Rozdział:45
- Ciekawe... - przewrócił na mnie oczami.
- Pewnie ma twojego ojca w garści... - sapnąłem, powoli odchodząc. - Współczuję ci.
- Skąd ty...
- Szósty zmysł... - rzuciłem przez ramię. - A no i... Bobby.
Zostawiłem go skołowanego i pełnego gniewu, pomknąłem jak najszybciej się da - do szpitala. Przeleciałem na pasach na czerwonym świetle, nie patrząc na konsekwencję. Wszedłem do środka budynku, muszę powiadomić resztę. Trzeba uratować moją drużynę, a nawet całe to miasto. To wszystko jest teraz w naszych rękach."
* Mark's POV *
♫
- Za co?!
- Axel ogarnij się! Kurde, gdzie jest ten gość, którego poznałem...
- Nie musiałeś mnie walić w twarz żebym to zrozumiał, okej? - wrzasnął, łapiąc mnie za ramię.
- Chodzi o to, że nie rozumiesz... - urwałem, łapiąc się za serce, które zaczęło mnie z deka boleć. - Ale bo-oli
- Siostro! - krzyknął zatrwożony Axel, a wtedy pani w białym fartuszku szybko podbiegła do nas.
- Jeszcze sobie o tym pogadamy.. - odburknąłem lekko zamroczony.
Po tym jak zasłabłem pani pielęgniarka nie spuszczała ze mnie oka. Dosłownie jak moja mamusia siedziała przy mnie i bacznie obserwowała moje ruchy. Mniejsza z tym, teraz moje myśl zajmowała jedna osoba, Axel. Pamiętam jak kiedyś wzbudzał strach we wszystkich napotkanych przez siebie ludzie, każdy się go bał... A teraz? Stał się melancholikiem, ale cóż tak to jest kiedy ma się swoją dziewczyną, która ma niezły temperament i zawsze wprowadza cię niemal do groby - to trudno być twardym. Tymczasem pielęgniarka popatrzyła mi prosto w oczy. Czy mi tam jedzie jakiś czołg? Zacząłem się z tego wszystkiego śmiać na cały głos. Inni pacjenci pewnie pomyśleli, że mam lekkie kuku na muniu. Nagle do sali wpadł roztrzepany Sharp, wybiegłem mu na przeciw.
- Ej, wracaj na miejsce! - krzyknęła "opiekunka", łapiąc mnie za rękę.
Popatrzyłem na nią tym spojrzeniem. Skoro Nelly na to leci, więc czemu inne miałby się mi nie oprzeć? Kobieta się zarumieniała.
- Ma cherie, to tylko minutka... zaraz wrócę. - sapnąłem, puszczając jej oko.
Wyszliśmy na korytarz. Patrząc na jego twarz, już widać, że coś się stało, skoro tutaj przybiegł to musi być to ważne.
- Okej... o co chodzi? - spytałem, patrząc jak ten przechadza się powoli po korytarzu.
- Szedłem właśnie do szkoły... kiedy ku mojemu zaskoczeniu zastałem ją spaloną na wiór.
- To niecodzienny widok.... - wtrąciłem, kiwając się na boki. - W sumie, kiedyś miałem takie marzenia.
- W każdym razie... - kontynuował. - Zauważyłem wtedy Caleba, skubany już chciał uciec, ale dogoniłem go...
- I co dalej? - Powiedział, że po części wie... kto spalił naszą szkołę.
Szybko podniosłem się z miejsca i złapałem go za ramiona, spojrzałem mu prosto w oczy.
- Kto to? - zadałem pytanie, które każdy z nas trzyma w swojej głowie, a nie znajduje odpowiedzi.
Tak jakbym się bał, że prawda ucieknie przede mną.
- Dokładnie nie wiem.... - pokręcił głową. - Mówił, że oni nie są stąd, mieli jakieś przebrania i wyglądali na jakąś sektę... ale....
- Tak? - widziałem, że coś jeszcze nim miotało.
- Dark faszeruje moją całą drużynę jakimś świństwem. - zacisnął pięści. - Kurde, to moja wina.... Zapomniałem o nich... Ja nie wiem.
- Opamiętaj się! - zacząłem nim potrząsać. -Włączył ci się taki sam moduł jak Axel'owi? Czemu każde zło na tej ziemi kładziecie na własne ramiona?
- Fakty są nie podważalne.. - urwał, drapiąc się po głowie.
- Takie fakty są nic nie warte... - odparłem, kaszląc. - Od tego macie przyjaciół, zawsze wybijemy wam takie głupoty z głowy.
Spojrzałem na swoją rękę, cholera... kaszlę krwią. Co jest.... Obraz zaczął się dziwnie zamazywać, a ja odpłynąłem.
* Axel's POV *
♫
Tik-tak, tik-tak - czas nadal tyka. Tymczasem ja przyglądałem się wielkiemu zegarowi na białej ścianie, mogłem się z nim łatwo utożsamić, tak samo jak ja - stoimy w miejscu i czekamy na przebieg zdarzeń, tylko ja tykam i wiszę na krześle czekając na cud, nagle przybiegł do mnie Jude.
- To prawda? - wrzasnął, tarmosząc mną we wszystkie strony.
- Co cię to obchodzi? - odparłem wkurzony, że kolejny raz ktoś mnie mi koszulę. - Gdybyś był dla niej troskliwy, to byś stał na moim miejscu.
- Axel, nie wyciągaj teraz starych brudów, okej? To zły moment....
- A kiedy będzie właściwy? - wzruszyłem ramionami. - Byłeś gnojem dla najwspanialszej dziewczyny na świecie... gdyby nie ona, nie mielibyśmy takich relacji...
- Tak nie byłem dla niej dobry, okej? To chcesz usłyszeć? - sapnął. - Nie chciałem, żeby się to tak skończyło. Wiesz kogo to sprawka? Wiem, że to głupie zwalanie na kogoś winy, ale to zasługa tego dupka Darka....
Niepostrzeżenie walnąłem go w twarz - naprawdę, wolałbym kiedy indziej o tym porozmawiać.
- Nie teraz Sharp, proszę cię... - jęknąłem, łapiąc się za obolałą rękę.
- No shit, Axel. - spojrzał na mnie poirytowany. - Po co zaczynałeś ten temat?
- Przepraszam.. - chłopak obtarł krew lecącą z jego nosa.
- Mark ma rację... oboje zwariowaliśmy...
- O czym ty mówisz? - spytałem, unosząc brew do góry.
- Życie zmienia ludzi, Axel. - odparł, siadając obok mnie. - Nie widzisz tego? Kiedyś byliśmy twardzi jak skała, a jedna dziewczyna wydarła z nas wszystkie siły... teraz jesteśmy zwykłymi ciapami...
- Może i racja, ale można do tego powrócić, nie? - pokiwałem głową na jego słowa. - Dawaj rękę.
- Co ty wyprawiasz? - spytał śmiejąc się.
Złapałem jego rękę i zacisnąłem, starłem jego krew i naznaczyłem nasze ręce.
- A teraz przysięgnij, że wracamy do dawnego ja...
- To dziecinne. - prychnął.
- Ciii.... Teraz to przysięga krwi to poważne. - spojrzałem na niego znacząco. - Obiecujesz?
- Dobra... - pokręcił głową. - ...obiecuję.
Poklepałem go po plecach.
- Nie przyleciałeś tu bez powodu.... - spojrzałem na niego uważnie. - Wiadomo ci coś na temat spalenia? Jakieś dowody?
- Skąd ty...
- Ha, nie trudno cię rozszyfrować. - klasnąłem w dłonie. - Jak zresztą każdego z was.
- Sherlock Holmes... no tak. - strzelił ręką w kolano. - Caleb Stonewall powiedział mi, że nasi podpalacze to jakaś sekta, która prawdopodobnie nie jest stąd.
- Iiii?
- To wszystko?
- To wszystko.... przepraszam, ale to nie jest teraz najważniejsze. - westchnął głęboko. - Dark truje moją drużynę. Nie wiem czym...
Zamyśliłem się. Musiałem złożyć puzzle do kupy. Sekta? Dark? Zatrucia? - wszystkie te myśli brzmią podejrzanie. Czyżby zemsta Zeusa? Tylko oni mi przychodzą do głowy, w końcu pogrążyliśmy ich i odebraliśmy ich godność. Ale nie mogę tak szybko wydawać osądu, najpierw trzeba będzie przeprowadzić śledztwo. Nagle z drzwi wyszedł lekarz Jefferson.
- Wybudziła się... - i zanim skończył mówić, wbiegłem do sali.Spojrzałem na nią, leżała spokojnie, na jej twarzy widniał blady uśmiech, a jej włosy były rozłożone na całą poduszkę.
- Przepraszam, czy moglibyśmy zostać sam na sam?
* Nelly's POV *
♫
- Kochanie, zajrzyj choć antybiotyk! - krzyknęła matka z góry.
- Nie mam na to czasu! - odkrzyknęłam jej, czesząc włosy.
Kiedy tylko się dowiedziałam o tym co się wydarzyło z naszą szkołą, to nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Przecież na co dzień nikt nie podpala szkoły od tak. Co najgorsze mój ojciec został bez pracy, a ja zostałam pozbawiona tytułu przewodniczącej szkoły. A to nie koniec złych wieści - połowa uczniów z naszej szkoły jest w szpitalu. Nie, nie mogę leżeć przykryta kocykiem na kanapie, popijając kakałko i czytając książkę. Muszę się zobaczyć z Markiem. Słyszałam, że z nim krucho, słabnie i wymiotuje krwią, w tym wypadku moim obowiązkiem jest przy nim być. Przebiegłam się do łazienki, wykąpałam się i pomalowałam. Wyjęłam losowe ciuchy z szafy, w pośpiechu nałożyłam na siebie płaszcz i wyszłam. Miałam do szpitala niedaleko, więc postanowiłam się do niego przejść pieszo. Gdy byłam na miejsca, podeszłam do recepcji.
- Mark Evans, gdzie on jest? - spytałam, a kobieta przy biurku wyjrzała z pod wielkiej sterty papierów.
- Niestety, nie możemy....- Słuchaj pani, przyszłam tu aby zobaczyć się z moim chłopakiem... więc proszę mi tego nie utrudniać, dobrze? - kobieta obdarzyła mnie zimnym spojrzeniem.
- Sala numer trzydzieści. - a ja skierowałam się do tej właśnie sali. Po odgłosach słyszałam, że jest dość nieciekawie, otworzyłam drzwi z rozmachem.
- Co pani wyprawia? - zerwała się jedna z pielęgniarek, szybko podbiegłam do jego łóżka.
- Pp-proo-oszę o pięć minut. - odparł zachrypnięty Mark.
Spojrzałam na niego, był w opłakanym stanie - jego twarz była zupełnie blada, na jego ustach znajdowała się resztka krwi.
- Kochanie, co ty tu robisz? - spytał, przykładając rękę do mojej głowy. - Masz gorącą głowę... Możesz mieć gorączkę..
- To mniej ważne... - odsunęłam jego rękę. - Najważniejsze jest to, że tutaj jestem.
- A dla mnie najważniejsze abyś i ty była zdrowa! - podniósł głos.
- Czy lojalność to nie jest jedna z cech udanego związku? - sapnęłam. - Oto jestem i nigdzie się nie ruszam.
- W takim razie... chodź tu. - jęknął, przyciągając mnie na swoje łóżko. - Jesteś chora wiesz o tym?
- I kto to mówi? - odparłam, śmiejąc się w głos.
Chłopak ucałował mnie w czoło, chwilę tak leżeliśmy, aż do sali nie wpadła pielęgniarka.
- Okej, czas na badania. - odparła, patrząc na nas dziwnym wzrokiem.
- Spotkamy się potem, dobrze? - odparł, trzymając mnie za rękę. - Musimy iść. - burknęła, delikatnie przycisnął moje usta do swoich.
Wraz z pielęgniarką odjechał na wózku z sali. Muszę sprawdzić co zresztą. W każdym razie - dopóki go nie wypuszczą stąd, nie mam po co wracać do domu.
* Diana's POV *
♫
- Dzień dobry! - usłyszałam nagle głos doktora. - Budzimy się, halo!
Otworzyłam sklejone powieki, a jego głos poraził moje uszy, które w tym momencie chciały uschnąć na wiór. Mimo wszystko, cieszę się, że wygrałam kolejną walkę o życie. Uśmiechnęłam się sama do siebie i odetchnęłam z ulgą, powoli zaczęłam wstawać. Wiedziałam, że muszę z nim porozmawiać.
- Co to... to nie. - odparła pielęgniarka, łapiąc mnie za ramię. - Dopiero co się pani wybudziła... jest pani słaba.
- Tak to prawda. - burknął doktor, patrzeć na moją kartę. - Wyniki są w normie, ale dla bezpieczeństwa pozostawimy cię na co najmniej kilka godzin.
- Ale...
- A teraz idę powiadomić swoich bliskich, że się obudziłaś. - westchnęłam ciężko i upadłam bezradna na poduszkę.
- Wybudziła się... - i zanim skończył mówić, on wbiegł do sali.
Posłałam mu blady uśmiech, a ten szybko do mnie podbiegł i przytulił do siebie.
- Przepraszam, czy moglibyśmy zostać sam na sam? - wszyscy pokiwali głowami i wyszli.
- Diana! - krzyknął, łapiąc mnie za rękę. - Twarda z ciebie sztuka.
- Słyszałam wszystko. - spojrzał na mnie zdziwiony. - To co do mnie mówiłeś... Jak możesz uważać, że nie jest dla mnie idealny? Obwiniasz się za to czego spodziewać się nawet ja nie mogę...
- Skarbie, nie teraz...
- Właśnie, że teraz! - odparłam, patrząc na niego znacząco. - Nie mogę tego zostawić... Cholera, kocham cię i chcę żebyś szczęśliwy.
- Dobrze. - westchnął, patrząc na mnie rozbawiony. - Mów.
- Z czego rżysz? - palnęłam go w ramię. - To nie jest wcale śmieszne. Blondyn nic sobie z niego nie robił, ponieważ nadal wydawał z siebie melodyjny śmiech. W sumie dawno nie słyszałam tego dźwięku.
- Skądś to słyszałem...
- Słucham? - odparłam zdziwiona.
- Jakbym słyszał twojego brata.. - pogłaskał mnie po dłoni.
On chyba jeszcze nigdy nie był tak rozbawiony, kiedy już się uspokoił, to złapał mnie za ręce.
- Nareszcie... tutaj się poważne rzeczy odbywają, a ten się cieszy jak nie wiem co!
- Powracam kochanie. - odrzekł, całując mój nosek.
- Obiecaj, że...
- Jak tylko cię stąd wypiszą to obejmuję całkowite prawa rodzicielskie nad tobą.
- Jeśli to ma sprawdzić uśmiech za którym tęskniłam... to zgadzam się. - odparłam, całując go w usta.
Wtedy wpadli do nas kolejno Nathan, Max, Bobby i Eric.
- O fu! - krzyknął Max, chowając się za Bobby'ego.
- Przepraszamy, że zawracamy wam gitarę, ale chcieliśmy powitać powstałą z żywych! - powiedział Nathan uroczyście.
- Misja! Musimy teraz jakoś ich wypisać! Chodźcie! - krzyknęli wypadając z sali.
Axel wziął mnie na ręce i pobiegliśmy za nimi.
- A wy dokąd? - wrzasnęła pielęgniarka, machając rękami, abyśmy się zatrzymali.
Przy recepcji stała cała nasza paczka, nawet Marka wywieźli na wózku. Po paru minutach udaliśmy się każdy do swoich domów.
* Nathan's POV *
♫
Gdy wszyscy rozeszli się w swoje strony, ja wraz z Max'em udaliśmy się na plac zabaw koło podstawówki.
- Ale akcja... - sapnąłem, biorąc łyk black'a. - Kto by pomyślał....
Spojrzałem na Max'a był dziwnie niespokojny. Zawsze mu się gęba nie zamyka, a teraz niespodziewanie zamilkł, dźgnąłem go w bok.
- Ale co? - spytał rozkojarzony.
- Jajco, palancie. - palnąłem go w głowę, a z jego głowy zjechał czarny kapelusz. - Co jest?
Chłopak odwrócił wzrok ode mnie. Widać było, że coś przede mną ukrywa, toczy batalię w swojej głowie, waha czy mi to powiedzieć czy nie.
- Max? - westchnął głęboko, a na odwagę wziął spory łyk Redbull'a.
Następnie chwycił mnie za ramiona i popatrzył prosto w oczy.
- Okej, powiem ci coś co cię zaboli... - spojrzałem na niego zdziwiony. - Nawet nie wiesz jakie to trudne...
- Cholera jasna.... nie przedłużaj. - zacząłem tupać z nerwów nogami.- A zresztą... Im szybciej ci to powiem tym lepiej.
- Gadaj! - warknąłem, zgniatając puszkę.
- Oo-okej. - odparł lekko przerażony. - Widziałem ostatnio Holly.. znaczy się... dzisiaj ją widziałem.
- No i? - wzruszyłem ramionami.
- Nathan, przestań zadawać głupie pytania! - odparł poirytowany, faktem, że mu przerywam. - Chodzi o to, że kiedy ją zauważyłem, nie była sama...
- Co masz na myśli?
- Szła z jakimś gościem i.... oni poszli do łazienki. - spojrzał na mnie znacząco. - Razem. Coś mi tutaj nie pasowało, więc postanowiłem ich śledzić. Przez szparę w drzwiach zobaczyłem jak się całują.
- To niemożliwe... - złapałem się za głowę.
- A najgorsze było to... - podrapał się po głowie, poprawiając swój kapelusz. - ...że tym kolesiem, okazał się Steve.
Zamurowało mnie, nie mogę się poruszyć, a co dopiero coś powiedzieć. Czułem jak gniew przenika do mnie jak szalony, jestem zły, mało powiedzane jestem wściekły! Zdradziła mnie - moja ukochana, on mnie zdradził - mój najlepszy przyjaciel.
- Powiedz, że to jakieś żarty! - złapałem go za koszulkę.
- Chciałbym... - urwał smutno.
Myślałem, że w tej drużynie będzie można choć trochę komuś zaufać - okazuje się, że nie. Wszędzie gdzie się obejrzysz czeka na ciebie fałsz i zakłamanie. Nasz związek trwa zaledwie trzy miesiące, które były przepełnione pięknymi chwilami. Z żadną z dziewczyn, nie czułem się jak właśnie z Holly. Nawet w jakiś sposób zaczęło mi na niej zależeć. Poczułem przy niej pierwsze w swoim życiu "motylki w brzuchu", a teraz wszystko zostało stracone. Niestety nic nie naprawi tej sytuacji, gdyż dla mnie - zdrada jest nie wybaczalna. Fakt może mało co się spotykaliśmy w tygodniu, wszystko ze względu na turniej, ale po szkole od razu biegłem do niej jak piesek. Starałem się abym tego nie schrzanił, ale najwidoczniej los postarał się aby samo się to zawaliło.
- Cholera. - warknąłem, zaciskając pieść.
Brunet przestraszony odsunął się ode mnie.
- Po co ja to powiedziałem? - mamrotał sam do siebie zdenerwowany. - Jeju, jeju, jeju...
- Dziękuję ci Max. - poklepałem go po plecach.
Dobrze, że choć on jest ze mną szczery. A miałem uważać na takie dziewczyny, teraz klnę na siebie w myślach. Świadomość, że ma się kogoś dla ciebie ważnego wiąże się z odpowiedzialnością, której w pełni nie wykorzystałem. Fakt, że to nie moja wina nawet mnie nie pociesza.
- Zadzwonię do niej. - burknąłem, wyciągajac telefon.
- Co?! Stary nie... - złapałem go za rękę. - Działasz pod wypływem emocji!
- Jak nie teraz to kiedy?
- Ugh... niech ci będzie. - odpuścił. - Kurde, tylko nie mów jej, że ja ją....
- Ej, ziomuś. - sapnąłem, targając mu włosy. - Nie wydam cię, poza tym nie będę to tak załatwiał.
- Nathan...
- Spokojnie... - starałem się go uspokoić. - Spotkam się z nią.
- Człowieku, jest jedenasta w nocy. - sapnął, pokazując mi telefon, a na nim widniejącą godzinę. - Myślisz, że to odpowiednia pora na to?
- Innej nie będzie...
- Proszę cię.. - złapał mnie za ramię. - Przemyśl to...
- Ale co tu myśleć? - wyrwałem się szybko z jego uścisku. - Powiedz mi, dlaczego tak jest, że wszystkie rzeczy, o które się staram, walą się w nieoczekiwanym momencie?
- Życie to wzloty i upadki.- podsumował. - Jak to mówią... tego kwiatu jest pół światu... czy jakoś tak.
- Serio tak myślisz?
- No jasne... spójrz na siebie.
- W sumie... masz rację. - obróciłem w kółko. - Potem się będę o to martwił... teraz muszę to załatwić
Wyjąłem telefon i pośpiesznie wybrałem do niej numer.
- Holly?
- Nathan? Jest dwudziesta trzecia w nocy.. a ty do mnie dzwonisz, dlaczego?
- Spotkajmy się jutro koło placu zabaw.
- I dzwonisz tylko po to? Równie dobrze mogłeś mi o tym jutro powiedzieć...
- To ważne. Musimy pogadać....
- Co masz na myśli?
- Oj ty doskonale już wiesz. - odparłem, rozłączając się.
Wziąłem głęboki wdech i nadal wpatrzony w gwiazdy napawałem się tą piękną nocą. Lepiej się cieszyć tymi migającymi punktami na niebie póki można, bo jutro już tak wesoło nie będzie.
hehe!
nie ma to jak dodawać rozdziały, bez mojego komentarza!
brawo ja!
ale tutaj się akcja rozwija! :o
co ja robie? XD
wszyscy się nienawidzą.
ja nie wiem co ja robie :")
czyżbym stała się zawistna?
nie wiem, nie wiem.
co się stanie? czy ten związek będzie miał przyszłość?
dowiecie się tego w następnym rozdziale!
do zobaczenia! :3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz