Rozdział:38
"- Hmmm... - urwał, zastanawiając się nad sensownym wytłumaczeniem sytuacji. - Powiedzmy, że jestem jasnowidzem i na wszelki wypadek wziąłem trochę hajsu.
Nim się obejrzeliśmy staliśmy na jakiejś wielkiej skale, a raczej jak to Swift nazwał - "Utopi". Trzeba przyznać, że widok z tego czegoś jest nieziemski, normalnie raj na ziemi. Czułam się taka szczęśliwa jak jeszcze nigdy, wzięłam głęboki oddech, aby napawać się chwilą. Spojrzałam na zegarek, jest równo dwunasta, szybko się podniosłam z ziemi.
- Axel, musimy się zbierać. - odparłam, otrzepując się.
- Poczekaj.. - jęknął, wyciągając się wygodnie na ziemi.
- Nie mamy na to czasu. - zdjęłam mu z twarzy ten śmieszny kapelusz.
- Nie mów, że... - spojrzał ukradkiem na zegarek .
- Tak. - spojrzeliśmy na siebie znacząco. - Kawiarnia, piętnasta."
* Mark's POV *
♫
Jeszcze przez chwilę chodziłem po mieście z moją ukochaną, a potem zmyłem się. Przechodziłem właśnie przez park i zastanawiałem się nad moim życiem. W sumie, tak szybko się zmieniło. Nabrało sensu... Mam oddanych przyjaciół, idealną dziewczynę, a na dodatek odzyskałem swoją młodszą siostrzyczkę. Można powiedzieć, że to wszystko powinno wrócić na właściwe tory - guzik prawda. Jestem pod ogromną presją postawianą przez samego siebie, po ostatnim meczu nie mam na nic ochoty, jakby opadł z swoich sił witalnych. Czyżbym już był bezwartościowy? Czy tak ma być? To już koniec? Chyba nie, to zdecydowanie za wcześnie na chowanie głowy w piasek. Wraz z naszą drużyną doszliśmy daleko to fakt, od zostania mistrzem dzieli nas zaledwie jeden mecz - to mecz o nasze "być albo nie być". Musimy dać z siebie wszystko, tylko najpierw trzeba się uspokoić, unormować nasze relacje w drużynie. O piętnastej więc udałem się w podane miejsce, pod kawiarnię. Po drodze natknąłem się na jednego z Królewskich. Patrząc na jego wygląd - brązowy irokez na środku dokładnie wygolonej głowy, zabójcze a zarazem cwaniackie spojrzenie, podejrzewam, że to Caleb Stonewall. To było bardzo dobre spostrzeżenie, ponieważ gdy tylko chłopak mnie zobaczył uśmiechnął się łobuzersko, jego widok sam w sobie mnie przerażał. Był bardzo dziwny, już z daleka można było już wyczuć od niego negatywną energię
- No kogo moje oczy widzą? - szturnął mnie ramieniem, kiedy próbowałem go ominąć? - Czy ty nie powinieneś być teraz na boisku i trenować?
- To nie twoja sprawa. - urwałem, idąc dalej.
- Evans, naiwny Evans. - pokręcił głową. - Ty nadal liczysz na tą twoją Boską Rączunię, myślisz, że cię wybawi z opresji? I co zrobicie wtedy? Ja już wiem co... po prostu się poddacie.
Odwróciłem się napięcie i podszedłem w jego stronę, chwyciłem go za koszulę, a chłopak był tym nie wzruszony.
- Nie mów mi co mam robić do cholery. - warknąłem. - Gdybyś jeszcze nie zauważył pokonaliśmy was czyli tych najlepszych.
- Ciekawe co zrobisz... jak kogoś z waszej szczęśliwej rodzinki nagle zniknie.
- Jeśli zbliżysz się do mojej dziewczyny, siostry i do kogokolwiek drużyny to pożegnasz się ze swoim życiem szybciej niż myślisz, kmiocie. - warknąłem, puszczając go i wchodząc do kawiarni.
Usiadłem przy najbliższym stoliku i zamówiłem zieloną herbatę by uspokoić swój rozkołatany rytm serca. Ale niestety Caleb ma rację, to wszystko może się obrócić przeciwko nam - prędzej czy później. Nie możemy spocząć na laurach, musimy non stop nad sobą pracować, by nie dopuść do żadnej chwili słabości. Nagle usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, spojrzałem przez ramię i moim oczom ukazali się oczekiwani uczestnicy konwersacji. Popatrzyli na mnie równocześnie i usiedli na przeciwko.
* Diana's POV *
♫
Najszybciej jak się tylko da, udaliśmy się na przystanek autobusowy.
- Dlaczego tak biegniemy? - krzyknął zdezorientowany nagłym pośpiechem Nathan.
- Wszystko ci wytłumaczę. - odparłam szybko, gdyż na horyzoncie leniwie toczył się autobus.
- Macie czas dla siebie... korzystajcie póki go macie! - poklepał go Axel, na co obaj zaczęli się dziwnie śmiać.
Gdy już siedzieliśmy w wewnątrz pojazdu była czternasta trzydzieści, patrzyłam na widoki, które powoli się wlokły jak ta cała wielka maszyna. Wtedy też myślami biegłam do mojego brata, mam mieszane uczucia co do tej rozmowy. Do tej pory się unikaliśmy jak ognia. Po niecałych dwudziestu minutach byliśmy na miejscu, Powoli udaliśmy się na wyznaczone miejsce spotkania, jeszcze wcześniej minął mnie jakiś koleś, miałam dziwne uczucie, że skądś go kojarzę - te brązowe włosy, wygolone po bokach z dużym irokezem na środku. A na dodatek gapił się na mnie wzrokiem mordercy, więc lekko przerażona przytuliłam Axel do siebie. Weszliśmy do kawiarni, a tam już czekał na nas Mark. Popijał swoją zieloną herbatkę, na jego twarzy można było zobaczyć przygnębienie. Te oczy, dawniej śmiejące - teraz były zagubione i tańczyły jak pijany statek po morzu. Usiedliśmy na przeciwko niego.
- Cześć. - westchnął, biorąc kolejny łyk herbaty.
- Czego chcesz? - spytałam prosto z mostu, dając mu tym do zrozumienia, że nie przyszłam na głupie pogaduszki.
- Diana, uspokój się. - pogładził mnie po ręce blondyn.
- Tak jak pisałem do was, mam sprawę. - spojrzał na nas znacząco. - Co do ciebie Diana... - podrapał się po głowie.
- Tak?
- Przepraszam, że jestem nadopiekuńczy. - złapał mnie za rękę. -Przez ten czas nieco wydoroślałaś, a ja po prostu nie chciałem tego zobaczyć. Może to dlatego nie widziałem cię bite 12 lat...
- To nie usprawiedliwia cię do tego, abyś decydował za mnie. - ucięłam szybko jego przemowę.
- Nie gniewaj się, że zawiozłem cię do Jude'a, ale twoi zaufani ludzie w tamtej chwili nie byli w dobrej formie. - sapnął. - A po za tym chciałem aby w moim teamie panowała najzwyklejsza harmonia i zgoda.
- Tylko nie to. - przewróciłam oczami, bo wiedziałam na jaki temat się posuwa mój brat.
- Jude zwierzył mi się, że go unikasz.
- Ty się dziwisz? - spojrzał na niego zdziwiona. - Na prawdę chcę sobie poukładać wszystko do kupy... ale kiedy twój ex jest w jednej drużynie z tobą, to staje się to wtedy nie realne.
- Rozumiem, że to twój były... - odparł, bawiąc się kubkiem. - ale nie możesz uciekać od niego w nieskończoność.
To prawda - unikam go, uciekam od toksycznej przeszłości. Przykro mi, ale ja nie potrafię patrzeć na niego pod innym kątem, nie znajduje w nim ani krztyny dobra, gdy tylko jestem z nim w jednym pokoju czuję nie komfortowo i brakuje mi powietrza.
- Nie mam czasu ani nastroju na spotykanie się z nim. - westchnęłam głęboko. - Ale skoro uważasz, że nie ma harmonii i zgody w zespole...to okej, będę dla niego milsza.
Mimo wszystko, wolę dać za wygraną w tej sprawie.
- A co do ciebie Axel, to również cię przepraszam. - trzasnął ręką w stół. - Zaniedbałem naszą przyjaźń, wiem, że nie powinienem tego robić... ta sytuacja po między mną a Dianą odciska na wszystkich negatywne piętno. Nie chcę tego.
Blondyn przeniknął go swoim wzrokiem detektywa.
- Czy aby na pewno, panie Evans? - spytał podejrzliwie.
- Axel, nie doszukuj się problemów, tam gdzie ich nie ma. - warknął w jego stronę.
- Ach tak? Co się z tobą stało? - wstał nagle. - Od meczu z Królewskimi jesteś w jakimś dziwnym amoku.
- Zdaję ci się. - uciął, wstając.
- Po prostu powiedz.... - jęknął, łapiąc go za ramię. - Gryzie cię to, że BOSKA RĘKA zawiodła. Martwisz się o nas, że nie podołamy zadaniu.
- Nie masz pojęcia...
- Przed naszym spotkaniem spotkałeś Caleba, który cię jeszcze nastraszył i teraz uwierzyłeś w swoje chore urojenia. - mój brat przystanął na jego słowa.
No tak! To ten koleś z przed kawiarni, wiedziałam, że skądś go kojarzę. Mark obrócił powoli głowę, a w jego oczach zauważyłam niemały strach. Rozgryzł go za jednym pstryknięciem palca, jak on to robi?
- Nie jesteś w tym sam. Dobrze wiesz, że jestem twoim przyjacielem, rozumiem cię i będę robił wszystko...
- Ty? Przestań. - pokręcił głową. - Axel jesteś świetnym piłkarzem i zawsze wiesz jak wyjść z dołku. A ja czuję się jak dziecko we mgle, tracę nerwy i siły na to wszystko, moja matka chyba miała rację z tym, abym nie ruszał piłki z tej cholernej półki.
- Ej, ej. - zatrzymał go szybko. - Nie waż się tak mówić, paniczu Evans. W twojej krwi płynie pasja do piłki nożnej, więc proszę cię... gdyby nie ty, pozostałbym tym dołku już na zawsze. - brunet podszedł w jego stronę i przyjacielsko się przytulili. To było dla wszystkich bywalców było co najmniej dziwne, no bo kto normalny, najpierw drze się jak jakieś psy, które zobaczyły kota, a potem jak gdyby nigdy nic przytula się na środku miejskiej kawiarni?
- Ej, maleńka! - sapnął w moją stronę. - Robimy grupowy uścisk, chodź tu! - bez zastanowienia przyłączyłam się do nich.
* Caleb's POV *
♫
Usiadłem na brzegu krzesła mojej ulubionej kawiarni o nazwie Time=Break. Zamówiłem tam dużą szklankę coli i zastanawiałem się nad moim życiem. Prowadzę je tak toksycznie, ale kogo to obchodzi? Wszedłem pod skrzydła Drak'a, który rozumie mnie doskonale. Moi rodzice mają mnie w dupie, a raczej zastępczy rodzice. Ojciec zginął w jakiś tajemniczy sposób, a matka żyje swoim życiem. Spojrzałem na wyświetlacz - o wilku mowa, szefuniu.
od COACH: Przyjdź na stadion. Mam plan.
Pokiwałem na to wszystko głową i wyszedłem. W drzwiach już zdążyłem zauważyć tego tytana, którego nikt nie pokona - Mark Evans. Często nazywany też fanatykiem footballu, tak jak mówiłem - jest nie do zdarcia co de fakto jest prawdą. W jego oczach pojawił się niemały strach, wyczułem go od razu i go zaatakowałem.
- No kogo moje oczy widzą? Czy ty nie powinieneś być teraz na boisku i trenować?
- To nie twoja sprawa. - urwał, idąc dalej.
- Evans, naiwny Evans. - pokręciłem głową. - Ty nadal liczysz na tą twoją Boską Rączunię, myślisz, że cię wybawi z opresji? I co zrobicie wtedy? Ja już wiem co... po prostu się poddacie.
Czekałem na jego reakcję, stanął w miejscu. Pewnie już sika ze strachu, nie dziwię mu się - to tylko stwierdzenie faktów, więc nie ma już czym się obronić. Niby mówią, że jest taki odważny - uwaga obalam wszelkie mity! W pewnym momencie chłopak odwrócił się, a w jego oczach dostrzegłem małe, przepełnione złością iskierki. Jest wściekły, na jego twarzy pojawił się ten głupi uśmieszek, którego do tej pory nie rozumiem. Z czego tu się cieszyć? Po meczu z nami, na pewno jest tak rozbity jak nigdy. Nie wiem, może jakiś paraliż twarzy? Nie podoba mi się to - nim się spostrzegłem trzymał mnie za koszulkę.
- Nie mów mi co mam robić do cholery. - warknął w moją stronę. - Gdybyś jeszcze nie zauważył pokonaliśmy was czyli tych najlepszych.
- Ciekawe co zrobisz... jak kogoś z waszej szczęśliwej rodzinki nagle zniknie. - zaśmiałem się mu w twarz.
- Jeśli zbliżysz się do mojej dziewczyny, siostry i do kogokolwiek drużyny to pożegnasz się ze swoim życiem szybciej niż myślisz, kmiocie. - warknął, po czym odszedł i wszedł do środka kawiarni.
A ja jeszcze przez chwilę stałem jak wryty w ziemię, szybko się ocknąłem i przeklinałem swoją bezmyślność. Dałem się przestraszyć? Niemożliwe... a jednak. Co ja teraz zrobię? Czy coś jest w stanie poprawić mój nastrój? W pośpiechu wyciągnąłem proszek, moją kochaniutką przyjaciółkę - anfetaminę. Łapczywie zawartość na mojej ręce wciągnąłem przez nos i udałem się na spotkanie z Darkiem. Po mimo zażycia bielutkiego proszku wróżek, po mojej głowie nadal krążył ten cholerny Evans. Przechodziłem koło jakiejś pary, odruchowo spojrzałem na tyłek panienki, który był tak idealnie wyeksponowany. Mmmm... gdybyś ty była moja, pokazałbym ci raj na ziemi. Poczułem się dziwnie, kiedy dziewczyna się nagle odwróciła. Czyżby czytała mi w myślach? Gdy spojrzałem na jej twarz i już wiedziałem z kim mam do czynienia. To była ona, pani Diana Evans - czytaj najbardziej niedostępna laska na świecie. Była dupa Sharpa, aktualnie jest w posiadaniu Blaze'a. Cóż Mark, patrząc na tą ślicznotkę... będzie mi trudno trzymać się z daleka od waszej grupki loser'ów.
* Jude's POV *
♫
- Celia, ile jeszcze można przymierzać sukienki? - jęknąłem, siadając na pufie obok przymierzalni.
Nie wiem po co jej to wszystko. Ubzdurała sobie, że zaprosi Shearera na kolację z jej rodzicami. Wątpię, czy po tym spotkaniu, ich związek będzie miał jakąkolwiek przyszłość, z tego co wiem państwo Hills nie przyjmują byle kogo do swojego wąskiego grona znajomych.
- Jude dobrze wiesz jakie to dla mnie ważne. - odparła, wychodząc z piątą sukienką z rzędu.
Pokiwałem na tą głową. Gdy już kupiła tą sukienkę, byłem w niebie i cieszyłem, że zakończyłem to piekło jakim jest nieustanne czekanie na jej szybką decyzję. Właśnie byliśmy w drodze do jej domu.
- Powinieneś wiedzieć o tym najlepiej. - sapnęła, po długiej ciszy między nami.
- Co?
- Powiedziałeś przecież rodzicom o Dianie, tak? - odwróciłem wzrok.
Tak szczerze, nie miałem kiedy. Byłem wtedy na wymianie, poza tym moi rodzice byli w rozjazdach. Dodajmy do tego fakt, że szybko schrzaniłem sprawy z Dianą zanim nasz związek wszedł na ten właśnie poziom.
- Właściwie to nie... - spojrzała na mnie zdziwiona. - Są nadal przekonani, że nie miałem żadnej dziewczyny.
Tak cholernie tęsknie za tym wszystkim, ale nie mogę już zmienić czasu. Gdybym tylko mógł to - nie posłuchałbym się Darka, żyłbym z nią najpiękniej jak się da i nie podniósłbym na niej ręki. Wtedy nie pojawiłaby się tutaj Inazumie i wszystko by było napisane idealnie jak w moich najśmielszych marzeniach. Ale tak jak mówiłem, rzeczywistość jest inna.
- Nie wiedziałam. - powiedziała zakłopotana. - Przepraszam, że cię wprawiłam w zakłopotanie.
- Spokojnie. - uśmiechnąłem się do niej blado. - Lubię czasami wracać do tamtych czasów myślami.
- Gdybyś mógł to naprawić... może by się wam udało. - jęknęła, głaszcząc mnie po ramieniu.
- Nie mam na to szans, miałem jedną i ostatnią. - westchnąłem głęboko. - W końcu będę musiał pogodzić z obecnym stanem rzeczy.
Uśmiechnąłem się w stronę nieba, dzisiaj wyglądało wyjątkowo pięknie, a słońce żarzyło mnie niemiłosiernie w oczy. Spojrzałem ukradkiem na moją siostrę, była zmartwiona faktem, że tak jak ona nie jestem szczęśliwy. Wiem, że tego pragnie tak mocno jak ja, ale niestety tego nic już nie naprawi, nie ważne, że chęci są wielkie.
- Boję się. - wypaliła nagle, zgryzając dolną wargę.
- Ej.. - dźgnąłem ją w bok. - Nie jestem wyrocznią. To co mi się przydarzyło niekonieczne musi się tobie wydarzyć.
- Co o tym myślisz? - teraz postawiła mnie w sytuacji bez wyjścia. - Znasz moich rodziców trochę.
Miotałem się między młotem a kowadłem. Co mam wybrać? Prawdę, która jej ulży i nie będzie się stresować czy kłamstwo, które doda jej pewności siebie.
- Mam co do tego mieszane uczucia... - złapała się za głowę. - Ale spójrz na to z innej strony. Jeśli ty kochasz Bobby'ego, to twoi rodzice też go pokochają.
- Mam taką nadzieję.. w końcu on to zaproponował. - sapnęła, a ja momentalnie zacząłem się śmiać jak głupi.
Nie wyobrażałem sobie nigdy go jako kogoś, kto przejmuje inicjatywę w związku, zwłaszcza, że Bobby rzadko trzymał się z dziewczyną dłużej niż raptem 3 miesiące. Ale może to dobrze? Moja siostra ma na niego dobry wpływ, każdy się może się zmienić, prawda?
* Bobby's POV *
♫
- Tak sobie myślałam.. - złapała mnie mocniej za rękę. - Może.. przeszliśmy na następny level?
- Kochanie... od kiedy my gramy w jakąś grę? - zaśmiałem się w głos.
- Chodzi o następny etap naszego związku, dzbanie. - sapnęła. - Co ty na to?
- Dobra. - zatrzymałem ją. - No to... jutro czas na kolacyjkę z rodzicami, prawda?
- Na prawdę tego chcesz? - jej oczy zaczęły się błyszczeć.
- Chcę ci pokazać, że... zależy mi na tym wszystkim. - spojrzałem jej głęboko w oczy. - Na tobie, maleńka.
Wpadła mi w objęcie i rozstaliśmy się przed moją furtką.
Kurde, kurde, kurde - pomyślałem, gdy tylko przekroczyłem progi mojego domu. Co mi strzeliło do głowy, żeby spotykać się z rodzicami Celi? Ja nie wiem, chyba zaczynam być odpowiedzialnym człowiekiem. Nie wiem co zrobić ze sobą, jak się ubrać... Na dodatek spotkanie jest już jutro, a ja już dzisiaj zaczynam panikować. Wyciągnąłem komórkę, potrzebuję pomocy i to od osoby, która doprowadzi mnie do trzeźwo-myślacego stanu. Wolę się skonsultować to z jakąś kobietą, spojrzałem na moje kontakty. Diana była pierwszą osobą na mojej liście, dlatego też wysłałem jej SMS'a.
do DAJEN: Mam sprawę. Chodzi o spotkanie z państwem Hill'sów. Pomożesz?
od DAJEN: Szesnasta, centrum handlowe.
Centrum handlowe - o n i e, pewnie będę musiał pójść w jakimś głupi garniturku. Skarciłem się w myślach za takie nastawienie i powoli poszedłem w stronę centrum. Gdy byłem już na miejscu, dziewczyna siedziała na schodach, na mój widok poderwała się z miejsca i przytuliła się do mnie.
- Witaj kamracie... czas na przygodę. - wzniosła moją rękę w górę mimowolnie.
- Rób co trzeba. - wymamrotałem, a Diana wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do pierwszego sklepu.
Podczas przeglądania pierwszych wieszaków, zauważyłem, że brunetka patrzy na mnie ciekawskim wzrokiem.
- Mam coś na twarzy? - spytałem, a dziewczyna przez przypadek przewróciła jeden z menkinów.
- Nie...
- Dobra, co chcesz wiedzieć. - sapnąłem, przewracając to w jedną to w drugą stronę wieszaki.
- Po prostu... dziwię ci się - odparła, robiąc poważną minę. - Bobby.. jak to się stało?
Z tego wszystkiego zacząłem się śmiać, ponieważ, uświadomiłem sobie smutną prawdę, oni na prawdę boją się mojego długo oczekiwanego przez wszystkich dojrzenia do pewnych rzeczy, właśnie takich jak taka - czytaj, poważny związek.
- Mmm, jakoś tak... chciałem przejść na kolejny etap. - sapnąłem, stając z nogi na nogę.
- Nie wydaję ci się, że to za wcześnie? - odparła, przykładając do mnie białą koszulę w niebieskie kropki.
- Słucham? - spojrzała na mnie przelotem by odpowiednio dobrać mi wszystkie części potrzebne do ułożenia garnituru. - Co jak co... ale ty mnie nie powinnaś pouczać.
- Niby jakim prawem...
- Diana, ja rozumiem, że wy panikujecie, ja też panikuje. - sapnąłem. - Ale czuję, że jestem na to gotowy... miałem tyle czasu na to, by dorosnąć. Nie chcę go teraz tracić w sytuacji kiedy jestem z wspaniałą dziewczyną pierwszy raz i to na poważnie.
Weszliśmy do kolejnego, lepszego i bardziej droższego sklepu z smokingami.
- Okej. Przymierz to, to i to. - powiedziała, dając mi stos ubrań.
Skierowałem się do przymierzalni. Wszyscy obdarzali mnie jakiś niepokojącym wzrokiem. Nie jestem dzieckiem, chyba na noszenie smokingów, prawda? W końcu to musiało nastąpić. Najpierw Mark, Axel, Eric, później Nathan, a teraz - ja. Wyszedłem w pierwszej kreacji.
- I jak? - zrobiłem piruet niczym balerina.
- O nie... - skrzywiła się na mój widok. - Wyglądasz jak barszcz... a ja cię tak nie puszczę.
- No ale... ja lubię buraczki. - jęknąłem oburzony.
- Ale państwo Hills nie bardzo. - wepchnęła mnie z powrotem do przymierzalni
Wyszedłem więc drugim garniturze, a Diana obsypała mnie uważnym spojrzeniem.
- Proszę, żeby to był ten... - jęknąłem, krzyżując palce.
- W sumie... zaprezentuj się. - stanąłem tak jak manekin w sklepie, dziewczyna zaczęła się śmiać. - Nie chcemy chudego Elivsa również.
- Halo, ja ćwiczę na siłowni. - odrzekłem urażony, demonstrując biceps. - Nie widzisz mięśni?
- Papierosy wypuściły ci powietrze z tych baloników. - podsumowała mnie szybko, a ja wystawiłem jej język.
Popatrzyłem na wyświetlacz, jest już grubo po osiemnastej, a z tego co pamiętam centrum jest do 21. Tyle czasu nam zeszło, na te sztywniackie wdzianka? Przecież dopiero co wchodziłem do tego budynku, a jestem tu już dwie godziny, które są przepełnione tylko bólem i rozpaczą. Z nadzieją założyłem ostatni - szary w białą kratkę i modliłem się, żeby to był ten właściwy.
- Ta mieszanka elegancji z twoim urokiem osobistym... - powiedziała, powoli wstając i poprawiając mi sterczący kołnierzyk.
- Co to oznacza? - spytałem poddenerwowany
- Bierzemy. - ucięła, a ja zacząłem skakać ze szczęścia.
Do tego dokupiliśmy buty i muszkę pod kolor smokingu. Gdy wyszliśmy ze sklepu, szliśmy w niezręcznej ciszy.
- Ale to życie jest zwariowane. - zagadnąłem, patrząc na pędzące auta. - Eric nie żył, a teraz jak gdyby nigdy nic wraca do nas. Axel nie grał w piłkę, a tymczasem wraz z naszym zespołem przygotowuje się na finały. Ja kiedyś byłem dzieckiem słońca i teraz staje się coraz bardziej dojrzalszy.
- To wszystko tak pędzi, że nawet nie widzimy ile rzeczy dokonało się bez naszej wiedzy. - odparła.
- Diana, a ty przedstawiłaś Axel'a rodzicom? - spytałem ciekawie, a na jej policzkach pojawił się rumieniec.
- Nie. - pokręciła głową nadal jeszcze zawstydzona głową. - To za szybko.. Jesteśmy razem raptem z miesiąc.
- No to co? - urwałem, na co ona stanęła w miejscu. - Ja i Celią też..
- To nie tak. - przerwała mi. - Wasza historia nieco różni się od mojej.
- A no tak... duch przeszłości cię prześladuje. - sapnąłem, a dziewczyna pokiwała na moje słowa twierdząco głową.
- Chcę być ostrożna... - westchnęła głęboko. - Po mojej ostatniej relacji z chłopakiem dużo myślałam.
- I co wymyślałaś? - napierałem z pytaniami, nie patrząc na to czy czuje się ona z nimi komfortowo.
- Postanowiliśmy, że nie będziemy się śpieszyć. - nawet nie zauważyłem, że dotarłem, aż pod jej dom.
- Dziękuję ci za dziś. - powiedziałem, całując jej ręce. - Bez ciebie nie dałbym rady...
- No wiadomo. - odpowiedziała żartobliwie, zamykając furtkę.
- Jak zawsze skromna! - krzyknąłem.
- Połamania nóg Shearer. - rzuciła przez ramie i znikła za drzwiami swojego domu.
hejcia, hejcia. :")
dzisiaj dodaje rozdział na koniec roku!
mam nadzieję, że wakacje będą udane.
a ja będę teraz cała dla was. <33
pewnie tak jak w tamtym roku, będę siedzieć nad rozdziałem
do 5 rano. XDDDDDD
hehe, a tymczasem u naszych bohaterów
jak widać, sielanka.
ale poczekajcie, poczekajcie...
ja tu zrobię ogromne napięcie, zooobaczycie.
a ja zmykam,
ciuemczki! :3
~ gejzerka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz