Rozdział:37
"- Najchętniej bym w ogóle cię nie szukał i też żyłoby się nam dalej. - wrzasnął, składając rękę w pięść.
- Jesteście niepoważni! - wrzasnęła Diana. - Zamiast się cieszyć, że uszliście z życiem... to się chcecie pozabijać!
- Diana... - sapnęliśmy żałośnie.
- Nie interesuje mnie to. - odparła stanowczo. - Macie przestać i to już!
- No Axeluniuniu, chodź daj mi pysia. No chodź. - odrzekłem robiąc z ust dziubek, na co blondyn się skrzywił.
- Choćbyś był ostatnim człowiekiem na ziemi... - wymamrotał Axel.
- Kocham was, chłopaki! - szepnęła dziewczyna, przytulając nas obu. - Dobrze, że jesteście."
- Jesteście niepoważni! - wrzasnęła Diana. - Zamiast się cieszyć, że uszliście z życiem... to się chcecie pozabijać!
- Diana... - sapnęliśmy żałośnie.
- Nie interesuje mnie to. - odparła stanowczo. - Macie przestać i to już!
- No Axeluniuniu, chodź daj mi pysia. No chodź. - odrzekłem robiąc z ust dziubek, na co blondyn się skrzywił.
- Choćbyś był ostatnim człowiekiem na ziemi... - wymamrotał Axel.
- Kocham was, chłopaki! - szepnęła dziewczyna, przytulając nas obu. - Dobrze, że jesteście."
* Nathan's POV *
♫
Te białe ściany przestały już być dla mnie ciekawe, a łóżko właziło mi w kręgosłup. Po tak długim czasie, jedyne o czym myślę to wyjście z tego budynku i to jak najszybciej. Po Dianie i Axelu myślałem, że zaznam spokoju, dzięki czemu będę mógł wylizać się z moich ran i po prostu będę mógł odpocząć od moich problemów. Jednak los lubi ze mną igrać, zaraz po ich wyjściu, zaczęła się istna makabra. Do mojego pokoju wleciał jak strzała pobladły i wściekły ojciec. Moja relacja z ojcem była umiarkowana, on nie wchodził mi w drogę, a ja jemu. I tak było aż do tego momentu, kiedy dowiedziałem się smutnej prawdy.
- Nathaniel, dziecko... - pogłaskał mnie po głowie. - Nie mam nawet słów na to co ty robisz i jakich emocji mi dostarczasz.
- Mówiłem ci, żebyś mi tak nie mówił. - sapnąłem, a on usiadł na krześle obok łóżka. - Spokojnie, taka akcja się już nie powtórzy...
- Spokojnie? Ty mi mówisz spokojnie?! - wstał nagle i zaczął wymachiwać nienaturalnie rękami. - Synu, ty prawie mnie do grobu wpędziłeś... gdyby nie twój przyjaciel... nie wiem co by było.
- Gdybyś nie kłamał mnie od początku, to nic by się nie wydarzyło! - krzyknąłem poirytowany, a on spojrzał na mnie zdziwiony.
- Kłamał?
- Dokładnie... czekałeś, aż tak jak wariatka, którą ożeniłeś zwariuje.
- To twoja matka, nie mów tak. - zganił mnie. - A więc miałem powiedzieć malutkiemu chłopcu, że jego własna matka się zabiła? - westchnął, chowając twarz w ręce. - Chciałem cię po prostu uchronić przed tym wszystkim.
Nigdy tak nie rozmawialiśmy. Zacznijmy od tego, że nie za często to robimy. On jest w pracy, a ja w szkole. On w domu, a ja na treningu. Wszystko było w porządku, dopóki do naszej rozmowy nie przyplątywał się temat matki. Kiedy do tego dochodziło zawsze albo rozmowa zostaje urwana albo udaje, że musi pozmywać wyimaginowane naczynia.
- Miałeś na to piętnaście lat. - sapnąłem uszczypliwie.
- Przestań do cholery, Nathan. Czasami mam ochotę...
- Mnie zabić? Spluwa jest pewnie gdzieś w szufladzie. - dopiołem swego ponieważ, ojciec spojrzał na mnie surowym wzrokiem i opuścił budynek.
Jednak chwilę potem przyjechał po mnie, by mnie wypisać. Nie żałuje tamtych słów, ponieważ szczerze wyrzuciłem z siebie to co od dawna dusiłem w sobie. Pielęgniarka wręczyła mu wypis i wyszliśmy z budynku. Wziąłem wdech, powietrze nadal pełne smogu - tak bardzo tęskniłem świecie. Właśnie miałem wsiadać do auta, gdy przed oczami mignęła mi postać Holly. Najpierw myślałem, że to przez leki mam jakieś zwidy, ale gdy parę razy pomrugałem, uświadomiłem sobie, że to ona. Jej włosy były splecione w małe drobne warkoczyki, które powiewały na wietrze, dziewczyna widząc mnie szybko podeszła i wtuliła się w mój tors, odwzajemniłem uścisk.
- Możesz jechać. - odrzekłem do ojca, na co ten pokiwał głową i odjechał.
- Idioto! - krzyknęła, bijąc mnie w pierś.
- Ej, ej! - wziąłem jej ściśnięte w pięść ręce. - Ty zamiast się cieszyć mnie wyzywasz?
- Nathan... - odparła, dając kosmyk za ucho. - dobrze cię widzieć, ptasi móżdżku.
- To też może być.
- Prawie byś się zabił. - powtórzyła słowa mojego ojca.
- Tak i gdyby nie Axel to bym nie przeżył. - przewróciłem oczami. - Przerabiałem to.
- Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo było mi źle... - odwróciła ode mnie wzrok. - Znaczy się nam, kiedy cię nie było.. Narobiłeś nam stracha.
- To też słyszałem, Axel zgonował z powodu wielkiej igły, a Diana dostała szlaban i przewieziono ją do Sharp'a.
- Masz mi coś do powiedzenia. - spojrzała na mnie znacząco, krzyżując ręce na piersiach.
- Przepraszam. - urwałem, patrząc w ziemię.
- Powinieneś już tu klęczęć, Swift. - tak jak powiedziała, tak zrobiłem.
- Nathan, wiesz co ironia, prawda? - zaczęła się śmiać pod nosem.
- Jeśli prosi się o przebaczenie, kogoś kto ci namieszał w głowie. - odparłem, biorąc jej rękę. - To wcale nie są żarty.
- Co ty mówisz?
- Kocham cię. - powiedziałem, uśmiechając się głupio.
- Czy to jakiś żart?
- A czy to też jest żartem? - spytałem, muskając delikatnie jej usta.
Dziewczyna zarumieniła się i zaczęła się nerwowo śmiać. Uśmiechnąłem się w jej stronę, zdałem sobie sprawę, że chyba byłem ślepy. Nigdy nie patrzyłem na nią z tej strony, znamy się tyle lat, a ja nie zauważyłem jak cudowna jest. Tak jak kiedyś wam wspominałem - Holly to świetnym ziomkiem, a zarazem piękną i wspaniałą dziewczyną, którą cały czas miałem ją pod nosem. To połączenie idealne dla mnie.
"- Kiedy znajdziesz dziewczynę to zmienisz zdanie. - poklepał mnie po ramieniu."
Ale teraz zdałem sobie ten stary dziad (Blaze) ma teraz całkowitą rację.
* Diana's POV *
♫
Otworzyłam zlepione snem powieki. Rozejrzałam się po pokoju, zdałam sobie sprawę, że to na pewno nie jest mój pokój. Nie mogę to uwierzyć w moje aktualne życie. Gdyby nie poznanie go to pewnie już dawno by mnie tu nie było. Gdyby nie on, nie wróciłabym do Japonii, po mimo, że kocham Marka, to on był moim głównym powodem przyjazdu. Niby wmawiam sobie, że to nieprawda, ale moje serce doskonale zna prawdę. Spojrzałam po sobie, miałam na sobie jedną z jego koszulek. Ta akurat była z 30 second to Mars. Uśmiechnęłam się sama do siebie, uświadomiłam sobie, że nie zasługuję na to wszystko. Nie powinnam mieszać tym wszystkim ludziom w głowach. Chwyciłam telefon, na moim wyświetlaczu pojawiła się wiadomość od mojego braciszka.
od BRACISZEK-KOPCIUSZEK: Ile to będzie trwać? Ta narastająca między nami bariera, mnie dobije. Nie wiem co się dzieję. Najpierw Nelly była powodem kłótni, później Axel, a teraz co? Ja tylko chcę dla ciebie jak najlepiej. Jesteś zła o Jude'a? Do domu byś nie poszła, Axel by cię wtedy nie zabrał do siebie, bo leżał w szpitalu, pozostał mi tylko on. Przyznał mi się do tego, że unikasz go. Wiem, że to nie dorzeczne, ale ja chcę abyście utrzymywali dobre kontakty. On na prawdę się zmienił na lepsze, musisz to zobaczyć! Musimy porozmawiać, bądź przy kawiarni, o piętnastej.
do BRACISZEK-KOPCIUSZEK: Dobra.
Zdziwiłam się tą wiadomość, ale w sumie tak to przeważnie się kończy. Kłócimy się, a potem Mark podaje rękę na zgodę i ponownie perfekcyjne rodzeństwo zostaje zjednoczone. To normalne, w końcu jesteśmy rodziną. Zasłoniłam twarz poduszką, ponieważ przez rozsunięcie rolet, promienie słoneczne dostawały się do moich oczu i to mnie drażniło. Wtedy do pokoju ktoś wszedł, pewnie był to Blaze i mało się nie pomyliłam. Z mojego oblicza szybko została zdarta poduszka, a moim oczom ukazał się rozpromieniony blondyn. Spojrzałam na lewo, odkąd tutaj jestem na półce nocnej leżą leki i stoi szklanka soku pomarańczowego - tak było i dzisiaj. Skrzywiłam się na samą myśl, że muszę to wypić. Tak, jestem niesystematyczna i praktycznie nie dbam o siebie. Ale muszę to robić, bo wszyscy doprowadzają mnie do szału z tą swoją troską.
- Witam moją śpiącą królewnę! - powiedział, całując moje czoło. - Wow... chyba pomyliłem panią z Shrekiem!
- Dzień dobry mój dzielny książę. - sapnęłam, miziając go po nosie. - Lordzie Farquaadzie, jak nie pasi... to wypad.
Chłopak na to zaczął kichać jak mały słodki kociak.
- A jednak pani pokazała swoje pazurki z rana. Wyspałaś się?
- Tak mi się wydaje... - przeciągnęłam się. - Przesłuchanie z rana?
Pamiętacie jak mówiłam o nadopiekuńczości? Na prawdę czasami myślę kto jest najbardziej opiekuńczy dla mnie. Mark czy Axel?
- Kochanie zależy mi na tym, abyś była przede wszystkim zrelaksowana i zdrowa. Kocham cię, może dlatego? - odparł, przytulając się do mnie.
- Skoro tak. - musnęłam jego usta.
- Mark, do mnie pisał. - skrzywiłam się na dźwięk tego imienia w jego ustach. - Chciał się spotkać.
- Jeśli dobrze pamiętam to... o piętnastej, koło kawiarni...
- Nie mów, że... do ciebie też napisał? - podrapał się po głowie.
- Jak myślisz... co kombinuje. - oparłam się o jego plecy.
- Przypuszczając to, że Mark to osoba bez konfliktowa, to będzie chciał z nami pogadać o ugodzie... - sapnął, wstając z łóżka, rozciągając się.
Nagle szybko ściągnął kołdrę ze mnie i zaniósł mnie do łazienki.
- Nie bez powodu nazwałem się Shrekiem. - przewróciłam na niego oczami. - A teraz, ogarniaj się i czekaj na dalsze instrukcje.
Wzruszyłam na to bezradnie ramionami i powoli przeczesałam szczotką moją szopę, potem podpięłam do gniazdka prostownicę i je wyprostowałam. Ostatecznie związałam w wysoki kucyk, a następnie wzięłam szybki prysznic i wyjęłam z torby jakieś ubrania pasujące do mojego humoru. Zeszłam pośpiesznie na dół, a tam już znajdował się nie wiadomo czemu Swift i Holly. Wszystko by wyglądało normalnie, gdyby chłopak nie trzymał jej za rękę. Chłopak uśmiechnął się krzywo w moją stronę. Spojrzałam na mojego chłopaka, miał ubraną jakąś czapkę wędkarską, a w ręku dzierżył mapę.
- Co tu się odwala? - spojrzeli wszyscy w moją stronę.
- Jedziemy w poszukiwaniu przygody! - blondyn spojrzał na mnie spod okularów przeciwsłonecznych.
- Co? - zdjęłam mu okulary z nosa. - Ile ty masz lat?
- No ej, będzie fajnie. - odparł, zachrypnięty głos Nathan'a. - Nie psuj zabawy!
- Jak się zgubimy to będzie jeszcze bardziej zabawnie. - dodała Holy, biorąc rękę chłopaka i oplatając ją wokół swojej talii.
- Cichać mieszczanie! - krzyknął Axel, spojrzeliśmy na niego jak na wariata. - Jedziemy w nieznane....
- Na Karaiby, kapitanie Sparrow!
- Można i tam wpaść... ale najważniejsze jest to, że będzie zabawa. - spojrzał na Nathana, szukając w nim wsparcie. - No nie?
- Musimy się urwać od problemów.
* Mark's POV *
♫
- Mark, coś nie tak? - z moich rozmyślań wyrwał mnie głos Nelly.
Skłamałbym, że nie i strzeliłbym ten swój uśmieszek, ale się tak dalej nie da. Martwi mnie to, że zamiast budować z moją siostrą zdrową i wspaniałą relację, oddalamy się od siebie wszystko ze względu na to, że pragnę nadrobić jej stracone lata troską. Wiem, że to czasami wychodzi z pod mojej kontroli i wtedy staję się nieznośnie nadopiekuńczy. Ale to nie wszystko, Axel i ja jesteśmy na granicy z powodu nieustającej jadki po między mną a Dianą. Chłopak musi być na prawdę rozdarty, gdyż oboje jesteśmy dla niego bardzo bliscy.
- Kochanie... to skomplikowane.
- Chodzi o siostrę, co? - spytała, prosto z mostu.
- Jak ty mnie znasz. - pogłaskałem ją po twarzy.
Złapała mnie za rękę i spojrzała w oczy.
- Napisz do niej i się spotkajcie.
- Myślisz, że to wystarczy? - sapnąłem, biorąc telefon do ręki.
- Kto nie ryzykuje... nie pije szampana. - poklepała mnie krzepiąco po ramieniu.
do SIOSTRUNIA:Ile to będzie trwać? Ta narastająca między nami bariera, mnie dobije. Nie wiem co się dzieję. Najpierw Nelly była powodem kłótni, później Axel, a teraz co? Ja tylko chcę dla ciebie jak najlepiej. Jesteś zła o Jude'a? Do domu byś nie poszła, Axel by cię wtedy nie zabrał do siebie, bo leżał w szpitalu, pozostał mi tylko on. Przyznał mi się do tego, że unikasz go. Wiem, że to nie dorzeczne, ale ja chcę abyście utrzymywali dobre kontakty. On na prawdę się zmienił na lepsze, musisz to zobaczyć! Musimy porozmawiać, bądź przy kawiarni, o piętnastej.
od SIOSTRUNIA: Dobra.
Jedna zatopiona, teraz czas na Axel'a. Jakby tu zacząć:
do BLAZEONMYFACE: Ta sytuacja na pewno cię przytłacza cię stary... Zdaję sobie z tego doskonale sprawę... Dlatego, proszę przyjdź do naszej kawiarni, o piętnastej.
od BLAZEONMYFACE: Jesteś mega dziwny, ale w sumie... zawsze taki byłeś. Będę przyjacielu.
Jak to chłopak miał w zwyczaju, użył swojego specyficznego dla mnie humoru. Westchnąłem, przeczesując gąszcz moich brunatnych loków.
- Nadal się przejmujesz? Rozchmusz się, nooo.... uśmiech. - spojrzałem na dziewczynę i moje kąciki ust poszybowały ku górze.
A dziwne poczucie beznadziei coraz bardziej się rozrastało w moim umyśle. Ale nadal z tyłu mojej głowy, pozostaje ten cholerny raz, zawiodłem - BOSKA RĘKA zwiodła. Pierwszy raz w życiu czułem, że nie dam już rady. Miałem ochotę odpuścić, ale moi przyjaciele nie dali mi tego zrobić. Natychmiast podnieśli mnie na duchu, choć na sekundę. Ten mecz to tylko i wyłącznie zasługa naszych obrońców i atakujących. Ja jako kapitan, byłem najgorszym... Dlaczego ja jeszcze gram w piłkę? Właśnie przechadzałem z dziewczyną po rynku Inazumy, gdy nagle podleciała do mnie niespodziewanie piłka. Wykopałem ją do góry, a piłka poleciała w jakimś nieokreślonym kierunku.
- Ten mecz.. nadal cię to kuje? - spytała brunetka, wskazując na piłkę.
- Poniekąd. - ścisnąłem jej rękę. - Chodzi o mnie. Jestem niedoskonały i w tym problem, rozumiesz?
- Mark, cholera. - sapnęła poirytowana. - W pierwszej klasie nie liczyło się to dla ciebie, liczyła się pasja i miłość do football'u.
- To było kiedyś.. - pokręciłem głową. - Czasy się zmieniły, teraz musimy być najlepsi.
- Hej, nie zamieniaj się w Dark'a! - potrząsnęła mną. - Ty jesteś Mark David Evans, chłopak Nelly Raimon. Jako piłkarz jesteś pełny werwy, jesteś optymistą i nic cię nie zatrzyma w dążeniu do wygranej.
Ma rację. Czuję, że się zmieniam na gorsze - zauważyłem, że moje podniecenie przed każdym meczem powoli opada. Nie wiem gdzie zatraciłem w sobie to beztroskie dziecko... Czy ja staję się dojrzalszy i zepsuty? Czy może ten świat mnie niszczy?
* Holly POV *
♫
- Nathan, to nie jest dobry pomysł. - złapałam go mocniej za rękę. -Ona nie wie o nas...
- To co? Kocham cię, a Diana musi pogodzić się z tym. - szybko uciął, obejmując mnie.
Nie wiem nawet po co on mnie tak ciągnie. Czy to coś tak ważnego, żeby to rozgłaszać każdemu? Bardzo wątpię. Nie chciał nic zdradzić, mimo, że jest wielką chlapą. Dotarliśmy do rezydencji Blaze. Widać, że pannie Evans jest jak w niebie. Czyżby była z nim dla forsy? W sumie to logiczne, pewnie jej opłaca jej każdą zachciankę i leki. Nie wiem co o tym myśleć, gdy weszliśmy do środka, ukazała nam się wielka czerwona kanapa. A na niej siedział blondyn w jakiejś śmiesznej czapeczce, a w rękach dzierżył mapę. Na nasz widok szybko się zerwał z amoku, spojrzał to na mnie, to na Nathan'a, a potem znacząco uśmiechnął się do niego. Przybił z nim piątkę, a do mnie mrugnął, gdyż nie był zaskoczony obrotem spraw po między nami. Następnie poszedł z mapą w nosie do kuchni.
- Coś nie tak? - spytał, obejmując mnie w talii.
- Dziwnie się czuję. - wzruszyłam ramionami. - Bo to takie nierealne...
- Ale jest realne i to bardzo. - potrząsnął mną.
Wtedy usłyszałam skrzypienie schodów, to była ona. Swift posłał jej uroczy uśmieszek, na co ona okazała zero reakcji. Wydawała się być bardziej spięta.
- Co tu się odwala? - spojrzeli wszyscy w jej stronę.
- Jedziemy w poszukiwaniu przygody! - blondyn spojrzał na nią spod okularów przeciwsłonecznych.
- Co? - zdjęła mu okulary z nosa. - Ile ty masz lat?
- No ej, będzie fajnie. - odparł, zachrypnięty głos Nathan'a. - Nie psuj zabawy!
- Jak się zgubimy to będzie jeszcze bardziej zabawnie. - dodałam, szybko biorąc rękę chłopaka i oplatając ją wokół swojej talii jakbym zaznaczyła stan rzeczy dla jej oczu.
- Cichać mieszczanie! - krzyknął Axel, spojrzeliśmy na niego jak na wariata. - Jedziemy w nieznane....
- Na Karaiby, kapitanie Sparrow!
- Można i tam wpaść... ale najważniejsze jest to, że będzie zabawa. - spojrzał na Nathana, szukając w nim wsparcie. - No nie?
- Musimy się urwać od problemów. - na co Swift zaczął się głupkowato śmiać.
Bez większego pośpiechu, wyszliśmy na zewnątrz. Axel z nią za rękę, my też, szliśmy oddzielnie, zupełnie tak jakbyśmy się nie znali. Nagle nasz przewodnik stanął, obrócił się w stronę drogi i wystawił kciuka w stronę drogi.
- Co ty robisz? - krzyknęła, ciągnąc go za koszulkę. - Nie pojadę autostopem!
Mój byczek tak patrząc na Axel'a, również dostał chcicy, aby łapać autostop i nim się obejrzałam, obaj stali jak dwa zmuły, próbując wykombinować nam transport.
- Mam pomysł... - jęknęła przeraźliwie. - Oglądnijmy jakiś film i się pośmiejmy.
- Okej, chodź. - sapnął, przewracając oczami. - Bo to coś, będzie pewnie jeczęć tak przez cały dzień.
Udaliśmy się więc na najbliższy przystanek, a tam atmosfera stała się jeszcze bardziej niezręczna. Usiadłam obok Diany, ale nie na długo, na horyzoncie widniał bus i nim się obejrzałam wchodziliśmy do jego wnętrza. Kupiliśmy dwa bilety i pojechaliśmy "nieznane". Tego nie wiem i chyba na ten moment się nie dowiem.
* Nathan's POV *
♫
Ten autobus jest strasznie powolny, spojrzałem na blondynkę - na jej twarzy malowało się zakłopotanie pomieszane ze strachem. Nie wiem, co to konkretnie ma znaczyć, ale pewnie będę musiał pogadać o tym z Dianą. Wtem Axel zerwał się z miejsca i wcisnął przycisk przez co pojazd się zatrzymał. Od kiedy panicz Blaze stał się taki spontaniczny? Był on kiedyś równo stąpającym po ziemi człowiekiem, co mogło odmienić ten stan? Za pewne znajomość ze mną, rozbujałem go za bardzo, ale... podoba mi się to. Podążyłem za jego krokami, znajdowaliśmy się na kompletnym zadupiu, podbiegłem do niego.
- Ej stary, gdzie my tak w ogóle...
- Pamiętasz, ten wielki kanion? - nie zwracał na moje słowa, nie spuszczając oczu z mapy.
- Ooo.. - zasłoniłem twarz. - Nie mów, że...
Pamiętam to jak wczoraj, to była środa, a dokładniej mówiąc marzec, 13.
"Była ładna pogoda, a ja najzwyczajniej w świecie nie miałem zamiaru słuchać o jakiś durnowatych kulkach czy walcach, które do niczego mi się w życiu przydadzą chyba że byłbym budowniczym.
- Urywamy się z matmy? - jęknąłem, zabierając mu książkę do historii.
- Kpisz sobie? - prychnął na mnie, zabierając mi ją. - Wiesz jakie konsekwencje nas czekają?
- Ej, jesteś mięka klucha! - wystawiłem mu język. - Axel to mięczak, paczajcie!
- Zamknij się bombonie! - szybko dostałem książką w głowę. - Niech ci będzie, ale... to ostatni raz.
Zbliżała się wyczekiwana lekcja matematyki. To był pierwszy dzień kiedy Axel stał się zbuntowanym aniołem. Uciekliśmy z pretekstem, że boli mnie brzuch, a jako, że nie jestem w stanie dojść do domu sam, Axel powinien ze mną pójść. Potem szybko wybiegliśmy z budynku i poszliśmy na najbliższy przystanek.
- Mistrzostwo. - rozłożył bezradnie ręce. - Co masz zamiar teraz robić?
- Zabiorę cię w nasze miejsce...
- Nasze? - sapnął, rozkładając ręce. - Od kiedy my...
- Nie w tym sensie. - poklepałem go po ramieniu, widząc autobus. - Chodź.
I tak to się stało, że znaleźliśmy się na tym wspaniałym kanionie, nie wspominając, że szliśmy przez niezłe chaszcze, które zazwyczaj są pełne węży. Było to miejsce mojego odpoczynku (chillu), znalazłem je zupełnie przypadkiem kiedy błąkałem się myśląc nad moim życiem i po prostu uciekając od miejskiego tłoku. Mogłem tam robić co mi się chciało, cała pusta przestrzeń dla mnie. Przywiązałem się do tego miejsca bardzo szybko i może dlatego też przytachałem tam lodówkę z moim pepsi.
- Wooow. - rozłożył ręce.
- Tak, ja też. - poklepałem go po plecach - To nasza utopia! "
Zaczęliśmy się śmiać.
- Ale... co ty chcesz z nimi robić? - wskazałem na dziewczyny.
- Nie o tym, o czym teraz myślisz, zboczuchu. - odparł, poprawiając swój dziwaczny kapelusz.
- W ogóle skąd to masz? - spytałem, wskazując na to coś, zwane kapeluszem.
- A to... - powiedział, poprawiając go z koloni wakacyjnej. - Wiem, że jestem jeszcze piękniejszy..
Spojrzałem na tyły, poirytowane dziewczyny szły z tyłu, żadna nawet nie miała zamiaru patrzeć na drugą. Dźgnąłem go w bok.
- Czy ty to widzisz? - chłopak oglądnął się za siebie.
- Oj no, nie każdy musi się lubić z każdym. - odparł, wzruszając ramionami. - Chociaż w szpitalu były bardziej rozmowne...
- Nie mów, że jest zła, że jej o tym nie powiedziałem... - urwałem, pocierając kark.
- Wnioskując po jej zmarszczonym czole, to tak. - szepnął, robiąc krok w tył. - Chodź, trzeba rozlźunić atmosferkę.
* Axel's POV *
♫
Kobieta - to pojęcie jest przez wielu rozumiane, a inni dopiero je zgłębiają. Do poszukiwaczy i odkrywców zalicza się Nate, widać, że jest zielony w temacie dziewczyn. Gdyż my mężczyźni, nie wiemy czasami, co dziewczyna może w sobie skrywać. Chciałem się dzisiaj rozerwać, poprawić mojej dziewczynie nastrój, uspokoić rozszalałe demony Nathana, a przy okazji poobserwować tą całą Holly. Nawet nie zauważyłem jaka panowała atmosfera między nimi, obie szły osobno, a kiedy było tak ciężko, to były dla siebie jak siostry.
- Czy ty to widzisz? - jego głos był tak zaniepokojony jakby widział dinozaura.
- Oj no, nie każdy musi się lubić od razu. - odparłem, wzruszając ramionami. - Chociaż w szpitalu były bardziej rozmowne...
- Nie mów, że jest zła, tylko dlatego, że ja i Holly... - urwał, pocierając kark.
- Wnioskując po jej zmarszczonym czole, to tak. - szepnąłem, robiąc krok w tył. - Chodź, trzeba rozluźnić atmosferkę.
Objąłem je obie ramionami.
- Dziewczynki - sapnąłem, patrząc na ich twarze. - Tak być nie będzie...
- Czy coś jest nie tak? - spytały jednocześnie.
- Axel, chyba z tobą jest mocno coś nie tak. - pokręciła na mnie głową Diana.
- Oj proszę cię, przynajmniej ruszyłaś dupę z willi... - powiedziała blondynka, nawet nie patrząc na brunetkę. - Księżniczka też musi czasami wyjść do plebsu i natury
- Co. - wcedziła przez usta, próbując unormować oddech. - Więc o to ci chodzi?
- Wszyscy skaczą wokół ciebie jak pieski. Jesteś gorsza nawet od Nelly. - widziałem jak Diana trzęsie się ze złości, gdyż Holly nadepnęła na jej słaby punkt. - Sama jej prawiłaś morały, a sama nie jesteś idealna
- Słucham? - wykrztusiła Diana. - Wiedziałam, że tak będzie. Miałam nadzieję, że zacznę tu spokojne życie. Chciałam wrócić do domu, zacząć od nowa, odnowić życie z rodziną, którą nie widziałam się wieki.
- Dan, nie... - jęknął Nathan.
- Daj mi skończyć... - zatrzymała go. - Masz rację, jestem księżniczką. Tylko i wyłącznie dlatego, przylgnęła do mnie ta etykietka, ponieważ wszyscy są na moje zawołanie, nawet wtedy kiedy o to nie proszę. Ale popełniłaś istotny błąd. Nelly a ja to zupełnie dwie, różne osoby.
- Ja-aa... - wydukała wbita w ziemię blondynka.
- Może teraz wyjadę znowu i wszystko wróci do normy. - jej oczy się zeszkliły. - Diana równa się problem, ułatwię wam rozwiązanie tego.
Teraz mnie zatkało. Holly przez cały czas dusiła w sobie to mniemanie o Dianie? O dziewczynie która jest dla mnie wszystkim. Ona jako jedyna popchnęła mnie do powrotu do piłki nożnej, zabierała i zmuszała do otwarcia się dla nowych ludzi. Gdyby nie ona, to Nathan byłby sam i umarłby na miejscu, a Mark byłby poobcierany bez jej starannej pierwszej pomocy. Nelly jeszcze rozumiałem ponieważ, była zazdrosna o to, że ona stała się naszym ulubieńcem i to bez większych starań. Ale Holly? Po pierwszej naszej rozmowie wydała się sympatyczna, teraz nie wiem co o tym myśleć.
- Holly... Nie powinnaś tak mówić. - burknął w jej stronę Nathan.
- Ja nie...
- Bo wy nic nie wiecie! - wrzasnęła, a po jej twarzy lały się łzy. - Myślicie, że jest u mnie dobrze i fantastycznie. A tak naprawdę z dnia na dzień czuję, że tutaj nie pasuje. Boję się, że kogoś zawiodę i sprawię problemy, których nie potrzebujecie. Żałuję, że zrujnowałam życie wam wszystkim, moją osobą.
- Nie mów tak... - złapałem ją za rękę. - Dopóki jesteś z nami...
- Axel... - złapała się za głowę. - Ja u-uum-mieram. Ostatnio odebrałam wyniki i-ii.. mogę mieć nowotwór. Ale skoro jestem księżniczką, która nigdy w życiu nic nie przeżyła i nie napracowała się na swoje szczęście, to powinnam wracać do swojego zamku do Stanów Zjednoczonych!
Zaczęła szybko zawracać, a potem zaczęła biec, a ja bez zastanowienia pobiegłem za nią. Nie wiedziałem, że tak się właśnie czuje. W sumie nie dowiedziałbym się od lekarza, ponieważ jest pod przysięgą lekarską. Nie mogę po prostu w to uwierzyć, że znowu mogę kogoś stracić i to tym razem na dobre. Dziewczyna nie biegła za długo, ponieważ zmęczona tym wszystkim, usiadła na ziemi i skuliła się w kłębek. Przykucnąłem obok niej.
- Serio się tak czujesz? - spytałem, głaszcząc ją po plecach.
- Z każdym dniem to poczucie winy we mnie narasta. - jęknęła. - Bo gdyby nie ja...
- To bym nie dołączył do Raimon'a, nie związałbym się z nikim i nadal byłbym nie ufny wobec każdego. - spojrzała na mnie. - To wszystko twoja zasługa, a ja właśnie tym ci się odwdzięczam.
- Więc nie jesteś zły? - spytała, ocierając łzę.
- Jestem wręcz wściekły, że nie przyjechałaś szybciej, kochanie. - odparłem, całując ją. - Czy teraz możemy dalej iść?
Pokiwała głową, podniosła zadek i złapała mnie za rękę.
* Diana's POV *
♫
- Ja nie... - wymamrotała Holly.
- Bo wy nic nie wiecie! - wrzasnęłam, a po mojej twarzy lały się łzy. - Myślicie, że jest u mnie dobrze i fantastycznie. A tak naprawdę z dnia na dzień czuję, że tutaj nie pasuje. Boję się, że kogoś zawiodę i sprawię problemy, których nie potrzebujecie. Żałuję, że zrujnowałam życie wam wszystkim, moją osobą.
- Nie mów tak... - złapał mnie za rękę Axel. - Dopóki jesteś z nami...
- Axel... - złapałam się za głowę. - Ja u-uum-mieram. Ostatnio odebrałam wyniki i-ii.. mogę mieć nowotwór. Ale skoro jestem księżniczką, która nigdy w życiu nic nie przeżyła i nie napracowała się na swoje szczęście, to powinnam wracać do swojego zamku do Stanów Zjednoczonych!
Wreszcie wyrzuciłam wszystko co mnie przedtem przytłaczało. Ale czy jest dobrze? Po ostatniej mojej wizycie u mojego doktora, nie wiem co ze sobą zrobić. Ta dziwna świadomość, że mogę w każdej chwili umrzeć mnie nie opuszcza. Stałam się bardzo podenerwowana faktem, że stworzyłam sobie za duże grono ludzi, którym zadam ból - jest mi z tym źle. Tymczasem szliśmy dalej w nieznane. Za nami szli Nathan i Holly, było cicho jak makiem zasiał. Pociągnęłam blondyna za rękę, a ten spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem. Wyszeptałam mu do ucha, żeby coś zrobił z tą atmosferą.
- Nathan? - zwrócił się w stronę Swifta. - Co ty na to, żeby udać się do pobliskiego sklepu? Po jakieś papu, ewentualnie picie..
- ... w ostateczności piwo. - palnął, na co dostał kuksańca od Holy.
- Tak, tak. - zaśmiałam się mu w twarz. - Idź Nathanku potem będziesz rzygał jak kot.
- Po jednym piwie? - poklepał się po klatce piersiowej, jakby był ze stali. - Pff... czyżbyś we mnie wątpiła, kochana?
- Nie jesteś jeszcze na tyle dorosły aby pić piwo. - wtrącił się Axel.
- Skoro tak mówisz... tato. - jęknął, śmiejąc się w głos.
Obaj potem nas szybko wyprzedzili, a my zostałyśmy same.
- Diana, ja..
- Nie przepraszaj mnie, nie każdy zna moją historię. - odparłam, uśmiechając się w jej stronę. - Swoją drogą, słyszałam, że ty i Nathan..
- Na to wygląda. - podrapała się po karku, a na jej twarzy pojawił się rumieniec. -To jest świeże i się strasznie boję.
- Nie ma czego. - powiedziałam, dźgając ją w bok. - Nathan z pozoru to głupek, ale... to dobry chłopak.
- Podziwiam cię. - pokręciła głową.
- Mnie? - spojrzałam na nią rozbawiona.
- Korzystasz z życia garściami, mimo przeciwności. - sapnęła, patrząc w niebo. - Szkoda, że ja tak nie potrafię.
- Wychodzę z założenia, że życie powinno być brane garściami. - pokiwała głową na moje słowa. - To jest niesamowity dar, którego nie każdy potrafi docenić.
- Nie rozumiem tego... - odparła skonsternowana. - Jesteś chora i to nie na żarty.. Ej, dlaczego się śmiejesz?
- Ile razy ja to słyszałam? - zaczęłam się śmiać, a dziewczyna spojrzała na mnie zaniepokojona. - Z jakieś milion razy ludzie mi to powtarzali, ale mam na to wylane. Trzeba cisnąć do przodu, aby odbić się od dna.
- Nate mówił, że właśnie taka jesteś i nie żartował.
- Taka... czyli jaka?
- Taka po prostu dobra i optymistycznie nastawiona na następne jutro. - sapnęła, stając z nogi na nogę.
- Serio tak ci powiedział? - odparłam zdziwiona. - Z tym optymizmem to może przesadził. Niekiedy mam tak, że jestem smutna cały dzień, tydzień, a nawet miesiąc. Ale na szczęście mam chłopaka i przyjaciół.
Holly na chwilę zamilkła, ukradkiem spojrzałam na nią. Widać, że każde moje słowo powoli rozważała jakby było ono jedną, wielką kryminalną zagadką Maimi.
- Tak sobie myślę, że w sumie.. Mark i ty jesteście podobni.- powiedziała, podchodząc do mnie bliżej. - I z wyglądu i charakteru.
- Aby na pewno? - jej słowa wydały mi się nie dorzeczne.
- Gdybym cię nie znała, to pomyślałabym... że ty i Mark jesteście parą. - klasnęłam otwartą ręką w kolano i zaczęłam się śmiać.
Czy ja wiem? Mark i ja? Jestem dobra i miła, ale do czasu. Nie wybaczam wszystkim od tak jak to robi mój brat. Jeśli jest to coś drobnego to owszem, chowam to w niepamięć. Lecz zdarzają się wyjątki, jeden z nich jest żyjącym wyjątkiem - to Jude. Gdy my tak sobie gawędziłyśmy, nasi mężczyźni przybyli z pięcioma paczkami żelków w kształcie podłużnych rurek oraz z dwiema litrowymi pepsi.
- Axel, skąd ty masz pieniądze? - spytałam nagle olśniona.
- Hmmm... - urwał, zastanawiając się nad sensownym wytłumaczeniem sytuacji. - Powiedzmy, że jestem jasnowidzem i na wszelki wypadek wziąłem trochę hajsu.
Nim się obejrzeliśmy staliśmy na jakiejś wielkiej skale, a raczej jak to Swift nazwał - "Utopi". Trzeba przyznać, że widok z tego czegoś jest nieziemski, normalnie raj na ziemi. Czułam się taka szczęśliwa jak jeszcze nigdy, wzięłam głęboki oddech, aby napawać się chwilą. Spojrzałam na zegarek, jest równo dwunasta, szybko się podniosłam z ziemi.
- Axel, musimy się zbierać. - odparłam, otrzepując się.
- Poczekaj.. - jęknął, wyciągając się wygodnie na ziemi.
- Nie mamy na to czasu. - zdjęłam mu z twarzy ten śmieszny kapelusz.
- Nie mów, że... - spojrzał ukradkiem na zegarek .
- Tak. - spojrzeliśmy na siebie znacząco. - Kawiarnia, piętnasta.
siemanko! :>
mam na nadzieję, że nie jesteście na mnie źli...
ale czasami są takie dni u mnie, że nie mam weny
a obiecałam sobie, że będę się starać aby każdy rozdział był dopracowany.
he, pracuję nad tym jeszcze.
a tu się dzieje jak zawsze...
lubię budować napięcie u kogoś, mam nadzieję, że i w tym przypadku się udało.
życzę miłego dnia/nocy zależności kiedy to czytacie. :3
baj, baj! :3
~ Gejzerka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz