niedziela, 17 kwietnia 2016

Rodział:34


"- Dobra, ale jak ją zabiję... - odparłem, klepiąc go po plecach. -  to ty płacisz za grabarza.
- Oczywiście. - odparł, podnosząc brwi.
Dziewczyna tak jak mówiła stanęła na samym środku boiska. Zaczęliśmy biec w jej kierunku, linie naszych kroków przecięły się dokładnie obok dziewczyny. Wtedy nasza trójka wzniosła się w górę jak na skrzydłach i posłaliśmy piłkę do bramki i opadliśmy na ziemię.
- To było koza-aackie! - krzyknął podniecony strzałem Todd.
- Teraz już nikt nas nie powstrzyma. - powiedział Jude, klepiąc mnie po plecach. 
- Wszystko w rękach Magika boiska. - dodał Axel, uśmiechając się. "


* Diana's POV *



Pamiętacie jak mówiłam, że z tą relacją nie będę się śpieszyć? Axel ma rację, nie potrafię dotrzymywać słowa nawet sobie. Nie minęły dwa tygodnie, a ja jestem u niego w domu, nie mówiąc, że leżę wraz z nim łóżku. Teraz właśnie przygotowuje nam śniadanie, stary zegar oznajmia mi, że zbliża się siódma rano. Koniec tego dobrego, odłożyłam patelnie i skierowałam się do jego pokoju.
- Axel, ileż można... - jęknęłam, ciągnąc za jego kołdrę. - Puszczaj! 
Chłopak spojrzał na mnie wrogim wzrokiem i zakrył twarz poduszką. Próbowałam zrobić to najmilej jak potrafię, ale nie pozostawił mi wyboru. Wlazłam na niego i odkryłam jego twarz.
- Gorzej niż dziecko. - westchnęłam.
- Diana, ja tam nie idę! - wrzasnął, nadal uparcie trzymając kołdrę. - Tam będzie moja dawna szkoła!
- To co z tego? - wyjrzał na mnie spod kołdry. - Podobno sprawy osobiste pozostawia się na boisku.
- Czy ty zawsze musisz łapać mnie za słówka? - spytał zirytowany, odkrywając głowę.
Westchnęłam, po czym zeszłam z jego łóżka.
- Czyli będę musiała zagrać za ciebie. - odparłam. - Może to i lepiej. 
Na te słowa chłopak niemalże natychmiastowo stanął obok mnie. Objął mnie wokół mojej talii i próbował mnie zatrzymać przed moim nędznym planem.
- Czy muszę się posuwać do szantażu żebyś zagrał w tym meczu?  - sapnęłam, odpychając jego ręce.
- Kochanie... - wziął moją rękę i obrócił w moją stronę. - Po prostu ja nie chcę konfrontacji z moją przeszłością. To boli jak cholera.
- I to mówi osoba, która nakłaniała mnie do rozwiązania mojej przeszłości.. - urwałam, wymachując rękami. - Powiem więcej, nawet się wepchała w nią swoje brudne buty!
- To zupełnie inna sytuacja. - pokręciłam na jego słowa głową. - Ale spójrzmy na to z tej strony, gdybym wtedy nie wyleciał z tego meczu.. nigdy byśmy się nie spotkali.
- Nie podlizuj się.. - pogroziłam mu palcem. - Co zamierzasz zrobić?
- Pójdę tam, pewne jest to, że dostanę po dupsku, ale nie poddamy się tak łatwo!
- I to mi się podoba! - przybiliśmy sobie piątkę.
- Dziękuję ci za to, że mnie tak motywujesz. - odparł, całując moje ręce. -  W ogóle to... odkąd przy mnie jesteś to zmieniasz mnie na lepsze.
Szybko poleciał do łazienki, a w między czasie do pokoju weszła pani Clifford. Kobieta krzątała się po pokoju z wielką miotłą.
- O... witam panienkę. - odparła, ciepło się uśmiechając.
- Dzień dobry. 
- Widzę, że panicz, nawet nie pościeli za sobą łóżka. Matko kochano, dlaczego on jest taki leniwy? - pokręciła z rezygnacją głową. - Czasami, wydaje mi się, że on i jego ojciec, to zupełnie inne i obce sobie osoby!
- Ależ, proszę  panią! Ja to zrobię. - podbiegłam do łóżka, łapiąc za drugi koniec kołdry. - Lepiej się nie schylać w pani wieku.
- Dziecinko, dziękuję ci. - pogłaskała mnie po głowie. - Może w między czasie, uda mi się coś upichcić. 
- Dziękujemy, zaraz zejdziemy! - rzuciłam przez ramię, a starsza pani ruszyła do kuchnii.
A ja zabrałam się za ścielenie łóżko, gdy układam jego poduszkę z podobizną Spiderman'a, blondyn wyszedł z łazienki. Odwróciłam się i trochę mnie zatkało. Doskonale pamiętam jak pierwszy raz widziałam go bez koszulki, to było jak dla mnie dziwnie krępująca, a zarazem ekscytująca sytuacja. Po mimo tego, że jesteśmy razem to i tak na ten widok rumienię się z zakłopotania. Na jego obojczyku znajdowała się mała blizna, której wcześniej nie widziałam.
- Co to? 
- Przypuszczam, że moja klatka piersiowa. - odparł, na co rzuciłam w niego poduszką. 
- Pytam się, o to tu... - wskazałam placem na bliznę. - Na obojczyku.
Chłopak spojrzał na dość sporą bliznę. Zmarszczył brwi, chyba to jakieś złe wspomnienie.
- Eee tam. - machnął na to ręką. - Takie tam... zabawy z Nathan'em. Ten idiota mnie przypalił. 
Spojrzałam na niego. Czy oni się przypali... p a p i e r o s a m i? Tylko to mi się nasuwało na myśl i sama ta myśl bardzo mnie denerwowała. Od zawsze to słowo (papierosy) - kojarzyło mi się z chłopakami. 
- Mogę widzieć czym? - spytałam, podchodząc do chłopaka bliżej.
- Czy ty... podejrzewasz mnie o fajki? - odpowiedział mi pytaniem, unosząc brew do góry. 
- Wcale nie. - dźgnęłam go w bok.
- Nie palę. - wziął koszulkę z szafy. - W naszym team'ie są osoby, które kurzą, a ja w tej grupce nie jestem.
- Czyżby Jude i Bobby? - chłopak powoli pokiwał głową.
- Nie mów Celi. - szybko dodał. - Wkurzy się tak samo jak Bobby, który mnie zabije, że go wsypałem. 
- O matko.. 
- Tak w ogóle, to skąd to wiedziałaś?
- Jeszcze podczas chodzenia z Judem miał skłonność do palenia. - sapnęłam, poprawiając poduszkę. - Zwłaszcza wtedy kiedy był wściekły. A Bobby'ego wydała paczka na jego stole. Wy, chłopcy, nie macie nic do ukrycia.
- I dlatego cię kocham... umiesz rozgryźć ludzi tak jak i ja. - odrzekł, całując mnie w policzek. - Chodźmy na dół.

* Bobby's POV *



Byłem pogrążony w tablicy niektórych ludzi z facebook'a, gdy usłyszałem szybkie kroki.
- Co to jest?! - krzyknęła, celując we mnie paczką Malboro.
Spojrzałem na nią, a potem na paczkę. Wiedziałem, że prędzej czy później wyjdzie to na jaw. Przyznaję, czasami mam ochotę po prostu poczuć dym i ten cierpki smak w ustach - to wszystko. I to przez moich starszych kolegów jestem taki, a nie inny. Ale przynajmniej, przy paleniu mam towarzystwo, mianowicie jej brata - Jude'a. 
- Paczka Malboro. - odparłem spokojnie, oglądając paczkę. - Czemu pytasz?
W jej oczach zauważyłem małe iskierki. Jest rozwścieczona, a ja powinienem szykować sobie trumnę.
- Czemu pytam? Chcesz wiedzieć? - usiadła obok mnie. - Na prawdę się o ciebie martwię. 
- Ależ Celia... - rzuciłem paczkę w kąt kanapy. - nie musisz.
- Myślałam, że lekko zniosę ten twój tryb życia, ale.. to już za wiele. 
- Co masz na myśli? - złapałem ją za rękę.
- Boję się, że za niedługo powiesz mi, że podczas mojej nieobecności to panienki do towarzystwa sobie sprowadzasz! - krzyknęła, dławiąc się łzami.
Nie lubię, kiedy płacze, a zwłaszcza  przeze takiego idiotę. Tak wiem, jestem dla niej nieodpowiednim chłopakiem, ale... staram się jak tylko mogę by dorównać jej doskonałości.
- Nawet tak nie mów! - potrząsnąłem ją. - Po prostu... dawny nawyk wrócił, a ja nie umiem tego zahamować. 
- Nie umiesz czy nie chcesz? - jęknęła, odsuwając się ode mnie. -Bobby, kogo ty oszukujesz? 
Złapałem ją za rękę, a dziewczyna próbowała się wyrwać, ale ostatecznie odpuściła.
- Spójrz na mnie. - rozkazałem. - Cholera... Celia!
Dziewczyna spojrzała w moje oczy.
- Pewnie gdybym się nie odwróciła, dostałabym w twarz, co? 
- Nie wygłupiaj się... - jęknąłem.
- No proszę, teraz masz okazję... Pokaż na co cię stać! - namawiała mnie gorąco. - Przecież i tak to zaakceptuję czyż nie? W końcu jestem taka naiwniutka, prawda?
- Nie jestem taki jak twój brat Celia... zrozum mnie...
- Puść moją rękę. - warknęła. - I tak już musimy się zbierać. 
Na jej prośbę puściłem ją. Po mojej ręce pozostał tylko fioletowy siniak. Dziewczyna jak tylko ubrała płaszcz, natychmiastowo wyszła. A ja też, wziąłem dupę w troki, wsiadłem na motor i udałem się w kierunku szkoły.

* Nathan's POV *




Właśnie przechodziłem obok kawiarni, kiedy zauważyłem Celię. Była jakaś inna - zazwyczaj pałała z niej wielka doza pozytywnej energii. Teraz na jej twarzy malował się dziwny smutek. Gdy mnie zauważyła, podbiegła w moją stronę. Szybko przytuliła się do mojego torsu i zaczęła płakać. Kompletnie nie wiedziałem, co zrobić. 
- Co się dzieje? - spytałem, odpychając ją lekko od siebie, by spojrzeć w jej oczy.
- Bobby... - przetarła mokrą twarz od łez. - Czy ty wiedziałeś, że on podpala?
Zmarszczyłem czoło. 
- Tak... A teraz chodź, bo spóźnimy się na zbiórkę.
Ucałowałem jej czoło i złapałem za rękę. Pamiętam, kiedy pierwszy raz przyłapałem ich z fajką w ręce. To było po treningu, w między czasie mieliśmy z Blazem udać się do naszej ulubionej knajpki. Gdy z niej wychodziliśmy, zauważyłem Bobby'ego i Jude'a. Z ich ust co chwilę wylatywał siwy dym. A ja wiedziałem co się święci.
- Bobby. - warknąłem w jego stronę. - Wyrzuć to.
- Co ty tu robisz? - gasząc peta.
- Wy się trujecie! - zabrałem im paczkę. - Jeśli mnie zignorujecie to Mark o wszystkim się dowie, a wtedy już więcej nie zagracie. Obaj.
- Coś. ty. powiedział? - wycedził przez zęby.
Zaczęliśmy się szarpać, a wtedy zjego dłoni wyleciał papieros. Wziąłem go do ręki. Nie wiedziałem jak go zgasić, dlatego zrobiłem to pod wpływem chwili - obojczykiem Axel'a. Mimo moich ostrzeżeń, oni nadal bezczelnie kurzyli, a ja ostatecznie ich olałem. Gdy doszliśmy na miejsce wraz z Celią wszyscy już byli. Zrobiło się trochę niezręcznie. Zorientowałem się, że nadal trzymałem ją za rękę, więc powoli puściłem rękę dziewczyny i szybko podszedłem do blondyna. Ten szybko przeleciał mnie właśnie "tym" wzrokiem.
- Co tu się odwala? 
- Pamiętasz Bobby'ego z fajkami? - pokiwał głową. - To właśnie o to biega. 
- Co za déjà vu... - chłopak podrapał się po głowię. -  Rano gadałem o tym z Dianą.
- Jak myślisz? - spytałem szybko, rozglądając się wokół. - Kontaktowały się?
- Wątpię. 
Wtedy do naszej dwójki dołączyła brunetka.
- Co jest z Celią?
- Ty powinnaś o tym najlepiej wiedzieć, prawda? - spytałem podejrzliwie. - Może to ty podkablowałaś na Shearer'a..
- Słucham? - spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem. - Czy ty mnie o coś oskarżasz?
- Nathan... to nie ona o tym powiedziała. - zaczął ją bronić Axel. - Daruj sobie zabawy w Sherlocka Holmesa. 
- Skąd możesz wiedzieć? - zacząłem wymachiwać rękami. -To, że jest twoją dziewczyną wcale jej nie usprawiedliwia.
- Serio? - podeszła do mnie bliżej. - Dobrze wiesz, że jestem lojalna wobec moich przyjaciół.. Bobby to mój ziomek, także zostałam oczyszczona zarzutów, cz to panie Swift wystarczy?
- I tak mam cię na oku. - odparłem, kierując palce z swoich oczu na jej. 

* Celia's POV *




Właśnie szukałam coś w jego pokoju, gdy nagle natknęłam się na tą cholerną paczkę parasolów. Nie wytrzymam, szybko podeszłam do beztrosko zatopionego w telefonie blondyna.
- Co to jest?! - krzyknęłam celując w niego paczką Malboro.
Spojrzał na mnie jak na idiotkę i zaczął przyglądać się paczce jakby pierwszy raz ją widział na oczy. Tym swoim zachowaniem na prawdę testuje moją cierpliwość
- Paczka Malboro. - odparł spokojnie. - Czemu pytasz?
- Czemu pytam? Chcesz wiedzieć? - usiadła obok mnie. - Na prawdę się o ciebie martwię. 
- Ależ Celia... - rzucił paczkę w kąt kanapy. - nie musisz.
- Myślałam, że lekko zniosę ten twój tryb życia, ale.. to już za wiele. 
- Co masz na myśli? - 
- Boję się, że za niedługo powiesz mi, że podczas mojej nieobecności to panienki do towarzystwa sobie sprowadzasz! - krzyknęłam, a na moje oczy cisnęły się łzy.
Na początku naszej znajomości, wiedziałam, że miłość do niego przyniesie mi problemy. Jest typem chłopaka, który łatwo nie pozbywa się swojego toksycznego bagażu. Bobby mówił mi wiele razy, że dla mnie zrobi wszystko, ale z każdym dniem moje wątpliwości co do niego rosną. 
- Nawet tak nie mów! - potrząsnął mną. - Po prostu... dawny nawyk wrócił, a ja nie umiem tego zahamować. 
- Nie umiesz czy nie chcesz? - jęknęłam, odsuwając się ode niego. -Bobby, kogo ty oszukujesz? 
Złapał moją za rękę, próbowałam się wyrwać, ale ostatecznie odpuściłam.
- Spójrz na mnie. - rozkazał. - Cholera... Celia!
- Pewnie gdybym się nie odwróciła, dostałabym w twarz, co? - w złości nawet nie zwracałam uwagę na to co mówię. 
- Nie wygłupiaj się... - jęknął.
- No proszę, teraz masz okazję... Pokaż na co cię stać! Przecież i tak to zaakceptuję czyż nie? W końcu jestem taka naiwniutka, prawda?
- Nie jestem taki jak twój brat Celia... zrozum mnie...
- Puść moją rękę. - warknęłam w jego stronę . - I tak już musimy się zbierać. 
Spojrzał na mnie smutno i puścił mnie. Zauważyłam, że na mojej ręce pozostał tylko fioletowy siniak. Nie zamierzałam w takiej atmosferze zostać i później jak gdyby nigdy nic pójść z nim na zgrupowanie, ubrałam więc płaszcz i natychmiast wyszłam. Zaczęłam biec tak szybko jak potrafiłam, a z oczu lały mi się łzy. To nie pierwszy, kiedy się z nim tak ostro kłócę. Czasami nie potrafię tego znieść mimo, że staram się być tolerancyjna wobec jego zachowania. Kiedy już zwolniłam kroku, ujrzałam postać Nathana. Bez zastanowienia przebiegłam przez ulicę, nie patrząc na drogę i nie zważając na klakson aut, wtuliłam się do jego torsu. Najwidoczniej chłopak był tym wszystkim mocno zmieszany, ponieważ jego serce łomotało jak szalone. 
- Co się dzieje? - spytał, patrząc w moje roztrzęsione oczy.
- Bobby... - przetarłam twarz. - Czy ty wiedziałeś, że on podpala?
Zmarszczył czoło, gdyż znał odpowiedź na to pytanie. Wiedział, że to co powie, nie poprawi mojej sytuacji.
- Tak... A teraz chodź, bo spóźnimy się na zbiórkę.
Niespodziewanie chłopak wziął mnie za rękę, to było dziwne uczucie. Gdy dotarliśmy przed budynek szkoły, wszyscy już tam byli (on i cała reszta). Nathan spoglądnął na nasze ręce, szybko wyrwał się z uścisku i powędrował gdzieś w głąb grupy. A ja zostałam sama, nawet nie zmierzałam się ruszyć z miejsca. Spostrzegłam kasztanową czuprynę, to była Diana 
- Celia... moje biedactwo... - szepnęła, po czym zamknęła mnie w szczelnym uścisku. 
- Ja na prawdę go kocham... - jęknęłam, tuląc ją do siebie mocniej. - ...ale to uczucie robi się coraz bardziej toksyczne. 
- Nawet nie wiesz jak cię rozumiem... - podrapała się po karku. - Byłam taka sama jak ty, kiedy zaczęłam chodzić z twoim bratem. Próbowałam zaakceptować, wmawiać sobie wiele opcji. 
- Czyli... mam to zakończyć? - sapnęłam, łapiąc się za głowę.
- Tylko ty o tym decydujesz. - odparła, szybko dodając. - Ale... Bobby nie jest taki. 
- Diana.... zostaw nas samych. - usłyszałam za sobą jego głos.
- Nie, zostań. - sapnęłam szybko. - Chcę, żebyś przy tym była. 
- Nie zachowuj się jak dziecko, Celia.
- Jak dziecko? - pchnęłam go. - Wolę być dzieckiem niż kolesiem, które się uważa za dorosłego tylko dlatego, że ma tytoń w mordzie.
- Ile razy mam ci mówić, że nie robię tego dla popisu... to uzależnienie.
- Wiem... ale, jeśli chcesz dalej to ciągnąć...
- Zmienię się. - odparł, klękając na kolana. - Daję ci słowo.
- Wstań, idioto. 
- Daj mi szansę naprawienia tego! - jęknął.
- Bobby! - zaczęłam go targać za koszulkę.
- Wstanę, jak mi uwierzysz. - złapał mnie za rękę.
Tupnęłam nogą, a na twarzy chłopaka pojawił się ten cwany uśmiech któremu, nie mogę się do tej pory oprzeć.
- Okej. - westchnęłam. a chłopak otrzepał swoje spodnie i niespodziewanie pocałował mnie w usta.
Nie wiem ile jeszcze będę musiała cierpieć przez niego, ale mam nadzieję, że będzie warto przełknąć te parę gorzkich łez.

* No One's POV *

Po tych burzliwych wydarzeniach po między młodzieżą, drużyna Raimona  w końcu wyjechała z pod szkoły. Do liceum było kawał drogi dlatego, każdy z zawodników, uciął sobie krótką drzemkę. Gdy tylko karawan podjechał pod szkołę, wszyscy otworzyli oczy i się obudzili z krainy Orefusza. Chłopcy udali się do wyznaczonej szatni, gdy na ich drodze stanęła trójka bliźniaków.
- Czekajcie! - złapał Izak ramię Nathana. - Nie tak prędko! 
- To, że powtórzycie wszystko razem nie oznacza, że jesteście fajni... a tym bardziej groźni. - sapnął Kevin, wymijając trójkę.
- Jak on śmiał? - wściekli się na słowa Dragonfly'a - My, was pokonamy! 
- Zobaczymy! - Eric uniósł palec do góry.
- A w szczególności ciebie, Axel' Blaze. - wykrzyknęli, wskazując na blondyna.
- Ach, tak? - odrzekł Nathan, patrząc im prosto w oczy. - To uważajcie... Bo gdy zbliżymy się do was i zaatakujemy to po was chłopaki.
Grupa rozeszła się w gniewie, a ludzie powoli zaczęli się zbierać na trybunach. Nie ma co zwlekać, czas na mecz! Kapitanowie, jak zwykle zresztą, podali sobie dłonie. I po minucie zaczęło się, a piłka w posiadaniu Blaze'a. Chłopak już mknie do sfery ataku Kirkwood'a, gdy  nagle piłka zostaje mu błyskawicznie odebrana przez jednego z bliźniaków, w tym przypadku Izaka. Mknie on jak szalony w stronę bramki Raimon. Gdy jest w pobliżu pola bramki, piłka szybuje wysoko do góry, a chłopak robi salto podobne do Axel'a. Lecz piłka leciała zupełnie w innym kierunku. Jednak Mark (bramkarz) próbował obronić to swoją OGNISTĄ PIĘŚCIĄ, ale niestety piłka wpadła do siatki. Zatem jest 1;0 dla Kirkwood. 
- Upokorzymy cię na oczach całego kraju! - krzyknęli ponownie, złośliwie się śmiejąc.
- Och, proszę zamknijcie się! - - odrzekł poirytowany Todd, podnosząc Mark'a z ziemi. - To nie jest nasze ostatnie słowo w tym meczu! 
Obie drużyny depczą sobie po piętach, ale przy piłce nadal zostaje bliźniacza trójka. Kolejne ODWRÓCONE TORNADO zostało posłane przez Izaaka wprost do rąk Evansa. Brunet jednak stał dziwnie spokojnie.Wyciągnął rękę i wtedy, jakby boska moc spłynęła na jego dłoń, piłka trafiła prosto w jego ręce.
- Czyli jednak... nie są tacy źli... - sapnął Izaak.
Piłka powędrowała ponownie w stronę braci. Właśnie zbliżali się ponownie do obrony, gdy w ich planach przeszkodził im Jude, który swoim dryblingiem, wykiwał rywala. Nastąpiło szybkie podanie do Shearer'a, a później do Max'a. Jednak panowanie nad piłką Raimona nie trwało długo, jeden z braci - Ken przejmuje piłkę. 
Odpycha nawet swoich zawodników od siebie, chłopak był tak zapatrzony w siebie, że nawet nie zauważył, że stoi w oko w oko z obroną. Jack uniósł ramiona do góry i już było wiadomo co się stanie. Nad nim pojawiły się masy skalne, podobne do górskich. Gdy Ken do nich podszedł stracił panowanie nad piłką, a ta powędrowała w ręce Evans'a. On  bez zastanowienia wyrzucił ją do Sama, który próbował ją uchwycić, ale Miche  - mimo, że był szczelnie kryty, był o wiele szybszy. Podał do jednego z swoich pomocników, jednak uderzył tak mocno, że piłka przeleciała Izakowi przed nosem.
- Co ty robisz? - wrzasnął Ken.
- Za mało się starasz... - wymamrotał Izak. 
Nastał koniec pierwszej połowy, obok bramki kolejno zebrali się: Jude, Mark, Bobby i Eric. 
- Zasialiśmy panikę między nimi... - powiedział zamyślony Jude. - Musimy to wykorzystać.
- Ale oni będą kryć Blaze'a. - jęknął Bobby, drapiąc się po szyi. - Jak to rozegramy?
- Dajmy się tym zająć Eric'owi. - odparł Jude. 
- Okej, ufam ci. - odrzekł Mark, klepiąc go po ramieniu.
Początek drugiej połowy zaczyna się od rożnego, przy piłce jest bramkarz Raimona. Brunet spojrzał na boki i szybko podał do Shearer'a. Bracia chcieli się na niego rzucić, ale Axel i Kevin zaczęli podążać w stronę ataku liceum. Bracia nie wiedzieli co zrobić, a tymczasem podanie zostało wykonane do Jude'a.  On podał Magikowi Boiska piłkę. Teraz w kierunku bramki biegną trzej gracze - Mark, Eric i Bobby. Ich kierunki przecinają się przez co wydają się podobni do PEGAZA szybującego na niebie. Piłka zostaje wysłana w stronę bramki i.. mamy to! Jest remis... ale co dalej? Kto wygra?  Szanse są wyrównane! Piłka została ponownie przejęta przez bliźniaków, tym razem biegną we trójkę. Izak, kopię do Miche, Miche do Kena. W ten sposób tworząc trójkąt, który zwą TRÓJKĄTEM Z. Strzał poszybowała do bramki, Mark próbował uratować się BOSKĄ RĘKĄ, ale to na nic. Jest 2;1, walka jest zacięta. 
- Mówiliśmy, że zmiażdżymy was Blaze. 
- Nie ujdzie wam to na sucho. - warknął w ich stronę Axel.
Piłka poleciła ponownie do Eric'a. Czas na TRÓJ-PEGAZA, ale to było by zbyt łatwe. Na ich drodze do sfery ataku stanął Nash, który użył swojej obrony i uciął pegazowi skrzydła.
- To, że strzeliliście raz... nie oznacza, że to się powtórzy. - odrzekł, podnosząc ramiona.
- Nie bądź taki chop do przodu! - wyrwał się Kevin.
- Jest nieźle choć, mógłbyś popracować nad szybkością. - zwrócił się do Marka. - Chyba nie chciałbyś kolejnej piłki w waszej bramce.
- Niech cię! - krzyknął Evans, kopiąc wiatr.
Wtedy podszedł do niego Axel.
- Mark nie martw się. - poklepał go po ramieniu. - Strzelę im bramkę... tylko daj mi chwilkę.
Nagle przy ataku pojawił się Dragonfly i wcześniej wspomniany, pan Blaze. Wykonali oni SMOCZE TRONADO, jednak piłka została wybita przez bramkarza. Tej okazji blondyn nie mógł odpuścić, wystarczyło jedno salto, a piłka wylądowała w bramce. Potem była duża przepychanka po między zawodnikami. Nadal był remis, a od końca dzieliły tylko sekundy. Co teraz? Szamotanina nadal trwała... Aż w końcu zza frontu wyłoniła się znakomita trójka i ponownie wykonali TRÓJKĄT Z, który poszybował do Evans'a tym razem z większą niż dotąd szybkością. Niestety Mark miał już mało sił i wszyscy byli pewni, że jest już po meczu. Wtem przy swoim kapitanie znaleźli się obrońcy, Todd i Jack. Pchali chłopaka z całej siły, aż w końcu piłka się zatrzymała. Następuje podanie do Axel'a, Chłopak biegł jak błyskawica, a bracia deptali mu po piętach. Gdy został okrążony, chłopak niespodziewani kopnął do tyłu. Tam znajdował się Eric. 
- Eagle biegnij! - wrzasnął.
- Ale...
- Jeśli zawalisz teraz, to cię zabiję. Kumasz?
Chłopacy ponownie spróbowali swego popisowego ataku. Nash próbował to powstrzymać, ale oni przebili się przez jego obronę. Powstali niczym FENIKS z popiołów. I tak oto kolejna bramka ze strony Raimona. 
Wszyscy zaczęli odliczać 3, 2, 1!! Zwycięstwo należy do Raimon'a. Cóż mogę dodać? Chłopaki, pora na finał!


* Eric's POV *



Wszyscy zaczęli się cieszyć i skakać jak oszalali. Sam nie wiem co mam czuć. Czuję się wolny, zupełnie jak ptak, jak.. p e g a z.
Właśnie dotarliśmy do finałów, wygrałem ze sobą i swoimi słabościami, to znaczy... my wygraliśmy! Udało nam się! Tylko szkoda mi Nasha, to mój przyjaciel, a ja zrównałem  jego marzenie i jego drużyny z ziemią. Staliśmy tak we trójkę, kątem oka zauważyłem, że chłopak do nas podszedł.
- Eagle... To był mecz życia! - przybił ze mną piątkę. - Nie zapomnę tego uśmiechu, kiedy podkosiłem wasz atak!
- To było coś niesamowitego! - przyznałem mu rację. - Poczułem ciupek adrenaliny...
- Jak na umarlaka określenie "troszkę" to za mało. - zaczęliśmy się śmiać. 
- To co tu odwaliliście to po prostu... kosmos! - sapnął Bobby
- Ale bez ciebie stary by się nie udało! - krzyknął uradowany Mark, robiąc mi kokosa na głowie. - Ty nasz magiku! 
- Zawrzyjmy pakt. Obiecajcie mi, że jeszcze kiedyś z wami zagram. - spytał Nate, podając do nas rękę. - Zgoda? 
- Masz ja w banku! - krzyknął Nathan, a my złożyliśmy nasze ręce na jego, obietnica zawarta. 
Teraz tylko trzeba dążyć do jej spełnienia. Wiem, że to będzie niełatwe, ale jestem na to gotowy jak nigdy w życiu!



* Axel's POV *



- Matko, Axel!  - usłyszałem pisk Diany i chwile później przytulała mnie do siebie.  - Jesteście w finale!
- Gdyby nie ty nie zagrałbym... - poczocharłem ją po głowie.  wiesz o tym?
- Głuptasie, to twoja zasługa. - dziewczyna się zaczęła śmiać. - Ja tylko cię obudziłam...
- Ohoho ktoś się tutaj zaczerwienił!  - pocałowałem ją w czoło.
- Przestań, wcale nie! - palnęła mnie w ramię. 
Spojrzałem w stronę bliźniaków. Siedzieli na murawę przygnębieni. Trzeba zamknąć ten rozdział raz, na zawsze, podszedłem w ich stronę.
- Co ty tu robisz? - podniósł głowę Ken. 
- Przyszedłeś zrobić z nas pośmiewisko? - dodał szybko Izaak.
-  To proszę... nie mamy nic do stracenia. - wymamrotał Miche.
Wyciągnąłem w ich stronę rękę, lecz ona została wyparta przez Kena.
- Byliśmy tacy dobrzy... - złapał się za głowę. - Trójkąt Z to atak, który jest nie do zatrzymania... Dlaczego nam się nie udało?
- Może dlatego, że cały czas graliście sami. - sapnąłem.
- Jak to? - powiedzieli razem jednocześnie.
- Drużyna składa się z wielu graczy, a nie tylko z garstki tych najlepszych, zapomnieliście? - usłyszałem za sobą głos trenera Samuela.
Obróciłem się w jego stronę. 
- To był zaszczyt z wami zagrać... - sapnąłem, drapiąc się po głowie.
- Mi również. - złapał mnie za rękę. - Wydoroślałeś... to chyba dobrze. 
- Trenerze... przepraszam. - bąknąłem.
- Nie musisz. - machnął na mnie ręką. - Dobrze wiem, co się stało z twoją siostrą. Bardzo współczuję ci tego co się stało. Mimo tego, mogłeś nam o tym powiedzieć... a nie uciekać. Ale teraz widzę, że nie uciekasz już przed niczym. Masz kogoś, kto cię wspiera i mam nadzieję, że będziesz trzymał taką osobę ze sobą nawet na zawsze. 
- Skoro pan tak mówi...
- To co? Uznajmy, że tego nie było. - klasnął w dłonie. - Zacznijmy od nowa.
- W takim razie... miło pana poznać! - mężczyzna zaczął się śmiać.
- Widzę, że stary humorek nadal się utrzymuje. - odrzekł, czochrając moją czuprynę.
Wtedy podszedł do mnie Miche.
- Nie wiedzieliśmy.
- Jest nam głupio. - krzyknął zza pleców Miche, Ken.
- Zachowaliśmy się jak ignoranci. - sapnął Izak.
- Przepraszamy. - krzyknęli razem.
- W porządku... - poklepałem Kena po ramieniu. - Nie wiedzieliście...
- Mam pytanie. - wypalił Miche. - Ta brunetka to twoja dziewczyna? 
- Tak wyszło. - zaczęli wzdychać.
- Nie wiesz o kim mówisz stary! - skarcił go Izak. - Nie mów, że to jest...
- Diana Evans. - a ich oczy automatycznie powiększyły się. 
- Załatw mi autogra-aaf.  - jęknął Miche.
- Proszę cię! - klęknął Izak. - To szansa jeden na milion.
- Luzik, mogę nawet wam koncert zorganizować. - na murawę weszła Diana i zaczęła śpiewać
Wtedy uświadomiłem sobie coś co już wiedziałem od początku. To dzięki niej moje życie stało się dużo prostsze i barwne. Obym tego nie spartolił.


hej, hej!
przepraszam, no..
... za to, że rozdziały dodaję tak nierównomiernie.
ale to przez różne sprawy
takie jak brak weny, problemy osobiste i szkołę.
ale IZI.. za niedługo poprawię się!
jak widać, nasza ukochana drużynka dotarła do finałów.
czyż to nie wspaniała wieść? xD
a więc, to chyba tyle z mojej strony.
buzi, buzi.
                     ~ gejzerka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz