Rozdział:44
" - Jeszcze jedno... jeśli nadal będziesz mi matkować, to nie wytrzymam. - odparł, śmiejąc się pod nosem.
- Mogłabym to samo powiedzieć o tobie.. - wtuliłam się w jego tors. - Zawrzyjmy więc pakt.
- Niech będzie... wszystko dla mojej złośnicy. - szepnął, całując moją szyję.
A do moich nozdrzy dostała się słodka nuta, poczułam jego boskie perfumy. Chyba powoli zaczniemy wracać na właściwy tor, mam nadzieję... Ale czy na długo? Oczywiście utrzymanie się na nim nie uda się bez krztyny zaufania. To będzie bardzo trudne, ale... czego się nie robi w imię miłości?"
- Mogłabym to samo powiedzieć o tobie.. - wtuliłam się w jego tors. - Zawrzyjmy więc pakt.
- Niech będzie... wszystko dla mojej złośnicy. - szepnął, całując moją szyję.
A do moich nozdrzy dostała się słodka nuta, poczułam jego boskie perfumy. Chyba powoli zaczniemy wracać na właściwy tor, mam nadzieję... Ale czy na długo? Oczywiście utrzymanie się na nim nie uda się bez krztyny zaufania. To będzie bardzo trudne, ale... czego się nie robi w imię miłości?"
* Nathan's POV *
♫
Usłyszałem po raz setny mój budzik, poirytowany tym dźwiękiem, zasłoniłem uszy poduszką, aby go nie słyszeć. Gdy zaczął mnie na tyle irytować, bym wstał i w końcu go wyłączył. Przetarłem ręką moje oblicze pogrążone w śnie. Nadal byłem mega niewyspany, nie dziwota skoro siedzi się do późnych godzin i rozmyśla się nad sensem swojego istnienia - to dla mnie normalka. Udałem się więc do łazienki, przemyłem twarz zimną jak diabli wodą i zacząłem powoli układać włosy. Po mimo moich najszczerszych starań moje włosy nadal wyglądały jakby strzelił w nie ogromny piorun. Zszedłem na dół, zastałem ciszę - ojca oczywiście nie było. Muszę sobie zrobić śniadanie, jeśli tylko mam czas, ukradkiem spojrzałem na zegarek jest ósma dwadzieścia. Dobrze, że dziś jest wtorek i mamy na 9. Gdyby nie to... dawno bym zaspał. Wsadziłem jabłko do buzi i ubrałem swoją ulubioną kurtkę moro. Zanim połknąłem choć jeden kawałek owocu, usłyszałem dzwonek do drzwi. To zapewne panicz Blaze. Zbliżyłem się do drzwi w między czasie ubierając swoje stare, czarne force'y. Moim oczom ukazał się Axel i jak zwykle był zły na mnie, że przeze mnie się spóźnimy.
- Co to jest? - spytał, wskazując na moją kurtkę.
- Aaa.. fajna no nie? - odparłem, robiąc piruet. - Zarąbałem ojcu.
- Proszę cię, wyglądasz jak rybak, który wraca z łowienia ryb. - westchnął, śmiejąc się pod nosem.
- Ha, ha, ha. Wiesz, że koszulkę Queen nosi mój starszy? - odparłem, również się śmiejąc. - Nie no niezłe wyczucie stylu, Axel.
- Przynajmniej jest wygodna. A zresztą, w co bym nie był ubrany, zawsze wyglądam bajecznie! - powiedział, idąc jak modelka na wybiegu.
- Pff, chciałbyś! Z drogi bo oto nadchodzi Nathan, Miss Japonii 2034! - krzyknąłem, chodząc jakbym miał na sobie szpilki.
Właśnie zbliżaliśmy się do szkoły, kiedy zauważyłem wielki dym unoszący się na niebie. To dziwne, ponieważ pochodził on z miejsca, gdzie znajduje się nasza szkoła. Nie minęło parę minut i znaleźliśmy się przed gimnazjum. I nim zdążyłem zdać sobie sprawę co się właśnie się dzieje, szkoła stała w płomieniach. Spojrzałem na Axel'a, który również jak ja był niespokojny i wryty w ziemię.
- Nie myślisz, że ona... - urwałem, po czym blondyn zaczął biec w kierunku karetki.
Udałem się za nim. Po mimo całej nienawiści do tego miejsca, widok szkoły w ogniu nie napawa mnie szczęściem. Świadomość, że coś mogło się stać naszym kumplom - tym bardziej. Blondyn tymczasem awanturował się przy karetce.
- Gdzie ona jest?! Diana Evans.... - krzyczał, szarpiąc się z ratownikiem. - Musi pan to wiedzieć, cholera!
Jeszcze tego brakowało, żeby się pobił z ratownikiem. Czy nie wystarczy mu, że bił się z Calebem raptem trzy dni z rzędu? Odepchnąłem go i przeprosiłem ratownika za jego nieracjonalne zachowanie zachowanie. Teraz to ja byłem tym stąpającym po ziemi, a on tym nienormalnym.
- Nathan, Axel! - usłyszałem za swoimi plecami. - Tutaj!
Okazało się, że był to Eric i Bobby, szybko podeszliśmy do nich.
- Co się stało? - spytałem szybko, patrząc z niedowierzaniem na tą ruinę, którą kiedyś nazywałem szkołą.
- Gdzie jest Diana?! - wyrwał się Axel, chwytając Erica za koszulkę. - Gadaj!
- Bobby, zaprowadź go. - polecił mu.
Gdy już odeszli, mogłem zapytać się w spokoju o co tu właściwie chodzi i jak to się właściwie stało.
- Co się tu odwaliło?
- Też chciałbym znać odpowiedź na to pytanie...
- To wydaje się nie możliwe..
- A jednak. - westchnął głęboko. - Miałem normalną lekcję matmy, kiedy spod drzwi zaczął wydobywać się dym. Usłyszałem alarm ni stąd i zowąd, kazali nam niezwłocznie wyjść. Wszędzie nastała panika. Założyli nam na twarz jakieś maski...
- A co z pozostałymi?
- Nie wiele wiem... Martwiłem się o Bobby'ego, ale chwilę po mnie i on wyszedł. Jeśli chodzi o resztę, to nie mam pojęcia... pewnie robią im badania. Za to wiem, że z Dianą jest nieciekawie.
* Axel's POV *
♫
- Nie myślisz, że ona... - mamrotał Nathan, a w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka.
No tak... Diana była lub nadal jest w szkole. Bez zastanowienia udałem się do najbliższej karetki.
- Gdzie ona jest?! Diana Evans.... - wrzasnąłem na ratownika, który mnie ignorował. - Musi pan to wiedzieć, cholera!
Już miałem mu przywalić, ale Nathan szybko mnie odciągnął od tego pomysłu.
Ale co ja poradzę? Tak strasznie się boję o nią - niech to, znowu mnie nie było i znowu jej nie uchroniłem. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego los robi sobie ze mnie jaja i wstawia na próbę moje szczęście? Przecież obiecałem jej, że ze mną nic się jej nie stanie. A tu co? Wygląda na to, że moje obietnice są nic nie warte.
- Nathan, Axel! - usłyszałem za swoimi plecami. - Tutaj!
To byli Bobby i Eric, podszedłem do nich szybko i zacząłem grać prawdziwego desperata.
- Gdzie jest Diana?! - chwyciłem koszulkę Eagle'a. - Gadaj!
- Bobby, zaprowadź go. - polecił mu zatrwożony, a ja podążałem za Bobby'm.
- Daj spokój, stary... musisz coś wiedzieć. - ale chłopak nie chciał mi nic powiedzieć.
Doprowadzało mnie do szału. W końcu podeszliśmy do tej właściwej karetki. Otworzyłem z rozmachem drzwi, a w środku zobaczyłem mojego aniołka, była w opłakanym stanie. Podszedłem do niej bliżej, otworzyła oczy i lekko uścisnęła moją rękę.
- Aa-xel. - wydukała, a z jej oczu leciały łzy. - Ko-ochaa-m ci-ę.
Nim zdążyłem odpowiedzieć dziewczyna straciła przytomność.
- Hej, co ty tu robisz? - spytał jakiś koleś. - Nie powinieneś tu być.
- To moja dziewczyna. - sapnąłem. - Nie zostawię jej.
- Tak, tak rozumiem, ale... to bez znaczenia. - westchnął, łapiąc mnie za ramię. - Idziemy.
Odepchnąłem jego rękę.
- Powiedziałem, że nigdzie nie idę. - stałem na swoim. - Jadę z nią, mój ojciec jest ordynatorem szpitala. - odparłem, patrząc na przerażonego mężczyznę. - Co by powiedział na to, że jeden z jego ratowników wywalił mnie za karetki, siłą?
- Okej, niech ci będzie.
Chwilę potem znaleźliśmy w szpitalu. W środku znajdowało się mnóstwo uczniów z naszej szkoły. Podążyłem za łóżkiem do sali nr. 24.
- Dobra, tutaj serio nie możemy cię wpuścić. - odparł chłodno.
- Mogę wiedzieć chociaż co jej jest? - spytałem, nadal trochę zburzony.
- Zatruła się. - złapał mnie za ramię. - Ale spokojnie....
- Co? - zaśmiałem się nerwowo. - Chcecie mi powiedzieć, że osoba, która ma anemię sierpowatą i grozi jej białaczka się zatruła? - warknąłem, łapiąc się za głowę. - Czy pan by na moim miejscu, był spokojny?!
IDIOCI, IDIOCI, IDIOCI.
- Ooo.. - podrapał się po głowie. - Tego nie wiedzieliśmy....
- Cholera. - sapnąłem poirytowany ich bezmyślnością. - Ona bywa u was praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę, a wy nie wiedziecie o niej nic?
- Przepraszamy, ale teraz musimy się zająć pacjentką. - urwał, zamykając mi przed nosem drzwi.
Usiadłem na krześle, zamknąłem oczy i modliłem się bym się obudził z tego koszmaru. To wszystko dzieje się tak piekielnie szybko, a najgorsze jest to, że nie umiem nad tym nawet zapanować. Po moim policzku poleciała jedna łza, którą szybko wytarłem. Jeszcze by tego brakowało żebym się rozryczał jak małe dziecko - dla niej muszę być silny.
- Axel! - usłyszałem jakiś krzyk.
Podniosłem głowę, to był Mark. Miał przyczepione jakieś rurki i ciągnął kroplówkę za sobą.
- Panie Evans, proszę wrócić na miejsce. - burknęła do niego pani doktor, łapiąc go za ramię.
- Chcę z kimś porozmawiać. - jęknął żałośnie. - To ważne, proszę.
Kobieta tylko przewróciła oczami, a brunet zamroczony zmierzał w moim kierunku.
- Mark, cholera.... - spytałem, pomagając mu usiąść. - Wszystko z tobą okej?
- Nie baw się w lekarza, Blaze. - machnął ręką. - Jestem w szczytowej formie, nie widzisz?
- Wyglądasz jak zombie... nie widzę twojej szczytowej formy, przykro mi. - odparłem.
- Ey... nie musisz się o mnie martwić.. - urwał, przecierając twarz.
- Jesteś moim ziomem, jak mam się nie martwić? - złapałem go za ramię.- Stary, zjarało by cię tam na amen, a wtedy... byśmy tutaj nie gadali.
- Mam wszystko by się wykurować na cacy. - odparł, wskazując kroplówkę. - Wiesz co z Dianą?
Westchnąłem głęboko.
- Zatruła się. - burknąłem, zaciskając pięść. - Gdybym tam był to...
- To i ty byś tak skończył. - uciął mnie szybko. - Dobrze, że pogotowie szybko przyjechało, w końcu... liczą się sekundy.
- Co nie zmienia faktu, że...
- Wow, wow. Blaze, co ty sobie insynuujesz? - zaczął wymachiwać rękami. - Zamiast cieszyć się że ją ratują, to ty sobie wytykasz własne błędy. Żaden z nas nigdy nie będzie superbohaterem dla naszych dziewczyn. - westchnął, klepiąc mnie po ramieniu. - To nie twoja wina.
- Nie zastanawiałeś się, kto mógł to zrobić? - spytałem, zamyślając się. - Może... to Caleb?
- Coś ty. - pokręcił głową. - Nie zdążyłby tego zrobić, tym bardziej po tym jak go pobiłeś.
- Skąd ty...
- Wiem od Bobby'ego. - urwał. - To co zrobiłeś...
- Chyba każdy by tak zrobił. - wtrąciłem mu się w zdanie. - Nie jestem z siebie dumny... Napędziłem Dianie mnóstwo stresu. Od pewnego czasu zamiast dawać jej powody do szczęścia, to jestem jej rzepą na dupie...
Nim się obejrzałem dostałem soczystego liścia w ryj.
- Za co?!
- Axel ogarnij się! - wrzasnął, wstając. - Kurde, gdzie jest ten gość, którego poznałem...
- Nie musiałeś mnie walić w twarz żebym to zrozumiał, okej? - wrzasnąłem, łapiąc go za ramię.
- Chodzi o to, że nie rozumiesz... - urwał, łapiąc się za serce. - Ale bo-oli
- Siostro! - krzyknąłem, a wtedy pani w białym fartuszku szybko podbiegła do nas.
- Jeszcze sobie o tym pogadamy.. - odburknął lekko zamroczony.
Powoli przeniosła zdenerwowanego Evansa na wózek i odwiozła do sali. Kurde nienawidzę, kiedy ten małpiszon ma rację.
* Diana's POV *
♫
- I tak właśnie powstaje mydło! - odrzekła podekscytowana pani Simon, pokazując nam jakąś papkę wyskakując z probówki.
Znudzona podparłam brodę ręką - co ja tu tak na prawdę robię? Równie dobrze mogłabym siedzieć w domu i nic nie robić. Jednak muszę sobie podwyższyć frekwencję, aby mnie nie wywalili z tej budy. Poczułam nagle zapach podobny do spalenizny, ale zignorowałam to. Poczułam nagle nieustający ucisk w moim brzuchu.
- Przepraszam... czy mogę wyjść do ubikacji? - spytałam, podnosząc rękę do góry.
Starsza kobieta popatrzyła się na mnie z pod wielkich okularów, które wyglądały jak wieczka ze słoików z ogórkami. Powoli pokiwała głową, a ja mogłam spokojnie urwać się z chemii. Weszłam więc do łazienki i oblałam twarz wodą. Nagle zobaczyłam jakiś dym, który utrzymywał się nisko przy podłodze. Czy to może być czad? Nim zdążyłam zareagować na to wszystko, czułam jakbym została duszona przez kogoś poduszką. Upadłam bezsilna na podłogę i nie mogłam nic ze sobą zrobić. Moje oczy zaczęły się powoli zamykać, po mimo, że walczyłam o to żebym nie zasnęła. Nie wiedziałam co się ze mną działo, słyszałam tylko jakieś krzyki. Gdy otworzyłam oczy, byłam już w karetce. Wokół mnie biegali ratownicy, a chwilę potem zjawił się Axel. Widać, że jest poddenerwowany tą całą sytuacją.
- Aa-xel. Ko-ochaa-m ci-ę. - chciałam mu tyle powiedzieć, a wydukałam jedynie to.
Zanim zdążył na to zareagować, było za późno ponieważ obraz zaczął mi się zamazywać i zamknęłam z przerażenia oczy. Znowu drzwi do rzeczywistości się przede mną zamknęły. Otoczyła mnie wielka ciemność, teraz wiem, co czują chomiki, które przechodzą hibernację. A może ja już nie żyję? Skoro nie mogę zobaczyć świata z lotu ptaka, nie widzę białego światła - to wszystko oznacza, że jeszcze walczę.
- Siostro, starczy... Chyba się budzi. - usłyszałam głos jakiegoś mężczyzny, który był łudząco podobny do doktora Jefferson'a.
- Jest oczyszczona, to już coś...
Ta cała ciemność zaczęła powoli znikać, zrobiło się wokoło dziwnie szaro.
- Okej, wpuście najpierw jej matkę... potem brata. - rozkazał głos, po czym usłyszałam moją mamę.
Niestety nie mogłam jej nic powiedzieć, nawet nie potrafiłam podnieść ją na duchu, przytulić. Próbowałam krzyczeć, ale ona mnie nie słyszała.
- Córciu. - jęknęła, szlochając. - Jestem z Tobą. Bądź silna.... Wiele już przeszłaś, to i z tym dasz sobie radę.
Muszę jej dać jakiś znak, przycisnęłam lekko jej dłoń. Usłyszałam szloch i trzaśnięcie drzwi. Czuję się jak niewidoma, ale dzięki temu pobudzam swoją wyobraźnię.
- Siema, młoda. - sapnął mój brat, głaszcząc mnie po głowie. - Pewnie słyszysz co mówię i uważasz to za sen. Widzisz ile ludzi masz wokół siebie? Nawet twój chłopak zwariował... Serio, musisz coś z tym zrobić. Mnie nie słucha..
Nie myślałam o tym, że przeze mnie Axel stanie się bardziej agresywny, troskliwy, nadopiekuńczy i wrażliwy jednocześnie. To moja zasługa, w końcu obróciłam całe jego życie do góry nogami. Mark ma rację, muszę przywrócić dawnego Blaze'a do życia. Ale jak? To już muszę zaaranżować sama.
- ... trzymaj się młoda. - tak się zamyśliłam nad jego słowami, że nie zauważyłam jak się ze mną żegna.
Znowu słyszę zamknięcie i otwarcie drzwi. Teraz już wiem kto był następny w kolejce.
- Cześć. Pewnie ten palant już ci to powiedział.... Najwidoczniej tak bardzo zatraciłem się w tobie, że sam siebie nie kontroluję. - złapał mnie za rękę. - Dobra, jestem cholernym egoistą, dosyć o mnie... Matko Diana, dlaczego gdy ci coś grozi mnie nie ma przy tobie? Zawiodłem cię, jak zwykle... Nie zasługuję na ciebie, a ty nie zasługujesz na te nieszczęścia które ci zsyłam. Sama przyznasz, że w ciągu tych w parę dniu, napędziłem ci mnóstwo stresu. Ale naprawię to. Obiecuję, ale teraz na prawdę.
On serio tak o sobie myśli? Okej przyznam, że przez te kilka dni, serio wyprowadzał mnie z równowagi na wszystkie możliwie sposoby. On nie jest winny tego, że ja tutaj leżę. Gdybym nie wyszła do tej cholernej łazienki to nic by się nie wydarzyło. No właśnie, gdybym...
* Jude's POV *
♫
Znowu zaspałem! No nie może być, kto by pomyślał? Jako lider Królewskich i najlepszy uczeń na świecie, budziłem się o świcie i nie wiedziałem co to spóźnienie. Te czasy niestety minęły, teraz jest dziesiąta, a ja nie jestem w szkole. Przetarłem zmęczone i przekrwione oczy, często zdarza mi się wyjść na poddasze i pogapić w gwiazd. Wtedy sobie wspominam moich rodziców, Dianę, próbuję rozgryźć samego siebie, to pochłania mnóstwo czasu -najwidoczniej tutaj przysnąłem. Powoli zszedłem z poddasza i pobiegłem do łazienki, umyłem twarz, w pośpiechu psiknąłem na siebie Brunem Bananim. Włosy pogłaskałem i zostawiłem w artystycznym nieładzie. Wypiłem zimne mleko i natychmiast skierowałem się do wyjścia. Zarzuciłem na ramiona moją bluzę i podążyłem, z buta do szkoły. Zajęło mi to niecałe piętnaście minut, ale kiedy dotarłem na miejsce to co zobaczyłem kompletnie mnie zaskoczyło. Cały budynek był opustoszały, wokół placówki stali strażacy, którzy gasili ogień i próbowali ratować resztki szkoły. Nagle zauważyłem dobrze znaną mi fałszywą mordę, on również mnie zauważył i zaczął uciekać. Puściłem się za nim pędem - skubany szybki jest. Na moje szczęście jestem świetnym biegaczem, dogoniłem go i przygwoździłem do ściany pobliskiego zegarmistrza.
- Dobra... masz coś z tym wspólnego? - spytałem, dysząc.
- O jacie.. - zaśmiał się. - Kiedyś było zupełnie inaczej... teraz wiem co czułeś kiedy dusiłem cię pod szkołą.
- Mów do rzeczy, gnoju! - krzyknąłem, przygniatając go mocniej do ściany. - Wiesz co tu się stało?!
- Jakbyś geniuszu jeszcze nie zauważył to szkołę spalili.
- Spalili? - on coś wie.
- Nie wiem czy ktoś działał w pojedynkę czy w grupie... Skąd ja mam to wiedzieć? - spytał z wyrzutem.
- Nie wygląda to podejrzanie, że akurat gdy to się stało ty się tu kręcisz? - warknąłem, powoli go przyduszając. - Gadaj co wiesz, Caleb.
Chłopak lekko pobladł.
- Hh-he-ej. - nadal zgrywał twardziela. - Nie powiem nic kiedy będzie mnie tak dusił.
Zwolniłem ucisk z jego szyi.
- Okej, tak lepiej. - zaczął masować szyję. - Nie wiem kto to, ale prawdopodobnie... oni nie są stąd.
- Czyli jest ich więcej...
- Działają w grupie, mieli jakieś dziwne wdzianka... - sapnął. - Podejrzewam, że to jakiś chory gang czy sekta... Nie wiem co z tego mieli, że podpalili tą budę. Ja bym to rozegrał, troszeczkę inaczej...
Puściłem go, rzuciłem w niego gorzkie spojrzenie. Zacząłem odchodzić.
- Ej, poczekaj. - sapnął brunet, ciągnąc mnie z kaptur. - Nie masz ochoty się zemścić na mnie? W końcu wymacałem ci siostrę, stary...
- Wystarczy, że Blaze ci pokazał, gdzie twoje miejsce. Nie chcę sobie brudzić rączek twoją marną krwią. - odparłem chłodno, wkładając ręce do kieszeń bluzy.
- Dlaczego nie wrócisz? Do Akademii, do drużyny... Brakuje im Ciebie. - rzucił z wyrzutem. - Mimo, że zostałem okrzyknięty, kapitanem, to wciąż słyszę " Jude inaczej był postąpił." bla, bla, bla...
- Do czego mam wracać? - wrzasnąłem. - Przecież wszyscy są w szpitalu...
- Ojć-ojć, masz nieaktualne dane. - skrzywił się. - Pan Dark, postawił ich na nogi.
- Tylko nie to
W głowie powstał mi makabryczny obraz - przedstawiał on Dark'a, który przechadzał się koło łóżek. A na tych łóżkach leżeli
wszyscy z mojej dawnej drużyny. Nagle on niespodziewanie wbił, jednemu z nich - w tym przypadku David'owi strzykawkę, która była wypełniona, czarną mazią. Szybko otrząsnąłem się z tej wizji.
- No to co? Idziesz ze mną? - spytał, podchodząc do mnie i podając w moją stronę rękę, szybko ją odrzuciłem.
- Wyciągnę ich z tego bagna. - odburknąłem. - Nie zamierzam być marionetką, już nie... Zobaczysz, za niedługo staniesz się mu zbyteczny.
- Ciekawe... - przewrócił na mnie oczami.- Pewnie ma twojego ojca w garści... - sapnąłem, powoli odchodząc. - Współczuję ci.
- Skąd ty...
- Szósty zmysł... - rzuciłem przez ramię. - A no i... Bobby.
Zostawiłem go skołowanego i pełnego gniewu, pomknąłem jak najszybciej się da - do szpitala. Przeleciałem na pasach na czerwonym świetle, nie patrząc na konsekwencję. Wszedłem do środka budynku, muszę powiadomić resztę. Trzeba uratować moją drużynę, a nawet całe to miasto. To wszystko jest teraz w naszych rękach.
SIEMCIA!
jest już 1800 wyświetleń, wowowoow.
dziękuję <3
nadal komentarzy brak, ale żyję nadzieją
że kiedyś one się pojawią
a tutaj się dzieję!
POŻAR!
co teraz poczną nasi bohaterowie?
narkotyki, Dark, jacyś psychopaci
zapowiada się ciekawie :3
p.s jak pod rozdziałem 41 wbijecie 10 wyświetleń to będzie niespodzianka! :D
ciumki i miłego dnia. :)
~ gejzerka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz