Rozdział:33
"Szybko wpiłem się w jej usta. Jej usta były tak miękkie, nie chciałem oderwać się od nich chociaż na chwilę. Zupełnie jakby cały świat się zatrzymał, podczas gdy my wirowaliśmy w kółko. Ona odwzajemniła pocałunek - ta chwila mogła trwać wiecznie.
- To dziwne... - odrzekła, śmiejąc się.
- A ja chciałem być romantyczny. - pokręciłem głową.
Musieliśmy się powoli zbierać. I kiedy chwyciłem ją za rękę, zdałem sobie sprawę, że to pierwszy raz w życiu i w dodatku bezkarnie. W końcu... moje marzenia się spełniły! Należę do niej, a ona do mnie. Ciekawe co ty na to, Mark? Na tą chwilę nie chcę się w to zagłębiać, chcę celebrować moje największe szczęście wraz z kobietą, która jest dla mnie najważniejsza."
- To dziwne... - odrzekła, śmiejąc się.
- A ja chciałem być romantyczny. - pokręciłem głową.
Musieliśmy się powoli zbierać. I kiedy chwyciłem ją za rękę, zdałem sobie sprawę, że to pierwszy raz w życiu i w dodatku bezkarnie. W końcu... moje marzenia się spełniły! Należę do niej, a ona do mnie. Ciekawe co ty na to, Mark? Na tą chwilę nie chcę się w to zagłębiać, chcę celebrować moje największe szczęście wraz z kobietą, która jest dla mnie najważniejsza."
* Mark's POV *
♫
Coś mi tutaj nie pasuje i to nie ma nic wspólnego z tą poduszką, która jest dla mojej głowy niewygodna. To bardzo, bardzo dziwne. Zaobserwowałem coś, otóż od paru dni czuję, że mnie unikają, mam tutaj na myśli Axela i Dianę. Sam nie wiem dlaczego, jestem tego pewny, że po między nami nie ma żadnych zgrzytów. I to mnie jeszcze bardziej zastanawia, może to nie chodzi o nasze relacje. Na treningach blondyn zaczął szybko znikać nawet nie żegnając się. Czy ja śmierdzę nie do zniesienia albo jestem zakażony śmiertelnym wirusem, który przenosi na każdego? Czy panuje jakaś epidemia? Już nawet rano, wtedy gdy Diana spóźniona zakłada, a Axel poirytowany stuka nogą o podłogę, nawet wtedy ich nie widzę. Właśnie wychodziłem z sali chemicznej, kiedy wpadł na mnie blondyn Nathan. Zaczął się uśmiechać, jak zawsze miał w zwyczaju. Nagle powiedział to jedno zdanie, które napełniło całego mnie mieszanką zmieszania i zdenerwowania.
- Mark, gratulacje! - krzyknął, obejmując mnie ramieniem.
- Z jakiego powodu?
- Jak to? - spojrzał na mnie zdziwiony.
- Mógłbyś mnie oświecić? - sapnąłem, zdejmując jego rękę z mojej szyi.
- Nie mów, że nie wiesz... - odparł zdziwiony. - Diana i Axel są ze sobą od stosunkowo niedawna.
Spojrzałem na niego zszokowany.
- Co?
- O nie. - złapał się za głowę, a potem zasłonił usta.
Ale... to niemożliwe. Za każdym razem jak patrzyłem na tą dwójkę, widziałem w nich prawdziwych, oddanych sobie przyjaciół. A tutaj ni stąd ni zowąd dowiaduje się, że są razem. Może nie widziałem tych małych rzeczy, które zadziałały na taki stan rzeczy. Teraz wszystko stało się jasne... to unikanie, wszystko po to, bym się nie dowiedział. Nie przewidzieli jednak, że Nathan ma zbyt długi język.
- Gdzie oni są? - warknąłem w jego stronę.
- No nie wiem... - odparł przestraszony. - Może na stołówce?
- Fantastycznie. - powiedziałem, ciągnąc go za sobą. - Idziemy!
Nie zwlekałem i wraz z Nathanem udałem się w stronę stołówki. Gdy wszedłem do stołówki i po mojej głowie nadal krążyły myśli na temat tej sytuacji w jakiej zostałem postawiony. W pierwszej chwili uznałabym to za bujdę, gdyby nie to co zobaczyłem w niby tym codziennym widoku stołówki szkolnej. Zastałem ich tam - chłopak trzymał ją za rękę i szeptał jej coś do ucha, a dziewczyna się uśmiechała od ucha do ucha, na co chłopak odpowiadał jej melodyjnym śmiechem. To, coraz bardziej mnie doprowadzało do gniewu, znalazłem się obok ich stoliku.
- To prawda? - palnąłem, na co papużki nierozłączki obróciły swoje łebki.
Spojrzeli po sobie wzrokiem przerażenia. Potem udali zdziwienie, które było tak bardzo udawane, że nawet małe dziecko by się połapało.
- Ale... o co chodzi? - spytał blondyn, rozkładając ręce.
- Nie wiesz? - sapnąłem, klaszcząc w ręce. - To może się zapytam w prost. Kiedy mieliście mi zamiar powiedzieć, że chodzicie ze sobą?
- Skąd to wiesz? - spytała Diana, podnosząc się z miejsca.
Czy aż za takiego wielkiego, debila mnie uważają?
- Od Nathan'a. - wiem, że pewnie tą wiadomością, zniszczę mu życie, ale w tym momencie było mi to obojętne jak nigdy.
Blondyn pokiwał głową, pogłaskał ją po plecach i wyszedł. Zobaczyłem kątem oka, że idzie w stronę schowanego za wielką doniczką Nathana, a potem z wielką furią pociągnął za rękę swoją ofiarę.
- Od kiedy to trwa? - spytałem bardziej spokojnie.
- Od tygodnia. - powiedziała speszona, wzruszając ramionami.
Spojrzałem jej prosto w oczy. Nadal traktuje ją jak malucha, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że ją kocham i się o nią troszczę. To co robi, rani mnie. Nie ufa mi?
- Nie mogę uwierzyć, że mi nie powiedziałaś...
- Dobrze wiemy, że miałbyś do tego wielkie a l e.
Jak ty czytasz mi w myślach siostro. Jeśli wiecie i znacie mnie już na tyle dobrze, to wiecie, że tak - zrobiłbym to. Ona nie rozumie, że to z troski. Przecież to gówniarz, on też to gówniarz. Nie widzi tego, że jest na to kompletnie nie gotowa. Czy już nie pamięta jak jeden taki miał całodobowy dostęp do niej? Jak to się skończyło? - fatalnie. Teraz już nikt nie będzie jej posiadał.
- Masz rację. - złapałem ją za rękę. - Nie mogę pozwolić, aby cię zranił. Obiecaj mi, że zakończysz ten związek.
- Słucham? - wyrwała się z mojego uścisku.
- Proszę zrozum... Jestem twoim bratem.
- I dlatego jeszcze bardziej tego nie rozumiem! - wstała oburzona. -Jude to przeszłość, którą zostawiłam za sobą. A ty jako mój brat, powinieneś mnie wspierać, a ty? Ja mimo tej niechęci do Nelly, wspieram i kibicuje waszej relacji. Równie dobrze mogłam zniszczyć waszą miłość jak małego robaka, ale powstrzymywałam się.. bo wiedziałam, jak dla ciebie to ważne. Z Axel'em łączy nas uczucie, które nie umiesz... a nawet nie próbujesz, zrozumieć.
- Czekaj! - krzyknąłem za nią.
- Teraz już mnie zatrzymasz! Nie zatrzymasz mojego szczęścia Mark! - krzyknęła i skupiła na nas wiele oczu ludzi ze szkoły, po czym wybiegła z pomieszczenia.
* Axel's POV *
♫
Wiem, że to co robimy jest złe. Od ponad tygodnia unikamy Mark'a jak ognia. Strasznie się boję, poprawka my się straszni. Po tym, jak dowiedział się o Jude'zie zaczął szczególnie chronić Dianę przed każdym, kto chciał ją pokochać. Kompletnie nie wiem, jak przyjmie to, że Diana znów z kimś jest. A zwłaszcza nieznajoma jest mi jego reakcja na to, że ja jestem tym śmiałkiem, który wchodzi do pieczary strzeżonego przez dzielnego Cerbera. Jak na razie, te podchody nam wychodzą. Pewnie zapytacie - co jeśli zostaniemy przyłapani? I właśnie odpowiedź na to pytanie sam sobie wypaplałem. Ten dzień zaczął się na prawdę pięknie, rankiem o czwartej rano Diana była w moich ramionach i razem jedliśmy chińskie jedzenie. Bliżej ósmej udaliśmy się do szkoły, złapani za ręce i zakochani w sobie. I nadszedł w końcu ten cholerny lunch, poszliśmy na stołówkę - i to był mój wielki błąd. Mark tam też był i wygląda na to że koniec tego dnia będzie tragiczny. Rozmawialiśmy sobie na stołówce, wszyscy patrzyli na nas ciekawskim wzrokiem, ale mieliśmy to w głębokim poważaniu. Właśnie szeptałem jej na ucho, jak bardzo uwielbiam wąchać jej perfumy i to że bardzo ją kocham, kiedy do sali wpadł jak rozwścieczony przez czerwoną płachtę byk Mark. Tak jak mówiłem, wypatrzył nas i szybko pomknął w naszą stronę. Patrzył się na nas przez chwilę jak na jakiś dziwolągów.
- To prawda?
Od razu wiedzieliśmy że chodzi o jedno. Spojrzeliśmy na niego w tym samym momencie. Aby jakoś uratować nasze dupska, próbowałem udawać Nathan'a i nawet rozłożyłem ręce dla urzeczywistnienia zdziwienia.
- Ale... o co chodzi?
- Nie wiesz? - zaklaskał w dłonie. - To może się zapytam w prost. Kiedy mieliście mi zamiar powiedzieć, że chodzicie ze sobą?
- Skąd to wiesz? - spytała Diana, podnosząc się z miejsca.
- Od Nathan'a. - spojrzałem na niego wzrokiem zabójcy i wiedziałem, że mu tego tak łatwo nie przepuszczę.
Wiedziałem też, że muszę ich zostawić samych. To sprawa rodzinna, a ja, jak na razie, w rodzinę Evans'ów się nie wliczam. Wracając do mojego krwistego planu, czas dać mu nauczkę i to taką, którą zapamięta na długo. Gdy poukładałem sobie to wszystko, w celu dodania dziewczynie otuchy poklepałem ją po plecach i podążyłem w poszukiwaniu Swift'a. Nie trwało to długo, ponieważ biedaczek nie zdążył się porządnie schować i jedyna kryjówka jaka mu pozostała to doniczka z tym wielkim czymś.
- Wyłaź. - sapnąłem. - Nie będę czekał w nieskończoność.
- Nie, bo zrobisz mi kuku! - udarł się jak dwuletnie dziecko bojące się starszego brata.
Przewróciłem oczami.
- Zaraz jak nie wyjdziesz to użyje siły... - odparłem podenerwowany całą tą sytuacją. - A wtedy na twoim obliczu pojawi się coś więcej niż male kuku
Po chwili chłopak powoli wyszedł, a ja chwyciłem go za rękę i zaprowadziłem na pole.
- Axel... nie! - zasłonił twarz.
- Czy ty wiesz, że ten twój długi język pakuje nas tylko w kłopoty. - patrzył na mnie przez szparki dłoni. - Trzeba ci jakiegoś chipa w dupie zamontować aby cię informował, kiedy masz zamknąć mordę?
- Skąd miałem wiedzieć, że jemu nie powiedzieliście! - odparł na swoją obronę.
- Pomyślmy. - sapnąłem. - Mogłeś zajrzeć w głąb swojego mózgu i przypomnieć sobie, że... po akcji z Judem Mark nie jest już taki fajniutki i milutki, jeśli chodzi o jakiekolwiek relacje miłosne Diany z kimkolwiek.
Usiadłem na trawie i próbowałem unormować rozszalałe tętno i adrenalinę. Nagle usłyszałem jak i on usadawia się obok mnie.
- Mówiłeś, żebym tego nie spartolił. - spojrzałem na niego znacząco. - Wiedziałem, żeby cię w to nie mieszać...
Mój związek wisiał dosłownie na włosku. A ja tylko modliłem się, żeby ten włosek jeszcze chwilę wytrzymał.
- Axel. - jęknął, drapiąc się po głowie. - Wiem, że jestem idiotą, ale...
- Już myślałem, że się nie dowiesz. - przewrócił na moje słowa oczami.
- ...przypominam ci tylko, że zamiast drzeć się na mnie... powinieneś ratować swoją miłość, ale wiadomo, pan Axel woli odpuścić. - westchnął, wstając. - Właśnie masz taką okazję.
Na horyzoncie pojawiła się brunetka, a ja za jego radę szybko do niej podbiegłem.
* Diana's POV *
♫
Ten cały dzień to jeden z wielu dni, który najchętniej chciałabym zakopać w moim ogródku wspomnień i o nim zapomnieć. Dopiero co związałam z Axel'em, a już są przeciwnicy naszej miłości. Jednak myślałam, że Mark mnie zrozumie najlepiej, jak bardzo się myliłam.
- Od kiedy to trwa? - spytał bardziej spokojnie.
- Od tygodnia. - wzruszyłam ramionami.
Spojrzał mi prosto w oczy. Pamiętacie jak kiedyś mówiłam, że Mark zaczął mnie chronić jeszcze bardziej niż wcześniej? Teraz to widzę w jego oczach - zmartwienie, zdenerwowanie i zasmucenie. Doprowadzało mnie to do szału.
- Nie mogę uwierzyć, że mi nie powiedziałaś...
- Dobrze wiemy, że miałbyś do tego wielkie a l e.
Już od początku mówiłam Axelowi, że lepiej poczekać z tą wiadomością, zanim powiemy Markowi. Gdyż odkąd się dowiedział co się stało pomiędzy mną a Sharpem, Mark stał się ekspertem od moich spraw sercowych i twierdzi, że zna moją głowę lepiej. Przykro mi, ale w tej sytuacji musi się wycofać.
- Masz rację. - złapał mnie za rękę. - Nie mogę pozwolić, aby cię zranił. Obiecaj mi, że zakończysz ten związek.
- Słucham?
- Proszę zrozum... Jestem twoim bratem.
- I dlatego jeszcze bardziej tego nie rozumiem! - wstałam oburzona. - Jude to przeszłość, którą zostawiłam za sobą. A ty jako mój brat, powinieneś mnie wspierać, a ty? Ja mimo tej niechęci do Nelly, wspieram i kibicuje waszej relacji. Równie dobrze mogłam zniszczyć waszą miłość jak małego robaka, ale powstrzymywałam się.. bo wiedziałam, jak dla ciebie to ważne. Z Axel'em łączy nas uczucie, które nie umiesz... a nawet nie próbujesz, zrozumieć.
- Czekaj! - krzyknął.
- Teraz już mnie zatrzymasz! Nie zatrzymasz mojego szczęścia Mark! - krzyknęłam i skupiłam na nas wiele oczu ludzi ze szkoły.
Nie wytrzymam z nim, wyszłam ze szkoły. Akurat to moja ostatnia lekcja, więc i tak miałam iść, ale - dokąd? Do domu na pewno nie, nie miałam zamiaru patrzeć na twarz mojego brata. Po drodze zobaczyłam Axel'a, szybko do niego podbiegłam i przytuliłam. Po moich policzkach zaczęły płynąć słone łzy.
- Diana... - powiedział, łapiąc mnie za podbródek, tak abym teraz patrzyła na niego. - Nie oddam cię od tak... bez walki.
Musnęłam jego usta. Przynajmniej on i ja mamy nadzieję. Moje życie to jedno, wielkie tornado problemów w których teraz znalazł się i Axel.
- Chodźmy stąd. - sapnęłam, ciągnąc go za rękę.
Udaliśmy się więc do naszej ulubionej kawiarni. Tam spędziłam świetny czas z moim ukochanym. Oczywiście nasze chwile rozkoszowania się sobą, co chwile przerywał wibracje mojego telefonu, który oznajmiał kolejne połączenie od Marka, które wcale nie chciałam odbierać.
- W końcu będziesz musiała to odebrać.
- Wcale, że nie. - sapnęłam, rzucając telefon w głąb torebki. - Mogę wyłączyć telefon.
- To nie rozwiąże naszego problemu, kochanie.
- Masz rację. - podparłam rękami podbródek. - Ale wolę go trochę po unikać... za dużo tego wszystkiego jest na mojej głowie.
Jeszcze chwilę tu posiedzieliśmy i wszyliśmy. Nasze kroki już zmierzały do posiadłości Blaze'a, gdy wtem ktoś przestąpił nam drogę. A raczej tych ktosiów było aż trzech, wyglądali na bliźniaków.
- Axel Blaze! - krzyknęli chórkiem. - To ten który nas zostawił na pastwę losu. Cóż za niemiłe spotkanie!
Spojrzałam na chłopaka. Odkąd napotkaliśmy na nich, blondyn niemalże nie oddychał i się nie poruszał. Szarpnęłam jego ręką, aby chłopak uwolnił się z amoku.
- Kto to? - chłopak przełknął ślinę.
- Nie wiem... - pociągnął mnie za sobą. - Wynośmy się stąd.
- Nie wiesz? - ponownie odezwały się bliźniaki. - Mamy cię olśnić!?
- Z chęcią. - obróciłam się napięcie.
- Jesteś po prostu dezerterem... Zniknąłeś i pogrzebałeś wszystkie nasze marzenia. Czekaliśmy na to zbyt długo... Teraz pomścimy liceum Kirkwood'a. Wyzywamy cię na pojedynek!
- Przyjmij to! - krzyknął ktoś z daleka.
Obróciłam się, to był Mark wraz z Ericiem, Judem i Nathanem.
- Jasna cholera, Axel! - jęknęłam. - Powiedz coś!
Chłopak nagle wyrwał się z mojego uścisku, wypuścił powoli ciężkie powietrze z ust.
- To moja sprawa. - warknął w moją stronę, odsuwając mnie na bok.
- Nie zapomniałeś o czymś? - palnęłam go w ramię. - Przecież mówiliśmy, że nie będziemy mieć przed sobą tajemnic!
Zagryzł wargę.
- Skarbie... to zbyt skomplikowane.
- Proszę cię! - sapnęłam. - Sama gubię się w własnym życiu, które jest jedną wielką układanką... a ty mówisz, że to jest dopiero skomplikowane? Matko, niech ten dzień się skończy jak najszybciej... bo dostanę tu nerwicy zaraz.
Nagle nad moimi oczami zaczęły się pojawiać się duże, czarne plamy. Zaczęło mi się kręcić w głowie i niespodziewanie upadłam. Byłam na wpółprzytomna, nie mogłam niestety nic powiedzieć, tylko widziałam rozmazany obraz osoby, która trzymała mnie na rękach. Po brązowych, krótko ściętych włosach poznałam, że to Jude. A później... moje oczy ponownie się zamknęły.
* Axel POV *
♫
Nie myślałem, że przeszłość będzie mnie prześladować. Uciekając do Japonii, miałem zacząć z nową kartą. Tutaj nikt mnie nie znał i mogłem spokojnie żyć moim nowym życiem. Mam taką zasadę - to co się zostawia w przeszłości, nigdy nie powraca. Jednak.. okazało się, że to gówno prawda. Właśnie widzę 3 bliźniaków z Kirkwooda: Izak, Mich i Ken, z mojej dawnej szkoły. Normalnie mnie zatkało, nie mogłem normalnie funkcjonować. Tak jakbym umarł na miejscu lub zatrzymałbym się w czasie. Diana patrzy się na mnie zdziwiona i oczekuje wyjaśnień. A ja próbuje się uspokoić, ale nie mogę.
- Kto to? - przełknąłem ślinę.
- Nie wiem... - pociągnąłem ją za sobą. - Wynośmy się stąd.
- Nie wiesz? - ponownie odezwały się bliźniaki. - Mamy cię olśnić!?
- Z chęcią. - obróciła się napięcie i już wiedziałem, że już się z tego nie wywinę.
- Jesteś po prostu dezerterem... Zniknąłeś i pogrzebałeś wszystkie nasze marzenia. Czekaliśmy na to zbyt długo... Teraz pomścimy liceum Kirkwood'a. Wyzywamy cię na pojedynek!
- Przyjmij to! - krzyknął ktoś z daleka, to był Mark wraz z Ericiem, Judem i Nathanem.
- Jasna cholera, Axel! - jęknęła. - Powiedz coś!
Wyrwał się z jej uścisku, gdyż czułem się nagle bardzo niekomfortowo, wypuściłem powoli ciężkie powietrze z ust.
- To moja sprawa. - warknąłem w moją stronę, próbując odsunąć ją na bok.
- Nie zapomniałeś o czymś? - palnęła mnie z całej siły w ramię. - Przecież mówiliśmy, że nie będziemy mieć przed sobą tajemnic!
- Skarbie... - zagryzł wargę. - To zbyt skomplikowane.
- Proszę cię! - sapnęła. - Sama gubię się w własnym życiu, które jest jedną wielką układanką... a ty mówisz, że to jest dopiero skomplikowane? Matko, niech ten dzień się skończy jak najszybciej... bo dostanę tu nerwicy zaraz.
I wtedy upadła, ale na szczęście wpadła w ramiona Jude'a, który był z resztą ekipy Evansa. Spojrzał na mnie znaczącym wzrokiem, nie miałem wyjścia i przyjąłem wyzwanie. Udaliśmy się na nasze boisko.
- Spokojnie stary... - próbował mnie pocieszyć Nathan.
- O nie. - odepchnąłem go. - Ty mnie nie uspokajaj.
Poszliśmy do szatni, przebraliśmy się i byliśmy gotowi. Mark ustawił się na bramce.
- Oto zasady. - klasnął w ręce jeden z bliźniaków. - Ja i Izak oddamy po jednym strzale na waszą bramkę. Wtedy nasza zemsta będzie zrealizowana choć w piętnastu procentach.
Jak tylko wszystko było już na swoim miejscu, położyłem piłkę przed sobą. Wtem moja pewność siebie wróciła, wszystko dzięki piłce. Kopnąłem więc piłkę do góry i zrobiłem salto, gdy zbliżyłem się do piłki, skierowałem ją z impetem w stronę bramki. Piłka wpadła prosto do bramki. To jest moje ogniste tornado, niezniszczalna broń. Ale wiedziałem, że już można je łatwo skopiować. Gdy tylko zobaczyłem ruchy jednego z bliźniaków, domyślałem się co planuje. Otóż powtórzył moje początkowe kroki, a następnie odwrócił się do piłki i nogą uderzył piłkę z całej siły. Piłka również wleciała w siatkę. Na tym polega ODWRÓCONE TORNADO - i to właśnie może nas pogrążyć, a raczej co już nas pogrążyło.
- Strzeżcie się! - wznieśli ręce w górę. - My bliźniacy z Kirkwood'a...
- To z nimi mamy następny mecz, prawda? - spytał zdziwiony Jude.
- Tak przynajmniej mówiła Celia. - podrapał się po głowie Eric.
Nieoczekiwanie trojaczki nagle zniknęły, wtem zostałem otoczony przez chłopaków.
- Bierzemy go! - odparł Bobby, łapiąc mnie za ramię.
- Okej. - zaczął Eric, a ja zmęczony tym wszystkim usiadłem na murawie. - Teraz wyjaśnimy sobie parę drobnych spraw.
- Co to za goście? - spytał Mark, kucając przy mnie. - I co od ciebie chcą?
- To... moi dawni koledzy z mojej dawnej szkoły.
- Gadaj cholera! - wyrwał się zaciekawiony Nathan.
- Daj mi pozbierać myśli... - złapałem się za głowę. - Pamiętam, że grałem z nimi w jednym clubie sportowym. Pewnego dnia mieliśmy się zmierzyć z wspaniałą Akademią Królewską... Pamiętam jak moja siostra cieszyła się z tego, że grałem.
Mark złapał mnie za ramię.
- ...Przed meczem powiedziała do mnie: "Braciszku, ale proszę cię, strzel choć jedną bramkę dla mnie!".
- Nie musisz o tym mówić Axel... - sapnął Max.
- I właśnie chwile przed meczem dowiedziałem się... że została potrącona przez tira. - czułem jak do oczu powoli nabierają się łzy. - Teraz leży w szpitalu... w stanie krytycznym.
- Matko.. - westchnęła wbita w fotele reszta.
- Co miałem zrobić? - zacząłem wymachiwać rękami. - Wyjść jak gdyby nigdy nic i zagrać mecz? Zamiast tego wolałem zostać znienawidzony przez całą szkołę niż nie zobaczyć się z siostrą.
- Rozumiem cię, a teraz wstawaj. - westchnął Evans, wstając i podając mi rękę. - Trzeba to powiedzieć twojej dziewczynie, Dianie.
Czekaj, czekaj... On powiedział dziewczynie? Czyżby zaczął akceptować nasz związek? Oby tak, wiecie... nadzieja umiera ostatnia.
- Nie wiem czy kiedykolwiek w pełni to zaakceptuje... - podrapał się po głowie. - Ale to jej decyzja... Skoro jest z tobą i jest szczęśliwsza, to niech to trwa dalej. Ale jeśli zrobisz cokolwiek co ją zrani, to przyjdę do ciebie z tasakiem i odetnę ci łeb? Kumasz?
* Diana's POV *
♫
Obudziłam się u Jude'a na kolanach. Byliśmy na jakimś boisku, spojrzałam ukradkiem na bruneta. Jego oczy były skierowane w nieznanym kierunku.
- Dobra... dosyć tego leżakowania, wstaję. - odrzekłam, na co chłopak się otrząsnął. - Co my tu robimy?
- Chciałbym ci powiedzieć, ale sam dokładnie nie wiem o co chodzi. - odparł zdziwiony. - Ale z tego co widzę, to... zaraz wszystko będziesz wiedziała.
W naszym kierunku podążał blondyn, jego wzrok był dziwnie zagubiony, postanowiłam mu na przeciw.
- Dowiem się co tu się wyprawia? - zaczęłam nim potrząsać. - Co się dzieje? Mieliśmy przecież mówić sobie tylko prawdę, a wychodzi na to, że skrywasz przede mną jakieś tajemnice. Co ta za jakieś dziwne kolny?
- To samo mógłbym powiedzieć o Tobie.
- Nie odwracaj kota ogonem, Blaze!
- Ile razy mi obiecywałaś, że będziesz grzecznie zażywać leki? Najwidoczniej ty masz w dupie swoje zdrowie... wolisz mdleć mi na ulicy, tak? - spojrzałam w jego rozbiegane źrenice, jest wściekły tak samo jak ja.
- Axel... - jęknęłam. - To był ostatni raz, obiecuję...
- Nie obiecuj rzeczy, których nie jesteś w stanie spełnić.
- I ty masz prawo mi takie rzeczy mówić? - palnęłam go w tors. - Obiecywałeś mi, że będziesz ze mną szczery, bo wiesz jak mi na tym zależy... Więc proszę nie atakuj mnie jak sam nie jesteś do końca czysty. A teraz... chciałabym się w końcu dowiedzieć o co chodzi.
Prawda taka, że wysłuchałam jego orędzia i byłam tym wielce zdziwiona, to było bardzo szlachetne - wolał zostać znienawidzony niż nie uratować swojej siostry. Powiedzmy sobie szczerze, kto by tak nie postąpił? W kwestii rodziny wszyscy jesteśmy zgodni, rodzina stoi na pierwszym miejscu hierarchii naszych wartości w naszym życiu. Gdyby ktoś z naszej rodziny czy to zginął czy leżał w szpitalu to zawsze spieszymy do nich na tak zwane złamanie karku.
- Ten dzień jest zwariowany...
- Dosyć wrażeń na dziś... - odrzekł, przysuwając się do mnie. - Mam dla ciebie malutkie pocieszenie.
- Jakie? - spytałam, unosząc głowę.
- Chyba twój braciszek zaczyna powoli akceptować naszą relację. - rzuciłam mu się w ramiona. - Nie powiedział tego wprost, ale... z kontekstu jego zdania można wywnioskować.
- Czyli... wszystko zacznie się układać.
- Mam nadzieję. - odparł, ściskając moją dłonią.
* Eric's POV *
♫
Sam nie wiem co teraz powiedzieć. Po tym co usłyszałem od Axel'a, jestem zaszokowany. Okej muszę przyznać, że na początku naszej znajomości nie przypasował mi i z wzajemnością. Ale po tym jak opowiedział mi o swojej młodszej siostrze to zmieniłem o nim zdanie. Nie pomyślałbym, że jest on typem osoby, która widzi wokół siebie innych. Wcześniej uznałbym go za zadufanego w sobie narcyza. Teraz mam wielki mętlik w głowi, dopiero poznaję tych ludzi, więc wiele rzeczy może mnie jeszcze zdumieć. Akurat szedłem obok Nathan'a, przyjaciela Blaze'a i coś kazało mi się oto zapytać.
- Nathan... od kiedy Julia jest w szpitalu?
- Sam nie wiem... - chłopak na chwilę się zamyślił. - Jakby się tak zastanowić... to pewnie odkąd Axel poszedł do 2 gimnazjum. Dlaczego pytasz?
- Wiesz... jestem nowy w waszym team'ie. - sapnąłem lekko speszony moim wścibskim wcieleniem. - Wielu rzeczy jeszcze nie wiem... Nawet nie wiedziałem o takiej tragicznej historii Axel'a, szczerze mówiąc, myślałem, że jest on typem jednokierunkowca.
- Jedno.. co? - skrzywił się na moje słowa.
- Takiego... dążącego do własnego szczęścia, tak zwanego narcyza. - blondyn zaczął się śmiać na moje słowa.
- Na początku naszej znajomości, miałem takie same stanowisko jak ty. - dźgnął mnie w bok. - Axel to trudny do rozgryzienia człowiek. Niby go znam długo, ale... wydaje mi się, że on jeszcze wiele w sobie skrywa.
Podczas drogi na boisko szkolnej, wyciągnąłem telefon. Na wyświetlaczu pojawiło mi się imię, które swoją drogą dawno nie widziałem. Nash był to mój dawny koleszka z sąsiedniej ulicy. Ogólnie tam w Stanach trzymaliśmy się w jednej czteroosobowej grupce. Kliknąłem bez zawahania zieloną słuchawkę.
- Halo?
- No witam panie Eagle.
- Czego chcesz... mendo
- Teee... Ładniej się nie dało do mnie powiedzieć?
- Dobra, nawijaj
- Dzwonię, by się upewnić... czy te plotki, o tym, że nie żyjesz to prawda.
- Słucham? Kto jeszcze wie?
- Kurde, pogadałbym z Tobą dłużej... ale nie mogę. Mam trening, bo jutro będziemy mieć mały meczyk.
- Okej... to powodzenia, stary.
- Nie musiałeś. Bye. - sam się rozłączył.
Gdy tylko dotarliśmy na boisko, zaczęła się burza mózgów. Kirkwood miał w zanadrzu trzy klonów z mózgami napełnionymi wiedzą z całego świata, a my nie mamy kompletnie nic. Dobrze wiem, że starymi atakami nic nie zdziałamy. Trzeba wymyślić coś nowego. Coś co wzleci wysoko zupełnie jak... pegaz? Tak, właśnie tak. Kiedyś jak mieliśmy po 8 lat wymyśliliśmy taki atak zwany TRÓJ-PEGAZEM.
- Hej... mam pomysł! - krzyknąłem.
Wtedy gdy wszystko było omówione co i jak, ustawiliśmy się na odpowiednich pozycjach. Wykonywaliśmy odpowiednie korki, ale mimo to, nie udawało nam się. Ja, Bobby i Mark opadaliśmy jak muchy pacnięte klapką. Kompletnie nic z tego nie wychodziło.
- Ja się tym zajmę. - podeszła do nas Sil. - Mogę stanąć na środku przecięcia tych trzech linii i wtedy musi się udać.
- Nie ma mowy. - odparłem szybko
- Eric, nie bądź taki! - jęknęła, tupiąc nogą. - To jedyny sposób.
- Kochanie... Może ci się coś stać. - złapałem ją za ramiona. - Nie pomyślałaś o tym? Zrobimy to sami.
- Eric... Pozwól jej, będziemy ją asekurować. - powiedział Blaze, kładąc rękę na moim ramieniu.
Spojrzałem na niego, trzeba przyznać, że miał on pewne spojrzenie.
- Dobra, ale jak ją zabiję... - odparłem, klepiąc go po plecach. - to ty płacisz za grabarza.
- Oczywiście. - odparł, podnosząc brwi.
Dziewczyna tak jak mówiła stanęła na samym środku boiska. Zaczęliśmy biec w jej kierunku, linie naszych kroków przecięły się dokładnie obok dziewczyny. Wtedy nasza trójka wzniosła się w górę jak na skrzydłach i posłaliśmy piłkę do bramki i opadliśmy na ziemię.
- To było koza-aackie! - krzyknął podniecony strzałem Todd.
- Teraz już nikt nas nie powstrzyma. - powiedział Jude, klepiąc mnie po plecach.
- Wszystko w rękach Magika boiska. - dodał Axel, uśmiechając się.
hej, hej!
co tam u was?
cóż za spontaniczne pytanie! xDDD
przepraszam was, że dodaje rozdziały jak mi się podoba.
po prostu nauka zajmuje moją głowę!
ale spokojnie... za niedługo będę tu częściej! :3
za niedługo nowy rozdział, nie martwcie się!
ciumki.
~ gejzerka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz