. 
- Gdybyś mnie na prawdę kochała... nie stawiałabyś mnie w tej sytuacji. - spojrzała na mnie zaskoczona.
Podszedłem do okna zobaczyłem, że wracają - wtedy dziękowałem Bogu, że nie muszę ciągnąć tej ciężkiej gadki.
- Dziękuję. - urwała, uśmiechając się w naszą stronę.
A my udaliśmy się w drogę powrotną. 
- I jak? - wyrwał się Max.
- Wszystko sobie wyjaśniliśmy... - odparłem, zakładając ręce za głowę. - Nic nowego nie wleciało do woreczka.
- Jak się czujesz? - zagadnęła Diana, łapiąc mnie za ramię.
- Teraz wiem, że dobrze zrobiłem. - poklepałem ją po ręce. - Czas zamknąć ten rozdział na zawsze.

* Jude's POV *



Właśnie czytałem książkę "Dary Aniołów" kiedy zadzwonił mój telefon. Chwyciłem go i się przeraziłem. Zobaczyłem na wyświetlaczu imię David. Na samą myśl o tym, co się z nimi dzieje - zdrętwiałem. Po chwili niepewnie nacisnąłem zieloną słuchawkę.
- Halo?
- Sharp. Jude.
- David? Co się dzieje?
- Mamy meczyk paa-anie... 
- Jak to?
- A tak to... dziś. Nie bądź mięczak i przyjdź. 
- Czekaj, co? 
- A najlepiej weź z Inazumą... Resztę informacji, dostaniesz jutro. - i nim zdążyłem zareagować, rozłączył się. 
Złapałem się za głowę. Dobrze wiedziałem w jakim stanie odurzenia są moim przyjaciele, oznaczało to, że nie może się ten mecz odbyć. Targały mną ogromne wyrzuty sumienia, gdyż ja do tego doprowadziłem. Sam żyłem swoimi problemami i tak po prostu zostawiłem ich jak potrzebowali mnie najbardziej na świecie. Ale przecież to dla nich dołączyłem do Inazumy. Moim celem było to abym godnie pomścił moją drużynę, a przede wszystkim podarować ból z jakim zmagając się moimi przyjaciele. Zawładnęła mną wściekłość, trzasnąłem książką w ścianę. Wtedy kiedy wszystko się 
u mnie układało, kiedy znalazłem siebie i swój wewnętrzny spokój - tam trwało ich prywatne piekło. Nie mogę w to uwierzyć, że byłem tak ślepy. Roztrzepany i rozdarty pokładem uczuć szybko ubrałem kurtkę i wyszedłem z domu. Postanowiłem pójść z tym do Marka, gdyż ta sytuacja wymyka się z moich rąk nadzwyczajnie szybko. On jeden tak na prawdę potrafi mnie uspokoić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Kiedy wszyscy we mnie nie wierzyli - to on bronił mojego imienia i pozwolił udowodnić, że tkwi we mnie dobro. Skierowałem się w stronę parku, przechodząc przez niego zauważyłem, że ktoś mnie szpieguje. Na początku zignorowałem to, ale po chwili poczułem się dziwnie, dlatego też przyśpieszyłem kroku. Tajemnicza postać stała za drzewem i przemieszczała się cicho i zwinnie jak pantera za mną. Zacząłem w pewnym momencie biec, kiedy dotarłem do furtki Evansów odetchnąłem z ulgą. Jeszcze przez chwilę oglądałem się na boki, upewniając się czy szpieg zniknął i wszedłem niepewnie do domu. W wewnątrz domu, w kuchni krzątała się pani Evans, przywitałem się z nią i podążyłem schodami do pokoju Marka. 
- Jude? - spytał, leżąc na łóżku. - Co ty tu...
Zanurzyłem ręką w moje włosy i przysiadłem się obok niego. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, już wiedział, że to nie jest błaha sprawa. 
- Właśnie... - próbowałem zaczerpnąć oddech.
- Stary, mów. - zażądał, patrząc mi się w oczy. 
- Pamiętasz, jak ci mówiłem... o tym, że Dark pierze mózgi moim przyjaciołom? - pokiwał niepewnie głową. - Właśnie dzwonił do mnie David. 
- Co powiedział? - wstał powoli z łóżka i przysiadł się obok mnie.
- Brzmiał bardzo dziwnie. - sapnąłem. - Kazał stawić się w Akademii, na mecz... mam przyjść wraz z Inazumą. 
Brunet jeszcze przez chwile mi się przyglądał. Jakby badał albo szukał odpowiedzi na mój problem. Jednak ten wzrok był świdrujący - oznacza to, że coś jeszcze chce ode mnie wyciągnąć. 
- Rozumiem.. ale powiedz, czemu w twoim głosie słyszę jakbyś się obwiniał za to wszystko?
- Nie obwiniam się, okej?! - wrzasnąłem. 
- Ech... 
- Przepraszam.... - urwałem, przecierając twarz. - Ale... taka jest prawda. Gdybym ich nie zostawił i nie ruszył dalej ze swoim życiem... gdybym ciebie nie spotkał.
Jego oczy nagle pociemniały, złapał mnie mocno za ramiona. 
- Do czego zmierzasz? 
- Myślę, że...
- Człowieku, to nie twoja wina! - nawet nie pozwolił mi dokończyć zdania. - Obarczanie siebie winą nie jest rozwiązaniem problemu. 
- Tylko to mi pozostało stary.. - jęknąłem.
- Trzeba powiedzieć sobie jasno to wina Darka. - uciął mnie szybko. - Wiesz jakim jest człowiekiem, z ludzi robi pacynki w mgnieniu oka. Czy to by coś zmieniło... gdybyś tam został? Wątpię. 
- No co? Czemu ty mi się nie stawiasz? - spytał, uśmiechając się. 

* Axel's POV *



Spojrzałem na zegarek, jest dwudziesta druga, a ja nie mogę zasnąć. Po tej całej akcji z podpaleniem nie mogę normalnie funkcjonować. Postanowiłem podjąć własne działania - właśnie w tej chwili. Powoli i bezszelestnie zszedłem łóżka, założyłem na siebie bluzę i spakowałem latarkę, sznur i innych ważnych rzeczy. Pierwszą myślą jaką mi się napatoczyła był Dark, który jest moim głównym podejrzanym od wielu lat. Tylko taki człowiek jak on był w stanie posunąć się do czegoś innego - dobrze wiecie do czego jest zdolny. Pewny, że Diana spała w najlepsze szybko się wymknąłem. Byłem już blisko drzwi, chwyciłem za klamkę i nagle w przedpokoju nastała jasność. 
- Gdzie się wybierasz? - usłyszałem jej zaspany głos. 
Odwróciłem się powoli w jej stronę.  
- Myślałeś, że się nie domyślę? - podeszła do mnie i ujęła moją twarz.-  Axel, kochanie myślisz, że jestem głupia
- Przepraszam.
- Ja rozumiem, że to nie może poczekać. - sapnęła - Ale... robić to beze mnie? 
- Ty nie idziesz. - burknąłem, nakładając plecak. - To niebezpieczne.
- O ile zakład? - i nim się spostrzegłem już nakładała na głowę czarny kangur swojej bluzy i białe vansy. Blaze, idioto przecież dla Dan nie istnieje słowo n i e.  Pokręciłem głową z niedowierzaniem, razem więc wyszliśmy z domu. Udaliśmy się więc w kierunku Akademii, by wykluczyć lub potwierdzić to czy Dark maczał w tym swoje palce. Szliśmy ciemnymi uliczkami miasta, niby Inazuma to spokojne miejsce - ale zawsze nie wiadomo kto się może napatoczyć. 
- Aua... to boli. - jęknęła, kiedy mocniej ścisnąłem jej rękę. 
- Przepraszam... - pogładziłem jej rękę.
- Nie baw się w opiekunkę. 
- Albo przestaniesz zrzędzić albo zabieram cię do domu. - warknąłem w jej stronę, a dziewczyna ucichła. 
Kiedy dotarliśmy pod budynek zobaczyłem coś co mnie zadziwiło. Przed Akademią stało ze trzech napakowanych kolesi, którzy pilnują królewskiej fortecy. Szybko schowaliśmy się w krzakach. Budynek był na maksa oświetlony więc nie było mowy o tym, aby się tam niepostrzeżenie wemknąć. 
- Okej.... mam plan. - z moich myśli wyrwała mnie Diana. 
Wtem zaczęła się drzeć jak przerażona. Ochroniarze ruszyli za głosem, a po chwili i światła zgasły. 
- Moje bębenki. - podsumowałem, otwierając drzwi. 
Na szczęście kamery nas nie zauważyły. Ponownie usłyszeliśmy jakieś głosy i schowaliśmy się tym razem w szatni. 
- Dobra, teraz musisz mi dać coś mocniejszego. - zażądał ten dobrze znany mi ten chrypliwy głos. 
- Ray, nie możesz tyle pakować w te dzieciaki! - odparł, przerażony głos. - To szaleństwo. 
- Mam to gdzieś. - nagle głos Raya przygniótł przerażony głos do ściany. - Dawaj dawki albo żona dowie się o twoich wypadach.
- Nie ośmielisz się....
- Więc jak? - mężczyzna tylko głęboko westchnął na to. 
Wychyliłem się trochę, wtedy zauważyłem, że mężczyzna przekazuje mu biały proszek - a więc, dał mu to o co prosił. On na wszystkich ma jakieś haczyki, panuje nad ludźmi - jakie to zadziwiające i przerażające jednocześnie. Nagle zauważyłem Davida i Joe'go, wyglądali na zmęczony, a ich twarze były blade, dodatkowo mieli wielkie worki pod oczami - wyglądali jak trupy. 
- Chodźmy za nimi. - odparła, ciągnąc mnie za rękę. 
Tak jak rozkazała tak zrobiliśmy, gdy tylko opuścili Akademię podążyliśmy za nimi.
- Rozdzielmy się. - palnęła, obracając się aby nie stracić celu z oczu.
- To ryzykowne... - jęknąłem, łapiąc się za kark. 
- To nasza jedyna szansa by cokolwiek się dowiedzieć... - złapała mnie za rękę i popatrzyła znacząco. - Zaufaj mi.
- Niech ci będzie. - przewróciłem na nią oczami. 
Pocałowaliśmy się i każde udało się za swoją zdobyczą.

* Diana's POV *



Widzą Joe'go i Davida, postanowiłam nie zwlekać.
- Chodźmy za nimi. - pociągnęłam go za rękę. 
Tak jak powiedziałam tak zrobiliśmy, gdy tylko opuścili Akademię podążyliśmy za nimi.
- Rozdzielmy się. - palnęła, obracając się aby nie stracić celu z oczu.
- To ryzykowne... - jęknął, łapiąc się za kark. 
- To nasza jedyna szansa by cokolwiek się dowiedzieć... - złapałam go za rękę i popatrzyłam znacząco. - Zaufaj mi.
- Niech ci będzie. - przewrócił oczami. 
Pocałowaliśmy się i każde udało się za swoją zdobyczą.
Jakie to pogmatwane, czuje się jakbym grała w jakimś kryminale i śledziła morderce dzieci. Tymczasem podążałam za nim, na moje szczęście Joe jeszcze mnie nie zauważył - to dobrze. Przeraziłam się, gdyż chłopak zaczął podążać w jakieś ciemne, nieznane uliczki. Czułam tak wielki dreszczyk emocji jak nigdy. Chłopak się obrócił, rzuciłam się w krzaki. Kiedy usłyszałam jak kroki się oddalają, powoli wyszłam i obserwowałam jego poczynania. W pewnym momencie zauważyłam, że Joe się zatrzymał. 
- Kto tam jest? - krzyknął, rozglądając się wokół.
O nie, nie! Tylko nie to! Oby mnie nie wykrył, bo wtedy marny mój los. Zatkałam twarz i próbowałam nie oddychać, a wszystko po to, aby się nie domyślił. 
- Słyszałem kroki! - warknął, podchodząc do kosza na śmieci, za którym byłam. - Właź!
Jeszcze chwile czekał, aż jego stalker (ja) się ujawni, następnie szedł dalej. Podziękowałam losowi, za oszczędzenie, teraz wiem, że, muszę być ciszej - nie chce dostać łomotu. Zdałam sobie sprawę, że to nie ten sam Joe, którego znałam. Wiadomo, że był cwaniakiem i łobuzem, ale na dziewczynę by ręki nie podniósł. Teraz był otumaniony i nie działał racjonalnie, tymczasem on skręcił w lewo, przylepiłam się do pobliskiej ściany. 
- Ty. - usłyszałam stanowczy głos Kinga. 
Wyjrzałam na chwilę zza ściany, moim oczom ukazał się zatrwożona twarz Jude. Cicho jęknęłam, gdyż byłam bezsilna w tej sytuacji - co robić, co robić? Spojrzałam jeszcze przez sekundkę na nich, aby się upewnić. Ukradkiem widziałam jak Joe ze swojej bluzy wyciąga pistolet. I wtedy wiedziałam, że to na pewno nie skończy się dobrze. 
- Odstaw to. - zażądał zdecydowanie Jude. - Proszę.. 
- Dlaczego? Trzeba cię usunąć stąd! - - krzyczał Joe, a jego ręka drżała. - To przez ciebie! Ten cały koszmar! Opuściłeś nas!  
- To nie tak jak myślisz... - jąkał się Jude, powoli się wycofując 
Odwróciłam  wzrok i wtedy w moich uszach rozbrzmiał ostry dźwięk - strzał. A ja zamarłam, przede mną mignął Joe, który przerażony uciekał z miejsca swojej zbrodni. Bez zastanowienia podążyłam do Jude'a, a moim oczom ukazał się horror. Brunet leżał na ziemi, jego klatka piersiowa ledwo się unosiła, a wokół było pełno krwi. Podeszłam do niego bliżej, kucnęłam - tak jak myślałam, pocisk trafił w brzuch. Cała we łzach próbowałam zahamować krwotok, dlatego zdjęłam swoją bluzę i przyłożyłam do jego brzucha. 
- Dianka nie chce umierać! - wrzasnął, łapiąc mnie za rękę. 
- Cicho... 
- Gdzie jest Joe? - wymamrotał, a jego oczy powoli się zamykały. - Nie znikaj Dan....
- Jude... za wszelką cenę nie zasypiaj i nie zamykaj oczu! - klepnęłam go w niemalże siną twarz, a chłopak ledwo otworzył powieki.
- Nie wiem czy dam radę... - uśmiechnął się blado, po czym zaczął kaszleć. - ...ale spróbuję.
- Dzwonię po pogotowie... trzymaj się. - złapałam go mocno za rękę. - Jestem tutaj przy tobie i zawsze będę. 

okej, czas w końcu to powiedzieć.
zaniedbałam bloga i to strasznie. 
jest mi z tym tak strasznie głupio. 
zawiodłam was i to bardzo. 
nowa szkoła i obowiązki, sprawiły
że stałam się coraz leniwsza 
ale teraz mam zamiar wziąć dupę w troki
i ruszyć coś z tym moim blogiem.
ojejciu! 
przede wszystkim powiedzieć DZIĘKUJĘ!
ten blog ma już roczek. :")
nie wierzę, że jest na nim ponad 2000 wyświetleń.
nigdy nie myślałam, że aż tyle was będzie.
to napełnia mnie taką dobrą energią! ^^
nie zmarnuję tego!
trzymajcie się! :3 <333

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz